Przekręt wszechczasów część XXVI

Dług publiczny

Kiedyś miałem okazję posłuchać kilku ciekawych wykładów, potem niestety zniknęły z sieci, i mimo że szukałem ich długo – nie znalazłem. Jeszcze nie tak dawno były małe, prywatne rozgłośnie radiowe, gdzie było mnóstwo materiału, ale właściciele byli sądzeni i zastraszani i dzisiaj już ich jest naprawdę niewiele.

Kiedyś słuchałem wykładu na temat długu publicznego, to co teraz napiszę, jest tylko małą częścią tego, oczywiście do przemyślenia i własnego rozważenia – jak wszystko zresztą.

Cały czas słyszymy o długu publicznym, nawet w Warszawie chyba kiedyś widziałem jakiś elektroniczny wyświetlacz gdzie mnóstwo cyferek się ciągle zmienia, suma rośnie, dług rośnie – tylko czy ktoś się kiedyś zastanowił skąd ten pomysł się w ogóle wziął??

Wiemy już, że w tym zakichanym systemie mamy 2 strony naszego życia – prywatną i publiczną ( ta druga, to też jest nie do końca jasna, ale o tym później).

Będąc po stronie prywatnej, w swojej indywidualnej roli, jako człowiek, żyjący, z krwi i kości, rdzenny na tej ziemi, mamy swoje prawa, jakkolwiek by je zwał, boskie, naturalne, itp. nie ma tu żadnego długu dopóki ktoś z nas nie wejdzie w jakąś umowę i jej nie dotrzyma, bądź zrobi komuś jakąś krzywdę, cielesną bądź materialną. Nie jesteśmy też obiektem durnych regulacji zwanych ustawami, żadnych debilnych bohomazów nie musimy przestrzegać – to tylko tak pokrótce.

Po stronie publicznej, tej gdzie wszyscy tak ochoczo nazywają się OBYWATELAMI jest trochę inaczej, a właściwie zupełnie inaczej, tak jakbyś przeszedł na drugą stronę lustra, tu zdrowy rozsadek i prawo niewiele mają do powiedzenia. Tu jest świat iluzji i szaleńców, dzięki którym nasz kraj i świat zmierzają ku zwykłej, totalnej rozpierdolce.

A jak to się ma do długu publicznego? No właśnie, to jest dług publiczny, nie prywatny. Jeśli ktoś słyszy w tv, że każdy obywatel jest już zadłużony na tyle tysięcy – to jak myślicie, co to znaczy, że Jaś nagle ma 30 000 długu, mimo że się dopiero urodził?

Żeby to chociaż trochę ogarnąć trzeba przemyśleć czy ustawy, i ludzie tworzący pieniądze dla całego kraju maja coś wspólnego, bo jeśli tak – to możemy wyciągnąć wniosek, kto tak naprawdę jest te pieniądze krewny i komu, zapewniam was, że to nie jest żaden z nas…

Proszę puścić wodze fantazji i pomyśleć nad tym:

Rząd będąc tworem korporacyjnym musi mieć kupę siana na swoją działalność, zupełnie tak, jak każda firma, pożycza pieniądze a konto przyszłych zysków w nadziei, że te przekroczą znacznie nie tylko samą pożyczkę, ale również i odsetki, zostawiając zarządowi tej firmy pełne portfele. Wiemy już, na całym świecie właściwie – to PRYWATNE banki pożyczają pieniądze dla rządu – to już nie jest żadna tajemnica.

Ok, idąc tym tokiem myślenia, kiedy ktoś ma firmę i chce pożyczyć pieniądze od prywatnej instytucji (bank) na swoją działalność – musi – z reguły – mieć coś pod zastaw, prawda? Jeśli rząd nie ma nic swojego (bo wszystko albo ukradł od ludzi albo mu ludzie darowali), co takiego może zostawić pod zastaw, żeby dostać tę pożyczkę od prywatnego banku? Nas i naszą pracę …. nic więcej, bo rząd nic nie ma – pamiętacie?

Nie może nas nikt oficjalnie skroić z kasy, do tego służy strona publiczna, tu kiedy chętnie wypełniamy akt urodzenia, potem dumnie odbieramy dowód osobisty – zostajemy „przyjęci” do tej rodziny – tej strony publicznej, zostajemy pracownikami RP, i tym samym zabezpieczeniem wszystkich pożyczek jakie prywatne kartele bankowe będą udzielać naszemu kierownictwu ( rząd/zarząd RP), ciekawe prawda?

A jak to działa? Zarząd RP stara się usilnie dowiedzieć, kto gdzie mieszka, meldunki, srunki, cenzusy, rejestracje, urzędy, nieskończona liczba darmozjadów w urzędach wypełnia tony papieru, a nierzadko my sami lecimy ich poinformować o naszym pobycie.

Zarząd RP, oprócz podatków dochodowych na rzecz (tylko) odsetek od pożyczki i dziesiątek innych poukrywanych podatków ściąga kasę na spłatę pożyczki. To już każdy wie, ale co jest ciekawe – to mechanizm powstawania tejże pożyczki i jej związek z długiem publicznym.

Załóżmy, że zarząd RP potrzebuje – wstępnie – 50 000 000 000 na cały rok swojej działalności, to musi pożyczyć. Wiedzą pi razy oko, ile mogą się spodziewać z wpływów za podatki wszelakiej maści. Ale potrzebują jeszcze coś, co będzie służyć nabijaniu kabzy, przez długi czas, tak aby źródełko nie wyschło, bo bankierzy czekają na swoje „pieniądze”, mimo, że zajęło im to tylko parę minut, żeby wklepać coś do kompa – cały kraj będzie zasuwać przez cały rok – ale to już inna historia.

Więc zarząd RP ma do dyspozycji mechanizm zwany ustawą – bardzo ciekawy twór. W jakimś większym lub mniejszym pokoju zasiadają sobie członkowie zarządu RP i ich delegaci, tu będą się mocno wysilać, żeby stworzyć „prawo” (ustawę), która będzie na tyle dochodowa i na tyle do przyjęcia przez pracowników RP, że nie wywoła buntu. Tu będą stworzone najróżniejsze herezje, dosłownie, od obowiązku zapięcia pasów, posiadania licencji już prawie na wszystko, kar za wszystko, mandatów, parkometrów, fotoradarów i nieskończonej ilości sposobów, żeby ładnie „zgodnie z prawem” kroić lemingi i mieć na spłatę pożyczki – schemat bardzo prosty.

Zupełnie tak, jak pracując dla Coca Coli, dostajecie pismo rano, że od przyszłego miesiąca każdy pracownik ma obowiązek kupowania nowego uniformu raz w miesiącu – za swoje pieniądze, ten uniform będzie produkowany przez firmę X, której de facto właścicielem jest kto? Prezes Coca Coli… Wewnątrz korporacji nie macie nic do gadania, nie podoba się – to za bramę (tylko w realu RP nie puści nas tak łatwo.)

Więc tworzona jest ustawa, na przykład o obowiązku posiadania licencji na sprzedawanie ekologicznego jedzenia. Gnidy urzędowe robią raporty, ile jest w kraju biznesów o tym charakterze, ile kasy wpłynie z „obowiązku” licencji, jakiś procent extra – za kary, terminy, grzywny itp. i mamy szacunkową sumę, jaka wpłynie do zarządu RP z tytułu tejże jednej tylko ustawy. RP po takich obliczeniach zwraca się do prywatnego banku o pożyczkę, a pod zastaw daje właśnie przyszły dochód z obowiązku wykupienia licencji na sprzedawanie ekologicznej marchewki.

Teraz proszę pomyśleć, ile tysięcy debilnych ustaw powstaje niemal cały czas??? Każda ma przynieść RP określony zysk…

Z tego co zdążyłem się dowiedzieć, oprócz stereotypowego powodu powstawania ustaw – czyli kontrola i zamordyzm – koszenie niewyobrażalnej ilości pieniędzy idzie łeb w łeb.

Jak to się ma do długu publicznego i kto tak naprawdę jest coś winien i komu? Zarząd RP delikatnie mówiąc średnio radzi sobie z zarządzaniem budżetem, może dlatego, że niekończący się apetyt świńskich ryjów przy korycie wybiega poza granice nie tylko zdrowego rozsądku, ale chyba nawet naszej galaktyki. Ich szacunkowe obliczenia w połączeniu w luksusem do jakiego przywykli mija się nieco z tym, co pożyczyli od prywatnego banku, a już na pewno mijają się z ich prognozami zarobku na lemingowym stadku. Te dwie kluczowe sprawy mijają się tak, że powstaje coś jak czarna dziura, która dzięki aparatowi niekończących się odsetek powiększa się niczym w filmie sf.

Machina potrzebuje pieniędzy na działanie, setki tysięcy urzędników, sędziów, policjantów, rożnej maści „władzy” musi przynieść bekon do domku, bo inaczej wszystko zachwieje się w swoich fundamentach.

Tak – moim zdaniem – powstaje tzw. dług, na pewno jest jeszcze wiele czynników, o których ja nie mam zielonego pojęcia, ale jest coś, o czym przeczytałem od bardzo mądrego człowieka.

„Dług publiczny, to dług rządu wobec mieszkańców ziemi (rdzennych), na której ten rząd ma zaszczyt działać”.

Co to znaczy? Znów wrócę do przykładu nieszczęsnej Coca Coli. Jeśli zarząd Coca Coli w swoich bezdennie głupich decyzjach (zarząd RP) spowodował zadłużenie firmy, czy ten dług jest automatycznie przekazany na każdą OSOBĘ pracującą w Coca Coli? Ktoś może powiedzieć – dlaczego nie, firma wisi, wszyscy wisimy – tylko co, jeśli ja się zwalniam, idę za bramę, czy teraz też jestem winien wierzycielom Coca Coli? Oczywiście, że nie.

Ten cały scam z długiem publicznym, to jest jedna wielka ściema, to zarząd RP, zupełnie jak zarząd Coca Coli postanowił obarczyć swoją nieudolną działalnością i długami z niej wynikającymi swoich pracowników, nic więcej.

Jeśli pracownicy biorą tę decyzję na klatę i postanawiają pracować za mniej (cięcia płac), nie mieć dodatku świątecznego (zabierają świadczenia), pracować dłużej (wydłużony wiek emerytalny) i dziesiątki innych fanaberii po to, żeby spłacić czyjeś złe decyzje i brak kontroli nad swoim apetytem – to proszę bardzo, każdy ma wybór. Chcę tylko zaznaczyć, że każdy z nas ma prawo do tego, żeby się zwolnić z tej nieudolnie prowadzonej firmy (RP).

Tu po stronie prywatnej, gdzie dowód osobisty i wszystkie kontrakty leżą sobie w szufladzie pokryte kurzem – nie mamy żadnego długu, co więcej, jak powiedział ten mądry człowiek – to jest dług rządu względem rdzennych w prywatnym statusie.

My, Polacy, ludzie z tej ziemi, daliśmy przywilej rządowi, żeby w ogóle zaistniał, daliśmy im wszystko co mają, nawet gacie na tłustych dupach, daliśmy im pod opiekę naszą spuściznę, majątek ziemi, w zamian za to, że nie tylko będą robić dobrą robotę prowadząc ten biznes, ale będą nam wypłacać dywidendy – jak w normalnej korporacji. A jest zupełnie odwrotnie, i nie zanosi się na zmiany w tym departamencie, przynajmniej na razie.

Dług publiczny – to dług naszych pracowników (RP) wobec nas, żyjących ludzi na tej ziemi. Ale gdy przechodzimy na drugą stronę, stronę publiczną, wewnątrz korporacji RP, stajemy się nagle odpowiedzialni ( wg. RP) za ich długi…

To wszystko zakrawa na szaleństwo, ale mantry powtarzane na każdym kroku – że wszyscy mamy jakieś długi – nawet nie narodzone dzieci – są tak już zakorzenione w świadomości statystycznego Polaka, że nawet nie zadaje sobie żadnych pytań – łyka wszystko.

Piotras

C.d.n.

