Zdrowotny Hyde Park

czyli wolna dyskusja na tematy zdrowotne

Jeśli nie widzisz swojego właśnie napisanego komentarza, lecz komentarze z roku 2013… ups… trochę stare… nie załamuj się, wróć do strony głównej Zdrowotnego Hyde Parku (np. odśwież stronę) i zjedź na sam dół. Komentarz jest tam, gdzie być powinien (chyba, że jest w moderacji lub spamie, ale spoko, prędzej czy później go tam znajdę i zatwierdzę).

Jeśli chcesz przejść na konkretną stronę dyskusji w Zdrowotnym Hyde Parku użyj tego linku zmieniając zaznaczony na czerwono numer strony na ten, którego szukasz: https://astromaria.wordpress.com/zdrowotny-hyde-park/comment-page-10/#comments

———————————

Uwaga! Jeśli bezgranicznie ufasz medycynie alopatycznej, zwanej bardziej słusznie medycyną rockefellerowską lub wręcz talmudyczną dla gojów, a która samą siebie w sposób zupełnie nieuzasadniony nazywa „medycyną opartą na dowodach” nie czytaj tego tekstu, bo możesz doznać szoku lub wpaść we wściekłość. Osoby głęboko wierzące w naukę ostrzegam przed dalszą lekturą i przed herezją, jaką tu głoszę!

Szczególnie ostrzegam pacjentów onkologicznych. Nie dość, że cię zabiją po długich męczarniach, to jeszcze musisz wyżebrać górę pieniędzy, żeby za to zapłacić, bo olbrzymie i przymusowo zdzierane z całego (nawet zdrowego) społeczeństwa składki na ZUS to za mało, żeby opłacić tę rzeź. Moja rodzina zmuszona jest płacić składki zdrowotne, chociaż od dziesięcioleci w ogóle nie korzystamy z usług medycznych. Takich ludzi jak my jest dużo więcej. Gdzie więc podziewają się nasze pieniądze, dlaczego nie starcza ich na chorych na raka?

Nie ufam medycynie, która nie traktuje organizmu jako całości.

Medycyna alopatyczna podzieliła organizm na drobne fragmenty i wytworzyła wąskie specjalizacje, ale w rzeczywistości niczego nie leczy, a jedynie maskuje przykre objawy, oszukańczo zwane chorobami. Mamy specjalistów od oczu, od wątroby, nerek, uszu, stóp itp., ale przecież organizm jest całością, a nie zbiorem osobnych części. Rozumiem, że czasem specjalizacje mają sens, np. jeśli ktoś dozna urazu oka, to będzie potrzebował pomocy okulisty, a ktoś ze połamanymi kośćmi ortopedy, ale w przypadku np. choroby wątroby leczenia całościowego i przyczynowego (a nie wąsko specjalistycznego i objawowego) wymaga cały organizm. Należy najpierw ustalić przyczynę choroby, a następnie ją usunąć. Wyeliminowanie przyczyny choroby w naturalny sposób przywróci zdrowie całemu organizmowi, ponieważ niedomagania jednego narządu powodują zaburzenia w pracy całego organizmu, który również powróci do zdrowia.

———————————

Nie jestem lekarzem i nie podaję tu żadnych sposobów LECZENIA chorób!

Podaję tylko informacje, jak zapobiegać chorobom i demaskuję oszustwo zwane medycyną alopatyczną (przez niektórych zwaną talmudycznym ludobójstwem).

Naturalna, zdrowa żywność, diety, oczyszczanie organizmu sokami i surówkami, zioła, medytacja itp. nie są lekami ani leczeniem, lecz przywracaniem naturalnej równowagi organizmu i zdrowym stylem życia!

Dlaczego mam czelność zajmować się tematyką zdrowia skoro nie jestem lekarzem?

Mam do tego nie tylko prawo, ale wręcz obowiązek, ponieważ MOJE ZDROWIE I MOJE CIAŁO SĄ MOJĄ PRYWATNĄ WŁASNOŚCIĄ I MOIM NAJWIĘKSZYM SKARBEM! Nie znam nikogo, komu pomogłyby alopatyczne pigułki, zastrzyki i zabiegi, więc jest dla mnie oczywiste, że muszę wziąć odpowiedzialność za własne zdrowie we własne ręce!

Nie  jestem niczyją własnością, nie jestem hodowlanym bydlęciem (chociaż władze coraz częściej traktują ludzi jak bydło i swoją prywatną własność), więc nie podlegam władzy żadnego właściciela, pastucha ani totalitarnego państwa. Nikt nie ma prawa narzucać mi jak się odżywiam, czy i jak się leczę, a tym bardziej bogacić się zmuszając mnie przemocą prawną i fizyczną do badań, przyjmowania leków, poddawania się zabiegom i przymusowym szczepieniom.

Żadna firma farmaceutyczna nie ma prawa bogacić się w nieuczciwy sposób zmuszając ludzi do poddania się szczepieniom i oszukując ich, że tym sposobem zagwarantują zdrowie sobie i dzieciom, albo (co szczególnie kuriozalne) ochronią kogoś innego, kto zaszczepić się nie może. Skandalem jest rozsiewanie wzniecających panikę i zupełnie nieprawdziwych plotek, że z powodu odmowy poddania się szczepieniom spowoduję światową pandemię i ludzkość wymrze. Taka argumentacja śmierdzi Talmudem, który nakazuje poświęcić część lub nawet większość społeczności, żeby ratować dupy elitom. Poza tym jest to argumentacja nieuczciwa, nieoparta na prawdzie. Po pierwsze: szczepienia są nieskuteczne. Nie tylko nie chronią przed zachorowaniem (epidemie, w tym gruźlicy i porażającego polio, wybuchają głównie wśród zaszczepionych), ale nawet nie sprawiają, że choroba ma lżejszy przebieg. Po drugie zaszczepieni stają się nosicielami bardzo groźnych wirusów i bakterii, którymi zarażają wszystkich wokół, a więc i tych, dla których mieli stanowić parasol ochronny i po trzecie, ogólny stan zdrowia zaszczepionych, a więc i ich systemu odpornościowego, jest dużo gorszy niż nieszczepionych. Chorują oni częściej na choroby autoimmunologiczne (alergie, AZS, SM), cukrzycę, zaburzenia neurologiczne (autyzm, padaczkę, encefalopatię, paraliż, SM), a nawet nowotwory. Czyli: to się po prostu nie opłaca!!! No i oczywiście nikt nie może się ode mnie niczym zarazić, skoro jestem zdrowa. Tu widzimy rażący brak logiki szczepionkowych naganiaczy, ale nie ma się czemu dziwić, bo gdzie mówią pieniądze tam prawda milczy!

———————————

UWAGA! Jeśli informacje umieszczone na tej stronie szokują cię lub oburzają (masz do tego prawo, bo przyznaję, że są zupełnie niezgodne z tym, co usłyszysz od swojego Znakomicie Wykształconego Lekarza) zamiast wszczynać awanturę zechciej albo opuścić mój blog (są inne blogi i strony, gdzie znajdziesz informacje poprawne politycznie) albo przyjąć do wiadomości, że informacje tu podane są bardziej skuteczne niż metody zalecane przez medycynę. Zastosuj je, a przekonasz się, że wyzdrowiejesz!

Nie neguję potrzeby istnienia lekarzy.

Są oni potrzebni gdy ulegniesz wypadkowi, złamiesz sobie kończynę, poparzysz się, doznasz wylewu lub ostrego ataku wyrostka itp. Lekarze złożą ci kości, zoperują i uratują cię przed śmiercią. Ale po pobycie w szpitalu doradzam wizytę u homeopaty lub lekarza naturalisty, a nie u alopaty, bo ten zamiast pomóc ci oczyścić organizm z chorobotwórczych toksyn jeszcze bardziej zatruje cię chemią nieorganiczną, która jest chorobotwórcza, a nie lecznicza.

Medycyna alopatyczna jest jednym wielkim, cynicznym oszustwem, wymyślonym dla pieniędzy!

Alopatia jest oszukańczym plagiatem ziołolecznictwa. Pozornie obie metody są oparte na tej samej idei podawania środka leczniczego, ale alopatia „poprawiła” tę ideę ekstrahując z ziół tylko jeden czynnik, który uznała za posiadający właściwości lecznicze, a następnie zastępując go syntetycznym (nieorganicznym) odpowiednikiem w postaci tabletki. Różnica polega na tym, że lek roślinny jest pochodzącą z natury całością, której działanie jest synergiczne. Właściwości lecznicze posiada nie tylko ten jeden, rzekomo działający leczniczo czynnik, ale wszystkie pozostałe, którymi są witaminy, enzymy, mikroelementy oraz… informacja. Natura przekazuje organizmowi informację, jak przywrócić utraconą równowagę. Lek ziołowy odżywia i regeneruje. Lek chemiczny tylko truje! Nie dość, że pozbawiony jest witamin, mikroelementów i enzymów, to jeszcze jest nieorganiczny, a więc zupełnie obcy naturze, przez co jest traktowany jako toksyna. Podawanie toksyn organizmowi, który utracił zdolność regeneracji nie tylko nie pomaga, ale wręcz szkodzi. Takie „leczenie” powoduje liczne i narastające w miarę „leczenia” skutki uboczne, które mogą się skończyć nawet śmiercią.

