Jak pro-szczepionkowcy robią z ludzi idiotów (za ich bezkrytycznym przyzwoleniem)

Drogi rodzicu! Zanim ulegniesz medialnej histerii, której celem jest napędzenie ci śmiertelnego i irracjonalnego strachu, który zmusi cię do kupna szczepionki 6w1, napij się zimnej wody, odetchnij głęboko i policz do 10, a jeśli to za mało to do 100. A potem udaj się do babci i dziadka i spytaj ich, czy i na co byli oni szczepieni i ilu ich kolegów ze szkoły zmarło w męczarniach z powodu wietrznej ospy, świnki, odry czy różyczki.

Wciąż słyszę, a to od synowej, a to od znajomych z Facebooka, że Bardzo Dobrze Wykształcone osoby, a nawet Znakomicie Wykształceni Pediatrzy oraz równie Znakomicie Poinformowane panie z PZH (to słyszałam na własne uszy!) twierdzą z całą powagą, że ospa wietrzna zbierała w latach 50 i 60 śmiertelne żniwo. Że dzieci były dziesiątkowane przez epidemie tej potwornej zarazy, ale nikt już tego nie pamięta, bo dziś nawet nie potrafimy sobie wyobrazić tych potwornych czasów.

Zaraz, zaraz! Czy przypadkiem ktoś nie robi z was kompletnych idiotów????

Po co sobie wyobrażać cokolwiek, przecież wciąż żyją osoby, które te czasy bardzo dobrze pamiętają. Nie jest wcale prawdą, że wszyscy oni wymarli na ospę i świnkę – rozejrzyjcie się wokół przytomnym wzrokiem i oceńcie : czy brakuje któregoś pokolenia? Gdzie są masowe groby tych biednych, niewinnych ofiar?

Czy wy, drodzy czytelnicy, zastanawiacie się czasem nad tym, co wam wciskają media i autorytety? Czy przyjmujecie te wszystkie rewelacje zupełnie bezkrytycznie, nawet nie próbując się dowiedzieć, czy to jest prawda?

Kiedy w latach 60. poszłam do podstawówki nikt nie był szczepiony.

Dostaliśmy jedynie szczepionki przeciw gruźlicy i polio, a nieco później przeciw ospie prawdziwej. I to było wszystko! [Mimo masowych szczepień regularnie, całą szkołą, chodziliśmy się prześwietlać, bo gruźlica występowała dość powszechnie – czyż to nie jest najlepszy dowód na nieskuteczność szczepień?]

Czy potraficie sobie wyobrazić całą szkołę pełną nieszczepionych dzieciaków???

Były to lata powojennego wyżu demograficznego, kiedy szkoły były tak przepełnione, że w klasie było ponad 30 dzieci, a szkoła pracowała na 2 zmiany! I całe to towarzystwo było pozbawione „naukowej” ochrony przed chorobami! Chroniła nas jedynie Natura!

Zgroza, nieprawdaż?

O szczepionkach na jakiekolwiek tak zwane choroby wieku dziecięcego nikt wtedy nawet nie myślał! Gdyby ktoś zaproponował szczepionkę przeciw ospie wietrznej czy śwince wszyscy pukaliby się po głowach, bo dla każdego rodzica, nauczyciela czy pediatry byłby to czysty idiotyzm. Wszyscy wiedzieli, że te choroby trzeba przechorować, żeby nabyć odporności na całe życie i przekazać przeciwciała rodzącym się noworodkom. Nikt tych chorób nie uważał za groźne i nikt nie domagał się ich likwidacji. Pediatrzy uważali, że te choroby mają wyższy biologiczny sens i zachęcali młode mamy, żeby odwiedzały wraz z dziećmi chorych kolegów. Oczywiście nikt wtedy nie używał słów „ospa party”, bo wtedy nikt nie zgrywał Anglika z Koziej Wólki. Jeśli już, to raczej Francuza… Jeśli komuś udało się złapać chorobę był nawet szczęśliwy, bo oznaczało to kilka dni wolnego od szkoły. Można się było wysypiać do woli i bawić z rodzeństwem, a mama chodziła wokół karmiąc nas frykasami i pytając o samopoczucie.

