O naszych duchowych pomocnikach, czyli uważaj, kogo wzywasz do współpracy

Tym tekstem wyrażam „konstruktywną samokrytykę”. Pisałam wiele razy, że nie ma demonów ani diabłów i że jedynymi niebezpiecznie harcującymi w życiu ludzi bytami są te, które powołuje do życia ich ego lub podświadomość i że w najgorszym razie są to egregory. Otóż bardzo się myliłam. Egregory są groźne, ale główną przyczyną problemów NIEKTÓRYCH (absolutnie nie wszystkich!!!) osób parających się ezoteryką lub okultyzmem lub szukających spełnienia na tzw. „ścieżce duchowej” są byty, zwane (słusznie lub nie) demonami lub Szatanem. Czym jest Szatan wyjaśniłam w tej notce.

Zacznijmy od wyjaśnienia, że termin „ścieżka duchowa” jest przez większość wstępujących na nią adeptów całkiem opacznie rozumiany. Jeśli komuś się wydaje, że ścieżka duchowa da mu nadprzyrodzone moce i podziwiane przez tłumy zdolności, to bardzo się myli. Co gorsze, może się srodze rozczarować, a nawet narobić sobie kłopotów rodem z najstraszliwszego horroru.

Prawdziwy rozwój duchowy nie wyzwala żadnych wzbudzających zdumienie, a zwłaszcza przerażenie zdolności, zwanych w Indiach sidhi. Rozwój duchowy to po prostu najzwyklejsze w świecie przebudzenie z hipnozy, w której żyje prawie cała ludzkość. Przebudzony duchowo człowiek nie lewituje, nie czyni cudów ani nie ma (bo ich nie pragnie) zdolności podglądania najintymniejszych i starannie skrywanych przed światem tajemnic innych ludzi. Jest to osoba, która przestała wierzyć kapłanom, uczonym, politykom, mediom, autorytetom i ekspertom dowolnego rodzaju i innym sprzedawcom iluzji. To po prostu ktoś, kto widzi rzeczy takimi, jakie one są i nie da sobie wmówić żadnych religijnych, naukowych, politycznych czy dowolnych innych bzdur, przy pomocy których władza steruje ludzką owczarnią.

Niestety, większość ludzi żyje w przekonaniu, że na ścieżce duchowej czekają jakieś fantastyczne dary: zdolność czynienia zadziwiających cudów, wglądu w przeszłość i przyszłość świeżo poznanej osoby, umiejętność uzdrawiania dotykiem itp. Niektórzy przeżywają fascynacje wywoływaniem duchów, piciem krwi, rzucaniem klątw i podporządkowywaniem sobie bliźnich przy pomocy magii. I szukając takich mocy wpadają w sidła zła.

Wszyscy słyszeliśmy o znanych i podziwianych przez tłumy tarocistach czy astrologach słynących z tego, że wiedzą wszystko, nawet to, na jaki kolor pomalowane są ściany w twoim mieszkaniu, jak ma na imię twoje najmłodsze dziecko, a nawet jakiej marki i z którego rocznika samochodem jeździsz. Leszek Szuman znany był z tego, że zapisywał datę przyszłej śmierci każdego swojego klienta i podobno nigdy się nie mylił.

Zawsze mnie to zadziwiało, bo chociaż studiowałam astrologię przez lata i u wielu różnych nauczycieli, żaden z nich nigdy nie uczył nas wyliczania z horoskopu dat przyszłych wydarzeń, a o znajomości imion dzieci czy kolorów i marek samochodów nawet nie wspomniał. A jednak wciąż donoszono mi o astrologach, którzy takie rzeczy swoim klientom mówili i nigdy się nie mylili. Bardzo mnie to zadziwiało i zaczęłam nawet podejrzewać, że moi nauczyciele byli nieukami.

Zdolności niektórych przepowiadaczy przyszłości były tak wielkie, że zapewniły im miejsce w historii. Niektórzy z racji tych uzdolnień zostali nawet uznani za świętych. Święty Jan spisał przepowiednię dla całego świata, zwaną Apokalipsą. Nostradamus widział przyszłość jakby odbywał przejażdżkę maszyną do podróży w czasie. Baba Wanga przepowiedziała skażenie radioaktywne całej półkuli północnej. I – o zgrozo – przepowiednie te realizują się na naszych oczach!

Jakim cudem ci ludzie znali przyszłość, skoro przyszłość tworzona jest na bieżąco przez nas samych?

W końcu zrozumiałam skąd pochodzi „nadprzyrodzona” wiedza, którą dysponują niektórzy tarociści, astrolodzy i uzdrowiciele. Bynajmniej nie odczytują jej z kart ani z horoskopu, bo tym sposobem zdobyć się jej nie da.

Otrzymują ją dzięki pomocy „przewodników duchowych” i „aniołów”, a raczej bytów, które się za przewodników duchowych i anioły podają, ale żeby taką pomoc otrzymać, należy o nią poprosić, a raczej skorzystać z ochoczo podsuniętej oferty. Oni aż się palą, żeby za ciebie pracować i czynić cuda. A nawet, żeby uczynić cię sławnym.

Skąd ten zapał do niewolniczej i anonimowej pracy na cudzy rachunek?

Niestety, na tym świecie nie ma nic za darmo!

W moim forum pojawił się ostatnio osobnik o nicku „hipnotyzer1”, który w cudowny sposób uzdrawia, niczym sam Jezus. Według niego przyczyną nowotworów są energetyczne pasożyty, więc wystarczy je wygonić, aby choroba znikła bez śladu. Poczuł się tak wielki, że kiedy tylko wkroczył na moje terytorium z marszu posłał do diabła wszystkie metody leczenia i uzdrawiania, z doktorem Gersonem i vilcacorą na czele. Wszystkie te metody uznał za guzik warte i nie dorastające do pięt jego cudownym umiejętnościom, po czym zostawił swój numer telefonu, żeby każdy mógł skorzystać z jego usług. Oczywiście – nie za darmo.

Dalsza dyskusja w forum wyjaśniła, na czym polega cudowność usług tego „speca”. Otóż pracują za niego dwa „Anioły”, których moc jest tak wielka, że żaden pasożyt im się nie oprze.

Pracują Anioły… a kto bierze pieniądze?

Pieniądze kosi pan „hipnotyzer1”!

Czy to uczciwy układ?

Nie sądzę. Bo wygląda na to, że „hipnotyzer1” czerpie korzyści z niewolnictwa. Dwaj anielscy murzyni ciężko pracują, a on zgarnia kasę, którą oni zarobili.

Za pana tarocistę czy wszystkowiedzącego astrologa również całą robotę odwalają jacyś niewidzialni pracownicy. Jasnowidzom, znającym przyszłość świata również ktoś ją przedstawia.

Niektórzy z nich są nawet w pełni świadomi faktu, że nie są to anioły, lecz demony. Ale się oszukują, że to „dobre” demony. Oni z tymi złymi się nie zadają. I oczywiście wierzą, że są tacy sprytni, że bezbłędnie rozpoznają, które są dobre, a które niedobre.

Ktoś pewnie zaraz spyta, co w tym złego, skoro anioły, a nawet demony nie potrzebują pieniędzy?

