Przekręt wszechczasów część XXVI

Dług publiczny

Kiedyś miałem okazję posłuchać kilku ciekawych wykładów, potem niestety zniknęły z sieci, i mimo że szukałem ich długo – nie znalazłem. Jeszcze nie tak dawno były małe, prywatne rozgłośnie radiowe, gdzie było mnóstwo materiału, ale właściciele byli sądzeni i zastraszani i dzisiaj już ich jest naprawdę niewiele.

Kiedyś słuchałem wykładu na temat długu publicznego, to co teraz napiszę, jest tylko małą częścią tego, oczywiście do przemyślenia i własnego rozważenia – jak wszystko zresztą.

Cały czas słyszymy o długu publicznym, nawet w Warszawie chyba kiedyś widziałem jakiś elektroniczny wyświetlacz gdzie mnóstwo cyferek się ciągle zmienia, suma rośnie, dług rośnie – tylko czy ktoś się kiedyś zastanowił skąd ten pomysł się w ogóle wziął??

Wiemy już, że w tym zakichanym systemie mamy 2 strony naszego życia – prywatną i publiczną ( ta druga, to też jest nie do końca jasna, ale o tym później).

Będąc po stronie prywatnej, w swojej indywidualnej roli, jako człowiek, żyjący, z krwi i kości, rdzenny na tej ziemi, mamy swoje prawa, jakkolwiek by je zwał, boskie, naturalne, itp. nie ma tu żadnego długu dopóki ktoś z nas nie wejdzie w jakąś umowę i jej nie dotrzyma, bądź zrobi komuś jakąś krzywdę, cielesną bądź materialną. Nie jesteśmy też obiektem durnych regulacji zwanych ustawami, żadnych debilnych bohomazów nie musimy przestrzegać – to tylko tak pokrótce.

Po stronie publicznej, tej gdzie wszyscy tak ochoczo nazywają się OBYWATELAMI jest trochę inaczej, a właściwie zupełnie inaczej, tak jakbyś przeszedł na drugą stronę lustra, tu zdrowy rozsadek i prawo niewiele mają do powiedzenia. Tu jest świat iluzji i szaleńców, dzięki którym nasz kraj i świat zmierzają ku zwykłej, totalnej rozpierdolce.

A jak to się ma do długu publicznego? No właśnie, to jest dług publiczny, nie prywatny. Jeśli ktoś słyszy w tv, że każdy obywatel jest już zadłużony na tyle tysięcy – to jak myślicie, co to znaczy, że Jaś nagle ma 30 000 długu, mimo że się dopiero urodził?

Żeby to chociaż trochę ogarnąć trzeba przemyśleć czy ustawy, i ludzie tworzący pieniądze dla całego kraju maja coś wspólnego, bo jeśli tak – to możemy wyciągnąć wniosek, kto tak naprawdę jest te pieniądze krewny i komu, zapewniam was, że to nie jest żaden z nas…

Proszę puścić wodze fantazji i pomyśleć nad tym:

Rząd będąc tworem korporacyjnym musi mieć kupę siana na swoją działalność, zupełnie tak, jak każda firma, pożycza pieniądze a konto przyszłych zysków w nadziei, że te przekroczą znacznie nie tylko samą pożyczkę, ale również i odsetki, zostawiając zarządowi tej firmy pełne portfele. Wiemy już, na całym świecie właściwie – to PRYWATNE banki pożyczają pieniądze dla rządu – to już nie jest żadna tajemnica.

Ok, idąc tym tokiem myślenia, kiedy ktoś ma firmę i chce pożyczyć pieniądze od prywatnej instytucji (bank) na swoją działalność – musi – z reguły – mieć coś pod zastaw, prawda? Jeśli rząd nie ma nic swojego (bo wszystko albo ukradł od ludzi albo mu ludzie darowali), co takiego może zostawić pod zastaw, żeby dostać tę pożyczkę od prywatnego banku? Nas i naszą pracę …. nic więcej, bo rząd nic nie ma – pamiętacie?

Nie może nas nikt oficjalnie skroić z kasy, do tego służy strona publiczna, tu kiedy chętnie wypełniamy akt urodzenia, potem dumnie odbieramy dowód osobisty – zostajemy „przyjęci” do tej rodziny – tej strony publicznej, zostajemy pracownikami RP, i tym samym zabezpieczeniem wszystkich pożyczek jakie prywatne kartele bankowe będą udzielać naszemu kierownictwu ( rząd/zarząd RP), ciekawe prawda?

A jak to działa? Zarząd RP stara się usilnie dowiedzieć, kto gdzie mieszka, meldunki, srunki, cenzusy, rejestracje, urzędy, nieskończona liczba darmozjadów w urzędach wypełnia tony papieru, a nierzadko my sami lecimy ich poinformować o naszym pobycie.

Zarząd RP, oprócz podatków dochodowych na rzecz (tylko) odsetek od pożyczki i dziesiątek innych poukrywanych podatków ściąga kasę na spłatę pożyczki. To już każdy wie, ale co jest ciekawe – to mechanizm powstawania tejże pożyczki i jej związek z długiem publicznym.

Załóżmy, że zarząd RP potrzebuje – wstępnie – 50 000 000 000 na cały rok swojej działalności, to musi pożyczyć. Wiedzą pi razy oko, ile mogą się spodziewać z wpływów za podatki wszelakiej maści. Ale potrzebują jeszcze coś, co będzie służyć nabijaniu kabzy, przez długi czas, tak aby źródełko nie wyschło, bo bankierzy czekają na swoje „pieniądze”, mimo, że zajęło im to tylko parę minut, żeby wklepać coś do kompa – cały kraj będzie zasuwać przez cały rok – ale to już inna historia.

Więc zarząd RP ma do dyspozycji mechanizm zwany ustawą – bardzo ciekawy twór. W jakimś większym lub mniejszym pokoju zasiadają sobie członkowie zarządu RP i ich delegaci, tu będą się mocno wysilać, żeby stworzyć „prawo” (ustawę), która będzie na tyle dochodowa i na tyle do przyjęcia przez pracowników RP, że nie wywoła buntu. Tu będą stworzone najróżniejsze herezje, dosłownie, od obowiązku zapięcia pasów, posiadania licencji już prawie na wszystko, kar za wszystko, mandatów, parkometrów, fotoradarów i nieskończonej ilości sposobów, żeby ładnie „zgodnie z prawem” kroić lemingi i mieć na spłatę pożyczki – schemat bardzo prosty.