Zapewniam was, że ospa nie tylko nie DZIESIĄTKOWAŁA moich kolegów, ale że nikt, dosłownie nikt nie doznał nawet najmniejszych komplikacji zdrowotnych. O śmierci z powodu ospy wietrznej nigdy w życiu nie słyszałam! Powiem więcej: przez całe dzieciństwo nie słyszałam o śmierci żadnego dziecka, z wyjątkiem jednego, które wpadło pod samochód! Nikt w całej, dużej szkole nie miał alergii, astmy, atopowego zapalenia skóry, cukrzycy, a tym bardziej raka. Na szkole nie wisiały nekrologi, nikt nie używał inhalatora, strzykawek z insuliną, nikt nie chodził łysy i na nikogo nie zbieraliśmy pieniędzy, żeby przekazać je onkologom. W szkole moich dzieci było już troszkę gorzej, bo pojawiły się pierwsze przypadki astmy i cukrzycy, a nawet na drzwiach szkoły zawisł nekrolog, wprawdzie tylko jeden, ale i to dla mnie było strasznym szokiem.

Czasy mojego dzieciństwa wspominam jako czasy zdrowotnego raju na ziemi. Czasy dzieciństwa moich dzieci to był już zdrowotny czyściec, natomiast dziś dzieciaki żyją w piekle. Im więcej szczepień tym więcej strasznych, przewlekłych chorób i tym większe żniwo śmierci. Kiedy jadę przez moje miasto na każdym rogu widzę bilbord z przerażającym zdjęciem łysego, bladego jak kredowa ściana i mocno spuchniętego od sterydów dziecka, które prosi, żeby wpłacić pieniądze dla lekarzy, którzy je zabiją.

Ech, goje, do czego daliście się doprowadzić? Nie dość, że was torturują, okaleczają i w końcu boleśnie uśmiercają, to jeszcze za to płacicie i to bardzo wielkie pieniądze. Trochę wam współczuję, ale tylko trochę, bo trzeba być naprawdę kompletnym idiotą, żeby pozwolić sobie to robić!

To, czego nie musimy już wypijać z wodą skażoną fekaliami „lekarze” wstrzykują naszym dzieciom prosto do krwiobiegu

Bleeeeeeeeeeeeee, obejrzałam właśnie GalileoExtra, w dzisiejszym odcinku była mowa o historii toalet na przestrzeni dziejów ludzkiej cywilizacji. Trzeba było wykazać nieco samozaparcia, żeby nie rzygnąć.

Ten odcinek powinien być OBOWIĄZKOWO pokazywany wszystkim pseudo-racjonalistycznym czcicielom bałwana szczepień.

Każdy pseudo-racjonalistyczny bezmyślny BEZMÓZGOWIEC natychmiast powinien się dowiedzieć (bo jak zawsze z wiedzą to u nich cieniutko, oj, cieniutko!!!), że oczyszczana i chlorowana / ozonowana woda w wodociągach to wynalazek końca XX wieku.

Kiedyś ludzie mieszkali na kupie, dosłownie i w przenośni. Osiedlali się w osadach i za przeproszeniem SRALI, GDZIE POPADŁO. Przy domach były doły kloaczne w najlepszym razie obudowane kamieniami lub kręgami z betonu, a zawartość nocników wylewano z okien wprost na ulicę, nierzadko na głowy przechodniów. Odchody ludzkie i zwierzęce trafiały do gruntu, a stamtąd przeciekały do studni lub… piwnicy sąsiada. Po każdym większym deszczu w piwnicach pływały ekskrementy, a smród był wprost nie do wytrzymania. Szczytem wynalazku była kanalizacja miejska, z której to, co tam wpadło, było spłukiwane prosto do rzeki. A woda z rzeki była z powrotem pompowana do mieszkań. BEZ ŻADNEGO OCZYSZCZANIA.