Komentarz polskiego prawnika do Przekrętu wszechczasów – cz. 1

Zacznijmy może od tego, czy tak naprawdę powinniśmy przestrzegać prawa? Wszystko opiera się na podstawowym akcie prawnym, którym jest dla Polaków Konstytucja RP. Pojawia się jednak pytanie – dlaczego musimy jej przestrzegać, skoro została napisana przez garstkę ludzi. Czy to, że ktoś napisze jakieś przepisy i każe ich przestrzegać, jest dla nas bezwzględnie wiążące? Moim zdaniem nie, dla wielu jednak zupełnie odwrotnie. Generalnie jestem zdania, że nikt niczego nie może nakazywać drugiemu człowiekowi, byleby tylko ten nie krzywdził drugiego człowieka. My jednak żyjemy w świecie stada baranów, gdzie zdecydowana większość na pytanie – dlaczego przestrzegasz prawa, odpowie – bo tak już jest, bo wszyscy tak robią. Wydaje mi się jednak, że w obecnym świecie/ systemie nie da się omijać prawa, żyć poza nim – musimy więc korzystać z luk prawnych, narzędzi które to prawo nam samo podaje, choć często są one bardzo ukryte. Ktoś dobrze napisał na tym blogu, być może sam Piotras lub Astromaria, że nie da się iść do urzędu czy nawet sądu i powoływać się na nielegalność wszystkich przepisów, bo uznają cię za wariata. Ja z tym twierdzeniem zgadzam się całkowicie. Chyba większość urzędników, jeśli nie wszyscy – spojrzy na ciebie jak na obłąkanego, jeśli zaczniesz im mówić o korporacyjnym państwie RP, prawie morskim, o nielegalności wielu zapisów. Urzędnicy to roboty, które nie myślą, lecz tylko cieszą się promilem jakiegoś ochłapu władzy nad człowiekiem (której my wiemy, że nie mają, ale oni są święcie przekonani że jest inaczej). Zatem skoro już tkwimy w tym wariatkowie, trzeba nauczyć się jak sprawnie się w nim poruszać.

Pierwsza kwestia, która zaciekawiła mnie we wpisach Piotrasa to trójstronna umowa małżeńska – pomiędzy samymi małżonkami a urzędnikiem. W rzeczywistości możemy pokusić się o stwierdzenie, że jest to szczególnego rodzaju umowa, choć polskie prawo nie reguluje tego żadnymi przepisami. Umowa bowiem musi mieć na celu porozumienie stron (może być ich więcej, niż 2) co do określonej czynności prawnej. Małżeństwo trochę się w tę definicję nie wpisuje, jest bowiem jakby odrębną czynnością prawną. Co więcej, w Polsce urzędnik stanu cywilnego nie jest nigdy stroną w zawieraniu małżeństwa, on jest tylko po to aby przyjąć oświadczenia od przyszłych małżonków. Jeśli chodzi zaś o to, że zawierając ślub przed księdzem, automatycznie zawieramy związek cywilny (czyli stajemy się małżonkami w świetle prawa), to wcale tak być nie musi. Wystarczy, że wskażemy księdzu, że chcemy zawrzeć związek wyznaniowy, a nie cywilny – wtedy ksiądz nie będzie załatwiał całej tej papierologii w urzędzie stanu cywilnego.

Druga kwestia, to pojawiające się w niektórych wpisach Piotrasa zastępowanie pism notarialnych przez oświadczenia 3 dorosłych osób. W Polsce to niestety w ogóle nie działa, nie ma takiego prawa. Przykładowo, każda czynność dotycząca przeniesienia własności nieruchomości musi być dokonana w formie aktu notarialnego. Jeśli takiej formy nie zachowasz, to cała umowa jest od początku nieważna, nawet jeśli za nieruchomość dostaniesz umówioną wcześniej z kupującym cenę. Oświadczenia 3 dorosłych osób mogą co jedynie pomóc przy testamencie, ale to i tak w ściśle określonych przypadkach. Od razu odniosę się do testamentów – nie ma potrzeby, aby były sporządzane przed notariuszem – wystarczy własnoręcznie napisać swoją ostatnią wolę (nie na komputerze), dać swój podpis i datę i tym sposobem oszczędzamy pieniądze. Wyjątkiem jest jednak wydziedziczenie – to już niestety można zrobić tylko notarialnie.

Jeśli chodzi o nasze procedury sądowe. Teoria mówi, że sędziowie są niezależni, niezawiśli itd. To w takim razie dlaczego w dwóch prawie identycznych sprawach zapadają dwa odmienne wyroki? Bo w praktyce zależy na jakiego sędziego trafisz. Już na studiach mówili nam, że „Niezbadane są wyroki boskie i ….. sądów rejonowych”. Oczywiście sędzia musi stosować się do całej procedury i zasad prowadzenia procesu, ale jak dochodzi już do postępowania dowodowego na rozprawie, to ma on zapewnioną swobodę uznania dowodów – co to znaczy? Ano tyle, że to on (oficjalnie sąd, nieoficjalnie Jan Kowalski będący zwykłym człowiekiem, sędzią) decyduje czy coś jest wg niego wiarygodne czy nie. Znam też sędziów, którzy robią takie błędy na sali sądowej, że strach pomyśleć, a prawnicy nie wiedzą co dalej z tym zrobić. Jeśli zatem, ktoś otrzyma niekorzystny dla siebie wyrok sądowy, a jest przekonany że powinien wygrać, to radzę się nie poddawać i odwoływać ile się da – ostatnią instancją jest u nas Sąd Najwyższy. Praktyka pokazała, że potrafi on wydawać ciekawe wyroki, które pozwalały ludziom wygrywać, wydawałoby się beznadziejne sprawy. Haczyk tkwi tu jednak w czasie, jaki trzeba poświęcić na wygranie takiej sprawy. Im bardziej złożona sprawa, i im więcej osób jest w niej zamieszanych, tym dłuższy czas oczekiwania na wyrok. Sprawy mogą się więc ciągnąć latami – dla biedniejszych osób, które np. domagają się odszkodowania jest to zabójcze. Istnieje jednak i z takiej sytuacji wyjście – pisze się skargę na przewlekłość postępowania. Skarga nie wymaga żadnych opłat, można wzory znaleźć w sieci. Dzięki niej masz szansę nie tylko na szybsze rozpoznanie sprawy, ale i odszkodowanie od Skarbu Państwa – sam sobie wskazujesz kwotę jakiej żądasz za zbyt długie oczekiwanie na wyrok. W praktyce wystarczy, że przez pół roku od wniesienia sprawy do sądu nie dostajesz żadnej informacji co się dzieje, kiedy będzie rozprawa itd. i już możesz wysyłać taką skargę. Moja znajoma czekała cały rok, aż sąd w ogóle rozpocznie cokolwiek w jej sprawie, namawiałem ją na złożenie tej skargi, a ona uparcie mówiła, że nie chce. Dziwiłem się jej bardzo, bo mogła dostać spore odszkodowanie za samo czekanie na jakiekolwiek działanie sądu, ale ona się uparła że nie chce się w to bawić (a zajęłoby jej to tylko tyle, co podpisanie się na skardze, którą jej chciałem sam przygotować za darmo). Potem po ponad roku przyszło pismo z sądu, że jednak sprawę przegrała – tak więc gdyby złożyła skargę na opieszałość sądu, to by miała chociaż kasę z odszkodowania za oczekiwanie. Skarga jest niezależna od tego czy wygrasz czy przegrasz w swojej sprawie.

Kłopotliwe jest także to, że w Polsce mamy kilka różnych procedur sądowych. Inaczej wygląda sprawa karna, gdzie jesteś niewinny póki ktoś nie udowodni twojej winy, a inaczej sprawa cywilna – gdzie toczy się walka na argumenty i dowody, zatwierdzane ostatecznie przez sąd. Mamy jeszcze procedurę administracyjną, gdzie co do zasady każdy śmiertelnik jest na dużo gorszej pozycji, niż organ administracyjny. To wszystko powoduje niezłe zamieszanie, szczególnie jeśli nie zna się przepisów.

Kolejną sprawą są umowy. Jak słusznie zauważył Piotras, także i u nas nie jest konieczne zawieranie umowy na piśmie, aby obowiązywała. Umowy ustne są równie wiążące, co te pisemne. Kłopot jednak w tym, że jeśli umowa ustna nie dojdzie do skutku i jesteś poszkodowanym (bo np. wykonałeś swoją pracę i nie dostałeś pieniędzy), to ustną umowę dużo trudniej udowodnić przed sądem. Nie jest to jednak niemożliwe. Wystarczy zebrać świadków zawarcia umowy, mieć jakieś nagranie, korespondencję mailową i sprawę można wygrać. Generalnie robi się też tak, jak proponuje Piotras – wysyłamy listem poleconym (ja zawsze proponuję jeszcze za zwrotnym potwierdzaniem odbioru) wezwanie do zapłaty do nieuczciwego dłużnika (można takie pismo zatytułować Przedsądowe wezwanie do zapłaty) – wskazujemy w nim, że żądamy takiej a takiej kwoty, z tytułu zawartej umowy czy wykonanej pracy, wskazujemy termin (zwyczajowo 7 lub 14 dni) na zapłatę i numer rachunku bankowego. Dopiszmy też, że w razie braku zapłaty, sprawa będzie kierowana do sądu, co z pewnością narazi dłużnika na koszty. Większość takich pism odnosi natychmiastowy skutek i nie trzeba latać po sądach. Oszczędzisz czas i pieniądze.

Czasem jednak sąd wydaje się jedynym rozwiązaniem. Ale co w sytuacji, gdy nie masz pieniędzy na opłacenie pozwu i zawodowego prawnika? Nic prostszego, wraz z pozwem składasz wniosek o zwolnienie od kosztów sądowych i wyznaczenie adwokata lub radcy prawnego z urzędu. Wzory można znaleźć w sieci, załączasz do nich wypełniony formularz o swoich dochodach i majątku. Naprawdę duża część wniosków przechodzi i cały proces i prawnika masz za darmo, na koszt państwa. Wielu ludzi boi się jednak, że taki prawnik z urzędu jest byle jaki i nic nie zrobi – a to duży błąd. Prawnik z urzędu ma taki sam obowiązek działać na korzyść swojego klienta, jak gdyby był wynajęty i opłacony z prywatnych pieniędzy. Jeśli prawnik z urzędu będzie działał na twoją niekorzyść, to zwróć mu uwagę, że możesz złożyć na niego skargę albo do okręgowej rady adwokackiej albo do okręgowej rady izby radców prawnych – pamiętaj, że to on jest na twoich usługach, a nie odwrotnie. A jak będzie dalej podskakiwał, to napisz do sądu, że wypowiadasz takiemu prawnikowi pełnomocnictwo i złóż skargę do ORA lub OIRP na tego prawnika. W niektórych przypadkach taka skarga jest na tyle skuteczna, że cwaniacy płacą kary pieniężne, a czasem i nawet pozbawiani są prawa wykonywania zawodu. Trzeba więc zawsze wychodzić z pozycji silnego człowieka, nigdy uległego, bo będą się nami bawić, a nikt oprócz ciebie im takiego prawa nie może dać. Skargi mogą pojawiać się także na sędziów, jeśli oczywiście uważasz że coś robią w twojej sprawie źle – składa się je do prezesa danego sądu, w której toczy się sprawa. Pamiętaj, że skargę można napisać własnymi słowami, nie podlega ona żadnej opłacie i nikt z powodu jej wniesienia nie może ci cokolwiek zrobić (oczywiście, jeśli nabluzgasz w takiej skardze, to trafi do kosza).

