Przekręt wszechczasów część XXV

Kontrakty

„Skoro wszyscy ludzie są sobie równi, to dlaczego ktoś rozkazuje mi jak żyć”…?

Niby proste pytanie, a zapewniam Was, że nie jest tak łatwo na nie odpowiedzieć. Przynajmniej bez zapędzania się w bajki typu – „to nasza królowa”, bo to już zupełnie herezja dzisiaj, jutro polecimy na marsa, mamy HDTV w ręku, dzwonimy do kolegi na drugim końcu ziemi, a kłaniamy się w pas królowej… Jeżeli ktoś, kto to teraz czyta uważa, że taki układ jest jak najbardziej w porządku, to chyba zabraknie mi argumentów, żeby odpowiedzieć na pytanie wyżej.

Ok, skoro wszyscy jesteśmy równi, a mnóstwo ludzi wokół stara się nam mówić, co nam wolno, a czego nie, to albo wcale nie jesteśmy równi, albo gramy w jakąś grę, tylko jaką i jak do niej trafiliśmy?

Zanim postaram się trochę przybliżyć temat „panów”, musimy powiedzieć trochę na temat natury kontraktów, umów, interakcji miedzy ludźmi i praw jakie rządzą tym zjawiskiem.

Kontrakt, posiada 4 podstawowe elementy (to super ważne):

  1. OFERTA, „meeting of the minds”, to znaczy, są 2 lub więcej strony, które wyjawiają chęć zawarcia umowy, wejścia w biznes, to musi być DOBROWOLNE, nie można kogoś zmusić do „ochoty na biznes”, chyba że to mafia (rząd???) robi.
  2. FULL DISCLOSURE, czyli WSZYSTKIE warunki umowy muszą być jawne, „kawa na ławę”. Nie może być NIC pominięte, inaczej kontrakt jest nieważny.
  3. EQUAL CONSIDERATION, czyli obie strony muszą wnieść coś, co ma jakąś wartość do tej umowy. Kontrakt, gdzie korzysta tylko jedna strona, nazywa się niewolnictwem.
  4. ACCEPTANCE, czyli wyraźna chęć zaakceptowania warunków umowy, to również musi być zrobione dobrowolnie.

Jest jeszcze kilka rzeczy, ale te 4 są najważniejsze. Żaden kontrakt zawarty bez tych elementów nie ma mocy prawnej, żaden. To będzie dosyć ważna informacja kiedy porozmawiamy o tym, jakie umowy nas wiążą z rządem.

Oferta może być złożona pisemnie, ustnie, emailem, txt, jakakolwiek forma zainicjowania chęci wstąpienia do umowy jest prawomocna. Jasne, że lepiej mieć coś na piśmie, bądź mailu, niż tylko rozmawiać, dlatego żeby później uniknąć nieporozumień, zawsze mamy jakieś korespondencje do których możemy wrócić.

Im jaśniej wyrażamy swoją intencję wejścia w biznes, tym łatwiej będzie nam później negocjować, zasada KISS (Keep It Simple Stupid) jak najbardziej sprawdza się na tym etapie. Rząd ma niestety inne sposoby, żeby „wciągnąć” nas w biznes, ale o tym później.

Jeżeli oferta kontraktu nie była jasna, bądź ktoś został zmanipulowany do wejścia w umowę, taki kontrakt jest nieważny. Jeżeli strona ma nieuczciwe intencje, taka oferta, cała umowa nie istnieje na mocy prawa. Kto z nas otrzymał kiedykolwiek ofertę wzięcia udziału w tej paranoi w jakiej dzisiaj żyjemy? Kiedy ostatnio dostaliśmy ofertę bycia obywatelem, posiadania prawa jazdy, nr pesel itp.? Proszę się nad tym zastanowić, całe nasze uczestnictwo w tym systemie jest niby dobrowolne, ale nikt nie złożył oferty wzięcia udziału… po prostu z automatu nas wrzucają do tej gry, skoro RP to korporacja, my jesteśmy jej pracownikami (z założenia), to kiedy nam złożono oferty pracy?

Full disclosure, czyli „kawa na ławę”, super ważny temat. Dzisiaj umowy są coraz częściej pisane w tzw. legaleeze czyli języku adwokackim, pokręconym do granic, gdzie mało kto rozumie cokolwiek poza swoim imieniem i nazwiskiem, dlaczego? Dlaczego ustawy są tak pisane, że nawet te głąby, co płodzą te brednie nie potrafią ich wytłumaczyć w prosty sposób? Ten sposób formułowania myśli ma tylko jeden cel – zakręcić człowieka w sposób legalny, tak, żeby to strona używająca tego języka była zdolna do niemal wszystkiego w ramach umowy. Tylko wracając do sedna sprawy – jeżeli nie rozumiemy umowy, jak możemy ją podpisać? Dlaczego dzisiaj nikt nie powie „ja po prostu nie rozumiem co tu jest napisane, proszę to napisać w prostym dla mnie języku, inaczej nie ma kontraktu”???

Wszystkie warunki umowy muszą być jasne, koniec kropka. Nie rozumiemy czegoś – pytamy, nie podoba nam się coś – negocjujemy. Wiem, że nie zawsze to możliwe, zwłaszcza w sprawach z rządem, te france nie pytają o nic, po prostu narzucają nam swoją wolę, ale i to się niedługo zmieni.

A co jeśli są poukrywane klauzule – taki kontrakt jest nieważny. Dziś, ktokolwiek z was ma pożyczkę na mieszkanie i przeczyta ją dokładnie, znajdzie niejeden ukryty myk, a to daje podstawę do zakwestionowania samej umowy, udowodnienia nieuczciwych intencji i w rezultacie zatrzymanie interesu na korzyść „pożyczkobiorcy”.

Dlaczego ten punkt jest tak ważny, bo tu jest najczęściej okazja do wydostania się z nieuczciwych umów. Zrozumienie umowy, gdzie rzeczy nie są jasne, bądź celowo przeinaczone jest niemożliwe, więc naturalną sprawą jest to, że jeśli nie rozumiesz warunków twój podpis jest nie ważny. Szybka odpowiedź na argument – „ignorancja nie jest wytłumaczeniem mogłeś zapytać, albo – nie moja wina że nie czaisz” nie do końca będzie działać tu. Stając na wokandzie ja zapytałbym o prostą rzecz – jakie miałeś intencje konstruując ta umowę w taki sposób, że przeciętny człowiek nie jest w stanie jej zrozumieć? Dlaczego nie używałeś prostego języka, czy twoim zamiarem było ukrycie czegoś, bądź wprowadzenie mnie w błąd?

Niemal każdą sytuacje można obrócić w prosty sposób na swoja korzyść i pokazać ławnikom, że to ten kto posługuje się zawiłym językiem, niezrozumiałym dla przeciętnego człowieka ma złe intencje, ważna rzecz.

Znów nawiążę do naszych interakcji z korporacyjnym RP. Skoro nikt nie złożył nam oferty wzięcia udziału w „państwie”, również nikt nie pokwapił się dać „kawę na ławę” i wytłumaczyć, z czym się wiąże nasz udział w tej grze, prawda? Kto z was wie, że bycie obywatelem niesie ze sobą pewne zobowiązania, posiadanie pozwolenia na przemieszczanie się w postaci „prawa jazdy” niesie ze sobą obowiązek przestrzegania setek zakazów, nakazów i obfituje w kary w postaci mandatów na każdym niemal rogu? A tak naprawdę nie potrzebujemy czyjegoś pozwolenia na to, żeby przejechać z A do B, tak długo, jak nikomu nie robimy krzywdy i podczas tej akcji jesteśmy nietykalni.

