Rodzice uprowadzili swoje własne dziecko, a mój sąsiad ukradł swój własny samochód

Wczoraj doszło do cudownego i wiekopomnego zdarzenia: sąd odwołał prokuratorski nakaz policyjnego pościgu za rodzicami, którzy odmówili skorzystania z oferty handlowej, przedstawionej im przez szpital (w tym przypadku: leczenia zdrowego dziecka toksycznymi medykamentami i poddania go niepotrzebnym, a nawet szkodliwym zabiegom) i zgodnie z odwiecznym prawem zabrali swoje własne dziecko do swojego własnego domu. Szpital odmówił natomiast zdecydowanie prośbie poddania dziecka bardzo potrzebnemu badaniu, o które prosili rodzice.

Zabranie dziecka do domu zostało przez lekarzy i media nazwane uprowadzeniem lub wręcz porwaniem, a wezwany pilnie sędzia ograniczył rodzicom zaocznie (bez ich przesłuchania i procesu) prawo do decydowania o stanie zdrowia ich pociechy. Wyznaczono kuratora, osobę niemającą pojęcia o historii chorób występujących w rodzinie ani o stanie zdrowia dziecka, co więcej, zupełnie nieznającą się na medycynie i nadano jej nieograniczone uprawnienia do decydowania o dalszym leczeniu zdrowego (!) noworodka.

Dziecko i jego dzielni rodzice z Białogardu  są już bezpieczni i nie muszą się obawiać napaści facetów w czarnych kominiarkach, ale dla mnie ta sprawa jest tak bulwersująca, że nie mogę przejść nad tym, co się wydarzyło do porządku.

Jak to jest w ogóle możliwe, żeby niemal wszystkie media jazgotały, że rodzice porwali swoje własne dziecko, a część narodu uważała, że rodzice dopuścili się przestępstwa narażając dziecko na niebezpieczeństwo?

Na usta ciśnie się kilka pytań:

  1. Czy można porwać swoje własne dziecko? Jeśli można wydać nakaz policyjnego ścigania rodziców za to, że wrócili z własnym dzieckiem do domu, to dlaczego nie można wydać nakazu ścigania dowolnej osoby pod zarzutem zaboru swojego własnego pojazdu lub włamania do swojego własnego domu?
  2. Do kogo należy dziecko? Skoro rodzice je porwali, to komu – państwu, lekarzom czy korporacyjnym dilerom prochów (BigPharma)?
  3. Czy lekarz jest konsultantem od spraw zdrowia, zatrudnionym i opłacanym przez pacjenta (SŁUŻBA zdrowia), czy weterynarzem-psychopatą, arbitralnie decydującym o sprawach życia i śmierci dwunożnego bydła?
  4. Czy klient ma obowiązek, pod groźbą uwięzienia, skorzystać z oferty handlowej placówki świadczącej dowolne usługi, w tym przypadku medyczne? Czy innym firmom (podmiotom gospodarczym) również przysługuje prawo karania klientów, którzy odmówili przyjęcia ich oferty? Przecież odmawiając narażają firmę na brak zarobku, a więc na straty!

W korporatokracji absurd goni absurd, psute jest prawo i dobre obyczaje, a celowo skłócane, ogłupiane i zdezorientowane społeczeństwo coraz częściej ma przekonanie, że nie posiada żadnych praw. Ludzie zostali ogłupieni do tego stopnia, że gotowi są podporządkowywać się nawet najbardziej absurdalnym rozporządzeniom prywatnych korporacji. Próba upominania się o najbardziej podstawowe prawa traktowana jest jako karygodny występek przeciwko porządkowi publicznemu i brutalnie represjonowana. W powszechnym mniemaniu władza (nie państwowa, bo tej już nie ma, lecz korporacyjna) ma prawo zrobić z obywatelem co tylko zechce, a ten, niczym chłop pańszczyźniany, może jej jedynie czapkować do samej ziemi.

Tego, czego jesteśmy ostatnio świadkami nie wymyśliłby sam George Orwell! Rzeczywistość przerosła już dawno wizję świata z powieści „rok 1984”. Rządy państw i demokracja to jedynie bardzo dziurawy listek figowy zakrywający totalitarną władzę sprawowaną nad całym światem przez banki i wielkie korporacje, głównie chemiczno-farmaceutyczne. Te same kartele chemiczne (IGFarben), które wywołały I i II wojnę światową obecnie prowadzą ukrytą wojnę hybrydową z całą ludzkością. Wojnę, w której nie ma bomb, lecz trup ściele się gęściej, niż w czasie ostrych bombardowań, z czego ofiary nie zdają sobie w ogóle sprawy! Ludzie są truci od chwili narodzin podawanymi im bez żadnego uzasadnienia szczepionkami, skażonym powietrzem, wodą z chlorem i fluorem, żywnością faszerowaną chemikaliami na każdym etapie produkcji, od pola rolnika zaczynając, a na przetwórstwie kończąc, a kiedy od tego zaczynają chorować trucie zaczyna się na jeszcze większą skalę, pod postacią toksycznych leków i naświetlań, które niczego nie leczą, a jedynie wywołują kolejne, wymagające dalszego leczenia choroby.

Faszyzm medyczno-farmaceutyczny działa już zupełnie jawnie, a my wszyscy zostaliśmy zdegradowani do roli żywego inwentarza, który ma być dojony, strzyżony i odzierany ze skóry aż do dnia, kiedy otrzyma przywilej „godnej śmierci” na życzenie swojego hodowcy.

Jednak to nie korporacje są winne, że świat stał się miejscem nienadającym się do życia. Winę za to ponosi cała ludzkość, która się na to biernie godzi. Czas wreszcie podnieść głowy i uświadomić sobie, że ta planeta należy do nas i że to my tu rządzimy.

Zacznijmy od obalenia reżimu medyczno-farmaceutycznego.

Szanowny rodzicu i pacjencie! Zrozum, że lekarz nie jest twoim panem i władcą! Żaden tzw. „autorytet” nie ma nad tobą jakiejkolwiek realnej władzy, chyba, że sam/a na to pozwolisz!

Lekarz to twój pokorny sługa, bo jest pracownikiem SŁUŻBY zdrowia. To ty zatrudniasz lekarza i ty go opłacasz swoimi podatkami za to, żeby dbał o twoje najważniejsze skarby, jakimi są twoje zdrowie i twoje dzieci. Lekarz jest jedynie konsultantem. Jeśli masz jakiekolwiek wątpliwości czy lekarz właściwie wywiązuje się z pracy, za którą mu płacisz możesz skorzystać z opinii kogo innego, i to nawet niejednego, lecz wielu innych konsultantów. Bez względu na to, co ci oni wszyscy doradzą ostateczna decyzja zawsze należy tylko i wyłącznie do ciebie. Bez twojej, wyrażonej na piśmie, zgody lekarz nie ma prawa ani ciebie, ani twoich dzieci nawet dotknąć.

Lekarz jest twoim sługą, a ty jesteś jego szefem, bo kto płaci ten wymaga!

Ty płacisz, więc lekarz ma obowiązek płaszczyć się przed tobą niczym najpokorniejszy sługa. Skoro twój podwładny w pracy nie ma prawa wydrzeć na ciebie mordy i musi wykonywać twoje polecenia, to dlaczego dla lekarza, którego zatrudniasz, robisz wyjątek i traktujesz go jakby był twoim przełożonym? Czy zastanowiłeś się nad tym choć przez chwilę?

Co robisz, jeśli twój lekarz wydziera się niczym przekupa za straganem, usiłując cię zastraszyć sądami i grzywnami i tym sposobem zmusić do zaszczepienia dziecka? Trzęsiesz portkami ze strachu i robisz co ci każe, bo perspektywa kary przeraża cię bardziej, niż perspektywa utraty zdrowia przez twoje dziecko? Jeśli ulegasz presji wiedz, że szkodzisz nie tylko swojemu własnemu dziecku, ale całemu społeczeństwu. Bo lekarz rozzuchwala się jeszcze bardziej i terroryzuje każdego, kto wpadnie w jego łapy.