Latem rzeki zamieniały się w cuchnące ścieki, w których masowo ginęły ryby, które rozkładając się, powodowały jeszcze gorszy smród i zarazy, a wszystko to jest doskonale udokumentowane w zapiskach historycznych, a nawet na zdjęciach i starych filmach. Z tego to właśnie powodu (a nie z żadnego innego) regularnie wybuchały epidemie, zabijające tysiące ludzi, a przede wszystkim małych dzieci! Ludzie nie wiedzieli dlaczego tak się dzieje i wierzyli, że to kara boża.

A potem zjawił się jakiś kompletny idiota i wymyślił szczepienia. Wymyślił je, kiedy w miastach wybudowano już wodociągi i oczyszczalnie ścieków, dzięki czemu choroby zakaźne znikły.

Dzisiejsze epidemie chorób zakaźnych (polio, gruźlica, koklusz i inne) spowodowane są przez szczepienia. To, czego nie musimy już wypijać z wodą skażoną fekaliami „lekarze” wstrzykują naszym dzieciom prosto do krwiobiegu. Genialne, nieprawdaż?

—————–

PS. Ten film mówił o sytuacji w miastach Europy Zachodniej, a szczególnie Wielkiej Brytanii. Nie piszcie mi w komentarzach, jak pięknie i czysto było na wsi za waszego dzieciństwa, bo tu nie chodzi o polską wieś XX wieku, lecz o rozbudowujące się miasta i osady w Anglii w erze industrializacji, czyli XVIII/XIX wiek.

Fragment o wsi usunęłam, bo w filmie nie było o tym mowy, to był mój, nieprzemyślany dodatek.

Ameryka, jakiej nie znacie (korespondencja „Niereligijnej” zza oceanu)

W zeszłym tygodniu pojechaliśmy w powszedni dzień do Filadelfii, akurat w czasie gdy szkoły kończyły pracę i dzieciaki wychodziły na ulice by trafić do domów. Skrzyżowania co 100-150 metrów, na każdym sygnalizacja świetlna, ale na każdym skrzyżowaniu jest też osoba w jaskrawym uniformie (mundurze) odblaskowym i z wielkim lizakiem z napisem STOP, oprócz tego, że są światła, takie podobne jak w Polsce, i o identycznym zastosowaniu, czyli czerwone stop! zielone iść! Ale chyba nikt amerykańskim dzieciom nie ufa, bo stawiają jeszcze tych bardzo aktywnych i jaskrawych ludzi, by przeprowadzali „uczniów” przez ulice.

Mój ciekawski mąż, gdy ja weszłam do sklepu, zagadał taką jaskrawą panią na skrzyżowaniu, czy ta praca to forma wolontariatu, czy zarobkowa, tzn. taki etat?

Jaskrawa pani z dumą odpowiedziała, że to praca związkowa, czyli mają solidne wynagrodzenie.

W tym czasie, gdy sobie tak gaworzyli, na ulicę wtargnął młodzieniec z piłką, którą zgrabnie odbijał o asfaltową ulicę, jednocześnie klikając na telefonie i wcale nie obchodziło go, że maszeruje na czerwonym świetle i zmusza samochody do hamowania z piskiem. Nawet nie spojrzał w stronę tych samochodów, tylko szedł dalej, jakby był ślepy i głuchy, a mój mąż przeprosił jaskrawą panią, że jej rozprasza uwagę podczas wykonywania tej odpowiedzialnej pracy.

Na drugi dzień pracowaliśmy w tym samym domu, on remontował, a ja to co zawsze….i wróciła właścicielka, więc mój mąż ją zapewnia, że telewizor już z powrotem podłączony (bo telAwizja codziennie wieczorem dla niej to jak dializa i transfuzja w szpitalu dla chorego pacjenta) i że my nie oglądamy wcale, tylko że ja często po pracy oglądam w Internecie rosyjskie fabularne filmy.

Więc im obojgu wytłumaczyłam dlaczego i teraz Wam wytłumaczę.