Chodzi o to, że na tej planecie nie ma nic za darmo. Na tej planecie toczy się śmiertelna walka o energię. Pieniądze też są formą energii, ale ponieważ na tamtym świecie nie mają one wartości, rachunki muszą być wystawiane w innej walucie. Walutą w tym interesie jest dusza. Lub całe mnóstwo dusz, np. cały naród. Szkoda, że zawierający kontrakt cwani okultyści i uzdrowiciele nigdy o to nie pytają. Niewyobrażalnie rozdęte ego, wizja zarobienia wielkiej forsy za nic i możliwość grania roli celebrytów w pudle dla idiotów tak ich zaślepia, że tracą zdrowy rozsądek i nie myślą o konsekwencjach. A kiedy w końcu zobaczą rachunek śmiertelnie się przerażają! Wielu z nich kończy w szpitalu psychiatrycznym, inni szukają ratunku w Kościele. Niestety, wpadają z deszczu pod rynnę, ponieważ Kościół jest instytucją demoniczną. O tym, jak bardzo demoniczny jest Kościół i jaką perfidną zasadzkę zastawił na ludzkie dusze będzie jeszcze mowa na końcu.

Mali okultyści sprzedają swoje własne dusze. Ale i sławę dostają małą.

Wielcy gracze przechodzą do historii, ale rachunek za to wystawiany jest całym narodom, a nawet światu. Na szczęście ci cwaniacy obiecali sprzedać coś, co do nich nie należy, więc nie ma szansy, by ten kontrakt został sfinalizowany. Ale demony mimo to liczą na swoją zdobycz i gotowe są nawet uciec się oszustwa, żeby tylko ją otrzymać.

Jak już pisałam Apokalipsa nie jest przepowiednią, lecz scenariuszem napisanym i realizowanym przez kosmiczne pasożyty okupujące naszą planetę i hodujące ludzi niczym bydło. Jan, który tę Apokalipsę spisał pisze wyraźnie, że rozmawiał z potężnym osobnikiem, którego wziął za Boga i że na jego zlecenie spisał tę księgę. Wygląda na to, że zaproszono go do kina, w którym wyświetlano trójwymiarowy i stereofoniczny film holograficzny, tak realistyczny, że nie do odróżnienia od rzeczywistości.

Podobną sztuczkę pokazano Nostradamusowi. Obaj otrzymali polecenie spisania tego, co widzieli.

A co widzieli?

Wojny i zniszczenia, które zaplanowali i realizują twórcy scenariusza tego „futurystycznego filmu”!

To nie my wywołujemy wojny!

Wszystkie wojny światowe (również trzecia), wraz z dokładnymi datami ich wybuchu, zostały zaplanowane tysiące lat temu, za czasów św. Jana i innych „proroków”.

Ci „prorocy” czanelingowali przekaz z szatańskiego źródła.

I teraz mamy być ukarani zagładą za to, że jesteśmy krwiożerczą i wojowniczą rasą, mordującą w wojnach przedstawicieli własnego gatunku!!!

To dopiero jest perfidia. Perfidia godna Szatana!

Za tę oszukańczą „usługę” ma teraz zapłacić cała ludzkość, dobrowolnie uznając się za niegodnych życia grzeszników, którzy muszą być za karę zgładzeni. Mamy wyrazić dobrowolną zgodę na to, by nas, niczym szczury lub insekty, wybito! Niestety, wielu ludzi uwierzyło w tę bajkę i powtarza jak mantrę śpiewkę o tym, że człowiek niszczy planetę, że jest rakiem na jej ciele i że nie zasługuje na dalsze istnienie.

Na wypadek, gdyby ten plan się nie powiódł, nasi okupanci mają alternatywną ofertę: ukoronujcie Jezusa na króla Polski i namówcie inne narody, by poszły w wasze ślady, a Bóg was ocali. Jeśli tego nie zrobicie, spotka was zagłada tak straszna, jakiej świat dotąd nie widział.

I mamy uwierzyć, że taką propozycję nie do odrzucenia, w stylu najgorszych bandziorów z sycylijskiej mafii, przedstawia nam sam Bóg, Stwórca Wszystkiego?!

Niezwykłość i rangę tego żądania wyraża ostrzeżenie Boga, skierowane do nas za pośrednictwem Rozalii (Celakówny), że na świat nadchodzi kara o wiele cięższa od kary potopu, a także zapewnienie, że Polska nie zginie, o ile uzna w wyżej opisany sposób Jezusa swym Królem. W ślady Polski, jak zostało to zapowiedziane Rozalii, pójdzie wiele innych narodów, które także uznają w Jezusie swego jedynego Króla i Boga; tylko one ocaleją z powszechnej zagłady.

Tej intronizacji ma dokonać nie tylko Kościół, ale i władze świeckie! Ma to być intronizacja „totalna”, religijna i świecka, żeby nikt nie mógł powiedzieć „nie w moim imieniu!”

Jest ratunek dla Polski, jeśli Mnie uzna za swego Króla i Boga w zupełności przez Intronizację, nie tylko w poszczególnych częściach kraju, ale w całym państwie z rządem na czele… (Rozalia Celakówna, Wyzniania, s. 263n.).

Dalej czytamy coś absolutnie kuriozalnego:

Ceremonia Intronizacji dotyczy także, i przede wszystkim, Pana Jezusa. Wyznajemy bowiem, że Jezus jest Królem Wszechświata, a więc Władcą nie tylko wszystkich ludzi i narodów, ale także Panem (Królem) całego stworzenia. Jego władanie jest absolutne: Dana Mi jest wszelka władza w niebie i na ziemi (Mt 28,18). Jest więc najwyższym i de facto jedynym Władcą: Królem królów i Panem panujących (por. Ap 19,16).

Zaraz, zaraz, chwileczkę, chyba coś tu się nie zgadza!

To światem nie rządzi już Bóg?

Bóg odszedł na emeryturę i przestał być Bogiem?

Zrzekł się władzy niczym stary król, który abdykuje by koronować syna?

Podobno Bóg jest wieczny! Nigdy się nie narodził i nigdy nie umrze, jakże więc mógłby się zestarzeć i zmurszeć na tyle, by być niezdolnym do rządzenia dziełem, które powołał do życia?

A może raczej został od władzy odsunięty?!

Widzicie ten wredny podstęp?

Żąda się od nas, żebyśmy wyrzekli się spierniczałego, niezdolnego do istnienia starego Boga-Stwórcy i zastąpili Go Jezusem, młodym Bogiem!

Proces ogłupiania wiernych trwa od dawna, bo Kościół zawsze nauczał, że należy się modlić do Jezusa, a nawet do pomniejszych świętych, a nie do Boga.

Dlaczego?

To jest cyniczny podstęp i pułapka.

Jezus był nauczycielem duchowym, który przybył na ziemię nauczać ludzi, żyjących 2000 lat temu. Dawno wykonał powierzoną Mu misję i odszedł. Jezus, którego wykreowała religia nie ma nic wspólnego z tamtym Jezusem i z Jego duchową misją. Jezus religii jest WYŁĄCZNIE egregorem, stworzonym przez demoniczne siły, rządzące tą planetą i ludzkością. Egregor jest oszukańczą pułapką dla dusz. Jego zadaniem jest odgradzanie wiernych od Boga. Ludzie modlą się do sztucznie wykreowanej postaci, która niczym gąbka wchłania ich emocje oraz prośby i zatrzymuje w sobie.

