Komentarz polskiego prawnika do Przekrętu wszechczasów – cz. 2

Tytułem wstępu, jedna z komentujących tu osób dobrze zauważyła, że zarówno moje wpisy jak i Piotrasa przedstawiane są z dwóch różnych punktów widzenia (i nie chodzi tu tylko o dwa różne systemy prawne – angielski i polski). Piotras spogląda na prawo bardziej od zewnątrz, ja zaś od wewnątrz. To co zrobicie z naszymi wpisami, zależy tylko i wyłącznie od Was, tak jak ze wszystkim. Może znajdzie się jakaś trzecia osoba, która połączy myślenie moje i Piotrasa, i wyjdzie z tego coś naprawdę fajnego i co ważniejsze skutecznego. Mam świadomość, że w pewnym sensie występuje jako przedstawiciel tego szurniętego systemu prawnego, jednak wydaje mi się, że umiem myśleć i widzieć to, czego spora rzesza prawników dostrzec nie chce. Za komentarze już teraz dziękuję i proszę o dalsze. Pochwały i krytyka, jak najbardziej wskazane – nie mylić z osobistym obrażaniem kogokolwiek na tym blogu J

@ Astromaria – jeśli chodzi o bezpaństwowców, to z racji tego że brak obywatelstwa pozbawia Cię praw i obowiązków, to jako apatryda nie musisz płacić żadnych podatków, żadnych składek, wykonywać jakichkolwiek i czyichkolwiek poleceń. Drugą stroną medalu jest jednak to, że nie masz prawa do podjęcia tzw. legalnej pracy (tj. na podstawie umowy o pracę), nie masz prawa do opieki zdrowotnej (choć tu może to i dobrze, bo widząc to co się dzieje w konwencjonalnej medycynie, zakrawa o pomstę do nieba). Kłopot w tym, że prezydent i jego świta nie bardzo chcą zezwalać na zrzeczenie się obywatelstwa polskiego, a nawet jeśli to pod warunkiem wskazania, że przysługuje Ci obywatelstwo innego państwa (tak, abyś apatrydą jednak nie został drogi obywatelu). Jest to niegodne z konwencją haską, która pozwala na zrzekanie się obywatelstwa, bez konieczności spełniania jakichkolwiek warunków. Na necie jest historia pewnego człowieka, który słusznie zauważył to, że nasze krajowe wymogi w tym zakresie są niegodne z prawem międzynarodowym (które ponoć nasz kraj przestrzega) – skierował więc sprawę do Rzecznika Praw Obywatelskich z zamiarem wykazania niekonstytucyjności naszych polskich zapisów. Sprawa jednak ugrzęzła, bo RPO jak i jego urzędnicy odpisują człowiekowi, że się myli podpierając się nijak mającymi się w sprawie przepisami. Jedyne rozwiązanie to skierować sprawę do Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu.

Kwestia płacenia podatków wynika wprost z naszej Konstytucji – art. 84 „Każdy jest obowiązany do ponoszenia ciężarów i świadczeń publicznych, w tym podatków, określonych w ustawie”. Dla mnie osobiście płacenie podatków jest bzdurą zupełną, no ale piszę Wam tylko jak to jest zapisane w naszych „cudownych” przepisach. Jeśli więc uznamy, że Konstytucja jest legalna, to wychodzi, że podatki też – zobaczcie jak sobie spryciarze zapewnili ową legalność. Jeśli jednak Konstytucja jest nielegalna, to i podatki będą nielegalne – jak jednak wykazać tę nielegalność? Jeśli ktoś ma pomysł, to napiszcie – sam nie wiem.

@jarek – jak wyżej, nie wiem w jaki sposób wykazać nielegalność Konstytucji. Ja w ogóle jestem zdania, że jakiekolwiek prawo by nie napisać, to ono i tak nie wiąże, bo niby dlaczego? Bo ktoś tak postanowił? Problem w tym, że będąc Polakiem z dowodem osobistym i w tych wszystkich rejestrach, moje zdanie jakoś mało się liczy. Jeśli będę podskakiwał i łamał „obowiązujące” przepisy, to ostatecznie może przyjść sobie „władza” i zrobić ze mną porządek :/ Jeśli jednak odpowiednio duża liczba osób nie będzie tego przestrzegać, zrobi rewoltę, wybierze uczciwy rząd, to jest szansa coś z tym zrobić. Zgadzam się ze słowami Marii – sami zbawić całego świata nie możemy, możemy za to zbawić tylko i wyłącznie siebie. Nie wiem niestety w jaki sposób udowodnić niekonstytucyjność samej Konstytucji – dla mnie ona jest cała nielegalna i już, ale uśpionym masom tego nie wytłumaczysz za żadne skarby – problem jest zatem w braku świadomości. Ja też jestem generalnie zdania, że nie trzeba zrzekać się obywatelstwa, a wystarczy sobie tylko i aż żyć. Problem jest jednak taki, że nie każdy ma rodzinę, znajomych, czy odpowiednią ilość pieniędzy, żeby takie życie sobie wieść (bez kredytów, pożyczek czy kontaktów z urzędnikami).

Jeśli chodzi zaś o akt urodzenia, to nic mi nie wiadomo, aby był on spieniężany (ale nie znaczy, to że tak nie jest). Akt urodzenia jest tworzony poprzez zgłoszenie faktu urodzenia dziecka przez matkę lub ojca, ustawy nakładają obowiązek takiego zgłoszenia. Zastanówmy się jednak, gdyby takiego zgłoszenia nie było, a kobieta rodzi dziecko np. w domu, nie miała żadnych badań u ginekologa itd. Jednym słowem – formalnie nikt nie wie o narodzinach nowego człowieka. Taki ktoś oficjalnie nie istnieje, z jednej strony nawet fajnie, o ile ma się trochę kasy, na to żeby można sobie takie życie prowadzić. Tym sposobem omijamy wszystkie te szczepienia, obowiązek szkolny, podatki i całą tę zbieraninę przepisów. Z drugiej strony, jak np. wyjedziesz do innego kraju np. samolotem? O to w tym wszystkim chodzi. Dzisiejszy świat jest tak połączony, zglobalizowany, że naprawdę w niewielu miejscach można żyć anonimowo, a i wtedy trzeba mieć pomysł na to, jak zdobyć podstawowe środki do życia. Akt urodzenia można jak najbardziej unieważnić, jeśli stwierdza się zdarzenie niegodne ze stanem faktycznym – np. konkretny Jan Kowalski w ogóle się nie urodził lub urodził się kiedy indziej czy gdzie indziej, niż wskazuje to sam akt. Co się zaś tyczy dziedzictwa ziemi, to w jaki praktyczny sposób chciałbyś to zrobić? W żadnym urzędzie nikt Ci nie pomoże, śmiem nawet twierdzić, że żaden poseł, senator, minister, prezydent czy kto tam jeszcze we „władzy” nie będzie wiedział nawet o co chodzi. W Konstytucji jest zapis, że RP jest dobrem wspólnym wszystkich obywateli – ja to rozumiem tak, że cały nasz kraj jest dla Polaków dobrem wspólnym, każdy Polak ma prawo z niego korzystać (np. w nim mieszkając). Niestety, jak przełożyć to na odebranie jakiegoś kawałka ziemi, nie wiem :(, bo praktycznie za próby mogą wysłać Cię do wariatkowa.

Zgadzam się z tym, że oświadczenie woli, to oświadczenie woli. Dlaczego zatem raz się wymaga formy aktu notarialnego, raz wystarczy spisać coś na kartce papieru, a raz wyrazić swoją wole ustnie? Bo tak ktoś postanowił odgórnie, kto zrobił odpowiednie ku temu ustawy (nie twierdzę, że to jest dobrze zrobione). Wg mnie ma to na celu skomplikowanie całego tego życia prawnego, sztuczne tworzenie urzędów i urzędników, a przede wszystkim zwyczajne ciągnięcie kasy (np. na notariusza). Oficjalnie mówi się, że o formie czynności decyduje jej ważność (np. do sprzedaży domu nie wystarczy umowa na kartce papieru, lecz akt notarialny bo chałupa jest droga) – pojawia się jednak pytanie – jakim prawem ktoś sobie zasady takiej ważności ustalił i czemu się na to zgadzamy?

Co do Sejmu Walnego, to nie mogę się wypowiedzieć, bo zwyczajnie dowiedziałem się o nim pierwszy raz od Ciebie. Jak starczy mi czasu to zbadam sprawę. Oficjalnie rządzący pewnie jednak wyśmieją całą sprawę łącznie ze sprzedajnymi mediami, chyba że stanie się cud i naprawdę dużo ludzi się za to zabierze.