Właściwe leczenie polega na zregenerowaniu i wzmocnieniu organizmu właściwą dietą. To jest główny czynnik przywracający zdrowie! Można wspomóc się ziołami, witaminami, mikroelementami i sokami warzywno-owocowymi, które pomogą w odtruciu, ale dieta jest najważniejsza. I z całą pewnością nie jest to dieta wysokobiałkowa, lecz przeciwnie, dieta oparta na naturalnych, nieprzetworzonych zbożach (makrobiotyczna). Dieta Atkinsa (Kwaśniewskiego) jest najlepsza dla Eskimosów żyjących w wiecznej zmarzlinie, a frutarianizm i witarianizm jest świetny na równiku, gdzie panują upały. W klimacie umiarkowanym najlepsze są zboża i warzywa.

Choroba nie jest twoim wrogiem, lecz przyjacielem! Zamiast z nią wściekle walczyć postaraj się usiąść w ciszy i zrozumieć, co twój organizm chce ci powiedzieć.

Choroby nie są żadnymi chorobami, lecz jedynie symptomami, które dają ci znać, że twój organizm potrzebuje twojej uwagi i zmiany stylu życia i sposobu myślenia.

Zadbaj o swoją psychikę, bo czarne, pesymistyczne myśli zabijają szybko i skutecznie. Nienawiść również zabija, ale nie nienawidzonego, lecz nienawidzącego, więc wybacz i zapomnij.

Wyrzuć z kuchni przemysłową paszę (wszystko to, co zostało przetworzone przemysłowo i nafaszerowane konserwantami, barwnikami, aromatami, wzmacniaczami smaku, cukrem, sztucznymi słodzikami i różnymi E-ileś tam), białą mąkę i cukier i zastąp je prawdziwą żywnością, taką, którą sprzedaje się bez etykiet albo z etykietami, na których napisany jest jeden składnik, np. „jabłko”, „mąka razowa orkiszowa” itp.

Wyrzuć albo oddaj śmiertelnemu wrogowi kuchenkę mikrofalową, która sprawia, że nawet najzdrowsza żywność staje się rakotwórcza, a z całą pewnością poczujesz się lepiej.

Wyobraź sobie, że w twojej łazience wielkim strumieniem leje się woda do wanny, a z niej przelewa się na podłogę.

Czy w tej sytuacji biegniesz do sklepu, żeby kupić stos najbardziej wsiąkliwych szmat i zaganiasz całą rodzinę i sąsiadów do wycierania wody? A może raczej szybko zakręcasz kran?

Sytuacja z chorobami jest taka sama jak z kranem – należy czym prędzej „zakręcić kran”, czyli rozpoznać i zlikwidować PRZYCZYNĘ choroby zamiast maskować jej objawy toksyczną chemią i okaleczającymi operacjami.

Medycyna alopatyczna w ogóle nie docieka jaka jest przyczyna choroby, lecz zwala winę na wadliwe geny, rodzinną podatność lub przypadek („taki pech po prostu, że padło na pana”).

O genach dokładnie piszę dalej.

Bez ustalenia przyczyny i jej usunięcia leczenie nie może być skuteczne!

Dlatego medycyna alopatyczna nie leczy, a jedynie przejściowo maskuje symptomy, które oszukańczo nazywa chorobami, czyli zamiata problem pod dywan. Przyczyna nie zostaje usunięta, więc objaw pojawi się wkrótce gdzie indziej, pod postacią innej, lub kilku innych, chorób.

Jeśli  zlikwidujesz prawdziwą przyczynę choroby (zakwaszenie organizmu, zatrucie toksynami ze złego odżywiania, awitaminozę, niedobory minerałów i, przede wszystkim, stres / negatywne myślenie) jej symptomy same znikną!

Wiedziano o tym w starożytnych Chinach, gdzie lekarzom płacono wysokie pensje tylko wtedy, gdy wszyscy ich podopieczni byli zdrowi i karano ich zmniejszeniem dochodów, gdy ktoś zachorował. Lekarze ci stosowali więc skuteczną profilaktykę, czyli uczyli pacjentów przede wszystkim właściwego odżywiania, a dopiero wtedy, gdy to nie pomogło stosowali naturalne leki ziołowe, bańki i akupunkturę.

Jeśli pozbędziesz się destrukcyjnych myśli i zastosujesz naturalną (organiczną) i surową żywność organizm sam się oczyści, a system immunologiczny wzmocni i żadne leczenie, operacje ani tym bardziej przeszczepy nie będą potrzebne.

Podawanie zatrutemu toksynami pacjentowi jeszcze więcej trucizn pod postacią leków na bazie chemii nieorganicznej jest dolewaniem oliwy do ognia. To go na pewno nie wyleczy. To może mu wyłącznie zaszkodzić, i o to w tym wszystkim chodzi. Medycyna ostatnio ogłosiła, że wszystkie choroby są nieuleczalne, a rolą lekarza jest jedynie łagodzenie objawów. Nikt nie zarżnie kury znoszącej złote jaja. Medycyna nie wyrzeknie się zysków, które czerpie z chorób, bo na zdrowych lekarz nie zarobi ani grosza!!!

Fragment „Samokrytyki lekarza medycyny konwencjonalnej”:

Spoglądając wstecz na swój sposób myślenia i podejścia do zdrowia i choroby zdałem sobie sprawę, że:

  1. Byłem agresywny. Zakładając, że życie to ciągła walka o przetrwanie oraz że życie ludzkie to najwyższa wartość, nie miałem żadnych wątpliwości używając całego arsenału broni przeciwko wszystkiemu, co uznałem za najeźdźcę lub agresora, choć i oni byli przejawami życia. [Dzięki makrobiotyce nauczyłem się, że nasz „wróg” może być naszym dobroczyńcą i że może zmienić się w naszego najlepszego sprzymierzeńca. Odkąd stałem się makrobiotykiem nie drażnią mnie nawet komary. Teraz widzę, że moje paranoidalne, agresywne i militarne podejście do życia miało swoje źródło w jadaniu produktów zwierzęcych (zwłaszcza mięsa i jajek)].
  2. Myślałem, że życie to skomplikowany proces biochemiczny, w którym mogą nastąpić nieprzewidziane reakcje. Im więcej poznawałem szczegółów, tym bardziej potwierdzały one moje poglądy. Nie miałem możliwości konfrontacji z innymi poglądami. I tak miałem dużo roboty z przyswajaniem złożoności teorii, którą wyznawałem. [Takie fragmentaryczne, czysto ANALITYCZNE i skomplikowane spojrzenie na świat spowodowane i spotęgowane było konsumpcją żywności sztucznie oczyszczonej (białej mąki i cukru), przemysłowo przetworzonej, z dodatkiem konserwantów, rozdrobnionej (np. jadanie tylko niektórych części owoców), a zupełnym brakiem prostego, zdrowego, podstawowego pożywienia].
  3. Myślałem, że jestem istotą myślącą. Kiedy Michio Kushi poprosił mnie, abym prosto, lecz wyczerpująco zdefiniował pojęcie miłości, pokoju, wolności, szczęścia, prawdy, zdrowia, choroby, życia, mogłem tylko podawać cytaty z książek i nie zastanawiałem się, dlaczego nie mogłem znaleźć właściwych definicji w encyklopediach, czy też tworzyć ich samemu. Myślałem, że odpowiedź na te pytania wymaga rzadkiej umiejętności i jest prawem przynależnym tylko mistrzom filozofii. [Moje studia filozoficzne w szkole medycznej nie były ani rozległe, ani głębokie; przedstawiono nam w zarysie poglądy tylko niektórych filozofów Zachodu oraz wyjaśniono logikę arystotelesowską. Dopiero teraz w pełni widzę, jak płytko myślimy po tego rodzaju edukacji. Umiemy jedynie podawać niekompletne, niejasne i zawiłe definicje, a te zmieniają się z dnia na dzień. Wybrałem się kiedyś do mojego byłego profesora filozofii i poprosiłem o podanie definicji. Uśmiechnął się, ale odpowiedzi nie usłyszałem. Dzięki makrobiotyce zrozumiałem, że ten brak głębi, umiejętności i precyzji myślenia ma dużo wspólnego z nie przeżuwaniem pełnych produktów naszej diety; innymi słowy z nie wykorzystywaniem naszych zębów „mądrości” w takim celu, do jakiego zostały przeznaczone, tzn. do dokładnego przeżuwania pełnych zbóż. Jedząc pełne zboża i przeżuwając je dokładnie zauważymy, iż zaczniemy poszukiwać, i to poszukiwać pełnej odpowiedzi, w której będzie też miejsce na te szczegóły, które już znamy. Zauważymy, że logika Arystotelesa to w pełni lustrzane odbicie logiki w kategoriach Yin Yang, a to z kolei to dynamika samego życia, wszystkich w nim zmian].
  4. Widzę teraz, że ja i moi koledzy dumni byliśmy, iż korzystamy z osiągnięć współczesnej medycyny oraz na tyle naiwni, aby wierzyć, że medycyna ta pewnego dnia pokona wszystkie choroby. [Teraz zdaję sobie sprawę z tego, iż człowiek dumny znajduje się na krawędzi upadku, a cały postęp – jeżeli nie jest w harmonii z życiem samym – jest w rzeczywistości regresją, a przynajmniej, że każdemu osiągnięciu towarzyszy pewnego rodzaju regresja. Duma i naiwność to czarujące, młodzieńcze cechy, szczególnie spotęgowane konsumpcją mleka, jego przetworów i cukrów prostych].
  5. Byłem przekonany, że jedynie „metodą naukową” można właściwie badać naturę. Z wyższością patrzyłem na dogmatyczne religijne i metafizyczne metody terapii, w rzeczywistości wykazując taki sam dogmatyzm w swojej dziedzinie.

