List z przeprosinami od dr Rachael Ross

Tłumaczenie z bloga szczepienia.wybudzeni.com

List z przeprosinami od dr Rachael Ross

dr Rachael Ross

Zamawiałam tysiące szczepionek w mojej karierze jako lekarka. Do niedawna uznawałam niepożądane odczyny poszczepienne jako zwykły folklor. Przed kilkoma tygodniami, w życiu nie uwierzyłabym w historię uszkodzonych przez szczepienia trojaczków… więc te ostatnie tygodnie były trudne. Staram się zrozumieć to wszystko, co zobaczyłam i czego się dowiedziałam.

W ostatni weekend spotkałam matkę trojaczków, która przypomniała mi ten dzień, kiedy przyszły na świat. Oboje z mężem byli zachwyceni, że udało jej się donosić je do 36 tygodnia. W tym czasie była tak bardzo szczęśliwa, że przebywały wewnątrz niej wystarczająco długo, aby móc dojrzeć i urodziły się doskonale zdrowe.

Wiem, co czuła, ponieważ obecnie jestem dwanaście tygodni po porodzie. Miałam bardzo podobne obawy, kiedy nosiłam moją małą księżniczkę. Jednak gdy zobaczyła mój szczery uśmiech z podekscytowania, spuściła wzrok. W dniu, kiedy jej trojaczki otrzymały szczepienia, podczas wizyty kontrolnej w wieku 6 miesięcy, cała trójka się „odmeldowała”. Powiedziała, że to było tak, jakby ktoś podmienił jej dzieci jakimiś nowymi. Straciły wszystkie swoje umiejętności… nastąpił regres i krzyczały przez kilka dni. Stałam tam bez ruchu i słowa. Nie chciała mojego współczucia, ani łez, tylko po prostu chciała, żebym o tym wiedziała. (…)

Byłam świadkiem tego, jak harmonogram szczepień wzrósł z 16 dawek 4 szczepionek podawanych od urodzenia do sześciu lat w czasach kiedy byłam dzieckiem, do aktualnego kalendarza, gdzie zalecanych jest 49 dawek 14 szczepionek w przedziale między narodzinami, a szóstym rokiem życia, oraz 69 dawek 16 szczepionek między narodzinami, a 18 rokiem życia … i my podawaliśmy je na czas, czasem pięć zastrzyków na jednej wizycie, aby pomóc dzieciom je „nadgonić”, a wszystko to bez zadawania pytań. Szkoła medyczna i rezydentura tego nas wszystkich nauczyła.

Nie mogę przestać się zastanawiać nad tym, czy istnieje jakiś związek między faktem, że kiedy musieliśmy podawać mniej szczepionek, mieliśmy mniej chorób wieku dziecięcego. To przecież jest ludzką rzeczą, aby się zastanawiać. Widzieliśmy mniej przypadków trudności w uczeniu się, mniej astmy, autyzmu i mniej cukrzycy. A w szczególności autyzm, który występował u 1 na 500 dzieci w drugiej połowie lat siedemdziesiątych, a obecnie wzrósł do 1 na 50.

Dlaczego tak wiele? Dlaczego tak szybko?

Tak mi przykro, że nie wiedziałam o tym, że rząd wypłacił $ 3mld dla rodzin poszkodowanych przez szczepionki poprzez program VICP (Vaccine Injury Compensation Program). Tak naprawdę, zakładałam, że wszystkie szczepionki są bardzo bezpieczne. Muszą być, ponieważ podajemy je wszystkim dzieciom, prawda?! ?? Tak mi przykro, że nie zdawałam sobie sprawy, iż istnieją dziesiątki tysięcy rodzin, które nigdy nie otrzymały odszkodowania, ponieważ nie były w stanie udowodnić w 100%, że szczepionka spowodowała tę szkodę (choć wielu z nich może wskazać na dzień i godzinę, kiedy ich dzieciom „zgasły płomyki”).
A jeszcze do niedawna, nawet nie słyszałam o naukowcu z CDC / informatorze o imieniu dr William Thompson, który był na tyle odważny, aby to zgłosić, gdyż sumienie go pożerało. Czuję się jak ignorancki DUPEK, mówiąc najłagodniej.

Jako czarna lekarka, która ma głównie czarnych pacjentów, jestem bardzo tym zaniepokojona i jest mi bardzo przykro. Ale również jestem zmartwiona jako osoba, która kocha wszystkich ludzi i dzieci, niezależnie od rasy.

List z przeprosinami od dr Rachael Ross.Jako mama nowej maleńkiej istoty oraz lekarka wielu innych, pozostaję z wieloma pytaniami: Czy szczepionki powinny być opóźnione? Czy jakiekolwiek szczepionki są bezpieczne? Jeśli tak, to które? Czy jest więcej ofiar szczepień, niż te, o których wiemy? Czy powinny być przeprowadzane testy genetyczne na wszystkich dzieciach, zanim założymy, że mogą przyjąć wszystkie te szczepionki?

Oraz moje najważniejsze pytanie: Dlaczego Kongres nie wezwie do sądu dra Thompsona, abyśmy mogli poznać prawdę o tej konkretnej szczepionce?

Muszę podziękować Delowi BigTree za poświęcenie czasu na pokazanie mi tych danych, które nieumyślnie ignorowałam i naprawdę muszę podziękować doktorowi Thompsonowi. Bez tej informacji, nigdy byśmy się o tym nie dowiedzieli, a to wszystko byłoby odtrącone, jako miszmasz teorii spiskowych.

Bazując na tym, co teraz wiem, nie mogę popierać obowiązkowych szczepionek dla dzieci. Niektóre dzieci reagują na szczepionki dobrze, ale inne nie. Jak możemy być pewni, które z nich to będą, a które nie? Czy naprawdę powinniśmy poświęcać jedno dla wielu? Rodzice muszą mieć prawo do wyboru! Rodzice muszą podejmować własne świadome decyzje. Rodzice zasługują na dostęp do tych informacji, które zostały tak głęboko pochowane, że nawet ja, praktykująca lekarka, nie byłam świadoma ich istnienia.

Przepraszam z całego serca wszystkie dzieci i ich rodziców, że nieświadomie ich skrzywdziłam. Nie miałam pojęcia.

WyszczepieniProszę zadawajcie pytania i wygospodarujcie czas, aby obejrzeć film  dokumentalny „Vaxxed”. Zdobądźcie własne opinie, przeprowadźcie własne badania, a następnie skonsultujcie to z lekarzem. Domagajcie się, aby usłyszeć więcej od dra Thompsona, przekażcie te informacje waszym najbliższym i zaczynajcie te rozmowy. Wszyscy zasługujemy na odpowiedzi, a jest to jedyny sposób, aby je uzyskać.