Co więc masz zrobić w takiej sytuacji?

Po pierwsze – nagrywaj każdą wizytę w gabinecie, żeby mieć niezbity dowód przeciwko terroryście w białym kitlu.

Po drugie uświadom lekarzowi, że to ty jesteś jego szefem, a nie on twoim.

Po trzecie wezwij dyrektora placówki medycznej i złóż skargę. A jeśli to okaże się niemożliwe z powodu odmowy jej przyjęcia dzwoń na policję. Nic się nie bój, bo policja to też twoja SŁUŻBA i ma robić to, czego sobie życzysz. Policjant jest na służbie, ty mu płacisz, więc ty tu rządzisz, bo jesteś szefem.

Czas przestać się bać i zacząć żyć z godnością. Ta planeta i ten kraj należą do ciebie! Ty tu rządzisz!

Przekręt wszechczasów część XXIII

Magia sądów cz. 2

Cieszę się bardzo, że dostaliśmy historię Wojtka z jego przygód sądowych. To jest idealny przykład na to, jak działa ta część systemu, tryby, gdzie przemiał będzie szybki, ale wcale nie bezbolesny.

Trafiając do tej zmielarki pierwszy raz, ktoś kto ma jeszcze jakieś iluzje na temat sprawiedliwości wewnątrz systemu – szybko zostanie z niej obmyty, niemal w kilka minut dowie się, że nikogo nie obchodzi co ma do powiedzenia, nawet jego „obrońca” to ktoś, kto tańczy tak, jak mu sędzia rozkaże, nawet jeżeli to jest na szkodę jego klienta. Pamiętacie jak mówiłem, że KAŻDY adwokat składa przysięgę lojalności wobec systemu PONAD tę, którą oferuje swojemu klientowi?

Jaś patrzy jak padają słowa, których do końca nie rozumie, teatr trwa, adwokat jego ma kluczową rolę, ma zagrać na tyle wiarygodnie, żeby Jaś uwierzył, że o niego walczy, ostro, już jest blisko ale… No, ale niestety, dowody są miażdżące i mimo najszczerszych chęci, Jaś musi beknąć, ale dobre wieści – tylko 500 zł, a mogło być przecież o wiele gorzej!!

A co z tymi, którzy płyną pod prąd i nie zgadzają się z tym co widzą, ci, którzy wiedzą co się dzieje i odbierają temu na piedestale pozycję administratora ich osoby prawnej? To się nazywa stripping titles game, czyli odbieranie tytułów. Człowiek taki wie kim jest, wie również, że sługa publiczny na podwyższeniu nie może pełnić najważniejszej roli wewnątrz osoby prawnej Jasia, bo tylko Jaś ma moc ANIMOWANIA tejże osoby! Czy jak Jaś wyciągnie kopyta, sędzia będzie mógł używać osoby prawnej Jasia? Oczywiście, że NIE, więc jakim cudem, na rozprawie to on (sędzia) przywłaszczył sobie pozycję administratora?!?!

Bo Jaś guzik z tego rozumie, dlatego.

Wojtek (mam nadzieję, że nie masz mi za złe, że piszę o twoim przypadku), mimo tego, że wie, że coś tu śmierdzi, nikomu krzywdy nie zrobił i nie uważa, że ma być ukarany – nie zabrał sędziemu roli administratora. Pamiętajmy, to jest tzw. chargé. Ktoś musi zapłacić i cała ta szajka prawna będzie grać tak, aby tym płacącym na sam koniec został właśnie Wojtek.

Bardzo proszę tych, którzy chcą się więcej dowiedzieć o obejrzenie (wiele razy) seminariów Deana na YT, to jest najlepsze źródło informacji na temat tego, co się dzieje w sądzie, kto nam ukradł prawo administrowania swojej własności (osoby prawnej).

Najgorsze jest to, że nawet jak się nauczymy co się dzieje, kto jest kim, nawet jak urośnie nam dobra para tzw. cojones, żeby głośno się zacząć bronić – ci ludzie wiedzą, że są bezkarni w większości przypadków. Nie raz sędzia zawołał do ławy oskarżonego i powiedział mu wprost „my tu łamiemy prawo codziennie, nie masz szans” i robią co chcą. Jest u ich boku tłum tzw. użytecznych idiotów, policjantów, strażników, gardy i innych przebierańców, którzy celowo trzymani są w słodkiej ignorancji, właśnie po to, żeby mogli ślepo wykonywać rozkazy.

Był przypadek, chyba w stanie Georgia, że facet nie dostał się do policji, bo miał za dużo punktów na egzaminie na inteligencję i pozwał policję do sądu. To wszystko tłumaczy – ostatnią rzeczą, jakiej system potrzebuje, to człowiek z odznaką na tyle mądry, że zacznie zadawać niewygodne pytania i kwestionować rozkazy.

To czy mamy szanse wygrać w sądzie w ogóle? Czy to stracony czas, i lepiej się poddać od razu i wybecelowac czego żądają? Jasne, że mamy, możemy stamtąd wyjść po tym, jak sędzia sam rozkmini, że jesteśmy niesmacznym kąskiem, ale bezpieczni na tyle, że nie zrobi z nas ofiary dla przykładu. Co mam na myśli:

Po pierwsze – poważną edukację zanim odpowiemy salwą na atak; przychodząc do sądu na betona, od razu mówię, że nie masz najmniejszej szansy wyjść z tej opresji bez szwanku;

Po drugie – im mniej mówimy słów, które nam się wydają mądre, tym lepiej, im więcej zadajemy pytań, tym mniej musimy odpowiadać na ich pytania;

Po trzecie – zamiast tonąć w ich legalnych bzdurach, zaangażować zdolność myślenia, system się opiera na procedurach, nie na logice, to jest poważne miejsce, gdzie można zrobić rysę i pozwolić im się wyłożyć.

Podam kilka krótkich przykładów z życia, są prawdziwe i bardzo wymowne.

Brat Deana – oskarżony o jazdę bez prawka, samochodem bez ubezpieczenia, stawianie oporu przy aresztowaniu i kupę innych bzdur, na pytanie, czy się przyznaje do winy – jego odpowiedz była wyjątkowo krótka – czy pomylił mnie pan z agentem rządowym? Czy ja mam na sobie uniform? Czy tzw. ustawy dotyczą kogoś, kto nie jest rządowym agentem? Nie mam nic więcej do powiedzenia, wychodzę stąd. Nikt go nawet nie zatrzymał, na odchodne sędzia rzucił pogróżkę, że wystawi nakaz aresztowania, ten parsknął śmiechem i wyszedł.

Innym razem, ktoś zapytany o potwierdzenie tożsamości zapytał sędziego: „czy jak potwierdzę, że jestem John Smith to wejdę z tobą w jakiś kontrakt?” „Sprawa odwołana” usłyszał tylko i wyszedł.

Ktoś inny zadał sędziemu tylko jedno pytanie na samym początku: „W jakiej roli ja tu dzisiaj występuję? Na pewno nie w roli człowieka równego tobie, bo ty możesz mnie tu wezwać jak swojego służącego, wbrew mojej woli, więc jaką czapkę noszę dzisiaj? Mam ich wiele, więc powiedz, którą na siłę dziś mi założono na głowę”. Sędzia wywalił go z sali oddalając zarzuty.