Ciekawa sprawa pojawia się przy podatkach. Jeśli masz jakieś źródła finansowe, z nazwijmy to nie do końca legalnych źródeł (np. praca na czarno), a fiskus wpadnie na to po jakimś czasie (może nawet po 10 latach), to też jest wyjście. Generalnie w takim przypadku skarbówka straszy potężnymi karami finansowymi, odsetkami, łącznie z więzieniem. Istnieje sposób na nie zapłacenie zaległego podatku. Dodam tutaj, że skarbówka zazwyczaj dostaje anonimowy donos od życzliwego sąsiada, kolegi z pracy, czy nawet członka rodziny – że coś tam zatailiśmy przed fiskusem. Na donosicieli rozwiązania niestety nie mam. Jeśli już dostaniemy wezwanie i wiemy, że powinniśmy byli zapłacić, to rozwiązanie jest jedno, choć od razu zaznaczam, że dla odważnych. Na studiach uczyli nas (choć nieoficjalnie), że jedynym legalnym źródłem dochodu, które nie podlega żadnemu podatkowi jest … nierząd. Wystarczy zatem, że powołasz się na wpływy z prostytucji i nie będziesz musiał płacić niczego. Z roku na rok, urzędnicy jednak zaczynają robić się bardziej cwani – przybywa bowiem ludzi powołujących się na nierząd, aby uniknąć płacenia potężnych kar za nieopłacone podatki. Urzędnicy wzywają podatnika i szczegółowo wypytują ile razy uprawiało się z kimś seks za pieniądze, a gdzie, a z kim, a od jakiego czasu – zdarzają się nawet pytania o zabawki erotyczne, pozycje łóżkowe. Generalnie im większa świnia z urzędnika, tym bardziej szczegółowe takie dopytywanie i wg mnie upokarzanie człowieka. Jeśli ktoś jest jednak odporny, to może dać sobie i z tym radę. Przypomina to trochę zabawę w niewinnego podejrzanego i złego policjanta, tak jak na zagranicznych filmach kryminalnych.

Jak ominąć całą zabawę z przepisami i nie podlegać nawet Konstytucji RP? Ja widzę tylko jeden sposób – nie być obywatelem RP. Obywatelstwo polskie nabywa się w drodze tzw. zasady krwi, wystarczy że twoi rodzice są Polakami, a ty automatycznie nabywasz obywatelstwo polskie. Możesz się go jednak zrzec. Kłopot w tym, że procedura zrzeczenia się obywatelstwa jest dosyć trudna, długa i odbywa się na szczeblu centralnym – musisz uzyskać zgodę Prezydenta RP. W praktyce niewiele osób się na to decyduje, bo skutki mogą być nieopłacalne. Jeśli zrzekniesz się już obywatelstwa, to zostajesz tzw. apatrydą (czyli bezpaństwowcem). Wtedy, co prawda nie wiąże cię już konstytucja RP, jednak prawa do zamieszkania w Polsce też jako takiego nie masz. Musisz wówczas wystąpić o przyznanie karty pobytu, inaczej mogą Cię wyrzucić z kraju – w praktyce jednak nie mieliby dokąd, bo nie ma na świecie kraju „bezpaństwowców”.

Kwestia obowiązywania wyroków sądowych jest także inna, niż w krajach anglosaskich. U nas podstawa do wydania wyroku jest zawsze konkretny przepis ustawy czy to rozporządzenia. Nigdy zaś sąd nie może opierać się na wyroku innego sądu, nawet jeśliby to był Sąd Najwyższy. Wyroki sądowe nie są źródłem prawa w Polsce, wiążą tylko tych którzy są stronami w danej sprawie. Można co prawda powoływać się na rozprawie, że podobna do naszej sprawa została rozwiązana tak i tak, ale sąd nie ma w ogóle obowiązku tego przyjmować do wiadomości. W Anglii czy USA orzekanie wyroków opiera się na zupełnie czymś innym – właśnie na wydanych już wyrokach, na załatwionych sprawach oraz na gadce adwokatów – im bardziej wygadany i im bardziej fantazjuje, popierając swoje tezy wydanymi nawet kilkadziesiąt lat wcześniej wyrokami, tym większa szansa na wygraną jego klienta, nawet gdyby był w 100% winny. Weźmy także pod uwagę ławę przysięgłych – czegoś takiego w Polsce nie zobaczysz, bo jedynym organem rozstrzygającym sprawy jest sąd (mówi się, że sąd, a nie sędzia – w ten sposób psychologicznie ściąga się winę dokonanego rozstrzygnięcia z człowieka, który wydał wyrok. Powie ci przecież, że to nie on sędzia Jan Kowalski wydał wyrok, tylko sąd rejonowy czy okręgowy gdzieś tam).

Jeśli zaś chodzi o sam wyrok – to faktycznie musi widnieć na nim podpis sędziego. W praktyce jednak o tym sędziowie nie zapominają i podpisują się na wydawanych przez siebie wyrokach. Jeśli podpisu brak, to wtedy oczywiście wyrok w żaden sposób nie wiąże.

Na zakończenie, radzę omijać z daleka wszystkie programy typu „Sędzia Anna Maria Wesołowska” czy inne podobne, bo to co tam się dzieje nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. Nasze rozprawy to głównie papierologia, a nie krzyki i piękne mowy adwokatów czy radców prawnych na sali sądowej. Komentując na głos zachowanie pozwanego czy sędziego, możesz dostać grzywnę, a nawet zostać wyrzuconym z sali. Generalnie cały ten wpis to jeden wielki wstęp, będę wdzięczny za komentarze, uwagi i prośby dotyczące konkretnych zagadnień, które tutaj się nie pojawiły. Inną ciekawą historią może być praca sądu od kulis – czyli m.in. kto tak naprawdę pisze uzasadnienia wyroków. O tym jednak w innym wpisie, ale tylko jeśli będziecie chcieli.

Lavo

Przekręt wszechczasów część XXV

Kontrakty

„Skoro wszyscy ludzie są sobie równi, to dlaczego ktoś rozkazuje mi jak żyć”…?

Niby proste pytanie, a zapewniam Was, że nie jest tak łatwo na nie odpowiedzieć. Przynajmniej bez zapędzania się w bajki typu – „to nasza królowa”, bo to już zupełnie herezja dzisiaj, jutro polecimy na marsa, mamy HDTV w ręku, dzwonimy do kolegi na drugim końcu ziemi, a kłaniamy się w pas królowej… Jeżeli ktoś, kto to teraz czyta uważa, że taki układ jest jak najbardziej w porządku, to chyba zabraknie mi argumentów, żeby odpowiedzieć na pytanie wyżej.

Ok, skoro wszyscy jesteśmy równi, a mnóstwo ludzi wokół stara się nam mówić, co nam wolno, a czego nie, to albo wcale nie jesteśmy równi, albo gramy w jakąś grę, tylko jaką i jak do niej trafiliśmy?

Zanim postaram się trochę przybliżyć temat „panów”, musimy powiedzieć trochę na temat natury kontraktów, umów, interakcji miedzy ludźmi i praw jakie rządzą tym zjawiskiem.

Kontrakt, posiada 4 podstawowe elementy (to super ważne):

  1. OFERTA, „meeting of the minds”, to znaczy, są 2 lub więcej strony, które wyjawiają chęć zawarcia umowy, wejścia w biznes, to musi być DOBROWOLNE, nie można kogoś zmusić do „ochoty na biznes”, chyba że to mafia (rząd???) robi.
  2. FULL DISCLOSURE, czyli WSZYSTKIE warunki umowy muszą być jawne, „kawa na ławę”. Nie może być NIC pominięte, inaczej kontrakt jest nieważny.
  3. EQUAL CONSIDERATION, czyli obie strony muszą wnieść coś, co ma jakąś wartość do tej umowy. Kontrakt, gdzie korzysta tylko jedna strona, nazywa się niewolnictwem.
  4. ACCEPTANCE, czyli wyraźna chęć zaakceptowania warunków umowy, to również musi być zrobione dobrowolnie.

Jest jeszcze kilka rzeczy, ale te 4 są najważniejsze. Żaden kontrakt zawarty bez tych elementów nie ma mocy prawnej, żaden. To będzie dosyć ważna informacja kiedy porozmawiamy o tym, jakie umowy nas wiążą z rządem.

Oferta może być złożona pisemnie, ustnie, emailem, txt, jakakolwiek forma zainicjowania chęci wstąpienia do umowy jest prawomocna. Jasne, że lepiej mieć coś na piśmie, bądź mailu, niż tylko rozmawiać, dlatego żeby później uniknąć nieporozumień, zawsze mamy jakieś korespondencje do których możemy wrócić.

Im jaśniej wyrażamy swoją intencję wejścia w biznes, tym łatwiej będzie nam później negocjować, zasada KISS (Keep It Simple Stupid) jak najbardziej sprawdza się na tym etapie. Rząd ma niestety inne sposoby, żeby „wciągnąć” nas w biznes, ale o tym później.

Jeżeli oferta kontraktu nie była jasna, bądź ktoś został zmanipulowany do wejścia w umowę, taki kontrakt jest nieważny. Jeżeli strona ma nieuczciwe intencje, taka oferta, cała umowa nie istnieje na mocy prawa. Kto z nas otrzymał kiedykolwiek ofertę wzięcia udziału w tej paranoi w jakiej dzisiaj żyjemy? Kiedy ostatnio dostaliśmy ofertę bycia obywatelem, posiadania prawa jazdy, nr pesel itp.? Proszę się nad tym zastanowić, całe nasze uczestnictwo w tym systemie jest niby dobrowolne, ale nikt nie złożył oferty wzięcia udziału… po prostu z automatu nas wrzucają do tej gry, skoro RP to korporacja, my jesteśmy jej pracownikami (z założenia), to kiedy nam złożono oferty pracy?

Full disclosure, czyli „kawa na ławę”, super ważny temat. Dzisiaj umowy są coraz częściej pisane w tzw. legaleeze czyli języku adwokackim, pokręconym do granic, gdzie mało kto rozumie cokolwiek poza swoim imieniem i nazwiskiem, dlaczego? Dlaczego ustawy są tak pisane, że nawet te głąby, co płodzą te brednie nie potrafią ich wytłumaczyć w prosty sposób? Ten sposób formułowania myśli ma tylko jeden cel – zakręcić człowieka w sposób legalny, tak, żeby to strona używająca tego języka była zdolna do niemal wszystkiego w ramach umowy. Tylko wracając do sedna sprawy – jeżeli nie rozumiemy umowy, jak możemy ją podpisać? Dlaczego dzisiaj nikt nie powie „ja po prostu nie rozumiem co tu jest napisane, proszę to napisać w prostym dla mnie języku, inaczej nie ma kontraktu”???

Wszystkie warunki umowy muszą być jasne, koniec kropka. Nie rozumiemy czegoś – pytamy, nie podoba nam się coś – negocjujemy. Wiem, że nie zawsze to możliwe, zwłaszcza w sprawach z rządem, te france nie pytają o nic, po prostu narzucają nam swoją wolę, ale i to się niedługo zmieni.

A co jeśli są poukrywane klauzule – taki kontrakt jest nieważny. Dziś, ktokolwiek z was ma pożyczkę na mieszkanie i przeczyta ją dokładnie, znajdzie niejeden ukryty myk, a to daje podstawę do zakwestionowania samej umowy, udowodnienia nieuczciwych intencji i w rezultacie zatrzymanie interesu na korzyść „pożyczkobiorcy”.

Dlaczego ten punkt jest tak ważny, bo tu jest najczęściej okazja do wydostania się z nieuczciwych umów. Zrozumienie umowy, gdzie rzeczy nie są jasne, bądź celowo przeinaczone jest niemożliwe, więc naturalną sprawą jest to, że jeśli nie rozumiesz warunków twój podpis jest nie ważny. Szybka odpowiedź na argument – „ignorancja nie jest wytłumaczeniem mogłeś zapytać, albo – nie moja wina że nie czaisz” nie do końca będzie działać tu. Stając na wokandzie ja zapytałbym o prostą rzecz – jakie miałeś intencje konstruując ta umowę w taki sposób, że przeciętny człowiek nie jest w stanie jej zrozumieć? Dlaczego nie używałeś prostego języka, czy twoim zamiarem było ukrycie czegoś, bądź wprowadzenie mnie w błąd?

Niemal każdą sytuacje można obrócić w prosty sposób na swoja korzyść i pokazać ławnikom, że to ten kto posługuje się zawiłym językiem, niezrozumiałym dla przeciętnego człowieka ma złe intencje, ważna rzecz.

Znów nawiążę do naszych interakcji z korporacyjnym RP. Skoro nikt nie złożył nam oferty wzięcia udziału w „państwie”, również nikt nie pokwapił się dać „kawę na ławę” i wytłumaczyć, z czym się wiąże nasz udział w tej grze, prawda? Kto z was wie, że bycie obywatelem niesie ze sobą pewne zobowiązania, posiadanie pozwolenia na przemieszczanie się w postaci „prawa jazdy” niesie ze sobą obowiązek przestrzegania setek zakazów, nakazów i obfituje w kary w postaci mandatów na każdym niemal rogu? A tak naprawdę nie potrzebujemy czyjegoś pozwolenia na to, żeby przejechać z A do B, tak długo, jak nikomu nie robimy krzywdy i podczas tej akcji jesteśmy nietykalni.