Wszystkie manifestujące się w objawieniach „Jezusy”, „Matki Boskie” i inne „anioły” to paskudne egregory lub groźne demony!

Módl się do Boga! Nie potrzebujesz żadnych pośredników!!!

Pośrednicy roztrwaniają energię, jak stacje przesyłowe prąd elektryczny.

Pomóc Ci może jedynie prawdziwa boskość, więc nie szukaj jej pod jasno świecącą latarnią, lecz tam, gdzie ona jest!

Czy nauka o ewolucji jest mądrzejsza od religii i astrologii?

Na złomowisku są wszystkie części i fragmenty Boeinga-747, porozkręcane i chaotocznie porozrzucane. Trąba powietrzna przypadkowo przechodzi przez złomowisko. Jakie jest prawdopodobieństwo tego, że po jej przejściu znajdziemy tam w pełni złożony 747, gotowy do lotu?

Prawdopodobieństwo powstania choćby jednego z polimerów żywych organizmów przez przypadek jest takie samo jak prawdopodobieństwo, że całkowicie wypełniający przestrzeń Układu Słonecznego niewidomi, obracający w rękach kostkę Rubika, ułożą ją prawidłowo i równocześnie.

Nieważne jak olbrzymie środowisko jest brane pod uwagę, życie nie mogło mieć przypadkowego początku. Stada małp bębniące na chybił trafił na maszynach do pisania nie mogłyby wyprodukować dzieł Szekspira z tej praktycznej przyczyny, że cały dostępny obserwacjom wszechświat nie jest wystarczająco olbrzymi by pomieścić niezbędne hordy małp, niezbędne maszyny do pisania i, z pewnością, niezbędne śmietniki, do których wyrzucano by nieudane próby. Tak samo rzecz ma się z żywą materią. [Fred Hoyle]

Poniższy filmik widziałam już dość dawno, ale dziś w radiu TokFm usłyszałam kolejną perełkę „racjonalistycznej” mądrości i to mnie zmotywowało, żeby jednak pokazać go z moim komentarzem. Popatrzcie na to uważnie i bez czołobitności wobec autorytetu nieomylnej (niby sam wszechmogący Jahwe) nauki: czym różni się żarliwa wiara w darwinowski ewolucjonizm od żarliwej wiary w Boga-stwórcę? Zastąpcie sobie w wyobraźni każde odwołanie do cudowności ewolucji odwołaniem do boskiej cudownej kreacji, a wyjdzie wam to samo. Jak dla mnie wyjaśnienie naszej miłości do dzieci ewolucją nie jest ani trochę bardziej naukowe, niż uznanie tego „cudu” za dzieło Boga. Wiara w ewolucję, czyli w przypadkowe powstanie jakiegokolwiek dzieła natury to tylko wiara; w czym miałaby być lepsza od wiary w Boga, który to wszystko stworzył?

Dziś w TokFm panowie redaktorzy omawiali książkę antropolożki Helen Fisher „Dlaczego on? Dlaczego ona?” przedstawiającą wyniki badań autorki nad mechanizmami doboru w związkach. Oczywiście redaktor działu naukowego musiał wyjechać ze (swoimi ulubionymi) wyjaśnieniami ewolucyjnymi: że ludzie nie mają wpływu na to, jacy są i jakich dokonują wyborów, w tym partnerskich, ponieważ to geny, a więc urodzenie się w tej, a nie innej rodzinie sprawia, że mamy więcej lub mniej jakiegoś neuroprzekaźnika i to nas determinuje na całe życie.

A ja w tym momencie zadam wredne pytanie: skąd w takim razie ta cała dzika nienawiść naukowców do astrologii, która według nich (zupełnie zresztą bezpodstawnie) oskarżana jest o lansowanie gwiezdnego determinizmu? W czym determinizm gwiezdny miałby być gorszy od determinizmu genetycznego? Dlaczego jest zgoda na uznanie człowieka za bezrozumnego niewolnika genów i neuroprzekaźników, a nie ma zgody na uznanie go za niewolnika wpływów Kosmosu? Przecież wszyscy jesteśmy dziećmi Wszechświata, cóż więc byłoby dziwnego w tym, gdybyśmy podlegali jego wpływom? I czy w ogóle godzi się wierzyć w to, że ludzka istota może być niewolnikiem chemii, kosmosu czy czegokolwiek innego (pomijając oczywiście problem uzależnień)?

W rzeczywistości nie ma żadnej sprzeczności między nauką o genach i astrologią: z horoskopu da się odczytać genetyczne predyspozycje danej osoby znacznie łatwiej, niż z genów, których tajemnice wcale do końca nie zostały odczytane. Genetyk, gdyby pokazać mu mapę genów danej osoby niewiele będzie umiał powiedzieć o jej charakterze, skłonnościach i prawdopodobnych kolejach losu, w przeciwieństwie do astrologa, który odczyta te cechy bez problemu. Z ezoterycznego punktu widzenia geny są rezultatem karmy: rodzimy się w tej, a nie innej rodzinie nie przez przypadek, lecz dlatego, że to właśnie ta rodzina dostarcza nam odpowiednich warunków do pracy nad sobą. I to właśnie za sprawą karmy otrzymujemy takie, a nie inne geny. I tę karmę (oczywiście w przybliżeniu) możemy odczytać z horoskopu.

Ale oczywiście to jest „nienaukowe”, a więc bzdura, w którą wierzyć nie wolno. Za to wolno wierzyć w bajki Darwina i jego przekonanie, że kochamy dzieci tylko dlatego, że ewolucja to sprawiła.

PS. Jeśli jesteś fanatycznym darwinistą przeczytaj koniecznie tekst Richard Dawkins jest kreacjonistą.

Ankieta

Dostałam dziś maila z zaproszeniem do wzięcia udziału w badaniach naukowych nad ludźmi „niewierzącymi”. Słowo „niewierzącymi” biorę w cudzysłów, bo to określenie straszliwie mnie irytuje. Jak pisałam na swojej stronie:

Według obyczaju panującego we wszystkich środkach masowego przekazu w Polsce (a może z racji odgórnego nakazu) ludzi generalnie dzieli się na wierzących i niewierzących. Jest to tak powszechne zjawisko, że nikt nawet się nie zastanawia, co właściwie znaczy słowo „wierzący”. Jednak z ogólnego tonu tych wypowiedzi wynika, że owi „wierzący” to katolicy, a „niewierzący” to cała reszta.

Za „niewierzących” uważa się w Polsce wszystkich tych, którzy odeszli od Kościoła i jego nauczania, co jest bzdurą, bo można być nie-katolikiem, a mimo to wierzyć w Boga lub coś w rodzaju Boga (w jakąś nieosobową „Siłę Wyższą” lub „Źródło Pierwotne”, jak o tej Istocie mówią czanelingi).

W innym mailu z dzisiejszej poczty dotyczącej mojego tekstu pt. Wiara przeczytałam:

Witam. Bardzo ciekawe przemyślenia. (…) Przez te lata chodziłam do kościoła, ale nie odróżniałam wiary w Boga od religijności.
Pozdrawiam.
A.

Z kolei w programie telewizyjnym o medium, Johnie Edwardzie padły takie słowa:

Po tych wszystkich nieszczęściach tata stracił wiarę. Ale po rozmowie z Johnem wrócił do Kościoła.