Jakie jest biologiczne tło takiego dogmatyzmu? Odpowiedź na to pytanie pozostawiam do rozstrzygnięcia każdemu osobiście.

Jeśli świadomie lub podświadomie dominują w nas agresja, pomieszanie, duma, naiwność i fanatyzm, oczywistym jest, że nie patrzymy na siebie krytycznie. Patrzymy uparcie tylko na to, co osiągnęliśmy (wydłużenie życia, zlikwidowanie tego, czy tamtego), ale nie zawsze widzimy, jakim kosztem zostało to osiągnięte i jakie skutki uboczne przyniosło: zwiększającą się zachorowalność, coraz to nowe, poważne choroby, zwiększenie długości życia oznaczające utrzymanie przy życiu, a nie przywrócenie zdrowia i szczęścia.

Ponieważ my nie patrzymy krytycznie na siebie, krytyka musiała przyjść z zewnątrz. Pierwsza nadeszła ze Wschodu. Była nią praca całego życia George Ohsawy. Jednakże jego pouczenia nie były wyrażone we właściwym języku – nie były one sprawdzalne eksperymentalnie ani zilustrowane danymi statystycznymi. Do tej pory miały one niewielki wpływ na kierunek rozwoju współczesnej medycyny. Ponieważ nie ufamy nikomu tylko sobie i naszym metodom, jak możemy poświęcić Ohsawie odrobinę naszej cennej uwagi?

Oczywiście, dopóki nie zaczniemy się odżywiać według zasad makrobiotyki, trudno nam będzie zrozumieć, a nawet wyobrazić sobie logikę i siłę makrobiotyki. Ale też, jeżeli nie będziemy myśleć „holistycznie”, trudno nam będzie jeść właściwie. Czy zatem nie ma wyjścia? Według zasady Yin-Yang można zacząć od postępowanie przeciwnego do dotychczasowego: zacząć słuchać, zamiast mówić, patrzeć na całość zamiast na poszczególne części, myśleć: „Nie wiem zbyt wiele” zamiast „Wiem dużo”. W taki oto sposób można zobaczyć pełny obraz życia i doświadczyć go.

Marc Van Cauwenberghe

———————————

Jestem przeciwniczką transplantologii!

Jeszcze zupełnie niedawno byłam „racjonalistką” i wierzyłam w rozum oraz naukę. Jeśli lekarz powiedział, że mamy do czynienia z przypadkiem śmierci mózgowej, co oznacza nieuleczalną śpiączkę, czyli de facto śmierć pacjenta, to była to dla mnie święta i niepodważalna prawda. Ludzie, którzy opowiadali o pobieraniu organów z żywych ciał, które się pocą z bólu i reagują skokiem ciśnienia, wydawali mi się świrami, którzy naoglądali się hollywoodzkich horrorów i opowiadają brednie. Jednak, na szczęście, mam otarty umysł, więc racjonalne dowody zdołały mnie przekonać, że jest inaczej, niż wierzyłam. WIERZYŁAM! Bo nie WIEDZIAŁAM! Teraz już nie muszę wierzyć, bo wiem, ponieważ dużo czytałam na ten temat i samodzielnie wszystko przemyślałam.

Przez całe wieki bijące serce (krążenie) i oddech były oczywistym dowodem na to, że człowiek żyje! Jedynym kryterium orzekania śmierci było nieodwracalne ustanie krążenia i oddychania.

Obecnie za kryterium śmierci uznaje się nieodwracalną śpiączkę lub śmierć pnia mózgu.

Nieodwracalna śpiączka i śmierć pnia mózgu to medyczne oszustwo. Komisja Harvardzka, która stworzyła tę nową definicję śmierci DZIAŁAŁA NA ZLECENIE. Jej zadaniem było uratowanie dr Christiaana Barnarda przed zarzutem zamordowania pacjenta, od którego pobrał serce do przeszczepu.

Od tej chwili interes biorcy stawiany jest na pierwszym miejscu, a dawca został zdegradowany do roli cennego wraku, z którego można wyjąć działające części i dobrze na tym zarobić i tym samym pozbawiony szans na przeżycie.

Narządów nie pobiera się ze zwłok, ponieważ są one tak samo martwe jak te zwłoki. Kostnice pełne są świeżych, jeszcze ciepłych trupów, ale nikt ich nie patroszy – zastanów się dlaczego?

Żeby pobrać narząd od „dawcy” trzeba zmienić jego nazwę z „pacjenta” na „zwłoki z bijącym sercem”. Taka zmiana etykiety powoduje, że „dawca” przestaje być pacjentem, którego się z troską w sercu, a nawet z poświęceniem ratuje i staje się jedynie cennym (wartym do 2 mln $) magazynem części zamiennych, które trzeba utrzymać w jak najlepszym stanie do momentu ich pobrania.

Przerażająca prawda na temat transplantologiiprzeczytaj koniecznie!

Zamiast przeszczepiać narząd należy go wyleczyć!

Ale nie alopatycznie, czyli trującą chemią, lecz w sposób naturalny: surową dietą i sokami, postem Daniela, makrobiotyką, terapią Gersona, RSO (olejem konopnym Ricka Simpsona)itp. Wszystko da się wyleczyć, nawet to, co lekarze nazywają stanem beznadziejnym, chyba, że pacjent sam chce umrzeć!

Proszę nie zwracać się do mnie z apelami o wpłacenie 1% podatku na leczenie onkologiczne lub na wsparcie badań nad lekiem na raka.

Nie dołożę swojej cegiełki do onkologicznego ludobójstwa! Ludzie nie umierają na raka. Ludzie umierają z powodu chemioterapii, choroby popromiennej spowodowanej naświetlaniami i okaleczeń chirurgicznych. A lek na raka jest znany od zawsze: to witamina C w dużych dawkach, podawana w postaci wlewów dożylnych oraz naturalna dieta, np. makrobiotyczna. W niektórych przypadkach pomaga witamina B17 (laetril).
Jeśli idziesz na wojnę z rakiem lub innymi chorobami musisz się liczyć z tym, że na wojnie trup ściele się gęsto – po obu stronach! Dlatego wojna jest zła! Raka się nie zabija, nie na tym polega sztuka zdrowego i wolnego od chorób życia! Rak to choroba metaboliczna, więc wyleczyć go można jedynie zdrową dietą, oczyszczającymi sokami i końskimi dawkami witamin, głównie witaminy C, która NIE ZABIJA KOMÓREK RAKOWYCH, lecz szybko i skutecznie przywraca im stan naturalnego zdrowia. Tak, dobrze widzisz: pod wpływem witaminy C zdegenerowane komórki zostają przemienione w zdrowe komórki!

Nie wpłacam również pieniędzy na leczenie dzieci z autyzmem, chyba, że rodzic przekona mnie, że korzysta jedynie z metod naturalnych i nie podaje dziecku żadnych leków alopatycznych. Mafia medyczno-farmaceutyczna najpierw szczepieniami doprowadza dzieci do ciężkiego stanu chorobowego (za szczepionki płacimy kartelom farmaceutycznym wielkie pieniądze z naszych przymusowych składek i podatków), a potem ogłasza zbiórkę funduszy na rzekome leczenie, które w rzeczywistości jest dalszym zatruwaniem organizmu dziecka chemią nieorganiczną. W ten sposób niczego wyleczyć się nie da, a nawet gorzej, jest to celowe pogarszanie stanu zdrowia, za co rodzice muszą dodatkowo słono zapłacić. Tak się hoduje dozgonnego klienta dla mafii medyczno-farmaceutycznej, bo nie dość, że najpierw został doprowadzony do ciężkiej choroby, to jeszcze będzie stale potrzebował leków i dodatkowych leków, uśmierzających skutki uboczne leków. Prawdziwe perpetuum mobile!