W rosyjskich filmach są bardzo dobre scenariusze, są źli i dobrzy ludzie, ale jest normalny świat, np. ludzie sobie ufają i pomagają. Facet w nocy trafił do jakiejś piwnicy w której żyją bezdomni, spotkał tam małą dziewczynkę i gdy już się pogościł to wziął dzieciaka za rękę i odprowadził do matki do domu. Matka go zaprosiła na herbatę, a dziewczynka zarządziła, że on ma jej opowiedzieć bajkę na dobranoc. Nikt nie wezwał na nikogo policji, ani on ma matkę, że się dzieckiem nie zajmuje, ani matka na faceta, że pedofil jakiś, bo zainteresował się jej dzieckiem.

Te filmy są zwyczajne, ze zwyczajnymi ludźmi. Dzięki nim nie czuję się jak wariat, bo tam dzieci chodzą same po ulicach, a tu nawet gdy się bawią, to muszą być pod obserwacją opiekunów. Ludzie są oduczeni pomagania sobie i bezinteresowności, rozmawiania tak po prostu z obcymi.

W Ameryce czuję się dokładnie tak jak rodzeństwo w filmie Pleasentville, które wpadło przez przypadek do czarno-białego filmu i tylko oni jedyni widzą kolory i dziwactwo miejsca i sytuacji.

Mój mąż opowiedział tej klientce o tych naszych obserwacjach w Filadelfii (to jest i u nas na wsi, tylko powolniej, bo mniejszy ruch) i mówi do klientki, że gdyby te durne dzieciaki co sobie nie radzą z sygnalizacją świetlną poginęły w wypadkach samochodowych, to byłoby z korzyścią dla przyszłych pokoleń, bo by nie przekazały swojego złego- niedorobionego genu.

Klientka dla której taka uliczna czy społeczna sytuacja jest normalna, bo innego świata ani życia nie zna, pewnie myśli ze mam makabrycznego męża.

A u innych ludzi w domu – kończyłam już prawie pracę, za ścianą w fotelach siedzi mąż i żona, żona mówi do męża: w przyszłym tygodniu muszę iść na mammogram! Wtedy ja wychyliłam się zza ściany i pytam: nie lubisz swoich cycków? A ona: no nie lubię, bo są za duże! Teraz ja: acha! więc myślisz, że to dobry pomysł, żeby dostać raka piersi i wtedy pójść na operację i lekarze zrobią cię na płasko? Ona: to co, ty nie chodzisz na mammogram? Ja: nie! Bo nie chcę dostać raka! Ona: jak to tak? Ja: czego się spodziewasz? Jeśli będziesz poddawać się radiacji regularnie, to dostaniesz raka! I wtedy udowodnisz sobie i innym, jakie to badanie dla ciebie „zbawienne” i słuszne, bo zdiagnozowali, że masz raka!

Przypuszczam, że pójdzie i tak, bo to ta głupia gęś, co z braku argumentów w poprzedniej rozmowie zaczęła recytować przysięgę (taką, co przysięgają bronić i służyć wiernie Ameryce – cokolwiek to znaczy).

Oni są moimi klientami, bo mnie im polecił mój inny klient o imieniu George, który umarł „na raka” w czerwcu w tym roku.

Mówię do niej i do jej męża: – George nie umarł na żadnego raka, to lekarze go wykończyli, gdyby nie poszedł do lekarza, to byłby zdrowy i żywy, a jak mu powiedzieli „masz raka!” chłop spanikował i dał się wrobić w radiację i chemioterapię i od tego umarł!!! A ona na to: ale on poszedł do lekarza, bo się źle czuł, co ja skwitowałam: popatrz na mnie! Ja się codziennie źle czuję i żyję! Mówię im dalej… moja babcia całe życie paliła papierosy, takie bez filtra, tylko ze szklaną lufką i zawsze chodziła po polnych drogach na obcasach, do końca życia, aż umarła! Wiesz, ile lat miała? 94! Bo na tych obcasach ani na bosaka nie chodziła do lekarza.

Nawet sobie nie wyobrażacie, jaka jestem zmęczona głupotą tych cywilizowanych ludzi.

Może nie trzeba ich ratować?