Zupełnie tak, jak pracując dla Coca Coli, dostajecie pismo rano, że od przyszłego miesiąca każdy pracownik ma obowiązek kupowania nowego uniformu raz w miesiącu – za swoje pieniądze, ten uniform będzie produkowany przez firmę X, której de facto właścicielem jest kto? Prezes Coca Coli… Wewnątrz korporacji nie macie nic do gadania, nie podoba się – to za bramę (tylko w realu RP nie puści nas tak łatwo.)

Więc tworzona jest ustawa, na przykład o obowiązku posiadania licencji na sprzedawanie ekologicznego jedzenia. Gnidy urzędowe robią raporty, ile jest w kraju biznesów o tym charakterze, ile kasy wpłynie z „obowiązku” licencji, jakiś procent extra – za kary, terminy, grzywny itp. i mamy szacunkową sumę, jaka wpłynie do zarządu RP z tytułu tejże jednej tylko ustawy. RP po takich obliczeniach zwraca się do prywatnego banku o pożyczkę, a pod zastaw daje właśnie przyszły dochód z obowiązku wykupienia licencji na sprzedawanie ekologicznej marchewki.

Teraz proszę pomyśleć, ile tysięcy debilnych ustaw powstaje niemal cały czas??? Każda ma przynieść RP określony zysk…

Z tego co zdążyłem się dowiedzieć, oprócz stereotypowego powodu powstawania ustaw – czyli kontrola i zamordyzm – koszenie niewyobrażalnej ilości pieniędzy idzie łeb w łeb.

Jak to się ma do długu publicznego i kto tak naprawdę jest coś winien i komu? Zarząd RP delikatnie mówiąc średnio radzi sobie z zarządzaniem budżetem, może dlatego, że niekończący się apetyt świńskich ryjów przy korycie wybiega poza granice nie tylko zdrowego rozsądku, ale chyba nawet naszej galaktyki. Ich szacunkowe obliczenia w połączeniu w luksusem do jakiego przywykli mija się nieco z tym, co pożyczyli od prywatnego banku, a już na pewno mijają się z ich prognozami zarobku na lemingowym stadku. Te dwie kluczowe sprawy mijają się tak, że powstaje coś jak czarna dziura, która dzięki aparatowi niekończących się odsetek powiększa się niczym w filmie sf.

Machina potrzebuje pieniędzy na działanie, setki tysięcy urzędników, sędziów, policjantów, rożnej maści „władzy” musi przynieść bekon do domku, bo inaczej wszystko zachwieje się w swoich fundamentach.

Tak – moim zdaniem – powstaje tzw. dług, na pewno jest jeszcze wiele czynników, o których ja nie mam zielonego pojęcia, ale jest coś, o czym przeczytałem od bardzo mądrego człowieka.

„Dług publiczny, to dług rządu wobec mieszkańców ziemi (rdzennych), na której ten rząd ma zaszczyt działać”.

Co to znaczy? Znów wrócę do przykładu nieszczęsnej Coca Coli. Jeśli zarząd Coca Coli w swoich bezdennie głupich decyzjach (zarząd RP) spowodował zadłużenie firmy, czy ten dług jest automatycznie przekazany na każdą OSOBĘ pracującą w Coca Coli? Ktoś może powiedzieć – dlaczego nie, firma wisi, wszyscy wisimy – tylko co, jeśli ja się zwalniam, idę za bramę, czy teraz też jestem winien wierzycielom Coca Coli? Oczywiście, że nie.

Ten cały scam z długiem publicznym, to jest jedna wielka ściema, to zarząd RP, zupełnie jak zarząd Coca Coli postanowił obarczyć swoją nieudolną działalnością i długami z niej wynikającymi swoich pracowników, nic więcej.

Jeśli pracownicy biorą tę decyzję na klatę i postanawiają pracować za mniej (cięcia płac), nie mieć dodatku świątecznego (zabierają świadczenia), pracować dłużej (wydłużony wiek emerytalny) i dziesiątki innych fanaberii po to, żeby spłacić czyjeś złe decyzje i brak kontroli nad swoim apetytem – to proszę bardzo, każdy ma wybór. Chcę tylko zaznaczyć, że każdy z nas ma prawo do tego, żeby się zwolnić z tej nieudolnie prowadzonej firmy (RP).

Tu po stronie prywatnej, gdzie dowód osobisty i wszystkie kontrakty leżą sobie w szufladzie pokryte kurzem – nie mamy żadnego długu, co więcej, jak powiedział ten mądry człowiek – to jest dług rządu względem rdzennych w prywatnym statusie.

My, Polacy, ludzie z tej ziemi, daliśmy przywilej rządowi, żeby w ogóle zaistniał, daliśmy im wszystko co mają, nawet gacie na tłustych dupach, daliśmy im pod opiekę naszą spuściznę, majątek ziemi, w zamian za to, że nie tylko będą robić dobrą robotę prowadząc ten biznes, ale będą nam wypłacać dywidendy – jak w normalnej korporacji. A jest zupełnie odwrotnie, i nie zanosi się na zmiany w tym departamencie, przynajmniej na razie.

Dług publiczny – to dług naszych pracowników (RP) wobec nas, żyjących ludzi na tej ziemi. Ale gdy przechodzimy na drugą stronę, stronę publiczną, wewnątrz korporacji RP, stajemy się nagle odpowiedzialni ( wg. RP) za ich długi…

To wszystko zakrawa na szaleństwo, ale mantry powtarzane na każdym kroku – że wszyscy mamy jakieś długi – nawet nie narodzone dzieci – są tak już zakorzenione w świadomości statystycznego Polaka, że nawet nie zadaje sobie żadnych pytań – łyka wszystko.

Piotras

C.d.n.

Przekręt wszechczasów część XI

Kontrakty, część 2

Jak się ma nasze życie do tego, czego chcą od nas „rządzący”? Dlaczego roszczą sobie prawa nie tylko do naszych pieniędzy, w postaci nie kończących się podatków (to będzie temat na szokujący artykuł), ale również do naszego czasu, pracy, a nierzadko nawet życia?

Będę się powtarzał jak zdarta płyta, ale to musi zapaść w naszą świadomość: rząd RP to zarejestrowana korporacja (nawet urząd królowej angielskiej to korporacja – mam gdzieś jej numer, podeślę zainteresowanym).