———————————

Mądry człowiek powinien wiedzieć, że zdrowie jest jego najcenniejszą własnością i powinien uczyć się jak sam może leczyć swoje choroby – Hipokrates
Wolę zostać uzdrowiony przez szarlatana, niż uśmiercony przez sławę medyczną – prof. Julian Aleksandrowicz.
Lekarze mają wyjątkowe szczęście, że słońce opromienia ich powodzenie, a ziemia przykrywa ich błędy” – Sokrates
Nikt nie potrafi tak solidnie zakopać swoich błędów jak lekarz – Agrypa
Lekarze są tacy sami jak adwokaci; jedyna różnica między nimi polega na tym, że adwokaci cię ograbiają, podczas gdy lekarze nie tylko cię ograbiają, ale i zabijają – Anton Czechow
Zdrowie to stan, o którym medycyna nie ma nic do powiedzenia – W.H. Auden
Niedobrze czułby się lekarz, gdyby wszyscy czuli się dobrze – Publiusz Syrus
Medycyna stoi dzisiaj na wysokim szczeblu, stąd pewnie chorzy mają bliżej do nieba – Feliks Rajczak
Medycyna przynosi często pociechę, czasem łagodzi, rzadko uzdrawia – Hipokrates
Badania medyczne zrobiły taki niebywały postęp, że dziś praktycznie nie ma już ani jednego zdrowego człowieka – Aldous Huxley
Lekarz leczy chorobę, a zabija pacjenta – Francis Bacon
Niektóre lekarstwa szkodzą bardziej niż sama choroba – Publiusz Syrus
Bóg leczy, a lekarz pobiera opłatę – Benjamin Franklin
Bóg uzdrawia, a lekarz przesyła rachunek. Mark Twain
Jest wielkim błędem naszego czasu, że lekarze oddzielają duszę od ciała – Hipokrates
Istnieją choroby, które tylko przez pośrednictwo duchowe dają się uleczyć – Platon
Drobnoustrój jest niczym, kontekst jest wszystkim – Ludwig Pasteur
Osoba nieszczęśliwa to cel dla wszystkiego rodzaju chorób – B. Larson
Choroba ciała może być niczym więcej jak tylko symptomem dolegliwości psychicznej, która dotknęła nas w przeszłości – Nathaniel Hawthorne
Żaden lekarz nie czerpie przyjemności z czyjegoś zdrowia, nawet gdyby to byli jego przyjaciele – Michel Eyquem de Montaigne
…Tym, którzy obawiają się, że szatańskie siły wnikają do leków homeopatycznych podczas ich wytwarzania, ponieważ stosuje się przy tym metodę wstrząsania, proponuję rezygnację z jazdy samochodami i pociągami, ponieważ i tam nie można uniknąć wstrząsów. Warto tu sobie przypomnieć, iż z magią mamy do czynienia tylko tam, gdzie istnieje świadome odwołanie się do szatana w celu uzyskania jego domniemanej, bo nigdy rzeczywistej, pomocy. Decyduje więc intencja działającego… – O. Jacek Norkowski
Absolutnie nie jestem zwolennikiem homeopatii. Za mało na ten temat wiem. Ale lepiej, by niedouczeni absolwenci uczelni medycznych używali przysłowiowej wody święconej, aniżeli narażali ludzi na utratę zdrowia. W USA ponad 16 000 chorych umiera z powodu brania antybiotyków. Z powodu przedawkowania narkotyków – tylko 2 000. Z powodu brania sprzedawanych na recepty środków przeciwbólowych umiera kilkadziesiąt tysięcy ludzi. Jakim cudem do 1990 roku paracetamol był zabroniony dla dzieci, a obecnie można go kupować w kiosku bez recepty – właśnie dla dzieci? Żadnych prac naukowych wyjaśniających ten stan rzeczy nie ma. Jakie naukowe prace zezwalają na podawanie dzieciom 16 szczepionek zawierających aluminium w dawce powyżej 25 mcg [łącznie ponad 200], kiedy to wiadomo od 40 lat, że aluminium uszkadza układ nerwowy i powoduje demencję? Wg dr Hamankiewicza jest to naukowe uszkadzanie? – Dr Jerzy Jaśkowski

———————————

Jak powiedział dr Jerzy Jaśkowski: „publiczne to są domy, a zdrowie jest sprawą prywatną„. Nie licz na to, że państwo zadba o twoje zdrowie. Państwo już dawno przestało być państwem i przekształciło się w korporację, a zadaniem korporacji jest maksymalizacja zysków. Z twojej osoby również! Jeśli wierzysz, że państwo funduje, w dodatku za darmo, jakieś badania „profilaktyczne” z troski o obywatela, to jesteś naiwny jak dziecko. Wszystko co robi państwo (korporacja) obliczone jest na zysk. Nie twój! Korporacji! Twoja jest tylko strata, bo za wszystko płacisz ty, ze swoich (wymuszonych!) składek i podatków. Za te wszystkie zupełnie niepotrzebne badania, które są „za darmo” i za cały ten wielce wyrafinowany i drogi sprzęt do ich przeprowadzania oraz za późniejsze, nierzadko zupełnie niepotrzebne, leczenie tych rzekomo wykrytych chorób płacisz ty! Płacisz, nawet jeśli jesteś okazem zdrowia, który nigdy nie korzysta z pomocy lekarzy.

W państwie-korporacji musisz pracować wydajnie, ze wszystkich swoich sił, aż się zepsujesz. Ale nawet wtedy musisz przynosić zyski – medycyna wydoi cię z ostatniego grosza obiecując ci iluzję przywrócenia zdrowia – nie za darmo oczywiście! Dlatego przez całe życie musisz poddawać się drogim badaniom, oszukańczo zwanym „bezpłatnymi badaniami profilaktycznymi”, fundowanym za coraz większe pieniądze kradzione podatnikom, w tym również tobie, kupować drogie leki i przed-leki, skomplikowane operacje (w tym również „profilaktyczne” operacje usunięcia piersi z urojonego powodu „wadliwych genów”), a kiedy w końcu śmierć zajrzy ci w oczy staniesz się magazynem cennych części zamiennych, które szpital sprzeda komu innemu. A nawet jeśli nie sprzeda, to zarobi na tobie hospicjum, gdzie jeszcze zapłacisz za własną śmierć, a kto wie, może nawet eutanazję. I możliwe nawet, że udręczony „opieką medyczną” jaką ci tam zaoferują, sam o nią będziesz błagać, żeby skrócić swoje męki. Nic się nie zmarnuje, pieniądze muszą się sypać wszędzie, gdzie stąpniesz.

Nie ma czegoś takiego, jak badania profilaktyczne.

Badania są jedynie diagnostyczne. Badanie nie zapobiega, a jedynie wykazuje chorobę lub jej brak i decyduje o dalszym leczeniu lub jego braku. Jak mawia dr Leonard Coldwell „wczesne wykrywanie oznacza wczesne zabijanie„. „Badania profilaktyczne”, gwarantujące „wczesną wykrywalność” dadzą ci tylko tyle, że wcześniej trafisz w tryby systemu medycznego i wcześniej zostaniesz przez niego uśmiercony. W przypadku raka jest to szczególnie niebezpieczne, ponieważ w ludzkim organizmie wielokrotnie w ciągu życia tworzą się komórki rakowe, które zostają unieszkodliwione przez prawidłowo funkcjonujący system immunologiczny. Współczesna medycyna chlubi się tym, że jest w stanie wykryć nawet najmniejsze skupisko komórek rakowych i twierdzi, że im szybciej je zaatakuje skalpelem, chemioterapią i naświetlaniami tym pewniejszy sukces w leczeniu. W rzeczywistości organizm wcale nie potrzebuje „pomocy” medycznej, gdyż sam sobie poradzi. To nie rak zabija pacjenta, lecz niepotrzebne i toksyczne „leczenie”!

O prawdziwie mądrą i skuteczną profilaktykę musisz zatroszczyć się sam/a!

Wadliwe geny również są biznesowym oszustwem.

Oszukańcza teoria genowa została stworzona po to, żeby człowiek żył w przeświadczeniu, że o jego chorobach decyduje bezwzględny determinizm. Jeśli uwierzysz, że nic nie możesz zrobić, bo geny tylko czekają, żeby cię uśmiercić w młodym wieku, stajesz się bezwolną i nieodpowiedzialną ofiarą systemu medycznego

To naprawdę genialny komercyjnie pomysł: wmówić człowiekowi, że ma w ciele tykającą bombę zegarową, która z całą pewnością wybuchnie i go zabije, chyba że odpowiednio wcześniej „profilaktycznie” wytnie zagrożony narząd i będzie grzecznie łykał góry przepisanych leków.