——————

Jeśli nie wiesz, o co chodzi z tym rakiem, z boku bloga znajdź kategorie, kliknij „Nieuleczalni” i „Rak”, poczytaj i wyciągnij wnioski. [przypisek: Astromaria].

Usunęli kobiecie macicę i oba jajniki. Później okazało się, że zamiast operacji potrzebowała diety i witamin.

Źródło: Sekrety zdrowego życia

Poniższa historia jest prawdziwa opublikowano ją w The Journal of the American Medical Association, nr 237, 28 marca 1977.

„Kwiecień  – pacjentka operowana z powodu ciężkich ataków bólowych i innych zaburzeń. Wstępna diagnoza; endometrosis. Po otwarciu jamy brzusznej stwierdzono obecność dużej ilości wynaczynionej krwi. Drenaż, usunięcie macicy i obu jajników. Objawy nie ustępują. W cztery miesiące później (sierpień) następna operacja. Usunięto odcinek jelita i skauteryzowano krwawiące do jamy brzusznej miejsca. Po roku ponowna operacja – tym razem usunięto z jamy brzusznej 3 (trzy!) litry wynaczynionej krwi oraz szereg małych cyst na wątrobie, wypełnionych krwią i płynem. Po dwóch miesiącach ponowne chirurgiczne ściąganie krwi. W styczniu historia powtarza się. Znowu operacja – usuwanie krwi i stwierdzenie mnóstwa krwawych guzów. Transfuzje, przeniesienie do dużego szpitala uniwersyteckiego. Usunięcie śledziony i diagnoza: rozsiany, niemożliwy do wykrycia nowotwór złośliwy.

W maju powrót objawów. Podejrzenie dotyczy tym razem trzustki. Po roku pacjentka powraca. Bóle są nie do zniesienia. W lipcu ściągają 4,5 (cztery i pół) litra krwi. Biopsja wykazuje rozlane krwawienie z mnóstwem wypełnionych krwią cyst i skrzepów krwi.

W marcu następnego roku pęka bomba! Jeden lekarz zapytał: „co pani je?” Otóż pacjentka nie jadła ŻADNYCH surowizn. Po zbadaniu poziomu Witaminy C w jej surowicy, okazał się on niemal równy zeru! Jest to niestety historia najprawdziwsza, 4 lata cierpień, 7 operacji, bezpowrotne okaleczenie – wszystko niepotrzebne (…) Historia ta potwierdza przypuszczenie, że ciągle nie docenia się roli, jaką w naszym zdrowiu odgrywają witaminy i pierwiastki mineralne. Mało osób zdaje sobie sprawę z tego, że na przykład witamina C jest nam potrzebna do życia niemal jak woda i powietrze”.

Powyższy cytowany fragment zaczerpnąłem z książki Zbigniewa Wiśniewskiego pt: „Nie ma chorób nieuleczalnych”, s. 41-42.

Skoro Wszechświat powstał przez przypadek, to dlaczego nie mógłby się utworzyć na niebie pentagram?

Przez „czysty przypadek” i „z powodu zwiększonego ruchu lotniczego” nad Polską ludzie mieszkający na południe od Gorzowa Wielkopolskiego, wczoraj punktualnie o 21:00 (tam to dopiero jest szalony ruch lotniczy, nieprawdaż?) mogli obserwować pentagram na niebie.

Na całe szczęście w nieszczęściu, jako osoba co-nieco obeznana z symboliką używaną zupełnie bezprawnie przez Iluminati mam dobrą wiadomość – ten pentagram nie jest „diabelski”. Ten diabelski ma rogi jak diabeł, a ten jest „ludzki”, bo „stoi” na dwóch nogach. Proszę więc  nie wpadać w panikę, to nie diabeł zostawił tę wiadomość, tylko piloci wykonujący rozkaz rozpylania chemii nad naszym krajem. Może chcieli (o, naiwni!), żeby ludzie wreszcie zobaczyli co się dzieje? Niestety, oprócz Freenaty, która nadesłała to zdjęcie chyba niewielu to dostrzegło.

Śpijcie dalej, miłych snów!

Czy tzw. racjonalizm może upaść jeszcze niżej?