Ludzie pytają mnie, czy nie boję się o tym mówić. Moją największą obawą jest to, że nadal będziemy zakładać, iż te mamusie to sobie wszystko zmyślają.

Z poważaniem,

Dr Rachael L Ross

http://www.cda.pl/video/988056e0

Przekręt wszechczasów, część XVI

Parę słów o lichwie

To jest temat, którego wciąż się uczę, nie tak wytrwale jak kiedyś to robiłem, ale chętnie podzielę się tym co już wiem, choć zdaję sobie sprawę, że to tylko kropla w morzu. Ale warto to wiedzieć.

Nie będzie łatwo wytłumaczyć, jakim cudem ten cały syf zwany ekonomią w ogóle działa. Fenomen tego jest tak prosty, że 99% ludzi nie jest w stanie zrozumieć, jak to jest możliwe, więc odrzucają to niemal z mety. W zamian za to, słuchają mądrych ekonomistów, wykresów, stóp procentowych, itp. itd. Większość ludzi zatraciła możliwość zadawania logicznych pytań, takich, które mogą przynieść zrozumienie tematu.

Zanim podzielę się tym, czego już się zdążyłem dowiedzieć, chciałbym zadać kilka pytań, na logikę, bez potrzeby głębokiej analizy systemu finansowego, takie pytania, na które każdy mógłby odpowiedzieć, albo przynajmniej zastanowić się  na chłopski rozum.

To jest fakt, że system upewnił się, że nie wiem NIC o pieniądzach. Nie wiemy skąd się biorą, jaki jest mechanizm ich powstawania, funkcjonowania itd.

Na pytanie skąd się biorą pieniądze – zapewniam was, 99% ludzi zapytanych na ulicy nie będzie miała zielonego pojęcia i będzie tyle teorii, ile ludzi zapytanych. Co niektórzy będą mówić o banku centralnym, cyfrowej walucie itd., ale obawiam się, że konkretnej odpowiedzi nie otrzymacie.

Wszyscy słyszymy, że świat ma długi, nie tylko jeden kraj, nie jedna firma RP, dosłownie wszyscy mają ogromne długi, dług publiczny rośnie tak i tak, i wszyscy są w czarnej dupie. Pytanie:

  1. Jeżeli wszyscy mają długi – to komu są winni? Jeżeli niemal cała planeta jest w długach – to komu? Kto pożyczył ziemianom tyle kasy? Ludzie z Marsa? A jeżeli są sobie nawzajem dłużni, dlaczego nie zredukują sobie nawzajem długów? Komu jesteśmy winni tyle, że wszyscy siedzimy w czarnej dupie?
  2. Jeżeli jest na tej planecie ktoś, kto ma magiczny guzik do produkcji pieniędzy, to czy ta cała kasa naprawdę jest coś warta, tyle żebyśmy my musieli pracować od świtu do nocy, za coś komu zajęło to kilka sekund, kliknąć w klawiaturę albo guzik drukarki???
  3. Skoro wszyscy jesteśmy w długach, jakim cudem jest coraz więcej firm pożyczkowych, banków, lichwy wszelakiej maści? Skoro ludzie nie spłacają „długów”, tych pieniędzy powinno być coraz mniej do pożyczania, a nie więcej prawda? Skoro Jaś nie oddal mi 20 000, to ja mam w swojej kasie o 2 dychy mniej i nie mogę już tych pieniędzy nikomu pożyczyć prawda? Więc nie byłoby dziwne, gdybym nagle ogłosił że pożyczam nie tylko 20 000 ale 50 000???
  4. Skoro prawo bankowe zabrania pożyczania pieniędzy depozytorów, do tego bardzo duża cześć ludzi nie spłaca „pożyczek” jakim cudem powstaje coraz więcej lichwy? Nie, nie drukują sobie na kolanie kasy, o tym później.
  5. Kiedy bank „pożyczył” Jasiowi poł miliona $ na dom, Jaś nie spłacał, bank zabrał dom i sprzedał na aukcji za 300 000, to jest 200 000 $ w plecy? Proszę pomnożyć taki scenariusz razy kilka tysięcy miesięcznie w całych USA i policzyć, ile kasy „stracił” bank, więc jakim cudem rośnie w siłę do takiego stopnia że niedługo będą mieli złote kible? (Detroit – można kupić dom za kilka tys., dom za który bank kiedyś „zakredytował” komuś np. poł miliona $)

Takich pytań są setki, nikt nie zastanawia się dlaczego tak to wszystko wygląda, że może to, co słyszymy na lekcjach ekonomii to nie do końca jest prawda. Ludzie, tęgie głowy, którzy mają kilka liter przed nazwiskiem wiedzą całe gówno o tym, czego uczą. Zapewniam was, że pół godziny przelewania takich informacji do ich wyedukowanej, kwadratowej głowy spowoduje zawiechę systemu myślowego – wiem, bo sam byłem tego świadkiem. Więc nie ma się co dziwić że Jaś ma zero pojęcia, kto i jak go dyma, mnie tylko dziwi fakt, że ludzie nie chcą wiedzieć, to jest przerażające. Wolą pracować w pocie czoła na wyimaginowane pożyczki, które nie istnieją, nie istniały i istnieć nie będą.

Nie mamy prostych odpowiedzi na te pytania obawiam się, nasze zrozumienie mechanizmu pieniędzy jest niemal zerowe, zupełnie tak, jak w medycynie, polityce, szkolnictwie – wszędzie niemal oddajemy sprawę w ręce „profesjonalistów”, czy to w białym kitlu, mundurze czy drogim garniturze. Nie ma w nas już ani krzty ochoty, żeby się dowiedzieć samemu. System „edukacji” i telewizja zrobiły swoje.

Zanim wyjaśnię mechanizm powstawania tzw. „kredytów” napiszę kilka słów o historii biznesu, tzw. commerce i o powstaniu bardzo ważnego prawa finansowego jakim jest BILLS OF EXCHANGE ACT z roku 1882, który do dnia dzisiejszego stanowi filar powstawania kredytów.

To co powiedziałem wcześniej – banki nie mogą pożyczać pieniędzy depozytorów. To jest ustanowione prawnie, ale nawet na logikę: nie trzeba być geniuszem, żeby to zrozumieć. Ile kosztuje mieszkanie w Warszawie? 300 000zl? 500 000 zł? Weźmy pół miliona.