Te stwierdzenia mówią wszystko – dla większości ludzi religijność i Kościół = Bóg.

Kto obraża się na Kościół i narzucane przez tę instytucję nauki, ten automatycznie bierze rozwód z Bogiem i nie widzi w tym żadnego braku logiki. A przecież to, że Kościół propaguje antyrozumowe dogmaty, że opowiada naiwne religijne bajeczki, to że księża żyją niemoralnie lub to, że Kościół wtrąca się do polityki, próbując narzucać wszystkim ludziom świata swoje normy moralne nie świadczy w żaden sposób o Bogu, lecz tylko i wyłącznie o religii i Kościele jako instytucji.

Tę samą trudność z odróżnieniem jednego od drugiego mają nawet uczeni, a dowodem na to są pytania w ankiecie, którą wypełniłam.

Ponieważ nie wiem jak skontaktować się z autorem badania, wysłałam takiego maila na adres redakcji, w nadziei, że zostanie on przekazany komu trzeba:

Pierwsze i zasadnicze pytanie:  jaka jest definicja „niewierzącego”, bo z ankiety wynika, że chyba nie ma żadnej (występuje w niej wielkie pomieszanie z poplątaniem).

  • Czy jest to nie-katolik?
  • Nie-chrześcijanin?
  • Agnostyk?
  • Zupełny ateista?
  • Czy np. buddysta jest też „niewierzący”, skoro buddyzm nie zajmuje się bogiem, a wyłącznie rozwojem osobistym?
  • A może jest to nowa klasa ludzi, określających siebie mianem „własnowierców”?

W Polsce przyjęło się dzielić ludzi na „wierzących”, czyli należących do KRK oraz „niewierzących”, czyli tych, którzy do KRK nie należą, a to duuuży błąd.

Ja jestem niewierząca, ale wyłącznie w religię. Wierzę w to, że istnieje Madagaskar, chociaż nigdy tam nie byłam. Wierzę w to, że ziemia krąży wokół słońca, chociaż na oko wygląda, że jest odwrotnie.

Odrzuciłam religię, ale nie odrzuciłam idei Siły Wyższej, pojmowanej na mój własny, osobisty sposób, nie mający nic wspólnego z nauczaniem KRK. Czy więc jestem „wierząca”, czy „niewierząca? Kto odpowie na to pytanie? Bo ja nie umiem.

Wypełniłam ankietę, ale jest tu sporo nieścisłości: np.

Zanim przestał/a Pan/i wierzyć, którego z poniżej wymienionych wyznań był/a członkiem?

Kto powiedział, że każdy człowiek startuje w życie jako wierzący i / lub należący do jakiegoś wyznania, a potem tę wiarę traci? Znam przypadki odwrotne, kiedy to urodzony ateista nagle się nawrócił. A mój przypadek jest taki, że nigdy nie należałam do żadnego wyznania, bo pochodzę z rodziny od zawsze (od kilku pokoleń) ateistycznej. Obecnie określam siebie jako „bezwyznaniową” lub „własnowierczynię”, ponieważ stworzyłam swój własny system wartości, nie mający nic wspólnego nie tylko z religią i ateizmem, ale nawet z agnostycyzmem.

Co uważa Pan/i za najważniejszy i decydujący powód swojego odejścia od religii?

Jak mam odpowiedzieć na to pytanie, skoro nigdy nie należałam do żadnej religii?

Jaki jest Pana/i stosunek do apostazji?

Brak opcji „Nie mam potrzeby dokonywać apostazji” (bo nigdy nie byłam członkiem KRK).

Jeśli nie dokonał/a Pan/i apostazji, dlaczego Pan/i tego nie zrobił/a?

Nie można dokonać apostazji, gdy nigdy nie było się członkiem KRK!!!!

Czy sądzi Pan/i, że na dłuższą metę rozwój naukowo-techniczny pomoże czy też zaszkodzi ludzkości?

Zaznaczyłam opcję „trudno powiedzieć”, z braku innych możliwości. Moim zdaniem rozwój naukowo-techniczny może zarówno pomóc, jak i zaszkodzić – dokładnie tak samo jak nóż, którym można ukroić chleb lub zabić mamusię. To są pytania zupełnie bez sensu! Wszystko może pomóc lub zaszkodzić, prawo to dotyczy również religii oraz ateizmu.

Czy wierzy Pan/i w…

  • horoskopy – a co pan ma na myśli używając słowa „horoskopy”? Chodzi o te bzdety z kolorowych gazetek dla bezmózgowców, czy o profesjonalną astrologię (wykładaną na wielu zachodnich uczelniach w katedrach psychologii)? Bo ja nie wiem, jak mam na to odpowiedzieć. Jako profesjonalny astrolog nie mogę napisać, że nie wierzę, ale w te kretynizmy z gazet rzecz jasna wierzyć się nie da, bo to jest idiotyzm. Szkoda, że inteligentny człowiek zadaje tak głupie pytania w poważnej ankiecie. Wyniki na pewno będą się nadawały tylko do kosza.
  • talizmany i amulety przynoszące szczęście – wierzę w to, że talizmany z całą pewnością przynoszą szczęście – gdy się w nie mocno wierzy. A gdy się w nie mocno nie wierzy, to z całą pewnością szczęścia nie przyniosą – kolejne bezsensowne pytanie!

Do których z poniżej wymienionych sakramentów Pan/i przystąpił/a?

A jeśli do żadnego, to co mam tam wpisać, skoro brak takiej opcji?

Na ile Pana/i zdaniem ważne jest, żeby tak przełomowym momentom w życiu, jak narodziny, ślub i śmierć, towarzyszyła ceremonia religijna?

To ma być pytanie do „niewierzących??? Jaki niewierzący pragnie ceremoniałów religijnych? Litości!!! Przecież ci, którzy potrzebują religii i religijnych ceremonii to ludzie „wierzący”, co oczywiste. Moim marzeniem jest, żeby moje zwłoki zostały spalone, a prochy rozsypane. Nie czuję potrzeby, żeby moje szczątki spoczywały w grobie i nie czuję się komfortowo z myślą, że moje dzieci mogłyby czuć się zobowiązane do odwiedzania tego miejsca.

Czy ochrzcił/a Pan/i swoje dziecko?

Oprócz odpowiedzi „tak” i „nie” należy tu dodać: „Czy ktoś z rodziny (babcia, siostra itp.) ochrzcił pani dziecko bez pani wiedzy i zgody? Mówiąc inaczej – za plecami. Takie rzeczy naprawdę sie zdarzają!

Obecnie w polskim Internecie powstaje coraz więcej różnego rodzaju stron kierowanych do osób niewierzących. Z których z poniżej wymienionych typów stron kiedykolwiek Pan/i korzystał/a?

Nie jestem ateistką i nie utożsamiam się z żadnym z tych nurtów, bo są one równie agresywne i jadowicie nietolerancyjne jak portale fundamentalistów religijnych.

Ateizm jest równie zły, jak religia! W tym przekonaniu utwierdzają mnie sami ateiści, którzy prześladują mnie dokładnie tak samo, jak moherowe berety ojca dyrektora.