My od wczesnego wieku zostaliśmy skazani wręcz na robienie interesów z tą korporacją. Właściwie to nie interes, tylko wyzysk, bo my nie mamy zupełnie nic w zamian – w tym równaniu tzw. Equal consideration nie istnieje. Ktoś odpowie – dostajemy służbę zdrowia, drogi, szkoły itd. – ale nie jest możliwe, żeby rząd na cokolwiek mógł dać – dlaczego? Bo rząd nie ma nic swojego, wszystko co posiada albo dostał od ludzi albo zabrał siłą. Rząd nie może nam dać czegoś, co już mamy albo co mieliśmy zanim nam to nie odebrał – i tyle.

Rząd RP ma za zadanie tylko jedno, to, co każda firma: przynosić zyski i rosnąć w siłę. Patrząc na to, co się dzieje na polskiej scenie politycznej i światowej nikt nie powinien mieć żadnych złudzeń: ci ludzie nas doją jak starą krowę, póki padnie.

Jak to możliwe, biorąc pod uwagę to, co napisałem wcześniej o warunkach kontraktu? Nasza nieświadomość i całkiem sprawny system ogłupiania, jaki uprawiany jest od wielu lat, jest powodem tego wszystkiego.

A teraz do rzeczy:

  1. Czy kontrakt pod groźbą kary/grzywny jest ważny w świetle prawa (akt urodzenia)? Odpowiedź brzmi: NIE. Nikt nie może być zmuszony do zaakceptowania oferty pod groźbą kary. Gdy ludzie dostają mandat na drodze, pod podpisem dodają „under stress and duress”, co znaczy „pod przymusem”. Pała zazwyczaj jest niedouczona, więc zabiera ów dokument, a „oskarżony o wykroczenie” stawiając się w sądzie kwestionuje ową umowę – to tak w wielkim skrócie.
  2. Dowiadujemy się, że „potrzebujemy” prawa jazdy, bądź dowodu osobistego – ale czy ktoś nam kiedyś wyjaśnił, co się z tym wiąże? NIE, nikt nigdy nam nie powiedział, że to zobowiązuje nas do przestrzegania wielu zasad korporacyjnej RP! Więc ten kontrakt jest nieważny – NO FULL DISCLOSURE, żadne warunki nie były mi objaśnione.
  3. I to, co najważniejsze – EQUAL CONSIDERATION, czyli co takiego ten skorumpowany do szpiku kości twór, jakim jest korporacyjna RP, może mi dać, czego sam już nie miałem? NIC, zupełnie NIC!

Ja mam przez 45 lat płacić grube tysiące na ZUS, żeby na koniec życia, ok. 70-ki, dostać jakieś głodowe ochłapy? Rząd robi drogi? Gówno prawda, 3/4 ceny benzyny to podatek i podatek drogowy, który ma być przeznaczony na budowę i naprawy dróg. Ja płacę za drogi każdym litrem benzyny kupionej na stacji! A może służba zdrowia – dzisiejszy obraz nędzy i rozpaczy, gdzie ludzie płacący krocie całe życie czekają rok na badania i zdychają jak muchy po muchozolu zanim ich przebadają?

Gdzie są dochody z zasobów polskiej ziemi? Gdzie są dochody z majątków rdzennych ludzi? Gdzie są biliony, jakie zarabiają z kabałą bankową, żerując na niewiedzy i głupocie ludzkiej? Nie będę się zapędzał, bo mi żyłka pęknie, więc trzymajmy się tematu.

Otóż żaden z tych pseudo-kontraktów z rządem nie jest prawomocny! Żaden! Tylko pytanie, jak im to udowodnić. Niestety, znajomość prawa, nawet na wysokich stołkach, jest znikoma, wierzcie mi, można takiej pale na ulicy cytować prawo, a on w swojej pustej mózgownicy nie zrozumie. Zostaje nam na pierwszy ogień logika, i dopiero jak ściana z cegieł ignorancji padnie, można posiłkować się prawem.

Jak to robić? Zadawać pytania, tak, dobrze czytacie – nie stawiając tezy, tylko zadając pytania. Język angielski jest trochę magiczny, i tu się zwracam do wszystkich rodaków, których bardzo bodzie, że trochę mieszam języki – język polski ma mnóstwo słów zaczerpniętych z angielskiego, czy chcemy czy nie.

ASKING QUESTIONS… zadawać pytania,

AS KING… jako król – zabawne prawda? Ten, który zadaje pytania kontroluje konwersację. Nie ten który odpowiada! Król pyta, podwładny odpowiada…

Więc zadając sługusom systemu logiczne pytania, w kilka minut objawimy im, jak bardzo to, co robią nie ma sensu i jest po prostu czystym wyzyskiem.

„Jechał pan 10 km na godzinę za szybko”.

„Tak? A komu zrobiłem krzywdę tym, że jechałem w taki sposób?”

„Nikomu, ale mógłby pan, bo jechał pan za szybko, poza tym znak drogowy mówi jasno i ustawa o ruchu drogowym”.

„Po pierwsze, znak nie mówi, bo to kawałek metalu, po drugie, nie stawia się zarzutów za przestępstwo jeszcze nie popełnione, to nie Minority Report („Raport mniejszości”) ani sci-fi, po trzecie, jaki ma pan dowód na to, że owa ustawa mnie obowiązuje?”

Mogę zagwarantować jedno – pała będzie co najmniej zirytowana taką wymianą zdań. Na pewno będzie upierał się przy swoim, pamiętajmy – on tu nie jest od myślenia, tylko od zarabiania pieniędzy dla korporacji RP, jak grzeczny piesek.

Nie twierdzę, że przeprosi i puści wolno, to jest tylko wprowadzenie do sposobu myślenia, jaki dla cyborgów systemu jest bardzo niewygodny.

Pytając o prawo jazdy ludzie często robią taki manewr:

Pała: „Prawo jazdy proszę”

„Proszę bardzo, proszę zanotować, że ten dokument nie należy do mnie, ja jestem tylko jego użytkownikiem. Należy on do rządu, nie do mnie. Ponadto w czasie prowadzenia pojazdu nie wykonywałem tej czynności jako pracownik RP”.