Ile ma statystyczny Jaś w banku? 5 tysięcy? 20 tysięcy? Teraz proszę pomyśleć, ile takich Jasiów musiałoby wpłacić swoje całe oszczędności na sfinansowanie jednego tylko mieszkania. Dla porównania, tu w UK bank LLoyds chyba chwali się w reklamie tv że udzielają kredytu mieszkaniowego w kraju – co 15 minut… rozumiecie? Jaś ma tylko parę tysięcy w banku, a co 15 minut bank przyznaje „kredyt” na mieszkanie warte setki tysięcy… Na wiele, wiele lat…

To po pierwsze, po drugie, jeżeli bank pożyczałby pieniądze depozytorów, co by się stało, gdyby wielu Jasiów zechciało wybrać swoje oszczędności? Nawet jak im będą kazać czekać dzień czy dwa, „kredyt” na mieszkanie potrzebuje wielu lat, żeby się „spłacić”. Nie ma w tym nic dziwnego?

Weźmy pod uwagę to, co mówiłem wcześniej – wielu ludzi podupada i przestaje spłacać „kredyty”. Skąd bank weźmie wtedy pieniądze, żeby pooddawać takim Jasiom, skoro wielu ludzi nie spłaciło „pożyczek”?

To nie są ciężkie pytania, nie potrzeba mieć magistra ekonomii, żeby takie rzeczy przemyśleć, a co więcej – im wyżej wykształcony ekonomista, tym trudniej mu poukładać sobie to w bani.

Skoro bank nie pożycza żadnych pieniędzy, to skąd się biorą fundusze na dom, mieszkanie, samochód? Przecież Jaś, korzystając z tychże mechanizmów może jutro kupić mercedesa. Ten samochód istnieje, fizycznie, ktoś dostał pieniądze na konto i dał Jasiowi kluczyki.

Zanim wyjaśnię, napiszę słówko o historii biznesu, kiedy jeszcze większość wartościowych rzeczy, jak złoto itp., była przewożona na statkach, które tonęły i były napadane przez piratów.

Ludzie biznesu ówczesnych czasów zaczęli się drapać w głowę. Coraz więcej tracili majątku na rzecz zatoniętych statków, napadów, piratów. Postanowili wprowadzić system, gdzie sam produkt, jak złoto, nie będzie musiał być transportowany. Nie musiało opuszczać sejfu właściciela, wystarczyło, że ten wysłał kuriera z dokumentem, na którym było napisane, że następuje transfer majątku. Taki dosłownie paragon, który drugi człowiek – ten który to otrzymał mógł spieniężyć bądź wymienić na inny towar. Tak narodził się BILLS OF EXCHANGE ACT, który działa do dnia dzisiejszego. To w telegraficznym skrócie, ale będzie potrzebne do zrozumienia pieniędzy.

Pamiętacie, jak pisałem o tym, że my – my wszyscy – jesteśmy wspólnie właścicielami ziemi Polskiej i wszystkiego co na niej i w niej się znajduje? To ma ogromną wartość monetarną, ogromną, i nie należy do rządu – należy do ludzi. My jedynie daliśmy swoją część w zarząd RP, po to, żeby zarządzali tym w mądry sposób i na naszą korzyść (wiem, że jest dokładnie odwrotnie).

Więc skoro bank nie ma prawa pożyczać pieniędzy depozytorów, nie drukuje sam, ile mu się podoba, to skąd są fundusze na dom dla Jasia? Bills of exchange act się kłania i majątek Jasia – część zasobów Polskiej ziemi.

Dzisiaj Jaś idzie do banku pogadać o „pożyczce” na swoje wymarzone M. Bankier zbiera dane Jasia, żeby upewnić się, że ten nie wisi już nikomu nic, że nikt nie przeszkodzi owemu bankowi kroić Jasia przez najbliższe 25 lat…

Jaś dowiaduje się, że jest OK, i zaczyna wypełniać papiery, podpisuje umowę o kredyt i wraca do domu. Będzie teraz czekać, aż bankier zadzwoni, że mogą sfinalizować umowę i Jaś dostanie siano na mieszkanie.

Po roku 2008 jeden z czołowych bankierów UK powiedział takie słowa: „Powodem tego kryzysu był nieodpowiedzialny dostęp do prywatnego kredytu”, ale ta bardzo ważna wypowiedź nie miała żadnego oddźwięku, bo ludzie nie zrozumieli co ten pan powiedział.

Dostęp do prywatnego kredytu? Jaś podpisał umowę o kredyt… bank nie pożycza pieniędzy depozytorów… Bills of exchange act… akt urodzenia… majątek ziemi Polskiej… zaczyna to wszystko mieć sens?

Nie znam do końca kulisów bankowych, nie interesuje mnie zresztą już na tym stopniu, co się dzieje z czekiem, gdzie leci, kto podbija itd. Interesuje mnie fakt, że są fundusze i to są moje fundusze – nikomu nie jestem winien ani grosza.

Jaś podpisuje umowę o „kredyt”. Bankier wypełnia swoją część (bardzo ważne, żeby było wszystko na tym, czego wymaga bills of exchange act), zanosi gdzie trzeba, umowa zostaje podbita – zupełnie jak czek (endorsement) i zostaje otwarte nowiutkie konto, specjalnie dla Jasia. Na to konto zostaje wpłacony ten nowy czek – nasza umowa o „kredyt”. Ciekawe prawda? Zanim Jaś nie podpisał umowy, fundusze nie istniały w ogóle, za podpisem Jasia na kawałku papieru – nagle pojawiły się pieniądze na ukochane M dla Jasia.

Proszę wytężyć głowę teraz:

Jeżeli Jaś był twórcą (to jego podpis dał życie funduszom) tejże kwoty, poprzez mechanizm bankowy – to do kogo należą te pieniądze? Czy należą one do banku (który de facto nie miał ich zanim Jaś nie podpisał umowy), czy należą do samego Jasia, który dosłownie dał im życie w momencie podpisania owego dokumentu?

To nie wszystko, pamiętacie jak pisałem, że równie ważne jest to, co jest powiedziane, jak i to KTO to powiedział? I że pełnimy wiele funkcji, ról w naszym życiu, nosimy wiele czapek na głowie i biznesie, który dzieje się niemal cały czas w naszym życiu?

Piotras

Cdn.

Dr Andrew Moulden – Utracona Tolerancja.

Doktor Andrew Moulden był nie tylko znakomicie wykształconym doktorem (w filmie wyjaśnia szczegółowo, gdzie studiował i czego dokonał), ale i dociekliwym oraz spostrzegawczym uczonym. Udowodnił ponad wszelką wątpliwość, że szczepionki powodują mikroudary niedokrwienne, głównie w mózgu, ale nie tylko, i to bez względu na to, czy szczepionkę podano maleńkiemu dziecku, staruszkowi, czy osobie młodej, silnej i zdrowej. Jeśli wstrzykniemy do krwiobiegu toksyny, szczególnie aluminium, organizm zaczyna się rozpaczliwie bronić, wysyłając na pomoc całą armię białych krwinek. Ponieważ białe krwinki są duże ich nadmiar zatyka naczynia włosowate, co sprawia, że krew nie może swobodnie krążyć w organizmie. Jeśli dojdzie do tego w mózgu dramat gotowy: komórki nerwowe zaczynają obumierać, a pacjent traci zdolności intelektualne i umiejętności społeczne.

