Przekręt wszechczasów część XXVI

Dług publiczny

Kiedyś miałem okazję posłuchać kilku ciekawych wykładów, potem niestety zniknęły z sieci, i mimo że szukałem ich długo – nie znalazłem. Jeszcze nie tak dawno były małe, prywatne rozgłośnie radiowe, gdzie było mnóstwo materiału, ale właściciele byli sądzeni i zastraszani i dzisiaj już ich jest naprawdę niewiele.

Kiedyś słuchałem wykładu na temat długu publicznego, to co teraz napiszę, jest tylko małą częścią tego, oczywiście do przemyślenia i własnego rozważenia – jak wszystko zresztą.

Cały czas słyszymy o długu publicznym, nawet w Warszawie chyba kiedyś widziałem jakiś elektroniczny wyświetlacz gdzie mnóstwo cyferek się ciągle zmienia, suma rośnie, dług rośnie – tylko czy ktoś się kiedyś zastanowił skąd ten pomysł się w ogóle wziął??

Wiemy już, że w tym zakichanym systemie mamy 2 strony naszego życia – prywatną i publiczną ( ta druga, to też jest nie do końca jasna, ale o tym później).

Będąc po stronie prywatnej, w swojej indywidualnej roli, jako człowiek, żyjący, z krwi i kości, rdzenny na tej ziemi, mamy swoje prawa, jakkolwiek by je zwał, boskie, naturalne, itp. nie ma tu żadnego długu dopóki ktoś z nas nie wejdzie w jakąś umowę i jej nie dotrzyma, bądź zrobi komuś jakąś krzywdę, cielesną bądź materialną. Nie jesteśmy też obiektem durnych regulacji zwanych ustawami, żadnych debilnych bohomazów nie musimy przestrzegać – to tylko tak pokrótce.

Po stronie publicznej, tej gdzie wszyscy tak ochoczo nazywają się OBYWATELAMI jest trochę inaczej, a właściwie zupełnie inaczej, tak jakbyś przeszedł na drugą stronę lustra, tu zdrowy rozsadek i prawo niewiele mają do powiedzenia. Tu jest świat iluzji i szaleńców, dzięki którym nasz kraj i świat zmierzają ku zwykłej, totalnej rozpierdolce.

A jak to się ma do długu publicznego? No właśnie, to jest dług publiczny, nie prywatny. Jeśli ktoś słyszy w tv, że każdy obywatel jest już zadłużony na tyle tysięcy – to jak myślicie, co to znaczy, że Jaś nagle ma 30 000 długu, mimo że się dopiero urodził?

Żeby to chociaż trochę ogarnąć trzeba przemyśleć czy ustawy, i ludzie tworzący pieniądze dla całego kraju maja coś wspólnego, bo jeśli tak – to możemy wyciągnąć wniosek, kto tak naprawdę jest te pieniądze krewny i komu, zapewniam was, że to nie jest żaden z nas…

Proszę puścić wodze fantazji i pomyśleć nad tym:

Rząd będąc tworem korporacyjnym musi mieć kupę siana na swoją działalność, zupełnie tak, jak każda firma, pożycza pieniądze a konto przyszłych zysków w nadziei, że te przekroczą znacznie nie tylko samą pożyczkę, ale również i odsetki, zostawiając zarządowi tej firmy pełne portfele. Wiemy już, na całym świecie właściwie – to PRYWATNE banki pożyczają pieniądze dla rządu – to już nie jest żadna tajemnica.

Ok, idąc tym tokiem myślenia, kiedy ktoś ma firmę i chce pożyczyć pieniądze od prywatnej instytucji (bank) na swoją działalność – musi – z reguły – mieć coś pod zastaw, prawda? Jeśli rząd nie ma nic swojego (bo wszystko albo ukradł od ludzi albo mu ludzie darowali), co takiego może zostawić pod zastaw, żeby dostać tę pożyczkę od prywatnego banku? Nas i naszą pracę …. nic więcej, bo rząd nic nie ma – pamiętacie?

Nie może nas nikt oficjalnie skroić z kasy, do tego służy strona publiczna, tu kiedy chętnie wypełniamy akt urodzenia, potem dumnie odbieramy dowód osobisty – zostajemy „przyjęci” do tej rodziny – tej strony publicznej, zostajemy pracownikami RP, i tym samym zabezpieczeniem wszystkich pożyczek jakie prywatne kartele bankowe będą udzielać naszemu kierownictwu ( rząd/zarząd RP), ciekawe prawda?

A jak to działa? Zarząd RP stara się usilnie dowiedzieć, kto gdzie mieszka, meldunki, srunki, cenzusy, rejestracje, urzędy, nieskończona liczba darmozjadów w urzędach wypełnia tony papieru, a nierzadko my sami lecimy ich poinformować o naszym pobycie.

Zarząd RP, oprócz podatków dochodowych na rzecz (tylko) odsetek od pożyczki i dziesiątek innych poukrywanych podatków ściąga kasę na spłatę pożyczki. To już każdy wie, ale co jest ciekawe – to mechanizm powstawania tejże pożyczki i jej związek z długiem publicznym.

Załóżmy, że zarząd RP potrzebuje – wstępnie – 50 000 000 000 na cały rok swojej działalności, to musi pożyczyć. Wiedzą pi razy oko, ile mogą się spodziewać z wpływów za podatki wszelakiej maści. Ale potrzebują jeszcze coś, co będzie służyć nabijaniu kabzy, przez długi czas, tak aby źródełko nie wyschło, bo bankierzy czekają na swoje „pieniądze”, mimo, że zajęło im to tylko parę minut, żeby wklepać coś do kompa – cały kraj będzie zasuwać przez cały rok – ale to już inna historia.

Więc zarząd RP ma do dyspozycji mechanizm zwany ustawą – bardzo ciekawy twór. W jakimś większym lub mniejszym pokoju zasiadają sobie członkowie zarządu RP i ich delegaci, tu będą się mocno wysilać, żeby stworzyć „prawo” (ustawę), która będzie na tyle dochodowa i na tyle do przyjęcia przez pracowników RP, że nie wywoła buntu. Tu będą stworzone najróżniejsze herezje, dosłownie, od obowiązku zapięcia pasów, posiadania licencji już prawie na wszystko, kar za wszystko, mandatów, parkometrów, fotoradarów i nieskończonej ilości sposobów, żeby ładnie „zgodnie z prawem” kroić lemingi i mieć na spłatę pożyczki – schemat bardzo prosty.

Zupełnie tak, jak pracując dla Coca Coli, dostajecie pismo rano, że od przyszłego miesiąca każdy pracownik ma obowiązek kupowania nowego uniformu raz w miesiącu – za swoje pieniądze, ten uniform będzie produkowany przez firmę X, której de facto właścicielem jest kto? Prezes Coca Coli… Wewnątrz korporacji nie macie nic do gadania, nie podoba się – to za bramę (tylko w realu RP nie puści nas tak łatwo.)

Więc tworzona jest ustawa, na przykład o obowiązku posiadania licencji na sprzedawanie ekologicznego jedzenia. Gnidy urzędowe robią raporty, ile jest w kraju biznesów o tym charakterze, ile kasy wpłynie z „obowiązku” licencji, jakiś procent extra – za kary, terminy, grzywny itp. i mamy szacunkową sumę, jaka wpłynie do zarządu RP z tytułu tejże jednej tylko ustawy. RP po takich obliczeniach zwraca się do prywatnego banku o pożyczkę, a pod zastaw daje właśnie przyszły dochód z obowiązku wykupienia licencji na sprzedawanie ekologicznej marchewki.

Teraz proszę pomyśleć, ile tysięcy debilnych ustaw powstaje niemal cały czas??? Każda ma przynieść RP określony zysk…

Z tego co zdążyłem się dowiedzieć, oprócz stereotypowego powodu powstawania ustaw – czyli kontrola i zamordyzm – koszenie niewyobrażalnej ilości pieniędzy idzie łeb w łeb.

Jak to się ma do długu publicznego i kto tak naprawdę jest coś winien i komu? Zarząd RP delikatnie mówiąc średnio radzi sobie z zarządzaniem budżetem, może dlatego, że niekończący się apetyt świńskich ryjów przy korycie wybiega poza granice nie tylko zdrowego rozsądku, ale chyba nawet naszej galaktyki. Ich szacunkowe obliczenia w połączeniu w luksusem do jakiego przywykli mija się nieco z tym, co pożyczyli od prywatnego banku, a już na pewno mijają się z ich prognozami zarobku na lemingowym stadku. Te dwie kluczowe sprawy mijają się tak, że powstaje coś jak czarna dziura, która dzięki aparatowi niekończących się odsetek powiększa się niczym w filmie sf.