Nie twierdzę, że wszystkie sprawy tak będą wyglądać, sędziowie są trenowani na takie wypadki coraz częściej, ale to właśnie logika i proste pytania są najtrudniejsze do odbicia. Na sali mogą siedzieć gapie, ludzie, którzy słysząc takie pytania zaczną trybić w swoich mózgownicach i być może, oni sami kiedyś sprawią problem w tej zmielarce, więc bardzo często odrzuca się sprawę a konto przyszłych dochodów z innych baranów, tych, którzy są jeszcze w głębokim, zimowym śnie.

Jest taka grupa ludzi, chyba w US, nazywają się SOLUTIONS IN COMMERCE, i oni uczą całej sądowej magii, kiedyś słyszałem, jak powiedzieli coś, co utkwiło mi w pamięci. System sądowy jest po to, żeby stanowić niejako firewall. Bramę, a właściwie płot, który oddzieli tych, którzy są odpowiedzialni od tych, którzy są jeszcze w wieku niemowlęcym. To sędziowie mają za zadanie bronić tejże struktury poprzez przemiał owiec, oddzielenie naprawdę obudzonych od tych, których motywacją kwestionowania systemu jest tylko zejście z haczyka i uniknięcie kary. Coś w tym jest myślę. Jeżeli możliwe jest nauczyć się kim jesteśmy, dotrzeć do tej ukrytej niejako wiedzy, potem wziąć kontrolę nad swoim życiem do tego stopnia, że sędzia zejdzie z wokandy, ukłoni się i wyjdzie, wtedy taki delikwent może przejść tę bramę, gdzie już nigdy nie zapłaci centa za zbrodnie przeciwko korporacji. Dopóki motywacją jest co innego, jak przejęcie 100% odpowiedzialności za swoje czyny – nikt nie przestąpi tego progu.

Wychodząc z sądu, po tym jak nas przemielono w 10 minut i obdarto z godności, zaczynamy myśleć, jak to możliwe, że zredukowano nas do robota, do trybu, który nie ma prawa do swojego zdania, ma tylko płacić, zamknąć japę i płacić, pracować dla kogoś innego. To myślę, może być tzw. holy shit, moment, kiedy dostajemy z liścia w twarz od podwórkowego twardziela i zaczynamy trenować boks, żeby wrócić za jakiś czas i spuścić mu manto.

Piotras

C.d.n.

Przekręt wszechczasów część XXII

Magia sądów

Wybaczcie, że rzadko piszę, ale mam sporo na głowie. Napiszę trochę na temat sądów i co się tam dzieje – to jest dopiero temat, ja sam wciąż się uczę i muszę powiedzieć, że wciąż mam japę rozdziawioną dowiadując się więcej na ten temat.

System, w jakim żyjemy upewnił się, że ma tzw. ramię wykonawcze, czyli ludzi na odpowiednim stanowisku, którzy będą robić dobrą robotę „karząc” opornych i tych, którym się wydaje, że sami mogą sterować swoim życiem.

Część tego ramienia to oczywiście policja, ale dużo ciekawszym departamentem jest sądownictwo, system „sprawiedliwości”, coś co jest tak odlegle od samej definicji sprawiedliwości jak Ziemia od Marsa – albo jeszcze dalej.

Zanim podzielę się tym, czego zdążyłem się dowiedzieć, proszę zrozumieć, że to tylko kropla w morzu. Wciąż dowiaduję się nowych rzeczy i czasem te, które już niby wiem muszą być nieco skorygowane. Matrix jest dynamiczny, ma swoje fundamenty niewoli, ale musi się dostosowywać do potrzeb współczesnego niewolnika. Najlepszym przykładem jest obecność wytrenowanych sędziów, tzw. sniper judge – czyli ludzi, którzy będą zaginać na wokandzie nawet wprawionego Freemana.

Zacznijmy od początku, bo to jest dosyć ważne, żeby dotrzeć do magii jaką jest sąd, ról ludzi grających to przedstawienie i kim MY jesteśmy w tym całym burdelu.

Muszę zaznaczyć, że będę podawał przykłady z UK, mimo, że schemat jest niemal identyczny w większości krajów IMF, a może nawet dokładnie taki sam.

Pamiętając, że dzisiaj kraje są korporacjami, to byt biznesowy, który ma za zadania rozrastać się jak najbardziej (bogacić), więc poza tradycyjnym strzyżeniem owiec, takim jak podatki wszelakiej maści, muszą mieć dodatkowe źródło dochodów, coś, co będzie pod ręką na co dzień. Nie tylko po to, żeby zarabiać, ale również po to, aby trzymać stado w ryzach, rok po roku zaciskać kaganiec i zdobywać jak największą kontrolę, bo ta – dla ludzi, którzy mają władzę tworzenia pieniędzy jest najsilniejszym afrodyzjakiem.

Każda korporacja ma swoje wewnętrzne zasady, również RP, (dla moich przykładów UK). Tymi korporacyjnymi zasadami są tzw. ustawy (po angielsku ACT). Jest ich z roku na rok coraz więcej i wcale nie muszą być zgodne z logiką, prawem naturalnym, w zasadzie z niczym, co by miało jakikolwiek sens dla zwykłego człowieka. To jest pokaźny zbiór herezji, który służy nabijaniu kabzy i trzymaniu za ryj pospólstwa, niestety.

Jaś jedzie samochodem i zapomniał zapiąć pas, pała stoi w krzakach i macha mu lizakiem, Jaś złamał korporacyjną zasadę i teraz czeka go za to kara. Nie będę się teraz rozpisywał, dlaczego policjant ma „prawo” ukarać Jasia, skupię się na tym, co się dzieje po drodze do otrzymania kary.

Pan policjant wystawia mandat, Jaś podpisuje i od tej chwili ma określony czas na to, żeby zapłacić karę za niedostosowanie się do korporacyjnych zasad o zapinaniu pasów.

Druga część owego dokumentu, zwanego mandatem, trafia do systemu, gdzie przejdzie proces i będzie czekać na tzw. discharge – wyzerowanie, za pośrednictwem pieniędzy wpłaconych przez Jasia.

A co by było, gdyby Jaś został wezwany do sądu, żeby usłyszeć zarzuty i otrzymać karę od „niezawisłego” aktora, którego nazywamy sędzią?

Po pierwsze, ktokolwiek myśli, że ma prawo czuć się równy ze wszystkimi innymi ludźmi wewnątrz systemu – musi poważnie skorygować swoje myślenie. Już sam fakt, że jest ktoś, kto może ŻĄDAĆ od nas stawienia się w określonym miejscu w określonym czasie świadczy o tym, że nie mamy równych praw w żadnym wypadku. Sędziego nie obchodzi, że jesteś zajęty, że masz co innego do roboty, albo nawet to, że jesteś daleko za granicą, jak zechce cię zobaczyć, to masz wszystko rzucić i lecieć na zawołanie niczym pies. Więc to już świadczy o tym, że mamy status zwykłego niewolnika, a wolność, która nam się wydaje, że jest naszym prawem to zwykła iluzja.

Proszę zauważyć jedną bardzo ważną rzecz – aby wystąpiła zbrodnia, musi być kilka elementów, a jej kluczowym elementem jest strona poszkodowana, ktoś kto ucierpiał w jakiś sposób przez nasze działanie bądź brak działania, gdzie była wymagana.

W „prawie” korporacyjnym/ustawowym tego obowiązku nie ma, nikt nie ucierpiał z tego powodu, że nasz Jaś nie zapiął pasa, albo dlatego, że wysiał marchewkę w swoim ogrodzie, czego ustawa wyraźnie zabrania (np. w Kalifornii). Nikomu nic złego się nie stało, niemniej jednak Jaś oberwie po uszach i będzie pracować za darmo, żeby ktoś inny mógł się cieszyć z owoców jego pracy.

Jaś dostaje wezwanie, jedzie grzecznie jak mu każą i na sali zaczyna się szopka, o której trochę napiszemy.