Kwestia zrzeczenia się obywatelstwa i dziedziczenia jest taka, że brak obywatelstwa nie pozbawia Cię prawa do spadku. W ustawie polskiej statut spadkowy oceniany jest przez prawo ojczyste spadkodawcy w chwili śmierci, natomiast dziedziczenie bezpaństwowca podlega prawu miejsca jego zamieszkania w chwili śmierci, a w przypadku braku miejsca zamieszkania stosowane jest prawo polskie.

@walirlan – oficjalnie przynależność do całej tej bazarowej UE nie wpływa na system sądownictwa danego kraju członkowskiego. Stąd w każdym kraju UE mamy różne procedury sądowe. To jest podobne trochę do różnic kulturowych, do różnych zwyczajów. Coś jak ze sposobami obchodzenia świąt – zasada jest ogólna, sposób wykonania bardzo różny. Polska ma jednak obowiązek dostosowywania swoich przepisów do przepisów unijnych – nie wszystkich, lecz tych wskazanych przez organy UE. Duża część unijnych przepisów, jeśli nie wszystkie, jest dla mnie tak durna i zawiła, że może szczęście że Polska zazwyczaj zalega z wprowadzaniem tych regulacji na czas. Porównując przepisy z Brukseli z przepisami z Warszawskiego cyrku sejmowego, to nasze wydają się fajną lekturą do poduszki, zaś te unijne to tekst pisany przez robota – psychopatę, bo nijak tego nie zrozumiesz :/ Osobiście wydaje mi się, że wiele zależy od rządzących, a może dokładniej – od nas samych. Pamiętacie ACTA? Chcieli wprowadzić i zrobić zamach na internet, odbyło się kilka dużych protestów i ACTA nie weszło. Wg mnie można tak zrobić ze wszystkim, ale skąd wziąć odpowiednią siłę w ludziach i pokojowo przeprowadzić demonstrację? Ludzie z UE chyba się powoli uczą i wprowadzają durne przepisy po cichu, jakoś naokoło, ukryte między wierszami – tak, żeby było o nich jak najmniej szumu. Wydaje mi się też, że nasz pęd do zachodu niestety doprowadzi do coraz większego przejmowania tamtejszej „kultury” – celowo w cudzysłowie, bo wg mnie to spadek obyczajów, a nie zachodnia kultura. No ale duża część Polaków woli wszystko co zagraniczne, bo jest super trendy :/

@Bogdan56 – podzielam Twoje zdanie odnośnie kompleksowego podejścia do tematu prawa. Trzeba wziąć garść wiedzy Piotrasa, garść wiedzy mojej, zapał Marii i kogoś kto by to sprawnie połączył. Dodałbym jeszcze odpowiednią ilość świadomych osób i mamy przepis na efektywne działanie. Tak jest jednak ze wszystkim, im więcej osób zdobywa świadomość (czy to w medycynie, czy w prawie, czy w kwestii żywienia), tym większa szansa na przebudzenie setnej małpy i ogólnoświatową zmianę. Zobaczymy, może coś z tego wyniknie. Skoro „władza” nam pierze mózgi i zaciemnia, to my mamy takie samo prawo się oświecać i szukać prawdy 🙂

Dla mnie urzędnik publiczny i sługa publiczny, to są zwroty tożsame. Celowo jednak stosujemy nazwę, która ma dodać splendoru. Ostatecznie trzeba jednak pamiętać, że ten cały urzędnik jest dla nas i on ma służyć nam, a nie na odwrót (a często urzędnicy zachowują się jak święte krowy i z łaską załatwiają nasze sprawy). Warto im wtedy przypomnieć z czyich pieniędzy mają wypłatę – oczywiście, że z naszych. Moja rada – jeśli macie kłopot z urzędnikiem, postraszcie go skargą do przełożonego (ale spokojnie i rzeczowo), efekt będzie pozytywny dla Was 🙂

Komornik jest formą prawnika (ale mi się to napisało). Komornik nie jest urzędnikiem państwowym, lecz funkcjonariuszem publicznym (takimi funkcjonariuszami są np. policjanci, żołnierze, posłowie, senatorzy, prezydent RP i cała ta nasza ‘’władza”). Co ciekawe funkcjonariusze korzystają ze szczególnej ochrony prawnej (np. immunitety poselskie), ale równocześnie jak coś przeskrobią, to ich odpowiedzialność karna jest dużo surowsza, niż przeciętnego człowieka (pod warunkiem, że przestępstwo będzie wiązało się z wykonywaniem całej tej władzy publicznej). Osobiście nie wiem jak można zostać komornikiem, trzeba mieć chyba do tego jakąś osobowość, aby bez problemu zajmować mieszkania i inne rzeczy, bez choćby minimalnej skruchy czy zastanowienia. Niektórzy moi znajomi komornicy twierdzą jednak, że skoro jest dług i dłużnik, to istnieje także i wierzyciel, więc oni walczą w imieniu wierzyciela, bo ktoś nie zrealizował wobec niego swojego obowiązku. Większość komorników to jednak ludzie pozbawieni empatii, stąd może taka lekkość w wykonywaniu przez nich swojej pracy. Nawiasem mówiąc – widział ktoś biednego komornika? Ja do tej pory, ani jednego 😉 Używanie formy „komornik sądowy” to faktycznie swojego rodzaju niepotrzebne zamieszanie, bo każdy komornik musi występować przy konkretnym sądzie rejonowym. Działa on nie tyle na wniosek sądu, co wniosek wierzyciela, który ma dokumenty z klauzulą wykonalności przeciwko konkretnemu dłużnikowi (zazwyczaj są to prawomocne wyroki sądowe nakazujące dłużnikowi zapłacić lub coś zrobić. Choć np. akty notarialne też mogą być taką podstawą dla komornika).

Odtworzenie oryginałów dokumentów, które stanowią podstawę egzekucji i działania komornika, jest jak najbardziej możliwe (szczególnie jeśli dotyczy to wyroków sądowych czy aktów notarialnych). Służy do tego specjalna procedura odtworzeniowa, przeprowadzana w sądzie, z reguły na wniosek zainteresowanego (choć sąd może zrobić to także z urzędu). Problem może pojawić się w zasadzie przy starszych dokumentach (np. robimy egzekucję na podstawie wyroku z lat 70’), choć w praktyce to się raczej nie zdarza. Egzekucji bez oryginału czy odtworzonego oryginału dokumentu oczywiście nie przeprowadzisz, ale tak jak pisałem – w dzisiejszych czasach odtwarzanie zniszczonych czy zagubionych dokumentów, które pojawiły się w sądzie czy u notariusza nie jest jakimś wielkim problemem.

@ambikacandika; @ Astromaria – nie ma czegoś takiego w przepisach polskich, jak procedura ogłaszania się człowiekiem. W prawie przyjmuje się, że człowiek to człowiek (każdy widzi, że ktoś jest człowiekiem, a ktoś inny nie, bo jest np. osłem, psem czy wielbłądem) – w zasadzie, jak chcesz to udowodnić i po co? Tu chyba chodzi o to, że wciąga się nas do systemu niejako na przymus, a potem nie pozwala na dobrowolne wyjście z niego. Trzeba więc odnieść się do prawa międzynarodowego, jak ono to widzi. Praktyczny problem jest taki jak ze zrzeczeniem się obywatelstwa – nasze „władze” wiedzą, że można to zrobić bez problemu, a mimo tego nie respektują międzynarodowych praw (choć oficjalnie respektują). To jak cały cyrk z tym trybunałem konstytucyjnym – jeden mówi tak, drugi mówi tak – i każdy twierdzi, że działa w granicach prawa.

@Piotras – faktycznie, jak teraz pomyślę o tych lukach prawnych to masz rację. Im więcej osób będzie z nich korzystać, tym większa szansa że je zwyczajnie załatają. Weźmy chociaż słynny abonament RTV – nielegalny, ludzie znajdują sposób na jego niepłacenie i co chce zrobić nowa władza? Wprowadzić podatek, który dotknie wszystkich i ukróci skuteczną walkę z abonamentem RTV. Co zaś do prawa zwyczajowego, to wg naszej polskiej konstytucji nie ma ono większego znaczenia, bo nie stanowi źródła prawa. W przeciwieństwie do systemów anglosaskich, gdzie zwyczaj jak i wyroki sądowe źródłem prawa są. Co to nam daje w praktyce? Że możesz w Polsce powoływać się na nawet tysiącletnie zwyczaje czy korzystne dla Ciebie wyroki sądowe, a nic Ci to nie da, bo w Polsce to nie jest wiążące. Inaczej w Anglii czy USA – tam się na to powołasz i wygrasz, wystarczy że znajdziesz to co Cię interesuje i będzie pomocne w Twojej sprawie. Wszystko skupia się więc chyba na tym, żeby znaleźć sposób na skuteczne i pokojowe przekonanie tych uśpionych o całym tym cyrku, o wyzysku, o iluzorycznej władzy – póki co tylko indywidualnie można się przebudzić, na szeroką skale jest to chyba niewykonalne, przynajmniej ja nie wiem jak tego dokonać.

