Szatańskie moce?

Tekst ten w pierwotnym założeniu miał wyrażać mój stosunek do tarota (i w mniejszym stopniu astrologii) oraz związanych z nimi zasad BHP, ale w miarę pisania stał się czymś o wiele ważniejszym, bo moją duchową spowiedzią i wyznaniem credo. Złożyło się na to kilka okoliczności. Pierwszym impulsem stała się namiętna dyskusja o ciemnych stronach tarota, która rozgorzała w moim forum, drugim i najważniejszym jest mocno dokuczliwy dla mnie fakt, że stale jestem nękana przez skruszonych i nawróconych na katolicyzm okultystów, którzy ostrzegają mnie przed grożącą mi w ich przekonaniu zgubą duchową, a co gorsze próbują mnie straszyć i wbrew mojej woli nawracać na katolicyzm modlitwami w mojej intencji oraz innymi, wręcz magicznymi, metodami.

Zaczęło się od tego, że pewien młody człowiek przyznał się w moim forum, iż ma poważny problem. Wróży już od kilkunastu lat i dotąd wszystko było w porządku, ale od kiedy zaczął brać za to pieniądze jego życie zaczęło się walić, prosi więc o pomoc w znalezieniu przyczyny tego stanu rzeczy. W tej sytuacji postanowiłam napisać, jak to w moim przekonaniu z tym tarotem jest naprawdę i czy rzeczywiście jest on tak niebezpieczny, jak o nim piszą i mówią.

Kiedy pierwszy raz spotkałam się z twierdzeniem, że tarot jest narzędziem szatana i że osoby parające się wróżeniem podlegają jakimś demonicznym mocom, uznałam to za zabobonny i ciemny bełkot kogoś, kto jest zupełnie na bakier z rozumem. Wydawało mi się to tak nieprawdopodobne, że uznałam to za przejaw choroby, religijnego zaślepienia lub skrajnej, iście średniowiecznej ciemnoty.

Ale później, z niemałym zdumieniem, przeczytałam wyznania paru osób, w tym kilku znanych i zasłużonych i zaczęłam się zastanawiać, o co tu w ogóle chodzi.

Nie neguję i nigdy nie negowałam istnienia magii, klątw, demonów, duchów, opętania i innych „irracjonalnych” zjawisk, ale przyznam się szczerze, że ten problem jest mi o tyle obcy, że nigdy ani w swoim życiu, ani w pracy astrologa nie doświadczyłam manifestacji żadnych nadprzyrodzonych mocy. Nie posiadam żadnych nadzwyczajnych właściwości parapsychicznych ani wglądu w sferę duchową, co więcej – nigdy nie nęciło mnie, żeby odprawiać jakieś magiczne rytuały. Z tego powodu nie stosowałam i nie stosuję żadnych zabezpieczeń przed magią, żadnych tarcz, mieczy ani luster, nawet nie palę świec, nie mogę więc udzielić żadnych sprawdzonych na własnej skórze rad, jak sobie poradzić z harcami sił nieczystych. W moim mieszkaniu nie ma i nigdy nie było krzyży, świętych figurek, amuletów, portretów mistrzów duchowych, świętych obrazków ani innych magicznych przedmiotów. Nie ma ich, ponieważ nigdy nie czułam z ich strony emanacji żadnej ochronnej energii. Jeśli ktoś spodziewa się znaleźć u mnie podobne przedmioty, to musi czuć się rozczarowany moją zwyczajnością. Wierzę w swoje bezpieczeństwo i nietykalność i jak dotąd (poza jednym wypadkiem przy pracy, opisanym na moim blogu, kiedy to ktoś potraktował mnie klątwą śmierci) nigdy się na tej wierze nie zawiodłam. Ale na rozum wziąwszy, mogę spróbować znaleźć wyjaśnienie i rozwiązanie, chociaż obawiam się, że okultyści uznają mnie za ignorantkę i durną babę, albo – co jeszcze gorsze – za osobę do szpiku kości zakłamaną, bo nie chcącą się przyznać do związków z magią. No cóż, mogę tylko zapewnić (na słowo honoru), że magia to nie moja branża, jednak udowodnić tego nie potrafię – no bo niby jak? Kto chce, niech wierzy, a kto nie potrafi, to jego problem – widać osądza innych własną miarą i nie potrafi inaczej.

Moje problemy biorą się stąd, że za sprawą kościelnej propagandy ludzie są przekonani, że astrologia jest jedną z dziedzin magii, a astrolog to okultysta, więc wielu jest takich, którzy pragną mnie z tego powodu egzorcyzmować lub zbawiać, co mnie, powiem szczerze, śmieszy, ale i wzrusza, jak każdy przejaw bezinteresownej troski.

Z rzadka pisują do mnie zatroskani księża, żądni władzy nad moją duszą i sprawowania kontroli nad moim życiem, za to zdecydowanie częściej pisują nawrócone panienki i kawalerowie, którzy beztrosko bawili się w wywoływanie duchów, wampiryzm, czary, satanizm, taroty, astrologie i inne szaleństwa, aż do czasu, gdy spotkali tam… diabła. Przerażeni, straszą mnie, że i ja, jako mag i okultystka skończę równie marnie jak i oni, więc zanim szatan mnie pochwyci i rzuci na samo dno piekła, powinnam wziąć z nich dobry przykład i porzucić tę zgubną ścieżkę, wracając czym prędzej na łono Kościoła.

Problem tylko w tym, że nie mogę wrócić do czegoś, do czego nigdy nie należałam, a skoro nie wierzę w szatana, nie mogę go spotkać ani tym bardziej dać mu się uwieść, ponadto, jeśli ani jego, ani niczego innego (np. potępienia, nie-zbawienia itp.) się nie boję, nie widzę sensu, żeby korzystać z pomocy instytucji, która robi złoty interes obiecując jedyny pewny i gwarantowany ratunek od owego rzekomego szatana i równie rzekomego nie-zbawienia.

Ja w ogóle niczego się nie boję. Nie pochodzę z katolickiej rodziny, więc nikt mnie nie zainfekował religijnymi lękami. Bóg, Duch Święty, szatan, niebo, piekło, magia, obawa utraty wiary i dogmaty to dla mnie taka sama mitologia jak bogowie olimpijscy, Światowid i hinduistyczne bóstwa. To do mnie nie przemawia i nie wzbudza we mnie żadnego rezonansu duchowego, a tym bardziej bojaźni, tak jak nie wzbudzają mojej bojaźni grzmoty, uważane przez ludzi pierwotnych za manifestację gniewu bogów. Owszem, wiem, że one naprawdę mogą zabijać, co ponad wszelką wątpliwość zostało naukowo udowodnione, ale czci im z tego powodu nie oddaję.

A szatan? W moim przekonaniu jest to wyłącznie mityczna, zmyślona postać, służąca do zastraszania oraz zmuszania do posłuszeństwa parafialnych owieczek, do których siebie (nie ukrywam, że z pewnym poczuciem wyższości) w żadnym razie nie zaliczam.

Nie jestem poszukiwaczką mistycznych doznań, bo wychowywałam się w rodzinie do przesady racjonalistycznej i ateistycznej. Nikt w moim otoczeniu nie łaknął komunii z Bogiem, nie doświadczał mistycznej ekstazy, nie przeżywał żadnych mąk wiary, nie modlił się żarliwie ani tym bardziej nie pragnął zginąć męczeńską śmiercią za Jezusa ani Kościół. Te uniesienia są mi zupełnie nieznane. I bardzo dobrze, bo wcale ich nie pragnę ani nie zazdroszczę.

W dzieciństwie życie było dla mnie po prostu życiem. Nie wydawało mi się puste. Nie wydawało mi się też jakimś misterium, chociaż nieraz uderzała mnie magia codziennych zjawisk – wschody i zachody słońca, kropla deszczu mieniąca się w słońcu wszystkimi kolorami tęczy, kryształowa toń wody w jeziorze, bielutki i piękny płatek śniegu…

Po prostu żyłam, raz szczęśliwa, a innym razem cierpiąca.

Mój problem polegał na tym, że zawsze byłam osobą głęboko i do bólu myślącą, więc nie mogłam nie zastanawiać się nad sensem tego, w czym tkwiłam po uszy, a co nazywano życiem. To z kolei prowadziło mnie do rozważań na temat tego, jak ten świat powstał i w jakim celu został stworzony. Znałam oczywiście pojęcie „boga”, ale będąc zupełnie nie wyedukowana religijnie mogłam bez bojaźni i bez liczenia się z opiniami autorytetów nadawać mu własne znaczenie i wypełniać go swoimi wyobrażeniami. I doszłam w końcu do wniosku, że Bogiem jest Inteligencja. Po prostu: Inteligencja! Podobało mi się znalezione gdzieś określenie „Wszech-umysł”. Było takie… racjonalne… A ostatnio spodobało mi się używane w channelingach „Źródło Pierwotne”.