Pierwsze co się dzieje, to sędzia pyta o imię i nazwisko, bądź czyta je sam i zwraca się do Jasia o potwierdzenie. Sam fakt, że Jaś grzecznie rzucił wszystko i przyjechał na wezwanie świadczy o tym, że nie występuje tu w roli człowieka, tylko kogoś, kto ma znacznie niższy status. Jeden człowiek nie ma prawa rozkazywać drugiemu, aby to się stało, muszą istnieć statusy, role – gramy je na co dzien.

Jaś podpisał mandat, zgadzając się z tym, że policjant ma prawo tego wymagać, że Jaś jest podmiotem wobec ustawy, dając swój dowód/prawko jeszcze to potwierdził, potem zjawił się na wezwanie i na koniec potwierdził, że jest JAŚ KOWALSKI, dając temu na wokandzie 100% pewność, że może teraz tego Jasia zmielić na wióry.

System sądowy jest trochę magiczny, nawet słownictwo (ang.) używane w tym przedstawieniu ma swoje znaczenie ezoteryczne, nie dla mas.

Kilka przykładów:

  1. Dokument, na podstawie którego Jaś jest na dywaniku nazywa się CHARGE – pamiętacie Morfeusza z Matrixa, trzymającego baterię w dłoni? I mówi, że ludzie to nic innego niż bateria/energia dla Matrixa? CHARGE używa się miedzy innymi w technologii – to prąd, ładunek elektryczny… ciekawe prawda?

Po angielsku o kimś, kto został oskarżony o wykroczenie mówi się CHARGED, stek bzdur jakie nazywamy zarzutami – CHARGES.

Jaś został „załadowany”, że tak powiem, ujemnie, jest teraz rachunek na jego IMIĘ (korporacyjne), ładunek, który Jaś będzie musiał wyzerować poprzez swoją energię pracy. Jutro wstanie i pójdzie do roboty na jakiś czas i nie będzie mu dane cieszyć się jej owocami, bo jest rachunek do wyzerowania – mandat w wysokości 500 zł, dlatego energia Jasia, jaką zainwestuje w pracę zostanie pochłonięta przez system, żeby wyzerować CHARGE w wysokości 500 zł.

Nikt nie ucierpiał przez Jasia jadącego bez pasów, nikomu nie stała się krzywda, ale zaszło coś, co spowodowało, że pojawił się rachunek do zapłacenia, Jaś swoim własnoręcznym podpisem go zaakceptował, zobowiązał się wziąć pełną odpowiedzialność za swojego pionka w grze (osoba prawna) i dać mu swoją energię, żeby mógł być znów odblokowany (o tym później).

W taki sposób system generuje niewyobrażalną ilość pieniędzy, w taki sposób ludzie spędzają czas pracując za darmo, zostawiając swoje rodziny i oddając owoce swojej nierzadko ciężkiej pracy komuś, kto nie kiwnął nawet palcem, żeby na to zarobić.

Załóżmy przez chwilę, że nasza osoba prawna to pionek do gry w biznes. W momencie postawienia zarzutów złamania zasad gry (ustawy) nasz pionek zostaje niejako zamrożony, nie możemy dalej się nim posługiwać, albo możemy, ale mamy znacznie ograniczone możliwości. Jest pewna kwota, która umożliwi odblokowanie tego pionka, a my – będąc jego animatorem – musimy zapracować na wyzerowanie zarzutów. To telegraficzny skrót, bardzo uproszczony, niemniej jednak najłatwiejszy do zrozumienia.

„To jest tylko biznes” jak mawiają mafiozi zanim wpakują kulkę w potylicę, to jest tylko biznes dla systemu. Jaś jest tylko motorem napędowym swojego pionka (osoba prawna). W związku z tym, że nie ma pojęcia, jaką rolę pełni wewnątrz tej osoby, kim naprawdę jest, system obdarował go najniższym statusem, kimś, kto zawsze buli i nie ma nic do gadania – tzw. trustee.

Jutro Jaś zapindala do roboty żeby spłacić CHARGE, oddać swoje 500 zł za to, że nie zrobił nikomu krzywdy, użyteczny idiota w mundurze policjanta zrobił swoje, system zarobił i fortuna toczy się dalej, pała dalej łapie „klientów”, sędzia czeka na następnego do krojenia, i tak w kółko, to jest genialny system, taki, który nie potrzebuje naprawy, więc polityczne bzdury partyjnych papug – że naprawią system sprawiedliwości mogą sobie wsadzić – wiecie gdzie.

Wracając do samego sądu, bo to jest ciekawe. Sama sala sądowa nie wygląda tak, jak wygląda przez przypadek bynajmniej. Cały układ, rozmieszczenie poszczególnych ludzi, flagi, bramki, pudełka w których siedzą ludzie – wszystko ma ogromne znaczenie, świetne źródło wiedzy na ten temat to FRANK O`COLLINS z Australii, fenomenalny koleś.

Nie jest już wielką tajemnicą dzisiaj, że to, co się dzieje w sądzie to biznes, MARITIME LAW, tylko jakoś ta informacja nie bardzo jest zrozumiała dla ludzi, bo skoro to nic innego niż korporacyjny trybunał – to wymaga naszej zgody na robienie z nami interesów…

Sędzia siedzi nieco wyżej od tzw. oskarżonego, nie dlatego, żeby go lepiej widział, lecz podświadomie rejestrujemy podest jako coś, na czym stoi/siedzi ważna osobistość, autorytet. Wchodząc do sądu przechodzimy przez bramkę, tzw. BAR, po angielsku BAR to również BAR ASSOCIATION, czyli brać adwokacka, każdy adwokat (prawdziwy) ma obowiązek zdania egzaminu BAR, żeby praktykować „prawo”. Bar, czyli ta bramka to również analogia do prawa morskiego. Wchodząc za bramkę wchodzimy na pokład obcej jednostki, tzw. vessel, gdzie nie mamy żadnych praw, zupełnie tak, jak obcy wchodzi na pokład, gdzie ktoś inny sprawuje tu władzę, a on tylko wykonuje rozkazy.

Z jednej strony siedzi prosecutor, czyli oskarżyciel, ktoś, kto z ramienia korporacji będzie przedstawiał zarzuty – charges – naszemu Jasiowi. Ta osoba jest upoważniona przez kierownictwo do upewnienia się, że system dostanie to, czego żąda – czyli Jasiowe 500 zł. Bardzo ciekawa rzecz, to fakt, że oskarżyciel jest odpowiedzialny za to, że Jaś zostanie skazany, jego bond ubezpieczeniowy jest właśnie po to (miedzy innymi), żeby w razie niepowodzenia – Jaś się obronił, zarzuty oddalone – system i tak otrzymał 500 zł. Tak czy siak, system zawsze wygrywa, pieniądze za zarzuty i tak wylądują w systemie, bądź z Jasiowej pracy, bądź z ubezpieczenia oskarżyciela. System ma swój departament, gdzie są obliczane dopuszczalne przegrane, żeby utrzymać iluzję sprawiedliwości. Dzisiaj w sądach ustawowych oskarżyciel wygrywa bodajże 90% spraw, te 10% to tylko sztuczka dla mas, żeby od czasu do czasu odświeżyć iluzję, że można z nimi wygrać.

Jeżeli oskarżyciel, mimo pomocy swojego kompana na podwyższeniu okazuje się zbyt kosztowny i przegrywa zbyt wiele spraw – jego ubezpieczyciel wycofuje polisę i ten zaczyna szukać innej pracy. Mimo, że sądy to korporacyjne trybunały, podtrzymywana jest iluzja sądów publicznych – niby są nasze, więc każdy pracownik owej instytucji to tzw. public servant, więc ktoś, kto musi być ubezpieczony na wypadek zrobienia kuku komuś, zupełnie jak lekarz, policjant itp. Ta polisa ubezpieczeniowa jest bardzo ważna, bo można ją po prostu zaaresztować i pozbawić owego delikwenta możliwości pracy w jakimkolwiek sądzie, o czym później.

