DEKLARACJA WARSZAWSKA – „Karta wolności wyboru w przyjmowaniu tzw. szczepień ochronnych”

Zapraszam do podpisywania DEKLARACJI WARSZAWSKIEJ – „Karty wolności wyboru w przyjmowaniu tzw. szczepień ochronnych”

UZASADNIENIE
W obliczu niekorzystnie zmieniającej się sytuacji odnośnie szczepień w naszym kraju konieczne jest zajęcie stanowiska, które wyrazi wolę świadomych Polek i Polaków.

Zorganizowanie Konferencji „Szczepienia XXI wieku” z udziałem najbardziej znaczących ludzi w Polsce, którzy zajmują się tym tematem, tj. m. in. profesor Doroty Majewskiej, Justyny Sochy, dr Jerzego Jaśkowskiego, Jerzego Zięby, to pierwszy krok. Drugi zaś to utworzenie i obwieszczenie „DEKLARACJI WARSZAWSKIEJ – Karty wolności wyboru w przyjmowaniu tzw. szczepień ochronnych” (pod linkiem: http://fundacja-qlt.pl/)

Zapalnikiem dla tej decyzji była informacja w mediach, że jest pomysł, by odbierać rodzicom dzieci za brak szczepienia… W ten sposób przekroczono moją granicę, swoistą czerwoną linię w ograniczaniu wolności nas – wolnych ludzi, Polek i Polaków.

Są grupy, które uzurpują sobie prawo do podejmowania ryzykownych decyzji w imieniu obywateli świata; którym się wydaje, że mają legitymację dosłownie do wszystkiego, choćby najbardziej absurdalnych posunięć. Najwyższa pora, by powiedzieć temu wyraźne, głośne NIE i wyrazić swój sprzeciw przeciwko osaczającym praktykom, odbieraniu prawa naturalnego rodzicom do decydowania o swoich dzieciach.

Dodatkowo od lat nauka niezależna krzyczy, jak bardzo toksyczne są dzisiejsze szczepionki. Substancje dodawane do szczepień dla niemowląt i małych dzieci są śmiertelnie niebezpieczne i stanowią zagrożenie dla zdrowia i życia. Trudno pojąć, jakim prawem kierują się dziś ci, którzy narzucają rodzicom przymus podawania dzieciom tych toksycznych kompilacji.

Lena Huppert Fundacja QLT

Fundacja QLT – otaczamy kultem prawdziwą jakość – QLT!

TWÓJ PODPIS JEST NAPRAWDĘ WAŻNY! ZRÓB TO TERAZ!

DEKLARACJA WARSZAWSKA – „Karta wolności wyboru w przyjmowaniu tzw. szczepień ochronnych”

Komentarz polskiego prawnika do Przekrętu wszechczasów – cz. 5

Podatek od nieruchomości

Odnosząc się do pytania Astromarii – „Wygląda na to, że władza po raz kolejny robi nas w bambuko: sprzedaje nam ziemię, i jednocześnie traktuje ją jako swoją własność, od której trzeba płacić haracz – czujesz problem? Mamy tu podobny problem, jak w przypadku podwójnego opodatkowania. Albo ziemia należy do państwa, które nam ją udostępnia i wtedy (co logiczne i słuszne) musimy za to płacić haracz, albo państwo sprzedaje nam tę ziemię na własność i jako właściciele nie mamy za co płacić haraczu. Czy z prawnego punktu widzenia można się z państwem o to procesować i wygrać?”

Problem jest w tym, że w ogóle ustala się podatki od nieruchomości – osobiście uważam, że jest to rozbój w biały dzień. Dlaczego np. jak wybuduję sobie dom za własne pieniądze, na własnej działce (która też coś kosztowała), mam corocznie płacić państwu daninę w postaci podatku do nieruchomości (nawet jeśli wynosi to kilka stówek rocznie)? Dotyczy to każdej nieruchomości – mieszkania w bloku, działki, pola na wsi itd. Jeśli chodzi o czynsz to na tę opłatę można się jeszcze zgodzić (na samą opłatę, bo kwestia jej wysokości to inna sprawa), ponieważ z czynszu opłacane jest np. sprzątanie klatki, piwnic, wykonywanie drobnych napraw czy remontów. Podatek od nieruchomości ma zaś na celu zasilenie skarbonek samorządów terytorialnych (gmin). Stąd też każda gmina ma inne stawki tego podatku. Obowiązek jest jeden na cały kraj, zaś uszczegółowienie opłat jest zależne od konkretnych miejscowości (stąd w każdy mieście mamy inne stawki). Uniknięcie tego podatku czy walka przed sądem o jego zniesienie jest ogólnie rzecz biorąc prawie niemożliwa, bo podatek ten wynika z ustawy, czyli aktu prawnego obowiązującego w całym kraju oraz z aktów prawa miejscowego (uchwał rad gmin) obowiązujących w poszczególnych gminach. Ustawy te i uchwały wynikają zaś z samej Konstytucji, bo to ona właśnie daje prawo „władzy” do tworzenia jakichkolwiek podatków. Przed sądem raczej nie wygramy, bo każdy sąd stwierdzi, że skoro obowiązek płacenia podatków wynika z ustawy, to trzeba się do niego stosować. Wiem, że te podatki są całkowicie pozbawione sensu, bo zasilają wynagrodzenia tzw. budżetówki, czyli całej masy urzędników na czele z posłami, senatorami, prezydentem, ministrami itd. A dlaczego trzeba podwyższać podatki? Bo koszty życia z roku na rok rosną, a „władza” przecież musi z czegoś (czytaj: z nas) żyć. Dlaczego oni mają tak wysokie pensje (min. 10 tys. zł plus dodatki), skoro szeregowy pracownik zarabia miesięcznie minimalną pensję (ok. 1200 zł na rękę)? Sami widzicie, że podatki są nie po to, aby budować drogi, szpitale itd., tylko żeby utrzymywać pasożytów. Moim zdaniem posłowanie czy senatorowanie powinno być albo społeczne albo za minimalną pensję – wtedy nikt nie pchałby się na stołki do stolicy i okolic. Ale kto tworzy prawo? Posłowie i senatorowie – a skoro mogą sami sobie tworzyć przepisy, to czemu nie mogą tworzyć sobie dużych podatków i wysokich pensji? A to wszystko zgodnie z prawem i pod naszym zezwoleniem. Aby obejść ten podatek, trzeba byłoby wykazać, że jest niezgodny z Konstytucją – a tego się zrobić praktycznie nie da, bo Konstytucja twierdzi, że podatki trzeba płacić i od tego są ustawy. Jedyne rozwiązanie to zmiana Konstytucji, ale tego dokonać może wyłącznie Sejm i Senat (a wiemy kto tam zasiada). Owszem możemy też nielegalnie wybudować dom gdzieś w lesie, siedzieć cicho i nic nikomu nie zgłaszać – tylko, że jak ktoś podkabluje nas urzędnikowi, możemy mieć problem :/

Być może komuś przyda się takie rozwiązanie – kiedy powstaje obowiązek podatkowy podatku od nieruchomości? W momencie zakończenia budowy lub pierwszego zasiedlenia budynku. Jeśli właściciel nie zgłosi, że się wprowadził, gmina nie ściągnie podatku, bo nie ma do tego żadnego prawa. Jest to zatem rozwiązanie jedynie dla tych, którzy mają w planach budowę domu lub dopiero co się budują. W praktyce póki właściciel domu nie złoży do urzędu gminy zawiadomienia o zakończeniu budowy, to podatku nie ma obowiązku płacić i nic mu wtedy nikt zrobić nie może. A co za problem przedłużać formalnie budowę domu? Wiem, że jest to tylko czasowe rozwiązanie, no ale zawsze jest to coś. Co więcej, podatek należy płacić od pierwszego zasiedlenia, więc póki sami nie zgłosimy tego do urzędu, to jak skontrolują nas, że mieszkamy w naszym nowym domku? W praktyce nikt żadnego urzędnika nie wyśle w teren, żeby sprawdził czy rzeczywiście tam mieszkamy. Kłopot w tym, że donieść na nas może „życzliwy” sąsiad. Jest tu jednak jeden haczyk – jak wyjdzie na jaw, że dosyć długo ukrywaliśmy się przed tym podatkiem (mieszkając np. kilka lat bez zgłaszania tego do urzędu), to mogą na nas nałożyć kary finansowe wraz z odsetkami od tych zaległych, nieopłaconych podatków.
Ostatnio dowiedziałem się od kolegi adwokata, że podatki są tylko obowiązkowe dla biednych i średnio zamożnych, tj. dla większości z nas (chodzi o podatek dochodowy, czyli popularny PIT lub CIT). W przepisach są bowiem takie kruczki prawne, że gdy osiąga się pewien bardzo, bardzo wysoki dochód, to wtedy nie obowiązują Ciebie żadne podatki. Ten przywilej jest jednak dostępny tylko dla bogatych Polaków, tj. prezesów potężnych firm, banków itd. O tym się jednak głośno nie mówi. Nawet jeśli jesteś ciut biedniejszy od ultrabogaczy, to też nie musisz płacić za dużo. Dzięki czemu? Dzięki ulgom podatkowym np. na różnego rodzaju instytucje charytatywne. A kto powiedział, że taką instytucję nie może prowadzić np. Twój znajomy czy daleka kuzynka? Tak właśnie działają przekręty podatkowe na najwyższych szczeblach – kasa zostaje w jednym kręgu, tak aby nie trafić do Skarbu Państwa. Kto więc utrzymuje system podatkowy? Biedni i średniozamożni, czyli ¾ naszego społeczeństwa.

@Walirlan dobrze napisał, że podatki są haraczem. Jaka jest między nimi różnica? Tylko taka, że haracz jest nielegalny, bo nie ma do niego ustawy, a podatek jest legalny, bo mamy do niego konkretny przepis. Dla mnie tak naprawdę to żadna różnica, tylko okradanie ludzi w białych rękawiczkach.