Tak pojmowany Bóg nie mógł być emocjonalnym analfabetą, gniewnym tyranem, mściwym potworem ani przekupnym cwaniakiem, którego łaski można pozyskać paląc świece lub umartwiając się. Nie był również „tatusiem”, mamusią” ani miękkim pluszakiem, do którego można się przytulić w chwili smutku. Za to był bytem doskonałym, bezosobowym, wszechobecnym Absolutem, z którym można dojść do porozumienia przy pomocy logicznego rozumu i właściwego postępowania (nienaruszania „boskich” praw). To mi bardzo odpowiadało i pomagało. Nie budziło lęków ani złudnej nadziei, za to dawało oparcie w wierze w wyższy, bo logiczny, sens tego wszystkiego, co dzieje się z nami i wokół nas. Postanowiłam resztę życia przeznaczyć na poszukiwanie rozumnej odpowiedzi na pytanie po co żyjemy i jaki sens ma ludzkie życie. Moje racjonalne podejście do mistycyzmu życia ratuje mnie przed popadaniem w odmęty szaleństwa i mistycznego nawiedzenia.

Podobną mitologią jak religia jest dla mnie magia (pojmowana jako poszukiwanie mocy i/lub czarostwo) i inne manifestacje sił nadprzyrodzonych, więc ratować mnie przed nimi nie ma sensu, z tej prostej przyczyny, że im nie podlegam.

W tym życiu jestem poza wszelkimi kategoriami.

Nie jestem katoliczką, ateistką, racjonalistką ani magiem-okultystą. Dawno wyrosłam z tych głupstw i pozostawiłam je za sobą wieki temu. Przyznaję, że karmicznie muszę mieć z tym coś wspólnego, bo jeden z moich rosyjskich nauczycieli, gdy spojrzał w mój horoskop prawie gwizdnął z wrażenia i wykrzyknął: „dwajnaja wied’ma!”, co po naszemu znaczy „podwójna wiedźma”. [„Wiedźma” to kobieta posiadająca WIEDZĘ, czyli wyższą mądrość, szamanka, lekarka, doradczyni życiowa, a nie wstrętna czarownica, którą trzeba upiec na stosie za czary i szkodzenie ludziom; pejoratywne znaczenie słowu „wiedźma” nadał Kościół, tępiący przedwieczną mądrość kobiet i władzę matriarchatu].

Moje życie jest do bólu zwyczajne, ale skruszeni magowie wiedzą swoje, oceniając mnie własną miarą, więc wprost palą się, żeby mnie ratować – jacy dobrzy, prawda?

Oto typowy przykład listów, które od nich dostaję:

Kiedyś miałam bardzo podobne poglądy do pani… nie wierzyłam w kościół, zajmowałam się kartami, ezoteryką, okultyzmem… Na seansie spirytystycznym szatan powiedział, że mnie kocha.

Teraz z kolei to samo mówi tej pannie Jezus, a ona jest cała szczęśliwa i wierzy, że została zbawiona.

A oto kolejny przykład:

Nie dziwi mnie Pani zachowanie… Sama kiedyś się ‚zajmowałam’ tymi tematami, miałam podobne poglądy… aż Bóg mnie pochwycił, bo znajdowałam się na samej krawędzi… OBY PANI ZAREAGOWAŁA TEZ W ODPOWIEDNIEJ CHWILI NA JEGO POMOC!!!!!!!!!!
Ja byłam już prawie po drugiej stronie. Teraz wiem, że nie wolno igrać ze ZŁEM, dlatego i ja będę się za Panią modlić. Oby i w PANI PRZYPADKU szatan nie pokonał Pani, bo niestety widzę, że ma już ogromną władzę. Proszę pamiętać, że on nie pozostawia zdobyczy, lecz UNICESTWIA każdego, niszczy. Taki jest jego cel … Niech Bóg Panią błogosławi i Aniołowie światłości strzegą.

Mój Boże, cóż za szczera troska i jaki zalew miłości bliźniego, można się wzruszyć do łez… Nie wiedzieć czemu zamiast wdzięczności za te wszystkie obietnice modlitw w mojej intencji i za moje zbawienie czuję mróz w kościach, bo te braterskie słowa miłości aż śmierdzą czarną magią. Jeśli ktoś jest czarnym magiem, to nim po prostu jest i żadne rzekome „nawrócenie się” na cokolwiek ani odwoływanie się do Boga i aniołów nie zmieni tego faktu.

Nie mam już siły tłumaczyć każdemu z osobna na czym polega ich błąd, w którym tkwili zarówno na początku jak i obecnie, bo przekonałam się, że po prostu nie ma komu tego tłumaczyć. Ci ludzie są w istnym amoku i nic do nich nie dociera, poza ich własnymi obsesjami, lękami i demonami. Rozmowa z nimi przypomina rozmowę ze ścianą lub co jeszcze gorsze – z kiepsko zaprogramowanym automatem do udzielania jedyniesłusznych odpowiedzi. Jak można skomentować ich położenie? Chyba najkrócej: „z deszczu pod rynnę”, czyli ucieczka z jednego amoku w drugi.

Wyzwolili się z opętania własną mocą, żeby wpaść po uszy w opętanie obsesją religijną. Opętanie pozostaje jednak w dalszym ciągu opętaniem, nawet jeśli wszyscy wokół ulegają radosnemu złudzeniu, że wreszcie nastąpiło szczęśliwe zakończenie dramatu.

Wróćmy jednak do tarota…

W naszym od wieków katolickim i pobożnym narodzie panuje powszechne przekonanie, że astrologia i tarot są dziedzinami okultyzmu, a więc narzędziem szatana i że zniszczą każdego, kto po nie sięga. I niekiedy faktycznie niszczą, ale (jeśli można tak powiedzieć) robią to dziwnie wybiórczo. Znam kilka osób od wielu lat parających się tarotem, a nawet piszących o nim książki i nigdy nie słyszałam, żeby cokolwiek je nękało, straszyło czy opętywało. Ale przyznaję, że czasem spotykam takich, którzy doświadczają fenomenów naprawdę przerażających.

Warto się zastanowić, dlaczego jednym nawet codzienne paranie się Tarotem uchodzi na sucho, podczas gdy inni padają ofiarą różnych niepokojących, a nawet przerażających zjawisk.

Każda osoba, która wkracza na tę ścieżkę wywołuje w rodzinie i wśród przyjaciół panikę, a oni z kolei straszą ją iście apokaliptycznymi wizjami opętania, szatańskiego nękania i Bóg wie czym jeszcze, jako nieuniknionym skutkiem zejścia w otchłań grzechu. Strach się bać… Śmiertelnie przerażona rodzina posuwa się czasem nawet do palenia kart oraz do innych partyzanckich, a w jej przekonaniu zbawiennych działań, mających uratować zbłąkaną duszyczkę adepta. Moja własna, rodzona siostra, na widok mojej talii tarota zrobiła się zielona na twarzy i trzęsąc się z przerażenia objawiła mi wielką prawdę: „już samo posiadanie tych kart w domu ściągnie na ciebie zgubę, bo to przyciąga moce diabelskie”. O rany, a ja myślałam, że znam moją siostrę – przecież się razem wychowywałyśmy w racjonalistyczno-ateistycznej rodzinie…

Spróbujmy więc odpowiedzieć sobie na pytanie, dlaczego tarociści są bardziej narażeni na uleganie wypadkom przy pracy, niż astrolodzy.

Chyba najważniejsza różnica polega na tym, że każda z tych dziedzin używa odmiennego „paliwa energetycznego”. Tarot w większym stopniu korzysta z energii Neptuna, a astrologia z energii Urana, chociaż nie zawsze i nie wyłącznie. Wszystko tu bywa płynne i nigdy do końca nie wiadomo, kto z jakiego źródła czerpie wiedzę. Tarocista częściej używa intuicji i wizji, a astrolog powinien odwoływać się do wiedzy i rozumowej analizy. Powinien, ale nie zawsze tak robi, bo niejeden „odlatuje”. Bywają też analityczni tarociści.

Przypomnę więc jeszcze raz, że astrologii uczyłam się w zupełnie zwyczajnej uczelni (co opisuję na mojej stronie, na przykład tutaj) i że do uprawiania tego zawodu nie są potrzebne żadne odloty, mistyczne wglądy ani wizje, bo ta dziedzina powinna być z założenia racjonalna, chociaż wciąż pozostaje nienaukowa (przynajmniej na razie i przynajmniej w naszym kraju).

