Lewacy organizują protesty przeciwko CETA i nie chcą tam widzieć narodowców

Polska, patriotyczna manifestacja przeciwko TTIP i CETA zbiera się  w Warszawie pod Kinoteką 15 października o godzinie 14.

Akcja Demokracja, którą tu nieświadomie zareklamowałam to „akcja” skrajnie lewacka. Organizują ten protest pewnie wyłącznie po to, żeby upiec sobie wielką pieczeń poparcia całego narodu. Dlatego trzeba wiedzieć, że nie reprezentują całego narodu, lecz tylko mniejszości seksualne i idee, pod którymi nie zamierzam się podpisywać. Mało tego, pewnie w ramach tak ochoczo przez lewactwo lansowanej TOLERANCJI, DEMOKRACJI i WOLNOŚCI SŁOWA wykluczają z marszu większość narodu, czyli organizacje narodowe i chrześcijańskie!

Oto, co o ich marszu pisze Dziennik Narodowy:

Globaliści przeciwko globalizmowi – tak można w skrócie opisać organizowany przez środowiska skrajnie lewicowe protest przeciwko CETA. „Akcja Demokracja” to organizacja, której nazwa zmyliła już niejedną osobę. Jest to bowiem organizacja dla której hasło demokracja jest jedynie słowem wyniesionym na sztandary, de facto jest to organizacja nawet nie lewicowa, ale lewacka. Nie dziwi więc, że ta właśnie organizacja, która organizuje teraz protest przeciwko porozumieniu CETA, które zostało uchwałą przyjęte przez polski Sejm, zaprasza do manifestacji wszystkich oprócz tych organizacji, której najsilniej opowiadają się właśnie przeciwko tego typu porozumieniom uderzającym w interes narodowy. Ale Akcja Demokracja nie ma nic wspólnego z walką o interes narodowy, co najwyżej z walką klas, a obecnie z walką o „prawa gejów i lesbijek”.

W skład komitetu organizacyjnego protestu wchodzą oprócz Akcji Demokracji również Instytut Globalnej Odpowiedzialności, OPZZ Rolników i Organizacji Rolniczych, Strefa Zieleni.
Na założonym na tę okazję wydarzeniu na Facebooku czytamy na końcu informacji o proteście:
„Do udziału zapraszamy partnerów społecznych, tj. związki zawodowe, organizacje rolnicze, stowarzyszenia, fundacje, kolektywy i grupy nieformalne oraz partie polityczne z wykluczeniem Obóz Narodowo-Radykalny, Młodzież Wszechpolska, Ruch Narodowy, Narodowe Odrodzenie Polski, Endecja, Zmiana i innych organizacji szerzących nacjonalizm (decyzje podejmuje Komitet).”

My zapraszamy wszystkich, którym leży na sercu dobro Narodu i przyszłość Polski, jako kraju suwerennego i samorządnego!

Kogo karać za szczepienne zbrodnie

Prof Maria Dorota Majewska VAERS
W poniższym linku znajdują się cenne instrukcje dla rodziców, których dzieci zostały okaleczone lub zabite szczepionkami – jak wnosić pozwy i skargi na lekarzy, którzy zaaplikowali dzieciom toksyczne szczepionki.

Obowiązkiem każdego szczepiącego lekarza jest dogłębne zapoznanie się z możliwymi NOPami i zagrożeniami ze strony szczepień dla dziecka (a nie poleganie tylko na reklamach firmowych) oraz poinformowanie rodziców o tych zagrożeniach – tzn. wręczenie im pełnych ulotek firmowych opisujących NOPy (w Polsce we wiernym tłumaczeniu) oraz informacji z VAERS ile dzieci zostało zabitych i okaleczonych danymi szczepieniami. Po zapoznaniu się z tymi materiałami rodzic musi wyrazić pisemną zgodę na szczepienie i poświadczyć, że wie o zagrożeniach dla życia i zdrowia ze strony szczepienia.

Jeśli lekarz nie dopełnił tych obowiązków i dziecko zostało okaleczone lub zabite, można go pozwać do sądu o dokonanie zbrodni, złożyć na niego pisemną skargę do Komisji Lekarskiej i do MZ.  Kopie skarg trzeba  wysłać do WHO oraz do Komisarza Zdrowia w UE.  Setki tysięcy takich skarg i pozwów muszą zrobić wrażenie.

Skoro kartele farmacji kupiły sobie immunitet prawny i nie ponoszą żadnej odpowiedzialności za swe zabójcze produkty, trzeba zaatakować wykonawców szczepiennych zbrodni i uderzyć po kieszeniach szczepiących lekarzy.  Oni muszą mieć świadomość, że aplikują dzieciom potencjalnie zabójcze preparaty. Nie może tu być tłumaczenia, że oni tylko wykonywali czyjeś nakazy.  Będąc wykonawcami szczepień są bezpośrednio prawnie i moralnie odpowiedzialni za szczepienne okaleczenia i zabójstwa, tak jak kapo w obozach zagłady byli osobiście odpowiedzialni za dokonane tam zbrodnie. Większość lekarzy prawdopodobnie mało wie o szkodliwości szczepień, choć aplikując je na pewno widziała wiele powikłań.  Kiedy się zapoznają z rzetelnymi danymi o NOPAach, prawdopodobnie zmienią swe podejście do szczepień.   We Francji już ok. 60 % lekarzy nie wierzy w bezpieczeństwo i skuteczność szczepień, i  odmawia ich podawania pacjentom.  Ten odsetek stale rośnie.

Aby złożyć pozwy i skargi, rodzice muszą zebrać całą dokumentację medyczną dotyczącą chorób dziecka po szczepieniach i stanu jego zdrowia przed szczepieniami.  Ważne są też nagrania, filmy i zdjęcia dokumentujące stan przed i po szczepieniach.  Warto sobie przetłumaczyć i przemyśleć ten tekst. Nie można dłużej tolerować rujnowania życia i zdrowia całych generacji.

http://www.ageofautism.com/2016/09/levi-quackenboss-is-done-playing-nice-how-to-file-a-complaint-against-your-pediatrician-who-vaccinat.html

Odszczepienny wirus świnki zaatakował kolejno stan Oklahoma w USA, zachorowało ponad 30 dzieci i dorosłych, i to wyłącznie zaszczepionych. Jak zwykle, ukarano zdrowe nieszczepione dzieci i zabroniono im przychodzić do szkoły, póki nie poddadzą się szczepieniom MMR, które wywołują świnkę.

Mysterious Mumps Virus Has Now In Oklahoma

ZDECYDOWANE NIE DLA GMO

Czy wydalibyście własne dziecko na śmierć wywołaną przez genetycznie modyfikowaną żywność i jej trujące opryski? Komu zależy na uwolnieniu GMO do polskiego rolnictwa? Komu zależy na uzależnieniu Polski od korporacji? Dlaczego taka zmiana polityki PiS? To niektóre z pytań zadanych przez uczestników konferencji pt. „GMO – szansa czy zagrożenie dla polskiego rolnictwa i środowiska naturalnego?”. Niestety nie uzyskaliśmy na nie odpowiedzi bowiem, mimo iż konferencja miała miejsce w Sejmie, zabrakło na niej przedstawicieli rządu, nie było posłów ani senatorów; zero przedstawicieli z ministerstw!

A szkoda bowiem mogli by się wiele nauczyć. Było dużo bardzo dobrych prezentacji i referatów przypominających stare i przedstawiających nowe fakty nt. zagrożeń GMO.

Przypomniano też, FAKTY Z PRZESZŁOŚCI:
W 2012 Klub Prawa i Sprawiedliwości złożył w Sejmie projekt ustawy o GMO; według projektu cała Polska stałaby się strefą wolną od upraw roślin modyfikowanych genetycznie. W 2012 posłowie Prawa i Sprawiedliwości bezskutecznie wnioskowali o odrzucenie projektu o wydłużenie moratorium na GMO w paszach.
NIESTETY w 2016 rząd PiS nie tylko proponuje przesunięcie terminu wejścia w życie zakazu stosowania pasz GMO o kolejne 4 lata ale także proponuje tworzenie stref upraw GMO!!!