Dr Moulden zgromadził olbrzymią kolekcję zdjęć twarzy dzieci przed i po szczepieniu. Na zdjęciach widać bardzo wyraźnie, że twarz dziecka po szczepieniu zmienia się radykalnie.

Takie badania, rzecz jasna, nie mogły się podobać ludobójcom z karteli farmaceutycznych. Tylko naiwni wierzą, że kartelom tym zależy głównie lub wyłącznie na zarobku. Nie, im chodzi przede wszystkim o depopulację globu, bo satanistycznym elitom zrobiło się na naszej planecie za ciasno.

Doktor Andrew Moulden zmarł w niejasnych okolicznościach, w kwiecie wieku i w idealnym stanie zdrowia 4 listopada 2013 r., a większość zgromadzonych przez niego zdjęć zaginęła.

Podaję link do I części filmu. Na YouTube dostępne są 3 części, dalsze są jeszcze w tłumaczeniu, więc po więcej zaglądajcie na kanał magda25g

szczepienia2

Przekręt wszechczasów część X

Czym jest kontrakt?

Jesteśmy już świadomi, że tak naprawdę działamy wszyscy w świecie biznesu, w którym istnieją tylko korporacje. Skoro tak, to musi być jakieś uniwersalne prawo, które trzyma pieczę nad wszystkimi interakcjami biznesowymi między ludźmi, działającymi pod postacią korporacji (osoba prawna).

To jest prawo kontraktu, kontraktowe, które jest bardzo jasne i jest podstawą nie tylko do egzekwowania należności, ale również do samego istnienia umowy komercyjnej.

Jest jeszcze jedna strona medalu – skoro już wiemy, że rząd RP to nic innego jak korporacja, która chce robić biznes z naszą osobą prawną, bo z tego biznesu żyje niczym kleszcz – musi dostosować się do panujących zasad – tylko kto tak naprawdę o tym myśli, gdy policjant zatrzymuje nas na drodze??? O tym później.

Więc co to jest to prawo kontraktowe?  Jest to zbiór zasad, warunków jakie trzeba spełnić, żeby kontrakt był prawomocny, nic innego. Jeżeli którykolwiek z warunków/praw nie jest dopełniony – kontrakt jest nieważny – z łaciny ab initio – czyli od samego początku, i wszystko, co działo się później również jest nieważne.

To trochę jak z matematyką, jeżeli jest błąd na początku wyliczeń, cała reszta niestety jest też niepoprawna, trzeba wrócić do początku i poprawić ów błąd, nie ma innego wyjścia.

Wyjaśnijmy teraz co to za prawa i jak je rozumieć.

Będę pisać po angielsku i po polsku, bo jeśli coś źle przetłumaczę, ktoś zawsze może mnie poprawić.

  1. MEETING OF THE MINDS, czyli wyrażenie woli wstąpienia w umowę. To jest miejsce, gdzie obie strony w sposób jasny dla wszystkich wyrażają wolę robienia razem interesu. To mogą być rozmowy wstępne, wyrażenie woli pracy dla kogoś i ten ktoś chce o tym z nami rozmawiać, itp. W tej części najczęściej składana jest oferta kontraktu.
  2. FULL DISCLOSURE czyli jasno i w pełni wyrażone warunki umowy. To jest bardzo ważny element wszystkich kontraktów, jeżeli są klauzule których nie rozumiemy, bądź są one ukryte, kontrakt jest nieważny (tu się kłaniają wszystkie nasze interakcje z rządem RP, ale o tym później). Musimy jasno wyrazić nasze niezrozumienie, i żądać wyjaśnienia. Jeżeli obie strony rozumieją i zgadzają się – tu jest podejmowana decyzja o akceptacji oferty.
  3. EQUAL CONSIDERATION, czyli obie strony umowy wprowadzają wartość do tego biznesu – obie strony muszą włożyć coś wartościowego i porównywalnego, np. moja praca za wypłatę, moje zdolności za pieniądze, itp. Kontrakt typu ‘5 zł za nerkę’ nie ma prawa bytu, nawet jeśli się jakiś wariat na to zgodzi – bo intencja jest nieuczciwa.

Jest jeszcze mnóstwo drobniejszych warunków, ale te 3 są podstawowe, są niezbędne, żeby jakikolwiek kontrakt był prawomocny. Nie ma od tego żadnych wyjątków. I tyle.

Teraz chłodnym okiem proszę pomyśleć: ile razy bierzemy udział w kontraktach na co dzień? Proszę bardzo, dzień z życia Jasia:

  1. Śpimy w domu, za który płacimy bądź czynsz, bądź „kredyt”.
  2. Korzystamy ze światła – mamy umowę z dostawcą,
  3. Oglądamy telewizję – mamy umowę z dostawcą kablówki,
  4. Jemy kolację – kupiliśmy jedzenie w sklepie, zawarliśmy transakcję ze sprzedawcą,
  5. Dzwoni telefon – wcześniej zakupiony, teraz opłacany,

I tak dalej, i tak dalej, od rana do nocy, robimy interesy, a gdzie w tym wszystkim jest nasz ukochany rząd??? No właśnie, z nim też robimy interesy, czy nam się podoba czy nie.

Otóż, żeby fikcyjny twór – rząd, mógł robić z nami interesy i dosłownie żyć z naszej pracy – musi to robić za pomocą drugiej, nieżyjącej, fikcyjnej korporacji – naszej osoby prawnej. Mimo tego, że są to dwie fikcje, są animowane przez żyjących ludzi, bo tylko w ten sposób mogą ze sobą robić biznes.

Wiem, że to brzmi jak głupoty, ale tak jest. Rząd nie ma prawa nikomu nic kazać, żaden człowiek żyjący i stąpający po ziemi nie jest obiektem żadnych ustaw, pseudo-praw, widzimisię public service, ale korporacje tak… 

Bronisław Komorowski to tylko mężczyzna w brzuchem i głupawym wąsem – on nie może ani mnie, ani tobie, ani nikomu nic kazać. Podczas gdy występujemy w roli korporacji (wylegitymowany dowodem osobistym z numerem PESEL jako pracownik RP), a ów Bronek jest w swojej oficjalnej roli prezydenta  RP – wtedy sprawy nabierają innego obrotu.

Więc jakim cudem ci ludzie, którzy nie orzą ani nie sieją żyją jak pączki w maśle z naszej pracy? Gdzie w tym wszystkim jest prawo kontraktowe? Jak to jest, że oni są korporacją, i my co dzień używający naszej osoby prawnej też jesteśmy korporacją, robimy z nimi interesy, ale nie mamy z tego nic poza problemami??

