Na złość Astromarii nażrę się GMO i nakarmię nim swoje dzieci, żeby dowieść swojej ŚWIĘTEJ WIARY w… co właściwie? Postęp naukowy? Odpowiedź jest SZOKUJĄCA!

Pozwoliłam sobie na prowokację pisząc, że skoro „racjonaliści” nie WIERZĄ w wyniki badań naukowych prof. Seraliniego na szczurach karmionych wyłącznie GMO, to niech się zgłoszą do eksperymentu, polegającego na spożywaniu GMO na śniadanie, obiad i kolację. Byłam pewna, że po przeczytaniu artykułu i obejrzeniu przerażającego filmu pokazującego tragiczny stan zdrowia szczurów z laboratorium prof. Seraliniego nie zgłosi się nikt. Ku mojemu autentycznemu zdumieniu znalazło się kilku śmiałków gotowych poddać się eksperymentowi a jeden z nich zgłosił nie tylko siebie, ale swoją żonę i… DZIECI!

Początkowo brałam to wszystko za głupie żarty i czcze przechwałki, ale przyznam się z ręką na sercu, że z czasem – z rosnącym przerażeniem – zaczęłam podejrzewać, że oni traktują tę zabawę zupełnie serio! Jeden wziął na serio nawet „szczepionkę 26w1” i zaczął mi tłumaczyć, że takiej nie ma.

Wiem, że nie ma. Ale po znajomości na pewno dałoby się wykombinować taką wielką strzykawkę, do której by się zmieściła. Bo po co kłuć 26 razy, skoro można tylko raz?

Pomińmy dyskusję, czy GMO jest czy nie jest toksyczne i zastanówmy się wyłącznie nad tym, komu i do czego jest ono potrzebne.

Tragedia użytecznych, pseudo-racjonalistycznych idiotów polega na tym, że złożyliby swoje życie wcale nie na ołtarzu „postępu naukowego” ani „dobra ludzkości”, lecz… bajecznych zysków korporacji biotechnologicznych, produkujących GMO.

Konsumenci nie potrzebują GMO. Do niczego!

Dlaczego? Wyczerpującą odpowiedź znajdziesz na końcu tej notki.

Nasiona GMO są objęte patentami, czyli są CZYJĄŚ WŁASNOŚCIĄ INTELEKTUALNĄ.

Za korzystanie z patentu trzeba płacić, a za jego kradzież grożą wysokie kary!

W WOJNIE O GMO CHODZI WYŁĄCZNIE O PATENTY I MONOPOL NA PRODUKCJĘ ŻYWNOŚCI, a więc o wielkie pieniądze!

Kto kontroluje żywność, ten kontroluje świat, bo wszyscy jesteśmy niewolnikami naszych żołądków. Jeśli uda się zmodyfikować genetycznie i podstępnie skazić tym „wynalazkiem” wszystko, co uprawia się na polach, korporacje biotechnologiczne staną się jedynymi i wyłącznymi właścicielami patentów na całą żywność świata!

Złożyć ofiarę ze swojego życia na ołtarzu zysków zagranicznych korporacji – oto szczyt użytecznego idiotyzmu!

„Racjonaliści” wydają się szczerze zawiedzeni, że nie zorganizuję im wczasów na bezludnej wyspie z pełnym wyżywieniem GMO. Jedyną rzeczą, w którą WIERZĘ jest prawo karmy. Nie ma na to żadnych, niezbitych dowodów, ale poszlaki zdają się wskazywać, że to prawo może działać. Nie wierzę w piekło ani niebo, ale wierzę, że żyjemy więcej niż raz, a o tym, jak będzie wyglądało nasze kolejne wcielenie decyduje prawo karmy. Dlatego nie przyłożę swojej ręki do okaleczania i mordowania bliźnich, a zwłaszcza bezbronnych dzieci, tak ochoczo i nieodpowiedzialnie zgłoszonych przez tatę-psychopatę do tego „eksperymentu”.

Ogłaszam zabawę za zakończoną, proszę więcej nie pisać do mnie w tej sprawie.

Przeżyłam chwile najprawdziwszej grozy, kiedy zaczęłam zdawać sobie sprawę, że ci ludzie nie żartują. Spojrzałam prosto w oczy przerażającego fanatyzmu, który zawsze kazano nam kojarzyć z religijnym, a zwłaszcza muzułmańskim ekstremizmem. A tu proszę: w całej, przerażającej jaskrawości objawił się ekstremizm racjonalistyczny!

Jeśli naprawdę chcecie się obżerać frankenfoodem, to zgłoście się jako króliki doświadczalne do Monsanto Polska lub Syngenta Polska i zaproponujcie im swoje warunki prowadzenia eksperymentu.

Niestety, obawiam się, że nie zostaniecie przyjęci z otwartymi rękami, bo eksperyment z całą pewnością zakończyłby się waszą śmiercią w męczarniach, a więc wykazałby szkodliwość GMO, a do tego te firmy nigdy nie dopuszczą.

——————

Ja mam dowód na to, że GMO szkodzi. Na głowę. Bart wciąż powtarza, że Jaszczury mu za mało płacą. Kumpelka Barta z ttdkn (ma nick na „„a”) kilka lat temu zasypywała mnie mailami, w których się użalała, że nękają ją Jaszczury i błagała mnie o pomoc. Jest to powód, żeby podejrzewać, że GMO powoduje zwidy, omamy i halucynacje. Gdybym ja zobaczyła wypłacające mi kasę lub porywające mnie z łóżka Jaszczury prawdopodobnie zemdlałabym z przerażenia, a potem pognałabym w te pędy do lekarza. Od głowy!

——————

Z komentarzy wynika, że pseudo-racjonaliści nie mają ŻADNEJ WIEDZY na temat GMO, a swoją WIARĘ opierają na bujdach portali, blogerów i pseudo-naukowców sowicie sponsorowanych przez posiadaczy patentów na GMO.

Nie mają wiedzy, ale za to wiarę prezentują fanatyczną. Tak fanatyczną, że aż gotowi są umrzeć, niczym chrześcijańscy święci męczennicy za Jezusa lub fundamentaliści muzułmańscy za Allaha.
Fanatyczna i głucha na wszelkie racjonalne argumenty, a nawet dowody naukowe wiara pseudo-racjonalistów w kłamstwa wciskane im przez cynicznych i pazernych biotechnologów jest toczka w toczkę identyczna z wiarą fanatyków religijnych w Biblię i Koran. Ateiści i pseudo-racjonaliści widzą słomkę w oku bliźniego, a nie widzą belki we własnym.

—————————

W tym blogu zebrałam liczne dowody naukowe na szkodliwość GMO. To nie są wypracowania mojego autorstwa, lecz artykuły pisane przez uczonych, ekologów i dziennikarzy śledczych. Miłej lektury!

—————————

Mity na temat GMO (a konkretnie: uprawnych roślin GMO) obala profesor Katarzyna Lisowska, biolog molekularny

(czyli biotechnolog działający po „jasnej stronie mocy”):

(moje komentarze na niebiesko)

Mit 1: czego wy się boicie, przecież rolnicy zawsze uprawiali GMO

GMO to jest organizm wytworzony metodami inżynierii genetycznej, w którym materiał genetyczny został zmieniony w sposób nie zachodzący w warunkach naturalnych, przy zastosowaniu takich technik, jak rekombinacja DNA, mikroiniekcja, makroiniekcja, mikrokapsułkowanie. Są to metody nie występujące w przyrodzie. Rolnik nigdy nie był w stanie zrobić czegoś takiego własnymi rękami i dziś również nie jest w stanie! Naturalne krzyżówki, stosowane od wieków w rolnictwie to nie jest GMO. GMO w laboratoriach istnieje od ok. 30 lat, a na polach i na talerzu od ok. 20. Pierwszy genetycznie zmieniony pomidor trafił na rynek w roku 1984.

Mit 2: GMO nakarmi głodujący świat (jeśli protestujesz przeciwko GMO, a dzieci umierają w Afryce, to jesteś człowiekiem bez serca)!

Krzywe wzrostu upraw GMO na świecie pną się do góry identycznie jak krzywe wzrostu głodu;

W 1999 roku, w 8 stanach porównano plony soi GMO. Tylko w jednym stanie była ona nieznacznie wyższa, a w 7 była niższa niż wydajność soi tradycyjnej;

porównanie wydajności upraw w krajach, w których wysiewa się najwięcej soi GMO nie wykazało większych różnic w wydajności tej soi w porównaniu z tradycyjną, a raczej bywa ona niższa. W przypadku kukurydzy MON plony były nieznacznie wyższe (2009 r. dane Amerykańskiego Departamentu Rolnictwa. Raport Narodowej Akademii Nauk USA, 2010: nie jest znacząco wyższa). Poza tym nie karmimy tym głodujących, bo większość produkcji idzie na biopaliwa dla bogatych społeczeństw i na pasze dla zwierząt. Świat może nakarmić zrównoważone rolnictwo, uczciwa dystrybucja żywności, zatrzymanie spekulacji żywnością, co stało się ostatnio domeną banków, które oferują tzw. „produkty bankowe” oparte na szacowaniu cen żywności na giełdach i ograniczenie produkcji biopaliw.

Co to za pomysł, żeby karmić głodujących kukurydzą i soją? Głodny powinien dostać miskę kaszy lub ryżu, warzywa i owoce, a nie soję i kukurydzę, bo ta pierwsza jest niezdrowa (powoduje zniewieścienie mężczyzn), a ta druga jest niestrawna i nieprzyswajalna.

Kiedy przedstawiono firmom biotechnologicznym wyniki wydajności GMO powiedzieli, że nigdy nie obiecywali wyższych plonów, ale są inne korzyści (nie powiedzieli jakie; ja wiem: kasa dla nich, głód dla nas).

Niezrealizowane obiecanki używane wyłącznie dla mydlenia oczu: odmiany odporne na zmiany klimatu, na zasolenie, na susze i mrozy, złoty ryż – nikt tego nie widział na oczy! Nie ma tego na rynku! Dostępne są tylko dwa rodzaje GMO: odporne na szkodniki i odporne na Roundup (środek chwastobójczy) [Zamiast „złotego ryżu” taniej i skuteczniej byłoby podawać dzieciom marchewkę, która jest bardzo bogatym źródłem karotenu].

Jak odsalać tereny nadmorskie możecie zobaczyć w tym filmie:

Mit 3: opłacalność upraw

Raport Charlesa Benbrooka (który dawniej pracował dla rządu, ale przeszedł na stronę ludu) wykazał, co następuje: ziarno bawełny GMO jest 6 razy droższe niż tradycyjne, cena worka soi RR jest o 42% wyższa niż tej samej soi rok wcześniej, a kukurydza jest 5 razy droższa, niż była w 1996 roku. Producenci GMO uzależniają rolników, wprowadzają monopol i dyktują ceny!