Więc mamy Jasia, przekroczył BAR, jest oficjalnie nie tylko na morzu, a nie lądzie, ale jeszcze wlazł z własnej woli na pokład obcej jednostki, gdzie jest tylko gościem, zredukowanym do minimum, bez żadnych praw. Po jednej stronie oficjal – oskarżyciel – pracownik sądu, po drugiej, jeżeli Jaś się zgodził (są kraje gdzie nie masz nic do gadania) jest jego adwokat, obrońca. Ten koleś z kolei będzie robić wszystko (hehehe!!!), żeby naszego Jasia zdjąć z haczyka i sprawić, że wróci do domu i nie będzie musiał tyrać za darmochę (500 zł). Tu trzeba zaznaczyć kilka ciekawych rzeczy. Biorąc adwokata, żeby nas bronił – tak naprawdę robimy sobie ogromną krzywdę, z kilku powodów. Pierwszy, to fakt, że w oczach systemu jesteśmy traktowani jako tzw. INFANT, czyli noworodek, dziecko, które nie ma swojego zdania, po to właśnie dajemy tzw. pełnomocnictwo prawne – power of attorney – nie jesteśmy na tyle ogarnięci, żeby sami się bronić, powiedzieć co mamy do powiedzenia, potrzebujemy dorosłej osoby (obrońcy), żeby za nas to zrobił, zabawna historia…

Ów adwokat/obrońca jest PRACOWNIKIEM SĄDU, tej samej instytucji, która nas tu siłą ściągnęła, marynarzem na obcej jednostce, jednym z „chłopców z ferajny” – dosłownie. Jeszcze raz, żeby się dobrze zrozumieć:

Nasz obrońca, to człowiek pracujący dla tych samych ludzi, którzy nas teraz mielą – sędzia, oskarżyciel, cala ta banda sq….synow, którzy chcą naszej energii pracy (500 zł), a my zatrudniamy kogoś, kto kopie do tej samej bramki!!! Kto przy zdrowych zmysłach robi takie coś???!!!

To nie koniec newsow na ten temat. Nasz adwokat „obrońca” jest pod przysięgą, najwyższą przysięgą, jaką może człowiek w jego sytuacji złożyć – przysiągł lojalność wobec sądu, instytucji, oddał swoją duszę pod banderę tejże jednostki, jego tzw. first duty, czyli 100% lojalność należy się sądowi, nie nam. Co więcej, ów adwokat „obrońca” będzie pracował super ciężko, żeby upewnić się, że nie mamy w sądzie żadnych praw, będzie się prężył na lewo i prawo, żeby nawigować WEWNĄTRZ korporacyjnych bzdur i nigdy nie dopuści, żeby nasz Jaś zaczął zadawać niewygodne pytania, np. – a komu zrobiłem krzywdę jadąc bez pasów?…Tego Jaś nie zobaczy, za to będzie słyszał ustawa nr…. paragraf nr… ustęp nr… i tak dalej, żeby brzmiało mądrze, zawile, tak że Jaś będzie się gapić w malowane wrota, a na koniec dostanie w cymbał (500 zł do zapłaty).

Ten „obrońca” jest bardzo ważną postacią w tym całym kabarecie, nie od parady system ciśnie, żeby „skorzystać” z obrońcy do tego stopnia nawet, że ten będzie przydzielony z urzędu, zupełnie za darmochę (nie do końca prawda), żeby tylko był i robił swoją robotę. Ten człowiek ma jeszcze jedno bardzo ważne zadanie – upewnić się, że wszystko zostaje otwarte do interpretacji, że nie ma w sądowym pliku papierów bardzo ważnego dokumentu – tzw. AFFIDAVIT, czyli zeznania pod przysięgą. Znam osobiście sprawy, które toczą się latami, adwokaci walczą zaciekle, pisma fruwają z jednej strony na drugą, klient płaci słono, a gdy zapytałem się jednego czy złożył choć jedno affidavit, które stwierdza fakty w sprawie – powiedział, że nigdy… taka jest rola obrońcy, bo gdyby było inaczej, sprawy nie ciągnęłyby się latami, a system nie zarobiłby tyle ile się da, dzisiaj obie strony doją lemingi do ostatniej złotówki, a nasza ignorancja pozwala im na to – za naszą aprobatą i na własną prośbę!!!

Gdzieś schowana jest jeszcze jedna postać, bardzo ważna – tzw. CLERK, czyli sekretarz sądu (to niedokładne tłumaczenie). Jego zadanie jest fundamentalne, mimo że postać nie musi być, że tak powiem, na widoku. On nie tylko upewnia się, że jest prowadzony rekord z posiedzenia (to następna farsa do wyjaśnienia), ale również jest odpowiedzialny za zaprzysięganie oraz trzyma oko nad tzw. court seal – czyli pieczęć sądu. Tak naprawdę to postać, która ma ogromną władzę wewnątrz, ale zazwyczaj siedzi w cieniu, bo jego ubezpieczenie jest bardzo wartościowe. Nasz Jaś ma się trzymać od niego z daleka, szarpiąc się z oficerami mniejszej rangi – adwokatami i sędzią.

Jest prowadzony rekord z posiedzenia, są zapisywane/nagrywane zeznania, zarzuty itd., jedno musimy zaznaczyć, to, że jest prowadzony zapis – nie znaczy, że ten zapis będzie dokładny i do użytku publicznego. Co mam na myśli: sąd – korporacja – zatrudnia inną korporację, żeby prowadziła rekord, więc umowa między nimi jest bardzo specyficzna – sąd będzie sobie „wkładał” do akt sprawy tylko to, co sam uzna za stosowne! Niejeden raz widziałem rekord, który był tak wybrakowany, żeby pasować oskarżycielowi, część została dosłownie pominięta, i pojawiając się w sądzie, Jaś powinien głośno i wyraźnie zaznaczyć, że to posiedzenie to sprawa rekordu PUBLICZNEGO, czyli wszystko, co się dzieje ma trafić do akt, WSZYSTKO. Jak myślicie, dlaczego nie wolno mieć swoich urządzeń nagrywających wewnątrz sali sądowej? Dlaczego wiele spraw toczy się za zamkniętymi drzwiami, jak np. sprawy rodzinne tu w UK, gdzie paparuchy w togach zabierają rodzicom dzieci na widzimisię? Dlaczego jest coś takiego jak GAG ORDER czyli zakaz nawet rozmawiania na zewnątrz o sprawie?

Ano właśnie po to, żeby uniknąć sytuacji, że podziurawiony rekord ze sprawy wycieka do opinii publicznej, a my mamy swój rekord, nagrania i nagle robi się z tego afera, – właśnie po to. Dean nie raz na sali darł się na sędziego – gdzie są informacje o pobiciu przez policję, siedzeniu w izolatce itd., sędzia otwiera akta i mówi – „ja tu nic nie widzę panie Clifford”…

Co więcej, każda nowa rozprawa to nowe zdarzenie. Tylko dlatego, że wczoraj był rekord publiczny, więc dziś, jeśli Jaś nie zażąda właśnie tego – może zdarzyć się dokładnie to, co zechce sędzia. Każdego dnia, każdego nowego posiedzenia, Jaś musi zażądać PUBLICZNEGO rekordu, inaczej będą z nim lecieć w przysłowiowe kulki.