W dodatku dzieje się to wszystko w czasie kiedy Komisja Europejska pozwala krajom na wprowadzanie zakazów upraw GMO!

Międzynarodowa Koalicja dla Ochrony Polskiej Wsi   ICPPC oraz wiele innych organizacji domagają się, by Rząd PiS wytłumaczył się z tej zaskakującej zmiany w stronę upraw GMO i pasz z GMO.

WSZYSTKIE PREZENTACJE/REFERATY: http://www.sejm.gov.pl/Sejm8.nsf/transmisje_arch.xsp#1853537DD458D038C125800C0027FA8A

INFORMACJE DODATKOWE:
W 2015 roku wprowadzono bardzo ważną poprawkę do prawa dotyczącego inżynierii genetycznej, zmieniającą dyrektywę 2001/18/WE. Na mocy tej nowej dyrektywy 2015/412/EU państwa członkowskie UE otrzymały prawo wprowadzenia całkowitego(!!!) zakazu upraw GMO na swoim terytorium. I TAKI ZAKAZ MUSI WPROWADZIĆ RZĄD RP; podobnie jak zrobiły to inne kraje, które chcą być wolne od GMO   np. Niemcy, Austria czy Francja, która ma całkowity zakaz uprawy kukurydzy MON810 oraz 8 innych odmian kukurydz GM, które są w procesie autoryzacji (1507×59122, 1507, 59122, Bt11, GA21, MIR604, Bt11*MIR604*GA21).

Nowe propozycje ustaw partii Prawo i Sprawiedliwość są BARDZO kontrowersyjnym zwrotem od dotychczasowego stanowiska!

To wyraźny gest POPARCIA DLA KORPORACJI KOSZTEM ZDROWIA, NIEZALEŻNOŚCI I WOLNOŚCI POLAKÓW.

„…Wprowadzenie upraw GMO spowoduje uzależnienie rolników   a w dalszej konsekwencji kraju   od międzynarodowych korporacji pod względem:
a) materiału siewnego, a w ślad za tym b) herbicydów, związanych z daną odmianą rośliny oraz
c) innych aspektów wynikających z prawa patentowego i warunków nakładanych przez korporacje-właścicieli patentów na rolników.
2. Degradacja gleb. 3. Biologiczne skażenie środowiska przez GMO, powstawanie nie tylko krzyżówek odmian naturalnych i stosowanych w rolnictwie, ale także tzw. superchwastów i superszkodników. A więc skażenie upraw konwencjonalnych, tradycyjnych i ekologicznych z wszystkimi tego negatywnymi skutkami ekonomiczno-społecznymi.
4. Zagrożenia bezpieczeństwa żywności i pasz, a więc zdrowia ludzkiego oraz zwierząt i roślin. 5. Przyspieszenie degradacji stosunków społeczno-ekonomicznych i kulturowych w obszarach wiejskich w postaci:
a. upadku gospodarstw,
b. wyludniania wsi i migracji do miast,
c. wzrostu bezrobocia d. wzrostu emigracji zarobkowej,
e. znacznego wzrostu liczby samobójstw w rodzinach rolniczych, podobnie jak to nastąpiło w Indiach po wprowadzeniu upraw bawełny Bt…- mówił profesor Jacek Nowak

”…Dlaczego Prawo i Sprawiedliwość, partia, która jako pierwsza w Europie zakazała GMO w 2006 roku, próbuje teraz wpuścić do Polski genetycznie zmodyfikowane uprawy?

Wiosną 2006 roku, Prezydent Lech Kaczyński, kierując się niezwykłą przezornością, nie tylko wprowadził krajowy zakaz upraw GMO, ale także ogłosił zakaz importowania i stosowania pasz GMO, który miał wejść w życie dwa lata później. Było to jak najbardziej uzasadnione, ponieważ pozostałości GMO w organizmach zwierząt karmionych importowaną soją i kukurydzą  GMO, przechodzą do organizmów ludzi spożywających mięso i produkty mleczne. Prezydent Kaczyński miał świadomość, że zezwalając na GMO, poddaje się naród pewnej formie stopniowego ludobójstwa, jeśli GMO zostanie dopuszczone…- przypomniał Sir Julian Rose, prezes Międzynarodowej Koalicji dla Ochrony Polskiej Wsi   ICPPC

„…Międzynarodowa Koalicja dla Ochrony Polskiej Wsi   ICPPC oraz wiele innych organizacji wzywają Rząd RP, Posłów i Senatorów do NATYCHMIASTOWEGO WPROWADZENIA ZAKAZU UPRAW GMO W POLSCE  oraz stopniowego wycofywania ze sprzedaży produktów żywnościowych i pasz zawierających GMO – termin całkowitego wycofania wspomnianych produktów nie może być dłuższy niż 3 lata. Równocześnie DOMAGAMY się nieograniczonego dostępu do tradycyjnych, lokalnych/regionalnych nasion oraz nieograniczonego dostępu do dobrej jakości żywności produkowanej przez tradycyjnych i ekologicznych rolników!…” – podkreśliła Jadwiga Łopata   laureatka Nagrody Goldmana (Ekologiczny Nobel), odznaczona Złotym Krzyżem Zasługi przez śp. Prezydenta Lecha Kaczyńskiego, właścicielka gospodarstwa edukacyjnego.

==========================
Międzynarodowa Koalicja dla Ochrony Polskiej Wsi – ICPPC
34-146 Stryszów 156, Poland tel./fax +48 33 8797114  biuro@icppc.pl
www.icppc.pl   www.gmo.icppc.pl   www.eko-cel.pl

WEŹ UDZIAŁ W WARSZTATACH W EKOCENTRUM ICPPC www.eko-cel.pl

Projekt o sprzedaży dobrej jakości żywności przez rolników leży w „sejmowej zamrażalce”. POMÓŻ Rządowi RP podjąć szybką i dobrą decyzję w tej sprawie!

Jakość żywności decyduje o stanie naszego zdrowia. Tymczasem projekt o sprzedaży dobrej jakości żywności przez rolników leży w „sejmowej zamrażalce”. POMÓŻ Rządowi RP podjąć szybką i dobrą decyzję w tej sprawie.

PODPISZ PETYCJĘ „Alarm – brońmy dobrej żywności”

http://www.petycjeonline.com/alarm-bronmy-dobrej-zywnosci

UWAGA! Prosimy  o rozpowszechnianie informacji o tej petycji wśród swoich znajomych i w mediach społecznościowych.

REPORTAŻ  Z  BARDZO  WAŻNEGO  WYDARZENIA Forum „Polska wieś, problemy i propozycje rozwiązań”

DODATKOWE INFORMACJE:

Projekt ustawy o sprzedaży żywności przez rolników przywraca tradycyjną rolę rolnika jako wytwórcy i przetwórcy, a jednocześnie otwiera nowy rynek naturalnej i zdrowej żywności dla konsumentów. Dopuszcza w ramach sprzedaży żywności przez rolników wyłącznie produkty przetworzone w sposób naturalny i tradycyjny, bez sztucznych i identycznych z naturalnymi dodatków, pochodzące z własnych upraw, chowu i hodowli oraz przetwarzane na terenie własnego gospodarstwa rolnego.

NIESTETY, Biuro Analiz Sejmowych zgłosiło wątpliwości do tego projektu, co oznacza, że jeszcze długo będziemy marzyć o łatwym dostępie do dobrej jakości żywności prosto od rolnika. Rolnicy zaś nadal będą traktowani jako przestępcy sprzedając nielegalnie swoje smaczne i zdrowe produkty domowe.