Jak się nie dać komornikowi?

Jeśli ktoś wie, że ma mieć zlicytowaną jakąkolwiek nieruchomość, to sposobem na skuteczne i teoretycznie nieskończone odwlekanie sprzedaży jest …. nieodbieranie pism sądowych ani komorniczych. Generalnie zasada jest taka, że jak nie odbierzemy pism sądowych czy urzędniczych po dwukrotnym awizowaniu, to listy z pismami wracają do sądów lub urzędów i traktowane są jako doręczane. Podobnie jest gdy odmówimy przyjęcia takiego pisma. Ogólnie rzecz biorąc nie polecam zostawiać pism sądowych bez odbioru lub odmawiać ich przyjęcia. W sprawie egzekucyjnej z nieruchomości jest jednak inaczej. Jeśli wiemy już, że wydany został wyrok na podstawie którego komornik może zlicytować Ci dom, działkę, mieszkanie lub jakąkolwiek inną nieruchomość, to nie odbieraj od niego, ani od sądu żadnej następnej korespondencji. Przed każdą sądową licytacją istnieje obowiązek doręczenia dłużnikowi pisma z zawiadomieniem o terminie tej właśnie licytacji. Co jednak jeśli pismo nie trafi do rąk dłużnika, tj. nigdy on go nie odbierze, zignoruje awizo, wyjedzie na wakacje, na stałe za granicę? Wtedy nie działa ogólna zasada, że niedoręczone pisma trafiają z powrotem do sądu i traktowane są jako doręczone. Wtedy licytacja jest skutecznie zablokowana i póki dłużnik nie odbierze pisma (bądź ktokolwiek z jego rodziny), póty licytacji nie będzie. Jest to jedyny wyjątek pozwalający na nieodbieranie pism sądowo – komorniczych w pełni legalnie i bez żadnych prawnych konsekwencji? Co to więc nam daje, ano to że nieruchomość nigdy nie zostanie zlicytowana, a więc cały czas będzie własnością dłużnika. To z jakich powodów dłużnik nie odbierze pisma, nikogo nie powinno obchodzić – możecie się wyprowadzić gdziekolwiek, wynająć to mieszkanie i czerpać zyski z najmu (zaznaczcie jednak najemcy, żeby nie odbierał żadnych pism sądowych i mówił doręczycielowi, że nie wiem gdzie jest właściciel mieszkania). Jeśli nawet ktoś odbierze za Was pismo o terminie licytacji, to w żadnym wypadku nie pojawiajcie się na niej w sądzie – no chyba, że sami odebraliście pismo i własnoręcznie pokwitowaliście jego odbiór. Sądy i komornicy nie szukają takich dłużników, szczególnie jeśli dowiedzą się, że dłużnicy przebywają za granicą. W praktyce znam jeden przypadek, gdzie dłużnik sobie pojechał na wakacje na zachód Europy i siedzi na takich wakacjach już od 2-3 lat, a licytacja jego nieruchomości odbyć się nie może i nigdy się raczej już nie odbędzie. Gościu sobie jeździ po Europie, wynajmuje to mieszkanie, ma z niego kasę, a sąd zrobić nic nie może, bo ma związane ręce.

Prawa naturalne i zwyczajowe

Prawa te przejawiają się tylko co jakiś czas w przepisach prawa polskiego, ale nigdy nie są i nie będą źródłem prawa w Polsce. Innymi słowy, w jakimkolwiek procesie sądowym czy sprawie urzędniczej nie można skutecznie powoływać się na prawa naturalne czy prawa zwyczajowe, chyba że wprost wynikają z ustaw lub umów międzynarodowych. Zupełnie inaczej jest w anglosaskim systemie prawnym, gdzie można skutecznie z tych dwóch praw korzystać i wygrywać dla siebie procesy. Jednym sposobem wdrożenia praw naturalnych do naszego systemu prawnego jest takie tworzenie ustaw, aby były one jak najbardziej bliskie prawom naturalnym. Tu jest o tyle prościej, że projekt ustawy mogą zgłosić sami obywatele (minimum 100 tys. obywateli) – jak ustawa będzie dobrze napisana, to powinna przejść przez cały Sejm i Senat. Ja bym dodał jeszcze do tego, że trzeba byłoby ją odpowiednio nagłośnić w mediach, żeby ludzie w końcu obudzili się i uwierzyli, że sami mogą pisać sobie prawo.

Prawo spadkowe

Jak pisałem już we wcześniejszych komentarzach, polskie prawo spadkowe jest dosyć złożone, a prawa czy obowiązki spadkobierców w dużym stopniu zależą od konkretnej sytuacji związanej z rodziną i całym spadkiem (stąd nie ma i nie będzie jednej cudownej rady dla każdego).

Zacznijmy od zachowku – jest to takie coś, co należy się najbliższej rodzinie zmarłego, jeśli nie zostali oni dopuszczeni do dziedziczenia. Innymi słowy jest to prawo do żądania części spadku od osoby, która go dostała. Przykładowo zmarły miał żonę i dwóch synów, ale cały spadek przepisał sąsiadce (bo miał taki kaprys), wtedy to właśnie żona jak i synowie mają prawo żądać zachowku od tej sąsiadki. Zachowek wynosi 2/3 tego co normalnie przypadłoby Ci w spadku, gdybyś dziedziczył (czyli np. jesteś żoną, która nie dostała nic w spadku, bo mąż przepisał wszystko na córkę – wtedy możesz żądać 2/3 tego co byś miała, gdybyś dziedziczyła razem z córką bez testamentu, a więc 2/3 z ½, czyli zachowek wynosi 2/6, a więc 1/3). Od wielkości zachowku są pewne wyjątki, ale to nie na ten temat. Sprawa z zachowkiem jest o tyle ciekawa, że jeśli jesteś spadkobiercą i nikt od Ciebie tego nie żąda, to nie musisz nic płacić (nawet jak ktoś będzie 10 razy dziennie marudził, że należą mu się pieniądze po zmarłym). Póki więc nie założy sprawy w sądzie, póty nie warto nic płacić. Co więcej, ludzie wymyślają sobie kosmiczne zachowki, po to żeby ściągnąć od spadkobiercy jak najwięcej kasy – wtedy jak ktoś taki założy sprawę do sądu, wystarczy podnieść przed sądem, że żądana kwota jest za duża i sąd ustali ją za pośrednictwem biegłego. Oczywiście zrobi to na koszt tego, kto dochodzi zachowku. W praktyce może być tak, że koszt takiego biegłego i całej sprawy sądowej będzie tak duży, że z otrzymanego zachowku nie będzie już niczego, albo trzeba będzie od sprawy dopłacić. Stąd pozwy o zachowek nie są zbyt częste. Co więcej, żądać zachowku można tylko przez 5 lat (kiedyś były to 3 lata), od chwili ogłoszenia testamentu w danej sprawie (czy to przez sąd czy notariusza). Tak więc jeśli minie te 5 lat i nikt się nie upomina od Ciebie jako od spadkobiercy żadnego zachowku, to po tym czasie nie musisz nic już nikomu płacić, nawet jak założy sprawę sądową.

Jeśli chodzi o dziedziczenie długów – niewiele osób wie, że długi to też spadek. Nie mamy w naszym prawie rozgraniczenia, że dziedziczy się tylko to co majętne i wartościowe (domy, samochody, działki, biżuterię). Wszystkie pozostawione i niespłacone długi zmarłego muszą być uregulowane przez tego kto stał się spadkobiercą i przyjął spadek. Jak ominąć obowiązek płacenia zaległości za zmarłego? Najprościej odrzucić spadek (jest na to 6 m-cy od chwili, gdy dowiedzieliśmy się że jesteśmy spadkobiercami). Jeśli jednak w ciągu tych 6 m-cy nie odrzucimy spadku, to automatycznie go nabywamy. Od jesieni 2015 r. jest jednak o tyle lepiej, że jak nie odrzucimy spadku i go nabędziemy w powyższy sposób, to następuje tzw. nabycie z dobrodziejstwem inwentarza, czyli z ograniczeniem odpowiedzialności za długi spadkowe. Przykład: zmarły zostawił nam samochód warty 10 tys. zł i dług na 20 tys. zł – jak nabywamy spadek z dobrodziejstwem inwentarza, to musimy spłacić tylko 10 tys. zł długu, a nie całość. Jak nabędziemy spadek wprost, to musielibyśmy zapłacić całą zaległość. Do jesieni 2015 r. w przepisach było tak, że jak w ciągu 6 m-cy od śmierci spadkodawcy nie odrzucisz spadku lub nie przyjmiesz go z dobrodziejstwem inwentarza, to nabywałeś spadek właśnie wprost – czyli za dług odpowiadało się bez ograniczenia. Np. samochód był warty 10 tys. a dług 30 tys., to płaciłeś cały ten dług. Ludzie często nie wiedzieli o długach zmarłego i nabywali spadek wprost, albo nie wiedzieli w ogóle że muszą składać jakieś tam oświadczenie przed notariuszem czy sądem o nabyciu lub odrzuceniu spadku, mijało 6 m-cy i nabywali z automatu spadek wprost i grzęźli w długach. Teraz jest o tyle lepiej, że nawet jak są długi, to wszystkiego nie trzeba spłacać, tylko tyle ile dostało się od zmarłego prawdziwego majątku.