  1. Equal consideration, czyli obie strony wnoszą coś wartościowego do umowy. Nie musi to być pieniądz, mogą to być najróżniejsze rzeczy, z własnością intelektualną włącznie. Dzisiaj ja zrobię tobie stół, za tydzień ty pouczysz mnie grać na gitarze, nieważne, ważne jest to, że obie strony są tzw. beneficjentem z wynikającej sytuacji/umowy. Ktoś komu wydaje się że może skonstruować umowę, gdzie poprzez zawiły język i jakiś trick „kupi” od starszej osoby mieszkanie za 20 zł bardzo się myli. EQUAL znaczy równoznaczne, równowarte, mieszkanie warte na rynku 150 000 nabyte przez szwindel za 20 zł – taki kontrakt nawet ja jestem w stanie odkręcić, nie mowie już o kimś, kto się tego porządnie pouczy. To są niezmiernie ważne informacje, bo my wszyscy na co dzień wchodzimy bądź kontynuujemy masę kontraktów, w każdej chwili niemal naszego życia. Ja siedzę teraz i piszę, używam prądu – umowa z dostawcą, mam Internet – umowa z dostawcą, ogrzewam mieszkanie – umowa z dostawcą, jem kanapkę – wszedłem w biznes ze sklepikarzem wcześniej, jestem w domu, za który płacę – umowa o wynajem i tak bez końca. Więc zrozumienie natury kontaktów jest fundamentalne dla naszej egzystencji, ciekawe dlaczego nie uczą nas tego w szkołach…. A, jeszcze nawiązanie do „umowy” z rządem – co takiego może zaoferować rząd, w zamian za naszą pracę, czego nie dostał/ukradł ode mnie wcześniej?

ACCEPTANCE, czyli akceptacja umowy. Po poprzednim zaznajomieniu się z ofertą, warunkami umowy, zrozumieniu całego układu, zgadzamy się na umowę. I tu ciekawostka, nie wszystko musi być na papierze. Tylko dlatego, że nie podpisaliśmy papieru nie znaczy to, że nie ma umowy. Wchodząc do sklepu, bądź restauracji i zamawiając coś, wchodzimy w umowę, wyjawiliśmy naszą wolę wejścia w umowę wchodząc do knajpy i prosząc o menu. Zaznajamiamy się z warunkami umowy – schabowy = 10 zł, akceptujemy ofertę składając zamówienie – niczego nie podpisaliśmy, a jednak nikogo nie dziwi, że kelner będzie oczekiwał zapłaty. Tak jest również podczas umów wszelakiej maści. Ja robię meble ludziom i do biznesów, jeszcze nie zdarzyło mi się, że podpisałem cokolwiek na papierze. Wszak mam ofertę wysłaną emailem, warunki omówione emailem, bądź w postaci tekstowej i mam zgodę na mailu, idę do pracy – umowa istnieje, nikomu nawet nie przyjdzie do głowy powiedzieć – „ha, nie ma papierowego kontraktu, więc nie będę płacić” – a jeżeli to już się stanie – mamy już sposób, żeby odebrać należność z nawiązką.

Pozwólcie, że znów odniosę się do naszych interakcji z rządem – kiedy dokładnie ktokolwiek z nas złożył świadomą zgodę na branie udziału w biznesie korporacji RP? Nigdy, ktoś może powiedzieć, i to się często słyszy – brak niezgody – oznacza zgodę, tylko jest mały problem – ten schemat dotyczy już istniejącej umowy, która była jak najbardziej prawomocna, gdzie miała wszystkie elementy i nasza zgodę, a coś poszło nie tak i teraz robimy proces administracyjny. Jeżeli nas wrobiono w udział biznesu RP, nie było oferty, nie powiedziano o warunkach umowy, nie było nic wartościowego ze strony RP, a na koniec nasza zgoda była DOMNIEMANA, to gdzie, się pytam, istnieje jakikolwiek kontrakt/umowa miedzy mną a rządem RP? Nigdzie, to jest odpowiedź, jest jak zwykle – domniemana…

„Agreement of the parties makes the law” – zgoda obu stron tworzy prawo, to jedna z najważniejszych maksym prawnych, jest uniwersalna i ma zwierzchnią jurysdykcję w wielu przypadkach, pod warunkiem, że spełnia wszystkie elementy niezbędne do powstania umowy. Dzisiaj widzę na co dzień niemal problemy jakie ludzie mają tylko dlatego, że nie rozumieją czym jest i jak działa kontrakt. Dzisiaj (pracując w nieruchomościach) widzę od środka masę problemów jakie mają ludzie z najemcami. To durne prawo ustawowe jest tak wymyślone, żeby dać szansę na niekończące się procesy, tuziny adwokatów, którzy piszą listy, obrady, rozprawy tylko po to, żeby takiego delikwenta który nie płaci za czynsz można było usunąć z mieszkania. Widzę jak ludzie płaczą, bo płacą pożyczkę na mieszkanie co miesiąc, a najemca siedzi w tym mieszkaniu, czasem nawet rok i adwokaci niby „szarpią” się między sobą niczym wilki, żeby coś wygrać. Jedno wam powiem – bzdura na resorach, to wszystko to durny teatr żeby LAW SOCIETY mogło ciągnąć kasę w nieskończoność, a jak już wykrwawią swoich klientów – to załatwią sprawę, albo i nie, bo i tak bywa.

Skoro „zgoda stron tworzy prawo” w tych relacjach, dlaczego nie zrobić swojego własnego kontraktu zamiast używać szablonowo zrypanych, jakie podsuwają adwokaci? Jeżeli właściciel mieszkania (nie ważne, że na kredyt) ma 100% tzw. equity – czyli wartości tej nieruchomości – TO ON tworzy prawa jakie obowiązują przyszłych zainteresowanych wynajmem, to logiczne. Jeżeli się obawia, że może zaistnieć sytuacja, gdzie najemca przestanie płacić i nie będzie chciał się wynieść, wystarczy, że zrobi klauzule gdzie wyraźnie napisze „w razie nie otrzymania opłaty wynajmu przez …. najemca zgadza się opuścić lokal w ciągu np.30 dni bez możliwości negocjacji bądź odzyskania depozytu” i tyle.

Tylko taki układ jest nie na rękę adwokatom, bo tu nie ma nic do interpretacji, pieprzenia w bambus na wokandzie i tak dalej, a co za tym idzie – nie zarobią na swoich zagrywkach, listach, ustawach itp.

Nawet jeżeli ustawa mówi inaczej (podaję przykład z miejsca gdzie mieszkam UK) umowa miedzy dwojgiem żywych ludzi ma zwierzchnią jurysdykcję, bo tu chodzi o tytuł własności – EQUITY, a w systemie gdzie wszystko rozgrywa się o pieniądze, to właśnie equity jest królem.