Jeśli zaś chodzi o małżeństwo, to tutaj jest o tyle fajnie, że nie ma nakazu zawierania legalnych związków (tych cywilnych). Więc można to łatwo obejść – po prostu nie bierz ślubu, bądź weź wyznaniowy. Wtedy nie będzie problemu J

Odnośnie notariuszy i transferu dokumentów – notariusze jako część systemu mają dokładny spis czego im nie wolno, a co robić mogą (np. nie mogą dokonywać czynności niemożliwych – np. że ktoś zobowiąże się do sprzedaży działki na Jowiszu, albo czynności sprzecznych z prawem – np. że ktoś zobowiąże się do zabicia drugiego człowieka). U nas niestety jak coś ma być dokonane tylko przez notariusza, to nijak tego nie objedziesz – praktycznie dokonasz czynności (np. sprzedaż dom sąsiadowi na słowo), ale formalnie będzie to nieważne (np. sąsiad nie zostanie wpisany do księgi wieczystej jako nowy właściciel). Jeśli chodzi o testamenty, to nikt ich nie musi akceptować. Wystarczy, że sobie spiszesz na kartce papieru czy nawet na zwykłym kartonie ostatnią wolę i będzie to całkowicie ważne. Tutaj podpis czy zgoda notariusza nie są wymagane.

Czas załatwiania spraw sądowych u nas zależy przede wszystkim od durnych procedur formalnych, małej liczby sędziów i natłoku spraw w sądach. Np. pomiędzy jedną a drugą rozprawą mija średnio 2-3 miesiące, jeśli nie pół roku. A jeśli dodamy do tego świadka, który zachoruje i nie przyjedzie na rozprawę, pojawią się nowe dowody, to sprawa ciągnie się latami. Ludzie mają dosyć i rezygnują (nawet jeśli sprawa jest dla nich wygrana od samego początku), i szczerze mówiąc im się nie dziwię.

Jeśli chodzi o skargi na adwokatów i radców prawnych, to chodziło mi o skargi w ich samorządzie. Oczywiście można skarżyć ich też o przegranie sprawy i zdobyć czasem całkiem niezłe odszkodowanie. Trzeba po prostu założyć sprawę cywilną i udowodnić, że poniosło się szkodę która pozostaje w związku z działaniem lub zaniechaniem prawnika. Co do skargi samorządowej, to skarżymy na prawnika po to, żeby wskazać w jego samorządzie, że jest on nieudolny. Im więcej takich skarg lub im skarga będzie ciężkiego kalibru (np. wtedy, gdy prawnik ewidentnie nie zna się na prawie), to jest szansa nawet na to, że taki adwokat czy radca straci prawo wykonywania zawodu. O ile skargi o odszkodowanie wymagają skierowania sprawy do sądu i pewnych kosztów, o tyle skargi samorządowe są darmowe i nie wymagają sprawy sądowej – składa się je do właściwego samorządu zawodowego na zwykłej kartce papieru (opisujemy czego skarga dotyczy).

Co do kwestii wygnania bezpaństwowców, Piotras ma rację – praktycznie nie można tego zrobić, bo gdzie wysłać apatrydę? Na Księżyc czy na Marsa? Apatrydzi zostają więc w kraju i nikt się ich praktycznie nie czepia – z tym, że żadnej umowy nie podpiszą, która byłaby respektowana przez państwo (bo apatryda nie ma np. dowodu).

—–

Na zakończenie nowa porcja informacji ;) Chyba w większości miast polskich funkcjonują parkomaty – płacisz np. za godzinę postoju, a bilecik dajesz za szybkę auta. Jeśli nie masz biletu, a „sprawdzacz” z urzędu miasta, czy ze straży miejskiej to zauważy, cyka zdjęcie i wystawia niby-mandat, w którym wzywa Cię do uiszczenia grzywny, za to że nie miałeś ważnego biletu parkingowego. Otóż cała ta zabawa jest nielegalna w świetle naszego prawa i można z tą bandą wygrać – już nawet na studiach nam o tym mówili. Kłopot w tym, że sprawa musi trafić do sądu, bo jak napiszesz, że działania strażników są nielegalne, to najzwyczajniej Cię oleją i będą straszyć sądem i większą grzywną. Wszystko skupia się na tym, że strażnicy czy inni pracownicy nie mogą wystawiać mandatów (może robić to tylko policja), poza tym zdjęcie samochodu bez ważnego biletu postojowego za szybą nie jest dowodem w rozumieniu Kodeksu postępowania administracyjnego – stąd na jakiej podstawie mogą Ci dać grzywnę czy obowiązek zapłaty za brak biletu, jak nie są w stanie tego prawnie udowodnić? No w żaden sposób. Wiele spraw w moim mieści było już takich, że strażnicy pluli jadem, sprawa lądowała w sądzie, i ostatecznie przegrywali a kierowca był wolny. Kłopot w tym, że trwa to średnio 2- 3 lata :/ Większość kierowców woli więc zapłacić te 3 czy 5 zł za bilet albo karę za jego brak, niż chodzić po sądach – ludzie są leniwi i strachliwi, ale to po prostu skutek działania tego całego naszego świata.

Lavo

(C.d.n. być może nastąpi) 🙂

Przekręt wszechczasów, część XVI

Parę słów o lichwie

To jest temat, którego wciąż się uczę, nie tak wytrwale jak kiedyś to robiłem, ale chętnie podzielę się tym co już wiem, choć zdaję sobie sprawę, że to tylko kropla w morzu. Ale warto to wiedzieć.

Nie będzie łatwo wytłumaczyć, jakim cudem ten cały syf zwany ekonomią w ogóle działa. Fenomen tego jest tak prosty, że 99% ludzi nie jest w stanie zrozumieć, jak to jest możliwe, więc odrzucają to niemal z mety. W zamian za to, słuchają mądrych ekonomistów, wykresów, stóp procentowych, itp. itd. Większość ludzi zatraciła możliwość zadawania logicznych pytań, takich, które mogą przynieść zrozumienie tematu.

Zanim podzielę się tym, czego już się zdążyłem dowiedzieć, chciałbym zadać kilka pytań, na logikę, bez potrzeby głębokiej analizy systemu finansowego, takie pytania, na które każdy mógłby odpowiedzieć, albo przynajmniej zastanowić się  na chłopski rozum.

To jest fakt, że system upewnił się, że nie wiem NIC o pieniądzach. Nie wiemy skąd się biorą, jaki jest mechanizm ich powstawania, funkcjonowania itd.

Na pytanie skąd się biorą pieniądze – zapewniam was, 99% ludzi zapytanych na ulicy nie będzie miała zielonego pojęcia i będzie tyle teorii, ile ludzi zapytanych. Co niektórzy będą mówić o banku centralnym, cyfrowej walucie itd., ale obawiam się, że konkretnej odpowiedzi nie otrzymacie.

Wszyscy słyszymy, że świat ma długi, nie tylko jeden kraj, nie jedna firma RP, dosłownie wszyscy mają ogromne długi, dług publiczny rośnie tak i tak, i wszyscy są w czarnej dupie. Pytanie:

  1. Jeżeli wszyscy mają długi – to komu są winni? Jeżeli niemal cała planeta jest w długach – to komu? Kto pożyczył ziemianom tyle kasy? Ludzie z Marsa? A jeżeli są sobie nawzajem dłużni, dlaczego nie zredukują sobie nawzajem długów? Komu jesteśmy winni tyle, że wszyscy siedzimy w czarnej dupie?
  2. Jeżeli jest na tej planecie ktoś, kto ma magiczny guzik do produkcji pieniędzy, to czy ta cała kasa naprawdę jest coś warta, tyle żebyśmy my musieli pracować od świtu do nocy, za coś komu zajęło to kilka sekund, kliknąć w klawiaturę albo guzik drukarki???
  3. Skoro wszyscy jesteśmy w długach, jakim cudem jest coraz więcej firm pożyczkowych, banków, lichwy wszelakiej maści? Skoro ludzie nie spłacają „długów”, tych pieniędzy powinno być coraz mniej do pożyczania, a nie więcej prawda? Skoro Jaś nie oddal mi 20 000, to ja mam w swojej kasie o 2 dychy mniej i nie mogę już tych pieniędzy nikomu pożyczyć prawda? Więc nie byłoby dziwne, gdybym nagle ogłosił że pożyczam nie tylko 20 000 ale 50 000???
  4. Skoro prawo bankowe zabrania pożyczania pieniędzy depozytorów, do tego bardzo duża cześć ludzi nie spłaca „pożyczek” jakim cudem powstaje coraz więcej lichwy? Nie, nie drukują sobie na kolanie kasy, o tym później.
  5. Kiedy bank „pożyczył” Jasiowi poł miliona $ na dom, Jaś nie spłacał, bank zabrał dom i sprzedał na aukcji za 300 000, to jest 200 000 $ w plecy? Proszę pomnożyć taki scenariusz razy kilka tysięcy miesięcznie w całych USA i policzyć, ile kasy „stracił” bank, więc jakim cudem rośnie w siłę do takiego stopnia że niedługo będą mieli złote kible? (Detroit – można kupić dom za kilka tys., dom za który bank kiedyś „zakredytował” komuś np. poł miliona $)