Kiedy udowodniono, że ceny są wyższe znowu zmienili bajeczkę: rolnik płaci więcej, ale ma więcej wolnego czasu, nie trzeba głęboko orać, żeby pozbyć się chwastów, więc nie ma erozji [Jak widać sprzedają ludziom wolny czas, wszystko da się spieniężyć].

Dzięki GMO miała się zmniejszyć chemizacja rolnictwa, ale jest wręcz przeciwnie: lawinowo rośnie zużycie herbicydu, bo chwasty się na niego uodparniają, a Monsanto powoli zdobywa monopol na sprzedaż Roundupu (konkurencja produkująca herbicydy plajtuje). Toksyna Bt, która miała zabijać wyłącznie szkodniki znajduje się w całej roślinie, od korzeni, poprzez łodygi i liście aż po owoce (np. kolby kukurydzy) i my to jemy. Toksyna Bt miała szkodzić wyłącznie bezkręgowcom, ale okazało się, że szkodzi ssakom (w tym ludziom). Pojawił się problem super-chwastów i super-szkodników, ponieważ chwasty i szkodniki uodporniły się na herbicyd i toksynę Bt. Rolnicy próbują z tym walczyć ręcznie i motykami – czy tak ma wyglądać postęp naukowy? Dochodzi do tego, że zrozpaczeni rolnicy porzucają uprawy, bo nie są w stanie poradzić sobie z tymi plagami.

Zagrożona jest niezależność rolnika i bezpieczeństwo żywnościowe (już słyszę psychopatów i użytecznych idiotów, jak radośnie obwieszczają światu, że tak musi być, bo słabsi i niezaradni muszą zginąć).

Ostatnie centrale nasienne przechodzą w ręce korporacji biotechnologicznych (nazywa się to „prywatyzacją”)

Mit 4: to jest pro-ekologiczne i w pełni bezpieczne, bo tak zostało wszechstronnie przebadane, że jest to najlepsza żywność, jaką mieliśmy kiedykolwiek na rynku. Amerykanie to jedzą i żyją.

W USA, gdzie wprowadzono jako pierwsze uprawy GMO nikt nie badał ich pod kątem toksyczności ani skażenia herbicydami, lecz przyjęto zasadę równoważności (porównano jedynie ilość białek, tłuszczów, mikroelementów itp. w produktach GMO i tradycyjnych). Stan zdrowia obywateli amerykańskich pozostawia wiele i coraz więcej do życzenia. Do tej pory każde pokolenie żyło dłużej, niż poprzednie, ale obecnie w USA będziemy mieli pierwsze pokolenie, które będzie żyło krócej niż ich rodzice. Nie da się zbadać, kto w USA je, a kto nie je GMO i porównać stanu zdrowia jedzących i niejedzących, ponieważ żywność zawierająca GMO nie jest oznakowana i nikt nie wie, co je. Nikt nie badał wpływu GMO na zdrowie ludzi. GMO z całą pewnością nie jest zdrową żywnością, ponieważ jest bardzo silnie skażone pestycydami, herbicydami i toksyną Bt. Autorzy prac naukowych dowodzących, że ta żywność jest równie zdrowa jak naturalna są zatrudnieni i opłacani przez koncerny biotechnologiczne, produkujące GMO. Zachodzi tu widoczny konflikt interesów. Oprócz tego mamy do czynienia z cenzurą naukową oraz terroryzowaniem i zaszczuwaniem niezależnych badaczy, których badania wykazują toksyczność i szkodliwość GMO. Pojawiają się nowe patogeny, spadek płodności i upadki zwierząt karmionych GMO. Rzetelne badania (Kanada) wykazały przedostawanie się pestycydów i toksyny Bt do krwi matek, płodów i noworodków. Nie drukuje się w gazetach żadnych polemik, nie mówi się o tym w mediach.

Mit 5: uprawy GMO i uprawy naturalne mogą obok siebie współistnieć i jedno drugiemu nie zagraża

Uprawy GMO zapylają wszystko wokół. Żadne płoty ani strefy buforowe nie są w stanie zatrzymać pyłku, owadów przenoszących pyłek i ptaków oraz gryzoni przenoszących nasiona na znaczne odległości.

Zgoda na zaszczepienie dziecka jest wyrażana w dobrej wierze, ale czy na pewno w pełni świadomie?

Niejaka Maria zadała mi w komentarzach pytanie:

Astromario, czy Twoje nowo narodzone dzieci ktoś zaszczepił bez Twojej wiedzy? Mnie, przed szczepieniem moich dwóch noworodków (dwa różne szpitale w Poznaniu, w przeciągu 5 lat), pytano o zgodę, ba- nawet musiałam ta zgodę wyrazić na piśmie. W żadnej szczepionce, która dostali nie było Thimerosalu.

Maria (pominę fakt, że narobiła mi bałaganu w blogu kopiując cytat z notki „Niebezpieczne szczepienia” i wklejając ją w komentarzach pod notką „O mnie”), pojawiła się i znikła, więc podejrzewam, że to prowokacja hasbary opłacanej przez Big Pharma, a nie wyznanie naiwnej mamusi.

Ale w ramach ćwiczenia z logiki załóżmy, że Maria to rzeczywiście Maria i że lekarze rzeczywiście spytali ją, czy wyraża, również na piśmie (tak, podkładkę trzeba mieć, na wypadek, gdyby się młodej mamie odwidziało i poleciała do sądu ze skargą, że szczepienie nie wyszło dziecku na zdrowie), zgodę na szczepienie swojego nowonarodzonego dziecka.

Zacznijmy od zastanowienia się, dlaczego Maria zadaje mi pytanie, czy moje dzieci zaszczepiono i czy zrobiono to z moją zgodą czy bez niej? Mam rozumieć, że jeśli mnie spytano, a ja wyraziłam zgodę, to znaczy, że wszystko jest w idealnym porządku i nie mam czego drzeć japy?

Zaraz, zaraz, chwileczkę, a nawet jeśli by tak było, że podpisałam, to nie mam prawa później zmienić zdania na temat szczepień?

Ale po kolei:

Nie pisałam ani o mnie, ani o Tobie Mario, ani o jednostkowych przypadkach wyrażenia zgody na piśmie, lecz o dość powszechnej praktyce szczepienia noworodków (w tym wcześniaków) bez pytania rodziców o zgodę.

Znam niezliczoną ilość przypadków, kiedy zaskoczeni rodzice dowiedzieli się o fakcie zaszczepienia ich noworodków z dokumentacji szpitalnej. Nie tylko ich nie spytano o zgodę, ale nawet ich nie poinformowano o fakcie szczepienia. Słyszałam też o szantażowaniu w izbie przyjęć rodzących kobiet, że jeśli nie podpiszą zgody na zaszczepienie dziecka, to nie zostaną przyjęte i nie będą mogły urodzić w tym szpitalu. Dość głośny jest przypadek rodziców, którzy złożyli oświadczenie, że nie życzą sobie, aby ich dziecko poddano szczepieniu, ale szpital pogwałcił ich wolę i dziecko zaszczepiono. Przypadek ten trafił do sądu i chyba będzie miał ciąg dalszy.

Ciebie spytano i podpisałaś.

Domyślam się, że podpisałaś zgodę w najlepszej wierze, bo szczerze wierzyłaś, że szczepionki są konieczne, że są w pełni bezpieczne i że gdyby twojemu dziecku cokolwiek zagrażało, to lekarze na pewno by cię o tym uczciwie poinformowali.

Gdybyś nie wierzyła w to, że szczepionki są w pełni bezpieczne, to byś pewnie nie podpisała, prawda?

WIARA w szczepienia i WIARA w uczciwość lekarzy a WIEDZA na ten temat to dwie, zupełnie różne kwestie.

  • Czy odczytano ci lub pokazano do przeczytania pełny skład szczepionki, podany na opakowaniu?
  • czy poinformowano cię, czy szczepionka zawiera czy nie Thimerosal, który jest organicznym związkiem rtęci?
  • czy powiedziano ci, że jest w niej wiele innych zanieczyszczeń, takich jak białko jaja, pozostałości pożywki z małpich nerek i nawet być może wirusy odzwierzęce, skwalen, związki aluminium, konserwanty i inne substancje?
  • czy powiedziano ci, że podanie szczepionki może spowodować lekki lub ciężki NOP, alergie, choroby autoimmunologiczne, autyzm, nowotwory i zapalenie mózgu?
  • czy wiesz o tym, że w czasie każdego szczepienia musi być przygotowany zestaw przeciwwstrząsowy (taka informacja DLA LEKARZA widnieje na opakowaniu szczepionki)?
  • skąd wiesz, że szczepionka nie zawierała Tiormesalu / Thimerosalu? Czy wyraźnie pytałaś o to lekarzy przed szczepieniem, czy tylko tak ci się wydaje, bo ktoś cię uspokoił, że rtęci w szczepionkach już nie ma?

Szczególnie nurtuje mnie pytanie: DLACZEGO wyraziłaś zgodę (na piśmie) na podanie swoim świeżo urodzonym dzieciom szczepionki WZW B przeciwko wirusowemu zapaleniu wątroby, które przenosi się głównie drogą płciową? Czy wiedziałaś o tym, jak się ta choroba przenosi? Czy miałaś jakieś racjonalne podstawy, żeby sądzić, że twoje nowonarodzone dziecko będzie uprawiać seks bez prezerwatywy od pierwszej doby życia? [Wirusowym zapaleniem wątroby można się też zarazić w wyjątkowo niehigienicznym i brudnym miejscu – czyżby w porodówce i na oddziale noworodków był aż taki syf?]

A teraz ci wyjaśnię, dlaczego moja zgoda (gdybym ją nawet poświadczyła własnoręcznym podpisem) była guzik warta.

Gdyby mnie spytano w izbie przyjęć, czy zgadzam się na zaszczepienie mojego nowonarodzonego dziecka, z całą pewnością wyraziłabym na to zgodę, ponieważ w czasach, kiedy byłam młodą mamusią bezrefleksyjnie bałam się chorób i święcie wierzyłam w szczepienia oraz w niepokalaną uczciwość lekarzy (dziś już w to nie wierzę, ale wtedy byłam „głęboko wierząca” w te bzdury). Dlatego, bez wahania, w dobrej wierze, podpisałabym każdy świstek, który by mi podsunięto.

Ale czy to byłoby w moim przypadku świadome działanie?

Z CAŁĄ PEWNOŚCIĄ NIE!

Szczepiąc dzieci DZIAŁAŁAM W DOBREJ WIERZE, ale (a może raczej „ponieważ”) BYŁAM ŹLE POINFORMOWANA.

Z braku prawdziwej, obiektywnej WIEDZY kierowałam się WIARĄ.