  1. Equal consideration, czyli obie strony wnoszą coś wartościowego do umowy. Nie musi to być pieniądz, mogą to być najróżniejsze rzeczy, z własnością intelektualną włącznie. Dzisiaj ja zrobię tobie stół, za tydzień ty pouczysz mnie grać na gitarze, nieważne, ważne jest to, że obie strony są tzw. beneficjentem z wynikającej sytuacji/umowy. Ktoś komu wydaje się że może skonstruować umowę, gdzie poprzez zawiły język i jakiś trick „kupi” od starszej osoby mieszkanie za 20 zł bardzo się myli. EQUAL znaczy równoznaczne, równowarte, mieszkanie warte na rynku 150 000 nabyte przez szwindel za 20 zł – taki kontrakt nawet ja jestem w stanie odkręcić, nie mowie już o kimś, kto się tego porządnie pouczy. To są niezmiernie ważne informacje, bo my wszyscy na co dzień wchodzimy bądź kontynuujemy masę kontraktów, w każdej chwili niemal naszego życia. Ja siedzę teraz i piszę, używam prądu – umowa z dostawcą, mam Internet – umowa z dostawcą, ogrzewam mieszkanie – umowa z dostawcą, jem kanapkę – wszedłem w biznes ze sklepikarzem wcześniej, jestem w domu, za który płacę – umowa o wynajem i tak bez końca. Więc zrozumienie natury kontaktów jest fundamentalne dla naszej egzystencji, ciekawe dlaczego nie uczą nas tego w szkołach…. A, jeszcze nawiązanie do „umowy” z rządem – co takiego może zaoferować rząd, w zamian za naszą pracę, czego nie dostał/ukradł ode mnie wcześniej?

ACCEPTANCE, czyli akceptacja umowy. Po poprzednim zaznajomieniu się z ofertą, warunkami umowy, zrozumieniu całego układu, zgadzamy się na umowę. I tu ciekawostka, nie wszystko musi być na papierze. Tylko dlatego, że nie podpisaliśmy papieru nie znaczy to, że nie ma umowy. Wchodząc do sklepu, bądź restauracji i zamawiając coś, wchodzimy w umowę, wyjawiliśmy naszą wolę wejścia w umowę wchodząc do knajpy i prosząc o menu. Zaznajamiamy się z warunkami umowy – schabowy = 10 zł, akceptujemy ofertę składając zamówienie – niczego nie podpisaliśmy, a jednak nikogo nie dziwi, że kelner będzie oczekiwał zapłaty. Tak jest również podczas umów wszelakiej maści. Ja robię meble ludziom i do biznesów, jeszcze nie zdarzyło mi się, że podpisałem cokolwiek na papierze. Wszak mam ofertę wysłaną emailem, warunki omówione emailem, bądź w postaci tekstowej i mam zgodę na mailu, idę do pracy – umowa istnieje, nikomu nawet nie przyjdzie do głowy powiedzieć – „ha, nie ma papierowego kontraktu, więc nie będę płacić” – a jeżeli to już się stanie – mamy już sposób, żeby odebrać należność z nawiązką.

Pozwólcie, że znów odniosę się do naszych interakcji z rządem – kiedy dokładnie ktokolwiek z nas złożył świadomą zgodę na branie udziału w biznesie korporacji RP? Nigdy, ktoś może powiedzieć, i to się często słyszy – brak niezgody – oznacza zgodę, tylko jest mały problem – ten schemat dotyczy już istniejącej umowy, która była jak najbardziej prawomocna, gdzie miała wszystkie elementy i nasza zgodę, a coś poszło nie tak i teraz robimy proces administracyjny. Jeżeli nas wrobiono w udział biznesu RP, nie było oferty, nie powiedziano o warunkach umowy, nie było nic wartościowego ze strony RP, a na koniec nasza zgoda była DOMNIEMANA, to gdzie, się pytam, istnieje jakikolwiek kontrakt/umowa miedzy mną a rządem RP? Nigdzie, to jest odpowiedź, jest jak zwykle – domniemana…

„Agreement of the parties makes the law” – zgoda obu stron tworzy prawo, to jedna z najważniejszych maksym prawnych, jest uniwersalna i ma zwierzchnią jurysdykcję w wielu przypadkach, pod warunkiem, że spełnia wszystkie elementy niezbędne do powstania umowy. Dzisiaj widzę na co dzień niemal problemy jakie ludzie mają tylko dlatego, że nie rozumieją czym jest i jak działa kontrakt. Dzisiaj (pracując w nieruchomościach) widzę od środka masę problemów jakie mają ludzie z najemcami. To durne prawo ustawowe jest tak wymyślone, żeby dać szansę na niekończące się procesy, tuziny adwokatów, którzy piszą listy, obrady, rozprawy tylko po to, żeby takiego delikwenta który nie płaci za czynsz można było usunąć z mieszkania. Widzę jak ludzie płaczą, bo płacą pożyczkę na mieszkanie co miesiąc, a najemca siedzi w tym mieszkaniu, czasem nawet rok i adwokaci niby „szarpią” się między sobą niczym wilki, żeby coś wygrać. Jedno wam powiem – bzdura na resorach, to wszystko to durny teatr żeby LAW SOCIETY mogło ciągnąć kasę w nieskończoność, a jak już wykrwawią swoich klientów – to załatwią sprawę, albo i nie, bo i tak bywa.

Skoro „zgoda stron tworzy prawo” w tych relacjach, dlaczego nie zrobić swojego własnego kontraktu zamiast używać szablonowo zrypanych, jakie podsuwają adwokaci? Jeżeli właściciel mieszkania (nie ważne, że na kredyt) ma 100% tzw. equity – czyli wartości tej nieruchomości – TO ON tworzy prawa jakie obowiązują przyszłych zainteresowanych wynajmem, to logiczne. Jeżeli się obawia, że może zaistnieć sytuacja, gdzie najemca przestanie płacić i nie będzie chciał się wynieść, wystarczy, że zrobi klauzule gdzie wyraźnie napisze „w razie nie otrzymania opłaty wynajmu przez …. najemca zgadza się opuścić lokal w ciągu np.30 dni bez możliwości negocjacji bądź odzyskania depozytu” i tyle.

Tylko taki układ jest nie na rękę adwokatom, bo tu nie ma nic do interpretacji, pieprzenia w bambus na wokandzie i tak dalej, a co za tym idzie – nie zarobią na swoich zagrywkach, listach, ustawach itp.

Nawet jeżeli ustawa mówi inaczej (podaję przykład z miejsca gdzie mieszkam UK) umowa miedzy dwojgiem żywych ludzi ma zwierzchnią jurysdykcję, bo tu chodzi o tytuł własności – EQUITY, a w systemie gdzie wszystko rozgrywa się o pieniądze, to właśnie equity jest królem.

Na koniec dodam te wszystkie machloje w PL, gdzie taki Amber Gold okrada tysiąc ludzi, potem zamyka firmę i kładzie lachę, (dostali śmieszny wyrok i nic więcej) są do odzyskania jak najbardziej. Franek Pietranek wisiał mi £1000 i wielu innym ludziom też. Dorobił się i zamknął firmę nie wypłacając należności za pracę, i ludzie myślą, że sprawa leży do góry brzuchem – nic bardziej mylnego. Pomyślcie, mimo że zawarliście umowę z dyrektorem Pietrankiem, ten jego status/tytuł, to wymyślony koncept, nie żyje swoim życiem – Franek jest jedynym animatorem tej osoby, bez Franka, to tylko napis na kartce papieru. Umowę podpisał Franek, nie dyrektor, prezes czy właściciel, tylko Franek z krwi i kości, występujący w roli dyrektora, więc jak wam wisi siano, a sam mieszka w willi za 20 000 000, to już wiecie kogo pociągnąć do odpowiedzialności – nie dyrektora nie istniejącej spółki, tylko Franka Pietranka z krwi i kości, potem założyć LIEN na ten piękny dom i niech się facet poci, można nawet załatwić mu pudło za to co zrobił – tu u mnie to jest dosyć prosta procedura, nie wiem jak w PL.

Zachęcam do szukania info na temat kontraktów w sieci, jest tego multum, można naprawdę ułatwić sobie życie zapoznając się z tym.

Piotras

Przekręt wszechczasów część XXII

Magia sądów

Wybaczcie, że rzadko piszę, ale mam sporo na głowie. Napiszę trochę na temat sądów i co się tam dzieje – to jest dopiero temat, ja sam wciąż się uczę i muszę powiedzieć, że wciąż mam japę rozdziawioną dowiadując się więcej na ten temat.

System, w jakim żyjemy upewnił się, że ma tzw. ramię wykonawcze, czyli ludzi na odpowiednim stanowisku, którzy będą robić dobrą robotę „karząc” opornych i tych, którym się wydaje, że sami mogą sterować swoim życiem.

Część tego ramienia to oczywiście policja, ale dużo ciekawszym departamentem jest sądownictwo, system „sprawiedliwości”, coś co jest tak odlegle od samej definicji sprawiedliwości jak Ziemia od Marsa – albo jeszcze dalej.

Zanim podzielę się tym, czego zdążyłem się dowiedzieć, proszę zrozumieć, że to tylko kropla w morzu. Wciąż dowiaduję się nowych rzeczy i czasem te, które już niby wiem muszą być nieco skorygowane. Matrix jest dynamiczny, ma swoje fundamenty niewoli, ale musi się dostosowywać do potrzeb współczesnego niewolnika. Najlepszym przykładem jest obecność wytrenowanych sędziów, tzw. sniper judge – czyli ludzi, którzy będą zaginać na wokandzie nawet wprawionego Freemana.

Zacznijmy od początku, bo to jest dosyć ważne, żeby dotrzeć do magii jaką jest sąd, ról ludzi grających to przedstawienie i kim MY jesteśmy w tym całym burdelu.

Muszę zaznaczyć, że będę podawał przykłady z UK, mimo, że schemat jest niemal identyczny w większości krajów IMF, a może nawet dokładnie taki sam.

Pamiętając, że dzisiaj kraje są korporacjami, to byt biznesowy, który ma za zadania rozrastać się jak najbardziej (bogacić), więc poza tradycyjnym strzyżeniem owiec, takim jak podatki wszelakiej maści, muszą mieć dodatkowe źródło dochodów, coś, co będzie pod ręką na co dzień. Nie tylko po to, żeby zarabiać, ale również po to, aby trzymać stado w ryzach, rok po roku zaciskać kaganiec i zdobywać jak największą kontrolę, bo ta – dla ludzi, którzy mają władzę tworzenia pieniędzy jest najsilniejszym afrodyzjakiem.

Każda korporacja ma swoje wewnętrzne zasady, również RP, (dla moich przykładów UK). Tymi korporacyjnymi zasadami są tzw. ustawy (po angielsku ACT). Jest ich z roku na rok coraz więcej i wcale nie muszą być zgodne z logiką, prawem naturalnym, w zasadzie z niczym, co by miało jakikolwiek sens dla zwykłego człowieka. To jest pokaźny zbiór herezji, który służy nabijaniu kabzy i trzymaniu za ryj pospólstwa, niestety.

Jaś jedzie samochodem i zapomniał zapiąć pas, pała stoi w krzakach i macha mu lizakiem, Jaś złamał korporacyjną zasadę i teraz czeka go za to kara. Nie będę się teraz rozpisywał, dlaczego policjant ma „prawo” ukarać Jasia, skupię się na tym, co się dzieje po drodze do otrzymania kary.

Pan policjant wystawia mandat, Jaś podpisuje i od tej chwili ma określony czas na to, żeby zapłacić karę za niedostosowanie się do korporacyjnych zasad o zapinaniu pasów.

Druga część owego dokumentu, zwanego mandatem, trafia do systemu, gdzie przejdzie proces i będzie czekać na tzw. discharge – wyzerowanie, za pośrednictwem pieniędzy wpłaconych przez Jasia.

A co by było, gdyby Jaś został wezwany do sądu, żeby usłyszeć zarzuty i otrzymać karę od „niezawisłego” aktora, którego nazywamy sędzią?