Podobnie i każdego tarocistę powinna obowiązywać zasada, że zanim zacznie używać kart i zanim ulegnie wizjom powinien poznać znaczenie symboli, którymi posługuje się Tarot i nauczyć się znaczenia każdej karty. Mam na myśli zwyczajne uczenie się, czyli wbijanie sobie do głowy niezbędnej wiedzy. Dopiero gdy się opanuje ten warsztat można medytować, snuć wizje i korzystać z intuicji.

Z moich obserwacji wynika, że za tarotową robotę bierze się wielu amatorów, którzy nie skończyli żadnego solidnego kursu i nie mieli kontaktu z doświadczonym mistrzem. Ludzie ci bazują głównie na swoim samorodnym talencie i wiedzy czerpanej z różnych, czasem zupełnie przypadkowych źródeł. Taka osoba kupuje karty, zaczyna je rozkładać i ze zdumieniem stwierdza, że wie o nich wszystko, a one mówią do niej i objawiają jej każdą tajemnicę, którą pragnie poznać. To z kolei rodzi poczucie wielkiej mocy i adept zaczyna czuć się Wybrańcem Sił Kosmicznych i ich Boskim Narzędziem. Te nadzwyczajne właściwości są dla niego powodem do dumy, a co gorsze – bywa, że rodzą poczucie wyższości, a nawet pychy. Jeśli do tego dodamy nieuctwo i nie daj Boże złe intencje, mamy do czynienia z istnym uczniem czarnoksiężnika, który wprawdzie dysponuje nadprzyrodzonymi mocami, lecz brak wiedzy, doświadczenia oraz zasad moralnych nie pozwalają mu na panowanie nad tą potęgą. Skoro on nad nimi nie panuje, nic dziwnego, że one opanowują jego i robią z nim, co tylko zechcą.

Ludzie ci sławę zdobywają popisując się na różnych internetowych forach dyskusyjnych dla wróżów i tarocistów, gdzie aż roi się od amatorów darmowych wróżb. Oczywiście, rozumiem, że od czegoś trzeba zacząć, choćby tylko po to, żeby zdobyć wprawę i doświadczenie, mając nadzieję, że kariera potoczy się dalej siłą rozpędu. Jeśli wróżba się spełni, zadowolony klient nie omieszka powiadomić o tym innych dyskutantów. Im więcej pochwał, tym większe powodzenie, a im większe powodzenie, tym większa motywacja, żeby zacząć pracować jak zawodowiec, czyli za kasę.

I tu zwykle zaczynają się schody.

Posłuszne dotąd karty stają dęba, zaczynają się pomyłki i wpadki, a bywa nawet gorzej, bo w życiu adepta zaczynają harcować jakieś dziwne, „nieczyste” moce, robiąc mu nieprzyjemne psikusy i psując szyki. Człowiek zaczyna spotykać jakichś niesamowitych ludzi, rozpadają się jego wszystkie kolejne związki, traci pracę, a spokojny dotąd dom zamienia się w pełen demonów i niesnasek zamek z horroru. Przerażony zaczyna szukać przyczyny tego stanu, ale nie potrafi tego pojąć. I wtedy najczęściej przypomina sobie wcześniejsze ostrzeżenia księdza i rodziców, że tarot to szatańskie narzędzie, więc karty idą w kąt, a skruszony i przerażony adept „nawraca się” na „jedyną prawdziwą” religię, przenosząc się tym razem na fora kościelne i religijne, gdzie – mając status eksperta, prawdziwej „upadłej gwiazdy” – opowiada z pasją i ogniem, jak to nie zważając na przestrogi ludzi mądrych i doświadczonych schodził coraz niżej w otchłań, aż w końcu został usidlony przez ciemne moce, które zniszczyły mu życie, jednak Bóg był dla niego łaskawy i mu wybaczył, więc teraz, z wdzięczności za duchowy ratunek, czuje w sobie misję zwalczania Tarota i wszelkiego innego szatańskiego okultyzmu.

Historia typowa, widziałam takich wiele w różnych wariantach.

A teraz zastanówmy się przez chwilę, jaka dziwna moc emanuje z tych kolorowych kartoników i jak to możliwe, żeby uruchamiały one moce z piekła rodem. Czy jest możliwe, żeby jakieś obrazki mogły stać się obsesją, zdolną całkowicie zawładnąć czyimś życiem, żeby stały się przyczyną opętania, a nawet doprowadziły do sytuacji, w których siły nadprzyrodzone wyprawiają z człowiekiem, co tylko zechcą, łudząc go, kokietując, a w końcu niszcząc i doprowadzając na skraj obłędu? Czyżby rzeczywiście mieszkał w nich szatan?

Nie kochani, nic z tych rzeczy. Bajki o szatanie mogą opowiadać księża, bo to dla nich złoty biznes, przynoszący naprawdę wielkie dochody, ale my, jako tropiciele prawdy, na pewno na te brednie nabrać się nie damy.

Karty to karty.

To tylko kawałek kartonika z kolorowymi symbolami i nic ponadto. Karty to co najwyżej narzędzie, martwy przedmiot, który mocy sprawczej nabiera dopiero w rękach człowieka. Z kartami jest dokładnie tak samo jak z młotkiem, którym można wbijać gwoździe, ale można też zabijać. Młotek sam w sobie jest tylko martwym przedmiotem.

Tajemnica kryje się nie w tych kartach, lecz w psychice adepta. To ona jest jedynym źródłem i przyczyną zamieszania.

Nasze problemy z nadprzyrodzonymi mocami, paradoksalnie, wynikają głównie z naszego skrajnego racjonalizmu, który jest dziś obowiązującym sposobem myślenia i pojmowania rzeczywistości. Nauka ogłosiła, że nie istnieją duchy, demony, szatańskie moce ani sfera nadprzyrodzona i że wszystko da się wyjaśnić racjonalnie, a jeśli się nie da, to znaczy, że mamy do czynienia z zaburzeniami psychicznymi, złudzeniami lub omami, wywołanymi przez wadliwą pracę mózgu. Po prostu – impulsy elektryczne się poplątały, czego skutkiem jest odczucie obcowania z bytami nie z tego świata. Jest więc nadzieja, że jeśli zdołamy je naprawić, uzdrowimy tym samym psychopatologię i racjonalizm stanie się jedynym możliwym sposobem postrzegania rzeczywistości.

Proste i logiczne, szkoda tylko, że zupełnie nieprawdziwe.

Równie dobrze możemy leczyć poetów z ich nawiedzonego talentu…

Od początku istnienia tego świata, a właściwie od momentu powstania ludzkości, wszystkie bez wyjątku pierwotne kultury znały instytucję szamana. Powiem więcej – nie mogły bez niego istnieć. Słowo to pochodzi z Syberii, stało się jednak tak popularne, że obecnie określa się tym mianem wszystkich na świecie speców od kontaktów ze światem duchowym.

Jak napisałam wyżej, bez szamana nie mogła (i nie może) istnieć żadna pierwotna społeczność. W czasach „przedracjonalistycznych” był on najważniejszą osobą i instytucją w każdej grupie. Dziś w wielu zacofanych cywilizacyjnie krajach świata źle się dzieje właśnie dlatego, że szamanizm został wytępiony, najczęściej z powodu zmiany religii na chrześcijańską. Miała go zastąpić nowoczesna służba zdrowia i oświata, problem jednak w tym, że tak się nie stało i skończyło się tylko na obietnicach. Obecnie w wielu rejonach świata ludzie nie mają dostępu ani do medycyny, ani do uzdrowicieli, co sprawia, że choroby, obłęd i zbrodnie zbierają tam obfite i naprawdę tragiczne żniwo. W Afryce ludzi pozostających w mocy demonów przywiązuje się łańcuchami za nogę do drzewa i tak żyją aż do śmierci. Lekarze tam nie bywają, a nawet gdyby bywali, to z całą pewnością nic by nie umieli poradzić, a szamanów nie ma, więc nie ma nikogo, kto umiałby im pomóc.

Szaman był absolutnie niezbędny, ponieważ był łącznikiem pomiędzy światem materialnym i duchowym. Miał dar nawiązywania kontaktu z duchami przodków, od których czerpał informacje o stanie otaczającego go, nie zawsze widzialnego fizycznymi zmysłami, świata. Dzięki swojej wiedzy i niezwykłym zdolnościom parapsychicznym mógł prowadzić swój lud bezpiecznie przez przestrzeń i czas, przeprowadzał dusze zmarłych na tamten świat, diagnozował i leczył choroby, niwelował zaburzenia powstałe za sprawą nieżyczliwych demonów i spełniał wiele innych, niezwykle ważnych funkcji.

Jednak żeby szaman mógł być szamanem musiał być inicjowany przez starszego i doświadczonego mistrza. Szamanem nie można zostać z własnej woli ani chęci, trzeba się nim urodzić i zostać rozpoznanym przez innego szamana. Proces edukacji szamana jest długi i wymaga wielkiej czujności ze strony nauczyciela. Jest to zajęcie niezwykle niebezpieczne, więc aby móc się tym trudnić trzeba było przejść naprawdę solidną i długotrwałą edukację.