Bezgranicznie i wręcz w sposób pozbawiony instynktu samozachowawczego wierzyłam lekarzom. A co jeszcze gorsze: kierowałam się irracjonalnym LĘKIEM przed chorobami. Czytałam Treny Kochanowskiego i Anielkę i te straszne opowieści o śmierci dzieci telepały mi się gdzieś w podświadomości. Lęk zdecydowanie nie jest dobrym doradcą, a literatura piękna, zwłaszcza średniowieczna, nie może stanowić źródła wiedzy o chorobach, zapobieganiu im i współczesnych metodach ich leczenia.

Prawdę mówiąc, to ja nawet nie umiem powiedzieć, czego się tak naprawdę bałam. Pamiętam tylko ten lęk, który pozbawiał mnie zdolności logicznego myślenia i asertywności. Pamiętam, jak bardzo bałam się sprzeciwić autorytetom medycznym i narazić się na szyderstwa, krzyki lub potępienie z ich strony. Stojąc z dzieckiem przed lekarzem czułam się jak uczennica przed groźnym belfrem, który może mnie postawić w kącie i napuścić na mnie całą klasę, żeby się ze mnie nabijała, że jestem zabobonna lub ciemna. W takim stanie ducha naprawdę nie da się logicznie myśleć. No a poza tym, przecież WSZYSCY szczepili swoje dzieci, więc dlaczego ja miałabym tego nie robić? No i najważniejsze: w tamtych czasach nikt nie miał pojęcia o istnieniu NOP, nikt o tym nie pisał w prasie (Internetu nie było) i nikt ich nie zgłaszał. Po prostu: PROBLEM NIE ISTNIAŁ. Jeśli po szczepieniu dziecko wrzeszczało dniami i nocami, jeśli miało zielone, cuchnące biegunki, gorączkę lub inne niepokojące objawy, to była to wina matki. Bo biegunka była oczywiście z braku higieny lub ze złego żywienia.

Ja nie skojarzyłam nawet faktu zwiotczenia mojego dziecka zaraz po szczepieniu, unikania przez nie kontaktu wzrokowego ani ciężkiego zapalenia opon mózgowych i jelit z faktem podania szczepionki. Byłam tak zahipnotyzowana absolutnym bezpieczeństwem i zbawiennością szczepień i bezgraniczną dobroczynnością służby zdrowia, że nie byłabym w stanie zobaczyć nawet przysłowiowego dinozaura w moim salonie.
Gdyby mi ktoś wtedy powiedział, że moje dziecko doświadczyło ciężkiego i możliwego do przewidzenia NOP uznałabym go za wariata i twórcę teorii spiskowych!

Na zarzut jakiejś idiotki z hasbary, że przez 30 lat nie potrafiłam się uporać z wybaczeniem szczepieniom odpowiem, że nie miałam żadnej pretensji do szczepień, ponieważ przez te wszystkie lata nie miałam pojęcia, że to one spowodowały chorobę mojego dziecka! Żyłam w naiwnym przeświadczeniu, że choroby spadają na ludzi z nieba i że na kogo wypadnie, na tego bęc! Czysty przypadek! Mało tego, ja nawet byłam skłonna uwierzyć, że tę chorobę (u dwumiesięcznego dziecka!) spowodowała jakaś toksyczna atmosfera w rodzinie, bo w książce Loiuse Hay tak było napisane o zapaleniu opon mózgowych:

Głęboka niezgoda rodzinna, życie w atmosferze lęku i złości. Chaos wewnętrzny. Brak wsparcia.

Tak, moje życie było jednym wielkim pasmem samooskarżeń i poczucia winy. W czasach młodości moim życiem sterowały programy.

Myśleć nauczyłam się dopiero w wieku dojrzałym. A kiedy w końcu zaczęłam myśleć ogarnęło mnie bezgraniczne zdumienie, jak mogłam nie kojarzyć tak oczywistych faktów?!

Wracając do pytania Marii (a może raczej szczepionkowej hasbary): jeśli bardzo cię ciekawi odpowiedź na pytanie, czy moje dzieci zostały zaszczepione bez mojej wiedzy, to odpowiem: NIE, MOJE DZIECI W OGÓLE NIE ZOSTAŁY ZASZCZEPIONE JAKO NOWORODKI. Z bardzo oczywistego powodu: bo W TAMTYCH CZASACH, KIEDY SIĘ URODZIŁY, NIKT NIE SZCZEPIŁ NOWORODKÓW!

Czy rozumiesz, co to znaczy?

To znaczy, że całe pokolenia ludzi nie były szczepione jako noworodki!

Twoi rodzice również nie zostali zaszczepieni w pierwszej dobie życia.

I co?

PRZEŻYLI?

Nie umarli w kołysce?!

Zastanów się, jeśli w ogóle jesteś zdolna do racjonalnego myślenia: jak to możliwe, że ludzkość dotrwała do naszych czasów i nie wymarła, skoro wcześniej nie znano i nie stosowano ŻADNYCH szczepień, a wszystkie dzieci przechodziły tzw. „choroby wieku dziecięcego”, takie jak odra, świnka, koklusz, różyczka, ospa wietrzna itp.

Pomyśl: gdyby te choroby były tak niebezpieczne, jak wmawiają nam kartele farmaceutyczne, robiące majątek na produkcji szczepionek, to niewiele dzieci dożywałoby dorosłości, a ludzkość permanentnie stałaby na granicy wymarcia. Czy kiedykolwiek (nawet w czasach, w których wybuchały epidemie dżumy i cholery) ludzkości groziło wymarcie?

Kiedy ja byłam dzieckiem żaden lekarz nie przejmował się chorobami wieku dziecięcego. Martwiono się, jeśli dziecko miało zapalenie płuc, ucha lub migdałków, ale nikt nie robił szumu z powodu kokluszu czy odry. Lekarze informowali rodziców, że po odrze mogą wystąpić powikłania, więc należy się zgłosić na badanie, jeśli pojawią się konkretne objawy i to wszystko.

Dziś, nawet tak groźne choroby jak błonica (dyfteryt) dają się skutecznie leczyć, a chorobie Heine-Medina, która przenoszona jest drogą fekalno-oralną (a więc jest to choroba brudnej wody i brudnych rąk) zapobiega się skutecznie nie szczepieniami, lecz czystą wodą w kranach i częstym myciem rąk. [Informacje podawane przez Wikipedię, że najskuteczniejszą metodą walki z daną chorobą są szczepienia nie są wiedzą naukową, lecz polityczną poprawnością wymuszoną przez dyktaturę lobby wakcynologicznego].

Zastanów się, skąd bierze się ten paniczny lęk przed niezaszczepieniem dziecka i przed tymi wszystkimi bakteriami i wirusami, które tylko czekają, żeby je zabić?

Czy wierzysz w to, że Matka Natura stworzyła życie po to, żeby je bezwzględnie uśmiercać? Czy zjawisko masowego umierania z powodu chorób bakteryjnych i wirusowych nowonarodzonych młodych występuje u jakiegokolwiek gatunku zwierząt?

Jeśli nie, to dlaczego miałoby to dotyczyć ludzi?

Czy wierzysz w to, że kiedyś, przed laty, z powodu braku szczepień, umierały niemal wszystkie dzieci?
Jeśli wierzysz w to, że nieszczepione dzieci czeka niechybna śmierć, to znaczy, że wyobrażasz sobie, że w dawnych, przed-szczepionkowych czasach dziecko, które jakimś cudem przeżyło tę bakteryjno-wirusową masakrę niewiniątek było taką rzadkością, że sąsiedzi i ludzie z dalszej okolicy przybywali, żeby je zobaczyć?

Przecież to czysty absurd!

Natura to nie psychopatyczny rzeźnik, lubujący się w zadawaniu śmierci! Natura nie morduje życia, które stworzyła. Życie zostało stworzone po to, żeby się krzewiło i bujnie rozrastało. Dlatego każdy żywy organizm został wyposażony w system immunologiczny, którego zadaniem jest obrona przed wszelkimi możliwymi patogenami. Zaraz po urodzeniu dziecko otrzymuje wraz z siarą potężną porcję przeciwciał (ale nie wiem, czy siara matek szczepionych ma jakąkolwiek wartość), a choroby wieku dziecięcego są zaplanowaną przez Naturę gimnastyką dla układu odpornościowego. Nie stanowią one śmiertelnego zagrożenia dla dziecka, chyba, że przyszło ono na świat z poważnymi wadami wrodzonymi, jest niedożywione lub urodziło się w rodzinie skrajnie zaniedbującej podstawowe zasady higieny.

To nie szczepienia spowodowały zanik śmiertelności dzieci.

Śmiertelność została powstrzymana dzięki zapewnieniu dobrych warunków mieszkaniowych, wystarczającej ilości dobrej żywności, a przede wszystkim dzięki doprowadzeniu do domów czystej, nieskażonej bakteriami wody. Wody do mycia się, sprzątania i do picia.

Trochę faktów historycznych o szczepieniach w Polsce (dane z bloga Fakty o szczepieniach):

• Do 1995 roku szczepionka MMR nie była dostępna na polskim rynku.

• Od 1995 do 2002 roku szczepionka MMR była dostępna jako szczepionka nierefundowana a szczepienie MMR było dobrowolne: „dzieciom w wieku 13-15 miesięcy oraz w 7 roku życia zamiast obowiązkowego szczepienia przeciwko odrze”.

• Od 2003 roku szczepionka MMR jest refundowana a szczepienia obowiązkowe, masowe szczepienia rozpoczęły się od listopada 2003 roku.

• W pierwszych latach przeprowadzania szczepień, czyli od 1972 do 1975 roku, dobrowolna wyszczepialność wynosiła 22,3% – szczepienie nie było akceptowane przez wielu rodziców i lekarzy

• W 1998 roku pojedyncza szczepionka przeciwko śwince została zarejestrowana i udostępniona polskim rodzicom, jednak szczepionka ta nie była zalecana przez Głównego Inspektora Sanitarnego do 2000 roku.

• Dopiero w 2000 roku pojedyncza szczepionka przeciwko śwince została zalecona (bez refundacji) dzieciom od 13 miesiąca życia nieszczepionym przeciwko śwince szczepionkami skojarzonymi.

• Od 2003 roku dobrowolne szczepienie zastąpiono szczepieniem obowiązkowym preparatem odra, świnka, różyczka (MMR).

• W latach 1998 – 2002 dobrowolna wyszczepialność pojedynczą szczepionką przeciwko śwince wynosiła ok. 10%:

• Całkowita wyszczepialność przeciwko śwince po dodaniu odsetka zaszczepionych szczepionką skojarzoną w okresie 1998 – 2002 wynosiła ok. 33%.