I jedni i drudzy jednakowo zatruwają mi życie, obsmarowują mnie w Internecie i piszą do mnie pełne nienawiści maile. Każda skrajność jest złem!!!

Które z przykazań Dekalogu uważa Pan/i za osobiście wiążące lub osobiście nie wiążące, czyli za takie, które zobowiązują Pana/ią, bądź też nie, do określonego postępowania w życiu codziennym?

Brak opcji: „żadne, w ogóle nie uznaję tego kodeksu”. Dekalog jest prymitywnym i obraźliwym dla ludzkości pseudo-kodeksem pseudo-moralnym, a Jahwe do postać demoniczna. O dekalogu pisałam tutaj.

Nie potrzebuję żadnych zakazów ani nakazów z rodzaju „nie zabijaj”, bo i bez tego nie czuję potrzeby zabijania, a synów wychowałam tak, że z niechęci do zabijania wykręcili się od służby w armii.

Gdyby pana uczonego interesowało niekonwencjonalne podejście o tematu „wiary” i Boga, to zapraszam do lektury, a potem do dyskusji i przemyślenia pewnych kwestii: wspomnianego już tekstu Wiara i Moje credo, czyli co sądzę o religii i ateizmie

Jakie znaki pasują do siebie, czyli astrologia dla zakochanych

Każde kolorowe czasopismo i każdy portal internetowy muszą mieć kącik astrologicznych porad sercowych. Kąciki te przyciągają mnóstwo czytelników, bo któż nie chciałby od razu wiedzieć, czy ten przystojny pan / ta piękna dziewczyna do mnie pasuje i czy jest nadzieja, że spędzimy ze sobą resztę życia w miłości i harmonii. Wystarczy przecież tylko spytać, którego dnia i w jakim miesiącu urodziła się ta osoba i przeczytać, czy nasze znaki zodiaku łączą się ze sobą harmonijnie, czy wręcz przeciwnie.

Otóż niestety, nie wystarczy.

Wróżenie ze znaków, w których znajdują się Wasze Słońca jest całkowicie pozbawione sensu. Dlaczego horoskopy gazetowe nie mają szans się sprawdzić pisałam w blogu astrologicznym. A teraz wyjaśnię, dlaczego porównywanie ze sobą samych Słońc jest całkowitą pomyłką.

Wspomniane pisma i portale zamieszczają tabelki znaków, które do siebie pasują i tych, które nie pasują. Możesz tam przeczytać, że znaki z tego samego trygonu oraz z przyjaznych sobie żywiołów gwarantują harmonię, a z nieprzyjaznych trygonów i żywiołów wróżą niezgodę.

I tak Baran pasuje rzekomo do Lwa i Strzelca, bo to ten sam ognisty trygon, zgodzi się również z Bliźniętami, Wagami i Wodnikami, bo powietrze i ogień przyjaźnią się ze sobą, nie dogada się natomiast w Rakiem, Skorpionem i Rybami, bo ogień i woda, wiadomo, nie dadzą się pogodzić.

Uzbrojeni w taką wiedzę „znawcy astrologii” wyruszają na salony i błyszczą w towarzystwie, tłumacząc zadziwionym słuchaczom, z kim powinni przestawać, a kogo unikać. I tylko czasem ktoś wprawia ich w konsternację odkrywszy, że od lat żyje we wspaniałym związku z osobą spod niewłaściwego znaku lub przeciwnie, że nie jest w stanie dogadać się z kimś, do kogo powinien wręcz idealnie pasować.

Życie byłoby naprawdę cudownie proste, gdybyśmy mieli tylko 12 typów charakteru, dokładnie takich, jak opisywane w kącikach astrologicznych. Niestety, tak łatwo nie jest.

Nie licz na to, że harmonijność znaków, w których przebywają Wasze Słońca zagwarantuje Wam taką samą harmonijność w życiu.

Niestety, to nie Słońca decydują o tym, czy ludzie czują się dobrze przebywając przez 24 godziny pod tym samym dachem. Słońce reprezentuje świadome impulsy, jeśli więc z kimś nie może się dogadać, potrafi podjąć racjonalne działania i jakoś dojść do porozumienia na drodze negocjacji.

O wzajemnej harmonii lub jej braku decyduje przede wszystkim Księżyc, rządzący emocjami, uczuciami, wrażliwością, podświadomością, poczuciem bezpieczeństwa, wewnętrznego komfortu, sprawami domowymi oraz… żołądkiem. Księżyc nie analizuje swoich stanów emocjonalnych, on je po prostu intensywnie odczuwa i albo jest mu dobrze, albo źle. Co więcej – on nie wie, dlaczego tak mu jest i nie za bardzo go to interesuje. Jeśli ma się z kimś związać, to po prostu w każdej sytuacji musi czuć się z tą osobą komfortowo i na luzie.

Co więc z tego, że dwie osoby mają wspólne zainteresowania intelektualne, że zgłębiają te same nauki i potrafią ze sobą przedyskutować całą noc, skoro stale wybuchają między nimi nieporozumienia spowodowane odmiennymi upodobaniami kulinarnymi, mają odmienną wizję urządzenia mieszkania i zupełnie różne nawyki dotyczące spędzania czasu wolnego? Czy osoba uwielbiająca aktywny wypoczynek w siodle lub wędrówki po górach wytrzyma długo z kimś, kto woli leżeć plackiem na kanapie lub plaży i obżerać się chipsami? Czy ktoś, kto łatwo wpada w złość i rzuca butami w lustro będzie w stanie zdobyć miłość osoby ponad wszystko ceniącej spokój? Czy brudas i bałaganiarz zdobędzie miłość kogoś mającego bzika na punkcie porządku? O tym wszystkim mówią Wasze Księżyce, ale ich położenia w znakach nie znajdziecie w żadnym horoskopie gazetowym.

Wasze Słońca mogą należeć do tego samego trygonu, ale żadna to radość, jeśli myślicie i wyrażacie się w skrajnie odmienny sposób. Myśleniem i mówieniem rządzi Merkury, a ten wcale nie musi przebywać w tym samym znaku, co Słońce. Wasze Słońca mogą być harmonijne, ale każde z Was może „nadawać na odmiennych falach”, właśnie z powodu nieharmonijności Waszych Merkurych.

Wenus z kolei pozwala oceniać, jakie jest Twoje podejście do przyjemności, jak postrzegasz piękno oraz w jaki sposób podchodzisz do partnerstwa. Podobnie jak Merkury, Wenus nie musi przebywać w tym samym znaku, co Słońce. I znowu może się okazać, że spodziewanej harmonii nie ma, bo obie te planety są w nieharmonijnych aspektach względem siebie.

Jeszcze gorzej może być w przypadku konfliktu Waszych Marsów. Mars to planeta woli, a nawet wręcz samowoli, to prawdziwy wojownik i nerwus. Jeśli macie Marsy w nieharmonijnych aspektach, stale będą wybuchały między Wami spięcia – od drobnych, ale irytujących wybuchów, aż po wielkie awantury, połączone z rękoczynami. Jeszcze gorzej będzie, jeśli Mars jednej osoby wchodzi w konflikt z Księżycem drugiej. Właściciel Księżyca długo tego nie wytrzyma i najprawdopodobniej wyprowadzi się z płaczem do mamusi.