Cała ustawa (projekt): http://orka.sejm.gov.pl/Druki8ka.nsf/Projekty/8-020-67-2016/$file/8-020-67-2016.pdf
Odpowiedzi z BAS http://icppc.pl/pliki/2016/BAS_Marszałek.pdf
http://icppc.pl/pliki/2016/BAS_Opinia.pdf

W imieniu rolników, którzy są współautorami powyższej ustawy
Jadwiga Łopata, laureatka ekologicznego Nobla
Sir Julian Rose, prezes
==========================
Międzynarodowa Koalicja dla Ochrony Polskiej Wsi – ICPPC
34-146 Stryszów 156, Poland tel./fax +48 33 8797114  biuro@icppc.pl
www.icppc.pl   www.gmo.icppc.pl   www.eko-cel.pl

Jak zostać w Polsce prawnikiem? Cz.2

Dziś parę słów o pracy w kancelariach prawniczych i zarobkach prawników. Po pierwsze zacznijmy od tego, że w kancelariach adwokackich i radcowskich zatrudniani są głównie aplikanci (pomijając oczywiście samych adwokatów i radców prawnych). Jeśli chodzi o studentów prawa, to zazwyczaj pracują oni tam za darmo, czego de facto pracą nie można nazwać, bo wykonują naprawdę wiele czynności, a nie dostają nic w zamian. Czasem jakiś prawnik się zlituje i zatrudni studenta (najlepiej studiów zaocznych, bo ten jest dyspozycyjny), ale robi to tylko dlatego, że za studentów nie nalicza się składek i odpada konieczność wydawania pieniędzy na Skarb Państwa. Aplikanci nie korzystają z tego przywileju, bo studentami nie są, zatem każda próba ich zatrudniania w oparciu o umowę o pracę kończy się zazwyczaj fiaskiem dla aplikanta – no bo przecież płacąc mu nawet minimalną pensję, trzeba te podatki i składki odprowadzać.

Główną formą zatrudnienia aplikanta jest tzw. wolontariat, czasem jakaś umowa o dzieło lub zlecenie. Naprawdę na palcach jednej ręki można policzyć aplikantów, którzy mają umowę o pracę i do tego godziwe warunki pracy i płacy (nie mówię o Warszawie, bo tam to jest zupełnie inny świat, inny w tym złym znaczeniu tego słowa niestety). Mam koleżankę, która przez pół roku pracowała za darmo dla radcy prawnego, po to aby się „lepiej poznać”, po czym po tym pół roku łaskawie (po licznych prośbach i przypominaniach ze strony aplikantki), dziewczyna dostała umowę, oczywiście nie umowę o pracę, bo tu miałaby płatny urlop, chorobowe i inne przywileje. Dostała umowę zlecenie bez żadnych składek i przywilejów pracowniczych. Tu wtrącę, że umowa zlecenie nigdy nie daje prawa pracodawcy do tego, żeby żądał od zleceniobiorcy pozostawania w ściśle oznaczonych godzinach pracy. Zlecenie polega na tym, że sobie sam drogi zleceniobiorco ustalasz czas i miejsce pracy. Praktyka w kancelariach jest jednak inna (prawnicy sami stosują umowy zlecenia, na podstawie których wykorzystują prawa pracodawcy, oczywiście bez przyznawania praw pracowniczych zleceniobiorcom). Kłopot w tym wszystkim polega też na tym, że sami aplikanci i studenci na to pozwalają, a argumentują to doprawdy śmiesznie – tak już jest, tak być musi i tak zawsze było.

Praca w kancelarii czy to dla studenta, czy dla aplikanta jest bardzo ciężka. Im większa kancelaria, tym więcej roboty. Na swoim przykładzie powiem, że jak pracowałem oficjalnie na pół etatu, to dostawałem niecałe 600 zł na rękę. Oczywiście te pół etatu było tylko na papierze, bo oprócz 8 godzin w kancelarii, praca była zanoszona do domu i w weekendy trzeba było pisać różne pisma, bo gonił czas. Co ciekawe w takiej kancelarii byłem tylko ja i jeden radca prawny, nikt poza tym. Próby wyproszenia chociażby 100 zł więcej na paliwo do dojazdów do pracy spełzły na niczym, dlatego też zrezygnowałem po 3 miesiącach, na co moi znajomi stwierdzili, że jestem mega odważny samemu rezygnując z pracy w kancelarii. Nawiasem mówiąc, mój były pracodawca wspomniał, że może mi „pomóc” w tym, że pracy w moim mieście więcej już nie znajdę – bo nie chciałem przedłużyć umowy na takich psich warunkach. Co ciekawe, jak widzę teraz w Internecie, to ogłasza się on mniej więcej co pół roku że potrzebuje nowego współpracownika – widać nikt z nim dłużej nie wytrzymuje.

Kolejne przekręty są takie, że prawnicy zatrudniają bezrobotnych prawników na tzw. staż z urzędu pracy. Za staż dostaje się ok. 900 zł na rękę (czyli mniej niż wynosi minimalna pensja obecnie), pracuje się 8 godzin przez 3 m-ce. Oczywiście pensję wypłaca urząd pracy a nie kancelaria – stąd takie zainteresowanie darmową siłą roboczą. Po tych 3 m-cach pracodawca ma obowiązek zatrudnić stażystę na umowę o pracę. Owszem zatrudnia, ale zazwyczaj na miesiąc, po czym dziękuje stażyście i idzie do urzędu pracy po nowego pachołka- stażystę (czytaj: po kolejną darmową siłę roboczą). I tak w koło Macieju – nikt na to nie reaguje kompletnie.

Prawnicy w moim mieście biorą za ustną poradę prawną od 120 do 250 zł (norma to 200 zł) – nie ważne czy trwa to 10 minut, czy 30, stawka jest oczywiście godzinowa, więc jeśli przekroczysz godzinę choćby o minutę, to bulisz kolejne 200 zł. Nie ważne jest także to, że nic z takiej rozmowy nie wyniesiesz. W tej cenie nie zawiera się jednak sporządzenie żadnego pisma prawnego. Ceny pism rozpoczynają się od 500 zł – napisanie zwykłego wezwania do zapłaty. Jeśli masz jakiś pozew lub apelację to szykuj portfel, ubędzie ci od 1000 zł wzwyż. Oczywiście nie liczę reprezentowania klienta przed sądem – to dodatkowe opłaty. A jak nie wygrasz? No cóż, lekarze też zazwyczaj nie pomagają, a trzepią dużą kasę. Tu jest identycznie.

Dziwi mnie zatem jedno, prawnik zarabia naprawdę duże pieniądze (chodzi o adwokatów i radców prawnych), a mimo tego nie chce płacić godziwej pensji studentom i aplikantom, zasłaniając się tym, że są wysokie składki i podatki – owszem są, ale co szkodzi zrobić umowę na jakąś minimalną sumę, a resztę pensji płacić do ręki – przecież ani prawnik, ani student czy aplikant nie polecą na skargę do skarbówki, no chyba że są wredni i mściwi. Moja kolejna znajoma pracowała za darmo przez 2 miesiące, też żeby „poznać się wzajemnie” z radcą prawnym. Ile to obietnic miała, że po tym czasie będzie miała normalną umowę o pracę, przyszedł więc ten czas i …. podziękowano jej serdecznie za współpracę i pomachano na do widzenia. Dziewczyna zapytała się dlaczego nie dostanie zatrudnienia, na co radca prawny odparł, że nie bo nie i tyle – że ma następnego aplikanta „do wypróbowania za darmo” i czemu ma nie korzystać.

Jak już wspomniałem wcześniej, aplikacja jest odpłatna (mniej więcej 5 500 zł na rok, i tak przez 3 lata). Dużym problemem jest znalezienie patrona, czyli prawnika który na tej aplikacji szkoli aplikanta. Patron powinien być przyznany każdemu aplikantowi, bo takie są zapisy w ustawie. W Warszawie jednak mamy ciekawy czarny rynek – znajdziesz fajnego patrona, jak mu zapłacisz min. 50 000 zł. To niestety nie jest żart, tylko ponura rzeczywistość. Coś co należy się aplikantom za darmo, jak psu buda, jest wyceniane na tak absurdalną kwotę, że nadal ciężko mi w to uwierzyć. Zatem zamiast patron płacić aplikantowi za pracę w swojej kancelarii, to aplikant musi płacić patronowi jako podziękowanie, za to że ten ów patron zgodził się przyjąć aplikanta i żeby ten odwalał za niego całą czarną robotę całkowicie za darmo. Niewolnik płaci swojemu panu, za to że dla niego pracuje. Najgorsze w tym jest to, że aplikanci nie widzą w tym problemu, co więcej chętnie się na takie układy zgadzają. Dla mnie to jest niepojęte i nigdy nie będzie.