Racjonalizm upadł tak nisko, że już nie powołuje się na naukę i naukowców, lecz na cyrk z małpami i cyrkowców!

Za każdym razem, kiedy dyskutowany jest temat homeopatii (a raczej kiedy homeopatia musi się bronić przed nikczemnymi i kłamliwymi oszczerstwami internetowych trolli opłaconych przez Big Pharma) na scenę wywoływany jest sam Wielki Mistrz Sztuki Cyrkowej, wielmożny James Randi.

Zaprawdę postać to wybitna, ale bynajmniej nie w nauce, lecz w sztuce hipnotyzowania słabych i nie przyzwyczajonych do samodzielnego myślenia owieczek. Hipnoza to jedyna dziedzina wiedzy, którą ten pan studiował i jak widać do mistrzostwa opanował. Gdyby nie ta rzadka i jakże cenna umiejętność, do dziś wyciągałby swoje króliki z kapelusza i zamieniał płonące zwitki papieru w żywe róże. Dzięki umiejętności usypiania czujności ludzi o słabych rozumkach osiągnął znacznie więcej. I chyba sam się nie spodziewał, że aż tyle.

Otóż stał się on największym autorytetem naukowym, trzęsącym niegdyś renomowanym pismem „Nature” oraz posiadającym głos decydujący o tym, co może, a co nie ma prawa się w nim ukazać. Jeśli Randi powie „nie” żadne argumenty nie pomogą.

Randi zarzuca homeopatii, że jest czymś z rodzaju sztuki magicznej, ale sam do jej „obalania” używa czystej, cyrkowej magii, co – rzecz zdumiewająca – nikomu z „racjonalistów” nie przeszkadza. Jak się to odbywa możecie przeczytać w artykule fizyka teoretyka Arkadiusza Jadczyka (przepraszam Ark, jeśli przeze mnie rzuci się na Ciebie cała sfora moich prześladowców).

Może Jaśnie Wielmożna Pani Nauka upadła już tak nisko, że dała się wziąć pod but temu „artyście”, ale ja się nie dam. Mój blog nie jest areną cyrkową, w której specjalista od wyciągania królików z kapelusza wyrokuje arbitralnie o tym, co mam uznać za medycynę, a co za przesąd. Miejsce tego pana jest w cyrku, między małpami, a nie na naukowych salonach.

Czy ten, kto do tego dopuścił zdawał sobie sprawę, na jak wielki uszczerbek narazi to autorytet nauki?

Aby bronić powagi nauki należy powoływać się na poważne i godne szacunku autorytety, a nie na  cyrkowych magików, estradowych hipnotyzerów czy panie tańczące na rurze. To straszne, że dożyliśmy czasów, w których naukowców się kupuje, a prawdę odmierza się argumentami siły (świadectwem najprawdziwszej prawdy według głosicieli globalnego ocieplenia ma być fakt, że „popiera nas ponad 2000 uczonych”) zamiast siłą naprawdę przekonujących dowodów.

Sądziłam, że nauka jest weryfikowalna. Po prostu. Że wystarczy przedstawić dowody, uzyskane dzięki rzetelnie przeprowadzonym eksperymentom i to wystarczy, by pokonać wątpiących i szydzących. Tak w każdym razie argumentowali w dyskusji ze mną wyznawcy Kartezjusza. A teraz nagle się okazuje, że nie. Że liczą się pieniądze i koterie lobbystów zamawiających badania pod z góry ustalony wynik i że za czelność przedstawiania dowodów przeczących interesom bogatych przemysłowców można nie tylko stracić stanowisko, ale przekreślić całą swoją karierę. I nie ma znaczenia fakt, że niepokorny uczony ma wielki i liczący się dorobek naukowy. Jeśli narazi się skorumpowanej większości wyleci ze stanowiska, a jego reputacja zostanie pogrzebana.

Czy to nie wygląda na prawdziwy koniec świata? Albo przynajmniej koniec obecnej cywilizacji? Panowie i panie, nasz świat wali się niczym starożytny Rzym!