Na koniec dodam te wszystkie machloje w PL, gdzie taki Amber Gold okrada tysiąc ludzi, potem zamyka firmę i kładzie lachę, (dostali śmieszny wyrok i nic więcej) są do odzyskania jak najbardziej. Franek Pietranek wisiał mi £1000 i wielu innym ludziom też. Dorobił się i zamknął firmę nie wypłacając należności za pracę, i ludzie myślą, że sprawa leży do góry brzuchem – nic bardziej mylnego. Pomyślcie, mimo że zawarliście umowę z dyrektorem Pietrankiem, ten jego status/tytuł, to wymyślony koncept, nie żyje swoim życiem – Franek jest jedynym animatorem tej osoby, bez Franka, to tylko napis na kartce papieru. Umowę podpisał Franek, nie dyrektor, prezes czy właściciel, tylko Franek z krwi i kości, występujący w roli dyrektora, więc jak wam wisi siano, a sam mieszka w willi za 20 000 000, to już wiecie kogo pociągnąć do odpowiedzialności – nie dyrektora nie istniejącej spółki, tylko Franka Pietranka z krwi i kości, potem założyć LIEN na ten piękny dom i niech się facet poci, można nawet załatwić mu pudło za to co zrobił – tu u mnie to jest dosyć prosta procedura, nie wiem jak w PL.

Zachęcam do szukania info na temat kontraktów w sieci, jest tego multum, można naprawdę ułatwić sobie życie zapoznając się z tym.

Piotras

Przekręt wszechczasów część XVIII

Lichwa c.d.

Chciałbym wytłumaczyć to dziwne zjawisko, kiedy firma windykacyjna poprosiła nas o 1£ w zamian za to, że pokażą nam ORYGINALNĄ umowę o pożyczkę między moim kolegą a bankiem.

To na pierwszy rzut oka wyda się bardzo dziwne, ale niestety wewnątrz tej gry obowiązują dziwne nieraz prawa, których ludzie na ogół nie rozumieją i właśnie dlatego takie rzeczy jakie dzieją się np. w Polsce są w ogóle możliwe – kiedy komuś ginie dowód, a ktoś inny biorąc pożyczkę na zaginiony dokument zwala odpowiedzialność na tego, komu ten dowód zginał, albo komornik zabiera traktor sąsiadowi za długi jego kolegi zza miedzy.

To bardzo przykre powiedzieć, ale nasz kraj wiedzie prym w tych oszustwach, na takie rzeczy jakie się tu dzieją, żaden normalny kraj – właściwie ludzie sobie nie pozwalają. Nie wiem z czego to wynika, może z niewiedzy, a może po trosze z naszego charakteru, tej zawiści i nienawiści do drugiej osoby, która napędza tę karuzelę szelmostwa.

To dlaczego firma, która ścigała mojego kumpla za 15 000£ nagle prosi o 1 £ w zamian za to, że pokażą nam tę umowę jako podstawę do swoich roszczeń?

Wszystko opiera się na prawie kontraktowym, to nic innego jak oferta i akceptacja oferty. W momencie przyjęcia oferty, (1£) nawiązuje się między nami umowa, od tej chwili, poprzez naszą akcję (zaplata 1£) dajemy życie nowemu biznesowi, który niesie ze sobą straszne konsekwencje – dla mojego kumpla rzecz jasna.

Jeżeli zapłacilibyśmy tego funta, to w świetle prawa przyjęliśmy do wiadomości (nie)fakt, że ta firma windykacyjna posiada umowę, o którą prosimy. W związku z tym, nabiera praw do jej egzekucji. Wiem, że to nie ma sensu na pierwszy rzut oka, ale niestety tak jest. Firma dalej nie ma tej umowy, w żadnym wypadku, ale teraz może wejść na drogę sądowa i poprzez system i jego procedury zmusić mojego kolegę do spłaty nie tylko rzekomej pożyczki, ale jeszcze wszystkich opłat, jakie sobie naliczyła firma windykacyjna.

Niedorzeczność – wiem, ale tak jest. Oferta kontra oferta, akceptacja – mamy razem interes, tak to wygląda.

Firma windykacyjna X odzywając się do nas listownie zaproponowała nam interes, ano taki, że będą z nas ściągać jakieś długi i proszą o natychmiastowe spłaty, lelum-polelum i tak dalej. Co robi statystyczny Jaś? Nie mając pojęcia, że bank mu nigdy nic nie pożyczył, najpierw dostaje mikro zawału, potem zaczyna spłacać wszystko to, czego X zażąda, a jak nie – to dobiorą mu się do skóry. Jaś nie ma pojęcia, że X nie ma żadnego prawa nic z niego ściągać, ale poprzez swoją akceptację (zgoda na żądanie, poprzez uiszczenie pierwszej wpłaty) oferty kontraktu potwierdza w oczach prawa, że chce z własnej woli wstąpić w biznes z X. Od tej pory X ma prawo zmielić Jasia jak im się tylko spodoba, bo Jaś nie mając pojęcia o niczym nie będzie potrafił niczego zakwestionować. Dlatego firmy jak X powstają jak grzyby po deszczu, są dosłownie jak pasożyt, który dosiada Jasia po tym, jak inny pasożyt (bank) już dobrze wydoił Jasia wcześniej.

A jak sobie poradzić z taką firmą X, która bardzo „poważnie” płodzi owe dokumenty? Poprzez tzw. conditional acceptance – czyli zaakceptowanie oferty POD WARUNKIEM. W ten sposób nie stajemy się stroną konfliktową w świetle prawa, nie jesteśmy kimś, kto odrzuca ofertę, bądź ją ignoruje – o tym wspominałem już kiedyś – nie ignorujemy pism z żądaniami.

Więc robimy to, co napisałem w liście za mojego kumpla, akceptujemy tę ofertę pod warunkiem, że X przedstawi nam niezbity dowód na to, że w ogóle ma jakieś prawo do roszczeń majątkowych. Pytamy o coś, czego X nie posiada, nie może posiadać, bo prawnie nie ma takiej możliwości – czyli naszej oryginalnej umowy z bankiem, która rzekomo dała życie owej pożyczce.

A czemu X nie może jej posiadać w oryginalnej postaci? Z kilku powodów – po pierwsze – ta umowa została zmonetaryzowana i razem z innymi tego typu środkami zwanymi SPV – special purpose vehicle – została sprzedana dalej, inwestorom, którzy ją potem ubezpieczają i tak dalej. Po drugie – my nigdy nie mieliśmy żadnych interesów z X, X nie było stroną w oryginalnym kontrakcie pomiędzy nami a bankiem, to jest tzw. third party intervener – czyli osoba trzecia, z którą nie mamy żadnych interesów, ktoś zupełnie obcy wchodzący między wódkę i zakąskę. Poza tym – umowa oryginalna jest własnością Jasia, w niezmienionej postaci musi pozostać na czas trwania kontraktu (umowa o pożyczkę) i bank nie ma prawa jej nikomu sprzedać bez naszej zgody (tylko teoretyczne rzecz jasna, bo oni to robią bezprawnie cały czas), dlatego X nie ma prawa do żadnych roszczeń, to po prostu kant.

Inaczej ma się sprawa z komornikiem z urzędu, gdzie jest wyrok sądowy i sędzia podpisał własnoręcznie takie roszczenia – tu jest ogromna różnica, napisze później co wiem o tym.

Wszystkie zadania od firm windykacyjnych prywatnych jakie widziałem (a widziałem sporo, mój  drugi znajomy przez jakiś czas pracował jako komornik) to była po prostu żenada. Kawałek papieru z logo, dużo pustych słów, pogróżek, żądań, podopisywanych zer i numer telefonu jakiegoś Kazia – managera, do którego trzeba zadzwonić już teraz, bo jutro zabiorą telewizor – kabaret po prostu – oczywiście żadnych czytelnych nazwisk i podpisów.