Po pierwsze, ktokolwiek myśli, że ma prawo czuć się równy ze wszystkimi innymi ludźmi wewnątrz systemu – musi poważnie skorygować swoje myślenie. Już sam fakt, że jest ktoś, kto może ŻĄDAĆ od nas stawienia się w określonym miejscu w określonym czasie świadczy o tym, że nie mamy równych praw w żadnym wypadku. Sędziego nie obchodzi, że jesteś zajęty, że masz co innego do roboty, albo nawet to, że jesteś daleko za granicą, jak zechce cię zobaczyć, to masz wszystko rzucić i lecieć na zawołanie niczym pies. Więc to już świadczy o tym, że mamy status zwykłego niewolnika, a wolność, która nam się wydaje, że jest naszym prawem to zwykła iluzja.

Proszę zauważyć jedną bardzo ważną rzecz – aby wystąpiła zbrodnia, musi być kilka elementów, a jej kluczowym elementem jest strona poszkodowana, ktoś kto ucierpiał w jakiś sposób przez nasze działanie bądź brak działania, gdzie była wymagana.

W „prawie” korporacyjnym/ustawowym tego obowiązku nie ma, nikt nie ucierpiał z tego powodu, że nasz Jaś nie zapiął pasa, albo dlatego, że wysiał marchewkę w swoim ogrodzie, czego ustawa wyraźnie zabrania (np. w Kalifornii). Nikomu nic złego się nie stało, niemniej jednak Jaś oberwie po uszach i będzie pracować za darmo, żeby ktoś inny mógł się cieszyć z owoców jego pracy.

Jaś dostaje wezwanie, jedzie grzecznie jak mu każą i na sali zaczyna się szopka, o której trochę napiszemy.

Pierwsze co się dzieje, to sędzia pyta o imię i nazwisko, bądź czyta je sam i zwraca się do Jasia o potwierdzenie. Sam fakt, że Jaś grzecznie rzucił wszystko i przyjechał na wezwanie świadczy o tym, że nie występuje tu w roli człowieka, tylko kogoś, kto ma znacznie niższy status. Jeden człowiek nie ma prawa rozkazywać drugiemu, aby to się stało, muszą istnieć statusy, role – gramy je na co dzien.

Jaś podpisał mandat, zgadzając się z tym, że policjant ma prawo tego wymagać, że Jaś jest podmiotem wobec ustawy, dając swój dowód/prawko jeszcze to potwierdził, potem zjawił się na wezwanie i na koniec potwierdził, że jest JAŚ KOWALSKI, dając temu na wokandzie 100% pewność, że może teraz tego Jasia zmielić na wióry.

System sądowy jest trochę magiczny, nawet słownictwo (ang.) używane w tym przedstawieniu ma swoje znaczenie ezoteryczne, nie dla mas.

Kilka przykładów:

  1. Dokument, na podstawie którego Jaś jest na dywaniku nazywa się CHARGE – pamiętacie Morfeusza z Matrixa, trzymającego baterię w dłoni? I mówi, że ludzie to nic innego niż bateria/energia dla Matrixa? CHARGE używa się miedzy innymi w technologii – to prąd, ładunek elektryczny… ciekawe prawda?

Po angielsku o kimś, kto został oskarżony o wykroczenie mówi się CHARGED, stek bzdur jakie nazywamy zarzutami – CHARGES.

Jaś został „załadowany”, że tak powiem, ujemnie, jest teraz rachunek na jego IMIĘ (korporacyjne), ładunek, który Jaś będzie musiał wyzerować poprzez swoją energię pracy. Jutro wstanie i pójdzie do roboty na jakiś czas i nie będzie mu dane cieszyć się jej owocami, bo jest rachunek do wyzerowania – mandat w wysokości 500 zł, dlatego energia Jasia, jaką zainwestuje w pracę zostanie pochłonięta przez system, żeby wyzerować CHARGE w wysokości 500 zł.

Nikt nie ucierpiał przez Jasia jadącego bez pasów, nikomu nie stała się krzywda, ale zaszło coś, co spowodowało, że pojawił się rachunek do zapłacenia, Jaś swoim własnoręcznym podpisem go zaakceptował, zobowiązał się wziąć pełną odpowiedzialność za swojego pionka w grze (osoba prawna) i dać mu swoją energię, żeby mógł być znów odblokowany (o tym później).

W taki sposób system generuje niewyobrażalną ilość pieniędzy, w taki sposób ludzie spędzają czas pracując za darmo, zostawiając swoje rodziny i oddając owoce swojej nierzadko ciężkiej pracy komuś, kto nie kiwnął nawet palcem, żeby na to zarobić.

Załóżmy przez chwilę, że nasza osoba prawna to pionek do gry w biznes. W momencie postawienia zarzutów złamania zasad gry (ustawy) nasz pionek zostaje niejako zamrożony, nie możemy dalej się nim posługiwać, albo możemy, ale mamy znacznie ograniczone możliwości. Jest pewna kwota, która umożliwi odblokowanie tego pionka, a my – będąc jego animatorem – musimy zapracować na wyzerowanie zarzutów. To telegraficzny skrót, bardzo uproszczony, niemniej jednak najłatwiejszy do zrozumienia.

„To jest tylko biznes” jak mawiają mafiozi zanim wpakują kulkę w potylicę, to jest tylko biznes dla systemu. Jaś jest tylko motorem napędowym swojego pionka (osoba prawna). W związku z tym, że nie ma pojęcia, jaką rolę pełni wewnątrz tej osoby, kim naprawdę jest, system obdarował go najniższym statusem, kimś, kto zawsze buli i nie ma nic do gadania – tzw. trustee.

Jutro Jaś zapindala do roboty żeby spłacić CHARGE, oddać swoje 500 zł za to, że nie zrobił nikomu krzywdy, użyteczny idiota w mundurze policjanta zrobił swoje, system zarobił i fortuna toczy się dalej, pała dalej łapie „klientów”, sędzia czeka na następnego do krojenia, i tak w kółko, to jest genialny system, taki, który nie potrzebuje naprawy, więc polityczne bzdury partyjnych papug – że naprawią system sprawiedliwości mogą sobie wsadzić – wiecie gdzie.

Wracając do samego sądu, bo to jest ciekawe. Sama sala sądowa nie wygląda tak, jak wygląda przez przypadek bynajmniej. Cały układ, rozmieszczenie poszczególnych ludzi, flagi, bramki, pudełka w których siedzą ludzie – wszystko ma ogromne znaczenie, świetne źródło wiedzy na ten temat to FRANK O`COLLINS z Australii, fenomenalny koleś.

Nie jest już wielką tajemnicą dzisiaj, że to, co się dzieje w sądzie to biznes, MARITIME LAW, tylko jakoś ta informacja nie bardzo jest zrozumiała dla ludzi, bo skoro to nic innego niż korporacyjny trybunał – to wymaga naszej zgody na robienie z nami interesów…

Sędzia siedzi nieco wyżej od tzw. oskarżonego, nie dlatego, żeby go lepiej widział, lecz podświadomie rejestrujemy podest jako coś, na czym stoi/siedzi ważna osobistość, autorytet. Wchodząc do sądu przechodzimy przez bramkę, tzw. BAR, po angielsku BAR to również BAR ASSOCIATION, czyli brać adwokacka, każdy adwokat (prawdziwy) ma obowiązek zdania egzaminu BAR, żeby praktykować „prawo”. Bar, czyli ta bramka to również analogia do prawa morskiego. Wchodząc za bramkę wchodzimy na pokład obcej jednostki, tzw. vessel, gdzie nie mamy żadnych praw, zupełnie tak, jak obcy wchodzi na pokład, gdzie ktoś inny sprawuje tu władzę, a on tylko wykonuje rozkazy.

Z jednej strony siedzi prosecutor, czyli oskarżyciel, ktoś, kto z ramienia korporacji będzie przedstawiał zarzuty – charges – naszemu Jasiowi. Ta osoba jest upoważniona przez kierownictwo do upewnienia się, że system dostanie to, czego żąda – czyli Jasiowe 500 zł. Bardzo ciekawa rzecz, to fakt, że oskarżyciel jest odpowiedzialny za to, że Jaś zostanie skazany, jego bond ubezpieczeniowy jest właśnie po to (miedzy innymi), żeby w razie niepowodzenia – Jaś się obronił, zarzuty oddalone – system i tak otrzymał 500 zł. Tak czy siak, system zawsze wygrywa, pieniądze za zarzuty i tak wylądują w systemie, bądź z Jasiowej pracy, bądź z ubezpieczenia oskarżyciela. System ma swój departament, gdzie są obliczane dopuszczalne przegrane, żeby utrzymać iluzję sprawiedliwości. Dzisiaj w sądach ustawowych oskarżyciel wygrywa bodajże 90% spraw, te 10% to tylko sztuczka dla mas, żeby od czasu do czasu odświeżyć iluzję, że można z nimi wygrać.

Jeżeli oskarżyciel, mimo pomocy swojego kompana na podwyższeniu okazuje się zbyt kosztowny i przegrywa zbyt wiele spraw – jego ubezpieczyciel wycofuje polisę i ten zaczyna szukać innej pracy. Mimo, że sądy to korporacyjne trybunały, podtrzymywana jest iluzja sądów publicznych – niby są nasze, więc każdy pracownik owej instytucji to tzw. public servant, więc ktoś, kto musi być ubezpieczony na wypadek zrobienia kuku komuś, zupełnie jak lekarz, policjant itp. Ta polisa ubezpieczeniowa jest bardzo ważna, bo można ją po prostu zaaresztować i pozbawić owego delikwenta możliwości pracy w jakimkolwiek sądzie, o czym później.

Więc mamy Jasia, przekroczył BAR, jest oficjalnie nie tylko na morzu, a nie lądzie, ale jeszcze wlazł z własnej woli na pokład obcej jednostki, gdzie jest tylko gościem, zredukowanym do minimum, bez żadnych praw. Po jednej stronie oficjal – oskarżyciel – pracownik sądu, po drugiej, jeżeli Jaś się zgodził (są kraje gdzie nie masz nic do gadania) jest jego adwokat, obrońca. Ten koleś z kolei będzie robić wszystko (hehehe!!!), żeby naszego Jasia zdjąć z haczyka i sprawić, że wróci do domu i nie będzie musiał tyrać za darmochę (500 zł). Tu trzeba zaznaczyć kilka ciekawych rzeczy. Biorąc adwokata, żeby nas bronił – tak naprawdę robimy sobie ogromną krzywdę, z kilku powodów. Pierwszy, to fakt, że w oczach systemu jesteśmy traktowani jako tzw. INFANT, czyli noworodek, dziecko, które nie ma swojego zdania, po to właśnie dajemy tzw. pełnomocnictwo prawne – power of attorney – nie jesteśmy na tyle ogarnięci, żeby sami się bronić, powiedzieć co mamy do powiedzenia, potrzebujemy dorosłej osoby (obrońcy), żeby za nas to zrobił, zabawna historia…

Ów adwokat/obrońca jest PRACOWNIKIEM SĄDU, tej samej instytucji, która nas tu siłą ściągnęła, marynarzem na obcej jednostce, jednym z „chłopców z ferajny” – dosłownie. Jeszcze raz, żeby się dobrze zrozumieć:

Nasz obrońca, to człowiek pracujący dla tych samych ludzi, którzy nas teraz mielą – sędzia, oskarżyciel, cala ta banda sq….synow, którzy chcą naszej energii pracy (500 zł), a my zatrudniamy kogoś, kto kopie do tej samej bramki!!! Kto przy zdrowych zmysłach robi takie coś???!!!

To nie koniec newsow na ten temat. Nasz adwokat „obrońca” jest pod przysięgą, najwyższą przysięgą, jaką może człowiek w jego sytuacji złożyć – przysiągł lojalność wobec sądu, instytucji, oddał swoją duszę pod banderę tejże jednostki, jego tzw. first duty, czyli 100% lojalność należy się sądowi, nie nam. Co więcej, ów adwokat „obrońca” będzie pracował super ciężko, żeby upewnić się, że nie mamy w sądzie żadnych praw, będzie się prężył na lewo i prawo, żeby nawigować WEWNĄTRZ korporacyjnych bzdur i nigdy nie dopuści, żeby nasz Jaś zaczął zadawać niewygodne pytania, np. – a komu zrobiłem krzywdę jadąc bez pasów?…Tego Jaś nie zobaczy, za to będzie słyszał ustawa nr…. paragraf nr… ustęp nr… i tak dalej, żeby brzmiało mądrze, zawile, tak że Jaś będzie się gapić w malowane wrota, a na koniec dostanie w cymbał (500 zł do zapłaty).