Najsmutniejsze w tym wszystkim jest także to, że moi znajomi, którzy przeszli przez ten magiel wykorzystywania, sami robią to samo z obecnymi młodymi prawnikami. Zwracam im na to uwagę, że nie powinni tak robić, bo sami przez to przeszli i miło im nie było (najdelikatniej mówiąc). Na co dostaję odpowiedź, że to jest ich zemsta i teraz będą się mścić na młodych, tak jak mszczono się na nich. I w ten oto sposób nigdy się to nie skończy – bezmyślność takich ludzi jest wręcz porażająca.

Z drugiej strony istnieją prawnicy uczciwi, którzy nie chcą zdzierać z klientów pieniędzy (nie twierdzę, że praca adwokata czy radcy prawnego powinna być darmowa). Niestety wielu z nich kończy tak, że zamyka kancelarię, bo tonie w długach. I tak to jest, że uczciwym ludziom może być ciężej na tym świecie, niż krętaczom i cwaniakom wykorzystującym innych – ale tak jest w każdym zawodzie.

Nie potrafię jednak zrozumieć faktu, że radca prawny oprócz kancelarii, wykłada na uczelni, pracuje 2 3 firmach, uczy na 3 różnych aplikacjach (gdzie za godzinę wykładu ma około 120 zł na rękę – a wykład traktuje zazwyczaj o jego życiu prywatnym i trwa 3 godziny zegarowe), a potem twierdzi że on biedny nie ma z czego dać aplikantowi 100 zł więcej do ręki – już pomijam mój przykład, bo to jest niestety standard wśród prawników. Na czele czarnej listy plasują się niestety takie miasta jak Warszawa, Kraków, czy Gdańsk. Tam to jest taki czarny rynek i zawziętość, że szkoda nawet o tym pisać. Zatem jeśli ktoś chce zostać prawnikiem w Polsce, bez rodziny i znajomości, niech zastanowi się nad tym z 10 razy. Nie twierdzę, że jest to niemożliwe, bo możliwe jest, tylko trzeba brać pod uwagę naszą pokręconą rzeczywistość.

Lavo

Jak zostać w Polsce prawnikiem?

Dzisiejsza część będzie traktować głównie o prawnikach – jeśli kogoś to ciekawi, niech przeczyta 🙂 Bardziej dla rozrywki, niż dla jakichś rad praktycznych.

Studia

Zacznijmy od tego, że w Polsce obowiązują 5 letnie studia prawnicze. W ciągu 1 roku poznaje się głównie zagadnienia historyczne i filozoficzne związane z prawem na całym świecie (dla mnie osobiście nie było to zbyt ciekawe, szczególnie że na egzaminie kazali wykuwać różne daty – teraz i tak ich nie pamiętam). Na 1 roku jest także prawo rzymskie – nie współczesne, a starożytne. Bardzo dużo bowiem obecnych polskich regulacji opiera się właśnie na tym prawie, choć głównie dotyczy to prawa cywilnego (a więc prawa rzeczowego, zobowiązań, prawa cywilnego ogólnego i części prawa spadkowego). Można powiedzieć więc, że polskie prawo opiera się na prawie starożytnym. Czy to dobrze czy źle? Nie mnie to oceniać. Na 1 roku pojawiają się także zagadnienia ekonomiczne, jakieś elementy łaciny i to by było na tyle. Z perspektywy czasu uważam, że przydatne jest tylko prawo rzymskie, reszta powinna iść do kosza.

Kolejne lata studiów to skupianie się już na szczegółach prawa materialnego. Wyjaśnię, że mamy prawo materialne i prawo proceduralne – pierwsze dotyczy przepisów stosowanych jeszcze poza sądem, czyli np. jak napisać umowę, jaka jest odpowiedzialność za przestępstwo, co może a czego nie może organ administracji itd. Drugie zaś prawo, jak wskazuje sama nazwa, dotyczy przepisów stosowanych w trakcie postępowania sądowego lub administracyjnego, a więc co może i czego nie może sąd, strona czy uczestnik postępowania, jak jest prowadzona po kolei procedura, jak powinna wyglądać decyzja lub wyrok. Na drugim i trzecim roku skupiamy się głównie na prawie materialnym – powiem szczerze, że jest tego dosyć sporo. Mamy bowiem prawo cywilne podzielone na 4 części (ogólne, rzeczowe, zobowiązań i spadkowe), prawo karne, prawo administracyjne, i takie kwiatki jak prawo bankowe, finansowe, czy ochrony środowiska (gdzie każą wkuwać cyferki i niepotrzebne zestawienia, które zmieniają się co roku). Na 4 i 5 roku pojawia się procedura – cywilna, karna i administracyjna. Uczą nas jak pisać pozwy, wnioski, apelacje, kasacje itd. Na ostatnim roku jest przedmiot, który polega na nauce interpretacji wydawanych ustaw, na tworzeniu nowych przepisów (przedmiot trwa jednak jeden semestr, więc za wiele to się tam człowiek nie nauczy, chyba że sam, bo go to interesuje).

W trakcie studiów odbywa się obowiązkową praktykę, która trwa UWAGA aż 1 miesiąc. Praktyka jest oczywiście za darmo, choć ten kto Cię przyjmie dostaje od uczelni kasę. Tu można trafić różnie, do sądu, do kancelarii, na policję, do prokuratury – generalnie gdzie kto by chciał. Jak będzie fajny „pracodawca” to nauczy studenta wielu różnych rzeczy, jak nie – to student nauczy się parzyć kawę i obsługiwać ksero. Rzeczywistość jest taka, że studentów na praktyce nie uczy się za wiele, a wykorzystuje jako niewolnika od załatwiania roboty, której nikt zrobić nie chce (np. latanie na pocztę z listami). Praktyka jest taka, że jak student sobie sam nie załatwi praktyk (darmowych, bo jakże inaczej), to nikt mu tego nie załatwi (oprócz tej obowiązkowej praktyki 1 miesięcznej po 3 lub 4 roku).

Potem na 5 roku kończymy i piszemy magisterkę, jest obrona i zakończenie. Jeśli ktoś myśli, że już wtedy można być prawnikiem pełną gębą, to niestety bardzo się myli.

Aplikacja

Same studia dają tytuł magistra prawa, można więc udzielać porad prawnych, pisać pisma procesowe (do sądu, prokuratury, na policję czy innego urzędu), nie można tylko reprezentować kogoś w sądzie. Wyjątek to najbliższa rodzina, a więc mgr prawa może reprezentować w sądzie swoje rodzeństwo, rodziców, dzieci, czy dziadków (nigdy cioć, wujków, czy kuzynów). Warto wiedzieć, że taka reprezentacja przysługuje każdemu z nas, nie trzeba być prawnikiem do tego. A więc mąż może np. reprezentować na rozprawie swojego pełnoletniego syna, wystarczy tylko żeby syn mu dał pełnomocnictwo. Prawnik po studiach może więc otworzyć własną kancelarię, ale będzie działał jako doradca prawny (nie mylić z radcą prawnym, bo do tego to jest długa droga).