Gdyby geny miały taką morderczą skłonność to nikogo z nas nie byłoby na tym świecie! Nie urodzilibyśmy się, ponieważ nasi przodkowie, którzy przekazali nam owe „wadliwe geny”, wymarliby zanim zdążyliby powołać nas do życia! Naprawdę, celem Natury nie jest unicestwianie życia, które stworzyła! Wręcz przeciwnie, Natura zrobiła naprawdę wszystko, żeby życie przetrwało nawet w najbardziej niesprzyjających warunkach. Zostaliśmy wyposażeni w system immunologiczny, który chroni nas przed chorobami i zatruciami, a nasze geny mają doskonałą zdolność samonaprawy. To nie Natura będzie sprawczynią zagłady życia na ziemi, lecz nauka i medycyna, które powołały do życia skażający środowisko przemysł, zabójcze leki, morderczą, oszukańczą propagandę oraz przemysł wojenny, z jego bombami i bronią biologiczną.

Jeśli wierzysz, że jedynym celem Matki Natury jest zabicie ciebie i twoich dzieci bakteriami, wirusami i chorobami i że żyjesz jedynie dzięki lekarzom, szczepionkom, lekom i zabiegom, to jesteś wprost idealną dojną krową i ofiarą dla mafii medycznej!

Żeby cię zmobilizować do tego wyścigu o korporacyjną, bardzo zyskowną „profilaktykę” i „leczenie” cynicznie wykorzystuje się media. Ich zadaniem jest naprzemienne straszenie chorobami, wypadkami i śmiercią i reklamowanie panaceum na te przypadłości. Musisz wierzyć, że musisz się stale badać, szczepić, leczyć, a nawet przed-leczyć, bo kochająca Matka Natura stworzyła cię tylko po to, żeby ciebie i twoje dzieci bezlitośnie uśmiercić.

Dlaczego rak / choroby serca / cukrzyca występują rodzinnie?

Jeśli kobieta mówi, że jej babcia i siostra babci umarły na raka piersi, matka i ciotka również młodo umarły na raka piersi i że jej siostra ma raka piersi, to rzeczywiście wygląda to na genetyczne dziedzictwo. Ale nim nie jest! Wprawdzie geny szybko mutują, ale żeby mutacja zadziałała powodując chorobę musi zaistnieć czynnik aktywujący. Dziedziczysz nie wadliwe geny, lecz psychologiczną „klątwę Atrydów” i fatalne nawyki żywieniowe. Jeśli babcia źle traktowała i źle żywiła swoje dzieci (bo była popędliwa, biła, poniżała i nie cierpiała warzyw, owoców i kasz), córka nauczyła się tego samego i przekazała to dalej wnuczce. Każda schorowana rodzina ma długą historię przemocy fizycznej i / lub psychicznej i taką samą historię braku dbałości o prawidłowe żywienie.

Tragiczne w skutkach powielanie modelu rodziny można określić mianem psychologicznego grzechu pierworodnego lub klątwy Atrydów, spadającej na kolejne pokolenia [C. G. Jung Mysterium Coniuncionis]

OBEJRZYJ KONIECZNIE!
Dlaczego lekarze są większym zagrożeniem niż broń palna?

Na pytanie „jak uzdrowić służbę zdrowia” odpowiadam: NIE DA SIĘ!

Co więc ma zrobić pacjent?

Musi zrobić jedyną rzecz, jaka ma sens: przestać wierzyć w te wszystkie rzekome plagi zdrowotne, pozbyć się irracjonalnych lęków z powodu raka, cholesterolu i konieczności szczepień i przestać korzystać z usług NFZ. Naucz się zasad profilaktyki, bo lepiej zapobiegać niż leczyć. Masz w necie istną kopalnię wiedzy o tym, jak naturalnie przywracać nawet mocno nadszarpnięte zdrowie. Jeśli nie stać cię na usługi lekarzy naturopatów lub homeopatów (z powodu konsekwentnie prowadzonej przez ludobójców „walki z nieuczciwą konkurencją”, czyli jedyną, prawdziwą, skuteczną i bezpieczną medycyną prawdziwi lekarze muszą liczyć drogo za swoje usługi, ponieważ nikt im do biznesu nie dopłaca z kasy chorych) masz tylko jedno wyjście: przejść na dietę makrobiotyczną lub wegańską. Płacisz raz za konsultację, a potem żyjesz zdrowo, długo i szczęśliwie w pełnym zdrowiu.

Na pewno wielokrotnie słyszałeś przestrogi przed przyjmowaniem witamin: że drogie, a ich skutkiem jest jedynie sikanie dolarami, że nieskuteczne, że nieprzyswajalne, że łatwo je przedawkować, a wtedy stają się toksyczne, że witamina C powoduje kamienie w nerkach, że ktoś się nimi zatruł, dostał raka, a nawet umarł, że syntetyczne nie działają w ogóle, że zwyczajna, supermarketowa pasza wystarczy w zupełności do pokrycia całodziennego zapotrzebowania na wszystkie witaminy i mikroelementy i pewnie znasz zalecenia WHO co do dziennego zapotrzebowania. Otóż wszystko to są zwyczajne kłamstwa, a badania naukowe, na których opierają się lekarze i „eksperci” z WHO są sponsorowane przez BigPharma (czytaj: kryje się za tym wielka korupcja). Witaminy (których nie wolno opatentować!!!) odbierają im pacjentów! Przemysł farmaceutyczny zbankrutowałby, gdyby ludzie zaczęli wlewać sobie w żyły witaminę C zamiast chemioterapii, gdyby przestali kupować insulinę, łykać statyny i szczepić się, poddawać operacjom i przeszczepom (serca, nerek, wątroby) itp.

Nigdy nie udowodniono ponad wszelką wątpliwość, że ktokolwiek umarł z powodu zażywania witamin (nawet syntetycznych)! Wielu natomiast zmarło z powodu awitaminozy. A jeszcze więcej z powodu zażywania leków przepisanych przez lekarza i dawkowanych ściśle według jego zaleceń (nie z powodu samowoli w dawkowaniu)!

Zegar śmierci BigPharma – kliknij i zobacz, ilu ludzi zmarło w USA z powodu leków:

Zegar śmierci BigPharma

obamacare

A ilu zginęło i zginie w przyszłości od tego?

http://www.iddd.de/umtsno/odpsejm/hum3.htm
http://educate-yourself.org/cn/wifiradiation07may14.shtml
http://emfsummit.com/wp-content/uploads/2014/10/WiFi-a-Thalidomide-in-the-making-who-cares.pdf

Wszystko to, co medycyna nazywa chorobą (a raczej niezliczonymi chorobami o przeróżnych nazwach) to wyłącznie różnie manifestujące się symptomy spowodowane przez poniższe czynniki:

  1. negatywne myślenie lub szok psychiczny,
  2. zatrucie organizmu toksynami (czyli silne zakwaszenie spowodowane złym odżywianiem lub lekami alopatycznymi),
  3. drastyczny brak witamin i minerałów.
  4. skażenia radioaktywne lub chemiczne gleby, wody i / lub powietrza

Typową chorobą będącą skutkiem negatywnego myślenia, szoku lub urazu psychicznego jest rak. Niemal wszyscy pacjenci oddziału onkologii podają, że ok. pół roku przed wystąpieniem objawów przeżyli jakieś traumatyczne wydarzenie. Białaczka u dzieci jest najczęściej spowodowana narodzinami młodszego rodzeństwa lub raptownym odstawieniem dziecka od piersi (po więcej informacji zajrzyj na tę stronę). Cała reszta (ze wszystkimi rodzajami raka włącznie) to skutek zakwaszenia, spowodowanego przez zatrucie toksynami, czyli niewłaściwego odżywiania. Aby wyleczyć dowolną chorobę należy po prostu oczyścić i zalkalizować krew, czyli radykalnie i na zawsze zmienić sposób odżywiania. Na dole podaję linki, które opisują jak przeprowadzić taką kurację. Są tam również autentyczne relacje osób, które pozbyły się rzekomo nieuleczalnych chorób, takich jak rak z przerzutami do wszystkich organów, cukrzyca, stwardnienie rozsiane itp.