Tak było przez całe wieki i tak jest jeszcze w dalszym ciągu w niektórych miejscach świata, jednak kiedy zaczęły powstawać wielkie cywilizacje, funkcję szamanów przejęli żądni pieniędzy i władzy kapłani. Najcięższe czasy dla szamanów nastały wraz z nadejściem ery chrześcijaństwa. Bóg Jahwe jest bogiem zazdrosnym, wręcz zawistnym (czego nigdy nie ukrywał), więc nie zamierzał tolerować żadnej duchowej konkurencji. Szamani zostali uznani za sługi szatana i spaleni na stosach, wraz z czarownicami i czarnymi kotami. Potem, jakby tego było mało, nastały czasy rządów nauki, która ogłosiła, że moce nadprzyrodzone są przesądem, z którym należy walczyć przy pomocy oświaty i medycyny, a najlepiej psychiatrów. I tak szamanizm prawie znikł z powierzchni ziemi…

Czyżby?

Nic w przyrodzie nie ginie, więc i talenty szamańskie bezpowrotnie zginąć nie mogły. Wprawdzie większość genów związanych z tymi właściwościami spłonęła na średniowiecznych stosach, a za sprawą zalewu zachodniej cywilizacji zapotrzebowanie na szamańskie usługi prawie zanikło, jednak dusze nie zatraciły swoich niezwykłych właściwości i gdzieś musiały się pojawić.

Gdzie?

Rozejrzyjcie się uważnie wokół, a zobaczycie rzeczy, które was zadziwią.

Ci wszyscy samorodni geniusze tarota, bioenergoterapeuci, hipnotyzerzy, regreserzy, świeccy egzorcyści, jasnowidze, wizjonerzy i innej maści cudotwórcy to właśnie one!

Problem polega na tym, że większość z nich nie ma pojęcia, co się z nimi dzieje i skąd biorą się ich niezwykłe umiejętności, a co najgorsze w społeczeństwie brakuje wyszkolonych szamanów, którzy by te talenty odkryli, docenili i poddali profesjonalnemu szkoleniu. To właśnie dlatego, że są pozbawieni wszelkiej kontroli, czynią takie zamieszanie i wzbudzają przerażenie racjonalnych obywateli, nienawykłych do obcowania ze zjawiskami, których nie rozumieją i nie znają.

Nie umiejąc zapanować nad potężnymi mocami, którymi dysponują w końcu sami stają się ich ofiarami, szukając ratunku w Kościele, czyli instytucji, która jest równie jak i oni niezdolna do zmierzenia się z tym problemem lub w gabinetach psychiatrów, nie mających pojęcia o przyczynach zaburzeń w psychice swoich pacjentów.

Mam w swoich zbiorach film dokumentalny, nagrany z kanału Planete, pozwalający zrozumieć ten fenomen.

Jego bohaterem jest Indianin, pracujący w Hollywood jako kaskader, specjalista od stłuczek samochodowych. Jest to jeden z nielicznych Indian, którzy potrafią żyć w cywilizacji stworzonej przez białych ludzi. Człowiek ten ma syna, nastolatka, który coraz bardziej izoluje się od świata i widać, że coś go trapi. W końcu okazuje się, że chłopak ma poważne problemy, ponieważ widzi jakieś nieistniejące postacie i słyszy głosy, co spowodowało, że w szkole uznano go za chorego psychicznie. Na szczęście jego ojciec doskonale wie, że to nie choroba i wie również, co powinien zrobić, żeby dziecku pomóc. Pakuje więc niezbędne rzeczy do samochodu i ruszają obaj na prerię, do krainy, w której żyją ich przodkowie. Po drodze zwiedzają święte miejsca Indian i obcują z dziką naturą. Gdy docierają na miejsce, wita ich szaman, wspaniały Indianin, który od razu rozpoznaje w chłopaku wielki talent i postanawia go uczyć. Widzimy, jak się poznają, obserwujemy, jak szaman z nim rozmawia, jak powoli zdobywa jego zaufanie, a potem odczynia nad nim różne rytuały. W końcu prosi, żeby wyłączyć kamerę, ponieważ to, co będzie się działo dalej jest wielką i starannie strzeżoną tajemnicą.

Chłopak miał wielkie szczęście, że znalazł godnego siebie mistrza, dzięki czemu został uratowany przed zamknięciem w szpitalu psychiatrycznym. Szkoda, że inni nie mogą skorzystać z równie mądrej pomocy.

Innym filmem, który może pomóc w zrozumieniu zjawiska szamanizmu i wizjonerstwa jest oparty na prawdziwej historii z lat 70-tych obraz „Na rozkaz serca” („Thunderheart”, reż. Michael Apted, 1992 r.) z Valem Kilmerem i Grahamem Greenem w rolach głównych. Opowiada on historię wychowanego w mieście metysa, pół-Siouxa, Ray’a Levoi, agenta FBI, który zostaje wysłany do indiańskiego rezerwatu, by na miejscu wyjaśnić przyczynę licznych zabójstw, których ofiarą padają jego mieszkańcy. Jedzie tam bez entuzjazmu, ponieważ nie czuje się związany z Indianami i wolałby zapomnieć o swoich korzeniach, żyjąc jak biały człowiek. Ale rozkaz jest rozkazem, więc nie ma wyboru. Mimo niechętnego nastawienia do misji i równie niechętnego przyjęcia przez Indian niemal natychmiast po przybyciu do wioski Ray zaczyna podlegać dziwnym, nadprzyrodzonym mocom, które go zdumiewają i niepokoją. Któregoś dnia, goniąc z bronią podejrzanego zagania go do baraku, z którego nie ma wyjścia. Gdy powoli zbliża się do niego, z krzaków wyskakuje wprost na niego ogromny jeleń wapiti. Barak okazuje się pusty, tylko na podłodze leży ozdoba na włosy, zrobiona z orlich piór, dokładnie taka sama, jak ta, którą miał ścigany. Opowieść pełna jest podobnych, niepojętych zjawisk, a Ray stopniowo zaczyna odkrywać swoje indiańskie dziedzictwo oraz więź z przeszłością i przodkami. Umożliwia mu to reinkarnacyjna, bardzo realistyczna i przerażająca wizja zagłady jego narodu, której podlega czekając w urządzonej przez agentów zasadzce. Wizja ta wzbudza zazdrość towarzyszącego mu indiańskiego policjanta (Graham Grene), który żali się, że człowiek latami medytuje w poszukiwaniu wizji i nic, a tu nagle zjawia się jakiś przybłęda i od razu, zupełnie spontanicznie, jej doświadcza.

Film smutny i przygnębiający, ale każdy poszukiwacz wizji powinien go obejrzeć.

Wbrew temu, co próbuje nam wmówić materialistyczna nauka duchowość, możliwość kontaktowania się ze sferą niematerialną i przeróżne manifestacje irracjonalnych mocy nie są wymysłem, urojeniem ani przejawem zaburzeń w pracy mózgu. To wszystko istnieje realnie i istniało zawsze, tyle tylko, że kiedyś było to poddane kontroli i dyscyplinie. Negowanie faktów nie zlikwiduje problemów, prawdę należy przyjąć do wiadomości i spróbować znaleźć konstruktywne wyjście.

Podobnie zakładanie, że wszystkie te fenomeny są sztuczką szatańską i że wystarczy je poddać kościelnym egzorcyzmom jest założeniem zupełnie błędnym i nie rozwiązuje żadnych problemów. To naprawdę nie ma nic wspólnego z mocami nieczystymi i fakt rzekomego nawrócenia się niczego tak naprawdę nie zmienia, co najwyżej zmiata psychiczne śmieci pod dywan.

Jaki z tego wszystkiego wniosek?

Powinniśmy tych wszystkich Harrych Potterów wysłać do szkoły, gdzie pod okiem doświadczonego mistrza nauczą się rzemiosła i zasad BHP. Jeśli tego nie zrobimy nadprzyrodzone moce będą wyczyniać niekontrolowane harce i siać powszechne przerażenie.

W przypadku astrologii podobne problemy zdarzają się znacznie rzadziej, ponieważ większość z nas kończyła porządne szkoły, w kraju lub za granicą, gdzie nauczono nas właściwego podejścia do pracy z horoskopem i klientem. Podobne problemy jak tarociści mają tylko uczniowie nawiedzonych magów oraz amatorzy, którzy podchodzą do tematu intuicyjnie i bazują na swoim wrodzonym talencie do odczytywania przyszłości.