• Od 1988 roku polskie służby epidemiologiczne realizowały strategię zapobiegania zespołowi różyczki wrodzonej przez obowiązkowe szczepienia 13-letnich dziewcząt szczepionką pojedynczą i zalecenia podawania co 10 lat dawki przypominającej szczególnie dla kobiet pracujących w środowiskach dziecięcych.

• Wyszczepialność pojedynczą szczepionką przeciwko różyczce wśród 13-latek osiągnęła poziom >95% w1996 roku.

• Od 2003 roku szczepienie 13-latek szczepionką pojedynczą zastąpiono szczepieniem wszystkich dzieci w drugim roku życia szczepionką skojarzoną MMR.

Na złość Astromarii odmrożę sobie uszy

Szło zło przez świat
miało zwykłą twarz
ludzie się mylili

A zło jak zło
wybaczało błąd
w chwili gdy nie żyli…
(Grzegorz Markowski)

Widzę ze statystyk, że od dwóch dni na mój blog walą tłumy pseudo-racjonalistycznych owieczek z sekty Barta. Ich guru pewnie wysmażył jakiś pełen jadu paszkwil przeciw Naturze, zdrowiu i życiu oraz Astromarii, a zniewolone umysły uznały to za kwiat ateistycznej myśli filozoficznej (wybaczcie mi, wiem, że „ateistyczna myśl filozoficzna” to oksymoron). Równie gorąco „kochających” czytelników dostarcza mi portal e-mama.

Ich guru wmówił im pewnie „naukowo” i „racjonalistycznie”, że Matka Natura jest złą macochą, która z psychopatyczną rozkoszą zabija swoje dzieci plagą śmiertelnych chorób, spadających na nie niczym jastrząb na jagnię. Przekonuje ich, że żadne dziecko nie dożyłoby wieku dojrzewania, gdyby nie szczepienia, że nowotwory zabiłyby całą populację, gdyby nie badania profilaktyczne i onkochemia, że wszyscy wymarliby od cholesterolu, gdyby nie margaryna, że cukier spowodowałby u całej ludzkości cukrzycę, gdyby nie aspartam, że wszystkim wypadłyby wszystkie zęby, gdyby nie fluor i guma Orbit, że słońce spowodowałoby u każdego raka skóry i ślepotę, gdyby nie kremy z filtrami i takież okulary przeciwsłoneczne, że naturalna żywność spowodowałaby światowy głód i pomór z powodu głodu, gdyby nie nawozy sztuczne, środki ochrony roślin i szczyt naukowego postępu w postaci GMO, że cała ludzkość umarłaby z pragnienia, gdyby nie chemiczne napoje z plastikowych butelek, że choroby dobiłyby pozostałe resztki, gdyby nie syntetyczne leki…

Słowem: Natura to największy wróg ludzkości, to zabobon, średniowieczne wstecznictwo i płaska ziemia, ale na szczęście mamy Naukę, która nas uratuje, jednak pod warunkiem, że będziemy się trzymać od natury z daleka. W tym celu powinniśmy zamieszkać w betonowych miastach, najlepiej przykrytych kopułą (Houston będzie świecić przykładem dla innych), jeść wyłącznie GMO (najlepiej lecznicze, z insuliną, statynami, szczepionkami itp.), pić Colę Light, szczepić się na wszystko i nigdy nie wychodzić na słońce.

Bójcie się Natury, ziół i żywności ekologicznej, ale nie bójcie się GMO, elektrowni atomowych ani chemtrails!

Astromaria (bezskutecznie jak na razie) usiłuje skłonić całą tę bezmyślną bandę wyznawców bredni kolportowanych przez pseudo-racjonalistów do podjęcia próby samodzielnego zastanowienia się nad oczywistymi kwestiami: jak to możliwe, że ludzkość zdołała dotrwać do czasów nam współczesnych żrąc tłuste mięcho, smalec, masło, mleko (niehomogenizowane, niepasteryzowane i bez antybiotyków) i sery oraz całą masę zakazanych przez medycynę, rzekomo bardzo niezdrowych, naturalnych i nie poprawionych naukowo smakołyków, uprawianych bez nawozów sztucznych i agrochemii, nie szczepiąc się w ogóle, smażąc się na słońcu od świtu do zmierzchu, nie mając apteki na każdym rogu, bez karetki pogotowia i szpitala, Coca Coli, TVN, CNN, WHO i ONZ?

No, pomyślcie sami, JAK TO BYŁO MOŻLIWE?

Przecież naturalne jedzenie, słońce i brak szczepień zabijają!

Więc jak ci jaskiniowcy przeżyli?

Nie dość, że przeżyli, to jeszcze zasiedlili całą ziemię!

Pomyślcie przez chwilę, myślenie nie boli!

Kiedy próbuję Wam uświadomić, że daliście się doprowadzić do stanu paranoicznego lęku przed chorobami, przez co zatraciliście zdolność logicznego myślenia i racjonalnego działania najczęściej słyszę, że na złość Astromarii zaszczepię swoje dzieci na wszystko, co oferuje Big Pharma lub będę je karmić GMO. I zamieszkam z nimi pod elektrownią atomową. Albo na składowisku odpadów radioaktywnych.

Na złość Astromarii odmrożę sobie uszy. Na złość Astromarii zabiję swoje dzieci paszą GMO i szczepionkami.

Możesz SOBIE baranie szkodzić do woli, żryj GMO, hamburgery i margarynę, pij Colę Light, żuj gumę Orbit, szczep się, unikaj słońca, łykaj tony syntetycznych leków… wolno ci, a ja jestem za wolnością wyboru! To twoje zdrowie, więc masz prawo je zrujnować.

Ale wytłumacz mi, dlaczego chcesz zabić swoje dzieci?

Naprawdę e-mamo, na złość Astromarii jesteś gotowa zabić swoje (i cudze) dzieci?

A zło jak zło
wybaczało błąd
w chwili gdy nie żyli…

Feminizm

Zostałam sprowokowana do wypowiedzenia się na temat feminizmu. Zgodnie z tytułem tego bloga jestem za, a nawet przeciw. Dlatego nie jestem ani za patriarchatem ani za matriarchatem. Jestem za tym, żeby każdy mógł żyć tak, jak chce i lubi i żeby nikt mu nie mówił, że musi żyć tak, jak mu każą.

Jeśli ktoś ma zamiar rozpętać wojnę damsko-męską, to powiem krótko: wojna rodzi wojnę. Z wojny, a szczególnie z wojny płci, jeszcze nigdy nie wynikło nic dobrego, więc może lepiej skierować złość gdzie indziej, na przykład na wyczynowe uprawianie sportu?

A teraz zastanówmy się przez chwilkę: czy przed czasami równouprawnienia kobietom rzeczywiście było aż tak źle? Obawiam się, że feministki grubo przesadzają, twierdząc, że kobiety były prześladowane i ciemiężone. Radzę zajrzeć do powieści obyczajowych i tam poszukać odpowiedzi. Jakoś nie przypominam sobie, żeby kobiety przeżywały jakieś straszne dramaty z powodu rzekomej niemożliwości pracowania w biurze i przekładania tam papierów. Oczywiście w historii były okresy, kiedy kobietom działo się źle, na przykład gdy w Wielkiej Brytanii obowiązywało prawo majoratu, zabraniające kobietom dziedziczenia majątku (czasy powieściopisarki Jane Austen). Prawo to sprawiło, że burdele zapełniły się damami wypędzonymi z majątków, przejętych po śmierci ich mężów przez najbliższych męskich krewnych. Innym przykrym dziedzictwem patriarchatu jest pogarda dla kobiet i kobiecości. Przyznaję, że grube dowcipasy poniżej pasa i inne wcale nie śmieszne żarty na temat kobiet i bab oraz przekonanie niektórych facetów, że kobieta jest tylko seksualną zabawką, którą można bezkarnie obmacywać mogą mocno wkurzać i z tym rzeczywiście należy zdecydowanie walczyć.

Ale jeśli chodzi o konieczność zagonienia wszystkich kobiet do pracy, to ja mam naprawdę bardzo poważne wątpliwości.

Rozumiem kobiety, które mają ambicje naukowe. Uniemożliwianie kobietom studiowania i robienia kariery naukowej tylko dlatego, że są kobietami jest po prostu chore i każdy, kto głosi takie poglądy powinien udać się do psychiatry. Wiem oczywiście na jakie problemy napotykały kiedyś kobiety-uczone, ale jak pokazuje historia dla chcącego (a przede wszystkim prawdziwie utalentowanego) nie ma nic trudnego, skoro udało się nawet Hypatii, żyjącej w czasach ortodoksyjnego patriarchatu. Wiem, zamordowali ją pobożni ludzie, którzy nie mogli pojąć tego zuchwalstwa, ale jednak byli tacy, którzy docenili jej mądrość i przyjęli do elity. Zofia Kowalewska, Emmy Noether, Maria Skłodowska i naprawdę całkiem spora grupa innych dzielnych kobiet wdarła się do tego męskiego świata i pokazała facetom, że też potrafią. W czasach carskich w Warszawie studiowało sporo kobiet. W Warszawie nikt z tego nie robił sensacji. A reszta? Może nie chciała? Może się bała szykan? Może tatuś nie pozwolił? A dziś takie rzeczy się nie zdarzają? Dziś też bywa, że tatuś się nie zgadza i każe iść w pole.

Kobiety z plebsu zawsze pracowały, bo musiały. Były chłopkami pańszczyźnianymi, robotnicami w fabrykach, służącymi we dworach i domach zamożnych mieszczan. Ale czy uważały, że robią karierę? Bardzo wątpię.

Damy z bogatych domów nie pracowały, bo nie musiały. I bardzo wątpię, żeby chciały. Zajmowały się prowadzeniem domu, ploteczkami, organizowaniem bali i przyjęć oraz wychowywaniem dzieci. Jestem bardzo ciekawa, jaka byłaby ich reakcja, gdyby zaproponowano im robienie kariery w biurze, od 9 do 17. Obawiam się, że niezbyt pozytywna.

Feministki krzyczą, że kobiety są prześladowane. A jeśli nie ma na co narzekać u nas, to kierują palec na kraje islamskie i podnoszą krzyk, że tam kobietom dzieje się straszna krzywda, więc trzeba tam pędzić, bombardować ich kraje i wyzwalać biedaczki spod władzy mężczyzn. Ale takie rzeczy gadają tylko ci, którzy nigdy nie byli w żadnym muzułmańskim kraju. Gdyby byli, to musieliby zauważyć, że kobiety widać tam wszędzie: w kasach na lotnisku, w recepcjach hoteli, w urzędach, sądach i szpitalach. Są również na uczelniach, nie tylko jako studentki, ale również jako wykładowczynie. Nawet w Afganistanie, który jawi się nam jako dziki kraj bezwzględnie znęcający się nad kobietami można spotkać kobiety-lekarzy. W islamie mężczyzna nie może dotykać obcej kobiety. Dlatego kobieta nie może iść do lekarza-mężczyzny. Kto więc leczy kobiety i przyjmuje porody? Inna kobieta. Kobieta-lekarz. Kobieta islamu może pracować, ale jako panna, do momentu wyjścia za mąż i potem jako matka, która odchowała już dzieci i nie ma nic lepszego do roboty. Kobieta, która ma małe dzieci siedzi w domu i zajmuje się tylko obowiązkami domowymi. Nie musi się o nic troszczyć, bo obowiązek utrzymania rodziny spoczywa na mężczyźnie. Ja nie wiedzę w tym żadnej patologii, wręcz przeciwnie, też bym tak chciała.