Nie każdy wie, że od nabytego spadku trzeba zapłacić podatek (tak jak od darowizny). Ale jest sposób, aby w ogóle go nie płacić. Jeśli spadkobiercą jest małżonek, zstępni (dzieci, wnuki itd.), wstępni (rodzice, dziadkowie itd.), pasierbowie, rodzeństwo, ojczym i macocha, to nie płacą oni podatku od spadku niezależnie od wartości spadku, który dziedziczą. Ale jest jeden warunek – muszą oni zgłosić fakt nabycia spadku na formularzu do swojego urzędu skarbowego (jak w spadku jest nieruchomość, to do urzędu gdzie ta nieruchomość się znajduje) – termin na to to 6 m-cy od uprawomocnienia się postanowienia o stwierdzenia nabycia spadku lub wydania notarialnego poświadczenia dziedziczenia. Jak ktoś się zagapi i podatku nie zapłaci, to skarbówka prędzej czy później się o niego upomni i doliczy odsetki za zwłokę. A płacić podatek kilkuprocentowy od np. chałupy wartej 300 tys. zł plus odsetki, na pewno nie jest fajne.

@magdaOneWay pytała się o kwestię długów ZUS zmarłej mamy – praktyka jest taka, że ZUS ściga często długi już przedawnione. Przedawnienie takich długów wynosi 5 lat – jeśli w tym czasie (tj. 5 lat od powstania długu), ZUS się nie odezwie słowem, nie założy sprawy spadkowej, to dług się przedawnił i nie mogą skutecznie dochodzić jego realizacji, nawet przed sądem. Chyba, że wystraszony dłużnik lub spadkobierca zgodzi się na ugodę czy zapłaci choćby 1 zł, wtedy jest ugotowany i płacić musi już do końca i wszystko, bo przyznał się do długu. Podkreślę, że te 5 lat przedawnienia dotyczy jednak składek wymagalnych po 1 stycznia 2012 r. Starsze składki objęte są wciąż 10-letnim terminem przedawnienia. A zatem nawet w 2017 roku ZUS może w świetle prawa ubiegać się o zaległe, niezapłacone składki z roku 2007. Oczywiście ZUS sobie czeka do ostatniej chwili, żeby naliczać odsetki, ale wtedy można odpowiedzieć mu, że do tej pory nie było żadnych wezwań do zapłaty – jak minie te 10 czy 5 lat to wtedy dajemy sobie spokój i piszemy, że dług się przedawnił. Jak nie minęło tyle czasu, a dług się nie przedawnił, to zawsze można skorzystać z tego, że przyjęło się spadek z dobrodziejstwem inwentarza i zapłacić tyle, ile się faktycznie od zmarłego dostało. A jeśli się nic nie dostało, to wtedy też nic z długu nie spłacamy. Tak więc @magdaOneWay, jeśli Twoja mama zmarła przed 2012 r., a minęło już ponad 10 lat, to niech ZUS spada na drzewo – szczególnie jeśli w tym czasie nie założył Ci żadnej sprawy sądowej 🙂

@bartekblog Jeśli uważasz, że nie popełniłeś wykroczenia, to miałeś pełne prawo odmówić przyjęcia mandatu. Sprawa trafia wtedy do sądu, ale jeśli nie dostałeś choćby jednego zawiadomienia o terminie rozprawy i sąd wydał wyrok, to jest to podstawa do jego podważenia (nawiasem mówiąc, jaki sędzia wydaje wyrok w takiej sprawie, nawet nie tyle bez przesłuchania osoby rzekomo popełniającej wykroczenia, co bez sprawdzenia czy taka osoba została w ogóle powiadomiona skutecznie o rozprawie). Nie wiem ile czasu minęło już od wydania tego wyroku, bo jeśli do 21 dni to można składać apelację i podważyć cały wyrok opierając się na tym, że został on wydany niezgodnie z przepisami (bo nie powiadomili Cię o rozprawie). Jeśli jednak minęło już te 21 dni, to wtedy składa się skargę o wznowienie postępowania w sprawie – opierając się także na tych samych przesłankach. To jest taki ogólny zarys postępowania, jeśli chcesz szczegółów to musisz napisać mi na prywatnego maila, który możesz dostać od Marii.

Lavo

Przekręt wszechczasów część XXII

Magia sądów

Wybaczcie, że rzadko piszę, ale mam sporo na głowie. Napiszę trochę na temat sądów i co się tam dzieje – to jest dopiero temat, ja sam wciąż się uczę i muszę powiedzieć, że wciąż mam japę rozdziawioną dowiadując się więcej na ten temat.

System, w jakim żyjemy upewnił się, że ma tzw. ramię wykonawcze, czyli ludzi na odpowiednim stanowisku, którzy będą robić dobrą robotę „karząc” opornych i tych, którym się wydaje, że sami mogą sterować swoim życiem.

Część tego ramienia to oczywiście policja, ale dużo ciekawszym departamentem jest sądownictwo, system „sprawiedliwości”, coś co jest tak odlegle od samej definicji sprawiedliwości jak Ziemia od Marsa – albo jeszcze dalej.

Zanim podzielę się tym, czego zdążyłem się dowiedzieć, proszę zrozumieć, że to tylko kropla w morzu. Wciąż dowiaduję się nowych rzeczy i czasem te, które już niby wiem muszą być nieco skorygowane. Matrix jest dynamiczny, ma swoje fundamenty niewoli, ale musi się dostosowywać do potrzeb współczesnego niewolnika. Najlepszym przykładem jest obecność wytrenowanych sędziów, tzw. sniper judge – czyli ludzi, którzy będą zaginać na wokandzie nawet wprawionego Freemana.

Zacznijmy od początku, bo to jest dosyć ważne, żeby dotrzeć do magii jaką jest sąd, ról ludzi grających to przedstawienie i kim MY jesteśmy w tym całym burdelu.

Muszę zaznaczyć, że będę podawał przykłady z UK, mimo, że schemat jest niemal identyczny w większości krajów IMF, a może nawet dokładnie taki sam.

Pamiętając, że dzisiaj kraje są korporacjami, to byt biznesowy, który ma za zadania rozrastać się jak najbardziej (bogacić), więc poza tradycyjnym strzyżeniem owiec, takim jak podatki wszelakiej maści, muszą mieć dodatkowe źródło dochodów, coś, co będzie pod ręką na co dzień. Nie tylko po to, żeby zarabiać, ale również po to, aby trzymać stado w ryzach, rok po roku zaciskać kaganiec i zdobywać jak największą kontrolę, bo ta – dla ludzi, którzy mają władzę tworzenia pieniędzy jest najsilniejszym afrodyzjakiem.

Każda korporacja ma swoje wewnętrzne zasady, również RP, (dla moich przykładów UK). Tymi korporacyjnymi zasadami są tzw. ustawy (po angielsku ACT). Jest ich z roku na rok coraz więcej i wcale nie muszą być zgodne z logiką, prawem naturalnym, w zasadzie z niczym, co by miało jakikolwiek sens dla zwykłego człowieka. To jest pokaźny zbiór herezji, który służy nabijaniu kabzy i trzymaniu za ryj pospólstwa, niestety.

Jaś jedzie samochodem i zapomniał zapiąć pas, pała stoi w krzakach i macha mu lizakiem, Jaś złamał korporacyjną zasadę i teraz czeka go za to kara. Nie będę się teraz rozpisywał, dlaczego policjant ma „prawo” ukarać Jasia, skupię się na tym, co się dzieje po drodze do otrzymania kary.

Pan policjant wystawia mandat, Jaś podpisuje i od tej chwili ma określony czas na to, żeby zapłacić karę za niedostosowanie się do korporacyjnych zasad o zapinaniu pasów.

Druga część owego dokumentu, zwanego mandatem, trafia do systemu, gdzie przejdzie proces i będzie czekać na tzw. discharge – wyzerowanie, za pośrednictwem pieniędzy wpłaconych przez Jasia.

A co by było, gdyby Jaś został wezwany do sądu, żeby usłyszeć zarzuty i otrzymać karę od „niezawisłego” aktora, którego nazywamy sędzią?

Po pierwsze, ktokolwiek myśli, że ma prawo czuć się równy ze wszystkimi innymi ludźmi wewnątrz systemu – musi poważnie skorygować swoje myślenie. Już sam fakt, że jest ktoś, kto może ŻĄDAĆ od nas stawienia się w określonym miejscu w określonym czasie świadczy o tym, że nie mamy równych praw w żadnym wypadku. Sędziego nie obchodzi, że jesteś zajęty, że masz co innego do roboty, albo nawet to, że jesteś daleko za granicą, jak zechce cię zobaczyć, to masz wszystko rzucić i lecieć na zawołanie niczym pies. Więc to już świadczy o tym, że mamy status zwykłego niewolnika, a wolność, która nam się wydaje, że jest naszym prawem to zwykła iluzja.

Proszę zauważyć jedną bardzo ważną rzecz – aby wystąpiła zbrodnia, musi być kilka elementów, a jej kluczowym elementem jest strona poszkodowana, ktoś kto ucierpiał w jakiś sposób przez nasze działanie bądź brak działania, gdzie była wymagana.

W „prawie” korporacyjnym/ustawowym tego obowiązku nie ma, nikt nie ucierpiał z tego powodu, że nasz Jaś nie zapiął pasa, albo dlatego, że wysiał marchewkę w swoim ogrodzie, czego ustawa wyraźnie zabrania (np. w Kalifornii). Nikomu nic złego się nie stało, niemniej jednak Jaś oberwie po uszach i będzie pracować za darmo, żeby ktoś inny mógł się cieszyć z owoców jego pracy.

Jaś dostaje wezwanie, jedzie grzecznie jak mu każą i na sali zaczyna się szopka, o której trochę napiszemy.

Pierwsze co się dzieje, to sędzia pyta o imię i nazwisko, bądź czyta je sam i zwraca się do Jasia o potwierdzenie. Sam fakt, że Jaś grzecznie rzucił wszystko i przyjechał na wezwanie świadczy o tym, że nie występuje tu w roli człowieka, tylko kogoś, kto ma znacznie niższy status. Jeden człowiek nie ma prawa rozkazywać drugiemu, aby to się stało, muszą istnieć statusy, role – gramy je na co dzien.