Więc piszemy do X w jak najszybszym czasie z prośbą o udostępnienie tejże oryginalnej umowy na podstawie której X ma swoje żądania. Dajemy 10 dni na odpowiedz, i piszemy taka kontrofertę w sposób odpowiedni – taki, że w przypadku braku odpowiedzi – X przyznaje się do tego, że ich żądania to czyste oszustwo. To jest bardzo ważne, sposób pisania, żeby postawić X w takim miejscu, że mają przewalone, cokolwiek zrobią, bądź nic nie zrobią – brak odpowiedzi to najlepsza odpowiedź – tu przypominam ignorowanie pism – brak odpowiedzi z naszej strony – przyznanie się do zaakceptowania oferty/roszczeń.

I jeszcze jedno – bardzo ważne, tak ważne, że tyczy się wszystkiego, nie tylko komorników, całego prawa, we wszelakiej postaci (oprócz korporacyjnych, debilnych ustaw): TEN KTO STAWIA TEZĘ – MA OBOWIĄZEK JĄ UDOWODNIĆ.

Jeszcze raz – X przysyła mi pismo do domu, że jestem im winien siano – to jest ich teza, teraz spoczywa na nich obowiązek udowodnienia, że mają prawo do tych pieniędzy. System i szkoła wywala wszystko do góry nogami, zamiast pytać – mówimy i potwierdzamy, zamiast zmusić kogoś do udowodnienia swojej racji – zaczynamy się bronić stawiając tezy – i brniemy coraz głębiej w bagno.

X chce moich pieniędzy, bo bank im podarował moją rzekomą pożyczkę…

Proszę bardzo:

„Bardzo chętnie spłacę wszystkie należności (jesteśmy w oczach prawa bardzo w porządku, akceptując grzecznie ofertę i nie kreując problemu), pod jednym warunkiem – że X mnie przekona o podstawie swoich roszczeń”. Mam na myśli umowę, oryginalną, w niezmienionej postaci, z moim własnoręcznym podpisem, która rzekomo dała życie tej całej sytuacji.

Bądź, podpisany nakaz sądowy, gdzie sędzia czytelnie podpisał, zaraz po tym, jak odbyła się sprawa sądowa, o której ja byłem poinformowany (dowód w postaci listu poleconego z sądu i moim podpisem odebrania) przez co miałem szansę – zgodnie z prawem – do swojej obrony.

X znika jak kamfora, uprzednio próbując tanich (1£) chwytów, żeby złapać nas na kruczki prawne, jakie system stworzył, żeby kroić ludzi.

Ja bardzo chętnie skroiłbym taki X na 3+1, właśnie po to, żeby dowalić tym hienom, ale jak już wcześniej wspomniałem, mój kumpel bardzo się ucieszył mając ich z głowy.

Jest jeszcze sposób na to, żeby bank nigdy nie zaraportował negatywnie do banku informacji, bo tak naprawdę żadnej pożyczki nie było, więc nie było obowiązku żadnych spłat – więc nikomu się krzywda nie stała, ale to już temat na osobny artykuł.

Więc tak to się ma, „akceptacja pod warunkiem” jest jedną z najsilniejszych broni przeciwko gnidom komorniczym, firmom X, które powstają z dnia na dzień, i często ta technologia jest wykorzystywana przez tzw. freemen przeciwko korporacjom rządowym jak RP, bo tak naprawdę RP nie rożni się wiele od X, ale o tym kiedy indziej.

c.d.n.

Piotras

Przekręt wszechczasów część XVII

Lichwa c.d.

O co chodzi z tymi rolami i „czapkami” jakie nosimy na co dzień, i co to ma wspólnego z pieniędzmi i bankami?

Otóż, kiedy pojawiamy się w banku – z jakiegokolwiek powodu i jesteśmy jedną ze stron transakcji finansowej, to właśnie ta rola, w jakiej występujemy niesie ze sobą określone uprawnienia i obowiązki – i to się tyczy obu stron.

Kiedy wpłacamy pieniądze na konto jesteśmy w roli depozytora, kogoś, kto przynosi swój majątek do tej instytucji i mamy prawo do naszej własności, jaką są właśnie te pieniądze. Mamy prawo je wybrać, zgodzić się na odsetki na koncie itd. Bank ma obowiązek ochrony tych funduszy i wypłaty na żądanie. Tak jest tylko w teorii, bo w praktyce bywa zupełnie inaczej. Bank może zamknąć swoje wrota i olać depozytorów (Grecja) albo nawet ukraść depozytorom pieniądze z konta (Cypr), więc w praktyce bywa inaczej.

Jaką czapkę nosimy, gdy przychodzimy po kredyt na mieszkanie? Jak już wspominałem wcześniej – zależy kiedy. W momencie kreowania pieniędzy poprzez monetaryzację (nie wiem czy to dobre tłumaczenie, może raczej spieniężenie, ale po Polsku to brzmi niedorzecznie – ang. monetising ) naszej umowy, czyli zamienienia umowy na czek, mamy czapkę kreatora pieniędzy – nasz prywatny kredyt jest źródłem tych pieniędzy.

Kiedy finalizujemy umowę, podpisujemy wszystkie papiery później, mamy na głowie czapkę kredytobiorcy, kogoś, kto dosłownie pożycza pieniądze na mieszkanie. Nie ma tu żadnego znaczenia fakt, że to jedna i ta sama osoba, o tym nikt wam nie powie. Nawet gdyby, to występując w innej roli mamy przecież inne prawa i obowiązki. I tu jest cały myk, coś czego nikt nas nie nauczył we wspaniałym systemie de-edukacji państwowej, i nie przez przypadek zresztą.

Więc jeżeli po tych wszystkich zabiegach Jaś ma mieszkanie, ma też kredyt, co się więc stało z tym Jasiem, który stworzył owe pieniądze, występując w roli kreatora, tego który własnym podpisem stworzył całe fundusze na swoje wymarzone M?

Odpowiedź jest bardzo krótka, i banalnie prosta – zniknął i nigdy się już nie pojawił. Zupełnie tak, jak CEO Coca Coli, nie przyjdzie do pracy, już nigdy, bo mu się odwidziało. Czy zniknął z planety? Nie. Czy żyje i ma się świetnie – pewnie tak, po prostu zrezygnował ze swojej roli, od dzisiaj nie obchodzi go co się dzieje w firmie, ta rola jest dla niego skończona.

To właśnie się stało z naszym Jasiem i jego rolą kredytotwórcy – stworzył fundusze, powierzył je bankowi i zniknął z wizji – już się więcej nie pojawił, ani razu. Te fundusze, podejrzewam, są traktowane jako darowizna, nic innego nie przychodzi mi do głowy, jak zaksięgować taki asset żeby nie należał do Jasia.

Po „kredyt” Jaś przychodzi w roli potrzebującego, mimo że to on sam jest kreatorem tychże funduszy – dzisiaj, przy podpisywaniu „pożyczki” ani on, ani pani z banku o tym nie mówią, oboje nie mają o tym pojęcia tak naprawdę. Jaś „pożycza” pół miliona i od jutra zakłada chomąto na swoją głowę i tak mu zostanie przez następne 25 lat…

Tu się kończy rola Jasia, został jednym z milionów ludzi, którzy sami sfinansowali swoje domy, a tyrają tylko po to, żeby system miał luksus, a bankierzy karmany wypchane pieniędzmi. Nikogo nie dziwi fakt, że jak walnęło w 2008 i multum banków ogłosiło padakę – to szefowie tych złodziejskich instytucji odchodząc pobrali multimilionowe odprawy? Skąd? Jeżeli bank jest na krawędzi niewypłacalności – skąd miliony dla bossów?