Machina potrzebuje pieniędzy na działanie, setki tysięcy urzędników, sędziów, policjantów, rożnej maści „władzy” musi przynieść bekon do domku, bo inaczej wszystko zachwieje się w swoich fundamentach.

Tak – moim zdaniem – powstaje tzw. dług, na pewno jest jeszcze wiele czynników, o których ja nie mam zielonego pojęcia, ale jest coś, o czym przeczytałem od bardzo mądrego człowieka.

„Dług publiczny, to dług rządu wobec mieszkańców ziemi (rdzennych), na której ten rząd ma zaszczyt działać”.

Co to znaczy? Znów wrócę do przykładu nieszczęsnej Coca Coli. Jeśli zarząd Coca Coli w swoich bezdennie głupich decyzjach (zarząd RP) spowodował zadłużenie firmy, czy ten dług jest automatycznie przekazany na każdą OSOBĘ pracującą w Coca Coli? Ktoś może powiedzieć – dlaczego nie, firma wisi, wszyscy wisimy – tylko co, jeśli ja się zwalniam, idę za bramę, czy teraz też jestem winien wierzycielom Coca Coli? Oczywiście, że nie.

Ten cały scam z długiem publicznym, to jest jedna wielka ściema, to zarząd RP, zupełnie jak zarząd Coca Coli postanowił obarczyć swoją nieudolną działalnością i długami z niej wynikającymi swoich pracowników, nic więcej.

Jeśli pracownicy biorą tę decyzję na klatę i postanawiają pracować za mniej (cięcia płac), nie mieć dodatku świątecznego (zabierają świadczenia), pracować dłużej (wydłużony wiek emerytalny) i dziesiątki innych fanaberii po to, żeby spłacić czyjeś złe decyzje i brak kontroli nad swoim apetytem – to proszę bardzo, każdy ma wybór. Chcę tylko zaznaczyć, że każdy z nas ma prawo do tego, żeby się zwolnić z tej nieudolnie prowadzonej firmy (RP).

Tu po stronie prywatnej, gdzie dowód osobisty i wszystkie kontrakty leżą sobie w szufladzie pokryte kurzem – nie mamy żadnego długu, co więcej, jak powiedział ten mądry człowiek – to jest dług rządu względem rdzennych w prywatnym statusie.

My, Polacy, ludzie z tej ziemi, daliśmy przywilej rządowi, żeby w ogóle zaistniał, daliśmy im wszystko co mają, nawet gacie na tłustych dupach, daliśmy im pod opiekę naszą spuściznę, majątek ziemi, w zamian za to, że nie tylko będą robić dobrą robotę prowadząc ten biznes, ale będą nam wypłacać dywidendy – jak w normalnej korporacji. A jest zupełnie odwrotnie, i nie zanosi się na zmiany w tym departamencie, przynajmniej na razie.

Dług publiczny – to dług naszych pracowników (RP) wobec nas, żyjących ludzi na tej ziemi. Ale gdy przechodzimy na drugą stronę, stronę publiczną, wewnątrz korporacji RP, stajemy się nagle odpowiedzialni ( wg. RP) za ich długi…

To wszystko zakrawa na szaleństwo, ale mantry powtarzane na każdym kroku – że wszyscy mamy jakieś długi – nawet nie narodzone dzieci – są tak już zakorzenione w świadomości statystycznego Polaka, że nawet nie zadaje sobie żadnych pytań – łyka wszystko.

Piotras

C.d.n.

Przekręt wszechczasów część XIX

Lichwa, odcinek ostatni

Jesteśmy tak bardzo zaprogramowani na to, co dzisiaj wydaje się normalnością, że informacje o tym, jak się pozbyć największego jarzma, jakim jest niewola ekonomiczna, nie wywołuje większego zamieszania. Dziś, jesteśmy trochę jak w jaskini Platona, gra cieni jest brana za rzeczywistość, a każdy odchył jest traktowany jako ciekawostka, nie mająca nic wspólnego z prawdą. Na tym polega siła systemu, że nie trzeba już prawie nikogo pilnować ani nawet obawiać się, że pójdzie ktoś po rozum do głowy i nagle zechce się uwolnić.

Info na temat jak uwolnić się od lichwy jest dziś dostępne, ja tylko pokazałem czubek góry lodowej, ale kiedy ja to po raz pierwszy zrozumiałem, nie mogłem się opanować, żeby nie grzebać głęboko jak tylko się da. Siedziałem godzinami nad seminariami Deana, i innych ludzi, którzy już dzisiaj w większości odeszli w cień, bo zrozumieli, że na siłę nikogo się uwolnić nie da. Sami są wolni, a reszta niech się niestety martwi sama o siebie.

Zupełnie jak z moim kumplem, który uwolnił się od rzekomo prawomocnej pożyczki, z wielkiego banku UK, nie jakiegoś cinkciarza. Uwolnił się jednym pismem, ale nie zapytał nawet gdzie może nauczyć się takich rzeczy…

Dzisiaj niemal cała rasa ludzka przypomina cyrkowego słonia, który już dawno nie ma łańcucha na nodze, może być zawinięty makaronem, ale ani myśli się uwolnić. Poddał się już dawno i będzie tak tkwił do samej śmierci.

Dlaczego to mówię – mamy już sposoby, żeby nie tylko oddalić lichwę, ale również ukarać ludzi za nią odpowiedzialnych, jednak do tego potrzeba solidarności, i przede wszystkim zrozumienia tematu, a to możliwe jest tylko poprzez naukę, wspólne odkrywanie, nauczanie jeden drugiego metodą trochę prób i błędów, bo nie ma innej metody, nikt nas tego w żadnej szkole nie nauczy. Ale nie ma chętnych za bardzo, co mnie dziwi niezmiernie. O ile nasze życie byłoby lepsze gdybyśmy mieli mieszkanie bez „pożyczki”? Albo otworzyli interes nie musząc oddawać wyimaginowanych kredytów, albo gdybyśmy nie musieli płacić nieskończonych podatków?

Do tego nauczyć się jak działa sąd, ta cała przebieralnia klaunów, ukarać któregoś za naruszanie naszych praw, i rzeczy zaczęłyby się zmieniać, może nie od razu do raju, ale myślę że system zacząłby się chwiać i to poważnie.

Lichwa działa i ma się świetnie, bo ludzie są leniwi, nie chce im się niczego uczyć, do tego jeszcze publiczna edukacja upewnia się, że potrafimy tylko powtarzać, a nie myśleć, i kółko się zamyka.

Jak się uwolnić? Przede wszystkim wziąć odpowiedzialność za siebie i swoje życie, nie czekać na federacje galaktycznych ratowników, zakasać rękawy i zabrać się do nauki, póki jeszcze coś można wygrzebać w necie na zagranicznych stronach, bo jestem pewien, że to tylko kwestia czasu kiedy w Internecie będzie tylko Bolek i Lolek i reklamy leków.

Pozdrawiam wszystkich serdecznie

Piotras

c.d.n.

Przekręt wszechczasów część XVII

Lichwa c.d.

O co chodzi z tymi rolami i „czapkami” jakie nosimy na co dzień, i co to ma wspólnego z pieniędzmi i bankami?

Otóż, kiedy pojawiamy się w banku – z jakiegokolwiek powodu i jesteśmy jedną ze stron transakcji finansowej, to właśnie ta rola, w jakiej występujemy niesie ze sobą określone uprawnienia i obowiązki – i to się tyczy obu stron.

Kiedy wpłacamy pieniądze na konto jesteśmy w roli depozytora, kogoś, kto przynosi swój majątek do tej instytucji i mamy prawo do naszej własności, jaką są właśnie te pieniądze. Mamy prawo je wybrać, zgodzić się na odsetki na koncie itd. Bank ma obowiązek ochrony tych funduszy i wypłaty na żądanie. Tak jest tylko w teorii, bo w praktyce bywa zupełnie inaczej. Bank może zamknąć swoje wrota i olać depozytorów (Grecja) albo nawet ukraść depozytorom pieniądze z konta (Cypr), więc w praktyce bywa inaczej.