Jaś podpisał mandat, zgadzając się z tym, że policjant ma prawo tego wymagać, że Jaś jest podmiotem wobec ustawy, dając swój dowód/prawko jeszcze to potwierdził, potem zjawił się na wezwanie i na koniec potwierdził, że jest JAŚ KOWALSKI, dając temu na wokandzie 100% pewność, że może teraz tego Jasia zmielić na wióry.

System sądowy jest trochę magiczny, nawet słownictwo (ang.) używane w tym przedstawieniu ma swoje znaczenie ezoteryczne, nie dla mas.

Kilka przykładów:

  1. Dokument, na podstawie którego Jaś jest na dywaniku nazywa się CHARGE – pamiętacie Morfeusza z Matrixa, trzymającego baterię w dłoni? I mówi, że ludzie to nic innego niż bateria/energia dla Matrixa? CHARGE używa się miedzy innymi w technologii – to prąd, ładunek elektryczny… ciekawe prawda?

Po angielsku o kimś, kto został oskarżony o wykroczenie mówi się CHARGED, stek bzdur jakie nazywamy zarzutami – CHARGES.

Jaś został „załadowany”, że tak powiem, ujemnie, jest teraz rachunek na jego IMIĘ (korporacyjne), ładunek, który Jaś będzie musiał wyzerować poprzez swoją energię pracy. Jutro wstanie i pójdzie do roboty na jakiś czas i nie będzie mu dane cieszyć się jej owocami, bo jest rachunek do wyzerowania – mandat w wysokości 500 zł, dlatego energia Jasia, jaką zainwestuje w pracę zostanie pochłonięta przez system, żeby wyzerować CHARGE w wysokości 500 zł.

Nikt nie ucierpiał przez Jasia jadącego bez pasów, nikomu nie stała się krzywda, ale zaszło coś, co spowodowało, że pojawił się rachunek do zapłacenia, Jaś swoim własnoręcznym podpisem go zaakceptował, zobowiązał się wziąć pełną odpowiedzialność za swojego pionka w grze (osoba prawna) i dać mu swoją energię, żeby mógł być znów odblokowany (o tym później).

W taki sposób system generuje niewyobrażalną ilość pieniędzy, w taki sposób ludzie spędzają czas pracując za darmo, zostawiając swoje rodziny i oddając owoce swojej nierzadko ciężkiej pracy komuś, kto nie kiwnął nawet palcem, żeby na to zarobić.

Załóżmy przez chwilę, że nasza osoba prawna to pionek do gry w biznes. W momencie postawienia zarzutów złamania zasad gry (ustawy) nasz pionek zostaje niejako zamrożony, nie możemy dalej się nim posługiwać, albo możemy, ale mamy znacznie ograniczone możliwości. Jest pewna kwota, która umożliwi odblokowanie tego pionka, a my – będąc jego animatorem – musimy zapracować na wyzerowanie zarzutów. To telegraficzny skrót, bardzo uproszczony, niemniej jednak najłatwiejszy do zrozumienia.

„To jest tylko biznes” jak mawiają mafiozi zanim wpakują kulkę w potylicę, to jest tylko biznes dla systemu. Jaś jest tylko motorem napędowym swojego pionka (osoba prawna). W związku z tym, że nie ma pojęcia, jaką rolę pełni wewnątrz tej osoby, kim naprawdę jest, system obdarował go najniższym statusem, kimś, kto zawsze buli i nie ma nic do gadania – tzw. trustee.

Jutro Jaś zapindala do roboty żeby spłacić CHARGE, oddać swoje 500 zł za to, że nie zrobił nikomu krzywdy, użyteczny idiota w mundurze policjanta zrobił swoje, system zarobił i fortuna toczy się dalej, pała dalej łapie „klientów”, sędzia czeka na następnego do krojenia, i tak w kółko, to jest genialny system, taki, który nie potrzebuje naprawy, więc polityczne bzdury partyjnych papug – że naprawią system sprawiedliwości mogą sobie wsadzić – wiecie gdzie.

Wracając do samego sądu, bo to jest ciekawe. Sama sala sądowa nie wygląda tak, jak wygląda przez przypadek bynajmniej. Cały układ, rozmieszczenie poszczególnych ludzi, flagi, bramki, pudełka w których siedzą ludzie – wszystko ma ogromne znaczenie, świetne źródło wiedzy na ten temat to FRANK O`COLLINS z Australii, fenomenalny koleś.

Nie jest już wielką tajemnicą dzisiaj, że to, co się dzieje w sądzie to biznes, MARITIME LAW, tylko jakoś ta informacja nie bardzo jest zrozumiała dla ludzi, bo skoro to nic innego niż korporacyjny trybunał – to wymaga naszej zgody na robienie z nami interesów…

Sędzia siedzi nieco wyżej od tzw. oskarżonego, nie dlatego, żeby go lepiej widział, lecz podświadomie rejestrujemy podest jako coś, na czym stoi/siedzi ważna osobistość, autorytet. Wchodząc do sądu przechodzimy przez bramkę, tzw. BAR, po angielsku BAR to również BAR ASSOCIATION, czyli brać adwokacka, każdy adwokat (prawdziwy) ma obowiązek zdania egzaminu BAR, żeby praktykować „prawo”. Bar, czyli ta bramka to również analogia do prawa morskiego. Wchodząc za bramkę wchodzimy na pokład obcej jednostki, tzw. vessel, gdzie nie mamy żadnych praw, zupełnie tak, jak obcy wchodzi na pokład, gdzie ktoś inny sprawuje tu władzę, a on tylko wykonuje rozkazy.

Z jednej strony siedzi prosecutor, czyli oskarżyciel, ktoś, kto z ramienia korporacji będzie przedstawiał zarzuty – charges – naszemu Jasiowi. Ta osoba jest upoważniona przez kierownictwo do upewnienia się, że system dostanie to, czego żąda – czyli Jasiowe 500 zł. Bardzo ciekawa rzecz, to fakt, że oskarżyciel jest odpowiedzialny za to, że Jaś zostanie skazany, jego bond ubezpieczeniowy jest właśnie po to (miedzy innymi), żeby w razie niepowodzenia – Jaś się obronił, zarzuty oddalone – system i tak otrzymał 500 zł. Tak czy siak, system zawsze wygrywa, pieniądze za zarzuty i tak wylądują w systemie, bądź z Jasiowej pracy, bądź z ubezpieczenia oskarżyciela. System ma swój departament, gdzie są obliczane dopuszczalne przegrane, żeby utrzymać iluzję sprawiedliwości. Dzisiaj w sądach ustawowych oskarżyciel wygrywa bodajże 90% spraw, te 10% to tylko sztuczka dla mas, żeby od czasu do czasu odświeżyć iluzję, że można z nimi wygrać.

Jeżeli oskarżyciel, mimo pomocy swojego kompana na podwyższeniu okazuje się zbyt kosztowny i przegrywa zbyt wiele spraw – jego ubezpieczyciel wycofuje polisę i ten zaczyna szukać innej pracy. Mimo, że sądy to korporacyjne trybunały, podtrzymywana jest iluzja sądów publicznych – niby są nasze, więc każdy pracownik owej instytucji to tzw. public servant, więc ktoś, kto musi być ubezpieczony na wypadek zrobienia kuku komuś, zupełnie jak lekarz, policjant itp. Ta polisa ubezpieczeniowa jest bardzo ważna, bo można ją po prostu zaaresztować i pozbawić owego delikwenta możliwości pracy w jakimkolwiek sądzie, o czym później.

Więc mamy Jasia, przekroczył BAR, jest oficjalnie nie tylko na morzu, a nie lądzie, ale jeszcze wlazł z własnej woli na pokład obcej jednostki, gdzie jest tylko gościem, zredukowanym do minimum, bez żadnych praw. Po jednej stronie oficjal – oskarżyciel – pracownik sądu, po drugiej, jeżeli Jaś się zgodził (są kraje gdzie nie masz nic do gadania) jest jego adwokat, obrońca. Ten koleś z kolei będzie robić wszystko (hehehe!!!), żeby naszego Jasia zdjąć z haczyka i sprawić, że wróci do domu i nie będzie musiał tyrać za darmochę (500 zł). Tu trzeba zaznaczyć kilka ciekawych rzeczy. Biorąc adwokata, żeby nas bronił – tak naprawdę robimy sobie ogromną krzywdę, z kilku powodów. Pierwszy, to fakt, że w oczach systemu jesteśmy traktowani jako tzw. INFANT, czyli noworodek, dziecko, które nie ma swojego zdania, po to właśnie dajemy tzw. pełnomocnictwo prawne – power of attorney – nie jesteśmy na tyle ogarnięci, żeby sami się bronić, powiedzieć co mamy do powiedzenia, potrzebujemy dorosłej osoby (obrońcy), żeby za nas to zrobił, zabawna historia…

Ów adwokat/obrońca jest PRACOWNIKIEM SĄDU, tej samej instytucji, która nas tu siłą ściągnęła, marynarzem na obcej jednostce, jednym z „chłopców z ferajny” – dosłownie. Jeszcze raz, żeby się dobrze zrozumieć:

Nasz obrońca, to człowiek pracujący dla tych samych ludzi, którzy nas teraz mielą – sędzia, oskarżyciel, cala ta banda sq….synow, którzy chcą naszej energii pracy (500 zł), a my zatrudniamy kogoś, kto kopie do tej samej bramki!!! Kto przy zdrowych zmysłach robi takie coś???!!!