Ten cały krach bankowy to sfingowana reżyserka, nic więcej, bo skoro żaden bank nie stracił ani dolara „pożyczając” dosłownie nic – to jakie mogą mieć straty? Żadne – właśnie takie. A że wypchali system tzw. SPV i deratywami powstałymi na podstawie nie istniejących „pożyczek” to już ich problem, ale za to beknął szary Jaś i miliony innych.

Do rzeczy, po co nam to wszystko wiedzieć tak naprawdę? Ano po to, żeby móc odebrać swoje pieniądze. Nie będę udzielał dokładnych instrukcji jak to zrobić, jest już tyle materiału, że kto zechce, rozkmini to sam. I dodam, że te artykuły nie są poradami prawnymi jak się pozbyć pożyczek, mimo, że można z nich wyciągnąć poprawne wnioski jak się do tego zabrać.

Napiszę tylko kilka ciekawostek na ten temat, a każdy zrobi z tym co zechce.

Tak jak powiedziałem wcześniej – nie udzielam rad prawnych, więc wszystkie decyzje jakie ktokolwiek podejmie w tym temacie – robi na swoją odpowiedzialność.

Proszę tylko pamiętać o jednym – jeżeli komuś przyjdzie do głowy, żeby oddalić kredyt bez uprzedniego poważnego studiowania tematu – to już ostrzegam, że będzie to bolesna lekcja i najprawdopodobniej znajdzie się na ulicy.

Czy jest to w ogóle możliwe? Oczywiście, ja sam znam osobiście ludzi, którzy to zrobili, co prawda w UK, ale system bankowy w bloku IMF jest wszędzie niemal jednakowy.

Oto kilka ciekawostek na ten temat, które mogą się przydać w studiowaniu tematu.

  1. Jeżeli podstawą powstania „kredytu” jest podpis Jasia, i bank nie udziela żadnej pożyczki tylko monetaryzuje (tłum. – monetising) umowę Jasia zgodnie z bills of exchange act – to co to znaczy? Ano znaczy to, że jeżeli bank niczego nie pożyczył, nie ma prawa żądać niczego z powrotem – proste. Jeżeli ja, tylko udaję, że pożyczam ci 100, ale tak naprawdę ci tej stówy nie dałem, to czy mam prawo wołać, żebyś mi oddał tę stówę – plus odsetki? Chyba raczej nie, wydaje mi się.
  2. Skoro bank nie miał tych funduszy, to jak mógł je Jasiowi pożyczyć? Nie mógł.
  3. Jeżeli wg prawa można żądać odsetek tylko wtedy, kiedy występuje ryzyko strat, to jakim prawem bank, nie dość, że nic nie pożyczył Jasiowi, żąda nie tylko tej sumy z powrotem, ale jeszcze paręset procent extra????

Proste pytania wydawałoby się, ale proszę mi wierzyć – trzeba by było pójść bardzo wysoko na drabinie władzy bankowej, żeby otrzymać odpowiedzi. Ja znam kilka osób, które wykładają bankowość, i po 15 minutach rozmowy – stali się bladzi jak ściana, nie mają pojęcia o co chodzi, a często nawet zaprzeczają, nie mając żadnych dowodów na obalenie tych tez – tylko dlatego, że to burzy ich cały świat, fundament zrozumienia, i tak naprawdę zmusza do tego, żeby spojrzeć w lustro i zobaczyć osła w odbiciu.

Miałem również okazję poznać bardzo wpływowego bankiera z CITI, i po krótkiej rozmowie spławił mnie bardzo szybko, myślę, że dobrze wie o czym mówię, bo wytrzeszczył gały i omija mnie wielkim łukiem od naszej rozmowy.

Co dalej z tymi informacjami?

Pamiętacie artykuły na temat prawa kontraktowego? Te warunki kontraktu, bez których ŻADEN kontrakt nie może być ratyfikowany? OK, dla przypomnienia:

– full disclosure: czyli kawa na ławę, WSZYSTKIE informacje przed podpisaniem umowy. Nie muszę dodawać, że w umowie „kredytowej” wszystkie ważne rzeczy są ukryte, prawda?

– Equal consideration: czyli obie strony wnoszą do umowy coś wartościowego… my wnosimy nasz prywatny kredyt wart pół miliona, a bank? A bank wnosi obowiązek dla nas – pracy przez następne 25 lat, po to żeby spłacić nieistniejącą „pożyczkę”… nie ryzykując dosłownie nic, bo nic nam nie dali.

Jeszcze kilka ciekawych rzeczy odnośnie procesu udzielania „pożyczki” i punktów 1, 2, 3.

Ad. 1. Co się stało z umową Jasia, która dała życie funduszom? Warto by było o to zapytać bank. I nie przez telefon, pisemnie, do najwyższej osoby jaką tam znajdziecie. Umówić się na spotkanie, żeby zobaczyć swoją umowę, pierwszą, z własnoręcznym podpisem. Ja obstawiam, że spławią was z kwitkiem, na zachodzie dochodzi do tego, że banki mówią, że nie mają już tej umowy, potrafią powiedzieć nawet, że zgubili… tylko że ta umowa, to własność Jasia i bank nie ma prawa z nią nic zrobić bez zgody Jasia (co prawda, w umowie ukryte jest pełnomocnictwo prawne do tej umowy, o tym napiszę później).

Kiedy i jeżeli w ogóle tam się znajdziecie, popatrzcie na tę umowę, czy jest coś w niej innego, niż było w dzień podpisania. Jeżeli w ogóle ją zobaczycie, będzie podbita niczym czek (endorsement) właśnie po to, żeby posłużyć jako depozyt na nowiutkie konto.

Jeszcze mała ciekawostka – jeżeli nie ma umowy – nie ma „kredytu”… to chyba zrozumiałe? Jeżeli bank twierdzi, że Jaś wisi pół miliona, a nie ma na to dowodu, bo wszystko co posiada w swoich archiwach, to kopie, skany, wydruki, a nie PRAWDZIWA I ORYGINALNA umowa, którą podpisał Jaś własną ręką – nie ma żadnej pożyczki… Jaś nie wisi ani centa. Ciekawe prawda?

Jeżeli ta umowa jest, ale istnieje w innej postaci niż kiedy ją podpisał Jaś, czyli ma jakieś stemple, daty, extra podpisy i tak dalej – to już nie jest ta sama umowa. Ten dokument został zmieniony, i nie można go użyć jako dowodu istnienia „kredytu”, umowy nie ma…

Ad 2. Skoro bank nie miał tych pieniędzy zanim Jaś podpisał umowę, to chyba byłoby mądrze ich zapytać. Oczywiście pisemnie, do wysokiego bankowca w tej placówce, bo pani Jadzia w okienku nie będzie miała zielonego pojęcia o czym mówcie. Takie proste pytanie, zaadresowane imieniem i nazwiskiem: czy może pan/pani potwierdzić, że fundusze na moją „pożyczkę” znajdowały się w posiadaniu banku? Czy jest pani/pan gotowy potwierdzić to pisemnie pod przysięgą, jeżeli zajdzie taka konieczność?

Będą wracać bardzo dziwne odpowiedzi, albo żadne, warto spróbować, w cztery oczy zwłaszcza, zobaczyć jak się bankier zaczyna pocić (przed wyjściem – podpis i odpowiedź na papierze).