I proszę mi nie mówić, że teściowa znęca się nad biedną muzułmańską żoną, bo tam mają rodziny wielopokoleniowe. A u nas nie ma konfliktów? Żyjemy w takim świecie, w którym zawsze jest źle i zawsze jest powód do narzekania, kłótni i awantur. Nie ma idealnego świata, zawsze coś jest nie tak, jak być powinno.

Co nam dały feministki i ich walka o równouprawnienie?

Kobiety MUSZĄ pracować. Czy tego chcą czy nie chcą, nie mają wyjścia, choćby dlatego, że pensja przeciętnego mężczyzny nie wystarczy do utrzymania rodziny. A co więcej, kobieta, która nie pracuje jest prześladowana. Przez kogo? A przez walczące o prawa kobiet feministki. Kobieta wychowująca własne dzieci to głupia kura domowa, z której feministki się wyśmiewają. Ale czy można z dumą powiedzieć, że dzięki temu każda kobieta robi karierę? Jeżeli przekładanie papierów w urzędzie można nazwać karierą, to tak, jak najbardziej. A może karierę robią panie w korporacji? Oczywiście, jasne, pytanie tylko, dlaczego złośliwcy nazywają to wyścigiem szczurów?

Popatrzmy na te korporacyjne panie. Wszystkie chodzą w takich samych uniformach, czyli w kostiumach lub spodniach i marynarkach, w których w ogóle nie wyglądają jak kobiety. One nie mogą wyglądać jak kobiety, bo zbyt kobiecy wygląd mógłby świadczyć o niekompetencji lub narazić je na seksualne zaczepki kolegów albo wzbudzić zazdrość koleżanek. Ktoś mógłby też rzucić podejrzenie, że chcą zrobić karierę dzięki urodzie i seksowi. Muszą więc wyglądać jak chłopczyce i konkurować z mężczyznami jak równy z równym.

Mają problemy z założeniem rodziny, bo spędzają całe dnie w pracy, a tam jest kategoryczny zakaz flirtowania. Ale jeśli jakimś cudem im się to uda, nie mogą cieszyć się macierzyństwem, bo straciłyby z takim trudem wywalczoną pozycję zawodową. Jeśli więc mają dzieci muszą je powierzyć innym: ukraińskim nianiom lub opiekunkom w żłobku i przedszkolu. Jeśli któraś ma na tyle obrotnego męża, że może pozwolić sobie na rezygnację z pracy, ryzykuje, że odpadnie z wyścigu szczurów i już do niego nie wróci. Ale jeśli jej na tym nie zależy, to i tak nie nacieszy się swoimi dziećmi, ponieważ państwo na to nie pozwoli. Wasze dzieci drodzy obywatele już nie są wasze. To są przyszli obywatele Unii Europejskiej, więc państwo musi dopilnować, żeby zostały wychowane zgodnie ze standardami. Dlatego dziecko musi iść do przedszkola, nawet jeśli ma matkę siedzącą w domu. Musi tam trafić, bo jak naukowo przekonują specjaliści od pedagogiki, bez przedszkola nie poradzi sobie w szkole, a potem w życiu. Dawniej do szkół szły siedmiolatki, dziś sześciolatki, ale już mówi się o tym, że mają tam trafiać pięciolatki. Jak tak dalej pójdzie, państwo będzie odbierać rodzicom niemowlęta. Oczywiście, dla dobra i niemowląt i rodziców: bo rodzice dzięki temu będą mogli bez przeszkód rozwijać się zawodowo i robić karierę, a dziećmi zajmą się najwyższej klasy profesjonaliści, którzy zapewnią im doskonałe, bo oparte na naukowych podstawach wychowanie. Super niania w każdym żłobku i przedszkolu sprawi, że dzieci będą należycie wytresowane i nigdy nie będą sprawiać problemów swoim rodzicom.

Nowy, wspaniały świat…

A co z mężczyznami?

Przyznaję, że dla mężczyzn przyszły ciężkie czasy. Dawniej małżeństwo było zawierane na całe życie i nikogo nie obchodziło, czy było dobre, czy złe. Była to prawdziwa rosyjska ruletka: albo się trafiło na swoją drugą połowę i żyło się w szczęściu, albo życie zamieniało się w piekło. Mężczyzna był panem, a żona i dzieci były całkowicie pod jego kontrolą (chyba, że bogata rodzina kupiła kobiecie unieważnienie małżeństwa). Były to czasy, kiedy mężczyzna zwykle był górą. Dziś górą są kobiety. Mężczyzna, który nie musi troszczyć się o utrzymanie rodziny przestaje czuć się potrzebny i wartościowy, bo kobieta poradzi sobie bez niego. Ona przecież pracuje i zarabia, więc jeśli mąż ją zawiedzie, to się z nim rozwiedzie, a sąd wywalczy dla niej alimenty. Czy można więc się dziwić atawistycznym, męskim lękom, że świat stanie się taki, jak w filmie „Seksmisja”?

Który układ jest lepszy, a który gorszy? Odpowiedzcie sobie sami.

Na zakończenie: gdyby ktoś pytał, dlaczego feministki postanowiły wyzwolić te biedne, uciśnione kobiety, powiem coś zupełnie niepoprawnego politycznie. Nie chodziło o dobro kobiet, lecz o interesy bankierów, którzy wyliczyli, że podatki z jednej pensji to za mało. Gdyby udało się zagonić do roboty kobiety, wtedy wynagrodzenie mężczyzn musiałoby zostać obniżone mniej więcej o połowę, a tę drugą połowę dostałyby kobiety. Podatek z dwóch pensji to coś znacznie lepszego, niż z jednej. Przy okazji państwo zyskuje kontrolę nad obywatelami, o czym napisałam wyżej. W tym celu bankierzy zasponsorowali kampanię uświadamiania kobiet, jak bardzo są nieszczęśliwe i prześladowane oraz stworzyli zorganizowany ruch feministyczny. Resztę tej historii znacie z autopsji.

Moje spotkanie z homeopatią

U mojego, wówczas ok. 10-letniego synka, badanie USG, przeprowadzone w Centrum Zdrowia Dziecka, wykazało kamień w nerce. Oczywiście ta diagnoza wywołała moje przerażenie, a gdy spytałam lekarkę, w jaki sposób można się tego kamienia pozbyć, moje przerażenie wzrosło jeszcze bardziej. Widząc moją minę pani doktor powiedziała, że ma telefon do lekarza homeopaty i jeśli jestem zainteresowana niekonwencjonalnymi metodami działania, to mogę zadzwonić do niego i spytać, czy może mi pomóc. Zgodziłam się z nadzieją i już wkrótce siedziałam z dzieckiem w poczekalni.

Lekarz obejrzał wyniki badań, po czym zadał dziecku całą serię dziwnych i nietypowych pytań, np. czy nerka bardziej boli gdy się schyla, gdy stoi w pozycji pionowej, czy gdy się położy. Po badaniu otrzymaliśmy kropelki i małe kuleczki do ssania. Po jakimś czasie zgłosiliśmy się na badanie kontrolne. Syn znów odpowiadał na dziwne pytania i znów otrzymał lekarstwa, tym razem inne.

Po kilku miesiącach lekarz kazał zrobić kontrolne badanie USG. Udaliśmy się więc ponownie do CZD. Poproszono nas o pokazanie wyników poprzedniego badania, a dziecku kazano położyć się na leżance. Przeprowadzający badanie lekarz sprawdzał kilkakrotnie kable, stukał w monitor i kręcił głową ze zdziwieniem, po czym stwierdził, że chyba aparat się popsuł. Kazał więc przejść do innego. Tam sytuacja się powtórzyła. Gdy i trzeci aparat nie wykazał obecności kamienia, lekarz poczuł się sfrustrowany i stwierdził, że kamienia nie ma, a więc musiało go nie być już przedtem i że ktoś postawił złą diagnozę. Patrząc na nas ironicznym wzrokiem oświadczył lekko pogardliwym tonem, że najprawdopodobniej poprzednie badanie było przeprowadzone przez niewłaściwie przeszkoloną osobę, w gabinecie nie posiadającym stosownych uprawnień i na niedobrym sprzęcie.

Bez słów pokazałam mu opis wykonany na papierze firmowym CZD i podpisany nazwiskiem szanowanego specjalisty. Lekarza lekko zatkało, po czym spytał, czy i ewentualnie w jaki sposób leczyliśmy naszego syna. Gdy poinformowałam go, że jest to wynik stosowania leczenia homeopatycznego, lekarz nie ukrywał wściekłości i po prostu wyrzucił nas brutalnie za drzwi.

Najwyraźniej był to bezkrytyczny i fanatyczny wyznawca prawd objawionych, przekazanych mu przez jakiegoś sławnego, szanowanego i będącego wielkim autorytetem nauczyciela akademickiego, dla którego medycyna alternatywna była nie czym innym, jak tylko znienawidzoną szarlatanerią. I cóż z tego, że pan doktor miał oto przed sobą niezbity dowód skuteczności homeopatii i że mógł się dzięki temu czegoś dowiedzieć i nauczyć. Dla dogmatyka obiektywna prawda się nie liczy. Jeśli dowody podważają świętą teorię, to trzeba te dowody ukryć.

Przeciwieństwa są tym samym II, czyli homeopatia przed sądem

Czy coraz bardziej zmierzamy ku totalitarnemu zamordyzmowi i przejęciu całej władzy nad światem przez psychopatów?

I znowu mamy tu jak na dłoni dowód na to, że przeciwieństwa są tym samym. Tak zwani normalni ludzie z reguły zajmują we wszystkich kwestiach stanowiska neutralne lub agnostyczne, w przeciwieństwie do psychopatów, którzy zawsze opowiadają się po stronie skrajności, a co gorsze, są przekonani, że cel uświęca środki. Nieważne, ilu myślących inaczej podepczą po drodze. Nie liczy się dla nich obowiązujące w państwie prawo, rozum, niepodważalne dowody ani logika, lecz ich własne, pozbawiające rozumu dogmaty („to jest niezgodne z nauką” / „to jest niezgodne z nauką Kościoła”). Oni zawsze są przekonani, że  tylko oni mają rację i tylko oni znają prawdę, więc jest dla nich oczywiste, że mają prawo narzucić reszcie społeczeństwa swoje wierzenia siłą (to, w co wierzysz ty się nie liczy). Nie szanują prawa innych ludzi do życia według własnych zasad, ponieważ nie tolerują żadnej wolności myśli ani działania. Takich właśnie ludzi werbowali dyktatorzy pokroju Hitlera czy Stalina, a najbardziej przerażający jest fakt, że wśród tych bezwzględnych aparatczyków najwięcej było lekarzy.