To nie koniec newsow na ten temat. Nasz adwokat „obrońca” jest pod przysięgą, najwyższą przysięgą, jaką może człowiek w jego sytuacji złożyć – przysiągł lojalność wobec sądu, instytucji, oddał swoją duszę pod banderę tejże jednostki, jego tzw. first duty, czyli 100% lojalność należy się sądowi, nie nam. Co więcej, ów adwokat „obrońca” będzie pracował super ciężko, żeby upewnić się, że nie mamy w sądzie żadnych praw, będzie się prężył na lewo i prawo, żeby nawigować WEWNĄTRZ korporacyjnych bzdur i nigdy nie dopuści, żeby nasz Jaś zaczął zadawać niewygodne pytania, np. – a komu zrobiłem krzywdę jadąc bez pasów?…Tego Jaś nie zobaczy, za to będzie słyszał ustawa nr…. paragraf nr… ustęp nr… i tak dalej, żeby brzmiało mądrze, zawile, tak że Jaś będzie się gapić w malowane wrota, a na koniec dostanie w cymbał (500 zł do zapłaty).

Ten „obrońca” jest bardzo ważną postacią w tym całym kabarecie, nie od parady system ciśnie, żeby „skorzystać” z obrońcy do tego stopnia nawet, że ten będzie przydzielony z urzędu, zupełnie za darmochę (nie do końca prawda), żeby tylko był i robił swoją robotę. Ten człowiek ma jeszcze jedno bardzo ważne zadanie – upewnić się, że wszystko zostaje otwarte do interpretacji, że nie ma w sądowym pliku papierów bardzo ważnego dokumentu – tzw. AFFIDAVIT, czyli zeznania pod przysięgą. Znam osobiście sprawy, które toczą się latami, adwokaci walczą zaciekle, pisma fruwają z jednej strony na drugą, klient płaci słono, a gdy zapytałem się jednego czy złożył choć jedno affidavit, które stwierdza fakty w sprawie – powiedział, że nigdy… taka jest rola obrońcy, bo gdyby było inaczej, sprawy nie ciągnęłyby się latami, a system nie zarobiłby tyle ile się da, dzisiaj obie strony doją lemingi do ostatniej złotówki, a nasza ignorancja pozwala im na to – za naszą aprobatą i na własną prośbę!!!

Gdzieś schowana jest jeszcze jedna postać, bardzo ważna – tzw. CLERK, czyli sekretarz sądu (to niedokładne tłumaczenie). Jego zadanie jest fundamentalne, mimo że postać nie musi być, że tak powiem, na widoku. On nie tylko upewnia się, że jest prowadzony rekord z posiedzenia (to następna farsa do wyjaśnienia), ale również jest odpowiedzialny za zaprzysięganie oraz trzyma oko nad tzw. court seal – czyli pieczęć sądu. Tak naprawdę to postać, która ma ogromną władzę wewnątrz, ale zazwyczaj siedzi w cieniu, bo jego ubezpieczenie jest bardzo wartościowe. Nasz Jaś ma się trzymać od niego z daleka, szarpiąc się z oficerami mniejszej rangi – adwokatami i sędzią.

Jest prowadzony rekord z posiedzenia, są zapisywane/nagrywane zeznania, zarzuty itd., jedno musimy zaznaczyć, to, że jest prowadzony zapis – nie znaczy, że ten zapis będzie dokładny i do użytku publicznego. Co mam na myśli: sąd – korporacja – zatrudnia inną korporację, żeby prowadziła rekord, więc umowa między nimi jest bardzo specyficzna – sąd będzie sobie „wkładał” do akt sprawy tylko to, co sam uzna za stosowne! Niejeden raz widziałem rekord, który był tak wybrakowany, żeby pasować oskarżycielowi, część została dosłownie pominięta, i pojawiając się w sądzie, Jaś powinien głośno i wyraźnie zaznaczyć, że to posiedzenie to sprawa rekordu PUBLICZNEGO, czyli wszystko, co się dzieje ma trafić do akt, WSZYSTKO. Jak myślicie, dlaczego nie wolno mieć swoich urządzeń nagrywających wewnątrz sali sądowej? Dlaczego wiele spraw toczy się za zamkniętymi drzwiami, jak np. sprawy rodzinne tu w UK, gdzie paparuchy w togach zabierają rodzicom dzieci na widzimisię? Dlaczego jest coś takiego jak GAG ORDER czyli zakaz nawet rozmawiania na zewnątrz o sprawie?

Ano właśnie po to, żeby uniknąć sytuacji, że podziurawiony rekord ze sprawy wycieka do opinii publicznej, a my mamy swój rekord, nagrania i nagle robi się z tego afera, – właśnie po to. Dean nie raz na sali darł się na sędziego – gdzie są informacje o pobiciu przez policję, siedzeniu w izolatce itd., sędzia otwiera akta i mówi – „ja tu nic nie widzę panie Clifford”…

Co więcej, każda nowa rozprawa to nowe zdarzenie. Tylko dlatego, że wczoraj był rekord publiczny, więc dziś, jeśli Jaś nie zażąda właśnie tego – może zdarzyć się dokładnie to, co zechce sędzia. Każdego dnia, każdego nowego posiedzenia, Jaś musi zażądać PUBLICZNEGO rekordu, inaczej będą z nim lecieć w przysłowiowe kulki.

Bardzo ciekawa jest ta cała szopka, gdzie Jaś musi wstać na widok sługi publicznego (sędzia) – ktoś kto pracuje dla Jasia, dostał ten stołek od społeczeństwa (jest opłacany z podatków Jasia – przyp. astromaria), teraz każe kłaniać się sobie i wstawać na swój widok – psychologiczna zagrywka. Czarna toga, dostojny wygląd, stołek na podwyższeniu itp., cała otoczka teatru, przedstawienia, gdzie tak naprawdę dzieją się zabawne rzeczy, zabawne dla systemu – i Jaś będzie zapindalał za darmo przez najbliższe kilka dni, żeby oni mieli ubaw.

O flagach maritime już większość dawno wie – złota otoczka flagi świadczy o prawie morskim, tzw. commerce, biznes, nie mający nic wspólnego z prawami człowieka, tu się sądzi interesy, sprawiedliwość nie ma tu racji bytu.

Więc stoi sobie nasz Jaś, zidentyfikowany jako byt korporacyjny (JAN KOWALSKI), bez żadnych praw naturalnych, ludzkich, jakkolwiek sobie to nazwiemy, oddał swoją możliwość obrony pracownikowi tej samej mafii, która tu go silą ściągnęła, i zaczyna się gra, zupełnie jak w tenisa (court = sąd = kort tenisowy), będą odbijać piłkę herezji z jednej strony na drugą, utrzymując iluzję ciężkiej walki, wymieniając się słowami, o których Jaś nie ma zielonego pojęcia, teatr będzie trwał w najlepsze…

Piotras

c.d.n.

Przekręt wszechczasów część XI

Kontrakty, część 2

Jak się ma nasze życie do tego, czego chcą od nas „rządzący”? Dlaczego roszczą sobie prawa nie tylko do naszych pieniędzy, w postaci nie kończących się podatków (to będzie temat na szokujący artykuł), ale również do naszego czasu, pracy, a nierzadko nawet życia?

Będę się powtarzał jak zdarta płyta, ale to musi zapaść w naszą świadomość: rząd RP to zarejestrowana korporacja (nawet urząd królowej angielskiej to korporacja – mam gdzieś jej numer, podeślę zainteresowanym).

My od wczesnego wieku zostaliśmy skazani wręcz na robienie interesów z tą korporacją. Właściwie to nie interes, tylko wyzysk, bo my nie mamy zupełnie nic w zamian – w tym równaniu tzw. Equal consideration nie istnieje. Ktoś odpowie – dostajemy służbę zdrowia, drogi, szkoły itd. – ale nie jest możliwe, żeby rząd na cokolwiek mógł dać – dlaczego? Bo rząd nie ma nic swojego, wszystko co posiada albo dostał od ludzi albo zabrał siłą. Rząd nie może nam dać czegoś, co już mamy albo co mieliśmy zanim nam to nie odebrał – i tyle.

Rząd RP ma za zadanie tylko jedno, to, co każda firma: przynosić zyski i rosnąć w siłę. Patrząc na to, co się dzieje na polskiej scenie politycznej i światowej nikt nie powinien mieć żadnych złudzeń: ci ludzie nas doją jak starą krowę, póki padnie.

Jak to możliwe, biorąc pod uwagę to, co napisałem wcześniej o warunkach kontraktu? Nasza nieświadomość i całkiem sprawny system ogłupiania, jaki uprawiany jest od wielu lat, jest powodem tego wszystkiego.

A teraz do rzeczy:

  1. Czy kontrakt pod groźbą kary/grzywny jest ważny w świetle prawa (akt urodzenia)? Odpowiedź brzmi: NIE. Nikt nie może być zmuszony do zaakceptowania oferty pod groźbą kary. Gdy ludzie dostają mandat na drodze, pod podpisem dodają „under stress and duress”, co znaczy „pod przymusem”. Pała zazwyczaj jest niedouczona, więc zabiera ów dokument, a „oskarżony o wykroczenie” stawiając się w sądzie kwestionuje ową umowę – to tak w wielkim skrócie.
  2. Dowiadujemy się, że „potrzebujemy” prawa jazdy, bądź dowodu osobistego – ale czy ktoś nam kiedyś wyjaśnił, co się z tym wiąże? NIE, nikt nigdy nam nie powiedział, że to zobowiązuje nas do przestrzegania wielu zasad korporacyjnej RP! Więc ten kontrakt jest nieważny – NO FULL DISCLOSURE, żadne warunki nie były mi objaśnione.
  3. I to, co najważniejsze – EQUAL CONSIDERATION, czyli co takiego ten skorumpowany do szpiku kości twór, jakim jest korporacyjna RP, może mi dać, czego sam już nie miałem? NIC, zupełnie NIC!