Jak ktoś ma ambicje zostać adwokatem, radcą prawnym, notariuszem, sędzią, prokuratorem czy komornikiem, musi iść na tzw. aplikację (jest to coś na kształt przygotowania, przyuczenia do zawodu). Aplikacja trwa odpowiednio – adwokacka i radcowska 3 lata, notarialna 3,5 roku, komornicza 2,5 roku, zaś sędziowska i prokuratorska – na to trzeba poczekać, bo w tym roku zmieniają się przepisy, ale średnio 4 lata. Aplikacja nie jest darmowa, jeden rok kosztuje 3 krotność minimalnego wynagrodzenia za pracę, a więc obecnie w 2016 r. to koszt 5 550 zł. Oprócz tego adwokaci i radcowie życzą sobie co miesięcznych składek. W ustawie istnieje co prawda zapis, że odpowiednie władze mogą zwolnić z całości lub części tej opłaty, ale ze świecą w ręku szukać tego komu się udało uzyskać takie zwolnienie. Jak cię zwolnią z opłaty, to władze samorządu adwokackiego, radcowskiego itd. sami muszą ją uiścić – a kto by chciał z własnej kieszeni oddawać kasę? Nie pomaga nawet fakt, że aplikant pozostaje bez pracy – nikogo to nie obchodzi. Co więcej na aplikacji obowiązują tak chore zasady, że aplikant może pracować wyłącznie w zawodzie prawnika, a aplikanci adwokaccy – wyłącznie w kancelarii adwokackiej. Odpada więc praca w sklepie, hotelu czy wszędzie tam, gdzie nie jesteś prawnikiem. Są to tzw. zasady etyczne zawodu – nie wypada prawnikowi pracować poza zawodem. Dla mnie to bzdura i już wyjaśniam dlaczego. Jak złapią cię, że pracujesz poza zawodem (np. w sklepie na kasie, czy w kwiaciarni), to wszczynają postępowanie dyscyplinarne, jest duża szansa, że wywalą Cię z aplikacji. Zapomniałem dodać, że na aplikację dostaniesz się tylko jak zdasz test z około 50 ustaw (masz 150 pytań, 1 minutę na pytanie, a żeby zdać trzeba mieć dobrze min. 100 pytań). Koszt testu to około 800-900 zł, czy zdasz czy nie, kasy nie zwracają. Wracając do kwestii niegodnej pracy aplikanta – znam historię dziewczyny, która nie mogła znaleźć żadnej pracy w kancelarii, ani w urzędzie, ani w departamencie prawnym banku czy jakiejś firmy, nie miała rodziny prawniczej, żadnych znajomości, nie zwolnili jej z opłaty za aplikację, więc poszła pracować do sklepu z odzieżą (takiego zwykłego, a nie ciucholandu, choć ja do ciucholandów nic nie mam). Pech chciał, że po jakimś czasie do sklepu wparowała pani dziekan z rady izby radcowskiej, w której dziewczyna odbywała aplikację. Poznała ją, wszczęto postępowanie dyscyplinarne i dano jej wybór – albo zrezygnuje z tej pracy (dziewczyna nie miała bogatej rodziny, było to jej jedyne źródło utrzymania), albo zostanie wyrzucona na bruk. Ona na to, że jak zrezygnuje z tej pracy to nie dość, że na chleb nie będzie miała, to nie będzie miała z czego opłacić aplikacji (a jak jej nie opłacisz, to oczywiście też z niej wywalają). Dziewczyna w płacz, a pani dziekan na to – nic mnie to nie obchodzi, trzeba było nie pchać się na aplikację, skoro nie ma się pieniędzy. Można było przymknąć oko na pracę dziewczyny, bo tego nikt by nie skontrolował, ale nie – lepiej jest wywalić na bruk, bo wtedy będzie mniejsza konkurencja.

Aplikanci adwokaccy mają jeszcze lepiej – oni mogą być zatrudnieni wyłącznie w kancelarii. Nie wolno im nawet zarejestrować się do urzędu pracy, choćby po to aby mieć w razie czego ubezpieczenie zdrowotne. Nie to, żebym namawiał do leczenia w naszej służbie zdrowia, ale jak się zdarzy jakiś wypadek, to wtedy taki aplikant zabuli z własnej kieszeni za karetkę czy gips. Jak aplikant się zarejestruje w PUP jako bezrobotny, bo np. chce mieć zasiłek czy to ubezpieczenie zdrowotne, to władze adwokatury od razu stawiają ultimatum – albo się wypisujesz z PUP, albo żegnamy się na aplikacji. Wg ich etyki wpis na listę bezrobotnych licuje z godnością aplikanta. Ja się pytam – to z czego taki ktoś ma żyć? Z energii słonecznej i uśmiechu adwokatury? Porażka i dno mułu.

Dostanie się na aplikację nie gwarantuje sukcesu. Te około 3 lata to powtórka ze studiów, z multum egzaminów (no może poza aplikacją komorniczą i notarialną, ale tam dostać się jest dużo trudniej, bo test wstępny jest trudniejszy). Po drodze może podwinąć się noga i z aplikacji można zwyczajnie wylecieć – ile ja znam takich osób. Jak uda się przejść przez całe to szkolenie (na którym uwierzcie mi, uczą tyle co kot napłakał, a kasy biorą za to co nie mała), czeka delikwenta egzamin państwowy, który kosztuje około 1200 czy 1500 zł, trwa około 3 dni pod rząd po 8 godzin. Jak zdasz wszystkie części, to gratuluję – jesteś adwokatem, radcą, notariuszem, komornikiem. Jak nie zdasz to podchodzisz za rok do całości i tak aż do skutku, chyba że sobie odpuścisz bo masz już dosyć albo nie masz zwyczajnie kasy i sił. Aplikację można ominąć, ale trzeba mieć tytuł dr lub dr hab. I jakieś 3 czy 4 lata praktyki np. w kancelarii, ale to też nie jest proste – na studia doktoranckie nie jest się tak łatwo dostać, a je skończyć, to też wyzwanie (studia doktoranckie trwają 4 lata, czyli 8 semestrów. Jeden semestr kosztuje ok. 4000 zł. Bardzo fajnie, prawda?) Niektóre uczelnie robią studia doktoranckie dzienne, ale limit miejsc jest bardzo mały, a wymagania spore.

Przekręty w sądach

Na zakończenie kilka historyjek z sądu. Jako, że miałem okazje trochę popracować jako p.o. asystenta sędziego, zobaczyłem jak ich praca wygląda od kuchni. Najmniejsze wynagrodzenie sędziego to miesięcznie około. 6 tys. zł – to tak na sam początek jak przychodzi do pracy. Z czasem dostaje on więcej, a jak już pójdzie do sądu okręgowego czy apelacyjnego, to kwoty miesięczne mogą być całkiem spore (nawet do 20 tys. wzwyż). Dla mnie te kwoty są astronomiczne. Co więcej, sędzia ma nienormowany tryb pracy – nie przychodzi na 8 godzin co dziennie. Jego wymiar czasu pracy podyktowany jest wymiarem jego zadań. Co to znaczy? Że przychodzi kiedy chce i o której chce? Nikt go z tego nie rozlicza. No oczywiście jak prowadzi rozprawę, to musi na niej być o tej godzinie co trzeba. Ale wiele razy już widziałem, że problemem dla sędziego nie było spóźnić się na rozprawę godzinę czasu –od tak. A jak ktoś się spóźni choćby 5 minut, to może Cię nie wpuścić na salę i odroczy rozprawę. Od taka sprawiedliwość, ale wiele zależy od sędziego (jakim jest człowiekiem).

Jak sędzia wydaje wyrok, to co do zasady nie musi go uzasadniać – wystarczy, że uzasadni go trochę na rozprawie ustnie i tyle. Na piśmie uzasadnienia nie odnajdziesz. Są jednak przypadki, gdzie trzeba pisać uzasadnienie z urzędu lub na wniosek strony postępowania. I takie wnioski są najbardziej przez sędziów znienawidzone. Dlaczego? Ano dlatego, że wg nich tracą oni czas na uzasadnianie swoich wyroków – muszą sobie popisać na komputerze. Jak sprawa jest błaha, to pół biedy – jeden dzień i z głowy. Ale co jak sprawa trwała kilka lat? Wtedy uzasadnienie musi być długie, nie da się inaczej. Jeśli ktoś myśli, że sędziowie sami piszą uzasadnienia swoich wyroków, to są w dużym błędzie. Piszą je asystenci sędziów (asystentem może być osoba, która ukończyła studia prawnicze i wygrała konkurs na to stanowisko). Sędzia wchodzi do pokoju asystenta (zazwyczaj w jednym pokoju mamy 3-4 asystentów ściśniętych jak kurczaki w klatce), rzuca akta sprawy i życzy sobie uzasadnienia do swojego wyroku. Asystent pisze uzasadnienie, choć sprawy na swoje własne oczy nie widział, potem oddaje je sędziemu. Jak sędziemu się spodoba, to je przyjmie i cały wyrok podpisze, jak nie sposobu, to asystent siada i poprawia uzasadnienie aż do skutku. Zdarza się też i tak, że uzasadnienia sporządzają aplikanci radcowscy lub adwokaccy (na tych aplikacjach odbywa się krótką praktykę sądową). Wtedy to już jest szał twórczości, aplikant który ma się uczyć zawodu, sędzia ma go do tego przygotować i dostaje za to kasę, musi sam z własnej głowy wymyślić uzasadnienie w jeden lub dwa dni. Jak sędzia będzie łaskawy, to powie na czym polegała dana sprawa, jak nie to niczego nie powie i weź się człowieku zastanawiaj.