Medycyna alternatywna ma zniknąć z powierzchni ziemi nie dlatego, że szkodzi (śmiertelność na onkologii wynosi 98%, ale nikt z tego powodu nie żąda delegalizacji tego działu naukowej medycyny) lub jest nieskuteczna (2% skuteczności onkologii to tylko listek figowy, bo 0% byłoby wstyd wpisać na listę sukcesów), lecz dlatego, że kilku gniewnych fanatyków z czysto (irr)acjonalnych, a raczej dogmatycznych powodów jej nie toleruje („to jest niezgodne z nauką”). Ludzie ci postanowili działać w myśl zasady: cel uświęca środki. Tak jak woda drąży skałę, tak oni drążą prawo i będą to robić dopóty, dopóki nie skoroduje, a wtedy je  zmienią według własnego kaprysu. I cóż z tego, że homeopatia jest legalna i szanowana w całym cywilizowanym świecie, cóż z tego, że pacjent ma prawo do samodzielnego wyboru metody leczenia, cóż z tego, że homeopatię praktykują lekarze z co najmniej II stopniem specjalizacji? Co z tego, że żadnemu homeopacie nie zmarł żaden pacjent? Co w końcu z tego, że to medycyna alopatyczna truje, szkodzi i morduje ludzi niczym obóz w Auschwitz? To wszystko nie ma znaczenia. Bo i tu i tam chodzi o dogmat. Dla katolików ostatecznym autorytetem jest ich święta księga, a dla materialistycznych racjonalistów wyrocznią jest „metoda naukowa”. Nie liczą się skutki, lecz wyłącznie wierność zasadzie.

Naczelna Rada Lekarska raz już pozwała homeopatię przed oblicze sądu i proces sromotnie przegrała. Jak dowiadujemy się z dzisiejszych „Faktów” (w cudzysłowie, bo takie to są właśnie „fakty”) TVN, tym razem Konstanty Radziwiłł postanowił uderzyć nie w homeopatię, lecz w konkretnego lekarza, doktora Jana Baranowskiego z Poznania.

Powinnam tu pewnie wyrazić swoje najświętsze oburzenie. Ale są granice absurdu. Kiedy się je przekroczy robi się zwyczajnie śmiesznie.

Tak, panie Radziwiłł, grubo przekroczył pan granicę śmieszności. I o co będzie pan oskarżał tego biednego doktora? Czy udowodni mu pan, że jest mordercą? Że jego leki trują, okaleczają lub zabijają? Czy ten doktor ma jakąkolwiek szansę w konkursie z dowolnym, a zwłaszcza „wybitnym” onkologiem, w kategorii „roczna średnia zgonów powierzonych mi pacjentów”? Skoro tak się pan pali do karania lekarzy, niech się pan weźmie za diabetologów i onkologów, których działalność już dawno powinna zostać zdelegalizowana z powodu okaleczania i mordowania pacjentów. Wbrew temu, co twierdzi medycyna alopatyczna cukrzyca jest chorobą całkowicie i w krótkim czasie uleczalną. Podobnie jest z nowotworami i praktycznie wszystkimi innymi chorobami „nieuleczalnymi”. Jeśli ktoś umiera na te choroby, to wyłącznie na własne życzenie i z niewiedzy, wynikającej z wiary w autorytet lekarzy.

Jeśli prawo jest prawem możemy być pewni, że doktor Baranowski wyjdzie z tej potyczki jako zwycięzca, a nawet w myśl zasady, że nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, jego sława i kariera po tym incydencie rozkwitną. A jeśli nie, to miej nas Boże w opiece, bo będzie to znak, że skończyło się prawo i że zostaliśmy całkowicie oddani na pastwę psychopatów.

Jeśli w Polsce wciąż jeszcze obowiązuje prawo, to doktor Baranowski może spać spokojnie. Nikogo nie zabił, nikt z pacjentów nie oskarżył go o szkodzenie, a nawet wręcz przeciwnie, pacjenci tłumnie przybyli do sądu, żeby zeznawać w obronie swojego lekarza, więc żaden sąd nie ma podstaw, żeby go skazać. Nie ma zbrodni, nie ma kary.

Pan Radziwiłł nie twierdzi bynajmniej, że homeopatia szkodzi i nie zapowiada przedstawienia dowodów na taką tezę. Takie stwierdzenie musiałby podeprzeć jakimiś dowodami naukowym, powołać się na wyniki badań i statystyki, ale takich nie ma. Zamiast tego wysunął bardzo dziwaczny argument: „homeopatia w XXI wieku jest metodą, która powinna być po prostu zarzucona”. Inny argument? Że leki homeopatyczne mają „dziwaczne” pochodzenie: z roślin, zwierząt i pszczół, że się je rozcieńcza i że się je potrząsa. I że pacjenci są PRZEKONANI, że homeopatia działa. Ciekawe, skąd bierze się to ich „przekonanie”? Czyż nie z faktu, że zostali wyleczeni? Domyślamy się – to pewnie dlatego, że są zabobonni i bezrozumnie wierzą w płaską ziemię.

Leki homeopatyczne mają pochodzenie naturalne – co w tym dziwacznego? Tu bynajmniej nie chodzi o ową rzekomą „dziwaczność”, lecz wyłącznie o to, że roślin ani zwierząt nie można opatentować. Oznacza to, że nie można się na nich wzbogacić. Wielką kasę można robić wyłącznie na lekach chemicznych. I tu mamy wyjaśnienie całej tajemnicy. Homeopatia leczy tanio, szybko i skutecznie, a alopatia wręcz przeciwnie. A przecież pacjent musi być dojną krową nie tylko dla lekarzy, ale i dla koncernów farmaceutycznych. Zdrowie jest niedochodowe, zarabia się wyłącznie na chorobach.

Dalej dowiadujemy się, że w Polsce homeopatię praktykuje ponad 5000 DYPLOMOWANYCH lekarzy, a ten proces ma być dla nich przestrogą, że każdy może trafić przed sąd lekarski. A ja ponownie spytam: za co? Czyżby wyłącznie za to, że pan Radziwiłł stawia się ponad prawem i bez powodu pozywa do sądu ludzi, którzy prowadzą w pełni legalną praktykę?

Wszystko to jest kuriozalne, ale najlepsze jest podsumowanie Marka Nowickiego: „Walka Izb Lekarskich z lekarzami, którzy stosują homeopatię jest skazana na niepowodzenie, z bardzo prostej przyczyny: lekami homeopatycznymi pogardza nałka, ale nie pacjenci”.

Nałka to może sobie pogardzać czym chce, ale od wymierzania sprawiedliwości są sądy. A te na szczęście (przynajmniej jeszcze na razie) muszą sądzić według prawa. Nie ma zbrodni, nie ma kary.

Tak na marginesie: oba przeciwieństwa, czyli Kościół z jednej strony i racjonaliści z drugiej dziwnie zgodnie zwalczają te same idee, o czym pisałam wielokrotnie. Wszystkie skrajności spotykają się ze sobą…

Z ostatniej chwili: kolejna przegrana NIL w sprawie homeopatii!!!

Lekarz-homeopata uniewinniony po trzyletnim procesie

Sąd lekarski uznał za niewinnego poznańskiego lekarza Jana Baranowskiego stosującego homeopatię. Sprawa o naruszenie Kodeksu Etyki Lekarskiej toczyła się przed Okręgowym Sądem Lekarskim w Poznaniu od trzech lat.\W 2006 roku prezes Naczelnej Rady Lekarskiej Konstanty Radziwiłł zwrócił się do okręgowego rzecznika odpowiedzialności zawodowej w Poznaniu o przyjrzenie się metodom leczenia doktora Baranowskiego. Za pierwszym razem sprawę umorzono. Po odwołaniu prezesa Radziwiłła wszczęto postępowanie przed Sądem Lekarskim w Poznaniu.

Jan Baranowski zapewniał, że jest niewinny. „Nie naruszyłem Kodeksu Etyki Lekarskiej” – mówił lekarz jeszcze przed ogłoszeniem wyroku:

Baranowski podkreślał, że stosuje leki homeopatyczne, które są dopuszczone do obrotu. Tymczasem według Naczelnej Rady Lekarskiej, homeopatia nie jest uznaną metodą leczenia w Polsce.

Do Sądu Lekarskiego przyszło dziś kilkadziesiąt osób, które wspierają doktora Baranowskiego. Na rozprawę mogli wejść tylko lekarze z prawem do wykonywania zawodu.

Promotor homeopatii

Jan Baranowski od 2003-ego roku jest prezesem Wielkopolskiego Stowarzyszenia Homeopatów Lekarzy i Farmaceutów w Poznaniu. Wielokrotnie zwracał się do ministerstwa zdrowia o uznanie homeopatii jako metody terapeutycznej i wpisanie jej na listę dodatkowych umiejętności lekarskich.

Szacuje się, że w Polsce jest około 5-u-6-u tysięcy osób leczących metodami homeopatycznymi.

We wszystkim bez wyjątku potrzebny jest umiar

Wszystko jest trucizną i nic nie jest trucizną, bo tylko dawka czyni truciznę – Paracelsus

Każda rzecz, bez wyjątku, w nadmiarze szkodzi. Dotyczy to nie tylko leków, jedzenia czy rozrywek, ale i idei. Jeśli od razu wypijesz całe lekarstwo, przepisane ci przez lekarza umrzesz, a przynajmniej poważnie się zatrujesz, ale jeśli będziesz je dawkował rozsądnie wyzdrowiejesz.

Mamy dwie symetryczne strony ciała i analogicznie dwie strony umysłu (półkule mózgu). Mózg składa się z połowy racjonalnej (lewa półkula) i irracjonalnej (prawa). Należy używać obu, bo wszystko co otrzymaliśmy od Stwórcy jest nam potrzebne, a nawet niezbędne.

W życiu jednakowo potrzebujemy wiary, jak i rozumu. Jednak „wiara” to nie to samo, co religijne zniewolenie. Wiara nie jest potrzebna do tego, żeby wierzyć w każde kłamstwo księży, polityków czy dowolnego rodzaju psychomanipulatorów, lecz do tego, żeby UFAĆ, że istnieje Siła Wyższa (jakkolwiek pojmowana), która nad nami czuwa i nami mądrze kieruje.