Istnieje mnóstwo czynników, które należy rozważyć, gdy planuje się wspólną przyszłość. Idealnej harmonii między dwiema osobami nigdy nie ma i nie będzie, ale jeśli marzymy o trwałym związku dobrze byłoby wiedzieć, jakie pułapki na nas czekają. Istnieją takie nieharmonijności, które przy odrobinie dobrej woli da się ścierpieć, ale są też takie, które zupełnie uniemożliwiają wspólne życie. Jednak ocena cech znaków solarnych jest w tym przypadku zupełnie bezcelowa.

Więcej wiedzy o profesjonalnej astrologii znajdziesz w moim blogu astrologicznym.

Przeczytaj również:
Horoskop dla twojego znaku
Uniwersyteckie biadania naukawe nad znakami zodiaku
Młoty na astrologię (szybki przewodnik, specjalnie dla „racjonalistów”)
Doktor fizyki Will Keepin o astrologii
Nobliści o astrologii
Richard Dawkins i James Randi o astrologii
Hy Ruchlis, guru racjonalistów o astrologii
Badania statystyczne w astrologii
Dowody naukowe potwierdzające założenia astrologii
C. G. Jung (1875 -1961) o astrologii i nie tylko

Horoskop dla twojego znaku

Przeniesione ze starego bloga (2008-04-06 20:21:04)

W forum dyskusyjnym anahelli toczy się burzliwa dyskusja, a jak chcą niektórzy BRATOBÓJCZA WOJNA między astrologami z powodu horoskopów gazetowych. Napisałam tam (i nie tylko tam, bo na swojej stronie piszę o tym od dawna), co myślę i więcej bić piany nie zamierzam.

Zamieszczam tu jedyny prawdziwy horoskop dla każdego znaku zodiaku.

Ten „horoskop” wyjaśni Ci, dlaczego to, co kolorowe gazety nazywają „astrologią” z prawdziwą astrologią nie ma w rzeczywistości nic wspólnego i dlaczego gazetowe „horoskopy” nawet nie przypominają profesjonalnych horoskopów. Ani opis cech poszczególnych znaków zodiaku, ani tym bardziej gazetowe wróżby „co cię czeka w najbliższym miesiącu” nie mają najmniejszego sensu i z całą pewnością się nie sprawdzą. Jeśli traktujesz to tylko jako zabawę, to wszystko w porządku, jeśli jednak czytasz je z wiarą, że pomogą Ci w rozwiązywaniu życiowych problemów, to wykazujesz się wielką naiwnością. Im bardziej poważnie to traktujesz i im bardziej w to wierzysz, tym większe rozczarowanie może Cię spotkać.

Kliknij na swój znak i przeczytaj jaka jest prawda!

Baran

Byk

Bliźnięta

Rak

Lew

Panna

Waga

Skorpion

Strzelec

Koziorożec

Wodnik

Ryby

Czy można połączyć kierowanie się w życiu horoskopem i ufanie Bogu?

Człowiek nie znający swego horoskopu jest jak kapitan statku, który wyrzuca za burtę mapy i woła: „Boże, prowadź!” – Leszek Szuman

To jest najczęściej zadawane przez katolików pytanie. Jak wyczuwam, ma mi ono uświadomić, że „wiara w horoskopy” jest sprzeczna z wiarą w Boga, więc muszę się wyrzec horoskopów, a zamiast tego całkowicie zdać się na prowadzenie Opatrzności. Jednak w dalszej części maila czytam, że owszem, pan uważa za zasadne przyjęcie poglądu, że Kosmos wpływa na życie na ziemi, a nawet przytacza dające do myślenia zdarzenie ze swojego życia: otóż miał kiedyś kolizję samochodową, w której uczestniczył pan urodzony dokładnie w tym samym dniu co on, a dalsza analiza zachowań ich obu wykazała, że były one podobne.

Zadam więc trzy (przewrotne) pytania:

  1. Czy można połączyć kierowanie się w podróży mapą lub GPS-em i ufanie Bogu?
  2. Czy sądzi pan, że ta stłuczka ucieszyła Boga? Czy Bóg życzył sobie, żeby pan miał taką przykrą przygodę, przeżył stres i poniósł straty, a może nawet odniósł obrażenia fizyczne?
  3. Jak w świetle opisanego zdarzenia wygląda to całe rzekome boże prowadzenie, skoro nie uchroniło pana od kolizji?

Liczenie na samą tylko boską opatrzność nie wydaje mi się rozsądne.

Gdybyśmy się zdawali wyłącznie na prowadzenie przez Boga, to po co mielibyśmy robić cokolwiek ze swoim życiem? W imię wiary w Boga można zburzyć szkoły i uczelnie, powrócić do jaskiń i zdać się na los, prawda? Można, czemu by nie…

Jednak ja w podróży korzystam z map, nie wyrzekam się też pomocy lekarzy, ubezpieczyłam swój majątek od nieprzewidzianych wypadków, a dzieci posłałam na studia. Być może na stare lata wyprowadzę się na wieś, co nie znaczy, że zamieszkam w jaskini bez wody i światła lub że zrezygnuję ze zdobyczy cywilizacji.

Mimo, że żyjemy w XXI wieku ludzie wciąż wierzą w średniowieczne zabobony, a religia ich w tym umacnia.

Kiedyś zabobonni ludzie wierzyli, że nie wolno operować liczbami większymi od dziesięciu, bo Bóg dał człowiekowi tylko dziesięć palców i musi mu to wystarczyć. To, co powyższej dziesięciu było domeną boską, więc wdzieranie się do królestwa większych liczb uważano za świętokradztwo. Czy to było mądre?

Jeszcze stosunkowo niedawno nie wolno było przeprowadzać sekcji zwłok, bo było to wydzieranie boskich tajemnic i naruszanie świętości ciała. Badanie ludzkiej anatomii łączyło się z ryzykiem złapania i postawienia przed sądem, a za to „przestępstwo” groziła kara śmierci. Czy było to słuszne?

Istnieje sekta, która zakazuje leczenia chorych, bo jak twierdzi choroba jest wyrokiem boskim, a jej leczenie jest ingerowaniem w boską wolę. Jedynym dopuszczalnym „lekiem” jest modlitwa. Jeśli ona nie pomoże, należy pogodzić się z faktami i przyjąć śmierć jako wyrok nieba. Czy to jest mądre? Czyż szpitale nie są miejscami, w których ludzkość występuje jawnie przeciwko boskim wyrokom i uniemożliwia zamanifestowanie się kary, spadającej na grzeszników?

W średniowieczu zakazywano gaszenia płonących domów, bo skoro dom płonie, to znaczy, że wolą boga było, żeby się spalił.

Niektórzy z przyczyn religijnych zakazują badań genetycznych.

Zakaz wyliczania horoskopu jest dokładnie takim samym zabobonem jak zakaz operowania liczbami większymi od dziesięciu, leczenia chorób, gaszenia pożarów czy przeprowadzania sekcji zwłok. Skoro wolno budować mikroskopy oraz inne urządzenia medyczne, umożliwiające badanie chorób i przewidywanie, a nawet kierowanie ich przebiegiem, to dlaczego nie można próbować przewidzieć i ewentualnie uniknąć stłuczki samochodowej?