Teraz wyznam to, co moim zdaniem jest w tym wszystkim najważniejsze: zarówno w astrologii, jak i w tarocie celem nie jest umiejętność przepowiadania przyszłych losów klienta. Tak naprawdę ważne jest coś zupełnie innego. To mianowicie, żeby uświadomić klientowi, jaki jest cel i prawdziwa wartość jego życia. Człowiek musi zrozumieć, że nie jest bezwolnym przedmiotem, którym wichry losu miotają jak uschłym liściem i że zdarzenia nie spadają na niego bez żadnej jego zasługi, lecz że jest on istotą boską, której zadaniem jest się uczyć i dążyć do osiągnięcia duchowej doskonałości.

Dlatego ci, którzy wróżą i przepowiadają przyszłość zawsze będą mieli problemy. Te osoby cierpią na przerost ego, które nie pozwala im przyjąć postawy służebnej wobec klienta, lecz każe im popisywać się swoją natchnioną, rzekomo pochodzącą z boskiego źródła wszechwiedzą. Arogancki pyszałek nigdy nie będzie czerpał wiedzy z boskiego źródła, prędzej podłączy się do źródła demonicznego, szkodząc nie tylko klientowi, ale przede wszystkim sobie samemu.

Jak pisałam wcześniej znam wiele osób, które od lat pracują z tarotem i nigdy nie doświadczyły żadnych manifestacji demonicznych sił ani nie zetknęły się z przerażającymi mocami. Karty nigdy ich od siebie nie uzależniły, nie robiły im złośliwych psikusów, ani w ich życiu nie nastąpiła żadna katastrofa.

Tajemnica polega na tym, że osoby te nigdy nie wieszczą przyszłości, lecz służą pomocą w naświetleniu sytuacji psychologicznej i zrozumieniu mądrości płynącej z doświadczeń życia. Traktują one tarota nie jako wyrocznię, lecz jako mądrego doradcę duchowego, pomagającego w rozwoju.

Tak więc na problemy z demonicznymi manifestacjami mogę poradzić tylko jedno – mniej pychy i dokarmiania swojego rozdętego ego, a więcej mądrości i chęci pomagania bliźnim.

(Opublikowane na starym blogu 2006-10-25 23:21:41)

38 komentarzy do “Szatańskie moce?

  1. A propos dyskusji na pracowni, ze wszystkim co tutaj napisane się zgadzam, a cała konkluzja „Tak więc na problemy z demonicznymi manifestacjami mogę poradzić tylko jedno – mniej pychy i dokarmiania swojego rozdętego ego, a więcej mądrości i chęci pomagania bliźnim.” jest zgodna z tym, co jest zapisane w książkach kabalistycznych.

  2. Przeczytałam z uwaga poraz drugi ten tekst.
    Trafia do mnie, przekonuje i daje do myslenia.
    Moje doświadczenia w dotychczasowej drodze rozwoju duchowego potwierdzają powyższe.

    Mam nadzieję, wyciągnąć dla siebie wnioski konstruktywne i łatwiej dokonać wyboru własnej drogi.

  3. Tak czy owak, zdecydowaną większość odkryć i wynalazków poczynili ludzie głęboko wierzący w Boga i Bóstwa a nie materialiści. Kopernik był kanonikiem warmińskim, w kurii pracował, księżulko. Galileusz modlił się każdego dnia żarliwie. I tak można w nieskończoność. A Taj Mahal kto wybudował? Wierzący w Boga…

    A co zrobili ateiści? Rzeź w Kambodży. Łagry stalinowskie? Też mi osiągnięcia. Korolow i Tupolew byli prawosławnymi…

  4. Karolu, to nie takie proste. Nie ma znaczenia, kto wyznaje jaki światopogląd. Katolicy wsławili się wyjątkowym zamiłowaniem do przelewania krwi – dziwię się, że jesteś tak bardzo zaślepiony, że mimo, iż żyjesz na tym świecie już pewnie ładnych parę latek nie przyjąłeś do wiadomości prawdy na temat okrucieństw świętej inkwizycji, kościelnych pogromów i innych, przerażających „grzechów” kleru.

    Zostawiłeś tu mnóstwo komentarzy, ale ja ich nie zatwierdzę, przede wszystkim dlatego, że są napisane rynsztokowym językiem i nie mają nic wspólnego z rozumem i z prawdą.

    Skoro tak ci się nie podoba „gejowatość” i „lesbowatość”, to zadam ci pytanie: czy słyszałeś o pedofilii?

    Mnie „gejowatość” nie przeszkadza, bo mnie nie obchodzi, co dobrowolnie robią dorośli i świadomi ludzie. Natomiast oburza mnie pedofilia, która jest krzywdzeniem niewinnych i zupełnie bezbronnych dzieci. Jest to gwałt najgorszego możliwego rodzaju i za to wieszałabym za jaja. A tym właśnie na masową skalę zajmuje się kler katolicki. Na tak masową skalę i od tak dawna, że jeśli wszystkie ofiary molestowania księży wystąpią o odszkodowanie, będzie to koniec instytucji Kościoła Katolickiego, który po prostu zbankrutuje. I tego mu z całego serca życzę.

    A czyż księża nie są „głęboko wierzący” i czy nie modlą się każdego dnia? Skoro się modlą, to znaczy, że religijność jest gorsza od ateizmu, bo ten jeszcze (na razie) nie pali na stosach i morduje na znacznie mniejszą skalę. Ale jeśli tylko będzie miał okazję, na pewno to zrobi.

    I właśnie dlatego ja opowiadam się jednakowo zdecydowanie zarówno przeciwko religii, jak i ateizmowi. Obie te ideologie są zbrodnicze. Ale nie mam złudzeń – jeśliby obie znikły z powierzchni ziemi ciemne moce natychmiast dadzą ludziom nową ideologię, być może jeszcze gorszą.

  5. To czy, ateizm morduje na mniejszą skalę jest sprawą co najmniej dyskusyjną. Zaczął już w czasie rewolucji francuskiej – wystarczy wspomnieć pacyfikację Wandei, a szczyt osiągnął w połowie XX wieku w postaci dwóch zbrodniczych ideologii – narodowego socjalizmu i komunizmu. Myślę, że w całej historii wszystkie religie nie mają tyle istnień na sumieniu. A jeśli chodzi o KK, to wywodzi on się w prostej linii od Cesarstwa Rzymskiego, a właściwie jego schyłkowej, wypaczonej wersji i stąd jego imperialistyczne zapędy, które z chrześcijaństwem miało często niewiele wspólnego.

  6. Jeśli chodzi o narodowy socjalizm, to ateiści stanowczo twierdzą, że był on katolicki, a katolicy, że był ateistyczny. Więc pewnie był i taki i taki. Ja tam wierzę w ateistów. Jak tylko dorwą się do władzy, wtedy pokażą, jak należy mordować. To będzie zagłada prawdziwie naukowa, a nie takie amatorskie partactwo, jakie uprawiał Kościół. Idziemy z postępem, czyż nie?

  7. Zastanawiam sie czy Roman Polanski chcial nam cos przekazac miedzy wierszami swoimi filmami czy tez gral swiadomie w klubie ciemnych mocy.Dlaczego w swoim zyciu prywatnym zaplacil tak wysoka cena jak rytualny mord zony w ciazy i przyjaciol? W „Dziecku Rosemary” w koncowej scenie widzimy dziecko – antychrysta i zblizenie na jego oczy. Oczy wygladaja jak oczy gada.

    Fragment artykulu Krzysztofa Klopotowskiego:
    (…)”Bluźniercza powieść Iry Levina, podstawa scenariusza „Dziecka Rosemary”, brzmi echem obelgi antysemickiej o „Synagodze Szatana”. W ten sposób fanatyczni chrześcijanie wyrażali się w średniowieczu o Żydach. Autor powieści stanowi przykład ofiary przejmującej katolicki punkt widzenia na „bluźnierczych Żydów”. Jego dzieło jest dla Levina mniejszym skandalem, niż byłoby dla katolika. Bardziej pasuje do tradycji swobodnej spekulacji religijnej judaizmu – rozważania różnych możliwości, bez gorsetu dogmatów, jak w katolicyzmie. Reżyser pilnuje zaś, aby sataniczni spiskowcy mieli rysy twarzy uważane za semickie. Nie ma przypadków obsadowych u artysty świadomego formy, jak Polański. Co nam w ten sposób mówi? Kościół traci panowanie nad światem. Jest sklerotyczny i wrogi, ale nie-ortodoksyjni Żydzi szykują kolejną odnowę duchową i odwet. Kiedyś dali światu Jezusa Chrystusa. A teraz dadzą Adriana Antychrysta. Taki jest sens filmu, jeśli ktoś ma tylko odwagę wyciągnąć wniosek z przesłanek podanych w pełnym świetle reflektorów”.