Przemyśl SAMODZIELNIE poniższe punkty:

  1. Żyjesz w ustroju korporatokracji, w którym (zgodnie z nazwą) rządzą korporacje, a nie rządy, a jedynym kryterium ich sukcesu jest zysk finansowy. W takim systemie nie liczy się zdrowie ani dobro człowieka, lecz wyłącznie pieniądze. Obecnie placówka medyczna to instytucja nastawiona na zysk, a niegdysiejszy pacjent to dojna krowa, mająca dawać jak najwięcej mleka czyli chorób. Czy w tej sytuacji zdrowie owego „klienta” komukolwiek się opłaca? Oczywiście, że nie! Na zdrowiu się nie zarabia. To choroby przynoszą zysk, a więc w interesie „rynku zdrowia” leży mnożenie chorób, a nie ich likwidowanie. W ustroju korporatokratycznym jesteś stale oszukiwany. Lekarze i inni eksperci kłamią bez mrugnięcia okiem, bo każde kłamstwo przynosi im zysk i premię od firmy farmaceutycznej lub producenta sprzętu medycznego. Rozejrzyj się wokół i pomyśl samodzielnie: mamy XXI wiek, półki aptek uginają się od tysięcy leków, szpitale są wyposażone w sprzęt jak z filmu SF, badania nad rakiem pochłaniają miliardy dolarów rocznie, ale lekarze nie potrafią niczego wyleczyć skutecznie i bez powodowania kolejnych poważnych chorób, będących skutkiem ubocznym stosowanych leków i zabiegów. Czy w ogóle przyszło ci do głowy, żeby zastanowić się nad tym, dlaczego, mimo wielkiego postępu technicznego, chorób i zgonów nie tylko nie ubywa, ale lawinowo przybywa? Żyjąc nieświadomie, zwalając odpowiedzialność za swoje zdrowie na ekspertów i specjalistów stajesz się dojną krową dla Systemu. Płacisz, cierpisz, trujesz się lekami, pozwalasz sobie wycinać kolejne narządy i… chorujesz dalej, a nawet coraz bardziej! Na szczęście możesz się z tego wyzwolić w bardzo prosty sposób: wystarczy, że się przebudzisz, że przestaniesz być potulną owcą i że staniesz się Człowiekiem Rozumnym.
  2. Choroby (ani inne nieszczęścia) nie spadają na ludzi przez przypadek ani z wyroku boskiego, lecz są konsekwencją błędów, głównie żywieniowych. To ty sam/a jesteś kowalem własnego losu i własnego zdrowia. Na chorobę trzeba sobie samemu ciężko i latami zaniedbań zapracować. Jeśli jesz pozbawioną wartości odżywczych i witamin, ale za to bardzo bogatą w toksyczną chemię (barwniki, aromaty, konserwanty, niezliczone E-coś-tam) paszę z supermarketu (cukier, czipsy, chrupki, gorące kubki, Coca Colę, biały chleb i bułki, makarony z białej mąki, wędliny, zwłaszcza tanie, mięso z przemysłowego chowu, „antycholesterolową” margarynę, „dietetyczne” słodziki, gotowe sosy i przyprawy z glutaminianem, wyroby garmażeryjne, gumę Orbit, cukierki bez cukru, wyroby typu light i 0% itp.) to sam/a kręcisz sobie sznur na szyję. Tylko błagam, nie mów mi, że żywność dopuszczona na rynek jest dokładnie przebadana i bezpieczna, a produkty typu light mają udowodnione działanie prozdrowotne.
  3. To ty i tylko ty decydujesz o tym, czy i jak się leczysz i to ty i tylko ty jesteś odpowiedzialny/a, jeśli od tego poniesiesz uszczerbek na zdrowiu lub umrzesz. Nikt cię siłą ani pod karabinami nie prowadzi na szczepienia, badania ani na chemioterapię / radioterapię / chirurgię i nikt ci siłą nie wpycha do gardła leków. To ty decydujesz o tym, jakim autorytetom wierzysz. To ty decydujesz o tym, czy oddasz swoje zdrowie w ręce lekarzy, czy zatroszczysz się o nie sam/a. Jeśli poddajesz się dowolnego rodzaju procedurom medycznym i zażywasz leki alopatyczne nie sprawdziwszy dokładnie wcześniej jakie są ich skutki uboczne, to nie możesz mieć potem pretensji, jeśli się okaże, że lek powoduje groźne skutki uboczne lub śmierć. Jeśli więc ci one zaszkodzą, pamiętaj, że stało się tak dlatego, że ty sam/a podjąłeś / podjęłaś taką decyzję.
  4. Pamiętaj, że lęk jest najgorszym doradcą! Pod wpływem lęku (np. po usłyszeniu diagnozy „rak” lub jeśli lekarz orzeknie, że bez szczepień dziecko umrze) podejmujemy fatalne decyzje. System to wykorzystuje i doi pacjentów z pieniędzy, a kiedy wydoi z nich ostatni grosz (i resztki życia) odsyła ich do hospicjum, żeby tam sobie spokojnie umarli, bo i na tym da się jeszcze zarobić dzięki lekom rzekomo uprzyjemniającym  umieranie. To wprost niepojęte, co lęk robi z ludźmi: mimo że  niemal wszyscy pacjenci onkologii umierają (98%), chorzy, zamiast uciekać i szukać ratunku gdzie indziej, sami błagają o jeszcze więcej gazu musztardowego w żyły. Tak, to nie pomyłka: pewnie wiadomość, że onkolodzy podają pacjentom gaz musztardowy będzie dla ciebie szokująca, ale taka niestety jest prawda – sprawdź to sam/a! Trzeba jakoś utylizować wielkie zapasy tego gazu, które pozostały w magazynach od czasów I wojny światowej! Gaz ten nie został zużyty, ponieważ Konwencja Genewska zakazała jego używania w warunkach bojowych. Uznano, że to zbyt okrutny sposób mordowania żołnierzy. Ale pacjentów onkologicznych Konwencja Genewska nie chroni! Ponieważ nie wolno wrzucać odpadów toksycznych do morza, uznano, że najlepszym składowiskiem dla niego będą ciała chorych na raka. Czy teraz już rozumiesz, dlaczego większość pacjentów onkologii umiera?
  5. NIE PISZ, ŻE GDYBY KTOŚ WYNALAZŁ LEKARSTWO NA RAKA STAŁBY SIĘ MILIARDEREM! Nie wierz w bujdy, że lekarze szukają leku, ale mimo wysiłków wciąż go nie znaleźli. Lekarstwo na raka (i to niejedno) istnieje! Znanych jest mnóstwo skutecznych, bezpiecznych i tanich leków na raka, ale wszystkie są zakazane. Powtórzę to jeszcze raz: skuteczne leki na raka są nielegalne, wszystkie bez wyjątku, a wszyscy, którzy ośmielili się ogłosić radosną wiadomość, że odkryli skuteczny lek na raka zostali aresztowani lub zabici, a w najlepszym razie zastraszeni i uciszeni. Nie wolno skutecznie leczyć raka, bo bo to wielki biznes!!! Z jego rzekomego leczenia żyją tłumy cynicznych cwaniaków: lekarze i cały przemysł farmaceutyczny, który przynosi dochody większe niż narkotyki, prostytucja, alkohol i papierosy łącznie! Ale i tego im mało, wiec stale organizowane są zbiórki datków, koncerty charytatywne i społeczne akcje, w czasie których zbierane są pieniądze na badania nad rakiem. Idą na to miliardy dolarów, a leku wciąż nie ma – jak to możliwe? To oczywiście jest zupełnie niemożliwe, ale tego nie wolno ci wiedzieć. Bo ty masz się bać, badać się regularnie i oczywiście leczyć. Na śmierć! Dla ich zarobku!
  6. Nie przekonuj, że „wczesne wykrywanie” może uratować życie! Zacytuję tu doktora Leonarda Caldwella:

    Wczesne wykrywanie oznacza wczesne zabijanie

    Naiwnością jest wiara w to, że raka, będącego najczęściej skutkiem ciężkiego zatrucia organizmu kwasami, toksynami i grzybami Candida, można wyleczyć podawaniem jeszcze większej ilości toksyn w postaci tzw. chemioterapii, czyli aplikowaniem w żyły pochodnej gazu musztardowego (śmiertelnie trującego gazu bojowego używanego na frontach I wojny światowej). Chory na raka nie potrzebuje więcej toksycznej chemii, lecz przeciwnie: radykalnego oczyszczenia z chemii zalegającej w jego tkankach! Jeśli to zrobi pozbędzie się nie tylko raka, ale cukrzycy, nadciśnienia, osteoporozy, chorób serca i miażdżycy, marskości wątroby, niewydolności nerek i wszelkich innych dolegliwości. Nie ważne na co chorujesz, ważne jest tylko to, że każdej choroby pozbędziesz się szybko i skutecznie, jeśli oczyścisz organizm.