Gdyby wcześniej odwiedził pan astrologa, ten powiedziałby panu, że danego dnia istnieje PRAWDOPODOBIEŃSTWO (ale nie przymus!!!) przykrego rozładowania nagromadzonej energii, co może się przejawić np. w postaci stłuczki samochodowej. Gdyby został pan o tym wcześniej uprzedzony, uważałby pan na drodze, zdjąłby pan nogę z gazu, a może nawet zostawiłby pan samochód w garażu i pojechał autobusem. Dzięki temu uniknąłby pan stresu oraz wydatków. Nadmiar stresowej energii można było rozładować w bardziej optymalny sposób, np. przekopując ogródek lub robiąc porządki w piwnicy, a w ostateczności waląc w worek treningowy w siłowni.

Na mojej stronie wyjaśniam dokładnie i logicznie, że horoskop jest tylko i wyłącznie mapą drogową. Jadąc w daleką podróż można korzystać z mapy lub GPS-u (moim zdaniem jest to rozsądne), ale można też zdać się wyłącznie na boże prowadzenie i błądzić po bezdrożach (co chyba nie tylko moim moim zdaniem jest nierozsądne). Pytanie tylko, po co tracić czas i benzynę na chaotyczną podróż po bezdrożach? Jeszcze nie spotkałam kierowcy, który uważałby korzystanie z pomocy mapy za grzech i brak zaufania do Boga, ale jak widzę można i tak…

Jeśli korzystanie z mapy jest dla katolika grzechem, to ja tego zupełnie nie rozumiem. Pewnie dlatego, że wychowali mnie ateiści. [Nie rozumiem też ateistów, dla których weryfikowalne fakty są przesądem].

Oczywiście, spotkałam też kierowcę, który tak uzależnił się od GPS-u, że przestał kierować się własnym wzrokiem i wpadł w dziurę na drodze. Może trafi za to do piekła? No bo przecież zapomniał o zaufaniu do Boga, zastępując je zaufaniem do urządzenia?

Baran

Ten “horoskop” wyjaśni Ci, dlaczego to, co kolorowe gazety nazywają “astrologią” z prawdziwą astrologią nie ma w rzeczywistości nic wspólnego i dlaczego gazetowe “horoskopy” nawet nie przypominają profesjonalnych horoskopów. Ani opis cech poszczególnych znaków zodiaku, ani tym bardziej gazetowe wróżby “co cię czeka w najbliższym miesiącu” nie mają najmniejszego sensu i z całą pewnością się nie sprawdzą. Jeśli traktujesz to tylko jako zabawę, to wszystko w porządku, jeśli jednak czytasz je z wiarą, że pomogą Ci w rozwiązywaniu życiowych problemów, to wykazujesz się wielką naiwnością. Im bardziej poważnie to traktujesz i im bardziej w to wierzysz, tym większe rozczarowanie może Cię spotkać.

BARAN

Stwierdzenie, że „jesteś Baranem” pozwala mieć całkowitą pewność tylko co do jednej kwestii: że w dniu Twoich narodzin Słońce przebywało w znaku Barana. Tylko Słońce… Gdzie znajdowała się w tym czasie reszta planet, osie horoskopu oraz Księżyc niestety nie mamy pojęcia. A szkoda, bo to informacje ważne dla stworzenia pełnego portretu astrologicznego.

Gazetowy opis cech Barana wcale nie musi za bardzo do Ciebie pasować, ponieważ „Baran” to tylko jeden z dwunastu uwzględnianych przez astrologów archetypów psychologicznych, które w życiu nie występują w czystej postaci i są jeszcze rzadsze niż czyste pierwiastki chemiczne w naturze.

Niestety, z gazetowego horoskopu dla Barana nie dowiesz się żadnych naprawdę istotnych rzeczy. Na przykład tego, w którym z 12 sektorów (czyli domów) horoskopu znajduje się Twoje Słońce. I znowu powiem „szkoda”, ponieważ jest to niezwykle istotna informacja dla uściślenia opisu Twojej osoby, a zwłaszcza dla stworzenia precyzyjnej i sensownej prognozy.

Nie dowiesz się również, jakie aspekty i z jakimi planetami tworzy twoje Słońce. To równie duża strata, jako że te planety, poprzez swoje aspekty, zabarwiają Twoje Słońce własnymi, niekiedy bardzo wyrazistymi cechami.

Słońce symbolizuje samoświadomość, indywidualność, wolę i żywotność, ponieważ jest głównym „światłem”. Słońcem należy jasno świecić, bo od tego ono jest. I Baran, jako znak ognisty, w którym Słońce jest wywyższone, a więc bardzo silnie postawione, nie powinien mieć z tym problemów. Przynajmniej teoretycznie. A jednak… zdarza się, że Baran, zamiast być osobnikiem asertywnym, śmiałym i obdarzonym cechami przywódczymi, jak na Barana przystało, jest nieśmiały, zalękniony, filozoficznie nastrojony i w ogóle jakiś taki niebaraniasty. Nie znaczy to jednak, że opis archetypu Barana jest nieprawidłowy. Znaczy to tylko tyle, że nie jesteś pojedynczym, czystym archetypem, lecz osobowością złożoną z wielu różnych archetypowych „cegiełek”.

Słońce, aczkolwiek niezwykle ważne w każdym horoskopie, wcale nie jest jedynym obiektem, na który profesjonalna astrologia zwraca baczną uwagę.

Aby Twój astro-portret był w miarę kompletny koniecznie trzeba uwzględnić jeszcze kilka innych, ważnych obiektów.

W każdym horoskopie są przynajmniej trzy silnie dominujące znaki: to te, w których przebywają Słońce, Księżyc i ascendent. Każdy z tych znaków jest wyraźnie widoczny w Twojej osobowości. Ale rzadko się zdarza, żeby wszystkie trzy znajdowały się w Baranie. A więc już tu masz dowód, że żaden Baran nie jest czystym Baranem.

Księżyc, który jest „nocnym światłem” i jest niewiele mniej ważny niż Słońce zdradzi astrologowi wrażliwą, nierzadko skrywaną część twojej osobowości. Księżyc jest szczególnie ważny, jeśli jesteś kobietą, gdyż jest patronem kobiecości, macierzyństwa i spraw domowych. Księżyc mówi o twojej wrażliwości lub jej braku, o twoim stosunku do posiadania rodziny i dzieci, o tym, czy masz dar tworzenia miłej, domowej atmosfery czy wręcz przeciwnie, czy lubisz i umiesz gotować, czy lubisz siedzieć w domu, jak ten dom urządzasz, kogo i czy w nim gościsz itp. O Twoim naturalnym temperamencie i w pełni spontanicznym, nieprzemyślanym zachowaniu decyduje właśnie Księżyc, a nie Słońce. Jak na złość, Księżyc może mieć cechy skrajnie odmienne, niż twoje Słońce. Może na przykład być lękliwy i płaczliwy. I jak myślisz, jak to wpłynie na Twoją Baranią osobowość?

Z horoskopu gazetowego nie dowiesz się absolutnie niczego o tak istotnym czynniku, jak Księżyc. Niestety, opracowanie tabelek zodiakalnego położenia Księżyca jest niewykonalne, z przyczyn technicznych – musiałyby one być wydane w postaci książki. Bez sensu, prawda?