Jaką czapkę nosimy, gdy przychodzimy po kredyt na mieszkanie? Jak już wspominałem wcześniej – zależy kiedy. W momencie kreowania pieniędzy poprzez monetaryzację (nie wiem czy to dobre tłumaczenie, może raczej spieniężenie, ale po Polsku to brzmi niedorzecznie – ang. monetising ) naszej umowy, czyli zamienienia umowy na czek, mamy czapkę kreatora pieniędzy – nasz prywatny kredyt jest źródłem tych pieniędzy.

Kiedy finalizujemy umowę, podpisujemy wszystkie papiery później, mamy na głowie czapkę kredytobiorcy, kogoś, kto dosłownie pożycza pieniądze na mieszkanie. Nie ma tu żadnego znaczenia fakt, że to jedna i ta sama osoba, o tym nikt wam nie powie. Nawet gdyby, to występując w innej roli mamy przecież inne prawa i obowiązki. I tu jest cały myk, coś czego nikt nas nie nauczył we wspaniałym systemie de-edukacji państwowej, i nie przez przypadek zresztą.

Więc jeżeli po tych wszystkich zabiegach Jaś ma mieszkanie, ma też kredyt, co się więc stało z tym Jasiem, który stworzył owe pieniądze, występując w roli kreatora, tego który własnym podpisem stworzył całe fundusze na swoje wymarzone M?

Odpowiedź jest bardzo krótka, i banalnie prosta – zniknął i nigdy się już nie pojawił. Zupełnie tak, jak CEO Coca Coli, nie przyjdzie do pracy, już nigdy, bo mu się odwidziało. Czy zniknął z planety? Nie. Czy żyje i ma się świetnie – pewnie tak, po prostu zrezygnował ze swojej roli, od dzisiaj nie obchodzi go co się dzieje w firmie, ta rola jest dla niego skończona.

To właśnie się stało z naszym Jasiem i jego rolą kredytotwórcy – stworzył fundusze, powierzył je bankowi i zniknął z wizji – już się więcej nie pojawił, ani razu. Te fundusze, podejrzewam, są traktowane jako darowizna, nic innego nie przychodzi mi do głowy, jak zaksięgować taki asset żeby nie należał do Jasia.

Po „kredyt” Jaś przychodzi w roli potrzebującego, mimo że to on sam jest kreatorem tychże funduszy – dzisiaj, przy podpisywaniu „pożyczki” ani on, ani pani z banku o tym nie mówią, oboje nie mają o tym pojęcia tak naprawdę. Jaś „pożycza” pół miliona i od jutra zakłada chomąto na swoją głowę i tak mu zostanie przez następne 25 lat…

Tu się kończy rola Jasia, został jednym z milionów ludzi, którzy sami sfinansowali swoje domy, a tyrają tylko po to, żeby system miał luksus, a bankierzy karmany wypchane pieniędzmi. Nikogo nie dziwi fakt, że jak walnęło w 2008 i multum banków ogłosiło padakę – to szefowie tych złodziejskich instytucji odchodząc pobrali multimilionowe odprawy? Skąd? Jeżeli bank jest na krawędzi niewypłacalności – skąd miliony dla bossów?

Ten cały krach bankowy to sfingowana reżyserka, nic więcej, bo skoro żaden bank nie stracił ani dolara „pożyczając” dosłownie nic – to jakie mogą mieć straty? Żadne – właśnie takie. A że wypchali system tzw. SPV i deratywami powstałymi na podstawie nie istniejących „pożyczek” to już ich problem, ale za to beknął szary Jaś i miliony innych.

Do rzeczy, po co nam to wszystko wiedzieć tak naprawdę? Ano po to, żeby móc odebrać swoje pieniądze. Nie będę udzielał dokładnych instrukcji jak to zrobić, jest już tyle materiału, że kto zechce, rozkmini to sam. I dodam, że te artykuły nie są poradami prawnymi jak się pozbyć pożyczek, mimo, że można z nich wyciągnąć poprawne wnioski jak się do tego zabrać.

Napiszę tylko kilka ciekawostek na ten temat, a każdy zrobi z tym co zechce.

Tak jak powiedziałem wcześniej – nie udzielam rad prawnych, więc wszystkie decyzje jakie ktokolwiek podejmie w tym temacie – robi na swoją odpowiedzialność.

Proszę tylko pamiętać o jednym – jeżeli komuś przyjdzie do głowy, żeby oddalić kredyt bez uprzedniego poważnego studiowania tematu – to już ostrzegam, że będzie to bolesna lekcja i najprawdopodobniej znajdzie się na ulicy.

Czy jest to w ogóle możliwe? Oczywiście, ja sam znam osobiście ludzi, którzy to zrobili, co prawda w UK, ale system bankowy w bloku IMF jest wszędzie niemal jednakowy.

Oto kilka ciekawostek na ten temat, które mogą się przydać w studiowaniu tematu.

  1. Jeżeli podstawą powstania „kredytu” jest podpis Jasia, i bank nie udziela żadnej pożyczki tylko monetaryzuje (tłum. – monetising) umowę Jasia zgodnie z bills of exchange act – to co to znaczy? Ano znaczy to, że jeżeli bank niczego nie pożyczył, nie ma prawa żądać niczego z powrotem – proste. Jeżeli ja, tylko udaję, że pożyczam ci 100, ale tak naprawdę ci tej stówy nie dałem, to czy mam prawo wołać, żebyś mi oddał tę stówę – plus odsetki? Chyba raczej nie, wydaje mi się.
  2. Skoro bank nie miał tych funduszy, to jak mógł je Jasiowi pożyczyć? Nie mógł.
  3. Jeżeli wg prawa można żądać odsetek tylko wtedy, kiedy występuje ryzyko strat, to jakim prawem bank, nie dość, że nic nie pożyczył Jasiowi, żąda nie tylko tej sumy z powrotem, ale jeszcze paręset procent extra????

Proste pytania wydawałoby się, ale proszę mi wierzyć – trzeba by było pójść bardzo wysoko na drabinie władzy bankowej, żeby otrzymać odpowiedzi. Ja znam kilka osób, które wykładają bankowość, i po 15 minutach rozmowy – stali się bladzi jak ściana, nie mają pojęcia o co chodzi, a często nawet zaprzeczają, nie mając żadnych dowodów na obalenie tych tez – tylko dlatego, że to burzy ich cały świat, fundament zrozumienia, i tak naprawdę zmusza do tego, żeby spojrzeć w lustro i zobaczyć osła w odbiciu.

Miałem również okazję poznać bardzo wpływowego bankiera z CITI, i po krótkiej rozmowie spławił mnie bardzo szybko, myślę, że dobrze wie o czym mówię, bo wytrzeszczył gały i omija mnie wielkim łukiem od naszej rozmowy.

Co dalej z tymi informacjami?

Pamiętacie artykuły na temat prawa kontraktowego? Te warunki kontraktu, bez których ŻADEN kontrakt nie może być ratyfikowany? OK, dla przypomnienia:

– full disclosure: czyli kawa na ławę, WSZYSTKIE informacje przed podpisaniem umowy. Nie muszę dodawać, że w umowie „kredytowej” wszystkie ważne rzeczy są ukryte, prawda?

– Equal consideration: czyli obie strony wnoszą do umowy coś wartościowego… my wnosimy nasz prywatny kredyt wart pół miliona, a bank? A bank wnosi obowiązek dla nas – pracy przez następne 25 lat, po to żeby spłacić nieistniejącą „pożyczkę”… nie ryzykując dosłownie nic, bo nic nam nie dali.

Jeszcze kilka ciekawych rzeczy odnośnie procesu udzielania „pożyczki” i punktów 1, 2, 3.

Ad. 1. Co się stało z umową Jasia, która dała życie funduszom? Warto by było o to zapytać bank. I nie przez telefon, pisemnie, do najwyższej osoby jaką tam znajdziecie. Umówić się na spotkanie, żeby zobaczyć swoją umowę, pierwszą, z własnoręcznym podpisem. Ja obstawiam, że spławią was z kwitkiem, na zachodzie dochodzi do tego, że banki mówią, że nie mają już tej umowy, potrafią powiedzieć nawet, że zgubili… tylko że ta umowa, to własność Jasia i bank nie ma prawa z nią nic zrobić bez zgody Jasia (co prawda, w umowie ukryte jest pełnomocnictwo prawne do tej umowy, o tym napiszę później).