Ad. 3. Jeżeli odsetki mogą być zaaplikowane wyłącznie wtedy, kiedy pożyczający ryzykuje swój majątek – to kiedy bank cokolwiek zaryzykował, nie dając Jasiowi zupełnie nic? To jest ciekawy temat, i rozkładając całą akcję „kredytowania” na części pierwsze – można nawet tępemu bankowcowi pokazać, że jest jakiś problem w tym całym obrazku.

To jest tylko kilka rzeczy na temat „kredytu” na mieszkanie, prawda jest taka, że jest więcej sposobów niż jeden na wyzerowanie takiej pożyczki. Znam przypadki kiedy wyjątkowo dociekliwi „kredytobiorcy” dostawali różne oferty od swoich banków w zamian za zamkniecie mordy. Niektórzy ciągnęli aż do sądu, gdzie bank po prostu się nie pojawiał, niektórzy dostawali ofertę obcięcia „pożyczki” o 50%, czasem nawet 70% i oczywiście tzw. non disclosure agreement – czyli umowa o zamkniecie jadaczki pod groźbą więzienia za jej złamanie. Niektórzy nie musieli spłacać już ani grosza, niemniej jednak walka była długa i zacięta.

Proszę nie brać za wyrocznię tego co opisuję, wszystko czym się dzielę, to zbiór informacji, które ludzie w innych krajach udostępniają, ludzie którzy mają w tym doświadczenie, którzy sami przeszli przez tę drogę, często do samego końca.

Proszę samemu zrobić dochodzenie w każdym temacie, nie tylko w tym, to są wskazówki, ciekawostki, których ja jestem pewien, ale dopiero jak sam zrobię proces tak wielki jak „pożyczka” na nieruchomość i wygram – wtedy udostępnię szczegóły – krok po kroku.

Na razie zastosowałem metodę „nie ma umowy – nie ma pożyczki” ratując mojego kolegę. On jakiś czas temu wziął „kredyt” z banku na rozwinięcie biznesu, który mu niestety nie wyszedł. Przestał spłacać tę „pożyczkę”, bank po jakimś czasie sprzedał ją firmie windykacyjnej – nie jednej zresztą i zaczęła się łapanka.

Był już czas, kiedy na drzwiach miał naklejkę z firmy windykacyjnej, że niedługo przychodzą wynosić rzeczy z domu.

Jak to zrobiliśmy? Bardzo prosto. Wiadomo, że bank nie pożyczył mu żadnych pieniędzy, owa umowa zamieniona na czek popłynęła już w siną dal, razem w SPV i dalej na market. Więc bank już jej dawno nie miał. Nie miał jej też w dniu, w którym odsprzedał „pożyczkę” firmie windykacyjnej za jakieś pestki.

Więc wysmarowaliśmy fajne pismo do tejże firmy o treści mniej więcej takiej:

” …bardzo chętnie ureguluję mój rzekomy dług, jaki firma x próbuje ode mnie wyegzekwować, niemniej jednak, aby być zupełnie w zgodzie z prawem, mam tylko jedno żądanie: proszę potwierdzić swoje roszczenia poprzez dowód istnienia tejże rzekomej pożyczki, bardzo proszę o spotkanie, gdzie przedstawiciel pańskiej firmy pokaże mi ową umowę, z moim własnoręcznym podpisem. Jeżeli twierdzi, że to był bank xy, i w jego imieniu następuje windykacja – ów bank powinien posiadać tę umowę.

Zaraz po tym, jak upewnię się, że mają państwo w posiadaniu podstawę do swoich roszczeń – moją umowę o rzekomy kredyt – szybko pobiegnę do bankomatu wybrać pieniądze, żeby wam je wpłacić”.

Bardzo ciekawa odpowiedz nadeszła od tych ludzi:

„…pokażemy wam tę umowę, jak zapłacicie nam £1″…

Prawda, że ciekawe? Po co chcą 1£??? Przecież chcą odebrać tysiące…

To jest temat na osobny artykuł, powiem tylko tyle, że gdybyśmy dali im tego 1£, to pies byłby pogrzebany i mój kolega musiałby spłacać ten fikcyjny dług. Nie daliśmy im nic, bo to oni mają roszczenia i obowiązek udowodnienia ich prawdziwości. Zniknęli jak kamfora, wszyscy. Od czasu do czasu mój kolega dostanie pismo od jakichś innych bidaków (windykatorów), którzy byli na tyle głupi, żeby odkupić po raz kolejny tę „pożyczkę”, której nikt nie może ściągnąć.

Tyle, nikt mu niczego nie zabrał, nie zabrał z konta, z wypłaty, z domu. Jeden list i hieny zniknęły całkowicie.

To nie koniec, wg prawa – jeżeli ktoś ma roszczenia bezpodstawne – a taka firma windykacyjna nie mając umowy ORYGINALNEJ ma tylko takie roszczenia – można im dowalić i to zdrowo.

Wg prawa, ten kto ma nieprawdziwe roszczenia, może być ukarany 3+1, czyli – firma terroryzująca mojego kumpla musiałaby zapłacić mu 3xoryginalną sumę+tę sumę. Czyli jak go ścigali za 20 000£, on poprzez dosyć prosty proces mógł od nich wyciągnąć 80 000£. Nie miał ochoty, ucieszył się tylko, że się odwalili.

Piotras

cdn.

Przekręt wszechczasów część XI

Kontrakty, część 2

Jak się ma nasze życie do tego, czego chcą od nas „rządzący”? Dlaczego roszczą sobie prawa nie tylko do naszych pieniędzy, w postaci nie kończących się podatków (to będzie temat na szokujący artykuł), ale również do naszego czasu, pracy, a nierzadko nawet życia?

Będę się powtarzał jak zdarta płyta, ale to musi zapaść w naszą świadomość: rząd RP to zarejestrowana korporacja (nawet urząd królowej angielskiej to korporacja – mam gdzieś jej numer, podeślę zainteresowanym).

My od wczesnego wieku zostaliśmy skazani wręcz na robienie interesów z tą korporacją. Właściwie to nie interes, tylko wyzysk, bo my nie mamy zupełnie nic w zamian – w tym równaniu tzw. Equal consideration nie istnieje. Ktoś odpowie – dostajemy służbę zdrowia, drogi, szkoły itd. – ale nie jest możliwe, żeby rząd na cokolwiek mógł dać – dlaczego? Bo rząd nie ma nic swojego, wszystko co posiada albo dostał od ludzi albo zabrał siłą. Rząd nie może nam dać czegoś, co już mamy albo co mieliśmy zanim nam to nie odebrał – i tyle.

Rząd RP ma za zadanie tylko jedno, to, co każda firma: przynosić zyski i rosnąć w siłę. Patrząc na to, co się dzieje na polskiej scenie politycznej i światowej nikt nie powinien mieć żadnych złudzeń: ci ludzie nas doją jak starą krowę, póki padnie.

Jak to możliwe, biorąc pod uwagę to, co napisałem wcześniej o warunkach kontraktu? Nasza nieświadomość i całkiem sprawny system ogłupiania, jaki uprawiany jest od wielu lat, jest powodem tego wszystkiego.