Bardzo ciekawa jest ta cała szopka, gdzie Jaś musi wstać na widok sługi publicznego (sędzia) – ktoś kto pracuje dla Jasia, dostał ten stołek od społeczeństwa (jest opłacany z podatków Jasia – przyp. astromaria), teraz każe kłaniać się sobie i wstawać na swój widok – psychologiczna zagrywka. Czarna toga, dostojny wygląd, stołek na podwyższeniu itp., cała otoczka teatru, przedstawienia, gdzie tak naprawdę dzieją się zabawne rzeczy, zabawne dla systemu – i Jaś będzie zapindalał za darmo przez najbliższe kilka dni, żeby oni mieli ubaw.

O flagach maritime już większość dawno wie – złota otoczka flagi świadczy o prawie morskim, tzw. commerce, biznes, nie mający nic wspólnego z prawami człowieka, tu się sądzi interesy, sprawiedliwość nie ma tu racji bytu.

Więc stoi sobie nasz Jaś, zidentyfikowany jako byt korporacyjny (JAN KOWALSKI), bez żadnych praw naturalnych, ludzkich, jakkolwiek sobie to nazwiemy, oddał swoją możliwość obrony pracownikowi tej samej mafii, która tu go silą ściągnęła, i zaczyna się gra, zupełnie jak w tenisa (court = sąd = kort tenisowy), będą odbijać piłkę herezji z jednej strony na drugą, utrzymując iluzję ciężkiej walki, wymieniając się słowami, o których Jaś nie ma zielonego pojęcia, teatr będzie trwał w najlepsze…

Piotras

c.d.n.

Przekręt wszechczasów część XIII

Zajmijmy się trochę informacjami, jakie nie tylko demaskują system, ale również tymi, które pomogą nam trochę nawigować w tym syfie.

To jest jedna z najpotężniejszych broni, do jakiej mamy wszyscy dostęp w świecie prawa, i „prawa”. To jest sposób na ustalenie WSZYSTKICH faktów, zanim te znajdą się na arenie publicznej, zostaną przetransferowane przez barierę z jurysdykcji prywatnej do publicznej za pomocą notariusza, bądź 3 świadków – ludzi nigdy nie karanych.

Proces ma za zadanie nie tylko ustalić fakty, ale również „namalować” obraz sytuacji dla tego, kto będzie wydawał wyrok w tej sprawie. Co to znaczy? Jak już wcześniej wspominałem, system sądowy bazuje na przypuszczeniach, tzw. PRESUMPTIONS OF LAW, wszystko co się dzieje w sądzie, musi być otwarte do interpretacji. Adwokaci obu stron będą się „bić”, sprawa będzie się ciągnęła miesiącami, a czasem nawet latami, aż po wielkich bojach – zapadnie wyrok. Wyrok po tym, jak system wydoi obie strony do cna, ile się da, w niekończących się rozprawach. Tak wcale nie musi być, nawet nie powinno być. Nie będę się zagłębiał za bardzo w salę sądową w tym artykule, skupię się wyłącznie na samym procesie i jak go poprowadzić. Tu mam trochę doświadczenia, bo sam często korzystam z tego, żeby pozałatwiać swoje sprawy, te z urzędami jak i te z osobami prywatnymi (bądź korporacyjnymi).

Zanim jeszcze zacznę opisywać, jak ten proces ma wyglądać, trzeba zaznaczyć jedno – musi zaistnieć problem, szkoda, ktoś musi być poszkodowany, zanim machina pójdzie w ruch. Musi być ktoś, kto doznał jakiejś  krzywdy od drugiej osoby, i jest w stanie to udowodnić. Jeżeli mamy zamiar wykorzystać ten proces, żeby sąsiadowi zwinąć telewizor – to niestety będziemy mieli poważny problem.

Do rzeczy. Nasz Jaś, przepracował w firmie 3 miesiące i nie otrzymał wynagrodzenia, albo został oszukany i nie dostał wszystkiego. Ten proces nie jest wyjątkowy dla tej sprawy – jest uniwersalny niemal.

Jaś nie dostał wypłaty, szef wypłacił mu połowę, a z resztą się ociąga, co robi Jaś:

  1. Wysyła zawiadomienie pisemne (listem poleconym – zawsze!) do szefa o zaistniałej sytuacji i co się z tym wiąże, żeby mieć pewność, że szef o wszystkim wie, w zawiadomieniu Jaś żąda wypłaty zaległych należności w określonym terminie (zazwyczaj 10 dni), bądź podstawy prawnej, jeżeli decyzja szefa będzie negatywna. Jaś bardzo wyraźnie zaznacza, że brak jakiejkolwiek odpowiedzi będzie równoznaczny z wyrażeniem zgody na to, co jest napisane.
  2. Jeżeli Jaś nie otrzymał odpowiedzi (proszę zachować dowód doręczenia poprzedniego zawiadomienia), pisze kolejne zawiadomienie, tym razem o zaistniałej krzywdzie z powodu nie otrzymania wypłaty. Jaś popada w długi i całą lawinę problemów z tytułu tej sytuacji i daje szefowi jeszcze jedną szansę na załatwienie sprawy polubownie. Do tego pisma dołączony jest tzw. FEE SCHEDULE, czyli odsetki karne, za przetrzymywanie własności Jasia (wyplata) bez jego zgody, proszę się upewnić, że sumy są realne, adekwatne do sytuacji, bo nikt nie wypłaci 12 bilionów zł tylko dlatego, że proces działa, żaden sędzia takiej sumy nie przyzna. Jaś zaznacza w tym zawiadomieniu, że w przypadku nie otrzymania zaległej wypłaty w ciągu następnych 10 dni, szef zgadza się na płacenie odsetek od sumy, jaką wisi Jasiowi. To musi być jasno powiedziane. Jeżeli się nie zgadza, Jaś prosi o korespondencję zawierająca podstawę prawną, dlaczego nie ma wypłaty.
  3. Nie ma odpowiedzi, mamy kopie poprzednich zawiadomień i koniecznie dowody doręczenia – ZAWSZE! Szef nigdy nie skłamie w sądzie, że czegoś nie dostał.

Jaś pisze tzw. AFFIDAVIT, czyli zeznanie pod przysięgą, papier który będzie podbity przez urzędnika, człowieka który ma za zadanie transferowanie papierów z prywatnej strony do publicznej. Jeżeli ten odmówi, bądź nie mamy ochoty wydawać pieniędzy – szukamy 3 ludzi nie karanych, aby zostali oficjalnymi świadkami – podpisy. W świetle prawa – to ten sam manewr.

W tym AFFIDAVIT, piszemy krótko fakty, i tylko fakty. Tu nie ma miejsca na opis szkód, opinie, uczucia żalu, itp. itd. To jest dokument, który ma za zadanie ustalić fakty, nic więcej. Piszemy co się stało – okres pracy, brak należności, terminy, odnotowujemy ile zawiadomień było doręczonych i o braku odpowiedzi, podajemy dowody doręczenia, fakt zaakceptowania FEE SCHEDULE – odsetek poprzez brak odpowiedzi ze strony szefa. Tyle, nic więcej.

Wysyłamy listem poleconym – dowód doręczenia i oryginał chowamy. Zapomniałem powiedzieć, że to MY zatrzymujemy oryginały pism, wysyłamy kopie, oryginał jest dla administratora – zawsze.

Dajemy szefowi następne 10 dni na tzw. rebuttal, czyli ustosunkowanie się do KAŻDEGO punktu z osobna! Jeżeli nie odpowie nic, bądź odpowie na wybrane punkty – jego odpowiedź jest nieważna.

Tym samym szef zgadza się na to, że wszystko zawarte w zeznaniu pod przysięgą AFFIDAVIT jest prawdą.

  1. Ostatnia rzecz – wysyłamy do szefa dowód, że przegrał, można rzec, walkowerem – CERTIFICATE OF DEFAULT, czyli pismo, że proces jest zakończony, odsetki płyną do rozprawy i wyroku i następnym krokiem będzie proces w publicznym sądzie, przy użyciu wszystkich dokumentów zebranych do tej pory.