  7. Nie powołuj się na autorytet swojego lekarza. Lekarze wiedzą to, czego nauczono ich na studiach medycznych, a uczelnie medyczne zostały już dawno wykupione przez korporacje, głównie farmaceutyczne, ale nie tylko, bo przemysł mleczarski, mięsny i biotechnologiczny również jest nimi zainteresowany. Studenci uczeni są, że mięso i mleko to samo zdrowie, a jeśli ktoś zachorował, to nie z powodu złego jedzenia, lecz wadliwych genów i musi się leczyć chemią nieorganiczną, bo tylko taki sposób jest naukowy.
  8. Nie podawaj tutaj dawkowania witamin i ziół, zalecanego przez WHO, FDA i Codex Alimentarius, np. nie cytuj takich „prawd” z Wikipedii: „zalecane (przez amerykańską agencję FDA) dobowe spożycie witaminy x / mikroelementu y wynosi dla osób dorosłych … mikrogramów. Praktycznie, stosując normalną dietę nie ma możliwości wytworzenia niedoboru tej witaminy / tego mikroelementu”. Jest to parszywe i ludobójcze kłamstwo! Żywność jest niemal całkowicie pozbawiona witamin i mikroelementów z powodu wyjałowienia gleb (niewłaściwe, chemiczne nawożenie) i jakby tego było mało, pozbawiona reszty składników na skutek dalszej, przemysłowej obróbki. Wszyscy ludzie bez wyjątku cierpią na silne niedobory zarówno witamin jak i mikroelementów. Stąd właśnie obecna epidemia raka, chorób serca, cukrzycy i innych chorób. Te choroby szybko i skutecznie leczy się dietą i suplementami. Ale to jest nielegalne! WHO i FDA to organizacje ludobójcze, zadbały więc o to, żeby zalecane dzienne zapotrzebowanie na witaminy i dawki ziół zaniżyć tak, żeby nie miały działania terapeutycznego. Jeśli będziesz zażywać witaminy i zioła w dawkach zalecanych przez FDA, z całą pewnością ci nie pomogą. I o to właśnie chodzi, żebyś powiedział: „to nie działa, to jest oszustwo”. Masz cierpieć z powodu niedoborów i chorować, bo tylko dzięki temu lekarze i farmaceuci mają zarobek. Jeśli jednak chcesz wyzdrowieć bierz co najmniej 3 razy tyle, ile jest podane na opakowaniu.
  9. Nie pieprz głupot, że rak, cukrzyca, autyzm i cokolwiek innego „ma podłoże genetyczne”. Gdyby tak było, to nasi przodkowie wymarliby na raka, cukrzycę, autyzm i inne plagi, które dziś są powszechne i nas by tu nie było. Oni nie chorowali, a my wręcz wymieramy, jak te dinozaury – zastanów się, dlaczego? Jeśli nie wiesz, to pewnie dlatego, że z powodu braku witamin i mikroelementów nie jesteś w stanie samodzielnie myśleć. Uzupełnij braki, a zobaczysz, jak rozjaśni ci się umysł! I zapamiętaj sobie szokującą prawdę: GENETYKA = EUGENIKA. Jeśli nie wierzysz, sprawdź to samodzielnie!
  10. Nie waż się pisać w komentarzach, że medycyna alopatyczna leczy, a metody alternatywne zabijają. Jeśli wierzysz w te brednie, to musisz być mocno, wręcz do nieprzytomności zahipnotyzowany. Pokaż mi te stosy trupów po leczeniu alternatywnym. Pokaż mi „szarlatanów” siedzących w więzieniu za zabijanie pacjentów. Co? Nie potrafisz? Jaka szkoda! Za to ja ci pokażę stosy trupów na onkologii – 98% przypadków śmiertelnych vs 2% „wyleczonych”, czyli żyjących 5 lat po chemioterapii, to jest po prostu LUDOBÓJSTWO!!! To jest prawdziwy holokaust! Dodaj do tego tysiące ofiar Thalidomidu, Vioxxu, Mediatora, Yas, Xanaxu, Viagry, Prozacu i szczepionek. To nie teorie spiskowe, to fakty, o których piszą i gadają wszystkie media. Co zabiło Whitney Houston i Michaela Jacksona – witaminy i ziółka, czy leki przepisane przez doktora? Pokaż mi kogokolwiek, kto wyzdrowiał dzięki lekom alopatycznym  – mam na myśli osobę, która po kuracji mogła odstawić leki, np. insulinę czy leki na nadciśnienie i żyć długo i szczęśliwie bez ich zażywania – znasz kogoś takiego? Nie przejmuj się, ja też nie znam! Ale za to znam osoby, które całkowicie i na zawsze wyzdrowiały z cukrzycy, raka i nadciśnienia dzięki diecie i suplementom. Czy widzisz teraz, jak media i lekarze robią ci wodę z mózgu?
  11. Nie próbuj wyśmiewać leczenia raka i innych chorób dietą! Jeśli masz samochód to wiesz, że nie możesz nasikać do baku i próbować jeździć na takim „paliwie”. Twój samochód potrzebuje benzyny, a nie sików. Skoro samochód nie ujedzie na moczu, to jak możesz sądzić, że twój organizm jest w stanie „jeździć” i zachować zdrowie, jeśli tankujesz junk food i Colę? Zmień dietę, a rak i inne choroby same znikną!

———————————

NIEZWYKŁY  PRZYPADEK  WYLECZENIA

Wymienione wyżej naturalne sposoby leczenia chorób (opracowane głównie na podstawie wypowiedzi E. White) stosowało i do dzisiaj stosuje z powodzeniem wielu lekarzy oraz fitoterapeutów. Jednym z nich był Jethro Kloss – adwentysta, który wsławił się jako autor bardzo popularnej niegdyś w Ameryce książki pt. „Powrót do Edenu”. W tej bardzo interesującej książce opisuje on między innymi niecodzienny przypadek wyleczenia z raka pewnej kobiety,  której powiedziano, że przeżyje nie dłużej niż tydzień. Gdy zauważyła u siebie pewne objawy świadczące o chorobie, udała się do szpitala, gdzie ją zbadano i stwierdzono guza piersi.  Bardziej wnikliwe badania wykazały, że był to złośliwy nowotwór, więc amputowano jej chorą pierś. Niestety nastąpił przerzut i rak rozwinął się w jelicie grubym, co spowodowało, że zaistniała konieczność usunięcia części jelita grubego. Po pewnym czasie jednak w jelicie grubym ponownie pojawił się guz, który szybko się rozprzestrzeniał. Gdy chirurg otworzył jelito, zamierzając amputować następny jego fragment, zauważył, że rak zajął prawie cały obszar jelita grubego. W tej sytuacji nie widział innego wyjścia jak tylko zaszyć jelito i oświadczyć, że stan chorej jest beznadziejny, i że przeżyje ona nie dłużej niż tydzień. Wkrótce potem została odwieziona do domu, aby tam oczekiwać na zbliżającą się nieuchronnie śmierć. Ponieważ całe jelito grube zarośnięte było tkanką nowotworową, w jej brzuchu zrobiono otwór, przez który niestrawione resztki pokarmowe spływały bezpośrednio do specjalnego plastikowego pojemnika. Z drugiej strony brzucha znajdowały się jeszcze dwa inne otwory. Z jednego z nich spływał do pojemnika mocz a z drugiego gromadząca się obficie ropa. Chora cały czas cierpiąc z powodu przenikliwego bólu nie była już w stanie niczego zjeść ani wypić bez zwrócenia tego, co dostało się do jej żołądka. Jethro Kloss wyjaśnia, że dopiero w tej beznadziejnej sytuacji poproszono go o pomoc. Widząc stan chorej niczego nie obiecał, zapewniając, że ze swej strony uczyni wszystko, co w jego mocy, aby ją ratować a przynajmniej ulżyć cierpieniom. Najpierw polecił wyrzucić wszystkie szkodliwe leki włącznie z przeciwbólowymi, które zanieczyszczały tylko i osłabiały jej organizm. Ból natomiast uśmierzył stosując gorące okłady przeplatane krótkim zimnym nacieraniem. Następnie zrobił chorej długą serię głębokich lewatyw z odwarów ziołowych, co w pewnym stopniu oczyściło jelita z nieczystości, które blokowały ich przepływ. Dzięki tym zabiegom kał ponownie mógł być usuwany z organizmu naturalną drogą przez odbyt a otwory w brzuchu zostały zamknięte. Gdy te otwory zagoiły się, cztery osoby przeniosły chorą do łazienki i umieściły w wannie z gorącą wodą. Zabieg ten miał na celu podniesienie temperatury ciała, by ożywić siły obronne organizmu, poprawić krążenie krwi, usunąć zepsutą krew szczególnie z okolic jelita grubego oraz wywołać obfite pocenie w celu uwolnienia organizmu z nadmiaru toksyn powstałych w wyniku choroby. Te gorące kąpiele całego ciała robiono codziennie przez długi okres czasu i zawsze kończono je zimnym nacieraniem całego ciała mokrą solą oraz masażem. W międzyczasie, każdego dnia stosowano też gorące okłady na żołądek, jelita, wątrobę, śledzionę oraz kręgosłup. Kilka razy dziennie jej brzuch był dodatkowo masowany, aby jeszcze szybciej usunąć z jelit nieczystości. Regularnie podawano jej też do picia odwary z odpowiedniej mieszanki ziół o działaniu antyrakowym. Wszystkie te starania poparte były gorliwymi modlitwami wznoszonymi do Boga z prośbą o jego błogosławieństwo tych naturalnych aprobowanych przez niego środków. Chociaż wszystkie te zabiegi wymagały dużego wysiłku i poświęcenia, kontynuowano je przez cztery miesiące. Po upływie tego czasu pacjentka czuła się już na tyle dobrze, że ku zdumieniu wszystkich mogła wrócić do wykonywania swoich codziennych zajęć. Od tamtej pory stale uważała, aby nie robić niczego, co mogłoby ponownie pogorszyć stan jej zdrowia. Cały czas spożywała tylko zdrowe, wegetariańskie pokarmy. Jadła dużo świeżych i surowych owoców oraz warzyw a szczególnie dojrzewających na słońcu pomidorów. Może trudno w to uwierzyć, ale po pewnym czasie po raku nie było nawet śladu. Wszyscy byli zdumieni widząc, że ta kobieta będąc wcześniej z powodu raka niemalże w agonalnym stanie wróciła do zdrowia.