Kiedy i jeżeli w ogóle tam się znajdziecie, popatrzcie na tę umowę, czy jest coś w niej innego, niż było w dzień podpisania. Jeżeli w ogóle ją zobaczycie, będzie podbita niczym czek (endorsement) właśnie po to, żeby posłużyć jako depozyt na nowiutkie konto.

Jeszcze mała ciekawostka – jeżeli nie ma umowy – nie ma „kredytu”… to chyba zrozumiałe? Jeżeli bank twierdzi, że Jaś wisi pół miliona, a nie ma na to dowodu, bo wszystko co posiada w swoich archiwach, to kopie, skany, wydruki, a nie PRAWDZIWA I ORYGINALNA umowa, którą podpisał Jaś własną ręką – nie ma żadnej pożyczki… Jaś nie wisi ani centa. Ciekawe prawda?

Jeżeli ta umowa jest, ale istnieje w innej postaci niż kiedy ją podpisał Jaś, czyli ma jakieś stemple, daty, extra podpisy i tak dalej – to już nie jest ta sama umowa. Ten dokument został zmieniony, i nie można go użyć jako dowodu istnienia „kredytu”, umowy nie ma…

Ad 2. Skoro bank nie miał tych pieniędzy zanim Jaś podpisał umowę, to chyba byłoby mądrze ich zapytać. Oczywiście pisemnie, do wysokiego bankowca w tej placówce, bo pani Jadzia w okienku nie będzie miała zielonego pojęcia o czym mówcie. Takie proste pytanie, zaadresowane imieniem i nazwiskiem: czy może pan/pani potwierdzić, że fundusze na moją „pożyczkę” znajdowały się w posiadaniu banku? Czy jest pani/pan gotowy potwierdzić to pisemnie pod przysięgą, jeżeli zajdzie taka konieczność?

Będą wracać bardzo dziwne odpowiedzi, albo żadne, warto spróbować, w cztery oczy zwłaszcza, zobaczyć jak się bankier zaczyna pocić (przed wyjściem – podpis i odpowiedź na papierze).

Ad. 3. Jeżeli odsetki mogą być zaaplikowane wyłącznie wtedy, kiedy pożyczający ryzykuje swój majątek – to kiedy bank cokolwiek zaryzykował, nie dając Jasiowi zupełnie nic? To jest ciekawy temat, i rozkładając całą akcję „kredytowania” na części pierwsze – można nawet tępemu bankowcowi pokazać, że jest jakiś problem w tym całym obrazku.

To jest tylko kilka rzeczy na temat „kredytu” na mieszkanie, prawda jest taka, że jest więcej sposobów niż jeden na wyzerowanie takiej pożyczki. Znam przypadki kiedy wyjątkowo dociekliwi „kredytobiorcy” dostawali różne oferty od swoich banków w zamian za zamkniecie mordy. Niektórzy ciągnęli aż do sądu, gdzie bank po prostu się nie pojawiał, niektórzy dostawali ofertę obcięcia „pożyczki” o 50%, czasem nawet 70% i oczywiście tzw. non disclosure agreement – czyli umowa o zamkniecie jadaczki pod groźbą więzienia za jej złamanie. Niektórzy nie musieli spłacać już ani grosza, niemniej jednak walka była długa i zacięta.

Proszę nie brać za wyrocznię tego co opisuję, wszystko czym się dzielę, to zbiór informacji, które ludzie w innych krajach udostępniają, ludzie którzy mają w tym doświadczenie, którzy sami przeszli przez tę drogę, często do samego końca.

Proszę samemu zrobić dochodzenie w każdym temacie, nie tylko w tym, to są wskazówki, ciekawostki, których ja jestem pewien, ale dopiero jak sam zrobię proces tak wielki jak „pożyczka” na nieruchomość i wygram – wtedy udostępnię szczegóły – krok po kroku.

Na razie zastosowałem metodę „nie ma umowy – nie ma pożyczki” ratując mojego kolegę. On jakiś czas temu wziął „kredyt” z banku na rozwinięcie biznesu, który mu niestety nie wyszedł. Przestał spłacać tę „pożyczkę”, bank po jakimś czasie sprzedał ją firmie windykacyjnej – nie jednej zresztą i zaczęła się łapanka.

Był już czas, kiedy na drzwiach miał naklejkę z firmy windykacyjnej, że niedługo przychodzą wynosić rzeczy z domu.

Jak to zrobiliśmy? Bardzo prosto. Wiadomo, że bank nie pożyczył mu żadnych pieniędzy, owa umowa zamieniona na czek popłynęła już w siną dal, razem w SPV i dalej na market. Więc bank już jej dawno nie miał. Nie miał jej też w dniu, w którym odsprzedał „pożyczkę” firmie windykacyjnej za jakieś pestki.

Więc wysmarowaliśmy fajne pismo do tejże firmy o treści mniej więcej takiej:

” …bardzo chętnie ureguluję mój rzekomy dług, jaki firma x próbuje ode mnie wyegzekwować, niemniej jednak, aby być zupełnie w zgodzie z prawem, mam tylko jedno żądanie: proszę potwierdzić swoje roszczenia poprzez dowód istnienia tejże rzekomej pożyczki, bardzo proszę o spotkanie, gdzie przedstawiciel pańskiej firmy pokaże mi ową umowę, z moim własnoręcznym podpisem. Jeżeli twierdzi, że to był bank xy, i w jego imieniu następuje windykacja – ów bank powinien posiadać tę umowę.

Zaraz po tym, jak upewnię się, że mają państwo w posiadaniu podstawę do swoich roszczeń – moją umowę o rzekomy kredyt – szybko pobiegnę do bankomatu wybrać pieniądze, żeby wam je wpłacić”.

Bardzo ciekawa odpowiedz nadeszła od tych ludzi:

„…pokażemy wam tę umowę, jak zapłacicie nam £1″…

Prawda, że ciekawe? Po co chcą 1£??? Przecież chcą odebrać tysiące…

To jest temat na osobny artykuł, powiem tylko tyle, że gdybyśmy dali im tego 1£, to pies byłby pogrzebany i mój kolega musiałby spłacać ten fikcyjny dług. Nie daliśmy im nic, bo to oni mają roszczenia i obowiązek udowodnienia ich prawdziwości. Zniknęli jak kamfora, wszyscy. Od czasu do czasu mój kolega dostanie pismo od jakichś innych bidaków (windykatorów), którzy byli na tyle głupi, żeby odkupić po raz kolejny tę „pożyczkę”, której nikt nie może ściągnąć.

Tyle, nikt mu niczego nie zabrał, nie zabrał z konta, z wypłaty, z domu. Jeden list i hieny zniknęły całkowicie.

To nie koniec, wg prawa – jeżeli ktoś ma roszczenia bezpodstawne – a taka firma windykacyjna nie mając umowy ORYGINALNEJ ma tylko takie roszczenia – można im dowalić i to zdrowo.

Wg prawa, ten kto ma nieprawdziwe roszczenia, może być ukarany 3+1, czyli – firma terroryzująca mojego kumpla musiałaby zapłacić mu 3xoryginalną sumę+tę sumę. Czyli jak go ścigali za 20 000£, on poprzez dosyć prosty proces mógł od nich wyciągnąć 80 000£. Nie miał ochoty, ucieszył się tylko, że się odwalili.

Piotras

cdn.

Przekręt wszechczasów, część XVI

Parę słów o lichwie

To jest temat, którego wciąż się uczę, nie tak wytrwale jak kiedyś to robiłem, ale chętnie podzielę się tym co już wiem, choć zdaję sobie sprawę, że to tylko kropla w morzu. Ale warto to wiedzieć.

Nie będzie łatwo wytłumaczyć, jakim cudem ten cały syf zwany ekonomią w ogóle działa. Fenomen tego jest tak prosty, że 99% ludzi nie jest w stanie zrozumieć, jak to jest możliwe, więc odrzucają to niemal z mety. W zamian za to, słuchają mądrych ekonomistów, wykresów, stóp procentowych, itp. itd. Większość ludzi zatraciła możliwość zadawania logicznych pytań, takich, które mogą przynieść zrozumienie tematu.

Zanim podzielę się tym, czego już się zdążyłem dowiedzieć, chciałbym zadać kilka pytań, na logikę, bez potrzeby głębokiej analizy systemu finansowego, takie pytania, na które każdy mógłby odpowiedzieć, albo przynajmniej zastanowić się  na chłopski rozum.