Tu jest bardzo ciekawy temat. Skoro od momentu urodzenia wchodzimy w jakieś interesy z tzw. rządem, załatwiamy naszej pociesze akt urodzenia, a potem cały szereg innych kontraktów, to nie ma się czemu dziwić, że mości rządzący biorą nas za swoich podwładnych. To jest zupełnie tak samo, jak w każdej firmie: szef będzie doić swoje baranki, a sam zajadać kawior.

Tak, brzmi dziwnie, ale dowód osobisty to kontrakt, prawo jazdy to kontrakt, nawet paszport to kontrakt, mandat przy drodze – kontrakt, grzywna za niezaszczepione dziecko – to kontrakt. I tak bez końca.

Czy te umowy, kontrakty są ważne w świetle prawa? O tym w następnym odcinku.

Piotras

Przekręt wszechczasów część IX

Na zakończenie tematu ślubu cywilnego i jego konsekwencji prawnych. Wyjaśnię, jak ja radziłbym postąpić, gdyby ktoś decydował się na zawarcie związku.

Umowa miedzy przyszłymi małżonkami jest święta. Tak długo, jak nie zapraszacie urzędu do swojego związku, wszystko co uzgodniliście między sobą jest nie do podważenia.

Tutaj muszę zaznaczyć bardzo smutną rzecz: Polska to niestety Orwell na sterydach. W żadnym z krajów, gdzie mieszkałem, nie ma takiego przekrętu, że kościół z automatu wrzuca małżonków do korporacji RP, nigdzie takie rzeczy nie mają miejsca (nigdzie, gdzie ja byłem, bądź o czym czytałem) tylko w RP. U nas rząd jest na tyle bezczelny, że ma prawo kompletnie w dupie – dosłownie mówiąc.

Przynależność do jakiejkolwiek organizacji (korporacja RP) MUSI być dobrowolna, w Polsce jest jednak inaczej.

Co dalej z tym ślubem… gdybym ja był katolikiem i chciał wziąć ślub kościelny, umówiłbym się z księdzem i przedstawił pismo, że odmawiam zgłaszania mojego związku do urzędu stanu cywilnego. Nie życzę sobie udziału żadnych urzędów w moim związku, zaniósłbym ten papier do notariusza, żeby przetransferować swoją wolę z jurysdykcji prywatnej do publicznej. Jeżeli notariusz odmowi – wystarczy zebrać podpisy 3 osób nigdy nie karanych (tzw. 3 men of good standing as a witness to my will), żeby dokument nabrał mocy urzędowej, i tyle.

Jeszcze jedna rzecz, ponieważ związek takowy pozostaje w jurysdykcji prywatnej i urząd nie ma nic do powiedzenia, nie byłoby błędem zrobić swoją własną umowę. I nie mam tu na myśli wyłącznie majątków obojga małżonków, mam na myśli szereg praw, jakie będą przestrzegane przez oboje w razie rozpadu małżeństwa.

Taka umowa jest święta – pod warunkiem, że nie opiera się na oszustwie jednej ze stron, bo i takie przypadki bywają, że zakochana panna młoda zgadza się na wszystko, łącznie z oddaniem nerki itp. Umowa oparta na oszustwie bądź nieuczciwej intencji jest NIEWAŻNA, to nazywa się void ab initio – czyli nieważna od samego początku. Wszystko w tej umowie jest nieważne (proszę poczytać na ten temat, to się może przydać w wielu lichwiarskich umowach w PL).

W taki sposób można się zabezpieczyć przed udziałem urzędu. Taki związek nie jest obiektem ustaw rządzących związkami małżeńskimi. Oczywiście to wygląda pięknie na papierze, i jest w świetle prawa prawdziwe, jednak jak ze wszystkim – nie obejdzie się bez walki z urzędami. Ale zapewniam was, że można dojść tam, gdzie trzeba, i w czasie procesu uwalić paru cwaniaków w togach, którym wydaje się, że są bogami.

To, że jakiś rządowy jełop nabazgra coś na kawałku papieru i nazwie to USTAWĄ (o tym też będziemy pisać), to nic nie znaczy. To, że po kilku latach spędzonych razem związek jest uznany, tak czy siak, bo tak mówi ustawa – to bzdura kompletna. Wystarczy udowodnić, że nie było świadomej unii w obecności urzędnika, żeby obalić ten szajs (to chyba nie jest trudne).

Dzieci ze związku, gdzie urząd jest OUT, mają większe szanse pozostania z rodzicami, jest dużo trudniej odebrać je na podstawie bzdurnych zarzutów, w takim przypadku opieka społeczna i sąd będą miały ogromny problem zabierając dzieci z domu, gdzie nic im nie grozi.

Jeszcze jedno na zakończenie, to już chyba wszyscy wiedzą, że dla zabezpieczenia majątkowego, ślub cywilny powinien pozostać w sferze bajek. Intercyza może i działa, jak bardzo – nie wiem, nie czytałem o tym. Ale powiem jedno – tak długo, jak każda osoba prawna w tym związku jest zupełnie osobną komórką gospodarczą, tak długo długie łapy urzędu będą trzymane z daleka. Proszę pamiętać, że podczas ślubu cywilnego, 2 osoby prawne wchodzą w unię, tworząc nową komórkę, którą administruje urząd – to ma kolosalne znaczenie w świetle prawa.

Mam nadzieję, że ten artykuł nie rzucił zbyt wiele negatywnego światła na samą ideę związków. Nie taka jest moja intencja, jedyne co chcę pokazać, to jak głęboko jesteśmy oszukiwani, we wszystkich aspektach życia, od urodzenia, do śmierci i wszystko pomiędzy. A ludzie, którzy to robią, są na tyle nieświadomi, że będą walczyć, żeby bronić tego systemu opresji. Ludzie w urzędach są niestety niezdolni do myślenia, wielokrotnie zderzałem się z cyborgami za biurkiem, dopiero gdy zacząłem pociągać ich do odpowiedzialności, wszystko się zmieniło, ale o tym w następnym artykule.