Człowiek nie może bezpiecznie funkcjonować w życiu, jeśli kieruje się samą wiarą. Ale podobnie zginie, jeśli jedynym jego przewodnikiem będzie czysty rozum. Należy myśleć, ale nie tak intensywnie, żeby ogłuchnąć od tego na głos intuicji i sumienia.

Jeśli odrzucasz jakąkolwiek ideę tylko dlatego, że kazano ci się zafiksować wyłącznie na jej przeciwieństwie, automatycznie stajesz się niebezpiecznym fanatykiem, potencjalnym terrorystą, w każdej chwili gotowym owinąć się materiałami wybuchowymi lub kamikadze, którego psychopatyczna władza może wysłać na misję, żeby siać tam śmierć wśród inaczej myślących. Jeśli nie poznasz racji strony przeciwnej, nie będziesz wiedział, dlaczego niektórzy, zupełnie nawet inteligentni i wykształceni ludzie myślą inaczej niż ty. A jeśli ich nie wysłuchasz (nie zrobisz tego, bo przecież powiedziano ci, że masz ślepo wierzyć wyłącznie temu, co jest w Katechizmie lub trzymać się wyłącznie prawd głoszonych na portalu Racjonalista i pod żadnym pozorem nie dawać posłuchu nikomu i niczemu innemu), będziesz wierzył, że są ciemni, prymitywni i źli i że należy ich pozabijać. Gdybyś jednak posłuchał ich racji, mogłoby się okazać, że w przeciwieństwie do tego, co ci wmówiono ludzie ci wcale nie są dzicy ani głupi. Niestety, jest bardzo możliwe, że reprezentują oni skrajne przeciwieństwo wyznawanej przez ciebie ideologii, a więc są tak samo zaślepieni i tak samo niezdolni do racjonalnego myślenia i do odczuwania empatii oraz zrozumienia. I właśnie dlatego prawdopodobnie pozabijacie się wzajemnie, nawet nie próbując się porozumieć.

Właśnie o to chodzi psychopatom, którzy stworzyli na tym świecie religie, ateizm, filozofie dla idiotów i przeciwstawne frakcje polityczne.

Chodzi im o to, żeby pokazywać ludziom wyłącznie jedną stronę medalu, czyli hipnotyzować ich fanatycznymi ekstremizmami i napuszczać jednych na drugich.

Jeśli bezkrytycznie słuchasz tego, co gadają z ambony, będziesz żył w nienawiści do całego, niekatolickiego świata, tkwiąc w złudzeniu, że jest on grzeszny i skazany na zagładę. Ksiądz będzie ci wmawiał, że prawi kazanie pełne chrystusowej miłości, a jednocześnie będzie lał w twoją duszę jad nienawiści do „aborcjonistów”, pedałów, Żydów, ateistów, komuchów, okultystów, relatywistów moralnych, szamanów, medycyny naturalnej, oraz wyznawców wszystkich innych religii, a nawet odłamów chrześcijaństwa.

Jeśli bezkrytycznie czytasz to, co piszą na Racjonaliście jakiś światły myśliciel będzie ci wmawiał, że jest krzewicielem tolerancji i wolności i nawet nie zauważysz, jak zaszczepi ci nienawiść do wyznawców wszystkich religii istniejących na tym świecie, okultystów, relatywistów moralnych, szamanów, medycyny naturalnej, nienaukowych zabobonów itp.

Wszyscy oni stroją się w piórka miłości i tolerancji, tym cię hipnotyzują, więc nie jesteś w stanie dostrzec, jak strasznie cię oszukują. Nie potrafisz dostrzec i tego, że zamiast deklarowanej miłości czy tolerancji wszczepiają ci nietolerancję i nienawiść do wszystkich, którzy ośmielają się myśleć samodzielnie i realizować swoją własną ideę wolności.

Wystarczy niewielka iskra, żeby wysadzić ten tygiel religijno-racjonalistycznej nienawiści w powietrze.

I o to właśnie chodzi.

Chodzi o to, żeby ludzkość nigdy nie dowiedziała się, jak wielki posiada potencjał, który mógłby zostać wykorzystany dla dobra ludzkości i całego Wszechświata.

Właśnie z powodu tego powszechnego ogłupiania, jednakowo ze strony religii jak i racjonalizmu, jesteśmy i z każdą chwilą coraz bardziej stajemy się bandą pozbawionych wszelkich praw niewolników. Rodzimy się już zniewoleni. Nie jesteśmy nawet właścicielami swojej własnej, prywatnej osoby, lecz własnością systemu państwowego i banków (każdy rodzi się astronomicznie zadłużony, różnica polega jedynie na tym, jak wysokie jest zadłużenie kraju, w którym przyszedł na świat).

Nie mamy prawa decydować ani o własnym życiu, ani o śmierci, bo władza narzuca nam przepisy prawne, które uniemożliwiają nam podjęcie jakiejkolwiek suwerennej decyzji. Pozbawiono nas prawa do decydowania o sposobach zachowania zdrowia i metodach leczenia w razie choroby. Odebrano nam głos w sprawie aborcji i eutanazji, a teraz odbiera się nam prawo do decydowania o tym, czy chcemy szczepić siebie i swoje dzieci.

Pozbawiono nas tego dlatego, że sami na to pozwoliliśmy, bo daliśmy się ogłupić „szczytnym” hasłom głoszonym z ambon, bo daliśmy się nabrać na bajki, że „życie jest największym darem” i że należy je chronić za wszelką cenę, nawet wtedy, gdy jest ono nieznośną i pozbawioną sensu męczarnią. Staliśmy się niewrażliwi na ból i cierpienie bliźnich, bo daliśmy się zaślepić ideologii „miłości” i „obrony życia”.

Nasze dzieci nie są i coraz bardziej przestają być nasze. W znacznym stopniu pozbawiono nas praw rodzicielskich, a my tego nawet nie widzimy. Uważamy, że to jest normalne i że państwo ma prawo narzucać obywatelom swoje decyzje, jeśli są one dyktowane troską o „nasze dobro”. Ale nadmiar czegokolwiek, nawet dobra, zawsze zamienia się w swoje przeciwieństwo, a więc w w zło.

Sami przyjęliśmy to jarzmo i sami musimy się teraz z niego oswobodzić. Jeśli tego nie zrobimy już wkrótce zostaną nam odebrane nawet te ostatnie prawa obywatelskie, które jeszcze udało się nam zachować. I wszystko to będzie robione pod hasłami „naszego dobra” i „ochrony naszego życia”.

Zacznie się od zawieszenia konstytucji państwowych, bo „dla naszego dobra” trzeba nas wszystkich zaszczepić. Później, „dla naszego dobra” zostaniemy zachipowani – to jest przecież „dobre”, bo dzięki temu nikt nas nie okradnie ani nie uprowadzi w nieznanym kierunku. A na końcu, „dla naszego dobra” zostaniemy umieszczeni w europejskich odpowiednikach obozów FEMA. Kto przeżyje, ten „dla dobra całej planety” zostanie umieszczony w getcie, bo gdyby tam nie trafił, zatrułby dwutlenkiem węgla i odchodami całą naszą piękną Ziemię. Władze już tłumaczą nam „naukowo”, że w swoim skrajnym egoizmie nie potrafiliśmy na czas zrozumieć, że ludzkoś jest na tej planecie pasożytem. Przecież wszyscy są zgodni co do zasady, że pasożyty się wybija.

Mamy wybór – albo będziemy posłuszni władzy i sami zgłosimy się po swoją porcję śmierci, albo zorganizujemy ruch oporu i pokażemy, kto jest właścicielem tej planety. A przede wszystkim, kto jest jedynym, prawowitym właścicielem swojej własnej osoby.

Wkraczamy w Erę Wodnika i jak zawsze mamy dwie opcje do wyboru.

W Erze Ryb mieliśmy wybór między miłością a ofiarą. Wybraliśmy ofiarę. Była to era tragicznych wojen i holokaustów, które pochłonęły niezliczone ofiary.

Obecnie mamy wybór między rozwojem nauki i techniki a wolnością. Jeśli wybierzemy bezduszną technikę, zamieni nas ona w cyborgi, biologiczne organizmy z cybernetycznym oprogramowaniem, nie posiadające wolnej woli, lecz pracujące na rzecz „wspólnego dobra”. Jeśli wybierzemy „wolność” pozostaniemy wolni.

Ale to, co się stanie zależy wyłącznie od nas. Nic nie jest z góry przesądzone, żaden determinizm samoistnie nie sprawi, że zostaniemy zniewoleni, ale tak samo nie sprawi on, że zostaniemy wyzwoleni. To my sami musimy podjąć decyzje i odpowiednie działania. Brak działania też jest działaniem, tyle tylko, że wtedy zadecydują za nas inni. Czyli ci, którzy do tej pory trzymali stery naszej wolności. A więc psychopaci.

Wybitna moc nie ma świadomości mocy. Marna moc nie może obyć się bez mocy, dlatego nie jest mocą – Lao Tsy

Psychopaci nie są silni. Ktoś, kto czuje przemożną potrzebę władzy i kontroli daje tym samym dowód swojej słabości. Tymi ludźmi kieruje lęk. Boją się oni, że jeśli nie będą wszystkiego kontrolować, staną się sami ofiarami chaosu. To jest chore. Przecież nie możemy pozwolić chorym ludziom rządzić naszym światem.

Pięć kroków do tyranii

Pewnie większość zna ten film, ale są też i tacy, którzy go nie widzieli. Zamieszczam go tu, ku przestrodze. Niech każdy sam się zastanowi, czym grozi słuchanie zapalczywych słów „uczonych” oraz agitacji uznanych autorytetów.

Richard Dawkins w swoim najnowszym filmie „Wrogowie rozsądku” nawołuje do starcia z powierzchni ziemi wszelkich zabobonów, nawet takich, które nikomu nie szkodzą, np. medytacji, modlitwy, klepania mantr. Nasi „światli” uczeni, zafascynowani autorytetem tego wielkiego guru rozpętali wojnę „w obronie rozumu”, nie widząc, że jednocześnie rzucili wyzwanie pokojowi, porządkowi społecznemu, demokracji i wolnościom obywatelskim.

Jest rzeczą żenującą, że psycholog z tytułem magistra nie zna tak sławnych eksperymentów psychologicznych (patrz: film poniżej), jak np. ten, który przeprowadziła Jane Elliot z Iowa w USA, dzieląc grupę trzecioklasistów (a później również dorosłych) na „lepszych” (niebieskookich) i „gorszych” (brązowookich). Pan psycholog również jak widać podzielił ludzi na niebieskookich (racjonalistów) i brązowookich (wierzących w to, co on uważa za zabobony). Jest to wstyd i kompromitacja dla polskich uczelni – komu wydają tam dyplomy?!