To jest fakt, że system upewnił się, że nie wiem NIC o pieniądzach. Nie wiemy skąd się biorą, jaki jest mechanizm ich powstawania, funkcjonowania itd.

Na pytanie skąd się biorą pieniądze – zapewniam was, 99% ludzi zapytanych na ulicy nie będzie miała zielonego pojęcia i będzie tyle teorii, ile ludzi zapytanych. Co niektórzy będą mówić o banku centralnym, cyfrowej walucie itd., ale obawiam się, że konkretnej odpowiedzi nie otrzymacie.

Wszyscy słyszymy, że świat ma długi, nie tylko jeden kraj, nie jedna firma RP, dosłownie wszyscy mają ogromne długi, dług publiczny rośnie tak i tak, i wszyscy są w czarnej dupie. Pytanie:

  1. Jeżeli wszyscy mają długi – to komu są winni? Jeżeli niemal cała planeta jest w długach – to komu? Kto pożyczył ziemianom tyle kasy? Ludzie z Marsa? A jeżeli są sobie nawzajem dłużni, dlaczego nie zredukują sobie nawzajem długów? Komu jesteśmy winni tyle, że wszyscy siedzimy w czarnej dupie?
  2. Jeżeli jest na tej planecie ktoś, kto ma magiczny guzik do produkcji pieniędzy, to czy ta cała kasa naprawdę jest coś warta, tyle żebyśmy my musieli pracować od świtu do nocy, za coś komu zajęło to kilka sekund, kliknąć w klawiaturę albo guzik drukarki???
  3. Skoro wszyscy jesteśmy w długach, jakim cudem jest coraz więcej firm pożyczkowych, banków, lichwy wszelakiej maści? Skoro ludzie nie spłacają „długów”, tych pieniędzy powinno być coraz mniej do pożyczania, a nie więcej prawda? Skoro Jaś nie oddal mi 20 000, to ja mam w swojej kasie o 2 dychy mniej i nie mogę już tych pieniędzy nikomu pożyczyć prawda? Więc nie byłoby dziwne, gdybym nagle ogłosił że pożyczam nie tylko 20 000 ale 50 000???
  4. Skoro prawo bankowe zabrania pożyczania pieniędzy depozytorów, do tego bardzo duża cześć ludzi nie spłaca „pożyczek” jakim cudem powstaje coraz więcej lichwy? Nie, nie drukują sobie na kolanie kasy, o tym później.
  5. Kiedy bank „pożyczył” Jasiowi poł miliona $ na dom, Jaś nie spłacał, bank zabrał dom i sprzedał na aukcji za 300 000, to jest 200 000 $ w plecy? Proszę pomnożyć taki scenariusz razy kilka tysięcy miesięcznie w całych USA i policzyć, ile kasy „stracił” bank, więc jakim cudem rośnie w siłę do takiego stopnia że niedługo będą mieli złote kible? (Detroit – można kupić dom za kilka tys., dom za który bank kiedyś „zakredytował” komuś np. poł miliona $)

Takich pytań są setki, nikt nie zastanawia się dlaczego tak to wszystko wygląda, że może to, co słyszymy na lekcjach ekonomii to nie do końca jest prawda. Ludzie, tęgie głowy, którzy mają kilka liter przed nazwiskiem wiedzą całe gówno o tym, czego uczą. Zapewniam was, że pół godziny przelewania takich informacji do ich wyedukowanej, kwadratowej głowy spowoduje zawiechę systemu myślowego – wiem, bo sam byłem tego świadkiem. Więc nie ma się co dziwić że Jaś ma zero pojęcia, kto i jak go dyma, mnie tylko dziwi fakt, że ludzie nie chcą wiedzieć, to jest przerażające. Wolą pracować w pocie czoła na wyimaginowane pożyczki, które nie istnieją, nie istniały i istnieć nie będą.

Nie mamy prostych odpowiedzi na te pytania obawiam się, nasze zrozumienie mechanizmu pieniędzy jest niemal zerowe, zupełnie tak, jak w medycynie, polityce, szkolnictwie – wszędzie niemal oddajemy sprawę w ręce „profesjonalistów”, czy to w białym kitlu, mundurze czy drogim garniturze. Nie ma w nas już ani krzty ochoty, żeby się dowiedzieć samemu. System „edukacji” i telewizja zrobiły swoje.

Zanim wyjaśnię mechanizm powstawania tzw. „kredytów” napiszę kilka słów o historii biznesu, tzw. commerce i o powstaniu bardzo ważnego prawa finansowego jakim jest BILLS OF EXCHANGE ACT z roku 1882, który do dnia dzisiejszego stanowi filar powstawania kredytów.

To co powiedziałem wcześniej – banki nie mogą pożyczać pieniędzy depozytorów. To jest ustanowione prawnie, ale nawet na logikę: nie trzeba być geniuszem, żeby to zrozumieć. Ile kosztuje mieszkanie w Warszawie? 300 000zl? 500 000 zł? Weźmy pół miliona.

Ile ma statystyczny Jaś w banku? 5 tysięcy? 20 tysięcy? Teraz proszę pomyśleć, ile takich Jasiów musiałoby wpłacić swoje całe oszczędności na sfinansowanie jednego tylko mieszkania. Dla porównania, tu w UK bank LLoyds chyba chwali się w reklamie tv że udzielają kredytu mieszkaniowego w kraju – co 15 minut… rozumiecie? Jaś ma tylko parę tysięcy w banku, a co 15 minut bank przyznaje „kredyt” na mieszkanie warte setki tysięcy… Na wiele, wiele lat…

To po pierwsze, po drugie, jeżeli bank pożyczałby pieniądze depozytorów, co by się stało, gdyby wielu Jasiów zechciało wybrać swoje oszczędności? Nawet jak im będą kazać czekać dzień czy dwa, „kredyt” na mieszkanie potrzebuje wielu lat, żeby się „spłacić”. Nie ma w tym nic dziwnego?

Weźmy pod uwagę to, co mówiłem wcześniej – wielu ludzi podupada i przestaje spłacać „kredyty”. Skąd bank weźmie wtedy pieniądze, żeby pooddawać takim Jasiom, skoro wielu ludzi nie spłaciło „pożyczek”?

To nie są ciężkie pytania, nie potrzeba mieć magistra ekonomii, żeby takie rzeczy przemyśleć, a co więcej – im wyżej wykształcony ekonomista, tym trudniej mu poukładać sobie to w bani.

Skoro bank nie pożycza żadnych pieniędzy, to skąd się biorą fundusze na dom, mieszkanie, samochód? Przecież Jaś, korzystając z tychże mechanizmów może jutro kupić mercedesa. Ten samochód istnieje, fizycznie, ktoś dostał pieniądze na konto i dał Jasiowi kluczyki.

Zanim wyjaśnię, napiszę słówko o historii biznesu, kiedy jeszcze większość wartościowych rzeczy, jak złoto itp., była przewożona na statkach, które tonęły i były napadane przez piratów.

Ludzie biznesu ówczesnych czasów zaczęli się drapać w głowę. Coraz więcej tracili majątku na rzecz zatoniętych statków, napadów, piratów. Postanowili wprowadzić system, gdzie sam produkt, jak złoto, nie będzie musiał być transportowany. Nie musiało opuszczać sejfu właściciela, wystarczyło, że ten wysłał kuriera z dokumentem, na którym było napisane, że następuje transfer majątku. Taki dosłownie paragon, który drugi człowiek – ten który to otrzymał mógł spieniężyć bądź wymienić na inny towar. Tak narodził się BILLS OF EXCHANGE ACT, który działa do dnia dzisiejszego. To w telegraficznym skrócie, ale będzie potrzebne do zrozumienia pieniędzy.

Pamiętacie, jak pisałem o tym, że my – my wszyscy – jesteśmy wspólnie właścicielami ziemi Polskiej i wszystkiego co na niej i w niej się znajduje? To ma ogromną wartość monetarną, ogromną, i nie należy do rządu – należy do ludzi. My jedynie daliśmy swoją część w zarząd RP, po to, żeby zarządzali tym w mądry sposób i na naszą korzyść (wiem, że jest dokładnie odwrotnie).

Więc skoro bank nie ma prawa pożyczać pieniędzy depozytorów, nie drukuje sam, ile mu się podoba, to skąd są fundusze na dom dla Jasia? Bills of exchange act się kłania i majątek Jasia – część zasobów Polskiej ziemi.