Kilka słów wyjaśnienia w kwestii „automatycznej” urzędowej legalizacji nieformalnego związku i dlaczego to jest złe dla małżonków:

System i korporacja RP symulują prawo naturalne. Są kraje, gdzie system, nie mając żadnej władzy nad nieformalnymi związkami, wprowadza „prawo”, które jakoby klasyfikuje (przykładowo) dwuletni związek nieformalny jako równy w świetle „prawa” małżeństwu, tylko co to oznacza? To znaczy, że para, nie rozwiewając takich przypuszczeń, dobrowolnie zgadza się być administrowana przez system sądowy, niejako dobrowolnie oddając władzę nad swoją unią i zapraszając (nieświadomie) 3 osobę – urząd i całą ferajnę cwaniaków. Kobieta bądź mężczyzna ma prawo korzystać z ustaw, jakie regulują instytucję małżeństwa w świecie korporacyjnym. W ten sposób próbują obejść prawo naturalne, dając pseudo-benefit w postaci „ochrony prawnej”, ale zapominając powiadomić, że para traci możliwość decydowania o swoim losie, a co gorsza, o losie swoich dzieci.

Jak to obejść? Bardzo prosto – na chłopski rozum i przy pomocy paru listów.

Jeśli nie ma oficjalnego związku, gdzie urząd jest administratorem, a cała ich jurysdykcja jest domniemana na zasadzie „nikt nic nie mówi, więc działamy dalej” wystarczy wystosować pismo polecone do odpowiedniego organu, który śmie twierdzić, że związek będzie regulowany ustawowo i zapytać o PROOF OF CLAIM, czyli dowód na to, że istnieje dokument, podpisany przez oboje: parę i urzędnika, gdzie para DOBROWOLNIE oddaje swój związek pod opiekę rządu. Nic takiego oczywiście nie istnieje! A potem należy pociągnąć urzędasa do odpowiedzialności.

Ktokolwiek robi tzw. CLAIM, czyli rości sobie prawo do czasu, pieniędzy, wolności itp. drugiej osoby – według prawa – ma obowiązek udowodnić swoje stanowisko – to jest podstawowa maksyma prawna.

BURDEN PROOF LIES ON THE ACCUSER, w tłumaczeniu: „ten kto oskarża ma obowiązek udowodnić”.

Prawnicy nie są uczeni prawa, oni są uczeni procedur, ustaw, i całej masy bzdetów, ale na pewno są nieliczni, wysoko, którzy kumają o co chodzi, i to jest wielka przysługa systemu dla nas. Ich głupota i niewiedza może być wykorzystana przez kogoś, kto potrafi myśleć i trochę poczytał.

Piotras

Przekręt wszechczasów część VIII

To co się dzisiaj dzieje na świecie w temacie dzieci odbieranych siłą rodzicom zakrawa na szaleństwo. Moim skromnym zdaniem, to jest atak, próba rozbicia ostatniej komórki przyjaznych sobie ludzi – mam na myśli rodzinę.

Powiem kilka słów na ten temat, rzeczy które u mnie wywołały niemały szok, a wręcz nudności.

Wszyscy chyba „wiedzą” czym jest dzisiaj ślub, kościelny, cywilny, tak przynajmniej nam się wydaje. Sam do niedawna myślałem, że ślub to unia dwojga ludzi, kochających się ludzi, raz przed Bogiem, a raz w świetle prawa, z kochanym urzędnikiem w roli głównej. I tyle, mamy 2 obrączki i kawałek papieru – tu się rola osób trzecich kończy. Niezupełnie… a właściwie wręcz przeciwnie.

Nie będę zagłębiał się w ślub kościelny, jestem anty religijny do takiego stopnia, że lecząc się z tego programu postanowiłem zresetować dosłownie wszystko, co się wiąże z kościołem (nie Bogiem, i nie duchowością). Jeżeli napomknę o kościele, to tyko dlatego, że ma to związek prawny, nic poza tym.

Skupie się na stronie prawnej/urzędowej bo ta ma ogromne znaczenie dla naszego życia, i życia naszych dzieci.

Jaś (będę piłował tego Jasia jeszcze trochę) i Małgosia postanowili się pobrać, idą więc gdzie trzeba, do urzędu i wyrażają swoją zgodę na to, żeby „zalegalizować” związek. Ja sam nie jestem żonaty, więc mogę jakieś szczegóły pominąć, ale schemat jest ten sam wszędzie, w każdym niemal kraju IMF, o ile mi wiadomo.

Oboje pojawiają się przed urzędnikiem i podpisują papier, świadkowie również, i urzędnik odgrywa swoją rolę. Od dzisiaj oficjalnie Jaś i Małgosia są małżeństwem.

Pozwólcie, że podam kilka faktów, wynikających z tejże unii, unii nie tylko Jasia i Małgosi, ale… i tu uwaga: URZĘDU, tak, dobrze czytacie, to jest unia trzech, nie dwóch osób.

A jakie ma to znaczenie i czym jest ślub cywilny? Już mówię.

Małżeństwo, to nic innego (w świetle prawa/biznesu) jak kontrakt, umowa pomiędzy stronami zainteresowanymi (trzema, a nie dwoma), nic poza tym. Jak każdy kontrakt niesie ze sobą wszystkie prawa, warunki, zobowiązania i przywileje dla osób zainteresowanych.  Co to znaczy?

Otóż w tej unii trojga (JAŚ, MAŁGOSIA, URZĄD – i tu celowo pisze dużymi literami, bo w tej umowie, również posługujemy się JASIEM, czyli korporacyjnym bytem/dowód osobisty). Nie wszystkie strony mają tyle samo do powiedzenia, jedna z tych stron jest tzw. ADMINISTRATOREM unii – kto – no właśnie – URZAD.

To urząd pełni rolę najważniejszej osoby w tej umowie, to jest byt, który będzie dyktował warunki trwania umowy aż do jej rozwiązania, a nawet podczas jej rozwiązywania (rozwód), ten byt będzie decydować, gdzie pójdą dzieci, jak zostanie podzielony majątek itp. Dziwne? To czytajcie dalej.

Ta umowa, w świetle prawa, tradycji i trochę ezoteryki (pamiętajmy, że kościelni to nie jest jawne ugrupowanie) ma największą moc. Na zachodzie, dostajemy tzw. MARRIAGE LICENCE, po podpisaniu ślubu cywilnego… licencję na małżeństwo.

Zapraszanie urzędu do naszego rodzinnego gniazda, łączy się niestety z konsekwencjami dużego kalibru. Sam fakt, że sędzia będzie decydował o rozwiązaniu umowy, nawet wbrew małżonkom, nie jest jeszcze najgorszy…

Są jeszcze dzieci i czasem te dzieci zostają odebrane rodzicom na podstawie totalnie bzdurnych argumentów – widzimy to coraz częściej dookoła.

Teraz do sedna sprawy.