Ten „obrońca” jest bardzo ważną postacią w tym całym kabarecie, nie od parady system ciśnie, żeby „skorzystać” z obrońcy do tego stopnia nawet, że ten będzie przydzielony z urzędu, zupełnie za darmochę (nie do końca prawda), żeby tylko był i robił swoją robotę. Ten człowiek ma jeszcze jedno bardzo ważne zadanie – upewnić się, że wszystko zostaje otwarte do interpretacji, że nie ma w sądowym pliku papierów bardzo ważnego dokumentu – tzw. AFFIDAVIT, czyli zeznania pod przysięgą. Znam osobiście sprawy, które toczą się latami, adwokaci walczą zaciekle, pisma fruwają z jednej strony na drugą, klient płaci słono, a gdy zapytałem się jednego czy złożył choć jedno affidavit, które stwierdza fakty w sprawie – powiedział, że nigdy… taka jest rola obrońcy, bo gdyby było inaczej, sprawy nie ciągnęłyby się latami, a system nie zarobiłby tyle ile się da, dzisiaj obie strony doją lemingi do ostatniej złotówki, a nasza ignorancja pozwala im na to – za naszą aprobatą i na własną prośbę!!!

Gdzieś schowana jest jeszcze jedna postać, bardzo ważna – tzw. CLERK, czyli sekretarz sądu (to niedokładne tłumaczenie). Jego zadanie jest fundamentalne, mimo że postać nie musi być, że tak powiem, na widoku. On nie tylko upewnia się, że jest prowadzony rekord z posiedzenia (to następna farsa do wyjaśnienia), ale również jest odpowiedzialny za zaprzysięganie oraz trzyma oko nad tzw. court seal – czyli pieczęć sądu. Tak naprawdę to postać, która ma ogromną władzę wewnątrz, ale zazwyczaj siedzi w cieniu, bo jego ubezpieczenie jest bardzo wartościowe. Nasz Jaś ma się trzymać od niego z daleka, szarpiąc się z oficerami mniejszej rangi – adwokatami i sędzią.

Jest prowadzony rekord z posiedzenia, są zapisywane/nagrywane zeznania, zarzuty itd., jedno musimy zaznaczyć, to, że jest prowadzony zapis – nie znaczy, że ten zapis będzie dokładny i do użytku publicznego. Co mam na myśli: sąd – korporacja – zatrudnia inną korporację, żeby prowadziła rekord, więc umowa między nimi jest bardzo specyficzna – sąd będzie sobie „wkładał” do akt sprawy tylko to, co sam uzna za stosowne! Niejeden raz widziałem rekord, który był tak wybrakowany, żeby pasować oskarżycielowi, część została dosłownie pominięta, i pojawiając się w sądzie, Jaś powinien głośno i wyraźnie zaznaczyć, że to posiedzenie to sprawa rekordu PUBLICZNEGO, czyli wszystko, co się dzieje ma trafić do akt, WSZYSTKO. Jak myślicie, dlaczego nie wolno mieć swoich urządzeń nagrywających wewnątrz sali sądowej? Dlaczego wiele spraw toczy się za zamkniętymi drzwiami, jak np. sprawy rodzinne tu w UK, gdzie paparuchy w togach zabierają rodzicom dzieci na widzimisię? Dlaczego jest coś takiego jak GAG ORDER czyli zakaz nawet rozmawiania na zewnątrz o sprawie?

Ano właśnie po to, żeby uniknąć sytuacji, że podziurawiony rekord ze sprawy wycieka do opinii publicznej, a my mamy swój rekord, nagrania i nagle robi się z tego afera, – właśnie po to. Dean nie raz na sali darł się na sędziego – gdzie są informacje o pobiciu przez policję, siedzeniu w izolatce itd., sędzia otwiera akta i mówi – „ja tu nic nie widzę panie Clifford”…

Co więcej, każda nowa rozprawa to nowe zdarzenie. Tylko dlatego, że wczoraj był rekord publiczny, więc dziś, jeśli Jaś nie zażąda właśnie tego – może zdarzyć się dokładnie to, co zechce sędzia. Każdego dnia, każdego nowego posiedzenia, Jaś musi zażądać PUBLICZNEGO rekordu, inaczej będą z nim lecieć w przysłowiowe kulki.

Bardzo ciekawa jest ta cała szopka, gdzie Jaś musi wstać na widok sługi publicznego (sędzia) – ktoś kto pracuje dla Jasia, dostał ten stołek od społeczeństwa (jest opłacany z podatków Jasia – przyp. astromaria), teraz każe kłaniać się sobie i wstawać na swój widok – psychologiczna zagrywka. Czarna toga, dostojny wygląd, stołek na podwyższeniu itp., cała otoczka teatru, przedstawienia, gdzie tak naprawdę dzieją się zabawne rzeczy, zabawne dla systemu – i Jaś będzie zapindalał za darmo przez najbliższe kilka dni, żeby oni mieli ubaw.

O flagach maritime już większość dawno wie – złota otoczka flagi świadczy o prawie morskim, tzw. commerce, biznes, nie mający nic wspólnego z prawami człowieka, tu się sądzi interesy, sprawiedliwość nie ma tu racji bytu.

Więc stoi sobie nasz Jaś, zidentyfikowany jako byt korporacyjny (JAN KOWALSKI), bez żadnych praw naturalnych, ludzkich, jakkolwiek sobie to nazwiemy, oddał swoją możliwość obrony pracownikowi tej samej mafii, która tu go silą ściągnęła, i zaczyna się gra, zupełnie jak w tenisa (court = sąd = kort tenisowy), będą odbijać piłkę herezji z jednej strony na drugą, utrzymując iluzję ciężkiej walki, wymieniając się słowami, o których Jaś nie ma zielonego pojęcia, teatr będzie trwał w najlepsze…

Piotras

c.d.n.

Przekręt wszechczasów część XVIII

Lichwa c.d.

Chciałbym wytłumaczyć to dziwne zjawisko, kiedy firma windykacyjna poprosiła nas o 1£ w zamian za to, że pokażą nam ORYGINALNĄ umowę o pożyczkę między moim kolegą a bankiem.

To na pierwszy rzut oka wyda się bardzo dziwne, ale niestety wewnątrz tej gry obowiązują dziwne nieraz prawa, których ludzie na ogół nie rozumieją i właśnie dlatego takie rzeczy jakie dzieją się np. w Polsce są w ogóle możliwe – kiedy komuś ginie dowód, a ktoś inny biorąc pożyczkę na zaginiony dokument zwala odpowiedzialność na tego, komu ten dowód zginał, albo komornik zabiera traktor sąsiadowi za długi jego kolegi zza miedzy.

To bardzo przykre powiedzieć, ale nasz kraj wiedzie prym w tych oszustwach, na takie rzeczy jakie się tu dzieją, żaden normalny kraj – właściwie ludzie sobie nie pozwalają. Nie wiem z czego to wynika, może z niewiedzy, a może po trosze z naszego charakteru, tej zawiści i nienawiści do drugiej osoby, która napędza tę karuzelę szelmostwa.

To dlaczego firma, która ścigała mojego kumpla za 15 000£ nagle prosi o 1 £ w zamian za to, że pokażą nam tę umowę jako podstawę do swoich roszczeń?

Wszystko opiera się na prawie kontraktowym, to nic innego jak oferta i akceptacja oferty. W momencie przyjęcia oferty, (1£) nawiązuje się między nami umowa, od tej chwili, poprzez naszą akcję (zaplata 1£) dajemy życie nowemu biznesowi, który niesie ze sobą straszne konsekwencje – dla mojego kumpla rzecz jasna.

Jeżeli zapłacilibyśmy tego funta, to w świetle prawa przyjęliśmy do wiadomości (nie)fakt, że ta firma windykacyjna posiada umowę, o którą prosimy. W związku z tym, nabiera praw do jej egzekucji. Wiem, że to nie ma sensu na pierwszy rzut oka, ale niestety tak jest. Firma dalej nie ma tej umowy, w żadnym wypadku, ale teraz może wejść na drogę sądowa i poprzez system i jego procedury zmusić mojego kolegę do spłaty nie tylko rzekomej pożyczki, ale jeszcze wszystkich opłat, jakie sobie naliczyła firma windykacyjna.

Niedorzeczność – wiem, ale tak jest. Oferta kontra oferta, akceptacja – mamy razem interes, tak to wygląda.

Firma windykacyjna X odzywając się do nas listownie zaproponowała nam interes, ano taki, że będą z nas ściągać jakieś długi i proszą o natychmiastowe spłaty, lelum-polelum i tak dalej. Co robi statystyczny Jaś? Nie mając pojęcia, że bank mu nigdy nic nie pożyczył, najpierw dostaje mikro zawału, potem zaczyna spłacać wszystko to, czego X zażąda, a jak nie – to dobiorą mu się do skóry. Jaś nie ma pojęcia, że X nie ma żadnego prawa nic z niego ściągać, ale poprzez swoją akceptację (zgoda na żądanie, poprzez uiszczenie pierwszej wpłaty) oferty kontraktu potwierdza w oczach prawa, że chce z własnej woli wstąpić w biznes z X. Od tej pory X ma prawo zmielić Jasia jak im się tylko spodoba, bo Jaś nie mając pojęcia o niczym nie będzie potrafił niczego zakwestionować. Dlatego firmy jak X powstają jak grzyby po deszczu, są dosłownie jak pasożyt, który dosiada Jasia po tym, jak inny pasożyt (bank) już dobrze wydoił Jasia wcześniej.

A jak sobie poradzić z taką firmą X, która bardzo „poważnie” płodzi owe dokumenty? Poprzez tzw. conditional acceptance – czyli zaakceptowanie oferty POD WARUNKIEM. W ten sposób nie stajemy się stroną konfliktową w świetle prawa, nie jesteśmy kimś, kto odrzuca ofertę, bądź ją ignoruje – o tym wspominałem już kiedyś – nie ignorujemy pism z żądaniami.

Więc robimy to, co napisałem w liście za mojego kumpla, akceptujemy tę ofertę pod warunkiem, że X przedstawi nam niezbity dowód na to, że w ogóle ma jakieś prawo do roszczeń majątkowych. Pytamy o coś, czego X nie posiada, nie może posiadać, bo prawnie nie ma takiej możliwości – czyli naszej oryginalnej umowy z bankiem, która rzekomo dała życie owej pożyczce.

A czemu X nie może jej posiadać w oryginalnej postaci? Z kilku powodów – po pierwsze – ta umowa została zmonetaryzowana i razem z innymi tego typu środkami zwanymi SPV – special purpose vehicle – została sprzedana dalej, inwestorom, którzy ją potem ubezpieczają i tak dalej. Po drugie – my nigdy nie mieliśmy żadnych interesów z X, X nie było stroną w oryginalnym kontrakcie pomiędzy nami a bankiem, to jest tzw. third party intervener – czyli osoba trzecia, z którą nie mamy żadnych interesów, ktoś zupełnie obcy wchodzący między wódkę i zakąskę. Poza tym – umowa oryginalna jest własnością Jasia, w niezmienionej postaci musi pozostać na czas trwania kontraktu (umowa o pożyczkę) i bank nie ma prawa jej nikomu sprzedać bez naszej zgody (tylko teoretyczne rzecz jasna, bo oni to robią bezprawnie cały czas), dlatego X nie ma prawa do żadnych roszczeń, to po prostu kant.

Inaczej ma się sprawa z komornikiem z urzędu, gdzie jest wyrok sądowy i sędzia podpisał własnoręcznie takie roszczenia – tu jest ogromna różnica, napisze później co wiem o tym.

Wszystkie zadania od firm windykacyjnych prywatnych jakie widziałem (a widziałem sporo, mój  drugi znajomy przez jakiś czas pracował jako komornik) to była po prostu żenada. Kawałek papieru z logo, dużo pustych słów, pogróżek, żądań, podopisywanych zer i numer telefonu jakiegoś Kazia – managera, do którego trzeba zadzwonić już teraz, bo jutro zabiorą telewizor – kabaret po prostu – oczywiście żadnych czytelnych nazwisk i podpisów.