Bardzo proszę, wręcz błagam na klęczkach, nie piszcie mi tu bzdetów na temat osławionego miliona Randiego, bo mam tego pana i jego oszukańczą kasę w bardzo DUżym poważaniu. Dla mnie ten magik jest tylko magikiem i niczym więcej, a nie autorytetem w jakiejkolwiek dziedzinie. Niemoralny oszust, który okłamywał czytelników pisma, wypłacającego mu pensje nie zasługuje na mój szacunek. To nędzna kreatura i współczuję każdemu zniewolonemu umysłowo głuptasowi, który jest jego czcicielem. Jaki autorytet, takie audytorium. Buźka dla inteligentnych inaczej niż ja!

————–

Gorąco polecam pozostałe artykuły Arka Jadczyka, jak dla mnie mistrzostwo świata. Żylibyśmy w raju, gdyby wszyscy naukowcy mieli równie otwarte głowy: http://arkadiusz_jadczyk.republika.pl/salon24.html

Ujrzeli rzecz, lecz nie dostrzegli jej przyczyny

Ujrzeli rzecz, lecz nie dostrzegli jej przyczyny – św. Augustyn

Robiłam spore porządki w kuchni, więc żeby się nie nudzić włączyłam sobie moje „ulubione” radio. O czym ja bym pisała, gdybym nie słuchała tego medium? No więc włączyłam je i wprost zalał mnie ocean „mądrości”: parada opiniotwórczych i naukowo utytułowanych person robiła naprawdę imponujące wrażenie, a niektóre z nich były nawet kiedyś, dawno temu, moimi idolami. Problem tylko w tym, że dawno spadły z piedestału. Nie to, żebym się czepiała. Jestem do bólu świadoma faktu, że nikt nie jest doskonały, więc nie mam aż tak bardzo wygórowanych oczekiwań. Ale te osoby naprawdę bardzo się postarały o to, żebym zwątpiła w ich kompetencje i uczciwość.

Drugi raz włączyłam to medium przy wieczornym zmywaniu i wtedy wprost poraziła mnie pewna prawidłowość: wszyscy eksperci widzą problem. Brawo! Ale ujrzeć zjawisko to żadna sztuka, bo widzi je każdy głupek. Sztuką jest dostrzec przyczynę i znaleźć lekarstwo. Kiedy jednak zjawiają się uczeni eksperci okazuje się, że trafiają kulą w płot.

Przypadek?

Bynajmniej!

Społeczeństwo złożone ze świadomych i myślących ludzi jest ostatnią rzeczą jakiej władza może pragnąć. Z tej prostej przyczyny szkoły i media wypełniają misję ogłupiania, a nie oświecania ludu. W krzewieniu tej zbożnej misji wydatną pomocą służą eksperci (również wyedukowani w państwowych szkołach), których zadaniem jest kierowanie uwagi słuchacza w przysłowiowe maliny.

Oceńcie sami, czego dowiedziałam się z ust ekspertów.

Najpierw wystąpił sławny pan psycholog i wyznał, że ludzie stają się coraz bardziej świadomi i zaczynają rozumieć, że padają ofiarą pogoni za sztucznym prestiżem, a oni woleliby się dowiedzieć kim są naprawdę i jaki sens ma ich życie. Przez chwilę mówił tak mądrze i pięknie że aż się zasłuchałam. Niestety, zaraz potem zepsuł całe to dobre wrażenie. Zaczął narzekać, że jeśli natychmiast nie przestaniemy zanieczyszczać atmosfery zmiany w naturze mogą pójść tak daleko, że nie zdołamy ich powstrzymać i padniemy ofiarą tornad oraz potopów. Że jeśli ludzkość nie ograniczy przyrostu naturalnego zginiemy, bo zabraknie miejsca dla wszystkich. Dalej stwierdził, że przeludnienie jest wielkim problemem, więc powinniśmy wreszcie zacząć uczciwie dyskutować o aborcji i eutanazji…

Ludzie!!! Takie rzeczy mówi uznany psycholog, człowiek z wyższym wykształceniem? Gdyby pilnie się uczył już podstawówce mógłby się dowiedzieć, że klimat na naszej planecie jest niestabilny i że wielokrotnie oscylował między zlodowaceniem a tropikami i jakoś ani sama planeta, ani życie na tym w żaden sposób nie ucierpiały. Nawet przeciwnie, okresy ocieplenia klimatu były bardzo korzystne dla ludzkości, ponieważ była wtedy obfitość żywności, ludzie byli zadowoleni z życia, życzliwie nastawieni do świata i nie czuli potrzeby prowadzenia wojen.