Dlaczego urzędnikom wydaje się, że mają prawo przyjść do kogoś do domu, bez zaproszenia, i rozpocząć proces, który kończy się odebraniem rodzicom dzieci? Nie mówię tu o patologiach, narkotykach i przemocy, gdzie takie rzeczy jak odebranie dzieci robi się dla ich ratowania. Mówię o masie przypadków, gdzie dzieci są odbierane, bo rodzina jest za biedna – rozumiecie? Rodzina jest za biedna, więc urząd zabiera dzieci rodzinie, daje je obcym ludziom na wychowanie i PŁACI tym ludziom niemałe pieniądze na utrzymanie tychże zabranych dzieci. Nasuwa się oczywiste pytanie – dlaczego zamiast odbierać dzieci i płacić rodzinie zastępczej za wychowanie, rząd nie przeznaczy tych pieniędzy dla oryginalnej rodziny, żeby ta nie była już taka biedna i mogła spokojnie wychowywać swoje pociechy? Tak dyktuje logika i zwykła ludzka przyzwoitość, ale niestety tak nie jest.

Ja skupię się najpierw na tym dlaczego, potem jak sobie z tym radzić.

Otóż urząd, będąc administratorem unii JASIA I MAŁGOSI ma prawo robić z tą unią co zechce tak naprawdę, dosłownie. My sami oddaliśmy im tę moc, może nawet pełnomocnictwo prawne wobec tego maleństwa, więc robią co chcą.

Dzieci z takowego związku, w świetle prawa to tzw. WARD OF THE STATE, co w wolnym tłumaczeniu znaczy „własność stanu/korporacji RP”, ciekawe prawda?

My sami idziemy do tych ludzi, legitymujemy się dowodem osobistym, będącym potwierdzeniem naszej przynależności do korporacji RP, podpisujemy dokument, w którym dobrowolnie oddajemy stery naszego związku obcym ludziom, a potem płaczemy, że ci ludzie robią to, o co ich prosimy – czyli administrują tym związkiem, jego majątkiem i jego dziećmi tak, jak im się wydaje, że powinno być.

Co dalej z dziećmi?

Nasze pociechy urodzone w jurysdykcji korporacji RP są obiektem wszystkich zasad obowiązujących w tejże korporacji. Jedną z wielu jest obowiązkowe szczepienie i całe to gówno farmakologiczne, jakie serwują władcy swoim poddanym. Rodzic w roli korporacyjnego pachołka nie ma nic do gadania, (ludzie mają już sukcesy na tym polu, ale o tym później). Opieka społeczna nie pyta, czy może przyjść, oni twierdzą, że mają prawo przychodzić, czy nam się podoba czy nie. Jak się IM coś nie spodoba, to zaczyna się młyn papierów i dzieci nagle znikają ze szczęśliwego domu, a rodzice chodzą od sądu do sądu zapłakani, żeby odebrać swoje własne dzieci – tak to wygląda.

Drodzy czytelnicy, pozwólcie, że zadam kilka pytań, jak zwykle, żeby trochę pomęczyć szare komórki.

  1. Dlaczego myślicie, że potrzebujecie swoją miłość legalizować? Czy mało macie doświadczenia z instytucją państwową, żeby wyciągnąć jeden prosty wniosek: trzymać się jak najdalej od tego szamba i tych porąbanych ludzi????
  2. Nie wydaje wam się logiczne, że zapraszanie osoby trzeciej do waszego związku może wiązać się z konsekwencjami prawnymi? Biorąc pod uwagę punkt # 1, te konsekwencje mogą być, delikatnie mówiąc, bolesne?
  3. Mając odrobinę życiowego doświadczenia, i widząc co się dzieje w temacie rozwodów, odbierania dzieci na widzimisię urzędasów, nie wystarczy to, żeby odmówić jakichkolwiek interesów z tymi ludźmi?

Co dalej z dzieciakami i jak je odzyskać? Tu zastrzegam znów – nie udzielam rad prawnych, dzielę się tylko informacjami, jakie zdobyłem przez ostatnich kilka lat. Każdą próbę wykorzystania owych informacji podejmujecie na własną odpowiedzialność.

Sprawa zaczęta przez opiekę społeczną (nawet nazwa jest super – rząd wszystko robi o 180 stopni na odwrót) kończy się odebraniem dzieci, zazwyczaj przy zamkniętych drzwiach*) (tak jest w UK), przy procesie przypominającym jakąś farsę. Rodzice idą do domu i zaczyna się niekończąca się gonitwa od urzędu do urzędu, okraszona stosem niezrozumiałych papierów.

Sąd robi dokładnie to, co należy do jego kompetencji, niestety. Ten cały system jest chory, a sądownictwo i ramię wykonawcze (pieski policyjne itp.) nie mają na tyle klepek we łbie, żeby zapytać, czy to, co się dzieje jest sprawiedliwe.

Sąd wydaje wyrok i idzie do domu, pamiętacie jak pisałem o tytułach/rolach/urzędach piastujących je ludzi? Pani sędzina Janina B. w swojej oficjalnej roli jest niestety niemal nietykalna, a jej decyzja będzie odbijać się jak piłka od ścian systemu, nie trafiając do bramki.

Tylko pamiętajmy jedną bardzo ważną rzecz: SĘDZIA, URZĄD, KOMORNIK, BANKIER, LEKARZ, OPIEKA SPOŁECZNA itd. itp. to tylko martwe, nie żyjące i nie oddychające koncepty naszej cywilizacji. Żeby ów status mógł komuś zabrać dziecko, musi być animowany przez żyjącą osobę z krwi i kości, rozumiecie?

Sędzia sądu jest bardzo trudny do ugryzienia (metaforycznie, hehe), ale pani Janina B w swojej prywatnej osobie już nie. Więc składając 2+2 dochodzimy do wniosku – będziemy sądzić panią Janinę B. jako OSOBĘ, a nie sędziego, za zamach na dobro rodziny, traumę dziecka odebranego rodzicom, kłopoty finansowe, jakie się z tym wiążą, stan psychiczny wszystkich członków rodziny, kłopoty w pracy poprzez stan emocjonalny i konieczność pojawiania się w sądzie zamiast w pracy – mam wymieniać dalej?

Wiem, że to większości wydaje się herezją, ale wierzcie mi, tak nie jest. Znam przypadki, kiedy sędziowie uciekali z sali rozpraw, kiedy chowali się miesiącami przed tzw. process server – czyli kimś, kto dostarcza pismo polecone i ma na to dowód. Kiedy tracili posady i posiadłości  (pamiętacie proces aresztowania tytułu własności – commercial lien?) i wiele, wiele innych.

I ten sposób dotyczy WSZYSTKICH ludzi na tej planecie! Kiedy ostatnio ktoś z was pracował i nie dostał wypłaty, bo firma splajtowała? Firma padła, ale człowiek animujący tę firmę żyje sobie nadal i w jego prywatnym statusie nie cieszy się ochroną skorumpowanego prawa – idziemy z żądaniem zapłaty do niego – cały proces administracyjny, jaki jest potrzebny wytłumaczę w osobnych artykułach.