Dlaczego to działa, w ogóle? Proces administracyjny, tzw. ADMINISTRATIVE REMEDY PROCESS, jest wyczerpaniem wszystkich możliwych opcji, żeby zakończyć problem miedzy tymi ludźmi. Jaś dał wszelaką szansę szefowi, żeby naprawił szkody wyrządzone Jasiowi, dał mu dużo czasu, zadał ważne pytania, ustanowił fakty, tu nie ma nic do interpretacji. Sprawa ląduje w sądzie, adwokat szefa będzie miał poważny problem, żeby odkręcić wszystko, to jest dosłownie niemożliwe, dlaczego szef nie odpowiadał tyle tygodni? Dlaczego nie oddał pieniędzy? Dlaczego mimo tylu okazji, nie okazał najmniejszej ochoty, żeby naprawić szkodę Jasia? Życzę powodzenia dla adwokata szefa, Jaś składa wszystkie papiery do pozwu, i tyle. Każdy sędzia, będzie miał obraz jak na dłoni, tego co się stało, kto komu wyrządził krzywdę, i szef będzie namalowany w tak negatywnym świetle, że nie wróżę mu niczego poza wyrokiem skazującym.

A jak się ten proces ma do systemu i jego tępych sługusów?

Dlaczego ten proces jest ważny, i dlaczego działa w spotkaniu ludzie-system?

Dobrze już wiemy, że public service jest na naszych usługach, nie mają luksusu bycia anonimowymi, są odpowiedzialni za swoje czyny, do pewnego stopnia w oficjalnej roli i w 100% w roli prywatnej.

Do czego może nam się przydać ów proces, jeżeli doznamy krzywdy ze strony „przedstawiciela prawa”?

Jak już wcześniej pisałem, ludzie systemu mają w swojej oficjalnej roli dużo ochrony, od ubezpieczyciela, aż po kumoterstwo ludzi wewnątrz, którzy będą utrudniać wyprostowanie sprawy.

Jeżeli ów proces będzie przeprowadzony wobec osoby prywatnej (Janina B), która zrobiła nam krzywdę – system nie będzie jej za bardzo bronić. Oczywiście, są znajomości, będą sobie pomagać, ale tylko do pewnego momentu – aż zrozumieją, że sami mogą oberwać po drodze, wtedy rzucą Janinę na pożarcie.

Janina B, kobieta z krwi i kości zabrała wam dziecko, z domu gdzie nie było wyrządzanej krzywdy maluchowi, wszystko zostało udowodnione drogą administracyjną, są świadkowie, jest krzywda, jest zadanie naprawienia krzywdy, cały proces.

Sądzimy Janinę B, kobietę, która nie dość, że rozbiła rodzinę, skrzywdziła wielu ludzi po drodze, to jeszcze wykorzystała do tego swoją rolę publicznego pracownika, kogoś, kto jest opłacany z państwowych pieniędzy. Tu będzie jeszcze okazja narobić tej pani problemów w oficjalnej roli, bo jeżeli sąd przyzna nam rację i odda dziecko, biorąc pod uwagę całą sytuację, proces administracyjny, zeznanie pod przysięgą itd. pani Janina B będzie miała poważny problem, bo to znaczy, że jest niezdolna do wykonywania zawodu sędziego rodzinnego, nie potrafi ocenić sytuacji na tyle, żeby wydać właściwy wyrok. Trzeba by było zająć się tą sprawą zaraz po tym, jak odzyskamy dziecko.

Zdaję sobie sprawę, że ten koncept może być dziwny, ale ja miałem okazję to wypróbować, nigdy nie doszedłem poza oświadczenie pod przysięgą (AFFIDAVIT), ktokolwiek był po drugiej stronie, za poradą prawnika szybko naprawiał szkodę. Nie miałem do czynienia z problemem tak wielkiego kalibru jak sędzia, mam nadzieję, że nie będę musiał, nic z tych rzeczy nie jest przyjemne, i szczerze mówiąc, wolałbym iść do kina albo poczytać książkę zamiast się tych rzeczy uczyć. Ale system nie pozwala na ignorancję, tryby maszyny zmielą każdego, bataliony przygłupów na rządowych posadach, którym wydaje się, że są naszymi władcami prześcigają się w głupocie za nasze pieniądze.

Czas ich trochę naprostować…

C.d.n.

Piotras

Na zakończenie wyjaśnienie ważności tego AFFIDAVIT:

Ten dokument zwany AFFIDAVIT to jest zeznanie pod przysięgą – maksyma prawna mówi: „UNREBUTTED AFFIDAVIT IS JUGDMENT IN COMMERCE” – to jest bardzo ważna maksyma, jaką posługuje się system. To znaczy – jeżeli druga strona nie odpowiedziała na ten dokument – PUNKT PO PUNKCIE – to bardzo ważne – to jest to koniec sporu, czeka tylko na rozpoznanie w jurysdykcji publicznej (sąd) i nakaz windykacji wszystkiego, łącznie z odsetkami.

Przekręt wszechczasów część VI

Ten cały system stwarzania pieniędzy z niczego, a potem mnożenia ich niemal dziesięciokrotnie, to dzisiaj podstawa tzw. biznesu wewnątrz systemu. Praktyki monetaryzacji obietnic spłaty (promissory note) sięgają setek lat wstecz. Kiedyś bardzo ryzykowne było przewożenie złota i innych kosztowności statkami, narażonymi na ataki piratów (którzy pracowali dla korony – serio), więc tzw. merchants, czyli ówcześni biznesmeni wymyślili, że kawałek papieru, podpisany przez obie strony interesu, będzie miał równowartość pieniężną.

Ktoś chciał zapłacić za owies pół tony złota, wystawiał papier, statek wiózł papier, a później ten kto to otrzymał mógł spieniężyć ten dokument, bądź wymienić go na inny towar bądź usługi. W razie napadu na statek, papier nie mógł być spieniężony przez pirata, dla niego to był tylko kawałek papieru (bill of exchange 1882 act).

Ten pomysł, sam w sobie, nie jest wcale zły, tylko jak wszystko inne w naszym życiu został dosłownie porwany przez cwaniaków, zupełnie jak koncept rządu/państwa, religii i inne programy uprawiane dziś przez miliony nieświadomych istnień.

Problem polega na tym, że z roku na rok jesteśmy coraz głupsi niestety – ja jak najbardziej zaliczam się do tego grona. Rok po roku nasza zdolność do myślenia ulatuje niczym ptaki do ciepłych krajów, dzięki telewizji, natłokowi mediów, i tej całej rozrywkowej rąbanki dla półdebili, jaką karmimy nie tylko siebie, ale i nasze dzieci.

Proces odwalania lichwy będzie kontynuowany, jeżeli Maria pozwoli poświęcić temu tematowi kawałek miejsca na blogu. [Jasne, że pozwalam, lichwa to podstawa tego przekrętu, więc trzeba wiedzieć jak nas robią w bambuko, MS]. Nie damy rady streścić wielu lat opresji w kilku krótkich artykułach, poza tym – jak już pisałem wcześniej – ktoś, kto nie ma podstaw wiedzy na temat systemu, może zrobić sobie krzywdę skacząc do wielkiego psa z małym patyczkiem.

Ja bardzo chętnie oddam wszystko, co wiem na ten temat, podam też moje własne sukcesy w tym temacie i dokładny opis, jak to zrobiłem. Ale to musi być zrobione od podstaw, proszę mi wierzyć – banki nie poddają się szybko i łatwo. Pamiętajmy, że mimo tego, że sądy są nasze – ludzie w tych sądach są w dużej mierze opłacani przez system finansowy – lichwę, żeby upewnić się, że będą istnieć długie lata.