Takich pytań są setki, nikt nie zastanawia się dlaczego tak to wszystko wygląda, że może to, co słyszymy na lekcjach ekonomii to nie do końca jest prawda. Ludzie, tęgie głowy, którzy mają kilka liter przed nazwiskiem wiedzą całe gówno o tym, czego uczą. Zapewniam was, że pół godziny przelewania takich informacji do ich wyedukowanej, kwadratowej głowy spowoduje zawiechę systemu myślowego – wiem, bo sam byłem tego świadkiem. Więc nie ma się co dziwić że Jaś ma zero pojęcia, kto i jak go dyma, mnie tylko dziwi fakt, że ludzie nie chcą wiedzieć, to jest przerażające. Wolą pracować w pocie czoła na wyimaginowane pożyczki, które nie istnieją, nie istniały i istnieć nie będą.

Nie mamy prostych odpowiedzi na te pytania obawiam się, nasze zrozumienie mechanizmu pieniędzy jest niemal zerowe, zupełnie tak, jak w medycynie, polityce, szkolnictwie – wszędzie niemal oddajemy sprawę w ręce „profesjonalistów”, czy to w białym kitlu, mundurze czy drogim garniturze. Nie ma w nas już ani krzty ochoty, żeby się dowiedzieć samemu. System „edukacji” i telewizja zrobiły swoje.

Zanim wyjaśnię mechanizm powstawania tzw. „kredytów” napiszę kilka słów o historii biznesu, tzw. commerce i o powstaniu bardzo ważnego prawa finansowego jakim jest BILLS OF EXCHANGE ACT z roku 1882, który do dnia dzisiejszego stanowi filar powstawania kredytów.

To co powiedziałem wcześniej – banki nie mogą pożyczać pieniędzy depozytorów. To jest ustanowione prawnie, ale nawet na logikę: nie trzeba być geniuszem, żeby to zrozumieć. Ile kosztuje mieszkanie w Warszawie? 300 000zl? 500 000 zł? Weźmy pół miliona.

Ile ma statystyczny Jaś w banku? 5 tysięcy? 20 tysięcy? Teraz proszę pomyśleć, ile takich Jasiów musiałoby wpłacić swoje całe oszczędności na sfinansowanie jednego tylko mieszkania. Dla porównania, tu w UK bank LLoyds chyba chwali się w reklamie tv że udzielają kredytu mieszkaniowego w kraju – co 15 minut… rozumiecie? Jaś ma tylko parę tysięcy w banku, a co 15 minut bank przyznaje „kredyt” na mieszkanie warte setki tysięcy… Na wiele, wiele lat…

To po pierwsze, po drugie, jeżeli bank pożyczałby pieniądze depozytorów, co by się stało, gdyby wielu Jasiów zechciało wybrać swoje oszczędności? Nawet jak im będą kazać czekać dzień czy dwa, „kredyt” na mieszkanie potrzebuje wielu lat, żeby się „spłacić”. Nie ma w tym nic dziwnego?

Weźmy pod uwagę to, co mówiłem wcześniej – wielu ludzi podupada i przestaje spłacać „kredyty”. Skąd bank weźmie wtedy pieniądze, żeby pooddawać takim Jasiom, skoro wielu ludzi nie spłaciło „pożyczek”?

To nie są ciężkie pytania, nie potrzeba mieć magistra ekonomii, żeby takie rzeczy przemyśleć, a co więcej – im wyżej wykształcony ekonomista, tym trudniej mu poukładać sobie to w bani.

Skoro bank nie pożycza żadnych pieniędzy, to skąd się biorą fundusze na dom, mieszkanie, samochód? Przecież Jaś, korzystając z tychże mechanizmów może jutro kupić mercedesa. Ten samochód istnieje, fizycznie, ktoś dostał pieniądze na konto i dał Jasiowi kluczyki.

Zanim wyjaśnię, napiszę słówko o historii biznesu, kiedy jeszcze większość wartościowych rzeczy, jak złoto itp., była przewożona na statkach, które tonęły i były napadane przez piratów.

Ludzie biznesu ówczesnych czasów zaczęli się drapać w głowę. Coraz więcej tracili majątku na rzecz zatoniętych statków, napadów, piratów. Postanowili wprowadzić system, gdzie sam produkt, jak złoto, nie będzie musiał być transportowany. Nie musiało opuszczać sejfu właściciela, wystarczyło, że ten wysłał kuriera z dokumentem, na którym było napisane, że następuje transfer majątku. Taki dosłownie paragon, który drugi człowiek – ten który to otrzymał mógł spieniężyć bądź wymienić na inny towar. Tak narodził się BILLS OF EXCHANGE ACT, który działa do dnia dzisiejszego. To w telegraficznym skrócie, ale będzie potrzebne do zrozumienia pieniędzy.

Pamiętacie, jak pisałem o tym, że my – my wszyscy – jesteśmy wspólnie właścicielami ziemi Polskiej i wszystkiego co na niej i w niej się znajduje? To ma ogromną wartość monetarną, ogromną, i nie należy do rządu – należy do ludzi. My jedynie daliśmy swoją część w zarząd RP, po to, żeby zarządzali tym w mądry sposób i na naszą korzyść (wiem, że jest dokładnie odwrotnie).

Więc skoro bank nie ma prawa pożyczać pieniędzy depozytorów, nie drukuje sam, ile mu się podoba, to skąd są fundusze na dom dla Jasia? Bills of exchange act się kłania i majątek Jasia – część zasobów Polskiej ziemi.

Dzisiaj Jaś idzie do banku pogadać o „pożyczce” na swoje wymarzone M. Bankier zbiera dane Jasia, żeby upewnić się, że ten nie wisi już nikomu nic, że nikt nie przeszkodzi owemu bankowi kroić Jasia przez najbliższe 25 lat…

Jaś dowiaduje się, że jest OK, i zaczyna wypełniać papiery, podpisuje umowę o kredyt i wraca do domu. Będzie teraz czekać, aż bankier zadzwoni, że mogą sfinalizować umowę i Jaś dostanie siano na mieszkanie.

Po roku 2008 jeden z czołowych bankierów UK powiedział takie słowa: „Powodem tego kryzysu był nieodpowiedzialny dostęp do prywatnego kredytu”, ale ta bardzo ważna wypowiedź nie miała żadnego oddźwięku, bo ludzie nie zrozumieli co ten pan powiedział.

Dostęp do prywatnego kredytu? Jaś podpisał umowę o kredyt… bank nie pożycza pieniędzy depozytorów… Bills of exchange act… akt urodzenia… majątek ziemi Polskiej… zaczyna to wszystko mieć sens?

Nie znam do końca kulisów bankowych, nie interesuje mnie zresztą już na tym stopniu, co się dzieje z czekiem, gdzie leci, kto podbija itd. Interesuje mnie fakt, że są fundusze i to są moje fundusze – nikomu nie jestem winien ani grosza.

Jaś podpisuje umowę o „kredyt”. Bankier wypełnia swoją część (bardzo ważne, żeby było wszystko na tym, czego wymaga bills of exchange act), zanosi gdzie trzeba, umowa zostaje podbita – zupełnie jak czek (endorsement) i zostaje otwarte nowiutkie konto, specjalnie dla Jasia. Na to konto zostaje wpłacony ten nowy czek – nasza umowa o „kredyt”. Ciekawe prawda? Zanim Jaś nie podpisał umowy, fundusze nie istniały w ogóle, za podpisem Jasia na kawałku papieru – nagle pojawiły się pieniądze na ukochane M dla Jasia.