Twój Księżyc, tak samo jak Słońce i jak każdy inny element horoskopu, przebywa w jednym z 12 znaków zodiaku i w jednym z 12 domów oraz tak samo jak Słońce ma powiązania aspektowe z innymi planetami, co wpływa na jego sposób wyrażania się. Czy horoskop gazetowy udziela Ci jakiejkolwiek informacji o tych sprawach?

Ascendent to jeden z 12 znaków, który wschodził w chwili Twoich narodzin. Jest on Twoją zewnętrzną wizytówką i stanowi coś w rodzaju pięknie wymalowanego szyldu, który prezentujesz światu zewnętrznemu. Ten szyld pokazuje Cię takim, jakim chciałbyś być widziany i odbierany przez ludzi, zwłaszcza tych, których znasz słabo lub wcale. Swój ascendent eksponujesz również w sytuacjach oficjalnych. Z tego powodu niektórzy nazywają go „maską” i uważają, że ukrywa on prawdziwą osobowość.

Dona Cunningham twiedzi, że ascendent ukazuje zachowania i cechy, których oczekiwali od nas nasi rodzice. Staraliśmy się więc ich zadowolić, nawet jeśli tak naprawdę wcale się z tym dobrze nie czuliśmy. I dlatego, zamiast prezentować dumnie swoją prawdziwą osobowość przyzwyczailiśmy się ukrywać ją za parawanem ascendentu. Bo tak „jest lepiej”, „bezpieczniej” lub „grzeczniej”. Twój ascendent nie musi więc wcale pasować do Słońca w Baranie, bo być może to właśnie cechy tego znaku tak irytowały twoich rodziców, że musiałeś je ukrywać i udawać kogoś innego – grzecznego i pokornego. Możliwe, że maska ascendentu tak silnie wrosła w Twoją osobowość, że zupełnie się z nim utożsamiłeś, zapominając o tym, że przecież jesteś niezależnym i bezceremonialnym Baranem i że to właśnie Baran, a nie znak ascendentu opisuje twoją najprawdziwszą osobowość.

Co jeszcze może zaburzać czysty obraz Barana?

Wiele innych czynników.

Na przykład, jeśli Mars, będący planetarnym władcą znaku Barana przebywa w zupełnie niepodobnym do Barana znaku, na przykład we wrażliwych, poetyckich i zagubionych Rybach, wtedy Twoja osobowość nabiera takich właśnie, charakterystycznych dla Ryb cech.

Jak wcześniej wspomniałam na Twoją osobowość i temperament wpływają również aspekty innych planet do Twojego Słońca i Księżyca. I tak np. Saturn może sprawić, że spontaniczna, barania radość życia znika jak bańka mydlana, a na jej miejscu pojawia się powaga, poczucie odpowiedzialności za cały świat, słabsza żywotność i podobne, niekoniecznie wesołe nastroje.

Poza tym należy przyjrzeć się uważnie wszystkim pozostałym planetom, a więc (w wielkim, telegraficznym skrócie): Merkuremu opisującemu Twój sposób myślenia i komunikowania się z bliźnimi, Wenus czyli patronce miłości, erotyzmu i partnerstwa, Marsowi będącemu planetą energii i asertywności, Jowiszowi symbolizującemu ekspansję, łaskawość i filozofię, surowemu i dyscyplinującemu Saturnowi, zwariowanemu, ekscentrycznemu i kochającemu wolność Uranowi, marzycielsko-artystycznemu Neptunowi oraz nadającemu osobowości tajemniczą głębię, nie bojącemu się tabu Plutonowi. Każda z tych planet przebywa w jakimś znaku oraz w którymś z sektorów twojego horoskopu i tworzy jakieś aspekty z innymi planetami, a to wszystko zabarwia twoją osobowość niekiedy bardzo wyrazistymi cechami, które niekoniecznie muszą pasować do charakterystyki Barana.

A teraz przyjrzyjmy się prognozom, czyli comiesięcznym horoskopom dla każdego znaku zodiaku.

Nawet, jeśli taki horoskop pisze profesjonalny astrolog, to wie on o Tobie tylko jedno: że masz Słońce w Baranie. Koniec. Kropka. To wszystko, co ten „profesjonalista” wie na pewno. Cała reszta jest dla niego jedną wielką niewiadomą. Rzadko interesuje go nawet tak istotna informacja, jak ta, w którym konkretnie stopniu Barana znajduje się Twoje Słońce. Stopień jest bardzo ważny dla uściślenia czasu wydarzeń. Tak więc prognoza, nie dość, że wielce czasowo nieprecyzyjna, dotyczy tylko i wyłącznie spraw związanych z tymi dziedzinami życia, które symbolizuje Słońce.

Może się zdarzyć, że będziesz mieć niezwykle fortunne tranzyty do Słońca i przeczytasz, że czekają Cię same radosne, słoneczne i cudowne dni, które pozwolą Ci zrealizować wszystkie skryte marzenia. Tymczasem nie będziesz wiedzieć o tym, że w tym samym czasie Twój Księżyc wpadł w bardzo poważne tarapaty i że Twoje szczęście rodzinne jest zagrożone. Możesz się więc srodze rozczarować, jeśli zamiast spodziewanej, wszechobecnej harmonii zastaniesz we własnym domu szalejącą burzę z piorunami.

Taki horoskop nie uprzedzi Cię również, że przez któryś z domów Twojego radiksu lub przez jedną z planet osobistych przechodzi właśnie jakaś inna, ważna planeta.

Domy horoskopu mówią o różnych dziedzinach naszej aktywności życiowej. Przejście przez któryś z nich silnej planety zmienia znacząco życiową sytuację. Jeśli jest to np. Saturn, wymaga to skierowania całej uwagi na symbolizowaną przez ten dom dziedzinę życia, ponieważ Saturn jest planetą surowych egzaminów. Oblanie egzaminu nie jest rzeczą przyjemną, lepiej więc przygotować się do niego odpowiednio wcześnie, jako że – jak powiadają – „powiadomiony jest uzbrojony”.

Może się również zdarzyć, że w tym szczęśliwym dla twojego Słońca okresie jakaś niespokojna planeta, np. Uran, zagości w Twoim 7. domu, symbolizującym Twoje związki partnerskie i wszelkie relacje z innymi ludźmi. Możesz się wtedy spodziewać ogromnych, wręcz rewolucyjnych zmian we wszystkich ważnych dla Ciebie związkach, a nawet w relacjach z całym światem zewnętrznym.

Widzisz więc, że wróżenie z solarnych znaków zodiaku (i w ogóle wszelkie wróżenie z horoskopu) jest bez sensu. Nie dość, że taka sama, identyczna wróżba musi dotyczyć wszystkich chodzących po tej planecie Baranów, a więc 1/12 światowej populacji, to jeszcze nie uwzględnia ona żadnych innych, niezwykle istotnych elementów horoskopu indywidualnego.

Zamiast więc tracić czas na czytanie głupawych horoskopów poszukaj sobie bardziej pożytecznego zajęcia.

—–

Teoretycznie może zdarzyć się prawie czysty Baran, ale jest to prawdziwa rzadkość. Jest możliwe, że wszystkie planety osobiste znajdą się w znaku Barana, co więcej, na ascendencie lub w pierwszym domu horoskopu, który z natury ma charakter Barana. Jednak taka sytuacja należy raczej do wyjątku. Poza tym zawsze jakiś element zaburza tę „czystość”.