Ja mam przez 45 lat płacić grube tysiące na ZUS, żeby na koniec życia, ok. 70-ki, dostać jakieś głodowe ochłapy? Rząd robi drogi? Gówno prawda, 3/4 ceny benzyny to podatek i podatek drogowy, który ma być przeznaczony na budowę i naprawy dróg. Ja płacę za drogi każdym litrem benzyny kupionej na stacji! A może służba zdrowia – dzisiejszy obraz nędzy i rozpaczy, gdzie ludzie płacący krocie całe życie czekają rok na badania i zdychają jak muchy po muchozolu zanim ich przebadają?

Gdzie są dochody z zasobów polskiej ziemi? Gdzie są dochody z majątków rdzennych ludzi? Gdzie są biliony, jakie zarabiają z kabałą bankową, żerując na niewiedzy i głupocie ludzkiej? Nie będę się zapędzał, bo mi żyłka pęknie, więc trzymajmy się tematu.

Otóż żaden z tych pseudo-kontraktów z rządem nie jest prawomocny! Żaden! Tylko pytanie, jak im to udowodnić. Niestety, znajomość prawa, nawet na wysokich stołkach, jest znikoma, wierzcie mi, można takiej pale na ulicy cytować prawo, a on w swojej pustej mózgownicy nie zrozumie. Zostaje nam na pierwszy ogień logika, i dopiero jak ściana z cegieł ignorancji padnie, można posiłkować się prawem.

Jak to robić? Zadawać pytania, tak, dobrze czytacie – nie stawiając tezy, tylko zadając pytania. Język angielski jest trochę magiczny, i tu się zwracam do wszystkich rodaków, których bardzo bodzie, że trochę mieszam języki – język polski ma mnóstwo słów zaczerpniętych z angielskiego, czy chcemy czy nie.

ASKING QUESTIONS… zadawać pytania,

AS KING… jako król – zabawne prawda? Ten, który zadaje pytania kontroluje konwersację. Nie ten który odpowiada! Król pyta, podwładny odpowiada…

Więc zadając sługusom systemu logiczne pytania, w kilka minut objawimy im, jak bardzo to, co robią nie ma sensu i jest po prostu czystym wyzyskiem.

„Jechał pan 10 km na godzinę za szybko”.

„Tak? A komu zrobiłem krzywdę tym, że jechałem w taki sposób?”

„Nikomu, ale mógłby pan, bo jechał pan za szybko, poza tym znak drogowy mówi jasno i ustawa o ruchu drogowym”.

„Po pierwsze, znak nie mówi, bo to kawałek metalu, po drugie, nie stawia się zarzutów za przestępstwo jeszcze nie popełnione, to nie Minority Report („Raport mniejszości”) ani sci-fi, po trzecie, jaki ma pan dowód na to, że owa ustawa mnie obowiązuje?”

Mogę zagwarantować jedno – pała będzie co najmniej zirytowana taką wymianą zdań. Na pewno będzie upierał się przy swoim, pamiętajmy – on tu nie jest od myślenia, tylko od zarabiania pieniędzy dla korporacji RP, jak grzeczny piesek.

Nie twierdzę, że przeprosi i puści wolno, to jest tylko wprowadzenie do sposobu myślenia, jaki dla cyborgów systemu jest bardzo niewygodny.

Pytając o prawo jazdy ludzie często robią taki manewr:

Pała: „Prawo jazdy proszę”

„Proszę bardzo, proszę zanotować, że ten dokument nie należy do mnie, ja jestem tylko jego użytkownikiem. Należy on do rządu, nie do mnie. Ponadto w czasie prowadzenia pojazdu nie wykonywałem tej czynności jako pracownik RP”.

Wiem, że w Polsce na razie jest to niemożliwe, ale wszystko zaczyna się kiedyś. Za jakiś czas, to nie będzie brzmiało jak halucynacje, na zachodzie ludzie robią to od lat.

Żaden z tych oszukańczych kontraktów nie jest ważny, żaden! Zostaliśmy oszukani i perfidnie wkręceni w owe umowy, podatki wszelakiej maści – to dobry szwindel, ale o tym w następnym artykule.

Na zakończenie, proszę pomyśleć tylko przez chwilę, te wszystkie „dokumenty”, jakimi posługujemy się na co dzień – kto nam kiedykolwiek cokolwiek wytłumaczył na ich temat? NIKT I NIC. Powiedziano nam – „musisz mieć dowód”, bo tak mówi prawo, a my jak stado baranów grzecznie robimy, co nam każą.

Pora trochę pomyśleć, nie twierdzę, że mamy wszyscy latać jak wariaci bez identyfikacji, jeździć samochodami bez blach i przekraczać granice kiedy tylko nam się zachce. Nie w tym rzecz! Problem polega na tym, że korporacje pozorują prawa naturalne, logikę i zwykły zdrowy rozsadek, żeby nas zniewolić.

Nie ma nic złego w posiadaniu ID czy jakiejś formy dowodu na to, kim jesteśmy, nie ma nic złego w rejestracji auta, żebyśmy wiedzieli, kto jest właścicielem czego i kogo szukać jak ucieknie z miejsca wypadku i tak dalej. Problem pojawia się w tym, że razem z tymi niezłymi pomysłami na ułatwienie życia, nienasycony kleszcz w postaci rządu RP idzie na całość. Co mam na myśli?

  1. Prawo jazdy zobowiązuje do przestrzegania ustaw o ruchu drogowym i milionów mandatów dla tych, którzy są oporni (siano dla RP);
  2. Dowód osobisty łączy się z nieokreśloną czasowo (z założenia – dożywotnio, 24/h) przynależnością do korporacji RP i zmusza do przestrzegania milionów bzdurnych ustaw i podatków (siano dla RP);
  3. Rejestracja samochodu w urzędzie, przy udziale prawa jazdy i dowodu osobistego to dobrowolne przeniesienie własności (auta) do jurysdykcji korporacji RP, a co za tym idzie obowiązek posiadania OC i płacenia podatków od własnego samochodu (siano dla RP);
  4. Podejmowanie pracy przy udziale dowodu osobistego powoduje obowiązek płacenia podatków (siano dla RP);
  5. Lokowanie zarobków na koncie pracownika RP, założonego przy pomocy dowodu osobistego, oznacza zgodę na dowolne zajmowanie kont każdego, kto wg rządu ma długi (siano dla RP).

To jest długa lista, mam nadzieję, że trochę naświetliłem ten temat.

Wszystko, co się dzieje w świecie biznesu, czyli od rana do nocy, to kwestia kontraktu, praw których nie znamy. Dzieje się to dzięki publicznej edukacji, która produkuje ludzi-papugi, ludzi bez zdolności logicznego myślenia. Dlatego coraz wcześniej posyłamy dzieci do szkół (dziś: pięciolatki), żeby szybciej zdurniały i dały się doić korporacjom.

Nawet po śmierci robią na nas biznes: osoba prawna jest uśmiercana, a obligacje, dywidendy wypłacane inwestorom i majątek zasobów ziemi przepada, przechodząc w ręce korporacji RP, a rodzina musi bulić kupę siana, żeby pochować milionera, który nawet nie wiedział, że coś ma…

Przezabawna historia, jak popatrzeć z boku. A my się zastanawiamy, czemu (jeżeli istnieją) obce cywilizacje po prostu nie wylądują na ziemi i nie powiedzą „witamy” 🙂 🙂

Piotras

Przekręt wszechczasów część X

Czym jest kontrakt?

Jesteśmy już świadomi, że tak naprawdę działamy wszyscy w świecie biznesu, w którym istnieją tylko korporacje. Skoro tak, to musi być jakieś uniwersalne prawo, które trzyma pieczę nad wszystkimi interakcjami biznesowymi między ludźmi, działającymi pod postacią korporacji (osoba prawna).

To jest prawo kontraktu, kontraktowe, które jest bardzo jasne i jest podstawą nie tylko do egzekwowania należności, ale również do samego istnienia umowy komercyjnej.

Jest jeszcze jedna strona medalu – skoro już wiemy, że rząd RP to nic innego jak korporacja, która chce robić biznes z naszą osobą prawną, bo z tego biznesu żyje niczym kleszcz – musi dostosować się do panujących zasad – tylko kto tak naprawdę o tym myśli, gdy policjant zatrzymuje nas na drodze??? O tym później.

Więc co to jest to prawo kontraktowe?  Jest to zbiór zasad, warunków jakie trzeba spełnić, żeby kontrakt był prawomocny, nic innego. Jeżeli którykolwiek z warunków/praw nie jest dopełniony – kontrakt jest nieważny – z łaciny ab initio – czyli od samego początku, i wszystko, co działo się później również jest nieważne.

To trochę jak z matematyką, jeżeli jest błąd na początku wyliczeń, cała reszta niestety jest też niepoprawna, trzeba wrócić do początku i poprawić ów błąd, nie ma innego wyjścia.

Wyjaśnijmy teraz co to za prawa i jak je rozumieć.

Będę pisać po angielsku i po polsku, bo jeśli coś źle przetłumaczę, ktoś zawsze może mnie poprawić.

  1. MEETING OF THE MINDS, czyli wyrażenie woli wstąpienia w umowę. To jest miejsce, gdzie obie strony w sposób jasny dla wszystkich wyrażają wolę robienia razem interesu. To mogą być rozmowy wstępne, wyrażenie woli pracy dla kogoś i ten ktoś chce o tym z nami rozmawiać, itp. W tej części najczęściej składana jest oferta kontraktu.
  2. FULL DISCLOSURE czyli jasno i w pełni wyrażone warunki umowy. To jest bardzo ważny element wszystkich kontraktów, jeżeli są klauzule których nie rozumiemy, bądź są one ukryte, kontrakt jest nieważny (tu się kłaniają wszystkie nasze interakcje z rządem RP, ale o tym później). Musimy jasno wyrazić nasze niezrozumienie, i żądać wyjaśnienia. Jeżeli obie strony rozumieją i zgadzają się – tu jest podejmowana decyzja o akceptacji oferty.
  3. EQUAL CONSIDERATION, czyli obie strony umowy wprowadzają wartość do tego biznesu – obie strony muszą włożyć coś wartościowego i porównywalnego, np. moja praca za wypłatę, moje zdolności za pieniądze, itp. Kontrakt typu ‘5 zł za nerkę’ nie ma prawa bytu, nawet jeśli się jakiś wariat na to zgodzi – bo intencja jest nieuczciwa.