Więc piszemy do X w jak najszybszym czasie z prośbą o udostępnienie tejże oryginalnej umowy na podstawie której X ma swoje żądania. Dajemy 10 dni na odpowiedz, i piszemy taka kontrofertę w sposób odpowiedni – taki, że w przypadku braku odpowiedzi – X przyznaje się do tego, że ich żądania to czyste oszustwo. To jest bardzo ważne, sposób pisania, żeby postawić X w takim miejscu, że mają przewalone, cokolwiek zrobią, bądź nic nie zrobią – brak odpowiedzi to najlepsza odpowiedź – tu przypominam ignorowanie pism – brak odpowiedzi z naszej strony – przyznanie się do zaakceptowania oferty/roszczeń.

I jeszcze jedno – bardzo ważne, tak ważne, że tyczy się wszystkiego, nie tylko komorników, całego prawa, we wszelakiej postaci (oprócz korporacyjnych, debilnych ustaw): TEN KTO STAWIA TEZĘ – MA OBOWIĄZEK JĄ UDOWODNIĆ.

Jeszcze raz – X przysyła mi pismo do domu, że jestem im winien siano – to jest ich teza, teraz spoczywa na nich obowiązek udowodnienia, że mają prawo do tych pieniędzy. System i szkoła wywala wszystko do góry nogami, zamiast pytać – mówimy i potwierdzamy, zamiast zmusić kogoś do udowodnienia swojej racji – zaczynamy się bronić stawiając tezy – i brniemy coraz głębiej w bagno.

X chce moich pieniędzy, bo bank im podarował moją rzekomą pożyczkę…

Proszę bardzo:

„Bardzo chętnie spłacę wszystkie należności (jesteśmy w oczach prawa bardzo w porządku, akceptując grzecznie ofertę i nie kreując problemu), pod jednym warunkiem – że X mnie przekona o podstawie swoich roszczeń”. Mam na myśli umowę, oryginalną, w niezmienionej postaci, z moim własnoręcznym podpisem, która rzekomo dała życie tej całej sytuacji.

Bądź, podpisany nakaz sądowy, gdzie sędzia czytelnie podpisał, zaraz po tym, jak odbyła się sprawa sądowa, o której ja byłem poinformowany (dowód w postaci listu poleconego z sądu i moim podpisem odebrania) przez co miałem szansę – zgodnie z prawem – do swojej obrony.

X znika jak kamfora, uprzednio próbując tanich (1£) chwytów, żeby złapać nas na kruczki prawne, jakie system stworzył, żeby kroić ludzi.

Ja bardzo chętnie skroiłbym taki X na 3+1, właśnie po to, żeby dowalić tym hienom, ale jak już wcześniej wspomniałem, mój kumpel bardzo się ucieszył mając ich z głowy.

Jest jeszcze sposób na to, żeby bank nigdy nie zaraportował negatywnie do banku informacji, bo tak naprawdę żadnej pożyczki nie było, więc nie było obowiązku żadnych spłat – więc nikomu się krzywda nie stała, ale to już temat na osobny artykuł.

Więc tak to się ma, „akceptacja pod warunkiem” jest jedną z najsilniejszych broni przeciwko gnidom komorniczym, firmom X, które powstają z dnia na dzień, i często ta technologia jest wykorzystywana przez tzw. freemen przeciwko korporacjom rządowym jak RP, bo tak naprawdę RP nie rożni się wiele od X, ale o tym kiedy indziej.

c.d.n.

Piotras

Przekręt wszechczasów, część XVI

Parę słów o lichwie

To jest temat, którego wciąż się uczę, nie tak wytrwale jak kiedyś to robiłem, ale chętnie podzielę się tym co już wiem, choć zdaję sobie sprawę, że to tylko kropla w morzu. Ale warto to wiedzieć.

Nie będzie łatwo wytłumaczyć, jakim cudem ten cały syf zwany ekonomią w ogóle działa. Fenomen tego jest tak prosty, że 99% ludzi nie jest w stanie zrozumieć, jak to jest możliwe, więc odrzucają to niemal z mety. W zamian za to, słuchają mądrych ekonomistów, wykresów, stóp procentowych, itp. itd. Większość ludzi zatraciła możliwość zadawania logicznych pytań, takich, które mogą przynieść zrozumienie tematu.

Zanim podzielę się tym, czego już się zdążyłem dowiedzieć, chciałbym zadać kilka pytań, na logikę, bez potrzeby głębokiej analizy systemu finansowego, takie pytania, na które każdy mógłby odpowiedzieć, albo przynajmniej zastanowić się  na chłopski rozum.

To jest fakt, że system upewnił się, że nie wiem NIC o pieniądzach. Nie wiemy skąd się biorą, jaki jest mechanizm ich powstawania, funkcjonowania itd.

Na pytanie skąd się biorą pieniądze – zapewniam was, 99% ludzi zapytanych na ulicy nie będzie miała zielonego pojęcia i będzie tyle teorii, ile ludzi zapytanych. Co niektórzy będą mówić o banku centralnym, cyfrowej walucie itd., ale obawiam się, że konkretnej odpowiedzi nie otrzymacie.

Wszyscy słyszymy, że świat ma długi, nie tylko jeden kraj, nie jedna firma RP, dosłownie wszyscy mają ogromne długi, dług publiczny rośnie tak i tak, i wszyscy są w czarnej dupie. Pytanie:

  1. Jeżeli wszyscy mają długi – to komu są winni? Jeżeli niemal cała planeta jest w długach – to komu? Kto pożyczył ziemianom tyle kasy? Ludzie z Marsa? A jeżeli są sobie nawzajem dłużni, dlaczego nie zredukują sobie nawzajem długów? Komu jesteśmy winni tyle, że wszyscy siedzimy w czarnej dupie?
  2. Jeżeli jest na tej planecie ktoś, kto ma magiczny guzik do produkcji pieniędzy, to czy ta cała kasa naprawdę jest coś warta, tyle żebyśmy my musieli pracować od świtu do nocy, za coś komu zajęło to kilka sekund, kliknąć w klawiaturę albo guzik drukarki???
  3. Skoro wszyscy jesteśmy w długach, jakim cudem jest coraz więcej firm pożyczkowych, banków, lichwy wszelakiej maści? Skoro ludzie nie spłacają „długów”, tych pieniędzy powinno być coraz mniej do pożyczania, a nie więcej prawda? Skoro Jaś nie oddal mi 20 000, to ja mam w swojej kasie o 2 dychy mniej i nie mogę już tych pieniędzy nikomu pożyczyć prawda? Więc nie byłoby dziwne, gdybym nagle ogłosił że pożyczam nie tylko 20 000 ale 50 000???
  4. Skoro prawo bankowe zabrania pożyczania pieniędzy depozytorów, do tego bardzo duża cześć ludzi nie spłaca „pożyczek” jakim cudem powstaje coraz więcej lichwy? Nie, nie drukują sobie na kolanie kasy, o tym później.
  5. Kiedy bank „pożyczył” Jasiowi poł miliona $ na dom, Jaś nie spłacał, bank zabrał dom i sprzedał na aukcji za 300 000, to jest 200 000 $ w plecy? Proszę pomnożyć taki scenariusz razy kilka tysięcy miesięcznie w całych USA i policzyć, ile kasy „stracił” bank, więc jakim cudem rośnie w siłę do takiego stopnia że niedługo będą mieli złote kible? (Detroit – można kupić dom za kilka tys., dom za który bank kiedyś „zakredytował” komuś np. poł miliona $)

Takich pytań są setki, nikt nie zastanawia się dlaczego tak to wszystko wygląda, że może to, co słyszymy na lekcjach ekonomii to nie do końca jest prawda. Ludzie, tęgie głowy, którzy mają kilka liter przed nazwiskiem wiedzą całe gówno o tym, czego uczą. Zapewniam was, że pół godziny przelewania takich informacji do ich wyedukowanej, kwadratowej głowy spowoduje zawiechę systemu myślowego – wiem, bo sam byłem tego świadkiem. Więc nie ma się co dziwić że Jaś ma zero pojęcia, kto i jak go dyma, mnie tylko dziwi fakt, że ludzie nie chcą wiedzieć, to jest przerażające. Wolą pracować w pocie czoła na wyimaginowane pożyczki, które nie istnieją, nie istniały i istnieć nie będą.

Nie mamy prostych odpowiedzi na te pytania obawiam się, nasze zrozumienie mechanizmu pieniędzy jest niemal zerowe, zupełnie tak, jak w medycynie, polityce, szkolnictwie – wszędzie niemal oddajemy sprawę w ręce „profesjonalistów”, czy to w białym kitlu, mundurze czy drogim garniturze. Nie ma w nas już ani krzty ochoty, żeby się dowiedzieć samemu. System „edukacji” i telewizja zrobiły swoje.

Zanim wyjaśnię mechanizm powstawania tzw. „kredytów” napiszę kilka słów o historii biznesu, tzw. commerce i o powstaniu bardzo ważnego prawa finansowego jakim jest BILLS OF EXCHANGE ACT z roku 1882, który do dnia dzisiejszego stanowi filar powstawania kredytów.

To co powiedziałem wcześniej – banki nie mogą pożyczać pieniędzy depozytorów. To jest ustanowione prawnie, ale nawet na logikę: nie trzeba być geniuszem, żeby to zrozumieć. Ile kosztuje mieszkanie w Warszawie? 300 000zl? 500 000 zł? Weźmy pół miliona.

Ile ma statystyczny Jaś w banku? 5 tysięcy? 20 tysięcy? Teraz proszę pomyśleć, ile takich Jasiów musiałoby wpłacić swoje całe oszczędności na sfinansowanie jednego tylko mieszkania. Dla porównania, tu w UK bank LLoyds chyba chwali się w reklamie tv że udzielają kredytu mieszkaniowego w kraju – co 15 minut… rozumiecie? Jaś ma tylko parę tysięcy w banku, a co 15 minut bank przyznaje „kredyt” na mieszkanie warte setki tysięcy… Na wiele, wiele lat…

To po pierwsze, po drugie, jeżeli bank pożyczałby pieniądze depozytorów, co by się stało, gdyby wielu Jasiów zechciało wybrać swoje oszczędności? Nawet jak im będą kazać czekać dzień czy dwa, „kredyt” na mieszkanie potrzebuje wielu lat, żeby się „spłacić”. Nie ma w tym nic dziwnego?

Weźmy pod uwagę to, co mówiłem wcześniej – wielu ludzi podupada i przestaje spłacać „kredyty”. Skąd bank weźmie wtedy pieniądze, żeby pooddawać takim Jasiom, skoro wielu ludzi nie spłaciło „pożyczek”?

To nie są ciężkie pytania, nie potrzeba mieć magistra ekonomii, żeby takie rzeczy przemyśleć, a co więcej – im wyżej wykształcony ekonomista, tym trudniej mu poukładać sobie to w bani.

Skoro bank nie pożycza żadnych pieniędzy, to skąd się biorą fundusze na dom, mieszkanie, samochód? Przecież Jaś, korzystając z tychże mechanizmów może jutro kupić mercedesa. Ten samochód istnieje, fizycznie, ktoś dostał pieniądze na konto i dał Jasiowi kluczyki.

Zanim wyjaśnię, napiszę słówko o historii biznesu, kiedy jeszcze większość wartościowych rzeczy, jak złoto itp., była przewożona na statkach, które tonęły i były napadane przez piratów.

Ludzie biznesu ówczesnych czasów zaczęli się drapać w głowę. Coraz więcej tracili majątku na rzecz zatoniętych statków, napadów, piratów. Postanowili wprowadzić system, gdzie sam produkt, jak złoto, nie będzie musiał być transportowany. Nie musiało opuszczać sejfu właściciela, wystarczyło, że ten wysłał kuriera z dokumentem, na którym było napisane, że następuje transfer majątku. Taki dosłownie paragon, który drugi człowiek – ten który to otrzymał mógł spieniężyć bądź wymienić na inny towar. Tak narodził się BILLS OF EXCHANGE ACT, który działa do dnia dzisiejszego. To w telegraficznym skrócie, ale będzie potrzebne do zrozumienia pieniędzy.