    David Icke w jednym ze swoich wykladow powiedzial, ze jego zdaniem Polanski robiac film o antychryscie dobrze wiedzial o szatanistycznych praktykach elit takich jak w Bohemian Grove.

  8. Taaa, program typowy dla Pospieszalskiego. Wiadomo, do jakich wniosków można dojść, gdy dobierze się odpowiednią ekipę i pokieruje rozmową tak, że prawda religijna okaże się tą jedyną właściwą. Prokopiuk to właściwie nie wiadomo co tam robił – zaproszenie go do studia to chyba wypadek przy pracy. I tak nikt nie rozumiał, co mówił, bo to nie ten pułap możliwości. Tak, tak, drogie dzieci, Szatan istnieje, macie jedno życie, więc nie igrajcie z sakrum, bo stracicie jedyną szansę na zbawienie.

    Polański zbyt głęboko „zanurkował” w ten Matrix. Gdyby robił filmy jak sprawny rzemieślnik, to po robocie otrzepywałby się ze studyjnego kurzu i spokojnie szedł spać w ciepłych ramionach żony. Widocznie jednak tak wczuł się w temat, że pobudził egregory, a z nimi, wiadomo, lepiej nie igrać.

  9. Nastawienie Tekieliego od razy bylo widac kiedy mowil Prokopiuk to Tekieli mial glupi usmieszek. Prokopiuk wyjechal z Jungiem i elementami jego analizy oraz mowil o osobowosci wielokrotnej, Tekieli zaakcentowal z usmieszkiem, ze on ma jedna osobowosc. Ale nawet psychologia akademicka mowi o tym, ze czlowiek skalda sie z wielu osobowosci.Klopotowski jak zwykle wypowiadal sie na poziomie. Pospeszaliski znowu sie nie sprawdzil bo cala dyskusja nie miala podsumowania i widz pozoslal pozostawiony jakby w srodku dyskusji.

    Osobiscie mysle, ze Polanski chcial przekazac w sposob symboliczny prawde o tym, ze elita tego swiata dziala na zlecenie pewnych nieczystych sil.Zaplacil za to wysoka cene jak smierc zony a seks z niepelnoletia? Kto wie moze dziewczyna byla celowo podstawiona bo ktos znal slabosc Polanskiego. Gdyby wspolpracowal z elitami i tymi silami to nie siedzialby teraz w wiezieniu, bo przeciez „ONI” mogliby to zalatwic. Jego zycie jest naprawde pokrecone i moze chyba miec jakies metafizyczne wytlumaczenie.

  10. Fakt, nie takie zbrodnie były w wielkim świecie tuszowane. Ktoś zabił JFK i do dziś za to nie beknął, ktoś zwalił WTC i włos z głowy mu nie spadł, chociaż powinien się za to smażyć powolutku na krześle elektrycznym. Człowiekowi można przedstawić różne „propozycje nie do odrzucenia” lub podłożyć świnie, którymi później się go szantażuje. Czasem tylko fantazja reżysera lub pisarza pozwoli zajrzeć za kulisy tego „wielkiego” świata, w filmie zwanym horrorem politycznym lub sf. Podobno dziewczynkę podstawiła jej matka, która miała jakieś ambicje. Z Bohemian Groove wiemy, do czego służą niektórym rodzicom ich córeczki. Są na tym świecie rzeczy, o których nam się nie śniło. Kto wie, co naprawdę czai się za całą historią życia i kariery Polańskiego, Mansona i elit rządzących? My wiemy tylko to, co powiedzą nam media, a w czyich rękach są media nikomu tłumaczyć nie muszę.

  11. Ten tekst jest całkiem zabawny. Lubię taką konsekwencję w myśleniu, które staje się przez to „myśleniem” xD. Przykłady „spójności” wypowiedzi autorki:
    1. Nie neguję i nigdy nie negowałam istnienia magii, klątw, demonów, duchów, opętania i innych „irracjonalnych” zjawisk(…)
    2.Bóg, Duch Święty, szatan, niebo, piekło, magia, obawa utraty wiary i dogmaty to dla mnie taka sama mitologia jak bogowie olimpijscy, Światowid i hinduistyczne bóstwa.
    3.A szatan? W moim przekonaniu jest to wyłącznie mityczna, zmyślona postać(…)

    Jest tego dużo więcej, ale nie chce mi się tym zajmować. Już i tak jest wystarczająco zabawnie, Pani Astrolog xD.

    A poza tym to zdrowa rzecz się pośmiać. Bardzo lubię czytać tego typu humorystyczne wypowiedzi :).

  12. @ Hehe: co ci odpowiem? Że poznać głupiego po hehe jego. Pierwsza wymieniona przez ciebie lista nie jest tożsama z drugą ani z trzecią. Każda z nich jest spisem innych zjawisk (z wyjątkiem magii, która kiedyś była dla mnie bujdą, ale ostatnio przestała być). Tak więc jeśli chcesz się wykazać tropieniem niekonsekwencji czy braku logiki w moim pisaniu, to musisz się bardziej postarać, bo na razie to twój wpis wzbudza śmiech na sali. W zabawie „znajdź 20 szczegółów którymi różnią się te dwa obrazki” masz zaliczone tylko 1 trafienie. Czyli całkowite pudło.

  13. PS. Zapomniałam o czymś… oczywiście, jeśli jesteś osobą o umyśle zniewolonym przez religię, to jest dla ciebie oczywiste, że opętań mogą dokonywać wyłącznie demony i szatan. Osoby wolne umysłowo i duchowo wiedzą, że jest wręcz przeciwnie, opętania nie mają nic wspólnego ani z szatanem ani z demonami. Ponieważ reprezentujemy skrajnie odmienne światopoglądy prawdopodobnie nigdy nie zdołamy się porozumieć, a mnie się zwyczajnie nie chce tłumaczyć ci wszystkiego od podstaw. Zresztą to i tak nie miałoby sensu, bo jak się domyślam wierzysz wyłącznie swojemu księdzu i nikomu poza nim. Mnie na pewno nie uwierzysz, więc szkoda mojego czasu.

  14. całkiem niedawno dostałam propozycję udania się do egzorcysty własnie po to by mnie „uleczył” … no i zrobił się „problem” 😉 … kiedyś byłam bardzo blisko Koscioła … intensywnie uczestniczyłam w życiu kościelnym … teraz każdy „okazjonalny” pobyt w Kościele oddala mnie jeszcze bardziej od tej instytucji … ale ja jestem głęboko wierząca w Boga … tylko pojmuję Go właśnie tak jak napisane w tym artykule jako „Żródło Pierwotne” a nie w postaci przedstawionej przez Kościół Katolicki … no i tego już nie byłam wstanie wyjasnić tej zatroskanej o mnie osobie 😀 ….

  15. @ lucy: trzymaj się, nie daj się, Bóg istnieje i jeśli będziesz wierzyć w to, że że się o ciebie troszczy, wszystko będzie OK.

  16. „Zycie wieczne” stalo sie towarem ktorym handluja prawie wszystkie religijne filiale.
    Czesta cena bywa: „CO LASKA”,to ogromny apetyt.
    Powtarzam czesto Hiszpanskie przyslowie:
    „Bierz co chcesz powiedzial Bog i plac za to”

  17. Myślę, ze szatańskie moce czekają na nas w różnych miejscach. P.O. Prezydent podpisał ekspresowo kilkadziesiąt ustaw w tym tę o przemocy w rodzinie, a faktycznie to ograniczeniu praw rodzicielskich. Jak zwykle u nas przegięcie, bo pod pozorem ograniczenia przemocy (b.dobrze) wprowadza się niebezpieczne dla funkcjonowania rodziny prawo. Link do artykułu na temat działań szwedzkiej opieki wobec rodziców,bo odmówili poddania dziecka szczepieniom http://www.konservat.pl/?sp=art&art=0888&path=arty2010#nc

  18. Moi drodzy ! A nie przyszło wam do głowy, że szatan jest stworzony przez pasterzy, aby owce nie uciekały ze stada ? Po to przecież bacowie trzymają psy w zagrodach.

  19. @Ania
    Kiedyś gdzieś na tym blogu w komentarzach napisałem, że szatan i Jahwe to „Bóg” w dwóch osobach. Dualizm zawsze był podstawą manipulacji.