Proszę wytężyć głowę teraz:

Jeżeli Jaś był twórcą (to jego podpis dał życie funduszom) tejże kwoty, poprzez mechanizm bankowy – to do kogo należą te pieniądze? Czy należą one do banku (który de facto nie miał ich zanim Jaś nie podpisał umowy), czy należą do samego Jasia, który dosłownie dał im życie w momencie podpisania owego dokumentu?

To nie wszystko, pamiętacie jak pisałem, że równie ważne jest to, co jest powiedziane, jak i to KTO to powiedział? I że pełnimy wiele funkcji, ról w naszym życiu, nosimy wiele czapek na głowie i biznesie, który dzieje się niemal cały czas w naszym życiu?

Piotras

Cdn.

Przekręt wszechczasów część VII

Temat aktu urodzenia jest bardzo głęboki, jest też ogrom teorii na ten temat, które różnią się diametralnie od siebie. Nie twierdzę, że moje zrozumienie tematu jest wyrocznią, mogę tylko powiedzieć, że przy informacji, jaką posiadam, mojej zdolności myślenia i doświadczenia w tym temacie to zrozumienie – dla mnie – trzyma się kupy.

Zanim zakończę ten temat, chciałbym przytoczyć przykład z życia kogoś, kogo znam, człowieka bardzo doświadczonego w tym temacie, który zna swoją rolę, i rolę aktu urodzenia w systemie.

Dean, człowiek któremu dużo zawdzięczam, postanowił przekroczyć granicę między Kanadą i USA wyłącznie na podstawie aktu urodzenia. Pomijam fakt, że jeździ samochodem bez ubezpieczenia, bez prawa jazdy i bez rządowej rejestracji (ma swoją, wyłącznie dla identyfikacji).

Po spotkaniu służb celnych na granicy USA (proszę pamiętać, jak bardzo szurnięci są ci ludzie TSA) został zaproszony na rozmowę, gdzie bardzo grzesznie powiedziano mu, że w tym czasie nie ma wjazdu do USA. Nie został aresztowany za brak prawka, ubezpieczenia, rejestracji.

Ci ludzie (trochę wyżej na stołku) dobrze wiedzą, że akt urodzenia nie tylko wystarczy, żeby podróżować (mimo tego, że nie może być używany jako identyfikator osoby), ale przede wszystkim jest to dowód na to, że dana osoba ma majątek, w razie gdyby spowodowała jakieś szkody.

To jest, jak już wcześniej pisałem tzw. BOND, na bazie którego niemal wszystkie szkody (nieumyślne) zostaną zrekompensowane poszkodowanemu.

Co więcej, jak już pisałem, jest wiele USA, (pewnie nawet i RP), więc Dean zapytał „do którego USA nie mam wjazdu? Do Konstytucyjnej Republiki USA, czy korporacyjnego USA?”

Odpowiedz strażnika była bardzo prosta: „Proszę pana, nie możemy na ten temat rozmawiać”.

Ja sam kiedyś napisałem do jakiegoś urzędu, nie pamiętam dokładnie już gdzie, z zapytaniem, gdzie mogę znaleźć numer rejestracyjny korporacji Rzeczpospolita Polska. I czy to prawda, że rząd to zarejestrowana korporacja. Ich odpowiedz była również bardzo prosta: „Nie możemy Panu pomóc”.

Ja odpisałem, że dziękuję za potwierdzenie, dziękuję, że nie zaprzeczają, że RP to korporacja i że znajdę sobie sam.

Czy sam akt urodzenia, jako papier mający wartość monetarną jest wymieniany, kupowany, sprzedawany na Wall Street bądź w innym miejscu – tego nie wiem, ale całkiem możliwe. Posiada numery, podpisy, daty, więc być może, zgodnie z systemem tworzenia pieniędzy, to jest jakiś papier wartościowy i generuje majątek w czasie swojego istnienia. Nie ma to aż takiego znaczenia dla mnie. Na dzień dzisiejszy, jestem za cienki w uszach żeby zrobić z tej opcji użytek i po prostu zażądać dywidendy z tytułu inwestycji i własności. Może kiedyś się tego nauczę, może nie. Dzisiaj myślę, że ten papier ma jedną, bardzo ważną rolę, a właściwie 2.

Jedna to dowód na to, że się urodziłem w danym miejscu i mam prawo do zasobów tejże ziemi, tak jak cała reszta rdzennych mieszkańców i żadna gnida rządowa temu nie zaprzeczy.

Druga to dowód na to, że mój pionek do gry commerce/światowego biznesu istnieje i to Ja jestem jego panem, nie urząd, nie bank, nie sam papież tylko Ja. Ja go mogę uśmiercić, zbankrutować, bądź używać umiejętnie przez całe moje życie, tak aby przynosił mi korzyść.

Cala reszta jest jeszcze dla mnie do nauczenia.

Piotras

Przekręt wszechczasów część VI

Ten cały system stwarzania pieniędzy z niczego, a potem mnożenia ich niemal dziesięciokrotnie, to dzisiaj podstawa tzw. biznesu wewnątrz systemu. Praktyki monetaryzacji obietnic spłaty (promissory note) sięgają setek lat wstecz. Kiedyś bardzo ryzykowne było przewożenie złota i innych kosztowności statkami, narażonymi na ataki piratów (którzy pracowali dla korony – serio), więc tzw. merchants, czyli ówcześni biznesmeni wymyślili, że kawałek papieru, podpisany przez obie strony interesu, będzie miał równowartość pieniężną.

Ktoś chciał zapłacić za owies pół tony złota, wystawiał papier, statek wiózł papier, a później ten kto to otrzymał mógł spieniężyć ten dokument, bądź wymienić go na inny towar bądź usługi. W razie napadu na statek, papier nie mógł być spieniężony przez pirata, dla niego to był tylko kawałek papieru (bill of exchange 1882 act).

Ten pomysł, sam w sobie, nie jest wcale zły, tylko jak wszystko inne w naszym życiu został dosłownie porwany przez cwaniaków, zupełnie jak koncept rządu/państwa, religii i inne programy uprawiane dziś przez miliony nieświadomych istnień.

Problem polega na tym, że z roku na rok jesteśmy coraz głupsi niestety – ja jak najbardziej zaliczam się do tego grona. Rok po roku nasza zdolność do myślenia ulatuje niczym ptaki do ciepłych krajów, dzięki telewizji, natłokowi mediów, i tej całej rozrywkowej rąbanki dla półdebili, jaką karmimy nie tylko siebie, ale i nasze dzieci.

Proces odwalania lichwy będzie kontynuowany, jeżeli Maria pozwoli poświęcić temu tematowi kawałek miejsca na blogu. [Jasne, że pozwalam, lichwa to podstawa tego przekrętu, więc trzeba wiedzieć jak nas robią w bambuko, MS]. Nie damy rady streścić wielu lat opresji w kilku krótkich artykułach, poza tym – jak już pisałem wcześniej – ktoś, kto nie ma podstaw wiedzy na temat systemu, może zrobić sobie krzywdę skacząc do wielkiego psa z małym patyczkiem.

Ja bardzo chętnie oddam wszystko, co wiem na ten temat, podam też moje własne sukcesy w tym temacie i dokładny opis, jak to zrobiłem. Ale to musi być zrobione od podstaw, proszę mi wierzyć – banki nie poddają się szybko i łatwo. Pamiętajmy, że mimo tego, że sądy są nasze – ludzie w tych sądach są w dużej mierze opłacani przez system finansowy – lichwę, żeby upewnić się, że będą istnieć długie lata.

Ostatni sędzia jaki w historii publicznie przyznał rację właścicielowi niespłaconego domu i pogonił bank został znaleziony w rzece, na krótko przed emeryturą. Ale to było dosyć dawno, dzisiaj ludzi częściej się kupuje niż zabija. Przychodzi moment kiedy zaczynają być niewygodni, i dostają tyle kasy ile chcą, żeby siedzieć cicho. Lichwa i tak stwarza pieniądze z powietrza, więc dla nich suma nie  gra roli.

Wracając do aktu urodzenia, posłużę się przykładami z życia innych ludzi, daleko bardziej doświadczonych ode mnie w tym temacie. Jednym z nich jest Dean Clifford, którego ja darzę ogromnym szacunkiem. Chłopaka wsadzają do pudła co jakiś czas, do izolatki, żeby nie uczył osadzonych, jak wyjść z paki, ale on nie tylko mówi, on żyje tak, jak uczy.

Kto z Was wierzy, że potrzebuje prawa jazdy, żeby jechać samochodem?

Pewnie wszyscy, ok, zapytam inaczej:

Kto z Was myśli, że potrzebuje pozwolenia drugiego człowieka, żeby przemieścić się z jednego miejsca na drugie – w sposób, jaki mu się podoba, zakładając, że w czasie tej akcji nie robi nikomu krzywdy??