Pamiętacie, jak pisałem o tym, że my – my wszyscy – jesteśmy wspólnie właścicielami ziemi Polskiej i wszystkiego co na niej i w niej się znajduje? To ma ogromną wartość monetarną, ogromną, i nie należy do rządu – należy do ludzi. My jedynie daliśmy swoją część w zarząd RP, po to, żeby zarządzali tym w mądry sposób i na naszą korzyść (wiem, że jest dokładnie odwrotnie).

Więc skoro bank nie ma prawa pożyczać pieniędzy depozytorów, nie drukuje sam, ile mu się podoba, to skąd są fundusze na dom dla Jasia? Bills of exchange act się kłania i majątek Jasia – część zasobów Polskiej ziemi.

Dzisiaj Jaś idzie do banku pogadać o „pożyczce” na swoje wymarzone M. Bankier zbiera dane Jasia, żeby upewnić się, że ten nie wisi już nikomu nic, że nikt nie przeszkodzi owemu bankowi kroić Jasia przez najbliższe 25 lat…

Jaś dowiaduje się, że jest OK, i zaczyna wypełniać papiery, podpisuje umowę o kredyt i wraca do domu. Będzie teraz czekać, aż bankier zadzwoni, że mogą sfinalizować umowę i Jaś dostanie siano na mieszkanie.

Po roku 2008 jeden z czołowych bankierów UK powiedział takie słowa: „Powodem tego kryzysu był nieodpowiedzialny dostęp do prywatnego kredytu”, ale ta bardzo ważna wypowiedź nie miała żadnego oddźwięku, bo ludzie nie zrozumieli co ten pan powiedział.

Dostęp do prywatnego kredytu? Jaś podpisał umowę o kredyt… bank nie pożycza pieniędzy depozytorów… Bills of exchange act… akt urodzenia… majątek ziemi Polskiej… zaczyna to wszystko mieć sens?

Nie znam do końca kulisów bankowych, nie interesuje mnie zresztą już na tym stopniu, co się dzieje z czekiem, gdzie leci, kto podbija itd. Interesuje mnie fakt, że są fundusze i to są moje fundusze – nikomu nie jestem winien ani grosza.

Jaś podpisuje umowę o „kredyt”. Bankier wypełnia swoją część (bardzo ważne, żeby było wszystko na tym, czego wymaga bills of exchange act), zanosi gdzie trzeba, umowa zostaje podbita – zupełnie jak czek (endorsement) i zostaje otwarte nowiutkie konto, specjalnie dla Jasia. Na to konto zostaje wpłacony ten nowy czek – nasza umowa o „kredyt”. Ciekawe prawda? Zanim Jaś nie podpisał umowy, fundusze nie istniały w ogóle, za podpisem Jasia na kawałku papieru – nagle pojawiły się pieniądze na ukochane M dla Jasia.

Proszę wytężyć głowę teraz:

Jeżeli Jaś był twórcą (to jego podpis dał życie funduszom) tejże kwoty, poprzez mechanizm bankowy – to do kogo należą te pieniądze? Czy należą one do banku (który de facto nie miał ich zanim Jaś nie podpisał umowy), czy należą do samego Jasia, który dosłownie dał im życie w momencie podpisania owego dokumentu?

To nie wszystko, pamiętacie jak pisałem, że równie ważne jest to, co jest powiedziane, jak i to KTO to powiedział? I że pełnimy wiele funkcji, ról w naszym życiu, nosimy wiele czapek na głowie i biznesie, który dzieje się niemal cały czas w naszym życiu?

Piotras

Cdn.

Przekręt wszechczasów część XV

Sądy c.d.

Jak już wyjaśniłem, sądy (poza wyjątkami – sądy tzw. equity, gdzie jest osoba poszkodowana), to nic innego jak wewnętrzne, korporacyjne trybunały, gdzie pajac w todze może dosłownie zrobić co mu się żywnie podoba z nami, i do tego – nie ponosi żadnej odpowiedzialności (tak mu się tylko wydaje).

„Sprawy” w takim sądzie, to farsa, debilizm do takiej potęgi, że czasem ciężko uwierzyć, jakim cudem ludzkość zapędziła się w takie szambo. Czy wiecie, że tylko w 2014 korporacja USA wprowadziła aż 3659 nowych ustaw? Tylko w jednym roku, to jest ponad 10 ustaw dziennie, zakładając, że te darmozjady pracują tylko kilka godzin dziennie (i tu jestem bardzo optymistyczny) – to mamy nową ustawę co kwadrans. Kiedyś czytałem, że za czasów Blaira – nowa ustawa była tworzona co pół godziny… rozumiecie teraz po co są sądy? 3659 ustaw w jednym roku… potrzeba wielu sądów, żeby „karać” pracowników, bo jak to mówi law society – ignorancja nie jest wymówką. Kto z was zna chociaż jedną ustawę? Połowa uchwalana jest w nocy, przed świętami, a te najbardziej ciekawe, mają pół tekstu wyjęte ze środka – a my potem idziemy jak barany do sądu i robimy to, co nam to całe kretyństwo nakazuje.

Jeśli są obce cywilizacje to patrzą na nas z prawdziwym politowaniem…

Nie zapominajmy jeszcze o naszych przyjaciołach w niebieskich mundurach – ci koledzy upewniają się, że system ma stały dopływ pieniędzy, żeby nie tylko prosperować, ale i rozrastać się w szalonym tempie. Koledzy rodacy w zielonych mundurach, ci są wykorzystywani do prac większego kalibru, np. do „demokratyzowania” opornych państw, jak Irak, Libia itp… wiecie, żeby w nich w końcu zapanował pokój i demokracja na nasz styl, czego mamy dowód dzisiaj w wydarzeniach na świecie.

Wracamy do sądów, sam fakt, że pojawiamy się tam na wezwanie (pamiętamy, że chodzi wyłącznie o wykroczenia ustawowe – jeżeli zrobiliśmy komuś krzywdę lepiej pojawić się na wezwanie), utwierdza system w przekonaniu, że jesteśmy ich podmiotem. Jak inaczej wytłumaczyć zjawisko, gdzie jeden człowiek, z krwi i kości, taki sam jak ja, wysyła mi kawałek papieru i rozkazuje mi się pojawić u niego na dywanie o określonej godzinie i dniu? Jeżeli ja wyślę tobie taki papier, że masz jutro o 9 być u mnie w piwnicy, to co zrobisz? Wyśmiejesz mnie i powiesz „nie jesteś moim szefem, idź do diabła” prawda? Wystarczy, że jest jakaś pieczątka, jakieś logo sądu, jakiś pajac ma przed nazwiskiem „sędzia” i nagle wszystko się zmienia. To jest fenomen tego systemu, papierowy tygrys i setki lat prania bani. Nie trzeba kajdanów, wystarczy kawałek papieru!

Więc przychodzimy na wezwanie, jako grzeczny pracownik RP, który śmiał być nieposłuszny i złamał jedną z milionów korporacyjnych zasad, dajemy grzecznie dowód osobisty – żeby jeszcze ich upewnić, że jesteśmy tam właśnie w tej funkcji i idziemy na strzyżenie, nic więcej, nie ma mowy o logice, nie ma mowy o tym, że nie wiedziałem, że ustawa jest głupia, że robi mi krzywdę. Dochodzi do takich paranoi, że rząd rości sobie prawo do słońca (Hiszpania) i musisz płacić podatek od baterii słonecznych, do wody deszczowej (USA, gdzie nie wolno gromadzić wody z deszczu) i tak dalej, do ziemi (USA), policja rozkazuje zniszczyć ogród przed „prywatną” posesją, bo nie wolno hodować marchewki, i tak dalej.

Jeżeli ludzie nie widzą, że to wszystko to gra, to brak im 5 klepki, a może nawet wszystkich na raz.

Pragnę zwrócić uwagę po raz kolejny na przyczynę tego zjawiska: jak to możliwe, że z jednej strony słyszymy, że wszyscy LUDZIE są sobie równi, a z drugiej strony żyjemy w takim więzieniu, że nam się w głowie nie mieści?

Oddaliśmy dobrowolnie naszą wolność, na zawołanie, bez przymusu, a nasze lenistwo i ignorancja to broń numer jeden tych, którym się wydaje, że mają wszystko już załatwione, że durna masa telewizyjnych zombie już nic nie zrobi.

Jeżeli będą chętni poczytać, omówimy trochę procedury sądowe, co się dokładnie dzieje w czasie „rozprawy”, kim są ludzie tam obecni, jaką rolę pełnią i drugą stronę medalu – metafizyczną stronę tego całego szamba, bo nie chodzi tylko o pieniądze. Pamiętajmy, że architekci tego systemu mogą produkować tyle pieniędzy, ile im się tylko zamarzy.

Wiem, że to tylko bardzo ogólny obraz całego zjawiska, i tylko mała jego część, bo nie opisuję tzw. equitable claim, czyli sądów gdzie jest prawdziwa zbrodnia – ktoś komuś zrobił krzywdę, nie zapłacił, złamał kontrakt itd. Myślę, że to nie jest aż takie trudne do pojęcia, że jeśli wyrządzisz drugiej osobie krzywdę, muszą być tego konsekwencje, dlatego chciałem skupić się na ustawach, na tej całej farsie i pseudo sprawiedliwości, gdzie beneficjentem jest tylko i wyłącznie system, korporacja RP, a całe stado (my) jest golone do gołej skóry, a na koniec jeszcze im ładnie dziękujemy.

Na koniec tego krótkiego artykułu, podam kilka ciekawostek, które mogą rzucić trochę światła na „sąd”. Język angielski jest bardzo magicznym językiem, dlatego między innymi został wybrany na język nowego świata.

  1. Ustawa, to tzw. ACT, (między innymi, jest wiele definicji), to act – znaczy dosłownie udawać, grać, wcielać się w rolę. Człowiek w todze gra swoją rolę, udaje kogoś, jego rola w tym teatrze to „sędzia”.
  2. Ustawa to również tzw. BILL, bill to nic innego jak RACHUNEK, tak, rachunek do zapłacenia. Jak myślicie, na jakiej podstawie rząd RP pożycza pieniądze od prywatnego banku centralnego, mimo, że mógłby drukować pieniądze sam i nie być obciążony odsetkami? Powstaje ustawa, tym razem o zwiększeniu podatku od nieruchomości, mądre głowy w firmie kalkulują, ile kasy wpłynie po upływie roku z tego tytułu, i mając te dane – pożyczają ową kwotę od prywatnego banku.
  3. Sąd to tzw. COURT, czyli miejsce, gdzie odbywa się gra, zupełnie jak w tenisa, piłka będzie odbijana z jednej strony na drugą, aż komuś się powinie noga i będzie bulić.
  4. Dlaczego ludzie w sądzie siedzą w tzw. boksach (box – pudełko)? Jest zasada tzw. four corners czyli 4 kątów / ścian. Wszystko co jest zamknięte w takim pudelku (3d albo na papierze) istnieje tylko wtedy, kiedy system wyrazi zgodę. Dlaczego podczas rozpraw niektóre rzeczy nie znajdują swojej drogi do tzw. PUBLIC RECORD? Czyli transkrypt może zawierać tylko to, czego zapragnie system, a co niewygodne zostanie pominięte. To się dzieje notorycznie.
  5. Kim jest adwokat – ATTORNEY? Czy ktoś poszukał kiedyś definicji tego słowa? To TURN, znaczy zmieniać kierunek, obracać, ATTORNEY AT LAW znaczy ktoś, kto będzie obracać, zmieniać kierunek prawa, tak żebyśmy na koniec dostali w tyłek tyle, ile sobie zażyczy jego kolega grający rolę sędziego.

Jest tego mnóstwo, niestety trzeba trochę pokopać, żeby to znaleźć, a na polskich stronach nie ma mowy, że coś podobnego będzie. Pracownicy RP są bardzo dobrze kontrolowani, mają tyrać, jeść byle co, oglądać tv i spać, a jutro – powtórka.

——-

Dla chcących zrozumieć o co chodzi z językiem angielskim wykład Santosa Bonacci

(Wykład Alexa z porozmawiajmyTV już tu był wcześniej)