Ostatni sędzia jaki w historii publicznie przyznał rację właścicielowi niespłaconego domu i pogonił bank został znaleziony w rzece, na krótko przed emeryturą. Ale to było dosyć dawno, dzisiaj ludzi częściej się kupuje niż zabija. Przychodzi moment kiedy zaczynają być niewygodni, i dostają tyle kasy ile chcą, żeby siedzieć cicho. Lichwa i tak stwarza pieniądze z powietrza, więc dla nich suma nie  gra roli.

Wracając do aktu urodzenia, posłużę się przykładami z życia innych ludzi, daleko bardziej doświadczonych ode mnie w tym temacie. Jednym z nich jest Dean Clifford, którego ja darzę ogromnym szacunkiem. Chłopaka wsadzają do pudła co jakiś czas, do izolatki, żeby nie uczył osadzonych, jak wyjść z paki, ale on nie tylko mówi, on żyje tak, jak uczy.

Kto z Was wierzy, że potrzebuje prawa jazdy, żeby jechać samochodem?

Pewnie wszyscy, ok, zapytam inaczej:

Kto z Was myśli, że potrzebuje pozwolenia drugiego człowieka, żeby przemieścić się z jednego miejsca na drugie – w sposób, jaki mu się podoba, zakładając, że w czasie tej akcji nie robi nikomu krzywdy??

Myślę, że ręce pospadały tym razem. Czy naprawdę myślicie, że ktoś musi nam dać zgodę, żeby przejść, przeskoczyć, bądź przejechać z A  do B???  A jakim prawem?

W którym momencie naszego życia straciliśmy zdolność decydowania o samych sobie??? Zostało nam to odebrane silą? Czy dobrowolnie oddaliśmy to prawo?

Kto z Was myśli, że Bronisław Komorowski i jego świta (wiem, to już przeszłość, ale to tylko przykład) ma większe prawo do kawałka ziemi na tym globie, zwanym Polską niż ja, czy ty??? Nikt? To dlaczego idziesz kupować ziemię od instytucji/korporacji tych ludzi, żeby postawić sobie dom dla swojej rodziny? Wszyscy urodziliśmy się na tym samym kawałku piachu, prawda?

Zmierzam do tego, żeby ludzie zaczęli zadawać sobie pytania, pytania logiczne, które zmuszą ich do myślenia na tyle, żeby zrozumieć dynamikę, jaka istnieje między rolami, jakie pełnią ludzie. Skoro policjant to PUBLIC SERVANT (służba publiczna), a ja jestem częścią PUBLIC, to chyba się samo przez się rozumie, kto ma wyższą jurysdykcję na tym obrazku, prawda? Więc jakim prawem mój sługa drze japę na mnie na ulicy, obraża mnie, wali mnie pałą w łeb, kiedy mu się podoba? Nikomu nie wydaje się to dziwne? Czy jest dopuszczalne, żeby sprzątaczka (to tylko przykład, nie obrażam sprzątaczek broń Boże) darła japę na prezesa, a ten posłusznie spuszczał głowę i przepraszał? No chyba raczej nie, a to widzimy na co dzień, wszędzie, i nikt się nie dziwi…

Jak to się ma do aktu urodzenia, żeby zostać w temacie? Jeżeli jesteśmy współwłaścicielami ogromnego bogactwa ziemi, zwanej Polska i mamy na to dowód – akt urodzenia, to ten majątek został złożony pod opiekę rządu, na czas nieokreślony. Zupełnie tak, jak ktoś zakłada tzw. TRUST (powiernictwo) i wyznacza TRUSTEE (powiernika), żeby zarządzał majątkiem najlepiej jak potrafi, zgodnie z założeniami właściciela.

Problem w tym, że my nie daliśmy żadnych wytycznych przy składaniu naszego majątku. To nie koniec. Nasi rodzice utracili swoje prawa do naszego majątku, działając w naszym imieniu, w momencie osiągnięcia przez nas pełnoletności. W momencie 18 urodzin (w Polsce przynajmniej), my – ich dzieci – powinniśmy skontaktować się z rządem i otwarcie wyrazić naszą wolę, na przejęcie praw do majątku jaki nam się należy, jako tzw. birth right (prawa wynikające z urodzenia), który nasi rodzice w naszym imieniu złożyli na ręce rządu.

Brzmi to zawile, więc napiszę bardziej prosto.

Jaś tuż przed 18 urodzinami powinien napisać list polecony do odpowiednich urzędników, że za chwilę jego osoba prawna nabierze praw do podejmowania kontraktów, więc pełnomocnictwo rodziców przestanie istnieć. W związku z tym – od teraz – to on sam będzie rozpoznawany przez system jako właściciel 1/50 milionowej wartości Polski (podałem wcześniej ten hipotetyczny przykład). Nic nie musi być robione, jeżeli nie chce tego Jaś, ale musi otrzymać odpowiedź, że ta informacja została przyjęta do wiadomości urzędów, i tyle. Nikt nigdy z nas tego nie zrobił! Pamiętacie historię zaginięcia na morzu przez 7 lat, po czym cały majątek po prostu przepada? Tutaj też ta metoda pewnie jest stosowana, na co nie mam dowodów, ale tak mi się wydaje. Nieważne zresztą, fakt jest taki, że ów majątek po prostu zniknął z radaru Jasia.

Piotras z UK

C.d.n.

—————————————

Komentarz Astromarii:

Policjant, lekarz, a przede wszystkim RZĄD I SEJM są opłacani z naszych podatków, są na naszej jałmużnie, więc są służbą publiczną i dlatego to my jesteśmy szefami tych pań i panów, a oni mają nam służyć. Oni mają robić to, co my im każemy, a nie odwrotnie! Tak, rząd jest na Twojej jałmużnie, i to ty jesteś szefem tego zakichanego rządu,czas to sobie wreszcie uświadomić!

Jeśli lekarz drze na Was mordę i straszy sanepidem, grzywną i wojewodą, bo nie zaszczepiliście dziecka nagrywacie zajście (to jest legalne i nikt nie ma prawa wam tego zakazywać!!!) i natychmiast wzywacie policję, ponieważ macie  podejrzenia, że lekarz chce zabić wasze dziecko, wstrzykując mu jakieś świństwo wbrew waszemu jasno wyrażonemu sprzeciwowi. Wasza wola musi być święta dla waszego sługi! Nie dość, że robi zamach na wasze dziecko, to jeszcze dopuścił się napaści słownej i terroru w stosunku do was, rodziców, którzy jesteście prawnymi opiekunami dziecka i decydujecie o wszystkim, co go dotyczy! To jest terror i to jest bezprawie! Takiego lekarza natychmiast zwalniacie z funkcji waszego pediatry / lekarza rodzinnego i piszecie na niego skargę lub nawet doniesienie do prokuratury. Czas najwyższy, żeby totalnie rozbestwiona służba w tym domu, jakim jest Polska została przywołana do porządku. Jeśli służący chce rządzić w twoim domu i wydawać ci rozkazy będziesz to tolerować? Będziesz się płaszczyć i trząść ze strachu? Czy raczej wywalisz drania z pracy i zatrudnisz kogoś bardziej kulturalnego i autentycznie dbającego o twoje dobro?

Dlaczego się boisz policji? Bo gliniarz ma pałę? Może i ma, ale to ty masz władzę!

Dlaczego się boisz lekarza? Popatrz, jaki wykrzywiony jest twój obraz świata: czy psychopatyczny łowca skór, który za garść srebrników od zakładu pogrzebowego lub kartelu farmaceutycznego chce uśmiercić ciebie i twoją rodzinę nie powinien panicznie bać się ciebie? Tymczasem nie tylko się ciebie nie boi, ale doprowadził do tego, że to ty boisz się jego!

Czas się obudzić!