Nieuctwo i bezmyślność mogę temu idolowi popkultury jakoś wybaczyć. Ale wiara w to, że można regulować przyrost naturalny przy pomocy aborcji i eutanazji woła o pomstę do nieba. Jest to pogląd godzien faszystów, a nie wybitnego psychologa! Pozwolę sobie spytać: a niby w jaki sposób mielibyśmy dokonać tego cudu demograficznego? Rejestrując wszystkie kobiety w wieku rozrodczym, poddając je regularnym badaniom i kierując pod przymusem na zabieg usunięcia ciąży, jeśli któraś ośmieliłaby się zajść w ciążę „nielegalnie”, czyli bez zezwolenia władzy? A eutanazja? W jakim wieku człowiek byłby poddawany tej eutanazji? Po czterdziestce? Po pięćdziesiątce? A może dobijalibyśmy każdego, kto zachoruje na coś poważniejszego, niż zwykły katar? Przecież koszty leczenia i utrzymywania przy życiu wraka, który nie jest w stanie na siebie zarobić są ze społecznego punktu widzenia nieuzasadnione. Gdybyśmy zlikwidowali służbę zdrowia i „zlikwidowali” wszystkich chorych oraz kaleki zyski byłyby imponujące.

Po panu psychologu przyszli politolodzy, żeby opowiedzieć, jak bardzo są potrzebni (na marginesie wspomnę tylko, że na początku rozmowy usłyszeliśmy narzekanie, iż na politologię idą ludzie z negatywnego naboru, czyli wszyscy ci, którzy nie dostali się na wymarzony kierunek, podczas gdy USA politolog to ciesząca się niezwykłym prestiżem persona). Nowo przybyli zapewnili, że są potrzebni nie tylko do tego, do czego wykorzystywani są w Polsce, czyli do tego, żeby jednemu politykowi poprawić wizerunek, a innemu zepsuć, lecz np. do tego, żeby poprowadzić kampanię wyborczą w profesjonalny sposób. Czyli jak? A tak, żeby kandydat zwyciężył. Mówiąc wprost: nie ważne kim jest i co sobą dany polityk reprezentuje, liczy się tylko to, jak wcisnąć ludziom kit, żeby dali się nabrać i polecieli głosować. Zaraz potem przyznali, że w krajach o tradycjach demokratycznych (sic!) politycy do mistrzostwa opanowali sztukę PR, przez co wybory stały się wielkim, znakomicie reżyserowanym widowiskiem, w którym przerost formy nad treścią jest wprost porażający.

Szkoda tylko, że politolodzy również ujrzeli rzecz, lecz nie dostrzegli jej przyczyny. Skoro jej nie znają, to im wyjaśnię: całe to widowisko nie ma nic wspólnego z demokracją. Nie wybieramy polityków, którzy będą realizować program, który przedstawili i którzy będą działać w naszym imieniu oraz dla naszego dobra. I co najważniejsze i oczywiste: to nie politycy robią sobie kampanię wyborczą. Ich na to zwyczajnie nie stać! Ci „politycy” to zwykłe marionetki. Dobrze wyglądają i wydają się charyzmatyczni, ale to nie oni rządzą. Prawdziwą władzę sprawują ci, których nie widać i o których istnieniu większość ludzi nie ma pojęcia. Te ukryte w cieniu osoby pociągają za sznurki, a marionetki tańczą, jak im zagrają. Ludzi tych stać na to, żeby wyreżyserować największy cyrk świata, zwany wyborami w USA.

Amerykanie mieli swoje igrzyska, ale nie wiedzą, że tym razem chleba może nie być.