Jest jeszcze mnóstwo drobniejszych warunków, ale te 3 są podstawowe, są niezbędne, żeby jakikolwiek kontrakt był prawomocny. Nie ma od tego żadnych wyjątków. I tyle.

Teraz chłodnym okiem proszę pomyśleć: ile razy bierzemy udział w kontraktach na co dzień? Proszę bardzo, dzień z życia Jasia:

  1. Śpimy w domu, za który płacimy bądź czynsz, bądź „kredyt”.
  2. Korzystamy ze światła – mamy umowę z dostawcą,
  3. Oglądamy telewizję – mamy umowę z dostawcą kablówki,
  4. Jemy kolację – kupiliśmy jedzenie w sklepie, zawarliśmy transakcję ze sprzedawcą,
  5. Dzwoni telefon – wcześniej zakupiony, teraz opłacany,

I tak dalej, i tak dalej, od rana do nocy, robimy interesy, a gdzie w tym wszystkim jest nasz ukochany rząd??? No właśnie, z nim też robimy interesy, czy nam się podoba czy nie.

Otóż, żeby fikcyjny twór – rząd, mógł robić z nami interesy i dosłownie żyć z naszej pracy – musi to robić za pomocą drugiej, nieżyjącej, fikcyjnej korporacji – naszej osoby prawnej. Mimo tego, że są to dwie fikcje, są animowane przez żyjących ludzi, bo tylko w ten sposób mogą ze sobą robić biznes.

Wiem, że to brzmi jak głupoty, ale tak jest. Rząd nie ma prawa nikomu nic kazać, żaden człowiek żyjący i stąpający po ziemi nie jest obiektem żadnych ustaw, pseudo-praw, widzimisię public service, ale korporacje tak… 

Bronisław Komorowski to tylko mężczyzna w brzuchem i głupawym wąsem – on nie może ani mnie, ani tobie, ani nikomu nic kazać. Podczas gdy występujemy w roli korporacji (wylegitymowany dowodem osobistym z numerem PESEL jako pracownik RP), a ów Bronek jest w swojej oficjalnej roli prezydenta  RP – wtedy sprawy nabierają innego obrotu.

Więc jakim cudem ci ludzie, którzy nie orzą ani nie sieją żyją jak pączki w maśle z naszej pracy? Gdzie w tym wszystkim jest prawo kontraktowe? Jak to jest, że oni są korporacją, i my co dzień używający naszej osoby prawnej też jesteśmy korporacją, robimy z nimi interesy, ale nie mamy z tego nic poza problemami??

Tu jest bardzo ciekawy temat. Skoro od momentu urodzenia wchodzimy w jakieś interesy z tzw. rządem, załatwiamy naszej pociesze akt urodzenia, a potem cały szereg innych kontraktów, to nie ma się czemu dziwić, że mości rządzący biorą nas za swoich podwładnych. To jest zupełnie tak samo, jak w każdej firmie: szef będzie doić swoje baranki, a sam zajadać kawior.

Tak, brzmi dziwnie, ale dowód osobisty to kontrakt, prawo jazdy to kontrakt, nawet paszport to kontrakt, mandat przy drodze – kontrakt, grzywna za niezaszczepione dziecko – to kontrakt. I tak bez końca.

Czy te umowy, kontrakty są ważne w świetle prawa? O tym w następnym odcinku.

Piotras

Przekręt wszechczasów część V

Ludzie sprawnie działający w systemie bardzo dokładnie określają swój status. Nie mam na myśli statusu materialnego, bądź nadmuchanego ego, żeby pokazać komuś, że ma doktorat, bądź jest prawnikiem. Prawda, że ogół nie rozumie o co chodzi i robi to z automatu, są jednak ludzie, którzy doskonale wiedzą co robią i po co.

Jak już pisałem wcześniej – wewnątrz systemu, bardzo ważna jest rola tzw. CAPACITY, czyli urząd, jaki piastuje dany człowiek. Jak Obomba Assclown zwraca się do ludzi, każdy kto wymienia jego osobę mówi wyraźnie PRESIDENT OF UNITED STATES Barack Obomba ;), jak dostajemy list od kancelarii, jest wyraźnie napisane LTD, mecenas, sędzia, ktokolwiek do nas się zwraca, nawet najmniejsza gnida sądowa tutaj, czyli Magistrate, ZAWSZE podaje tytuł przed nazwiskiem – dlaczego?

Otóż działa to na kilka sposobów:

  1. Wyraźnie zwraca uwagę na fakt KTO do nas pisze. Człowiek Barack Obomba może mi co najwyżej podskoczyć, ale kiedy ja nosze czapkę pracownika USA, to PREZYDENT Barack Obomba może wsadzić mnie do pudła na resztę życia bez przywileju procesu i bez postawienia zarzutów, na podstawie jakiejś bzdurnej ustawy o terroryzmie, nawet jak nie zrobiłem zupełnie nic, gwałcąc moje wszystkie prawa ludzkie – tylko dlatego, że nie mam żadnych praw ludzkich/naturalnych kiedy piastuję rolę pracownika USA.
  2. Stawia wyraźną barierę pomiędzy oficjalnym stanowiskiem, a prywatnym statusem nadawcy. Co to znaczy – jeżeli dostajemy korespondencję od adwokata, to pisze do nas ADWOKAT (dajmy na to ANDRZEJ NOWAK), nie Andrzej Nowak, lat 38, ojciec 2 dzieci – to bardzo ważne. Pan Andrzej w swojej oficjalnej roli jako MECENAS A. NOWAK ma nie tylko swój biznes, ale również ma swoją polisę ubezpieczeniową na ten biznes i rolę, jaką pełni. Jest ubezpieczony w roli MECENASA na wypadek jakby zrobił jakąś krzywdę komuś w czasie swojej pracy (takich sk…..synow jest w Polsce tysiące, niestety). Więc tu jest ściana bezpieczeństwa dla pana Andrzeja. Jeżeli zrobi on komuś krzywdę, i zostanie to udowodnione – pan A. nie będzie bulić ze swojej kasy (a już na pewno nie całą sumę), pan MECENAS A. NOWAK, za pośrednictwem ubezpieczyciela, pokryje koszty…. Ojciec dostaje pismo od lekarza pani doktor ANNY SOBOTA, że na badanie trzeba czekać aż 7 miesięcy – ojciec umiera po 3. Czy pani Anna Sobota będzie miała kłopoty? Nie, DOKTOR ANNA SOBOTA robi dokładnie to, co korporacja NFZ pod opieką RP jej nakazała, a w swojej oficjalnej roli ma również ubezpieczyciela, na wypadek gdyby córka owego ojca chciała kogoś zaskarżyć, majątek pani Anny Sobota w prywatnej roli będzie nietknięty, bądź bardzo nieznacznie.To się tyczy niemal wszystkich ról/posad/capacities jakich używamy na co dzień. Dlaczego policjant wali pałką nastolatka i nie idzie siedzieć za zabójstwo?? Bo stróż prawa korporacyjnego ma ubezpieczyciela, który za to zapłaci. Albo i nie, bo dziś ludzie nie znają swoich praw. Ten sam policjant po pracy zabije 14 latka – w swojej prywatnej roli – idzie siedzieć na parę lat (zazwyczaj dużo krócej, bo koledzy z systemu – sędziowie – dbają o swoje pieski – policję)
  1. Tytuł określa również przynależność do organizacji, adwokat jest członkiem BAR ASSOCIATION, czyli LAW SOCIETY, każda adwokacka gnida (mówię to celowo, bo wiem kim są i jaką rolę pełnią w systemie), która zdała egzamin BAR jest członkiem tego bractwa i cieszy się niemal nieograniczoną wolnością do popełniania błędów, błędów, które kosztują majątki, a nierzadko życie ludzkie.

Na tym to polega. Każdy, kto robi to świadomie, używa swojego tytułu po to, żeby oddzielić siebie (człowieka) od roli, jaką pełni w systemie, a co za tym idzie ograniczyć odpowiedzialność, jaką ponosi podczas pełnienia roli.

My zakładamy wiele czapek codziennie, mamy również rolę wewnątrz naszej osoby prawnej rolę, która daje nam bardzo dużą władzę nad tym korporacyjnym bytem, ale o tym w innej części.

Piotras

C.d.n.

Przekręt wszechczasów część III

Nie będę się zagłębiał za mocno, żeby nie narobić bałaganu dla kogoś, kto nigdy nie miał styczności z tym tematem. Proponuję kilka ćwiczeń umysłowych, dla zrozumienia większego obrazka.