Wiem, że w Polsce na razie jest to niemożliwe, ale wszystko zaczyna się kiedyś. Za jakiś czas, to nie będzie brzmiało jak halucynacje, na zachodzie ludzie robią to od lat.

Żaden z tych oszukańczych kontraktów nie jest ważny, żaden! Zostaliśmy oszukani i perfidnie wkręceni w owe umowy, podatki wszelakiej maści – to dobry szwindel, ale o tym w następnym artykule.

Na zakończenie, proszę pomyśleć tylko przez chwilę, te wszystkie „dokumenty”, jakimi posługujemy się na co dzień – kto nam kiedykolwiek cokolwiek wytłumaczył na ich temat? NIKT I NIC. Powiedziano nam – „musisz mieć dowód”, bo tak mówi prawo, a my jak stado baranów grzecznie robimy, co nam każą.

Pora trochę pomyśleć, nie twierdzę, że mamy wszyscy latać jak wariaci bez identyfikacji, jeździć samochodami bez blach i przekraczać granice kiedy tylko nam się zachce. Nie w tym rzecz! Problem polega na tym, że korporacje pozorują prawa naturalne, logikę i zwykły zdrowy rozsadek, żeby nas zniewolić.

Nie ma nic złego w posiadaniu ID czy jakiejś formy dowodu na to, kim jesteśmy, nie ma nic złego w rejestracji auta, żebyśmy wiedzieli, kto jest właścicielem czego i kogo szukać jak ucieknie z miejsca wypadku i tak dalej. Problem pojawia się w tym, że razem z tymi niezłymi pomysłami na ułatwienie życia, nienasycony kleszcz w postaci rządu RP idzie na całość. Co mam na myśli?

  1. Prawo jazdy zobowiązuje do przestrzegania ustaw o ruchu drogowym i milionów mandatów dla tych, którzy są oporni (siano dla RP);
  2. Dowód osobisty łączy się z nieokreśloną czasowo (z założenia – dożywotnio, 24/h) przynależnością do korporacji RP i zmusza do przestrzegania milionów bzdurnych ustaw i podatków (siano dla RP);
  3. Rejestracja samochodu w urzędzie, przy udziale prawa jazdy i dowodu osobistego to dobrowolne przeniesienie własności (auta) do jurysdykcji korporacji RP, a co za tym idzie obowiązek posiadania OC i płacenia podatków od własnego samochodu (siano dla RP);
  4. Podejmowanie pracy przy udziale dowodu osobistego powoduje obowiązek płacenia podatków (siano dla RP);
  5. Lokowanie zarobków na koncie pracownika RP, założonego przy pomocy dowodu osobistego, oznacza zgodę na dowolne zajmowanie kont każdego, kto wg rządu ma długi (siano dla RP).

To jest długa lista, mam nadzieję, że trochę naświetliłem ten temat.

Wszystko, co się dzieje w świecie biznesu, czyli od rana do nocy, to kwestia kontraktu, praw których nie znamy. Dzieje się to dzięki publicznej edukacji, która produkuje ludzi-papugi, ludzi bez zdolności logicznego myślenia. Dlatego coraz wcześniej posyłamy dzieci do szkół (dziś: pięciolatki), żeby szybciej zdurniały i dały się doić korporacjom.

Nawet po śmierci robią na nas biznes: osoba prawna jest uśmiercana, a obligacje, dywidendy wypłacane inwestorom i majątek zasobów ziemi przepada, przechodząc w ręce korporacji RP, a rodzina musi bulić kupę siana, żeby pochować milionera, który nawet nie wiedział, że coś ma…

Przezabawna historia, jak popatrzeć z boku. A my się zastanawiamy, czemu (jeżeli istnieją) obce cywilizacje po prostu nie wylądują na ziemi i nie powiedzą „witamy” 🙂 🙂

Piotras

Przekręt wszechczasów część X

Czym jest kontrakt?

Jesteśmy już świadomi, że tak naprawdę działamy wszyscy w świecie biznesu, w którym istnieją tylko korporacje. Skoro tak, to musi być jakieś uniwersalne prawo, które trzyma pieczę nad wszystkimi interakcjami biznesowymi między ludźmi, działającymi pod postacią korporacji (osoba prawna).

To jest prawo kontraktu, kontraktowe, które jest bardzo jasne i jest podstawą nie tylko do egzekwowania należności, ale również do samego istnienia umowy komercyjnej.

Jest jeszcze jedna strona medalu – skoro już wiemy, że rząd RP to nic innego jak korporacja, która chce robić biznes z naszą osobą prawną, bo z tego biznesu żyje niczym kleszcz – musi dostosować się do panujących zasad – tylko kto tak naprawdę o tym myśli, gdy policjant zatrzymuje nas na drodze??? O tym później.

Więc co to jest to prawo kontraktowe?  Jest to zbiór zasad, warunków jakie trzeba spełnić, żeby kontrakt był prawomocny, nic innego. Jeżeli którykolwiek z warunków/praw nie jest dopełniony – kontrakt jest nieważny – z łaciny ab initio – czyli od samego początku, i wszystko, co działo się później również jest nieważne.

To trochę jak z matematyką, jeżeli jest błąd na początku wyliczeń, cała reszta niestety jest też niepoprawna, trzeba wrócić do początku i poprawić ów błąd, nie ma innego wyjścia.

Wyjaśnijmy teraz co to za prawa i jak je rozumieć.

Będę pisać po angielsku i po polsku, bo jeśli coś źle przetłumaczę, ktoś zawsze może mnie poprawić.

  1. MEETING OF THE MINDS, czyli wyrażenie woli wstąpienia w umowę. To jest miejsce, gdzie obie strony w sposób jasny dla wszystkich wyrażają wolę robienia razem interesu. To mogą być rozmowy wstępne, wyrażenie woli pracy dla kogoś i ten ktoś chce o tym z nami rozmawiać, itp. W tej części najczęściej składana jest oferta kontraktu.
  2. FULL DISCLOSURE czyli jasno i w pełni wyrażone warunki umowy. To jest bardzo ważny element wszystkich kontraktów, jeżeli są klauzule których nie rozumiemy, bądź są one ukryte, kontrakt jest nieważny (tu się kłaniają wszystkie nasze interakcje z rządem RP, ale o tym później). Musimy jasno wyrazić nasze niezrozumienie, i żądać wyjaśnienia. Jeżeli obie strony rozumieją i zgadzają się – tu jest podejmowana decyzja o akceptacji oferty.
  3. EQUAL CONSIDERATION, czyli obie strony umowy wprowadzają wartość do tego biznesu – obie strony muszą włożyć coś wartościowego i porównywalnego, np. moja praca za wypłatę, moje zdolności za pieniądze, itp. Kontrakt typu ‘5 zł za nerkę’ nie ma prawa bytu, nawet jeśli się jakiś wariat na to zgodzi – bo intencja jest nieuczciwa.