Dzisiaj Jaś idzie do banku pogadać o „pożyczce” na swoje wymarzone M. Bankier zbiera dane Jasia, żeby upewnić się, że ten nie wisi już nikomu nic, że nikt nie przeszkodzi owemu bankowi kroić Jasia przez najbliższe 25 lat…

Jaś dowiaduje się, że jest OK, i zaczyna wypełniać papiery, podpisuje umowę o kredyt i wraca do domu. Będzie teraz czekać, aż bankier zadzwoni, że mogą sfinalizować umowę i Jaś dostanie siano na mieszkanie.

Po roku 2008 jeden z czołowych bankierów UK powiedział takie słowa: „Powodem tego kryzysu był nieodpowiedzialny dostęp do prywatnego kredytu”, ale ta bardzo ważna wypowiedź nie miała żadnego oddźwięku, bo ludzie nie zrozumieli co ten pan powiedział.

Dostęp do prywatnego kredytu? Jaś podpisał umowę o kredyt… bank nie pożycza pieniędzy depozytorów… Bills of exchange act… akt urodzenia… majątek ziemi Polskiej… zaczyna to wszystko mieć sens?

Nie znam do końca kulisów bankowych, nie interesuje mnie zresztą już na tym stopniu, co się dzieje z czekiem, gdzie leci, kto podbija itd. Interesuje mnie fakt, że są fundusze i to są moje fundusze – nikomu nie jestem winien ani grosza.

Jaś podpisuje umowę o „kredyt”. Bankier wypełnia swoją część (bardzo ważne, żeby było wszystko na tym, czego wymaga bills of exchange act), zanosi gdzie trzeba, umowa zostaje podbita – zupełnie jak czek (endorsement) i zostaje otwarte nowiutkie konto, specjalnie dla Jasia. Na to konto zostaje wpłacony ten nowy czek – nasza umowa o „kredyt”. Ciekawe prawda? Zanim Jaś nie podpisał umowy, fundusze nie istniały w ogóle, za podpisem Jasia na kawałku papieru – nagle pojawiły się pieniądze na ukochane M dla Jasia.

Proszę wytężyć głowę teraz:

Jeżeli Jaś był twórcą (to jego podpis dał życie funduszom) tejże kwoty, poprzez mechanizm bankowy – to do kogo należą te pieniądze? Czy należą one do banku (który de facto nie miał ich zanim Jaś nie podpisał umowy), czy należą do samego Jasia, który dosłownie dał im życie w momencie podpisania owego dokumentu?

To nie wszystko, pamiętacie jak pisałem, że równie ważne jest to, co jest powiedziane, jak i to KTO to powiedział? I że pełnimy wiele funkcji, ról w naszym życiu, nosimy wiele czapek na głowie i biznesie, który dzieje się niemal cały czas w naszym życiu?

Piotras

Cdn.

Przekręt wszechczasów część IV

Wracając do aktu urodzenia, postaram się trzymać tematu. Przykłady jakie podaję są po części zaczerpnięte z mojego życia za granicą, kilku krajach, jednak wszystkich należących do bloku IMF, więc wszędzie system jest niemal identyczny.

Na podstawie aktu urodzenia są stwarzane inne dokumenty dla naszego Jasia. Jaś dostanie dowód osobisty, paszport, może kiedyś prawko, kartę ubezpieczeniową itd. Zabawny jest fakt, przykład z USA, że na akcie urodzenia jest napisane jak byk – DO NOT USE IT AS IDENTIFICATION, czyli nie używać jako dowód identyfikacji, a jednak w urzędzie proszą o ten papier – to też nie przypadek.

Jaś otwiera konto w banku, gdzie podaje swój Pesel, proszę pamiętać, że ten numer jest nadany przez korporację RP, więc nie należy wyłącznie do Jasia, Jaś jest tylko jego użytkownikiem, nie właścicielem. Konto bankowe, założone przy udziale numeru pesel, nie jest wyłącznie własnością Jasia. Jak myślicie, dlaczego komornik z urzędu może sobie tak po prostu zająć wasze pieniądze? Pieniądze zdeponowane są w prywatnej instytucji (tego nie muszę tłumaczyć?) Jeżeli Jaś jest pracownikiem RP, a jego konto NIE JEST prywatne, to RP ma prawo nie tylko tam zaglądać, ale i zabrać co jej się podoba. Pomijam fakt, że przy zakładaniu konta dajecie tzw. power of attorney instytucji bankowej do robienia z waszą kasą co im się tylko podoba – jak myślicie, jakim cudem oskubali ludzi na Cyprze z depozytów, tzw. HAIR CUT, czyli zwędzili ileś procent z prywatnych kont – i NIKT nie poszedł siedzieć – zabawne prawda?

Jest sposób, żeby założyć konto w banku bez udziału numeru pesel (bądź innego korporacyjnego numeru). Nazywa się to NON INTEREST BEARING ACCOUNT, ale jest to bardzo trudne. Sam jeszcze tego nie zrobiłem, więc złożę raport jak mi poszło w przyszłym czasie.

Nasz Jaś idzie do pracy. W momencie podpisania umowy o pracę pokazuje swój dowód, dowód na to, że pracę podejmie za pośrednictwem JASIA, czyli swojego korporacyjnego bytu, a co za tym idzie, ma obowiązek dostosować się do zasad korporacji RP i grzecznie robić co mu się nakazuje. Jaś będzie zarabiać kasę, część tych pieniędzy zostanie mu odebrana w postaci podatków (sam dobrowolnie się na to zgodził), reszta zostanie wpłacona na konto bankowe, gdzie widnieje JAŚ (proszę wyjąć swoją kartę bankomatową i zobaczyć, co jest na niej napisane dużymi literami: JAŚ KOWALSKI, i nie dlatego że ludzie mają wadę wzroku – zapewniam was).

Tu muszę powiedzieć, że system powoli robi się zupełnie zuchwały, wiedzą że pospólstwo jest kompletnie ogłupione, więc coraz częściej pisanie dużymi literami jest zastępowane bądź kombinacją dużych i małych, a czasami – zupełnie na barana, małymi. Wiedzą, że my nic nie kumamy, więc się nawet nie przejmują. Ale zasady się nie zmieniają, nigdy, więc jak się nauczymy o co chodzi, to czy duża, czy mała litera, nie zrobi żadnej różnicy.

Mijają lata, Jaś zakłada rodzinę, chciałby kupić dom, więc idzie do swojego banku i postanawia wziąć kredyt na ten dom. Ten proces dostępu do prywatnego kredytu opisałem już wcześniej. Jest zupełnie podobnie jak w przypadku „pożyczki” gotówkowej, na samochód itp., jednak z małą różnicą.

Otóż tzw. MORTGAGE czyli, „pożyczki” na nieruchomości to największy rynek i chleb powszedni lichwy, więc jest kilka małych różnic.

Podaję na przykładzie USA i UK, bo w RP nie mam doświadczenia, ale jestem przekonany, że proces jest niemal identyczny, bo zasada działania jest ta sama.

Jaś podpisuje umowę o kredyt (za pomocą JASIA oczywiście), na sumę wcześniej ustaloną, bankier zwija umowę i całą masę innych papierów, Jaś idzie do domu i czeka na sfinalizowanie umowy, ale będzie musiał pojawić się JESZCZE RAZ i podpisać resztę dokumentów – proszę zapamiętać ten moment, bardzo ważne.

Bankier robi swoje, sprawdza, pręży się tu i tam i woła Jasia, żeby zakończyć proces „kredytu”, żeby Jaś mógł w końcu zamieszkać w swoim M. I co dalej, a właściwie, co się stało, jak wyglądał ten proces i jaką rolę w nim pełnił Jaś i jego osoba prawna JAŚ?

Jaś na pierwszym spotkaniu pojawił się w roli, jaka ma ogromną władzę, władzę stwarzania pieniędzy. Pamiętajmy, że CAŁE FUNDUSZE na ten pseudo-kredyt powstały przy pomocy kawałka papieru (umowa), kilku podpisów po obu stronach i obietnicy spłacenia należności. Te wszystkie elementy to składniowe tzw. PROMISSORY NOTE, czyli pieniędzy (poza datą, bo to jest następny szwindel).

Pamiętamy, że owa umowa zostaje zamieniona w czek i zdeponowana na nowiutkim koncie pod imieniem JAŚ KOWALSKI, czego właścicielem jest kto? No właśnie, nikt inny jak Jaś Kowalski! To są jego fundusze, wiem że ciężko to ogarnąć, to brzmi jak stek bzdur, ale zapewniam was, że tak jest.