  1. Czy nikomu nie wydaje się dziwne, że od 2008 roku niemal cały świat brnie w jakieś dziwne długi? Wszędzie są cięcia, oszczędności, ludzie tracą pracę, etaty znikają, wszystko idzie dosłownie w czarną dupę, a lichwa rośnie w siłę? Jest coraz więcej chętnych do udzielania „pożyczek”, banki i bankierzy z roku na rok stają się coraz bogatsi, nawet dziecko dzisiaj widzi że coś tu śmierdzi, i to wielkim bąkiem, że tak powiem. A tak na marginesie, nikt nie mówi o tym, komu ten cały świat wisi taką ilość pieniędzy i jakim cudem, prawda?
  2. Czy nikomu nie wydaje się dziwna chęć pożyczania pieniędzy przez instytucje finansowe w czasach, kiedy ludzie mają coraz mniej, kiedy oboje rodzice musza zasuwać, a w domu coraz mniej? Firmy pożyczkowe rosną jak grzyby po deszczu, jeszcze do niedawna można było otrzymać sporą „pożyczkę” dosłownie na gębę. Ludziom w USA rozdawano pożyczki na domy, wiedząc doskonale, że nie będą mieli szans ich spłacać. Dom za pól miliona ogrodnikowi zarabiającemu  minimalną place.
  3. Nikomu nie wydaje się dziwny fakt, że przy tak ogromnym odsetku niespłaconych zadłużeń banki i lichwa rosną w zastraszającym tempie? Przecież jakby banki traciły te wszystkie miliony, a te wszystkie miliony były pożyczane z pieniędzy depozytorów – to nie tylko banki by splajtowały, ale również depozytorzy (nie poruszam systemu fractional reserve banking na razie).

Te i masę innych pytań można zadawać ludziom na stołkach, tylko system jest bardzo sprytnie zbudowany. Na tzw. linii frontu siedzi cala masa głąbów, głąbów z dyplomami. Tzw. papugi – nie potrafią samodzielnie myśleć, i guzik wiedzą. Więc odbijasz się jak piłka od ściany przez pewien czas, i tylko najwytrwalsi dojdą tam, gdzie trzeba.

Wracamy do tematu tworzenia pieniędzy, bo tu jest nasza szansa żeby powalić tego giganta na glinianych nogach.

Jak już wcześniej pisałem, wasza umowa o „pożyczkę” jest zamieniana na czek, i depozytowana na tzw. DEMAND ACCOUNT i nagle powstały fundusze. Zgodnie z prawem finansowym, osoba kreująca tzw. promissory note (nasza umowa własnoręcznie podpisana) jest jej właścicielem. Do zakończenia trwania owego kontraktu, umowa powinna być przechowywana w banku, a po zakończeniu spłat owej „pożyczki” powinna zostać oddana jej twórcy. Tak się jednak nie dzieje i tu jest sposób żeby zamieszać w kotle lichwy.

Są ludzie, niektórych znam osobiście, którzy w ten sposób najpierw „zamrozili” swoje „pożyczki” po czym mieli je zupełnie odpisane (set off, nie wiem jak to po polsku).

Pierwszy etap jaki otwiera puszkę Pandory, to żądanie inspekcji pierwszej umowy, tej własnoręcznie podpisanej przez „kredytobiorcę”. Tu, właściwie wszyscy starający się o ten zabieg dostali odpowiedź odmowną, odprawiono ich z kwitkiem. Niektórym nawet bank odpisał, że gdzieś ją zgubili!

Tym, którym pokazano, umowa była podbita i podpisana przez przedstawiciela banku –czyli ten dokument został ENDORSED, wpłacony na konto.

Przy jakiejkolwiek próbie zadawania niewygodnych pytań, bank albo olewa sprawę, albo zaczyna straszyć, albo udaje głupka – poważnie.

Zanim jednak ktoś zdecyduje się na grzebanie w tym kotle musi pamiętać jedno – zanim dotrze do miejsca, gdzie po szeregu korespondencji udowodni tę całą umowę jako przekręt – musi regularnie spłacać swoje „zobowiązania”. Zbyt wczesne zaniechanie spłat spowoduje, że dotarcie do końca procesu będzie bardzo utrudnione, bo sąd wydaje wyrok TYLKO na podstawie komercyjnego zobowiązania, na co jest dowód-umowa, a cały proces udowodnienia fałszu jeszcze nie został zakończony.

Po otrzymaniu negatywnej odpowiedzi dotyczącej inspekcji umowy, trzeba listownie zadać szereg pytań, niektóre muszą być pod tzw. pełną odpowiedzialnością komercyjna. Jedno z takich pytań skierowanych do wyższego managementu banku brzmi:

„Czy fundusze na moją pożyczkę były w depozycie banku przed podpisaniem umowy?

Czy w razie niespłacenia owej pożyczki bank straci ową sumę?”

Na te pytania nigdy nie otrzymacie odpowiedzi, przynajmniej takiej, która mówi jasno tak, lub nie, i co więcej NIKT z personelu (może jakiś frontowy Wacek na kasie) się pod tym nie podpisze.

Do tego procesu jeszcze wrócimy, ale jednego chcę uniknąć – nie chcę, żeby ktokolwiek próbował robić coś na pół gwizdka, bez zrozumienia jak to wszystko działa, i ja osobiście nie udzielam żadnych rad prawnych. Dzielę się informacjami jakie zdobyłem i swoimi osobistymi doświadczeniami (o tym później). Nic poza tym, każde działania, jakie ktokolwiek podejmie są wyłącznie na jego własną odpowiedzialność. Zrozumiałe jest, że jak tylko zacznie się niewygodna sytuacja dla lichwiarza, będzie walka na ostro, więc proszę pamiętać o tym, co powiedziałem.

Nie chcę również, aby te informacje służyły wyłącznie rozwaleniu lichwy, to są wrota do wolności moim zdaniem, musimy zrozumieć naturę naszego niewolnictwa, skąd się wzięło i jak z tym skończyć. I sama umiejętność odwalania bankowych pasożytów nie da wam wolności. Musimy zrozumieć, dlaczego ktoś nami rządzi, dlaczego mamy „obowiązki” płacenia podatków, za które nie mamy ŻADNYCH benefitów i całą masę innych problemów.

Na zakończenie tego pisma, kilka pytań, które mogą być jak drzazga w pupie, i większość ludzi nie ma najmniejszej ochoty o tym rozmawiać:

Dlaczego Polska to Republika, a ustrój miłościwie panujący na tym kawałku piachu to demokracja, a właściwie korporacyjna demokracja (połączenie korporacyjnego świata i świata polityki w jednym kraju – to definicja faszyzmu)? DEMOKRACJA I REPUBLIKA to dwa zupełnie PRZECIWSTAWNE ustroje! Demokracja to tzw. PB RULE, czyli siła większości, a prawa jednostki są nieważne, natomiast w republice prawa jednostki są najwyższym dobrem. Nie jest to dziwne?

W jakim celu rząd Republic of Poland został zarejestrowany jako korporacja? Nawet urząd królowej angielskiej to zarejestrowana korporacja… po co?

Dlaczego ludzie posiadający majątek w postaci prawa do ziemi i jej zasobów (akt urodzenia miedzy innymi jest dowodem na to) nie mogą z tego korzystać? A może prościej – dlaczego nasz Jaś, urodzony na polskiej ziemi, nie ma prawa do korzystania z jej zasobów? Albo do tego żeby sobie postawić dom, za to musi kupować ten kawałek ziemi od innego człowieka – kogoś również urodzonego na tej samej ziemi? Nie mam na myśli prywatnych właścicieli – mam na myśli te fikcyjne twory/korporacje, takie jak rząd, gmina i ten cały szajs? Jakim prawem jeden Polak przywłaszcza swojej korporacji ziemię, a potem sprzedaje ją innym rodakom? Czy on ją kupił od Boga?

Od dziecka tłuką nam do łba, jaka to demokracja jest wspaniała i sprawiedliwa. Mam pytanie – ćwiczymy ten debilny system od wielu, wielu lat – czy jest ktoś przy zdrowych zmysłach, kto zaprzeczy, że nasz kraj (cały, „demokratyczny” świat – zobacz Grecję, kolebkę demokracji) idzie dosłownie, dosłownie w czarną dupę? Definicja szaleństwa wg Einsteina: ROBIĆ W KÓŁKO TO SAMO OCZEKUJĄC INNEGO REZULTATU – brzmi znajomo?

W świetle prawa naturalnego (nie ustawowych bredni) każdy człowiek jest sobie równy, nikt nie ma prawa dyktować zachowania drugiemu człowiekowi (sytuacja zmienia się, gdy zachodzi krzywda). Więc jakim cudem wszyscy ludzie zostali dosłownie zredukowani do sługusów? Ludzie,  my jako naród, nie mamy nic do powiedzenia, zupełnie! Nikogo to nie dziwi? A może, dobrowolnie, zapisaliśmy się do korporacyjnej RP, nasz status z rdzennego mieszkańca został zredukowany do pracownika korporacji, dostaliśmy numer ID (pesel), całą masę przywilejów, szef nam powie ile możemy zarabiać (minimalna płaca), ile mamy wolnego, ile lat będziemy pracować, a na koniec, gdzieś koło 70-tki dostaniemy jakieś ochłapy (emeryturę). Proszę pamiętać że jesteśmy właścicielami części bogactwa tego kraju tylko… TYLKO nie w roli pracownika RP, a  w roli rdzennego mieszkańca ziemi zwanej Polska.

Jest wiele pytań i tematów, o których ludzie nie chcą rozmawiać, wiem nawet dlaczego. Zabawny jest fakt, że najmniej do powiedzenia, albo zupełne bzdety, płodzą ludzie tzw. wykształceni, ci z nosem pod chmury i kilkoma dyplomami. Oni niestety są najbardziej pokrzywdzeni przez system, w ich mózgownicach zdolność logicznego myślenia została niemal całkowicie wytrzebiona.

Ludzie nie chcą rozmawiać o takich rzeczach, bo bardzo szybko dochodzą do wniosku, że to my, tak, my wszyscy jesteśmy winni tego burdelu. Nasza ignorancja jest przeogromna, nawet nie ignorancja (bo to wg definicji jest brak informacji na jakiś temat), ale nasze olewactwo. W dzisiejszych czasach mamy dostęp do informacji bardziej niż kiedykolwiek w historii człowieka, jednak przeciętny człowiek spędza kilka godzin dziennie oglądając intelektualną sraczkę w TV.

Trochę się zagalopowałem, wracam do tematu aktu urodzenia i pieniędzy w następnej części.

Piotras

C.d.n.