  20. Myślę, że kwestia tarota jako narzędzia wykorzystywanego w dywinacji jest o tyle błędna co szkodliwa. Ze swego niewielkiego, ale zawsze, doświadczenia i z tego co się dowiedziałem do tej pory mogę stwierdzić, że to co się „przepowiada” drugiej osobie czasem jest tylko wprowadzaniem do czyjegoś umysłu, na poziomie jego Malkuth, określonej wersji zdarzeń nie mającej niczego wspólnego z przyszłością obiektywną. Zdarzenia takie następują tylko dlatego że zostały właśnie wprowadzone do czyjegoś umysłu, wierzącego mniej lub bardziej w określoną „przepowiednię”. Ponieważ czasem zaburza to pokój panujący w czyimś królestwie, Malkuth, wtórnie w świat początkującego tarocisty, który nie ma własnego granicznego „muru” przekonań, od wcześniejszego odbiorcy zaczynają się napływać atakujące podświadome myśli, które mogą działać destruktywnie na psychikę. Dlatego ani dywinacja w takim wypadku nie jest dywinacją, tylko wprogramowaniem określonych zdarzeń komuś, ani tarot korzystnym narzędziem do przepowiadania przyszłości (podobnie jak inne narzędzia). Ująłbym że to raczej narzędzie do wprowadzania pokoju na podstawie określania u odbiorcy właśnie ukrytych, wrogich, myśli wyniszczających od wewnątrz. U podwójnej wiedźmy zapewne istnieje już solidny mur osłaniający przed innymi, aczkolwiek nie ma murów nie do pokonania – i dlatego trzeba zawsze uważać na osoby którym się „wróży”.
    Osobiście w kwestii szatana… Cóż znalazłem się w dosyć dziwnej sytuacji i to od dzieciństwa. Na podstawie obserwacji mogę stwierdzić że „szatan” istnieje, drobne materializacje też się zdarzają, ale na ile to kwestia wtórnych efektów tego że istnieję jako ofiara w czyimś królestwie umysłu, „Malkuth” i zostałem przez to odcięty od innych świadomości, co z kolei wtórnie wpłynęło na moje życie niekorzystnie… Sam nie wiem. Może szukam kogoś kto by mnie czegoś nauczył, jak radzić sobie z problemami i to bez wyszukiwania w literaturze odpowiedzi które czasem są bardzo organicznej natury. Podświadomej zbiorowej sieci umysłów w moim miejscu zamieszkania. A mnie przypadło konwersować czasami z jej najbardziej lucyferycznym fragmentem.

  21. @ Pan Ögiler: Straszliwie to wszystko pretensjonalne i wydumane młody człowieku. Życie jest naprawdę proste. Takie pokrętne myśli do mnie nie przemawiają, wolę ludzi, którzy mówią prosto i zrozumiale. Nie lubię łamać sobie głowy nad problemem „co autor miał na myśli?” więc nie będę drążyć tematu.
    Wróżenie, dywinacja – a co mnie to w ogóle obchodzi? To nie moja działka. Nie zajmuję się mąceniem ludziom w głowach, bo nawet bez tego zdecydowana większość z nich żyje w chaosie. Przyszłość jest nieznana, w każdym razie dla mnie, o czym wiele razy pisałam na tym blogu i na mojej stronie. I naprawdę zaglądanie za jej zasłonę ani trochę mnie nie nęci. A jeśli inni swoimi „dywinacjami” powodują u ludzi problemy, to ja za to nie odpowiadam. Proszę poszukać takich, którzy reklamują się jako wróże i im zawracać głowę.
    Co do szatana – nigdy go nie spotkałam, bo on mnie nie fascynuje. Nie interesuje mnie ten koleś, bo jest brzydki, śmierdzi, czyni zło i brak mu kultury osobistej. Wolę towarzystwo aniołów bo są ładne, grzeczne i chętne do pomagania.
    Zamiast „konwersować” z Lucyferem lepiej pan zrobi solidnie medytując pod okiem dobrego mistrza.

  22. PS. Powtórzę jeszcze raz, bo to jest naprawdę ważne: MEDYTACJA! To jest lek na wszelkie harce sił nieczystych w naszym życiu. Dzięki regularnej praktyce wszystko staje się proste i łatwe.

  23. Czesc.

    Ja chcialem sie odniesc do fragmentu o opentaniu religia. Jest to mozliwe i jest to niebezpieczne, zwlaszcza dla osob majacych sklonnosc do depresji, lub innych „odchylen”. Takie osoby moga przyplacic to zdrowiem.

  24. Ja sam używam tarota, i jakoś żaden demon mnie nie opentał. Jedynie co jest przerażające, to chyba historie które opowiada kościół. Mi się ze problemem może byc uzależnienie się od ezoteryki. Poczakujących adeptów, bardzo w ciąga wiedza ezoteryczna. pewnym sensie zaczynają nią życ, i odsuwają sie od życia, od codziennych spraw.

    Innym problemem są demony których widzą nowi ezoterycy. Ja sądze że to są ich wewnętszne demony. Bardzo trudne sytuacje na ogół z dzieciństwa( trudne emocje)które gdzieś tam siedziały, a teraz sie obudziły. I trudne emocje są wyrażane, w postaci demonów czy straszliwych wizji. Tak samo jak z koszmarami sennymi.

    Jeszcze innym, zagrożeniem jest. Nie znajomosc zasad BHP. Raczej tu mam na myśli parapsychologie.

    A pro po nauczyciela. Sam ukończyłem kurs psychotroniki w ESKK( to kurs korespodencyjny) i jakoś nauczyłem się sam, a nic się zemną nie działo. w prawdzie w ESKK, jest nauczyciel ale kontakt jest tylko listowny.Może dla tego że te kursy zostały napisane przez świetnych specjalistów. I dla tego nie była mi potszebna opieka nauczyciela. Trudno mi powiedziec. Zresztą trudno natrafic jest na dobrego nauczyciela.

  25. Siedzę w tej tematyce niemal od zawsze, ale jak żyję żadnego demona nie widziałam. Szatana zresztą też. Za to pamiętam, jak na jednym z wykładów z psychologii profesor opowiedziała historię pewnej panny, która stale widziała za sobą ciemną postać w kapturze. Gdzie się ruszyła, ta postać chodziła za nią i ją przytłaczała. Po kilku sesjach z psychoterapeutą dziewczyna odważyła się „przyjrzeć” temu demonowi. Okazało się, że to jej własna matka. O co chodziło? Dziewczyna miała straszliwie despotyczną i kontrolującą matkę. Matka do tego stopnia ją kontrolowała i ograniczała, że dziewczyna nie potrafiła się od niej uwolnić nawet wtedy, gdy matka została w domu. Ta postać to był wytwór jej wyobraźni, „potwór”, który ją gnębił i nie pozwalał jej być sobą. Po terapii inaczej ułożyła sobie stosunki z matką i „potwór” odszedł.

  26. O rany, Jestem przerażona, że tak mało z nas potrafi korzystać z tego co nam dane, „wolna wola i intuicja „. Zostaliśmy stworzeni po to aby czynić dobro. Postawiłam sobie karty tarota raz ( w sytuacji nazwijmy to kryzysowej ). Powiedziały to co chciałam, zeby powiedziały. Nie uciekajmy od problemów. Rozwiązujmy je zgodnie z naszym sumieniem. A wtedy bedziemy szczęsliwi.

  27. Violma@

    żeby stawiac karty tarota samemu sobie lub innym, trzeba wycwiczyc w umyśle stan zwany „pustką umysłu”. Na wielu kursach i książkach się o tym nie mówi. Zwłaszcza jak jesteśmy zaangażowani emocjonalnie w daną sytuacje. No i wogóle trzeba byc osobą świadomą, swojego życia. W tedy takie przypadki nie powinny miec miejsca.

  28. Piotrze,

    Nie czytam książek na ten temat. Dzielę się swoim doświadczeniem. Dla mnie „pustka umysłu” oznacza,że nie ma się juz nic do stracenia. A to nie jest prawda. Zawsze jest alternatywa. Być może karty tarota maja coś w sobie. Tak samo jak każdy inny rodzaj przekazu w postaci snów, znaków lub tej własnie intuicji, że robimy to co w danej chwili uważamy, że czynić powinniśmy.

  29. Znany polski astrolog mawiał: „Pusty Umysł to nie to samo co pusty łeb”. Jeśli czaisz, o co chodzi, to zrozumiesz też o co chodzi w tarocie i ezoteryce.

  30. Dzisiaj w polsat news, był reportaż na temat szatana w internecie. A dokładniej to była raczej reklama do artykułu „nasz dziennik”. W tym artykule pewien ksiądz z ameryki( znawca demonologii i egzorcysta) twierdzi że osoby które korzystają z internetu narażone są na opętanie ze strony szatana. jak? Poprzez oglądanie stron o tematyce ezoterycznej w tym szczególności kart tarota. ja jestem osoba tolerancyjna dla różnych religii. ale kościół przegina,i to dosłownie.Ja już, widzę jak ten artykuł wpłynie na nawiedzonych katolików.