Jaś pojawiając się na drugim spotkaniu, żeby sfinalizować „kredyt”, nakłada już inną czapkę, dalej posługuje się swoim korporacyjnym bytem JAŚ KOWALSKI, jednak tym razem podpisuje resztę dokumentów w roli – KREDYTOBIORCY, to jest zupełnie nowy kontrakt, który zobowiązuje Jasia do spłacania owego, wyimaginowanego kredytu.

Żeby pokazać to na przykładzie łatwiejszym do zrozumienia. Bywa nie raz, że człowiek pełni różne funkcje, ktoś kto jest ministrem transportu, ma swoją prywatną firmę naprawiającą drogi. Bywa, że przetarg na prace nad publicznymi drogami „wygrywa” firma owego ministra, bądź pod innym szyldem, ale wciąż jego. Czy to jest konflikt interesów? Czy ten minister dał sam sobie tę pracę po znajomości? Na pierwszy rzut oka oczywiście, w świecie biznesu niestety nie. Jak robił przetarg na pracę miał na głowie czapkę ministra, przyznając pracę swojej firmie, odbierając, podpisując umowę na tę pracę zrobił to nosząc inną czapkę – prezesa firmy budowlanej, naprawiającej drogi. To jest nie w porządku, ale tak niestety działa commerce, biznes. Równie ważne co się mówi jest to, KTO to mówi. W świecie biznesu ten epizod to nie konflikt interesów.

Dlaczego podaję taki przykład – my również nosimy czapki, wcielamy się na co dzień w inne role, piastujemy stanowiska, które niosą ze sobą przywileje, ale również masę zobowiązań.

Nasza rola jako pracownika RP jest z góry założona: 24 na dobę, a my, grzecznie jak stado baranków udowadniamy to na każdym kroku. Ile razy legitymujemy się rządowym/korporacyjnym ID zwanym dowodem osobistym? Ile razy dziennie używamy karty płatniczej JAŚ KOWALSKI i pobieramy kasę z konta owego pracownika? Robimy te wszystkie rzeczy wiele razy dziennie nie mając zielonego pojęcia co się z tym wiąże.

Wracamy do aktu urodzenia i pieniędzy. Ludzie (i ja sam do niedawna) miałem mocne przekonanie, że to banki nas wszystkich wykańczają i nie ma na to rady. Otóż nie tak do końca. Pamiętajmy, że my jako żywe istoty mamy mnóstwo ról jakie gramy. Jedną z nich jest nasza suwerenna rola, kogoś kto się urodził na polskiej ziemi i ma prawo do jej zasobów i bogactwa, pamiętacie? Tylko jest mały problem – ten człowiek, a właściwie jego rodzice, po podpisaniu aktu urodzenia zabrali się w siną dal i nigdy się nie pojawili. W zamian nadali swojemu Jasiowi rolę pracownika/własności korporacji RP i ten biedny Jasio do końca swoich dni będzie piastował tę posadę, zredukowany do numeru pesel, jako nic nie znaczący śmieć i chyba co do tego nikt nie ma żadnych złudzeń.

Co się stało z majątkiem Jasia? Jaś nigdy się nie pojawił, żeby z niego skorzystać. Proszę pamiętać, że to nie są tak do końca pieniądze, które możemy po prostu wyjąć z systemu. Niektórzy to zrobili, ale dostali tę opcję, żeby zamknęli japę i nie budzili reszty lemingów. Te fundusze są do użycia „wewnątrz” systemu, na potrzeby niezbędne do utrzymania Jasia przy życiu, dobrym i zdrowym życiu, na rachunki leczenia, na rachunki za wodę i prąd, pamiętajmy, że te dobra są w większości generowane z naszych zasobów ziemi, więc należą się WSZYSTKIM, za darmo, jedyną opłatą jaką może pobierać administrator są fundusze potrzebne na budowę i naprawy systemu dostawy, nic więcej.

Te fundusze mają na celu udostępnić ziemię pod budowę domu dla Jasia (jak myślicie, skąd Kadafi brał tyle siana, żeby ludziom dać bezzwrotne dofinansowanie na mieszkanie, samochód, służbę zdrowia? Z ropy? OK, a ropa czyja? Jego, czy ludzi na owej ziemi? No właśnie, teraz gryzie ziemię, bo to nie podobało się naszym demokratorom jak Obierak Banana i spółka.

Więc tak naprawdę mamy wszystko, czego nam potrzeba, ile prostsze byłoby życie, gdybyśmy mieli dom, nie płacili podatków dochodowych, mieli służbę zdrowia z prawdziwego zdarzenia i piękną emeryturę (nie, nie musimy płacić ZUS ani innych składek, to wszystko jest rozkradzione niestety).

Bank to jest tylko coś na obraz lustra, tak to prawda, że chłopacy się rozkręcili i zaczęli nadużywać swoich możliwości i okradają ludzi, ale jak sprowadzimy ich do oryginalnej roli nie mają żadnej władzy. Są tu tylko po to, żeby konwertować formy pieniedzy (umowa/promissory note-cyfry na ekranie-fundusz na koncie) i pośredniczyć za niewielką opłatą pomiędzy rolami, jakie pełnimy na co dzień. Nic innego!

Bank trzyma kontrolę nad tym, żeby ludzie nie powariowali i nie zaczęli tworzyć trylionów, jak poznają prawdę. Chyba nie muszę nikogo przekonywać, że taka samowolka byłaby katastrofą dla ekonomii. Jutro każdy miałby bilion $$$ i bułka kosztowałaby 60 bilionów $$$. Ludzie w większości nie są jeszcze gotowi, żeby pilnować tych spraw, chciwość i lenistwo razem z głupotą niestety pogrzebałaby całą rasę ludzką, jeżeli bank wyjawiłby jak tworzyć pieniądze.

C.d.n.

Piotras

Przekręt wszechczasów część III

Nie będę się zagłębiał za mocno, żeby nie narobić bałaganu dla kogoś, kto nigdy nie miał styczności z tym tematem. Proponuję kilka ćwiczeń umysłowych, dla zrozumienia większego obrazka.

  1. Czy nikomu nie wydaje się dziwne, że od 2008 roku niemal cały świat brnie w jakieś dziwne długi? Wszędzie są cięcia, oszczędności, ludzie tracą pracę, etaty znikają, wszystko idzie dosłownie w czarną dupę, a lichwa rośnie w siłę? Jest coraz więcej chętnych do udzielania „pożyczek”, banki i bankierzy z roku na rok stają się coraz bogatsi, nawet dziecko dzisiaj widzi że coś tu śmierdzi, i to wielkim bąkiem, że tak powiem. A tak na marginesie, nikt nie mówi o tym, komu ten cały świat wisi taką ilość pieniędzy i jakim cudem, prawda?
  2. Czy nikomu nie wydaje się dziwna chęć pożyczania pieniędzy przez instytucje finansowe w czasach, kiedy ludzie mają coraz mniej, kiedy oboje rodzice musza zasuwać, a w domu coraz mniej? Firmy pożyczkowe rosną jak grzyby po deszczu, jeszcze do niedawna można było otrzymać sporą „pożyczkę” dosłownie na gębę. Ludziom w USA rozdawano pożyczki na domy, wiedząc doskonale, że nie będą mieli szans ich spłacać. Dom za pól miliona ogrodnikowi zarabiającemu  minimalną place.
  3. Nikomu nie wydaje się dziwny fakt, że przy tak ogromnym odsetku niespłaconych zadłużeń banki i lichwa rosną w zastraszającym tempie? Przecież jakby banki traciły te wszystkie miliony, a te wszystkie miliony były pożyczane z pieniędzy depozytorów – to nie tylko banki by splajtowały, ale również depozytorzy (nie poruszam systemu fractional reserve banking na razie).

Te i masę innych pytań można zadawać ludziom na stołkach, tylko system jest bardzo sprytnie zbudowany. Na tzw. linii frontu siedzi cala masa głąbów, głąbów z dyplomami. Tzw. papugi – nie potrafią samodzielnie myśleć, i guzik wiedzą. Więc odbijasz się jak piłka od ściany przez pewien czas, i tylko najwytrwalsi dojdą tam, gdzie trzeba.

Wracamy do tematu tworzenia pieniędzy, bo tu jest nasza szansa żeby powalić tego giganta na glinianych nogach.