A teraz do rzeczy:

  1. Czy kontrakt pod groźbą kary/grzywny jest ważny w świetle prawa (akt urodzenia)? Odpowiedź brzmi: NIE. Nikt nie może być zmuszony do zaakceptowania oferty pod groźbą kary. Gdy ludzie dostają mandat na drodze, pod podpisem dodają „under stress and duress”, co znaczy „pod przymusem”. Pała zazwyczaj jest niedouczona, więc zabiera ów dokument, a „oskarżony o wykroczenie” stawiając się w sądzie kwestionuje ową umowę – to tak w wielkim skrócie.
  2. Dowiadujemy się, że „potrzebujemy” prawa jazdy, bądź dowodu osobistego – ale czy ktoś nam kiedyś wyjaśnił, co się z tym wiąże? NIE, nikt nigdy nam nie powiedział, że to zobowiązuje nas do przestrzegania wielu zasad korporacyjnej RP! Więc ten kontrakt jest nieważny – NO FULL DISCLOSURE, żadne warunki nie były mi objaśnione.
  3. I to, co najważniejsze – EQUAL CONSIDERATION, czyli co takiego ten skorumpowany do szpiku kości twór, jakim jest korporacyjna RP, może mi dać, czego sam już nie miałem? NIC, zupełnie NIC!

Ja mam przez 45 lat płacić grube tysiące na ZUS, żeby na koniec życia, ok. 70-ki, dostać jakieś głodowe ochłapy? Rząd robi drogi? Gówno prawda, 3/4 ceny benzyny to podatek i podatek drogowy, który ma być przeznaczony na budowę i naprawy dróg. Ja płacę za drogi każdym litrem benzyny kupionej na stacji! A może służba zdrowia – dzisiejszy obraz nędzy i rozpaczy, gdzie ludzie płacący krocie całe życie czekają rok na badania i zdychają jak muchy po muchozolu zanim ich przebadają?

Gdzie są dochody z zasobów polskiej ziemi? Gdzie są dochody z majątków rdzennych ludzi? Gdzie są biliony, jakie zarabiają z kabałą bankową, żerując na niewiedzy i głupocie ludzkiej? Nie będę się zapędzał, bo mi żyłka pęknie, więc trzymajmy się tematu.

Otóż żaden z tych pseudo-kontraktów z rządem nie jest prawomocny! Żaden! Tylko pytanie, jak im to udowodnić. Niestety, znajomość prawa, nawet na wysokich stołkach, jest znikoma, wierzcie mi, można takiej pale na ulicy cytować prawo, a on w swojej pustej mózgownicy nie zrozumie. Zostaje nam na pierwszy ogień logika, i dopiero jak ściana z cegieł ignorancji padnie, można posiłkować się prawem.

Jak to robić? Zadawać pytania, tak, dobrze czytacie – nie stawiając tezy, tylko zadając pytania. Język angielski jest trochę magiczny, i tu się zwracam do wszystkich rodaków, których bardzo bodzie, że trochę mieszam języki – język polski ma mnóstwo słów zaczerpniętych z angielskiego, czy chcemy czy nie.

ASKING QUESTIONS… zadawać pytania,

AS KING… jako król – zabawne prawda? Ten, który zadaje pytania kontroluje konwersację. Nie ten który odpowiada! Król pyta, podwładny odpowiada…

Więc zadając sługusom systemu logiczne pytania, w kilka minut objawimy im, jak bardzo to, co robią nie ma sensu i jest po prostu czystym wyzyskiem.

„Jechał pan 10 km na godzinę za szybko”.

„Tak? A komu zrobiłem krzywdę tym, że jechałem w taki sposób?”

„Nikomu, ale mógłby pan, bo jechał pan za szybko, poza tym znak drogowy mówi jasno i ustawa o ruchu drogowym”.

„Po pierwsze, znak nie mówi, bo to kawałek metalu, po drugie, nie stawia się zarzutów za przestępstwo jeszcze nie popełnione, to nie Minority Report („Raport mniejszości”) ani sci-fi, po trzecie, jaki ma pan dowód na to, że owa ustawa mnie obowiązuje?”

Mogę zagwarantować jedno – pała będzie co najmniej zirytowana taką wymianą zdań. Na pewno będzie upierał się przy swoim, pamiętajmy – on tu nie jest od myślenia, tylko od zarabiania pieniędzy dla korporacji RP, jak grzeczny piesek.

Nie twierdzę, że przeprosi i puści wolno, to jest tylko wprowadzenie do sposobu myślenia, jaki dla cyborgów systemu jest bardzo niewygodny.

Pytając o prawo jazdy ludzie często robią taki manewr:

Pała: „Prawo jazdy proszę”

„Proszę bardzo, proszę zanotować, że ten dokument nie należy do mnie, ja jestem tylko jego użytkownikiem. Należy on do rządu, nie do mnie. Ponadto w czasie prowadzenia pojazdu nie wykonywałem tej czynności jako pracownik RP”.

Wiem, że w Polsce na razie jest to niemożliwe, ale wszystko zaczyna się kiedyś. Za jakiś czas, to nie będzie brzmiało jak halucynacje, na zachodzie ludzie robią to od lat.

Żaden z tych oszukańczych kontraktów nie jest ważny, żaden! Zostaliśmy oszukani i perfidnie wkręceni w owe umowy, podatki wszelakiej maści – to dobry szwindel, ale o tym w następnym artykule.

Na zakończenie, proszę pomyśleć tylko przez chwilę, te wszystkie „dokumenty”, jakimi posługujemy się na co dzień – kto nam kiedykolwiek cokolwiek wytłumaczył na ich temat? NIKT I NIC. Powiedziano nam – „musisz mieć dowód”, bo tak mówi prawo, a my jak stado baranów grzecznie robimy, co nam każą.

Pora trochę pomyśleć, nie twierdzę, że mamy wszyscy latać jak wariaci bez identyfikacji, jeździć samochodami bez blach i przekraczać granice kiedy tylko nam się zachce. Nie w tym rzecz! Problem polega na tym, że korporacje pozorują prawa naturalne, logikę i zwykły zdrowy rozsadek, żeby nas zniewolić.

Nie ma nic złego w posiadaniu ID czy jakiejś formy dowodu na to, kim jesteśmy, nie ma nic złego w rejestracji auta, żebyśmy wiedzieli, kto jest właścicielem czego i kogo szukać jak ucieknie z miejsca wypadku i tak dalej. Problem pojawia się w tym, że razem z tymi niezłymi pomysłami na ułatwienie życia, nienasycony kleszcz w postaci rządu RP idzie na całość. Co mam na myśli?

  1. Prawo jazdy zobowiązuje do przestrzegania ustaw o ruchu drogowym i milionów mandatów dla tych, którzy są oporni (siano dla RP);
  2. Dowód osobisty łączy się z nieokreśloną czasowo (z założenia – dożywotnio, 24/h) przynależnością do korporacji RP i zmusza do przestrzegania milionów bzdurnych ustaw i podatków (siano dla RP);
  3. Rejestracja samochodu w urzędzie, przy udziale prawa jazdy i dowodu osobistego to dobrowolne przeniesienie własności (auta) do jurysdykcji korporacji RP, a co za tym idzie obowiązek posiadania OC i płacenia podatków od własnego samochodu (siano dla RP);
  4. Podejmowanie pracy przy udziale dowodu osobistego powoduje obowiązek płacenia podatków (siano dla RP);
  5. Lokowanie zarobków na koncie pracownika RP, założonego przy pomocy dowodu osobistego, oznacza zgodę na dowolne zajmowanie kont każdego, kto wg rządu ma długi (siano dla RP).