Dziś nie wolno prześladować Żydów ani gejów, bo jest to w złym tonie. Ale psychopata bez prześladowań nie umie żyć. Bez pogromów się nudzi, bo nie czuje, że żyje. Więc teraz to my staliśmy się czarownicami do palenia. Idzie kolejna noc kryształowa – uważajcie wróże, bo będą tłukli wasze kryształowe kule!

Co robić, gdy na wojnę zbroją się tytani? Proponuję kupić schrony (produkują takie „jednorodzinne”) i przeczekać, aż świat po raz kolejny oczyści się w krwawym zrywie z idiotów i fanatyków. Nie radzę nikomu włączać się do walki. Kto walczy, ten robi wojnę. Pokoju przy pomocy wojen nikt jeszcze nie wprowadził. Wojna rodzi wyłącznie wojnę, chyba, że wszyscy waleczni „rycerze” wyrżną się w pień, wtedy na jakiś czas zapanuje spokój.

[Tu jest playlista]

Zapraszam też do przeczytania mojego tekstu, próbującego wyjaśnić, skąd bierze się tyrania i jakie są źródła uległości wobec niej (oraz dlaczego ludzie zachowują się tak, jak niektórzy komentatorzy tego bloga).

Jeszcze o religiach i ateizmie

Obecnie lansowany jest pogląd, że religie są źródłem wszelkiego zła. Owszem, przyznaję, że religie mają raczej kiepską reputację. Stosy, pogromy, zamachy na kliniki, religijny terroryzm, wtrącanie się klechów w sprawy świeckiego państwa i nie podzielających ich wierzeń obywateli… długo można by wymieniać.

Wszystko to prawda, ale obecnie daje się zauważyć istną inwazję napastliwego i fanatycznego ateizmu. Rozumiem, że przez lata ateiści mogli czuć się zepchnięci do niebytu. Było ich mało, a przyznawanie się do ateizmu nawet dziś może być ryzykowne. Teraz ich szeregi rosną, a oni czują się coraz pewniej, więc pragną się ujawnić i zamanifestować swoją obecność. OK. Problem w tym, że nie jawią mi się oni jako anioły dobroci, tolerancji ani nawet mądrości. Wręcz przeciwnie. Obserwując ich popisy w różnych miejscach postrzegam ich tak samo jak ciemnych, prymitywnych i brodatych talibów.

Tu od razu spieszę donieść, że dostrzegam zasadniczą różnicę między tym, co obserwuję na zachodzie Europy, a tym, co dzieje się na naszym, krajowym podwórku. Na zachodzie ateiści po prostu nie praktykują żadnej religii. I to wszystko. Polski ateista to jakiś krwiożerczy siepacz.

Religie nie są „źródłem wszelkiego zła”, to tylko Richard Dawkins tak twierdzi. Źródłem wszelkiego zła jest człowiek, który daje sobą manipulować. Dawniej wykorzystywano do tego religie, a dziś nadchodzi terror ateizmu. Popatrzcie trzeźwo, co się dzieje, jak ateiści nawołują do nienawiści, nietolerancji i zwalczania religii, metafizyki i innych „zabobonów”. Nawet nauka bierze w tym udział, na co dowodem był niedawny „List w obronie rozumu”, będący w rzeczywistości listem nawołującym do nietolerancji światopoglądowej. Domagano się tam ni mniej ni więcej tylko ograniczenia swobód obywatelskich, bo jak można nazwać żądanie zakazania uprawiania jakiegokolwiek zawodu, który nie wymaga przelewu krwi ani wykorzystywania bezbronnych bliźnich? Czym jest próba odebrania obywatelowi prawa do decydowania o tym, czy i jak chce być leczony?

Godny podkreślenia jest fakt, że pod tym listem podpisywali się wspólnie, ręka w rękę, przedstawiciele racjonalizmu i religii, dając najlepszy dowód na głoszony przez ezoterykę pogląd, że oba te rzekome przeciwieństwa są w istocie tym samym. Tę tezę głoszę na tym blogu od zawsze!

Nie tylko NWO jest wrogiem. Nie tylko NWO chce nas pozbawić wolności obywatelskich. Wśród zwykłych „naukowców” i „oświeconych racjonalistów” znajdziecie wielu takich, którym marzy się „młot na czarownice”, prześladowania i pozbawianie ludzi praw. Ateizm może się okazać jeszcze gorszy, niż religie. Religie już znamy, więc przynajmniej wiemy, czego się po nich spodziewać.

Zlikwidujemy religie? OK, pięknie! Ale trzeba wiedzieć, że natura nie znosi próżni. Nisza po religiach natychmiast zapełni się inną szumowiną. Oby nie gorszą.

Każda skrajność jest niebezpieczna. A zarówno religia, jak i ateizm są skrajnościami właśnie!

Dostrzeganie tylko prawej i lewej strony, czyli wyłącznie dwóch punktów leżących na płaszczyźnie, przystoi płaszczakom, żyjącym w dwuwymiarowej rzeczywistości, ale nie ludziom żyjącym w rzeczywistości trójwymiarowej. My, istoty trójwymiarowe mamy do wyboru więcej niż tylko dwie opcje. Żeby to zobaczyć trzeba stanąć na nogach, w pozycji pionowej, zamiast leżeć płasko plackiem przed kapłanami czy Richardem Dawkinsem.

Władzy zależy na tym, żebyś widział tylko dwie, przeciwne strony medalu. Władza poprzez środki masowego przekazu każdego dnia pierze ci mózg, starając się sprawić, żebyś nie dostrzegł żadnych innych możliwości. Hipnotyzują cię, żebyś się dokładnie zafiksował na tym sposobie myślenia i postrzegania. Dzięki temu mogą zrobić z ciebie uniwersalnego żołnierza.

Jeśli dasz się namówić do opowiedzenia się po którejkolwiek z przeciwstawnych opcji, cwani politycy natychmiast wykorzystają sytuację, żeby skłócić ze sobą przeciwne obozy. Poczekaj tylko, niech wzrośnie liczba ateistów. Gdy staną się liczącą się siłą wtedy napuści się na nich armię Boga, a władza będzie patrzeć, jak sobie wzajemnie urywacie łby. Tym sposobem nigdy nie zakończymy wojen ideologicznych. I żadnych innych również.

Jeśli staniesz z boku, zobaczysz głupców, którzy dali się zmanipulować: jedni posłuchali kapłanów, a inni ateistów. Jeśli przyjmiesz pozycję neutralną nie dasz się namówić do prześladowania ani zabijania nikogo, bo to nie będzie twoja wojna. I staniesz się człowiekiem wolnym.

Myślisz, że światem rządzą demokratycznie wybrane rządy? Bynajmniej! Kontrolę sprawują ci, których istnienia nawet się nie domyślasz. Rządy (i wojny) służą im, a nie obywatelom. Nie daj z siebie zrobić mięsa armatniego!

LIST OTWARTY PUBLICYSTÓW W OBRONIE TOLERANCJI I WOLNOŚCI WYKONYWANIA ZAWODU

W związku z podpisanym przez grupę naukowców i skierowanym do ministra pracy i polityki społecznej tzw. „Listem otwartym w obronie rozumu”, w którym de facto zakwestionowano prawo wykonywania zawodu m.in. przez radiestetów, naturalnych terapeutów, osoby zajmujące się paranormalnym prognozowaniem itp., oświadczamy, co następuje:

Wspomniany „List” niezależnie od jego wysoce obraźliwych i niedopuszczalnych sformułowań (vide sam nagłówek „W obronie rozumu” sugerujący bezrozumność osób, które zajmują się określoną działalnością, jak również tych, którzy z ich usług korzystają) stanowi zaprzeczenie zasad tolerancji, a jednocześnie brutalną próbę ograniczenia praw i wolności obywatelskich.

W Polsce nie istnieje obowiązek wyznawania światopoglądu naukowego, czy religijnego. Nie jest też możliwe nakazanie komukolwiek, by uczęszczał na naukowe wykłady zamiast korzystać z usług radiestetów, niekonwencjonalnych terapeutów czy paranormalnych prognostów. To prywatna sprawa każdego człowieka, który dokonuje w tej sferze suwerennych wyborów, kierując się przy podejmowaniu decyzji własnym systemem wartości, zasobem osobistych doświadczeń i najlepiej pojętą wiedzą, która nie musi być zgodna z kryteriami uznanymi przez autorów „Listu” za jedynie słuszne.

W tej sytuacji uwzględnienie wspomnianych zawodów oraz specjalności w przepisach – co stanowi konsekwencję ich trwałego funkcjonowania w praktyce społecznej – jest nie tylko uzasadnione, lecz wręcz niezbędne, gdyż umożliwia pobór z tego tytułu podatków, uiszczanie składek na ubezpieczenia społeczne, zdrowotne itp.

Za niedopuszczalny i szczególnie godny ubolewania uważamy pogardliwy i niestroniący od obelg ton „Listu w obronie rozumu” w odniesieniu do osób o innych zapatrywaniach i poglądach niż jego autorzy. Takie sformułowania jak: Niżej podpisani uważają za skandaliczne umieszczenie na tej liście (chodzi o urzędową klasyfikację zawodów i specjalności) szeregu profesji niemających nic wspólnego z cywilizacją XXI wieku, a już na pewno z oficjalnie głoszoną przez Rząd RP ideą tworzenia społeczeństwa opartego na wiedzy; szerzenie zabobonów i pseudonaukowego spojrzenia na otaczającą nas rzeczywistość; obraza itp. – naruszają godność ludzi, którzy udzielają innym niejednokrotnie skutecznej pomocy, czyniąc to za ich zgodą i aprobatą. Stanowi to zarazem niczym nieusprawiedliwioną próbę anarchizowania obowiązującego porządku prawnego, który musi uwzględniać różne postawy i modele społecznych oraz indywidualnych zachowań wraz z towarzyszącym im systemem wartości. Dlatego stanowczo sprzeciwiając się takiej metodzie forsowania własnego punktu widzenia, jaką obrali autorzy „Listu otwartego”, apelujemy do kolegów dziennikarzy o przyłączenie się do naszego protestu.

Warszawa, 5 marca 2009 r.

UWAGA: Jak sam tytuł wskazuje, publikowany tu list jest LISTEM PUBLICYSTÓW, dlatego warunkiem podpisania się pod nim jest spełnienie kryterium podmiotowego (publicysta), przy czym nie musi to oznaczać wykonywania zawodu dziennikarskiego. Wystarczy w tej mierze publicystyczna aktywność (obecność) w mediach włącznie z elektronicznymi. Swój akces prosimy składać przysyłając e-maile do Redakcji NŚ: redakcja@nieznany.pl

List tej treści został opublikowany przez redakcję Nieznanego Świata. Zachęcam wszystkich blogerow i autorów stron www do jego podpisywania!!! A tych, którzy nie są publicystami zachęcam do wpisywania się w komentarzach pod listem.