Ciekawsze rzeczy dzieją się w sekretariatach, gdzie pracują szeregowi pracownicy za minimalną pensję, a roboty mają od groma. Szycie akt grubymi igłami i nićmi (chyba, że sąd jest nowocześniejszy, to wtedy mają dziurkacze i plastikowe zszywki), klejenie kopert, odbieranie i wysyłanie korespondencji, odbieranie telefonów od ludzi, obsługa klientów – jednym słowem zaplecze sądu to taka mała fabryka św. Mikołaja i nie ma w tym sformułowaniu przesady. Tam nie ma nawet czasu kanapki zjeść czy coś wypić, chyba że to jest sąd w małej mieścinie, gdzie spraw jest niewiele. Poza tymi obowiązkami, pracownicy sekretariatu protokołują na rozprawach (to te słynne panie, a teraz i panowie, którzy piszą relację z rozprawy na komputerze). Jak sędzia jest ludzki, to nie będzie dyktował z prędkością światła i pomoże protokolantowi, a jak nie jest, no cóż – problem protokolanta. Niezłe numery odbywają się przy odbieraniu telefonów. Jeden dzień byłem w takim sekretariacie, dali mi coś do pisania i dzwoni telefon – szefowa sekretariatu odbiera, o czym daje mi telefon do ręki. Tak z niczego. Ja na to, że przecież nie wiem o co chodzi, co mam powiedzieć, w jakiej to sprawie. Ona na to, że nieważne, że wystarczy dać się wygadać po drugiej stronie, niech gościu nawija, a potem to się odpowie, że nie mamy czasu albo się rozłączymy. Ja uwierzyć nie mogłem, bo mówię kobiecie że tak się nie robi – popatrzyła na mnie jak na kosmitę, dała telefon do ręki i wyszła z pokoju z kanapką w ustach.

Ciekawie było też w miejscowych psychiatriach – z sędziami jeździłem jako protokolant, żeby spisywać zeznania zatrzymanych osób (np. gościa co zadźgał swoją żonę nożem, czy faceta na którego nie działały żadne leki i rozerwał kaftan bezpieczeństwa rzucając się na pielęgniarkę). Jedno co mi się nasunęło na myśl to to, że na tych oddziałach pacjenci są owszem izolowani od zewnątrz, ale nie w oddzielnych pokojach tylko na takiej dużej sali (coś jak stołówka i wejścia do ich pokojów). Dla mnie to było duże przeżycie, idziesz sobie koło takiej osoby, której ewidentnie coś jest, a wygląda jak chodzące zombie – i pacjentów takich mamy około 20-30, i dwie drobne pielęgniarki do pilnowania porządku. Jedna pacjenta powiedziała, że jak zechce to zrobi rewolucje na sali, namówi pozostałych pacjentów i z nożami i widelcami (bo mają do nich dostęp), zaatakują lekarzy – i weź człowieku przejdź koło takiej kobiety, która ma szaleństwo w oczach.

Lavo

Komentarz polskiego prawnika do Przekrętu wszechczasów – cz. 5

Podatek od nieruchomości

Odnosząc się do pytania Astromarii – „Wygląda na to, że władza po raz kolejny robi nas w bambuko: sprzedaje nam ziemię, i jednocześnie traktuje ją jako swoją własność, od której trzeba płacić haracz – czujesz problem? Mamy tu podobny problem, jak w przypadku podwójnego opodatkowania. Albo ziemia należy do państwa, które nam ją udostępnia i wtedy (co logiczne i słuszne) musimy za to płacić haracz, albo państwo sprzedaje nam tę ziemię na własność i jako właściciele nie mamy za co płacić haraczu. Czy z prawnego punktu widzenia można się z państwem o to procesować i wygrać?”

Problem jest w tym, że w ogóle ustala się podatki od nieruchomości – osobiście uważam, że jest to rozbój w biały dzień. Dlaczego np. jak wybuduję sobie dom za własne pieniądze, na własnej działce (która też coś kosztowała), mam corocznie płacić państwu daninę w postaci podatku do nieruchomości (nawet jeśli wynosi to kilka stówek rocznie)? Dotyczy to każdej nieruchomości – mieszkania w bloku, działki, pola na wsi itd. Jeśli chodzi o czynsz to na tę opłatę można się jeszcze zgodzić (na samą opłatę, bo kwestia jej wysokości to inna sprawa), ponieważ z czynszu opłacane jest np. sprzątanie klatki, piwnic, wykonywanie drobnych napraw czy remontów. Podatek od nieruchomości ma zaś na celu zasilenie skarbonek samorządów terytorialnych (gmin). Stąd też każda gmina ma inne stawki tego podatku. Obowiązek jest jeden na cały kraj, zaś uszczegółowienie opłat jest zależne od konkretnych miejscowości (stąd w każdy mieście mamy inne stawki). Uniknięcie tego podatku czy walka przed sądem o jego zniesienie jest ogólnie rzecz biorąc prawie niemożliwa, bo podatek ten wynika z ustawy, czyli aktu prawnego obowiązującego w całym kraju oraz z aktów prawa miejscowego (uchwał rad gmin) obowiązujących w poszczególnych gminach. Ustawy te i uchwały wynikają zaś z samej Konstytucji, bo to ona właśnie daje prawo „władzy” do tworzenia jakichkolwiek podatków. Przed sądem raczej nie wygramy, bo każdy sąd stwierdzi, że skoro obowiązek płacenia podatków wynika z ustawy, to trzeba się do niego stosować. Wiem, że te podatki są całkowicie pozbawione sensu, bo zasilają wynagrodzenia tzw. budżetówki, czyli całej masy urzędników na czele z posłami, senatorami, prezydentem, ministrami itd. A dlaczego trzeba podwyższać podatki? Bo koszty życia z roku na rok rosną, a „władza” przecież musi z czegoś (czytaj: z nas) żyć. Dlaczego oni mają tak wysokie pensje (min. 10 tys. zł plus dodatki), skoro szeregowy pracownik zarabia miesięcznie minimalną pensję (ok. 1200 zł na rękę)? Sami widzicie, że podatki są nie po to, aby budować drogi, szpitale itd., tylko żeby utrzymywać pasożytów. Moim zdaniem posłowanie czy senatorowanie powinno być albo społeczne albo za minimalną pensję – wtedy nikt nie pchałby się na stołki do stolicy i okolic. Ale kto tworzy prawo? Posłowie i senatorowie – a skoro mogą sami sobie tworzyć przepisy, to czemu nie mogą tworzyć sobie dużych podatków i wysokich pensji? A to wszystko zgodnie z prawem i pod naszym zezwoleniem. Aby obejść ten podatek, trzeba byłoby wykazać, że jest niezgodny z Konstytucją – a tego się zrobić praktycznie nie da, bo Konstytucja twierdzi, że podatki trzeba płacić i od tego są ustawy. Jedyne rozwiązanie to zmiana Konstytucji, ale tego dokonać może wyłącznie Sejm i Senat (a wiemy kto tam zasiada). Owszem możemy też nielegalnie wybudować dom gdzieś w lesie, siedzieć cicho i nic nikomu nie zgłaszać – tylko, że jak ktoś podkabluje nas urzędnikowi, możemy mieć problem :/