Jest jeszcze mnóstwo drobniejszych warunków, ale te 3 są podstawowe, są niezbędne, żeby jakikolwiek kontrakt był prawomocny. Nie ma od tego żadnych wyjątków. I tyle.

Teraz chłodnym okiem proszę pomyśleć: ile razy bierzemy udział w kontraktach na co dzień? Proszę bardzo, dzień z życia Jasia:

  1. Śpimy w domu, za który płacimy bądź czynsz, bądź „kredyt”.
  2. Korzystamy ze światła – mamy umowę z dostawcą,
  3. Oglądamy telewizję – mamy umowę z dostawcą kablówki,
  4. Jemy kolację – kupiliśmy jedzenie w sklepie, zawarliśmy transakcję ze sprzedawcą,
  5. Dzwoni telefon – wcześniej zakupiony, teraz opłacany,

I tak dalej, i tak dalej, od rana do nocy, robimy interesy, a gdzie w tym wszystkim jest nasz ukochany rząd??? No właśnie, z nim też robimy interesy, czy nam się podoba czy nie.

Otóż, żeby fikcyjny twór – rząd, mógł robić z nami interesy i dosłownie żyć z naszej pracy – musi to robić za pomocą drugiej, nieżyjącej, fikcyjnej korporacji – naszej osoby prawnej. Mimo tego, że są to dwie fikcje, są animowane przez żyjących ludzi, bo tylko w ten sposób mogą ze sobą robić biznes.

Wiem, że to brzmi jak głupoty, ale tak jest. Rząd nie ma prawa nikomu nic kazać, żaden człowiek żyjący i stąpający po ziemi nie jest obiektem żadnych ustaw, pseudo-praw, widzimisię public service, ale korporacje tak… 

Bronisław Komorowski to tylko mężczyzna w brzuchem i głupawym wąsem – on nie może ani mnie, ani tobie, ani nikomu nic kazać. Podczas gdy występujemy w roli korporacji (wylegitymowany dowodem osobistym z numerem PESEL jako pracownik RP), a ów Bronek jest w swojej oficjalnej roli prezydenta  RP – wtedy sprawy nabierają innego obrotu.

Więc jakim cudem ci ludzie, którzy nie orzą ani nie sieją żyją jak pączki w maśle z naszej pracy? Gdzie w tym wszystkim jest prawo kontraktowe? Jak to jest, że oni są korporacją, i my co dzień używający naszej osoby prawnej też jesteśmy korporacją, robimy z nimi interesy, ale nie mamy z tego nic poza problemami??

Tu jest bardzo ciekawy temat. Skoro od momentu urodzenia wchodzimy w jakieś interesy z tzw. rządem, załatwiamy naszej pociesze akt urodzenia, a potem cały szereg innych kontraktów, to nie ma się czemu dziwić, że mości rządzący biorą nas za swoich podwładnych. To jest zupełnie tak samo, jak w każdej firmie: szef będzie doić swoje baranki, a sam zajadać kawior.

Tak, brzmi dziwnie, ale dowód osobisty to kontrakt, prawo jazdy to kontrakt, nawet paszport to kontrakt, mandat przy drodze – kontrakt, grzywna za niezaszczepione dziecko – to kontrakt. I tak bez końca.

Czy te umowy, kontrakty są ważne w świetle prawa? O tym w następnym odcinku.

Piotras

Przekręt wszechczasów część VI

Ten cały system stwarzania pieniędzy z niczego, a potem mnożenia ich niemal dziesięciokrotnie, to dzisiaj podstawa tzw. biznesu wewnątrz systemu. Praktyki monetaryzacji obietnic spłaty (promissory note) sięgają setek lat wstecz. Kiedyś bardzo ryzykowne było przewożenie złota i innych kosztowności statkami, narażonymi na ataki piratów (którzy pracowali dla korony – serio), więc tzw. merchants, czyli ówcześni biznesmeni wymyślili, że kawałek papieru, podpisany przez obie strony interesu, będzie miał równowartość pieniężną.

Ktoś chciał zapłacić za owies pół tony złota, wystawiał papier, statek wiózł papier, a później ten kto to otrzymał mógł spieniężyć ten dokument, bądź wymienić go na inny towar bądź usługi. W razie napadu na statek, papier nie mógł być spieniężony przez pirata, dla niego to był tylko kawałek papieru (bill of exchange 1882 act).

Ten pomysł, sam w sobie, nie jest wcale zły, tylko jak wszystko inne w naszym życiu został dosłownie porwany przez cwaniaków, zupełnie jak koncept rządu/państwa, religii i inne programy uprawiane dziś przez miliony nieświadomych istnień.

Problem polega na tym, że z roku na rok jesteśmy coraz głupsi niestety – ja jak najbardziej zaliczam się do tego grona. Rok po roku nasza zdolność do myślenia ulatuje niczym ptaki do ciepłych krajów, dzięki telewizji, natłokowi mediów, i tej całej rozrywkowej rąbanki dla półdebili, jaką karmimy nie tylko siebie, ale i nasze dzieci.

Proces odwalania lichwy będzie kontynuowany, jeżeli Maria pozwoli poświęcić temu tematowi kawałek miejsca na blogu. [Jasne, że pozwalam, lichwa to podstawa tego przekrętu, więc trzeba wiedzieć jak nas robią w bambuko, MS]. Nie damy rady streścić wielu lat opresji w kilku krótkich artykułach, poza tym – jak już pisałem wcześniej – ktoś, kto nie ma podstaw wiedzy na temat systemu, może zrobić sobie krzywdę skacząc do wielkiego psa z małym patyczkiem.

Ja bardzo chętnie oddam wszystko, co wiem na ten temat, podam też moje własne sukcesy w tym temacie i dokładny opis, jak to zrobiłem. Ale to musi być zrobione od podstaw, proszę mi wierzyć – banki nie poddają się szybko i łatwo. Pamiętajmy, że mimo tego, że sądy są nasze – ludzie w tych sądach są w dużej mierze opłacani przez system finansowy – lichwę, żeby upewnić się, że będą istnieć długie lata.