To jest długa lista, mam nadzieję, że trochę naświetliłem ten temat.

Wszystko, co się dzieje w świecie biznesu, czyli od rana do nocy, to kwestia kontraktu, praw których nie znamy. Dzieje się to dzięki publicznej edukacji, która produkuje ludzi-papugi, ludzi bez zdolności logicznego myślenia. Dlatego coraz wcześniej posyłamy dzieci do szkół (dziś: pięciolatki), żeby szybciej zdurniały i dały się doić korporacjom.

Nawet po śmierci robią na nas biznes: osoba prawna jest uśmiercana, a obligacje, dywidendy wypłacane inwestorom i majątek zasobów ziemi przepada, przechodząc w ręce korporacji RP, a rodzina musi bulić kupę siana, żeby pochować milionera, który nawet nie wiedział, że coś ma…

Przezabawna historia, jak popatrzeć z boku. A my się zastanawiamy, czemu (jeżeli istnieją) obce cywilizacje po prostu nie wylądują na ziemi i nie powiedzą „witamy” 🙂 🙂

Piotras

Przekręt wszechczasów część X

Czym jest kontrakt?

Jesteśmy już świadomi, że tak naprawdę działamy wszyscy w świecie biznesu, w którym istnieją tylko korporacje. Skoro tak, to musi być jakieś uniwersalne prawo, które trzyma pieczę nad wszystkimi interakcjami biznesowymi między ludźmi, działającymi pod postacią korporacji (osoba prawna).

To jest prawo kontraktu, kontraktowe, które jest bardzo jasne i jest podstawą nie tylko do egzekwowania należności, ale również do samego istnienia umowy komercyjnej.

Jest jeszcze jedna strona medalu – skoro już wiemy, że rząd RP to nic innego jak korporacja, która chce robić biznes z naszą osobą prawną, bo z tego biznesu żyje niczym kleszcz – musi dostosować się do panujących zasad – tylko kto tak naprawdę o tym myśli, gdy policjant zatrzymuje nas na drodze??? O tym później.

Więc co to jest to prawo kontraktowe?  Jest to zbiór zasad, warunków jakie trzeba spełnić, żeby kontrakt był prawomocny, nic innego. Jeżeli którykolwiek z warunków/praw nie jest dopełniony – kontrakt jest nieważny – z łaciny ab initio – czyli od samego początku, i wszystko, co działo się później również jest nieważne.

To trochę jak z matematyką, jeżeli jest błąd na początku wyliczeń, cała reszta niestety jest też niepoprawna, trzeba wrócić do początku i poprawić ów błąd, nie ma innego wyjścia.

Wyjaśnijmy teraz co to za prawa i jak je rozumieć.

Będę pisać po angielsku i po polsku, bo jeśli coś źle przetłumaczę, ktoś zawsze może mnie poprawić.

  1. MEETING OF THE MINDS, czyli wyrażenie woli wstąpienia w umowę. To jest miejsce, gdzie obie strony w sposób jasny dla wszystkich wyrażają wolę robienia razem interesu. To mogą być rozmowy wstępne, wyrażenie woli pracy dla kogoś i ten ktoś chce o tym z nami rozmawiać, itp. W tej części najczęściej składana jest oferta kontraktu.
  2. FULL DISCLOSURE czyli jasno i w pełni wyrażone warunki umowy. To jest bardzo ważny element wszystkich kontraktów, jeżeli są klauzule których nie rozumiemy, bądź są one ukryte, kontrakt jest nieważny (tu się kłaniają wszystkie nasze interakcje z rządem RP, ale o tym później). Musimy jasno wyrazić nasze niezrozumienie, i żądać wyjaśnienia. Jeżeli obie strony rozumieją i zgadzają się – tu jest podejmowana decyzja o akceptacji oferty.
  3. EQUAL CONSIDERATION, czyli obie strony umowy wprowadzają wartość do tego biznesu – obie strony muszą włożyć coś wartościowego i porównywalnego, np. moja praca za wypłatę, moje zdolności za pieniądze, itp. Kontrakt typu ‘5 zł za nerkę’ nie ma prawa bytu, nawet jeśli się jakiś wariat na to zgodzi – bo intencja jest nieuczciwa.

Jest jeszcze mnóstwo drobniejszych warunków, ale te 3 są podstawowe, są niezbędne, żeby jakikolwiek kontrakt był prawomocny. Nie ma od tego żadnych wyjątków. I tyle.

Teraz chłodnym okiem proszę pomyśleć: ile razy bierzemy udział w kontraktach na co dzień? Proszę bardzo, dzień z życia Jasia:

  1. Śpimy w domu, za który płacimy bądź czynsz, bądź „kredyt”.
  2. Korzystamy ze światła – mamy umowę z dostawcą,
  3. Oglądamy telewizję – mamy umowę z dostawcą kablówki,
  4. Jemy kolację – kupiliśmy jedzenie w sklepie, zawarliśmy transakcję ze sprzedawcą,
  5. Dzwoni telefon – wcześniej zakupiony, teraz opłacany,

I tak dalej, i tak dalej, od rana do nocy, robimy interesy, a gdzie w tym wszystkim jest nasz ukochany rząd??? No właśnie, z nim też robimy interesy, czy nam się podoba czy nie.

Otóż, żeby fikcyjny twór – rząd, mógł robić z nami interesy i dosłownie żyć z naszej pracy – musi to robić za pomocą drugiej, nieżyjącej, fikcyjnej korporacji – naszej osoby prawnej. Mimo tego, że są to dwie fikcje, są animowane przez żyjących ludzi, bo tylko w ten sposób mogą ze sobą robić biznes.

Wiem, że to brzmi jak głupoty, ale tak jest. Rząd nie ma prawa nikomu nic kazać, żaden człowiek żyjący i stąpający po ziemi nie jest obiektem żadnych ustaw, pseudo-praw, widzimisię public service, ale korporacje tak… 

Bronisław Komorowski to tylko mężczyzna w brzuchem i głupawym wąsem – on nie może ani mnie, ani tobie, ani nikomu nic kazać. Podczas gdy występujemy w roli korporacji (wylegitymowany dowodem osobistym z numerem PESEL jako pracownik RP), a ów Bronek jest w swojej oficjalnej roli prezydenta  RP – wtedy sprawy nabierają innego obrotu.

Więc jakim cudem ci ludzie, którzy nie orzą ani nie sieją żyją jak pączki w maśle z naszej pracy? Gdzie w tym wszystkim jest prawo kontraktowe? Jak to jest, że oni są korporacją, i my co dzień używający naszej osoby prawnej też jesteśmy korporacją, robimy z nimi interesy, ale nie mamy z tego nic poza problemami??

Tu jest bardzo ciekawy temat. Skoro od momentu urodzenia wchodzimy w jakieś interesy z tzw. rządem, załatwiamy naszej pociesze akt urodzenia, a potem cały szereg innych kontraktów, to nie ma się czemu dziwić, że mości rządzący biorą nas za swoich podwładnych. To jest zupełnie tak samo, jak w każdej firmie: szef będzie doić swoje baranki, a sam zajadać kawior.

Tak, brzmi dziwnie, ale dowód osobisty to kontrakt, prawo jazdy to kontrakt, nawet paszport to kontrakt, mandat przy drodze – kontrakt, grzywna za niezaszczepione dziecko – to kontrakt. I tak bez końca.

Czy te umowy, kontrakty są ważne w świetle prawa? O tym w następnym odcinku.

Piotras