Myślę, że ręce pospadały tym razem. Czy naprawdę myślicie, że ktoś musi nam dać zgodę, żeby przejść, przeskoczyć, bądź przejechać z A  do B???  A jakim prawem?

W którym momencie naszego życia straciliśmy zdolność decydowania o samych sobie??? Zostało nam to odebrane silą? Czy dobrowolnie oddaliśmy to prawo?

Kto z Was myśli, że Bronisław Komorowski i jego świta (wiem, to już przeszłość, ale to tylko przykład) ma większe prawo do kawałka ziemi na tym globie, zwanym Polską niż ja, czy ty??? Nikt? To dlaczego idziesz kupować ziemię od instytucji/korporacji tych ludzi, żeby postawić sobie dom dla swojej rodziny? Wszyscy urodziliśmy się na tym samym kawałku piachu, prawda?

Zmierzam do tego, żeby ludzie zaczęli zadawać sobie pytania, pytania logiczne, które zmuszą ich do myślenia na tyle, żeby zrozumieć dynamikę, jaka istnieje między rolami, jakie pełnią ludzie. Skoro policjant to PUBLIC SERVANT (służba publiczna), a ja jestem częścią PUBLIC, to chyba się samo przez się rozumie, kto ma wyższą jurysdykcję na tym obrazku, prawda? Więc jakim prawem mój sługa drze japę na mnie na ulicy, obraża mnie, wali mnie pałą w łeb, kiedy mu się podoba? Nikomu nie wydaje się to dziwne? Czy jest dopuszczalne, żeby sprzątaczka (to tylko przykład, nie obrażam sprzątaczek broń Boże) darła japę na prezesa, a ten posłusznie spuszczał głowę i przepraszał? No chyba raczej nie, a to widzimy na co dzień, wszędzie, i nikt się nie dziwi…

Jak to się ma do aktu urodzenia, żeby zostać w temacie? Jeżeli jesteśmy współwłaścicielami ogromnego bogactwa ziemi, zwanej Polska i mamy na to dowód – akt urodzenia, to ten majątek został złożony pod opiekę rządu, na czas nieokreślony. Zupełnie tak, jak ktoś zakłada tzw. TRUST (powiernictwo) i wyznacza TRUSTEE (powiernika), żeby zarządzał majątkiem najlepiej jak potrafi, zgodnie z założeniami właściciela.

Problem w tym, że my nie daliśmy żadnych wytycznych przy składaniu naszego majątku. To nie koniec. Nasi rodzice utracili swoje prawa do naszego majątku, działając w naszym imieniu, w momencie osiągnięcia przez nas pełnoletności. W momencie 18 urodzin (w Polsce przynajmniej), my – ich dzieci – powinniśmy skontaktować się z rządem i otwarcie wyrazić naszą wolę, na przejęcie praw do majątku jaki nam się należy, jako tzw. birth right (prawa wynikające z urodzenia), który nasi rodzice w naszym imieniu złożyli na ręce rządu.

Brzmi to zawile, więc napiszę bardziej prosto.

Jaś tuż przed 18 urodzinami powinien napisać list polecony do odpowiednich urzędników, że za chwilę jego osoba prawna nabierze praw do podejmowania kontraktów, więc pełnomocnictwo rodziców przestanie istnieć. W związku z tym – od teraz – to on sam będzie rozpoznawany przez system jako właściciel 1/50 milionowej wartości Polski (podałem wcześniej ten hipotetyczny przykład). Nic nie musi być robione, jeżeli nie chce tego Jaś, ale musi otrzymać odpowiedź, że ta informacja została przyjęta do wiadomości urzędów, i tyle. Nikt nigdy z nas tego nie zrobił! Pamiętacie historię zaginięcia na morzu przez 7 lat, po czym cały majątek po prostu przepada? Tutaj też ta metoda pewnie jest stosowana, na co nie mam dowodów, ale tak mi się wydaje. Nieważne zresztą, fakt jest taki, że ów majątek po prostu zniknął z radaru Jasia.

Piotras z UK

C.d.n.

—————————————

Komentarz Astromarii:

Policjant, lekarz, a przede wszystkim RZĄD I SEJM są opłacani z naszych podatków, są na naszej jałmużnie, więc są służbą publiczną i dlatego to my jesteśmy szefami tych pań i panów, a oni mają nam służyć. Oni mają robić to, co my im każemy, a nie odwrotnie! Tak, rząd jest na Twojej jałmużnie, i to ty jesteś szefem tego zakichanego rządu,czas to sobie wreszcie uświadomić!

Jeśli lekarz drze na Was mordę i straszy sanepidem, grzywną i wojewodą, bo nie zaszczepiliście dziecka nagrywacie zajście (to jest legalne i nikt nie ma prawa wam tego zakazywać!!!) i natychmiast wzywacie policję, ponieważ macie  podejrzenia, że lekarz chce zabić wasze dziecko, wstrzykując mu jakieś świństwo wbrew waszemu jasno wyrażonemu sprzeciwowi. Wasza wola musi być święta dla waszego sługi! Nie dość, że robi zamach na wasze dziecko, to jeszcze dopuścił się napaści słownej i terroru w stosunku do was, rodziców, którzy jesteście prawnymi opiekunami dziecka i decydujecie o wszystkim, co go dotyczy! To jest terror i to jest bezprawie! Takiego lekarza natychmiast zwalniacie z funkcji waszego pediatry / lekarza rodzinnego i piszecie na niego skargę lub nawet doniesienie do prokuratury. Czas najwyższy, żeby totalnie rozbestwiona służba w tym domu, jakim jest Polska została przywołana do porządku. Jeśli służący chce rządzić w twoim domu i wydawać ci rozkazy będziesz to tolerować? Będziesz się płaszczyć i trząść ze strachu? Czy raczej wywalisz drania z pracy i zatrudnisz kogoś bardziej kulturalnego i autentycznie dbającego o twoje dobro?

Dlaczego się boisz policji? Bo gliniarz ma pałę? Może i ma, ale to ty masz władzę!

Dlaczego się boisz lekarza? Popatrz, jaki wykrzywiony jest twój obraz świata: czy psychopatyczny łowca skór, który za garść srebrników od zakładu pogrzebowego lub kartelu farmaceutycznego chce uśmiercić ciebie i twoją rodzinę nie powinien panicznie bać się ciebie? Tymczasem nie tylko się ciebie nie boi, ale doprowadził do tego, że to ty boisz się jego!

Czas się obudzić!

Przekręt wszechczasów część IV

Wracając do aktu urodzenia, postaram się trzymać tematu. Przykłady jakie podaję są po części zaczerpnięte z mojego życia za granicą, kilku krajach, jednak wszystkich należących do bloku IMF, więc wszędzie system jest niemal identyczny.

Na podstawie aktu urodzenia są stwarzane inne dokumenty dla naszego Jasia. Jaś dostanie dowód osobisty, paszport, może kiedyś prawko, kartę ubezpieczeniową itd. Zabawny jest fakt, przykład z USA, że na akcie urodzenia jest napisane jak byk – DO NOT USE IT AS IDENTIFICATION, czyli nie używać jako dowód identyfikacji, a jednak w urzędzie proszą o ten papier – to też nie przypadek.

Jaś otwiera konto w banku, gdzie podaje swój Pesel, proszę pamiętać, że ten numer jest nadany przez korporację RP, więc nie należy wyłącznie do Jasia, Jaś jest tylko jego użytkownikiem, nie właścicielem. Konto bankowe, założone przy udziale numeru pesel, nie jest wyłącznie własnością Jasia. Jak myślicie, dlaczego komornik z urzędu może sobie tak po prostu zająć wasze pieniądze? Pieniądze zdeponowane są w prywatnej instytucji (tego nie muszę tłumaczyć?) Jeżeli Jaś jest pracownikiem RP, a jego konto NIE JEST prywatne, to RP ma prawo nie tylko tam zaglądać, ale i zabrać co jej się podoba. Pomijam fakt, że przy zakładaniu konta dajecie tzw. power of attorney instytucji bankowej do robienia z waszą kasą co im się tylko podoba – jak myślicie, jakim cudem oskubali ludzi na Cyprze z depozytów, tzw. HAIR CUT, czyli zwędzili ileś procent z prywatnych kont – i NIKT nie poszedł siedzieć – zabawne prawda?

Jest sposób, żeby założyć konto w banku bez udziału numeru pesel (bądź innego korporacyjnego numeru). Nazywa się to NON INTEREST BEARING ACCOUNT, ale jest to bardzo trudne. Sam jeszcze tego nie zrobiłem, więc złożę raport jak mi poszło w przyszłym czasie.