Ostatni sędzia jaki w historii publicznie przyznał rację właścicielowi niespłaconego domu i pogonił bank został znaleziony w rzece, na krótko przed emeryturą. Ale to było dosyć dawno, dzisiaj ludzi częściej się kupuje niż zabija. Przychodzi moment kiedy zaczynają być niewygodni, i dostają tyle kasy ile chcą, żeby siedzieć cicho. Lichwa i tak stwarza pieniądze z powietrza, więc dla nich suma nie  gra roli.

Wracając do aktu urodzenia, posłużę się przykładami z życia innych ludzi, daleko bardziej doświadczonych ode mnie w tym temacie. Jednym z nich jest Dean Clifford, którego ja darzę ogromnym szacunkiem. Chłopaka wsadzają do pudła co jakiś czas, do izolatki, żeby nie uczył osadzonych, jak wyjść z paki, ale on nie tylko mówi, on żyje tak, jak uczy.

Kto z Was wierzy, że potrzebuje prawa jazdy, żeby jechać samochodem?

Pewnie wszyscy, ok, zapytam inaczej:

Kto z Was myśli, że potrzebuje pozwolenia drugiego człowieka, żeby przemieścić się z jednego miejsca na drugie – w sposób, jaki mu się podoba, zakładając, że w czasie tej akcji nie robi nikomu krzywdy??

Myślę, że ręce pospadały tym razem. Czy naprawdę myślicie, że ktoś musi nam dać zgodę, żeby przejść, przeskoczyć, bądź przejechać z A  do B???  A jakim prawem?

W którym momencie naszego życia straciliśmy zdolność decydowania o samych sobie??? Zostało nam to odebrane silą? Czy dobrowolnie oddaliśmy to prawo?

Kto z Was myśli, że Bronisław Komorowski i jego świta (wiem, to już przeszłość, ale to tylko przykład) ma większe prawo do kawałka ziemi na tym globie, zwanym Polską niż ja, czy ty??? Nikt? To dlaczego idziesz kupować ziemię od instytucji/korporacji tych ludzi, żeby postawić sobie dom dla swojej rodziny? Wszyscy urodziliśmy się na tym samym kawałku piachu, prawda?

Zmierzam do tego, żeby ludzie zaczęli zadawać sobie pytania, pytania logiczne, które zmuszą ich do myślenia na tyle, żeby zrozumieć dynamikę, jaka istnieje między rolami, jakie pełnią ludzie. Skoro policjant to PUBLIC SERVANT (służba publiczna), a ja jestem częścią PUBLIC, to chyba się samo przez się rozumie, kto ma wyższą jurysdykcję na tym obrazku, prawda? Więc jakim prawem mój sługa drze japę na mnie na ulicy, obraża mnie, wali mnie pałą w łeb, kiedy mu się podoba? Nikomu nie wydaje się to dziwne? Czy jest dopuszczalne, żeby sprzątaczka (to tylko przykład, nie obrażam sprzątaczek broń Boże) darła japę na prezesa, a ten posłusznie spuszczał głowę i przepraszał? No chyba raczej nie, a to widzimy na co dzień, wszędzie, i nikt się nie dziwi…

Jak to się ma do aktu urodzenia, żeby zostać w temacie? Jeżeli jesteśmy współwłaścicielami ogromnego bogactwa ziemi, zwanej Polska i mamy na to dowód – akt urodzenia, to ten majątek został złożony pod opiekę rządu, na czas nieokreślony. Zupełnie tak, jak ktoś zakłada tzw. TRUST (powiernictwo) i wyznacza TRUSTEE (powiernika), żeby zarządzał majątkiem najlepiej jak potrafi, zgodnie z założeniami właściciela.

Problem w tym, że my nie daliśmy żadnych wytycznych przy składaniu naszego majątku. To nie koniec. Nasi rodzice utracili swoje prawa do naszego majątku, działając w naszym imieniu, w momencie osiągnięcia przez nas pełnoletności. W momencie 18 urodzin (w Polsce przynajmniej), my – ich dzieci – powinniśmy skontaktować się z rządem i otwarcie wyrazić naszą wolę, na przejęcie praw do majątku jaki nam się należy, jako tzw. birth right (prawa wynikające z urodzenia), który nasi rodzice w naszym imieniu złożyli na ręce rządu.

Brzmi to zawile, więc napiszę bardziej prosto.

Jaś tuż przed 18 urodzinami powinien napisać list polecony do odpowiednich urzędników, że za chwilę jego osoba prawna nabierze praw do podejmowania kontraktów, więc pełnomocnictwo rodziców przestanie istnieć. W związku z tym – od teraz – to on sam będzie rozpoznawany przez system jako właściciel 1/50 milionowej wartości Polski (podałem wcześniej ten hipotetyczny przykład). Nic nie musi być robione, jeżeli nie chce tego Jaś, ale musi otrzymać odpowiedź, że ta informacja została przyjęta do wiadomości urzędów, i tyle. Nikt nigdy z nas tego nie zrobił! Pamiętacie historię zaginięcia na morzu przez 7 lat, po czym cały majątek po prostu przepada? Tutaj też ta metoda pewnie jest stosowana, na co nie mam dowodów, ale tak mi się wydaje. Nieważne zresztą, fakt jest taki, że ów majątek po prostu zniknął z radaru Jasia.

Piotras z UK

C.d.n.

—————————————

Komentarz Astromarii:

Policjant, lekarz, a przede wszystkim RZĄD I SEJM są opłacani z naszych podatków, są na naszej jałmużnie, więc są służbą publiczną i dlatego to my jesteśmy szefami tych pań i panów, a oni mają nam służyć. Oni mają robić to, co my im każemy, a nie odwrotnie! Tak, rząd jest na Twojej jałmużnie, i to ty jesteś szefem tego zakichanego rządu,czas to sobie wreszcie uświadomić!