Być może komuś przyda się takie rozwiązanie – kiedy powstaje obowiązek podatkowy podatku od nieruchomości? W momencie zakończenia budowy lub pierwszego zasiedlenia budynku. Jeśli właściciel nie zgłosi, że się wprowadził, gmina nie ściągnie podatku, bo nie ma do tego żadnego prawa. Jest to zatem rozwiązanie jedynie dla tych, którzy mają w planach budowę domu lub dopiero co się budują. W praktyce póki właściciel domu nie złoży do urzędu gminy zawiadomienia o zakończeniu budowy, to podatku nie ma obowiązku płacić i nic mu wtedy nikt zrobić nie może. A co za problem przedłużać formalnie budowę domu? Wiem, że jest to tylko czasowe rozwiązanie, no ale zawsze jest to coś. Co więcej, podatek należy płacić od pierwszego zasiedlenia, więc póki sami nie zgłosimy tego do urzędu, to jak skontrolują nas, że mieszkamy w naszym nowym domku? W praktyce nikt żadnego urzędnika nie wyśle w teren, żeby sprawdził czy rzeczywiście tam mieszkamy. Kłopot w tym, że donieść na nas może „życzliwy” sąsiad. Jest tu jednak jeden haczyk – jak wyjdzie na jaw, że dosyć długo ukrywaliśmy się przed tym podatkiem (mieszkając np. kilka lat bez zgłaszania tego do urzędu), to mogą na nas nałożyć kary finansowe wraz z odsetkami od tych zaległych, nieopłaconych podatków.
Ostatnio dowiedziałem się od kolegi adwokata, że podatki są tylko obowiązkowe dla biednych i średnio zamożnych, tj. dla większości z nas (chodzi o podatek dochodowy, czyli popularny PIT lub CIT). W przepisach są bowiem takie kruczki prawne, że gdy osiąga się pewien bardzo, bardzo wysoki dochód, to wtedy nie obowiązują Ciebie żadne podatki. Ten przywilej jest jednak dostępny tylko dla bogatych Polaków, tj. prezesów potężnych firm, banków itd. O tym się jednak głośno nie mówi. Nawet jeśli jesteś ciut biedniejszy od ultrabogaczy, to też nie musisz płacić za dużo. Dzięki czemu? Dzięki ulgom podatkowym np. na różnego rodzaju instytucje charytatywne. A kto powiedział, że taką instytucję nie może prowadzić np. Twój znajomy czy daleka kuzynka? Tak właśnie działają przekręty podatkowe na najwyższych szczeblach – kasa zostaje w jednym kręgu, tak aby nie trafić do Skarbu Państwa. Kto więc utrzymuje system podatkowy? Biedni i średniozamożni, czyli ¾ naszego społeczeństwa.

@Walirlan dobrze napisał, że podatki są haraczem. Jaka jest między nimi różnica? Tylko taka, że haracz jest nielegalny, bo nie ma do niego ustawy, a podatek jest legalny, bo mamy do niego konkretny przepis. Dla mnie tak naprawdę to żadna różnica, tylko okradanie ludzi w białych rękawiczkach.

Jak się nie dać komornikowi?

Jeśli ktoś wie, że ma mieć zlicytowaną jakąkolwiek nieruchomość, to sposobem na skuteczne i teoretycznie nieskończone odwlekanie sprzedaży jest …. nieodbieranie pism sądowych ani komorniczych. Generalnie zasada jest taka, że jak nie odbierzemy pism sądowych czy urzędniczych po dwukrotnym awizowaniu, to listy z pismami wracają do sądów lub urzędów i traktowane są jako doręczane. Podobnie jest gdy odmówimy przyjęcia takiego pisma. Ogólnie rzecz biorąc nie polecam zostawiać pism sądowych bez odbioru lub odmawiać ich przyjęcia. W sprawie egzekucyjnej z nieruchomości jest jednak inaczej. Jeśli wiemy już, że wydany został wyrok na podstawie którego komornik może zlicytować Ci dom, działkę, mieszkanie lub jakąkolwiek inną nieruchomość, to nie odbieraj od niego, ani od sądu żadnej następnej korespondencji. Przed każdą sądową licytacją istnieje obowiązek doręczenia dłużnikowi pisma z zawiadomieniem o terminie tej właśnie licytacji. Co jednak jeśli pismo nie trafi do rąk dłużnika, tj. nigdy on go nie odbierze, zignoruje awizo, wyjedzie na wakacje, na stałe za granicę? Wtedy nie działa ogólna zasada, że niedoręczone pisma trafiają z powrotem do sądu i traktowane są jako doręczone. Wtedy licytacja jest skutecznie zablokowana i póki dłużnik nie odbierze pisma (bądź ktokolwiek z jego rodziny), póty licytacji nie będzie. Jest to jedyny wyjątek pozwalający na nieodbieranie pism sądowo – komorniczych w pełni legalnie i bez żadnych prawnych konsekwencji? Co to więc nam daje, ano to że nieruchomość nigdy nie zostanie zlicytowana, a więc cały czas będzie własnością dłużnika. To z jakich powodów dłużnik nie odbierze pisma, nikogo nie powinno obchodzić – możecie się wyprowadzić gdziekolwiek, wynająć to mieszkanie i czerpać zyski z najmu (zaznaczcie jednak najemcy, żeby nie odbierał żadnych pism sądowych i mówił doręczycielowi, że nie wiem gdzie jest właściciel mieszkania). Jeśli nawet ktoś odbierze za Was pismo o terminie licytacji, to w żadnym wypadku nie pojawiajcie się na niej w sądzie – no chyba, że sami odebraliście pismo i własnoręcznie pokwitowaliście jego odbiór. Sądy i komornicy nie szukają takich dłużników, szczególnie jeśli dowiedzą się, że dłużnicy przebywają za granicą. W praktyce znam jeden przypadek, gdzie dłużnik sobie pojechał na wakacje na zachód Europy i siedzi na takich wakacjach już od 2-3 lat, a licytacja jego nieruchomości odbyć się nie może i nigdy się raczej już nie odbędzie. Gościu sobie jeździ po Europie, wynajmuje to mieszkanie, ma z niego kasę, a sąd zrobić nic nie może, bo ma związane ręce.

Prawa naturalne i zwyczajowe

Prawa te przejawiają się tylko co jakiś czas w przepisach prawa polskiego, ale nigdy nie są i nie będą źródłem prawa w Polsce. Innymi słowy, w jakimkolwiek procesie sądowym czy sprawie urzędniczej nie można skutecznie powoływać się na prawa naturalne czy prawa zwyczajowe, chyba że wprost wynikają z ustaw lub umów międzynarodowych. Zupełnie inaczej jest w anglosaskim systemie prawnym, gdzie można skutecznie z tych dwóch praw korzystać i wygrywać dla siebie procesy. Jednym sposobem wdrożenia praw naturalnych do naszego systemu prawnego jest takie tworzenie ustaw, aby były one jak najbardziej bliskie prawom naturalnym. Tu jest o tyle prościej, że projekt ustawy mogą zgłosić sami obywatele (minimum 100 tys. obywateli) – jak ustawa będzie dobrze napisana, to powinna przejść przez cały Sejm i Senat. Ja bym dodał jeszcze do tego, że trzeba byłoby ją odpowiednio nagłośnić w mediach, żeby ludzie w końcu obudzili się i uwierzyli, że sami mogą pisać sobie prawo.

Prawo spadkowe

Jak pisałem już we wcześniejszych komentarzach, polskie prawo spadkowe jest dosyć złożone, a prawa czy obowiązki spadkobierców w dużym stopniu zależą od konkretnej sytuacji związanej z rodziną i całym spadkiem (stąd nie ma i nie będzie jednej cudownej rady dla każdego).