Nasz Jaś idzie do pracy. W momencie podpisania umowy o pracę pokazuje swój dowód, dowód na to, że pracę podejmie za pośrednictwem JASIA, czyli swojego korporacyjnego bytu, a co za tym idzie, ma obowiązek dostosować się do zasad korporacji RP i grzecznie robić co mu się nakazuje. Jaś będzie zarabiać kasę, część tych pieniędzy zostanie mu odebrana w postaci podatków (sam dobrowolnie się na to zgodził), reszta zostanie wpłacona na konto bankowe, gdzie widnieje JAŚ (proszę wyjąć swoją kartę bankomatową i zobaczyć, co jest na niej napisane dużymi literami: JAŚ KOWALSKI, i nie dlatego że ludzie mają wadę wzroku – zapewniam was).

Tu muszę powiedzieć, że system powoli robi się zupełnie zuchwały, wiedzą że pospólstwo jest kompletnie ogłupione, więc coraz częściej pisanie dużymi literami jest zastępowane bądź kombinacją dużych i małych, a czasami – zupełnie na barana, małymi. Wiedzą, że my nic nie kumamy, więc się nawet nie przejmują. Ale zasady się nie zmieniają, nigdy, więc jak się nauczymy o co chodzi, to czy duża, czy mała litera, nie zrobi żadnej różnicy.

Mijają lata, Jaś zakłada rodzinę, chciałby kupić dom, więc idzie do swojego banku i postanawia wziąć kredyt na ten dom. Ten proces dostępu do prywatnego kredytu opisałem już wcześniej. Jest zupełnie podobnie jak w przypadku „pożyczki” gotówkowej, na samochód itp., jednak z małą różnicą.

Otóż tzw. MORTGAGE czyli, „pożyczki” na nieruchomości to największy rynek i chleb powszedni lichwy, więc jest kilka małych różnic.

Podaję na przykładzie USA i UK, bo w RP nie mam doświadczenia, ale jestem przekonany, że proces jest niemal identyczny, bo zasada działania jest ta sama.

Jaś podpisuje umowę o kredyt (za pomocą JASIA oczywiście), na sumę wcześniej ustaloną, bankier zwija umowę i całą masę innych papierów, Jaś idzie do domu i czeka na sfinalizowanie umowy, ale będzie musiał pojawić się JESZCZE RAZ i podpisać resztę dokumentów – proszę zapamiętać ten moment, bardzo ważne.

Bankier robi swoje, sprawdza, pręży się tu i tam i woła Jasia, żeby zakończyć proces „kredytu”, żeby Jaś mógł w końcu zamieszkać w swoim M. I co dalej, a właściwie, co się stało, jak wyglądał ten proces i jaką rolę w nim pełnił Jaś i jego osoba prawna JAŚ?

Jaś na pierwszym spotkaniu pojawił się w roli, jaka ma ogromną władzę, władzę stwarzania pieniędzy. Pamiętajmy, że CAŁE FUNDUSZE na ten pseudo-kredyt powstały przy pomocy kawałka papieru (umowa), kilku podpisów po obu stronach i obietnicy spłacenia należności. Te wszystkie elementy to składniowe tzw. PROMISSORY NOTE, czyli pieniędzy (poza datą, bo to jest następny szwindel).

Pamiętamy, że owa umowa zostaje zamieniona w czek i zdeponowana na nowiutkim koncie pod imieniem JAŚ KOWALSKI, czego właścicielem jest kto? No właśnie, nikt inny jak Jaś Kowalski! To są jego fundusze, wiem że ciężko to ogarnąć, to brzmi jak stek bzdur, ale zapewniam was, że tak jest.

Jaś pojawiając się na drugim spotkaniu, żeby sfinalizować „kredyt”, nakłada już inną czapkę, dalej posługuje się swoim korporacyjnym bytem JAŚ KOWALSKI, jednak tym razem podpisuje resztę dokumentów w roli – KREDYTOBIORCY, to jest zupełnie nowy kontrakt, który zobowiązuje Jasia do spłacania owego, wyimaginowanego kredytu.

Żeby pokazać to na przykładzie łatwiejszym do zrozumienia. Bywa nie raz, że człowiek pełni różne funkcje, ktoś kto jest ministrem transportu, ma swoją prywatną firmę naprawiającą drogi. Bywa, że przetarg na prace nad publicznymi drogami „wygrywa” firma owego ministra, bądź pod innym szyldem, ale wciąż jego. Czy to jest konflikt interesów? Czy ten minister dał sam sobie tę pracę po znajomości? Na pierwszy rzut oka oczywiście, w świecie biznesu niestety nie. Jak robił przetarg na pracę miał na głowie czapkę ministra, przyznając pracę swojej firmie, odbierając, podpisując umowę na tę pracę zrobił to nosząc inną czapkę – prezesa firmy budowlanej, naprawiającej drogi. To jest nie w porządku, ale tak niestety działa commerce, biznes. Równie ważne co się mówi jest to, KTO to mówi. W świecie biznesu ten epizod to nie konflikt interesów.

Dlaczego podaję taki przykład – my również nosimy czapki, wcielamy się na co dzień w inne role, piastujemy stanowiska, które niosą ze sobą przywileje, ale również masę zobowiązań.

Nasza rola jako pracownika RP jest z góry założona: 24 na dobę, a my, grzecznie jak stado baranków udowadniamy to na każdym kroku. Ile razy legitymujemy się rządowym/korporacyjnym ID zwanym dowodem osobistym? Ile razy dziennie używamy karty płatniczej JAŚ KOWALSKI i pobieramy kasę z konta owego pracownika? Robimy te wszystkie rzeczy wiele razy dziennie nie mając zielonego pojęcia co się z tym wiąże.

Wracamy do aktu urodzenia i pieniędzy. Ludzie (i ja sam do niedawna) miałem mocne przekonanie, że to banki nas wszystkich wykańczają i nie ma na to rady. Otóż nie tak do końca. Pamiętajmy, że my jako żywe istoty mamy mnóstwo ról jakie gramy. Jedną z nich jest nasza suwerenna rola, kogoś kto się urodził na polskiej ziemi i ma prawo do jej zasobów i bogactwa, pamiętacie? Tylko jest mały problem – ten człowiek, a właściwie jego rodzice, po podpisaniu aktu urodzenia zabrali się w siną dal i nigdy się nie pojawili. W zamian nadali swojemu Jasiowi rolę pracownika/własności korporacji RP i ten biedny Jasio do końca swoich dni będzie piastował tę posadę, zredukowany do numeru pesel, jako nic nie znaczący śmieć i chyba co do tego nikt nie ma żadnych złudzeń.

Co się stało z majątkiem Jasia? Jaś nigdy się nie pojawił, żeby z niego skorzystać. Proszę pamiętać, że to nie są tak do końca pieniądze, które możemy po prostu wyjąć z systemu. Niektórzy to zrobili, ale dostali tę opcję, żeby zamknęli japę i nie budzili reszty lemingów. Te fundusze są do użycia „wewnątrz” systemu, na potrzeby niezbędne do utrzymania Jasia przy życiu, dobrym i zdrowym życiu, na rachunki leczenia, na rachunki za wodę i prąd, pamiętajmy, że te dobra są w większości generowane z naszych zasobów ziemi, więc należą się WSZYSTKIM, za darmo, jedyną opłatą jaką może pobierać administrator są fundusze potrzebne na budowę i naprawy systemu dostawy, nic więcej.

Te fundusze mają na celu udostępnić ziemię pod budowę domu dla Jasia (jak myślicie, skąd Kadafi brał tyle siana, żeby ludziom dać bezzwrotne dofinansowanie na mieszkanie, samochód, służbę zdrowia? Z ropy? OK, a ropa czyja? Jego, czy ludzi na owej ziemi? No właśnie, teraz gryzie ziemię, bo to nie podobało się naszym demokratorom jak Obierak Banana i spółka.

Więc tak naprawdę mamy wszystko, czego nam potrzeba, ile prostsze byłoby życie, gdybyśmy mieli dom, nie płacili podatków dochodowych, mieli służbę zdrowia z prawdziwego zdarzenia i piękną emeryturę (nie, nie musimy płacić ZUS ani innych składek, to wszystko jest rozkradzione niestety).

Bank to jest tylko coś na obraz lustra, tak to prawda, że chłopacy się rozkręcili i zaczęli nadużywać swoich możliwości i okradają ludzi, ale jak sprowadzimy ich do oryginalnej roli nie mają żadnej władzy. Są tu tylko po to, żeby konwertować formy pieniedzy (umowa/promissory note-cyfry na ekranie-fundusz na koncie) i pośredniczyć za niewielką opłatą pomiędzy rolami, jakie pełnimy na co dzień. Nic innego!