  31. Ciekawostka?- co widać z góry patrząc na pomnik w Świebodzinie?

  32. @ Piotr: Kościół jest stworzony do walki z szatanem. To jego misja i jedyny cel istnienia. Sęk w tym, że nie ma z czym walczyć. Skoro tak, to tego szatana trzeba stworzyć. Od średniowiecza KRK twierdzi, że szatan jest wszędzie. Czai się ciemnym kącie, na podwórku, a w nowoczesnych urządzeniach to już szczególnie. I faktycznie, w pewnym sensie tak jest, ale on jest nie tam, gdzie Kościół pokazuje. On jest w kłamstwach mediów i w kretyńskiej rozrywce. Oraz w nauczaniu samego KRK, a nie w kartach czy gwiazdach (które że niby diabeł stworzył, że co proszę??? czy Bóg?)

  33. Astromaria:)zdecydowanie najlepiej się czytająca pisząca w iternecie… Ciężko mi czasem znieść jakiś długaśny artykuł na Onecie czy innym bzdecie, a Ciebie czytam i jakoś mnie to nie boli;) (ale teraz się zwazelinowałem co;)?Co do tarota – Kiedyś pewna czarownica-amatorka, w nagłym przypływie nienawiści do tarota, wyrzuciła swoją talię kart przez okno z 10 piętra. Tak się złożyło, że stałem pod tym oknem, i piękny deszcz tarotowych kart spadł mi na głowę. Podniosłem jedną z tych kart, która spadła u moich stóp. Była to karta „Świat”. Tarot jak wiadomo jest przewrotny. Do dzisiaj nie wiem, którą stroną tą kartę podniosłem. Wiem jednak, że życie jest takie, jak w opisie tej karty. Zależy tylko, którą nogą akurat wstaliśmy dziś z łóżka. Inaczej mówiąc, jakie mamy nastawienie do życia i ludzi. Jak patrzymy na wszystko z lękiem, z nieufnością, ze złością i nienawiścią, to życie tym samym nam odpłaca i odwrotnie…Myślę, że na tym polega „magia” tarota. Karty dają nam to, czego akurat podświadomie oczekujemy, to co sami prowokujemy… A jeśli chodzi o szamanizm, to myśleć sobie się ośmielam, że każdy człowiek w swoim życiu doświadcza przynajmniej kilku przeżyć z gatunku szamańskich. Nie każdy jest jednak na tyle wrażliwy, żeby zagłębić się w to na dobre(lub złe). Najczęściej doświadczenia zwane mistycznymi, zasypywane są w otchłani pamięci przez piasek racjonalizmu lub religijnych fobii… Kilka razy zdarzyło mi się doświadczyć czegoś, co się wymyka… i jednocześnie potwierdza, że człowiek ma o wiele większe możliwości niż te, które swoim zmysłom zawdzięcza. Pozwolę sobie opowiedzieć jedno zdarzenie z mojego życia, które się nie mieści…:)
    To było latem, dziewiątego lipca 2000roku. Piękny słoneczny dzień. Wybrałem się na statek żeglugi wolnocłowej. Pływały w tamtym czasie takie małe jednostki między Świnoujściem a Ahlbeckiem i Heringsdorfem w Niemczech. Niby statki wycieczkowe dla turystów, w rzeczywistości raj dla przemytników alkoholu i papierosów i dla skorumpowanych celników. Wiele razy pływałem tymi statkami i dla mnie były to wyprawy dla przyjemności pływania po Zatoce Pomorskiej, połączone z drobnymi zakupami. Tym razem jednak płynąłem w bardzo konkretnym celu jakim był zakup alkoholu. Od wielu już dni chodziłem jak zamroczony, nie mogąc sobie znaleźć miejsca, nie mogłem spać, nie mogłem myśleć o niczym innym, ta chwila zbliżała się nieuchronnie, a moje emocje napięte były jak struna fortepianu… Moja żona od prawie dwóch tygodni leżała w szpitalu. Termin miała na czwartego lipca, ale coś się opóźniało. Wcześniej przed wypłynięciem byłem w szpitalu. Żona była pod opieką znajomej położnej. Chwilę porozmawiałem z Dorotką na szpitalnym korytarzu, miała jakieś bóle, ale położna powiedziała mi żebym się nie martwił, że śmiało mogę płynąć, bo żona na pewno jeszcze dzisiaj nie urodzi. Popłynąłem więc…
    Morze było całkiem spokojne, statek płynął jak po lustrzanej tafli, nic nie kołysało. Jak na rejs w czasie wakacji było niewielu ludzi. Trochę Niemców, trochę turystów z Polski i grupka mrówek-przmytników, dla których pływanie Adlerami, bo tak nazywały się te statki było codzienną ciężką pracą. Dopłynęliśmy do Ahlbecku, statek postał kilka minut przy molo, po czym obrał kurs na powrotem na główki świnoujskich falochronów. Po godzinie wpłynęliśmy między falochrony. Miałem już w plecaku to, po co płynąłem. Butelkę jakiejś wódki i flaszkę szampana. W końcu tradycji musi stać się za dość;) Zmieniała się pogoda. Morze trochę się rozkołysało, a przez moją głowę przewalał się huragan myśli. Nie miałem jeszcze wtedy telefonu komórkowego i nie mogłem zadzwonić do szpitala. Z każdą chwilą narastał we mnie niepokój. Stałem na górnym pokładzie, obserwując wzrastający niepokój wśród przemytniczych mrówek, w końcu dla nich zbliżała się też stresująca chwila wyrywkowej kontroli przy zejściu z trapu. Tylko Niemcy i co niektórzy turyści z Polski podziwiali widoki. Statek przepływał właśnie na wysokości portu i latarni morskiej. Z lekkiej chmurki, przez którą właśnie usiłowało przebić się słońce niespodziewanie zaczął padać deszcz, nie na tyle jednak intensywny aby szukać gdzieś schronienia. Stałem więc dalej gapiąc się to na ludzi, to na oddalające się za rufą falochrony. W pewnej chwili spojrzałem na latarnię morską po mojej prawej, obok której właśnie przepływaliśmy i … na długą chwilę straciłem oddech, zaszkliły mi się oczy i poczułem jakbym połknął jabłko. Nad latarnią i nad portowymi dźwigami zobaczyłem najpiękniejszy widok jaki kiedykolwiek widziałem. Nieziemsko mocnymi kolorami namalowany łuk podwójnej tęczy. Stałem i nie mogłem uwierzyć. Niektórzy ludzie też patrzyli na to zjawisko, inni zajęci rozmową nawet chyba nie zauważyli tej tęczy. Wszyscy widzieli tęczę… a ja widziałem mojego syna. Z ledwością powstrzymywałem łzy i przez łzy się uśmiechałem. Wiedziałem że ta tęcza jest dla mnie. Wiedziałem, byłem tego absolutnie pewien, tak jak teraz jestem pewien że to piszę… Byłem absolutnie pewien, że właśnie w tej chwili urodził się mój syn. Spojrzałem na zegarek, minęła godzina osiemnasta…
    Kiedy statek dobił do brzegu, jak tylko szybko się dało pobiegłem do budki telefonicznej aby zadzwonić do szpitala. Odebrała przyjaciółka mojej żony, znajoma położna.
    – Syna masz! – usłyszałem – … urodził się punkt osiemnasta:)

    P.s.
    Później dowiedziałem się, że moja żona i jej przyjaciółka wiedziały że Mikołaj urodzi się w tym dniu, ale nie chciały abym pałętał się nerwowo po szpitalnym korytarzu;)

  34. @ ArtM.: wazeliny nigdy dosyć, bo nie wszyscy mnie kochają. Czasem za to, co piszę dostaję taki łomot, że aż strach. A jak pewnie wiesz, świat jest jakoś tak dziwnie urządzony, że komplementy odbieramy jako fałszywe, ale za to krytyka wydaje się nam szczera i prawdziwa.

    Super historia z tym synem, świat czasem daje nam takie fajne znaki.

  35. Na krytykę przyjdzie pora, bo każdy pokrytykować sobie lubi. Na razie tylko zauważyć się ośmieliłem, że masz dar łatwości formułowania myśli, czy jak wolisz pisania lub posługiwania się słowem, a ja cenią sobie jak ktoś słów używa zgrabnie i lekko… Na początku wszak było Słowo… Wierzę, że to, czym na co dzień się posługujemy, a więc słowa, mają moc większą niż bomba atomowa, dlatego warto by mowa była piękną… A historia, którą opowiedziałem jest prawdą i dla mnie jest cudem, bo cudem jest życie każdego człowieka, i świat każdemu daje fajne znaki. Sęk w tym, żeby je dostrzec… pozdrawiam i dobrej nocy życzę.

Nie mam żadnego wpływu na to, że komentarze stałych bywalców bloga lądują w moderacji! Proszę się nie awanturować w tej sprawie - patrz: strona "Komentowanie bloga" (na górze). Wolną dyskusję prowadzimy w Hyde Parku, a o zdrowiu w Zdrowotnym Hyde Parku.

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.