Zacznijmy od zachowku – jest to takie coś, co należy się najbliższej rodzinie zmarłego, jeśli nie zostali oni dopuszczeni do dziedziczenia. Innymi słowy jest to prawo do żądania części spadku od osoby, która go dostała. Przykładowo zmarły miał żonę i dwóch synów, ale cały spadek przepisał sąsiadce (bo miał taki kaprys), wtedy to właśnie żona jak i synowie mają prawo żądać zachowku od tej sąsiadki. Zachowek wynosi 2/3 tego co normalnie przypadłoby Ci w spadku, gdybyś dziedziczył (czyli np. jesteś żoną, która nie dostała nic w spadku, bo mąż przepisał wszystko na córkę – wtedy możesz żądać 2/3 tego co byś miała, gdybyś dziedziczyła razem z córką bez testamentu, a więc 2/3 z ½, czyli zachowek wynosi 2/6, a więc 1/3). Od wielkości zachowku są pewne wyjątki, ale to nie na ten temat. Sprawa z zachowkiem jest o tyle ciekawa, że jeśli jesteś spadkobiercą i nikt od Ciebie tego nie żąda, to nie musisz nic płacić (nawet jak ktoś będzie 10 razy dziennie marudził, że należą mu się pieniądze po zmarłym). Póki więc nie założy sprawy w sądzie, póty nie warto nic płacić. Co więcej, ludzie wymyślają sobie kosmiczne zachowki, po to żeby ściągnąć od spadkobiercy jak najwięcej kasy – wtedy jak ktoś taki założy sprawę do sądu, wystarczy podnieść przed sądem, że żądana kwota jest za duża i sąd ustali ją za pośrednictwem biegłego. Oczywiście zrobi to na koszt tego, kto dochodzi zachowku. W praktyce może być tak, że koszt takiego biegłego i całej sprawy sądowej będzie tak duży, że z otrzymanego zachowku nie będzie już niczego, albo trzeba będzie od sprawy dopłacić. Stąd pozwy o zachowek nie są zbyt częste. Co więcej, żądać zachowku można tylko przez 5 lat (kiedyś były to 3 lata), od chwili ogłoszenia testamentu w danej sprawie (czy to przez sąd czy notariusza). Tak więc jeśli minie te 5 lat i nikt się nie upomina od Ciebie jako od spadkobiercy żadnego zachowku, to po tym czasie nie musisz nic już nikomu płacić, nawet jak założy sprawę sądową.

Jeśli chodzi o dziedziczenie długów – niewiele osób wie, że długi to też spadek. Nie mamy w naszym prawie rozgraniczenia, że dziedziczy się tylko to co majętne i wartościowe (domy, samochody, działki, biżuterię). Wszystkie pozostawione i niespłacone długi zmarłego muszą być uregulowane przez tego kto stał się spadkobiercą i przyjął spadek. Jak ominąć obowiązek płacenia zaległości za zmarłego? Najprościej odrzucić spadek (jest na to 6 m-cy od chwili, gdy dowiedzieliśmy się że jesteśmy spadkobiercami). Jeśli jednak w ciągu tych 6 m-cy nie odrzucimy spadku, to automatycznie go nabywamy. Od jesieni 2015 r. jest jednak o tyle lepiej, że jak nie odrzucimy spadku i go nabędziemy w powyższy sposób, to następuje tzw. nabycie z dobrodziejstwem inwentarza, czyli z ograniczeniem odpowiedzialności za długi spadkowe. Przykład: zmarły zostawił nam samochód warty 10 tys. zł i dług na 20 tys. zł – jak nabywamy spadek z dobrodziejstwem inwentarza, to musimy spłacić tylko 10 tys. zł długu, a nie całość. Jak nabędziemy spadek wprost, to musielibyśmy zapłacić całą zaległość. Do jesieni 2015 r. w przepisach było tak, że jak w ciągu 6 m-cy od śmierci spadkodawcy nie odrzucisz spadku lub nie przyjmiesz go z dobrodziejstwem inwentarza, to nabywałeś spadek właśnie wprost – czyli za dług odpowiadało się bez ograniczenia. Np. samochód był warty 10 tys. a dług 30 tys., to płaciłeś cały ten dług. Ludzie często nie wiedzieli o długach zmarłego i nabywali spadek wprost, albo nie wiedzieli w ogóle że muszą składać jakieś tam oświadczenie przed notariuszem czy sądem o nabyciu lub odrzuceniu spadku, mijało 6 m-cy i nabywali z automatu spadek wprost i grzęźli w długach. Teraz jest o tyle lepiej, że nawet jak są długi, to wszystkiego nie trzeba spłacać, tylko tyle ile dostało się od zmarłego prawdziwego majątku.

Nie każdy wie, że od nabytego spadku trzeba zapłacić podatek (tak jak od darowizny). Ale jest sposób, aby w ogóle go nie płacić. Jeśli spadkobiercą jest małżonek, zstępni (dzieci, wnuki itd.), wstępni (rodzice, dziadkowie itd.), pasierbowie, rodzeństwo, ojczym i macocha, to nie płacą oni podatku od spadku niezależnie od wartości spadku, który dziedziczą. Ale jest jeden warunek – muszą oni zgłosić fakt nabycia spadku na formularzu do swojego urzędu skarbowego (jak w spadku jest nieruchomość, to do urzędu gdzie ta nieruchomość się znajduje) – termin na to to 6 m-cy od uprawomocnienia się postanowienia o stwierdzenia nabycia spadku lub wydania notarialnego poświadczenia dziedziczenia. Jak ktoś się zagapi i podatku nie zapłaci, to skarbówka prędzej czy później się o niego upomni i doliczy odsetki za zwłokę. A płacić podatek kilkuprocentowy od np. chałupy wartej 300 tys. zł plus odsetki, na pewno nie jest fajne.

@magdaOneWay pytała się o kwestię długów ZUS zmarłej mamy – praktyka jest taka, że ZUS ściga często długi już przedawnione. Przedawnienie takich długów wynosi 5 lat – jeśli w tym czasie (tj. 5 lat od powstania długu), ZUS się nie odezwie słowem, nie założy sprawy spadkowej, to dług się przedawnił i nie mogą skutecznie dochodzić jego realizacji, nawet przed sądem. Chyba, że wystraszony dłużnik lub spadkobierca zgodzi się na ugodę czy zapłaci choćby 1 zł, wtedy jest ugotowany i płacić musi już do końca i wszystko, bo przyznał się do długu. Podkreślę, że te 5 lat przedawnienia dotyczy jednak składek wymagalnych po 1 stycznia 2012 r. Starsze składki objęte są wciąż 10-letnim terminem przedawnienia. A zatem nawet w 2017 roku ZUS może w świetle prawa ubiegać się o zaległe, niezapłacone składki z roku 2007. Oczywiście ZUS sobie czeka do ostatniej chwili, żeby naliczać odsetki, ale wtedy można odpowiedzieć mu, że do tej pory nie było żadnych wezwań do zapłaty – jak minie te 10 czy 5 lat to wtedy dajemy sobie spokój i piszemy, że dług się przedawnił. Jak nie minęło tyle czasu, a dług się nie przedawnił, to zawsze można skorzystać z tego, że przyjęło się spadek z dobrodziejstwem inwentarza i zapłacić tyle, ile się faktycznie od zmarłego dostało. A jeśli się nic nie dostało, to wtedy też nic z długu nie spłacamy. Tak więc @magdaOneWay, jeśli Twoja mama zmarła przed 2012 r., a minęło już ponad 10 lat, to niech ZUS spada na drzewo – szczególnie jeśli w tym czasie nie założył Ci żadnej sprawy sądowej 🙂

@bartekblog Jeśli uważasz, że nie popełniłeś wykroczenia, to miałeś pełne prawo odmówić przyjęcia mandatu. Sprawa trafia wtedy do sądu, ale jeśli nie dostałeś choćby jednego zawiadomienia o terminie rozprawy i sąd wydał wyrok, to jest to podstawa do jego podważenia (nawiasem mówiąc, jaki sędzia wydaje wyrok w takiej sprawie, nawet nie tyle bez przesłuchania osoby rzekomo popełniającej wykroczenia, co bez sprawdzenia czy taka osoba została w ogóle powiadomiona skutecznie o rozprawie). Nie wiem ile czasu minęło już od wydania tego wyroku, bo jeśli do 21 dni to można składać apelację i podważyć cały wyrok opierając się na tym, że został on wydany niezgodnie z przepisami (bo nie powiadomili Cię o rozprawie). Jeśli jednak minęło już te 21 dni, to wtedy składa się skargę o wznowienie postępowania w sprawie – opierając się także na tych samych przesłankach. To jest taki ogólny zarys postępowania, jeśli chcesz szczegółów to musisz napisać mi na prywatnego maila, który możesz dostać od Marii.

Lavo