Jeśli lekarz drze na Was mordę i straszy sanepidem, grzywną i wojewodą, bo nie zaszczepiliście dziecka nagrywacie zajście (to jest legalne i nikt nie ma prawa wam tego zakazywać!!!) i natychmiast wzywacie policję, ponieważ macie  podejrzenia, że lekarz chce zabić wasze dziecko, wstrzykując mu jakieś świństwo wbrew waszemu jasno wyrażonemu sprzeciwowi. Wasza wola musi być święta dla waszego sługi! Nie dość, że robi zamach na wasze dziecko, to jeszcze dopuścił się napaści słownej i terroru w stosunku do was, rodziców, którzy jesteście prawnymi opiekunami dziecka i decydujecie o wszystkim, co go dotyczy! To jest terror i to jest bezprawie! Takiego lekarza natychmiast zwalniacie z funkcji waszego pediatry / lekarza rodzinnego i piszecie na niego skargę lub nawet doniesienie do prokuratury. Czas najwyższy, żeby totalnie rozbestwiona służba w tym domu, jakim jest Polska została przywołana do porządku. Jeśli służący chce rządzić w twoim domu i wydawać ci rozkazy będziesz to tolerować? Będziesz się płaszczyć i trząść ze strachu? Czy raczej wywalisz drania z pracy i zatrudnisz kogoś bardziej kulturalnego i autentycznie dbającego o twoje dobro?

Dlaczego się boisz policji? Bo gliniarz ma pałę? Może i ma, ale to ty masz władzę!

Dlaczego się boisz lekarza? Popatrz, jaki wykrzywiony jest twój obraz świata: czy psychopatyczny łowca skór, który za garść srebrników od zakładu pogrzebowego lub kartelu farmaceutycznego chce uśmiercić ciebie i twoją rodzinę nie powinien panicznie bać się ciebie? Tymczasem nie tylko się ciebie nie boi, ale doprowadził do tego, że to ty boisz się jego!

Czas się obudzić!

Przekręt wszechczasów część III

Nie będę się zagłębiał za mocno, żeby nie narobić bałaganu dla kogoś, kto nigdy nie miał styczności z tym tematem. Proponuję kilka ćwiczeń umysłowych, dla zrozumienia większego obrazka.

  1. Czy nikomu nie wydaje się dziwne, że od 2008 roku niemal cały świat brnie w jakieś dziwne długi? Wszędzie są cięcia, oszczędności, ludzie tracą pracę, etaty znikają, wszystko idzie dosłownie w czarną dupę, a lichwa rośnie w siłę? Jest coraz więcej chętnych do udzielania „pożyczek”, banki i bankierzy z roku na rok stają się coraz bogatsi, nawet dziecko dzisiaj widzi że coś tu śmierdzi, i to wielkim bąkiem, że tak powiem. A tak na marginesie, nikt nie mówi o tym, komu ten cały świat wisi taką ilość pieniędzy i jakim cudem, prawda?
  2. Czy nikomu nie wydaje się dziwna chęć pożyczania pieniędzy przez instytucje finansowe w czasach, kiedy ludzie mają coraz mniej, kiedy oboje rodzice musza zasuwać, a w domu coraz mniej? Firmy pożyczkowe rosną jak grzyby po deszczu, jeszcze do niedawna można było otrzymać sporą „pożyczkę” dosłownie na gębę. Ludziom w USA rozdawano pożyczki na domy, wiedząc doskonale, że nie będą mieli szans ich spłacać. Dom za pól miliona ogrodnikowi zarabiającemu  minimalną place.
  3. Nikomu nie wydaje się dziwny fakt, że przy tak ogromnym odsetku niespłaconych zadłużeń banki i lichwa rosną w zastraszającym tempie? Przecież jakby banki traciły te wszystkie miliony, a te wszystkie miliony były pożyczane z pieniędzy depozytorów – to nie tylko banki by splajtowały, ale również depozytorzy (nie poruszam systemu fractional reserve banking na razie).

Te i masę innych pytań można zadawać ludziom na stołkach, tylko system jest bardzo sprytnie zbudowany. Na tzw. linii frontu siedzi cala masa głąbów, głąbów z dyplomami. Tzw. papugi – nie potrafią samodzielnie myśleć, i guzik wiedzą. Więc odbijasz się jak piłka od ściany przez pewien czas, i tylko najwytrwalsi dojdą tam, gdzie trzeba.

Wracamy do tematu tworzenia pieniędzy, bo tu jest nasza szansa żeby powalić tego giganta na glinianych nogach.

Jak już wcześniej pisałem, wasza umowa o „pożyczkę” jest zamieniana na czek, i depozytowana na tzw. DEMAND ACCOUNT i nagle powstały fundusze. Zgodnie z prawem finansowym, osoba kreująca tzw. promissory note (nasza umowa własnoręcznie podpisana) jest jej właścicielem. Do zakończenia trwania owego kontraktu, umowa powinna być przechowywana w banku, a po zakończeniu spłat owej „pożyczki” powinna zostać oddana jej twórcy. Tak się jednak nie dzieje i tu jest sposób żeby zamieszać w kotle lichwy.

Są ludzie, niektórych znam osobiście, którzy w ten sposób najpierw „zamrozili” swoje „pożyczki” po czym mieli je zupełnie odpisane (set off, nie wiem jak to po polsku).

Pierwszy etap jaki otwiera puszkę Pandory, to żądanie inspekcji pierwszej umowy, tej własnoręcznie podpisanej przez „kredytobiorcę”. Tu, właściwie wszyscy starający się o ten zabieg dostali odpowiedź odmowną, odprawiono ich z kwitkiem. Niektórym nawet bank odpisał, że gdzieś ją zgubili!

Tym, którym pokazano, umowa była podbita i podpisana przez przedstawiciela banku –czyli ten dokument został ENDORSED, wpłacony na konto.

Przy jakiejkolwiek próbie zadawania niewygodnych pytań, bank albo olewa sprawę, albo zaczyna straszyć, albo udaje głupka – poważnie.

Zanim jednak ktoś zdecyduje się na grzebanie w tym kotle musi pamiętać jedno – zanim dotrze do miejsca, gdzie po szeregu korespondencji udowodni tę całą umowę jako przekręt – musi regularnie spłacać swoje „zobowiązania”. Zbyt wczesne zaniechanie spłat spowoduje, że dotarcie do końca procesu będzie bardzo utrudnione, bo sąd wydaje wyrok TYLKO na podstawie komercyjnego zobowiązania, na co jest dowód-umowa, a cały proces udowodnienia fałszu jeszcze nie został zakończony.