Jak już wcześniej pisałem, wasza umowa o „pożyczkę” jest zamieniana na czek, i depozytowana na tzw. DEMAND ACCOUNT i nagle powstały fundusze. Zgodnie z prawem finansowym, osoba kreująca tzw. promissory note (nasza umowa własnoręcznie podpisana) jest jej właścicielem. Do zakończenia trwania owego kontraktu, umowa powinna być przechowywana w banku, a po zakończeniu spłat owej „pożyczki” powinna zostać oddana jej twórcy. Tak się jednak nie dzieje i tu jest sposób żeby zamieszać w kotle lichwy.

Są ludzie, niektórych znam osobiście, którzy w ten sposób najpierw „zamrozili” swoje „pożyczki” po czym mieli je zupełnie odpisane (set off, nie wiem jak to po polsku).

Pierwszy etap jaki otwiera puszkę Pandory, to żądanie inspekcji pierwszej umowy, tej własnoręcznie podpisanej przez „kredytobiorcę”. Tu, właściwie wszyscy starający się o ten zabieg dostali odpowiedź odmowną, odprawiono ich z kwitkiem. Niektórym nawet bank odpisał, że gdzieś ją zgubili!

Tym, którym pokazano, umowa była podbita i podpisana przez przedstawiciela banku –czyli ten dokument został ENDORSED, wpłacony na konto.

Przy jakiejkolwiek próbie zadawania niewygodnych pytań, bank albo olewa sprawę, albo zaczyna straszyć, albo udaje głupka – poważnie.

Zanim jednak ktoś zdecyduje się na grzebanie w tym kotle musi pamiętać jedno – zanim dotrze do miejsca, gdzie po szeregu korespondencji udowodni tę całą umowę jako przekręt – musi regularnie spłacać swoje „zobowiązania”. Zbyt wczesne zaniechanie spłat spowoduje, że dotarcie do końca procesu będzie bardzo utrudnione, bo sąd wydaje wyrok TYLKO na podstawie komercyjnego zobowiązania, na co jest dowód-umowa, a cały proces udowodnienia fałszu jeszcze nie został zakończony.

Po otrzymaniu negatywnej odpowiedzi dotyczącej inspekcji umowy, trzeba listownie zadać szereg pytań, niektóre muszą być pod tzw. pełną odpowiedzialnością komercyjna. Jedno z takich pytań skierowanych do wyższego managementu banku brzmi:

„Czy fundusze na moją pożyczkę były w depozycie banku przed podpisaniem umowy?

Czy w razie niespłacenia owej pożyczki bank straci ową sumę?”

Na te pytania nigdy nie otrzymacie odpowiedzi, przynajmniej takiej, która mówi jasno tak, lub nie, i co więcej NIKT z personelu (może jakiś frontowy Wacek na kasie) się pod tym nie podpisze.

Do tego procesu jeszcze wrócimy, ale jednego chcę uniknąć – nie chcę, żeby ktokolwiek próbował robić coś na pół gwizdka, bez zrozumienia jak to wszystko działa, i ja osobiście nie udzielam żadnych rad prawnych. Dzielę się informacjami jakie zdobyłem i swoimi osobistymi doświadczeniami (o tym później). Nic poza tym, każde działania, jakie ktokolwiek podejmie są wyłącznie na jego własną odpowiedzialność. Zrozumiałe jest, że jak tylko zacznie się niewygodna sytuacja dla lichwiarza, będzie walka na ostro, więc proszę pamiętać o tym, co powiedziałem.

Nie chcę również, aby te informacje służyły wyłącznie rozwaleniu lichwy, to są wrota do wolności moim zdaniem, musimy zrozumieć naturę naszego niewolnictwa, skąd się wzięło i jak z tym skończyć. I sama umiejętność odwalania bankowych pasożytów nie da wam wolności. Musimy zrozumieć, dlaczego ktoś nami rządzi, dlaczego mamy „obowiązki” płacenia podatków, za które nie mamy ŻADNYCH benefitów i całą masę innych problemów.

Na zakończenie tego pisma, kilka pytań, które mogą być jak drzazga w pupie, i większość ludzi nie ma najmniejszej ochoty o tym rozmawiać:

Dlaczego Polska to Republika, a ustrój miłościwie panujący na tym kawałku piachu to demokracja, a właściwie korporacyjna demokracja (połączenie korporacyjnego świata i świata polityki w jednym kraju – to definicja faszyzmu)? DEMOKRACJA I REPUBLIKA to dwa zupełnie PRZECIWSTAWNE ustroje! Demokracja to tzw. PB RULE, czyli siła większości, a prawa jednostki są nieważne, natomiast w republice prawa jednostki są najwyższym dobrem. Nie jest to dziwne?

W jakim celu rząd Republic of Poland został zarejestrowany jako korporacja? Nawet urząd królowej angielskiej to zarejestrowana korporacja… po co?

Dlaczego ludzie posiadający majątek w postaci prawa do ziemi i jej zasobów (akt urodzenia miedzy innymi jest dowodem na to) nie mogą z tego korzystać? A może prościej – dlaczego nasz Jaś, urodzony na polskiej ziemi, nie ma prawa do korzystania z jej zasobów? Albo do tego żeby sobie postawić dom, za to musi kupować ten kawałek ziemi od innego człowieka – kogoś również urodzonego na tej samej ziemi? Nie mam na myśli prywatnych właścicieli – mam na myśli te fikcyjne twory/korporacje, takie jak rząd, gmina i ten cały szajs? Jakim prawem jeden Polak przywłaszcza swojej korporacji ziemię, a potem sprzedaje ją innym rodakom? Czy on ją kupił od Boga?

Od dziecka tłuką nam do łba, jaka to demokracja jest wspaniała i sprawiedliwa. Mam pytanie – ćwiczymy ten debilny system od wielu, wielu lat – czy jest ktoś przy zdrowych zmysłach, kto zaprzeczy, że nasz kraj (cały, „demokratyczny” świat – zobacz Grecję, kolebkę demokracji) idzie dosłownie, dosłownie w czarną dupę? Definicja szaleństwa wg Einsteina: ROBIĆ W KÓŁKO TO SAMO OCZEKUJĄC INNEGO REZULTATU – brzmi znajomo?

W świetle prawa naturalnego (nie ustawowych bredni) każdy człowiek jest sobie równy, nikt nie ma prawa dyktować zachowania drugiemu człowiekowi (sytuacja zmienia się, gdy zachodzi krzywda). Więc jakim cudem wszyscy ludzie zostali dosłownie zredukowani do sługusów? Ludzie,  my jako naród, nie mamy nic do powiedzenia, zupełnie! Nikogo to nie dziwi? A może, dobrowolnie, zapisaliśmy się do korporacyjnej RP, nasz status z rdzennego mieszkańca został zredukowany do pracownika korporacji, dostaliśmy numer ID (pesel), całą masę przywilejów, szef nam powie ile możemy zarabiać (minimalna płaca), ile mamy wolnego, ile lat będziemy pracować, a na koniec, gdzieś koło 70-tki dostaniemy jakieś ochłapy (emeryturę). Proszę pamiętać że jesteśmy właścicielami części bogactwa tego kraju tylko… TYLKO nie w roli pracownika RP, a  w roli rdzennego mieszkańca ziemi zwanej Polska.

Jest wiele pytań i tematów, o których ludzie nie chcą rozmawiać, wiem nawet dlaczego. Zabawny jest fakt, że najmniej do powiedzenia, albo zupełne bzdety, płodzą ludzie tzw. wykształceni, ci z nosem pod chmury i kilkoma dyplomami. Oni niestety są najbardziej pokrzywdzeni przez system, w ich mózgownicach zdolność logicznego myślenia została niemal całkowicie wytrzebiona.

Ludzie nie chcą rozmawiać o takich rzeczach, bo bardzo szybko dochodzą do wniosku, że to my, tak, my wszyscy jesteśmy winni tego burdelu. Nasza ignorancja jest przeogromna, nawet nie ignorancja (bo to wg definicji jest brak informacji na jakiś temat), ale nasze olewactwo. W dzisiejszych czasach mamy dostęp do informacji bardziej niż kiedykolwiek w historii człowieka, jednak przeciętny człowiek spędza kilka godzin dziennie oglądając intelektualną sraczkę w TV.

Trochę się zagalopowałem, wracam do tematu aktu urodzenia i pieniędzy w następnej części.

Piotras

C.d.n.