Jest taki pan, nazywa się Karl Lentz, proszę zaznajomić się z nim na YouTube. On między innymi odbiera dzieci z powrotem od urzędasów. Linia jego argumentu jest niemal banalnie prosta: „Kto z LUDZI siedzących na tej sali twierdzi, że ma prawo do mojego dziecka???”

Zauważcie jedną rzecz: nie pyta jaki oficer, sługa / pracownik opieki, adwokat czy sędzia, on pyta „jaki mężczyzna bądź kobieta rości sobie prawa do mojego dziecka i na jakiej podstawie?” Rozumiecie różnicę między statusem prawnym a statusem prywatnym każdej osoby?

Sędzina JANINA B. rości sobie prawa na podstawie danego jej mandatu (nie wiem jak to nazywa się po polsku) do tego, aby na podstawie materiału przedstawionego przez innych członków korporacji RP podjąć decyzję i zabrać dziecko.

Pani Janina B., lat 45, mieszkanka Szczecina, matka 2 dzieci itd. NIE MA NAJMNIEJSZEGO PRAWA ruszyć palcem naszego malucha, a jak ruszy idzie do pudła, jak każdy przestępca!!!

Nie wiem czy ten koncept jest łatwy do zrozumienia. Jest tak, jak mówił Szekspir- świat to scena, życie to teatr, a my gramy wciąż jakieś role. Tylko dla 99 % społeczeństwa te role nigdy się nie kończą, niestety.

Piotras

c.d.n.

*) Przypisek Astromarii: byłam naocznym świadkiem jak się wydaje taki wyrok. W tamtym przypadku rzeczywiście chodziło o dobro dziecka, bo babcia będąca rodziną zastępczą znalazła się nagle na OIOM-ie, a matka dziecka była chora psychicznie i nie można było dopuścić, żeby dziecko dostało się pod jej opiekę. Osoba z pomocy społecznej przyszła do sądu z ciotką dziecka i wywołała panią sędzię, opowiedziała jej, jaka jest sytuacja, sędzia pobiegła do biura, zamknęła się w nim, po chwili wyszła przynosząc „wyrok”, na którym było napisane, że „sąd na posiedzeniu niejawnym” postanowił wydać dziecko ciotce ustanawiając ją rodziną zastępczą do czasu wyjaśnienia sprawy z dotychczasową rodziną zastępczą. I sprawa zakończona do czasu kolejnej rozprawy sądowej, tym razem jawnej! Prawdopodobnie tak właśnie przebiegają owe „rozprawy za drzwiami zamkniętymi”. Szybko i sprawnie, szkoda tylko, że człowiek dochodzący sprawiedliwości w innych sprawach musi czekać latami na wyrok.

Przekręt wszechczasów część VII

Temat aktu urodzenia jest bardzo głęboki, jest też ogrom teorii na ten temat, które różnią się diametralnie od siebie. Nie twierdzę, że moje zrozumienie tematu jest wyrocznią, mogę tylko powiedzieć, że przy informacji, jaką posiadam, mojej zdolności myślenia i doświadczenia w tym temacie to zrozumienie – dla mnie – trzyma się kupy.

Zanim zakończę ten temat, chciałbym przytoczyć przykład z życia kogoś, kogo znam, człowieka bardzo doświadczonego w tym temacie, który zna swoją rolę, i rolę aktu urodzenia w systemie.

Dean, człowiek któremu dużo zawdzięczam, postanowił przekroczyć granicę między Kanadą i USA wyłącznie na podstawie aktu urodzenia. Pomijam fakt, że jeździ samochodem bez ubezpieczenia, bez prawa jazdy i bez rządowej rejestracji (ma swoją, wyłącznie dla identyfikacji).

Po spotkaniu służb celnych na granicy USA (proszę pamiętać, jak bardzo szurnięci są ci ludzie TSA) został zaproszony na rozmowę, gdzie bardzo grzesznie powiedziano mu, że w tym czasie nie ma wjazdu do USA. Nie został aresztowany za brak prawka, ubezpieczenia, rejestracji.

Ci ludzie (trochę wyżej na stołku) dobrze wiedzą, że akt urodzenia nie tylko wystarczy, żeby podróżować (mimo tego, że nie może być używany jako identyfikator osoby), ale przede wszystkim jest to dowód na to, że dana osoba ma majątek, w razie gdyby spowodowała jakieś szkody.

To jest, jak już wcześniej pisałem tzw. BOND, na bazie którego niemal wszystkie szkody (nieumyślne) zostaną zrekompensowane poszkodowanemu.

Co więcej, jak już pisałem, jest wiele USA, (pewnie nawet i RP), więc Dean zapytał „do którego USA nie mam wjazdu? Do Konstytucyjnej Republiki USA, czy korporacyjnego USA?”

Odpowiedz strażnika była bardzo prosta: „Proszę pana, nie możemy na ten temat rozmawiać”.

Ja sam kiedyś napisałem do jakiegoś urzędu, nie pamiętam dokładnie już gdzie, z zapytaniem, gdzie mogę znaleźć numer rejestracyjny korporacji Rzeczpospolita Polska. I czy to prawda, że rząd to zarejestrowana korporacja. Ich odpowiedz była również bardzo prosta: „Nie możemy Panu pomóc”.

Ja odpisałem, że dziękuję za potwierdzenie, dziękuję, że nie zaprzeczają, że RP to korporacja i że znajdę sobie sam.

Czy sam akt urodzenia, jako papier mający wartość monetarną jest wymieniany, kupowany, sprzedawany na Wall Street bądź w innym miejscu – tego nie wiem, ale całkiem możliwe. Posiada numery, podpisy, daty, więc być może, zgodnie z systemem tworzenia pieniędzy, to jest jakiś papier wartościowy i generuje majątek w czasie swojego istnienia. Nie ma to aż takiego znaczenia dla mnie. Na dzień dzisiejszy, jestem za cienki w uszach żeby zrobić z tej opcji użytek i po prostu zażądać dywidendy z tytułu inwestycji i własności. Może kiedyś się tego nauczę, może nie. Dzisiaj myślę, że ten papier ma jedną, bardzo ważną rolę, a właściwie 2.

Jedna to dowód na to, że się urodziłem w danym miejscu i mam prawo do zasobów tejże ziemi, tak jak cała reszta rdzennych mieszkańców i żadna gnida rządowa temu nie zaprzeczy.

Druga to dowód na to, że mój pionek do gry commerce/światowego biznesu istnieje i to Ja jestem jego panem, nie urząd, nie bank, nie sam papież tylko Ja. Ja go mogę uśmiercić, zbankrutować, bądź używać umiejętnie przez całe moje życie, tak aby przynosił mi korzyść.

Cala reszta jest jeszcze dla mnie do nauczenia.

Piotras