Po otrzymaniu negatywnej odpowiedzi dotyczącej inspekcji umowy, trzeba listownie zadać szereg pytań, niektóre muszą być pod tzw. pełną odpowiedzialnością komercyjna. Jedno z takich pytań skierowanych do wyższego managementu banku brzmi:

„Czy fundusze na moją pożyczkę były w depozycie banku przed podpisaniem umowy?

Czy w razie niespłacenia owej pożyczki bank straci ową sumę?”

Na te pytania nigdy nie otrzymacie odpowiedzi, przynajmniej takiej, która mówi jasno tak, lub nie, i co więcej NIKT z personelu (może jakiś frontowy Wacek na kasie) się pod tym nie podpisze.

Do tego procesu jeszcze wrócimy, ale jednego chcę uniknąć – nie chcę, żeby ktokolwiek próbował robić coś na pół gwizdka, bez zrozumienia jak to wszystko działa, i ja osobiście nie udzielam żadnych rad prawnych. Dzielę się informacjami jakie zdobyłem i swoimi osobistymi doświadczeniami (o tym później). Nic poza tym, każde działania, jakie ktokolwiek podejmie są wyłącznie na jego własną odpowiedzialność. Zrozumiałe jest, że jak tylko zacznie się niewygodna sytuacja dla lichwiarza, będzie walka na ostro, więc proszę pamiętać o tym, co powiedziałem.

Nie chcę również, aby te informacje służyły wyłącznie rozwaleniu lichwy, to są wrota do wolności moim zdaniem, musimy zrozumieć naturę naszego niewolnictwa, skąd się wzięło i jak z tym skończyć. I sama umiejętność odwalania bankowych pasożytów nie da wam wolności. Musimy zrozumieć, dlaczego ktoś nami rządzi, dlaczego mamy „obowiązki” płacenia podatków, za które nie mamy ŻADNYCH benefitów i całą masę innych problemów.

Na zakończenie tego pisma, kilka pytań, które mogą być jak drzazga w pupie, i większość ludzi nie ma najmniejszej ochoty o tym rozmawiać:

Dlaczego Polska to Republika, a ustrój miłościwie panujący na tym kawałku piachu to demokracja, a właściwie korporacyjna demokracja (połączenie korporacyjnego świata i świata polityki w jednym kraju – to definicja faszyzmu)? DEMOKRACJA I REPUBLIKA to dwa zupełnie PRZECIWSTAWNE ustroje! Demokracja to tzw. PB RULE, czyli siła większości, a prawa jednostki są nieważne, natomiast w republice prawa jednostki są najwyższym dobrem. Nie jest to dziwne?

W jakim celu rząd Republic of Poland został zarejestrowany jako korporacja? Nawet urząd królowej angielskiej to zarejestrowana korporacja… po co?

Dlaczego ludzie posiadający majątek w postaci prawa do ziemi i jej zasobów (akt urodzenia miedzy innymi jest dowodem na to) nie mogą z tego korzystać? A może prościej – dlaczego nasz Jaś, urodzony na polskiej ziemi, nie ma prawa do korzystania z jej zasobów? Albo do tego żeby sobie postawić dom, za to musi kupować ten kawałek ziemi od innego człowieka – kogoś również urodzonego na tej samej ziemi? Nie mam na myśli prywatnych właścicieli – mam na myśli te fikcyjne twory/korporacje, takie jak rząd, gmina i ten cały szajs? Jakim prawem jeden Polak przywłaszcza swojej korporacji ziemię, a potem sprzedaje ją innym rodakom? Czy on ją kupił od Boga?

Od dziecka tłuką nam do łba, jaka to demokracja jest wspaniała i sprawiedliwa. Mam pytanie – ćwiczymy ten debilny system od wielu, wielu lat – czy jest ktoś przy zdrowych zmysłach, kto zaprzeczy, że nasz kraj (cały, „demokratyczny” świat – zobacz Grecję, kolebkę demokracji) idzie dosłownie, dosłownie w czarną dupę? Definicja szaleństwa wg Einsteina: ROBIĆ W KÓŁKO TO SAMO OCZEKUJĄC INNEGO REZULTATU – brzmi znajomo?

W świetle prawa naturalnego (nie ustawowych bredni) każdy człowiek jest sobie równy, nikt nie ma prawa dyktować zachowania drugiemu człowiekowi (sytuacja zmienia się, gdy zachodzi krzywda). Więc jakim cudem wszyscy ludzie zostali dosłownie zredukowani do sługusów? Ludzie,  my jako naród, nie mamy nic do powiedzenia, zupełnie! Nikogo to nie dziwi? A może, dobrowolnie, zapisaliśmy się do korporacyjnej RP, nasz status z rdzennego mieszkańca został zredukowany do pracownika korporacji, dostaliśmy numer ID (pesel), całą masę przywilejów, szef nam powie ile możemy zarabiać (minimalna płaca), ile mamy wolnego, ile lat będziemy pracować, a na koniec, gdzieś koło 70-tki dostaniemy jakieś ochłapy (emeryturę). Proszę pamiętać że jesteśmy właścicielami części bogactwa tego kraju tylko… TYLKO nie w roli pracownika RP, a  w roli rdzennego mieszkańca ziemi zwanej Polska.

Jest wiele pytań i tematów, o których ludzie nie chcą rozmawiać, wiem nawet dlaczego. Zabawny jest fakt, że najmniej do powiedzenia, albo zupełne bzdety, płodzą ludzie tzw. wykształceni, ci z nosem pod chmury i kilkoma dyplomami. Oni niestety są najbardziej pokrzywdzeni przez system, w ich mózgownicach zdolność logicznego myślenia została niemal całkowicie wytrzebiona.

Ludzie nie chcą rozmawiać o takich rzeczach, bo bardzo szybko dochodzą do wniosku, że to my, tak, my wszyscy jesteśmy winni tego burdelu. Nasza ignorancja jest przeogromna, nawet nie ignorancja (bo to wg definicji jest brak informacji na jakiś temat), ale nasze olewactwo. W dzisiejszych czasach mamy dostęp do informacji bardziej niż kiedykolwiek w historii człowieka, jednak przeciętny człowiek spędza kilka godzin dziennie oglądając intelektualną sraczkę w TV.

Trochę się zagalopowałem, wracam do tematu aktu urodzenia i pieniędzy w następnej części.

Piotras

C.d.n.