Bank trzyma kontrolę nad tym, żeby ludzie nie powariowali i nie zaczęli tworzyć trylionów, jak poznają prawdę. Chyba nie muszę nikogo przekonywać, że taka samowolka byłaby katastrofą dla ekonomii. Jutro każdy miałby bilion $$$ i bułka kosztowałaby 60 bilionów $$$. Ludzie w większości nie są jeszcze gotowi, żeby pilnować tych spraw, chciwość i lenistwo razem z głupotą niestety pogrzebałaby całą rasę ludzką, jeżeli bank wyjawiłby jak tworzyć pieniądze.

C.d.n.

Piotras

Przekręt wszechczasów część I

Stara ezoteryczna zasada mówi, że kiedy uczeń jest gotowy pojawia się mistrz. Nie szkodzi, że mistrz jest dużo młodszy od ucznia. Ważne, że ma wiedzę, którą ma do przekazania.

Napisał do mnie Piotras, który wie wszystko na temat tego całego przekrętu z aktem urodzenia i ze strawmanem. Wszystko co piszę poniżej pochodzi od niego. Dowiedziałam się też, że Dean Clifford jest najlepszym specem od przekrętów prawnych, więc zwracam się z nieśmiałą prośbą do BladegoMamuta o więcej tłumaczeń.

$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$

Dzisiaj czytałem Twój blog na temat aktu urodzenia i nazwiska i tego całego konceptu strawmana. To jest w zasadzie fundamentalny moment, gdzie ta cała komercyjna iluzja zaczyna swoje życie. Jeśli chodzi o rejestrację to jest niezupełnie tak, jak mówi Kate of Gaia, a raczej zupełnie nie tak.

AKT URODZENIA: to jest moment, kiedy zostaje stworzony pionek do gry, dosłownie, nic poza tym. Te wszystkie brednie, gdzie twierdzą, że oddajemy dzieci, samochody itd. dla rządu poprzez akt rejestracji to nieprawda.

Wg słowników prawnych (Black`s Law Dictionary) akt rejestracji nie transferuje tzw. equity czyli wartości.

W momencie rejestracji dzieją się 2 rzeczy (w telegraficznym skrócie):

  1. Zostaje stworzony tzw. TRUST – tytuł własności do np. samochodu zostaje rozdzielony, pomiędzy właściciela wartości ( EQUITY TITLE) czyli tego, kto zapłacił za samochód (cała jego wartość należy do niego, nikogo innego) i drugi akt własności, który zostaje wysłany do urzędu.
  2. Zostaje stworzony tzw. permanentny rekord w księgach, w razie jakby jakiś inny człowiek zechciał Ci zabrać ten samochód, w sposób bezprawny – masz prosta drogę do odzyskania go poprzez system sądowy.

Jeśli chodzi o rzeczy materialne nie oddajemy niczego. Z dziećmi jest trochę inaczej.

Kiedy rodzi się maluch, ma obowiązek pod groźbą kary (ale to jest nieprawda) otrzymać akt urodzenia. Rodzic idzie do urzędu, podaje dane i zostaje stworzony ów akt.

Co dalej? Otóż jednym z powodów jest stworzenie tzw. LEGAL PERSON, czyli korporacyjnej osoby o takim samym imieniu jak maluch, pisanej DUŻYMI LITERAMI. Owa osoba prawna/korporacja zostaje stworzona przez rodziców, bo maluch nie osiągnął jeszcze pełnoletności – to jest tzw. Contract Ability Age, bo dziecko nie może samo wchodzić w stosunki biznesowe do 18 roku życia (z tym jest różnie w innych krajach).

Ta osoba prawna/korporacja, jak każdy taki byt, ma swoje prognozy, zależne od tego gdzie ma siedzibę, jaki ustrój panuje tam, gdzie się urodziła, jaka jest ekonomia i tysiące innych wskaźników. Na podstawie tego wszystkiego zostaje stworzona prognoza, ile majątku owa korporacja wprowadzi do korporacji-matki (każdy rząd to zarejestrowana korporacja, a wszystkie łączą się w CORPORATION OF LONDON.

Taka osoba prawna/korporacja zostaje oszacowana przykładowo na powiedzmy 15 milionow $. Trzeba wziąć jeszcze jeden aspekt pod uwagę przy szacowaniu zdolności tworzenia prywatnego kredytu na podstawie owej korporacji – ile jest majątku w firmie zwanej RZECZPOSPOLITA POLSKA, bo to również jest korporacja.

Załóżmy, ze RP jest warta na dzisiaj 500 bilionów $ i jest w niej 50 milionów tzw. subsidiaries, czyli podległych korporacji (obywateli / personelu).

Nasz maluch jest właścicielem 1/50-milionowej części owego majątku – mówię poważnie!

Na podstawie prognozy dochodu naszego malucha/osoby prawnej/korporacji i majątku korporacji-matki RP zostaje stworzony tzw. BOND o konkretnej wartości. Kiedy to się stanie ten bond  ląduje na Wall Street i zaczyna się zabawa w iluzję pieniądza, ale o tym później.

Historia aktu urodzenia sięga wielu lat wstecz. Zasady takie jak 7 lat zaginięcia na morzu, po czym cały majątek zostaje odebrany brzmią śmiesznie, ale są wciąż w użyciu. Kiedy ogłaszasz bankructwo w USA to się to nazywa Chapter 11 – twoja osoba prawna/korporacja zostaje tymczasowo „uśmiercona” na 7 lat. Nikt Ci nie da kredytu w tym okresie!

Akt urodzenia to również bond ubezpieczeniowy, na gwarancie którego niemal wszystkie wypadki, rachunki szpitalne i komunalne, wszelakie szkody wyrządzone NIEUMYŚLNIE mają swoje zadośćuczynienie! Nie potrzebujemy żadnych ubezpieczeń na samochody itp., to wszystko jest szwindel!

OSOBA PRAWNA/LEGAL PERSON stworzona przy akcie urodzenia to nie jest żaden szatański pomysł ani ukradziona dusza, ale każdy może to interpretować na własny sposób, zależnie od stanu świadomości i wiedzy.

LEGAL PERSON to jest pionek do gry, a PROPERTY to własność osoby animującej ją. Żyjący (prawdziwy) Jasio Kowalski ma swojego JASIA KOWALSKIEGO, który jest jego własnością, tak jak jego rower, dom czy wrotki, nic więcej.

Problem w tym, że nie mamy pojęcia jak tego używać, to jest jak nabity pistolet w rękach dziecka i dlatego nas dymają aż nam zęby trzeszczą.

Kiedyś w szkołach obowiązkowa była nauka logicznego myślenia czyli TRIVIUM, a teraz uczą jedynie wkuwać i klepać regułki, zamieniając ludzi w stado baranów.

Rozbierzmy temat na logikę:

JAŚ KOWALSKI to własność Jasia Kowalskiego. Oto dlaczego:

  1. Owa korporacja została stworzona poprzez podpis/energię rodziców Jasia Kowalskiego. Bez udziału jego rodziców, działających w JEGO IMIENIU, ta osoba prawna nie powstałaby wcale. Oto pierwszy dowód na logikę, że JAŚ KOWALSKI należy do Jasia.
  2. Owa korporacja istnieje TYLKO tak długo jak długo żyje Jaś. W momencie jego zniknięcia JAŚ KOWALSKI przestaje istnieć z automatu. Akt zgonu oficjalnie rozwiązuje ten byt korporacyjny – czyli drugi dowód, że JAŚ należy do Jasia.
  3. Owa korporacja nie jest w stanie zrobić nic sama, nie wstanie żeby iść do pracy, nie podpisze umowy o pracę, nie odda podatków i nie kupi domu. Do wszystkiego jest potrzebny żywy Jaś, a jego podpis jest na wagę złota. Bez niego korporacja to martwy twór, nic więcej – oto 3 dowód.

Jest ich wiele, ale te najbardziej oddają postać rzeczy.

To jest początek historii. Niestety, bez zrozumienia skąd się biorą pieniądze, nikt nie uwolni się od jarzma lichwy.

Dlaczego jest takie ważne żeby zrozumieć tę całą iluzję – bo na tej podstawie są stwarzane pieniądze. Pieniądze z powietrza, o czym już teraz niemal każdy wie, tylko nie wie jak to ugryźć.

Tego jest naprawdę ogrom, więc ograniczę się wyłącznie do istotnych elementów, bo myślę, że od tego zależy poziom finansów, a tym samym życia.

Piotras

c.d.n.