———————————

Pacjent-klient

Pacjent-klient to zbitka pojęciowa określająca zmiany, jakie zaszły w postrzeganiu pacjenta pod wpływem procesu ekonomizacji opieki zdrowotnej. Jego efektem stało się przesunięcie zależności pomiędzy lekarzem a pacjentem w kierunku zależności rynkowych. Przejawami procesu ekonomizacji, niekiedy utożsamianego także z reformami New Public Management, stało się wprowadzenie do opieki zdrowotnej:

  • mechanizmu rynkowego (w tym rynków wewnętrznych)
  • mechanizmu konkurencji
  • swobody wyboru usługodawcy (…)

[Wikipedia]

Dawne pojęcie „służba zdrowia” przeszło tym samym do historii, ponieważ ani to służba (jaśnie pan lekarz miałby być czyimś sługą?!) ani zdrowie. Lekarz to Bardzo Ważna Persona! Żeby móc skończyć trudne, jedne z najdroższych i najdłużej trwających studiów, musiał się zadłużyć tak bardzo, że będzie spłacał kredyt co najmniej do 50-ki. A kiedy zacznie pracę będzie musiał konkurować na rynku, czyli… prowadzić własny biznes lub przynosić dochód szpitalowi, który go zatrudni.

Kilka lat temu wszystkie nierentowne szpitale zostały zamknięte, co uznano za wielki sukces reformy systemu opieki zdrowotnej. Znaczy to, że te szpitale, które przetrwały są rentowne.

Kto i co sprawia, że szpitale są rentowne?

Ty, drogi pacjencie!

Im więcej chorujesz, im więcej zabiegów i leków potrzebujesz, tym większy dochód generujesz – stajesz się trybikiem mechanizmu rynkowego, zgodnie z definicją z Wikipedii.

I tym sposobem stałeś się dojną krową, która zamiast mleka daje choroby.

Twoje zdrowie nikomu się nie opłaca.

Na zdrowiu się nie zarabia! Zarabia się wyłącznie na chorobach. Im więcej chorób, tym większa rentowność.

Każdy skutecznie wyleczony pacjent to na zawsze stracony klient!

Po urynkowieniu usług medycznych źródłem dochodu lekarzy (a także aptekarzy, a przede wszystkim, znajdującego się na szczycie tej piramidy, przemysłu farmaceutycznego) stało się doprowadzanie klientów do chorób i kalectwa. Lekarzowi najbardziej się opłaca mieć poczekalnię pełną ciężko chorych ludzi, potrzebujących specjalistycznych badań, leków, różnego rodzaju zabiegów i protez.

Z tego powodu wszelkie metody naturalne, jako tanie, skuteczne, a przede wszystkim niemożliwe do opatentowania przez Big Pharma muszą być zakazane.

Żebyś nawet nie próbował szukać pomocy gdzie indziej, niż w szpitalu, rozpoczęto wielką medialną kampanię zwalczania „śmiertelnie groźnej szarlatanerii” czyli ścigania specjalistów leczących ziołami, witaminami i dietą oraz wprowadzono zakaz informowania o wynikach badań naukowych nad skutecznością tych metod.

Codex Alimentarius (łac. książka żywności, kodeks żywności) – jest to zbiór przyjętych w skali międzynarodowej norm żywności, kodeksowych praktyk, zaleceń i wytycznych wykorzystywanych przez urzędowe służby kontroli, przemysł rolno-spożywczy oraz środowiska naukowe.

[Wikipedia]

Powiesz, że to oczywiście wspaniała rzecz, że określa się normy, gdyż gwarantuje to bezpieczeństwo naszej żywności i leków.

Prawda wygląda jednak zupełnie inaczej.

Codex Alimentarius określa normy dla żywności, których muszą przestrzegać wszyscy: producenci żywności, służby kontrolne oraz… naukowcy. Co to oznacza? Oznacza to koniec wolności prowadzenia badań naukowych i podawania do wiadomości publicznej ich wyników – bo jeśli wyniki badań naukowych nie będą zgodne z normami ustalonymi przez Codex Alimentarius będą nielegalne. Prawda naukowa została ograniczona do ram zgodnych z normami urzędowymi. Uczeni, którzy uzyskają wyniki inne niż dopuszczalne ryzykują, że ich ośrodki badawcze będą zamykane, a oni utracą licencję do prowadzenia dalszych badań. I tak już się dzieje!

Ale to jeszcze nie wszystko!

Prawda na temat Codex Alimentarius jest tak szokująca, że większość ludzi odrzuca ją jako teorię spiskową. Nic dziwnego, bo przecież żaden uczciwy człowiek nie jest w stanie uwierzyć, że te normy mógł stworzyć zbrodniarz wojenny, skazany za LUDOBÓJSTWO wyrokiem Procesu Norymberskiego na karę więzienia!

Na tym zdjęciu (z więzienia!!!) Fritz_ter_Meerjest zbrodniarz wojenny, Fritz Ter Meer, późniejszy twórca Codexu Alimentarius. W czasie II wojny światowej był on pracownikiem kartelu IG Farben, znanym z tego, że testował „leki” alopatyczne na więźniach obozu Auschwitz-Birkenau (w ramach „eksperymentów naukowych” m.in. wstrzykiwał więźniom benzynę w serce). Po wojnie, po odsiedzeniu zaledwie 2 lat więzienia (nie został zwolniony „za dobre sprawowanie”, jak podaje Wikipedia, lecz wyciągnięty stamtąd przez Rockefellerów, bo był im potrzebny do kontynuowania planu ludobójstwa,, zapoczątkowanego przez Hitlera i jego „lekarzy”) i został szefem firmy Bayer, matki zbrodniczego kartelu IG Farben.. W głowie się nie mieści, prawda? To wprost nieprawdopodobne, nic więc dziwnego, że nikt o zdrowych zmysłach nie jest w stanie uwierzyć w tę historię.

book-pl-coverWięcej przeczytasz w książce „Nazistowskie korzenie Brukselskiej UE”.

Normy dziennego zapotrzebowania na witaminy i mikroelementy określone przez Codex są celowo zaniżone, a normy dozwolonych skażeń przez agrochemię celowo zawyżone, tak, żeby ludzie chorowali z niedoborów i toksyn.

To nie jest teoria spiskowa, to są fakty!

Jeśli nie wierzysz poszukaj prawdy samodzielnie. Poczytaj, obejrzyj filmy, wysłuchaj wykładów o Codex (linki w tej notce, w dyskusji pod nią i w innych miejscach w blogu, np. sprawdź kategorię „Zdrowie”). Poznaj też relacje ludzi, którzy wyzdrowieli z rzekomo nieuleczalnych chorób (raka, cukrzycy, miażdżycy itp.) dzięki witaminom i diecie.

Onkologia nie ratuje życia, lecz zabija. Po 5 latach od „leczenia” onkologicznego żyje tylko 2% pacjentów. Po 5 latach… a ilu umarło następnego dnia po 5. rocznicy „leczenia”? Tych już się nie liczy! To nie medycyna, to holokaust! Gdyby jakikolwiek „szarlatan” od ziół i diet uzyskał takie wyniki „leczenia” (a raczej uśmiercania) dostałby dożywocie!

Wypowiedzi renomowanego doktora od których włosy staną Ci dęba

Nazywa się Marty Makary. Jest chirurgiem zajmującym się rakiem oraz naukowcem na Johns Hopkins School of Medicine i School of Public Health.

Marshall Allen z Propublica przeprowadził z nim wywiad na temat ubytków zdrowotnych u pacjentów.

Weź pod uwagę, że cytaty te wyjęto z ust mainstreamowego lekarza, który jest wewnątrz systemu i który w niego wierzy. Czyni to oświadczenia Makarego jeszcze bardziej szokujące.

(…)

My [lekarze] jesteśmy oceniani poprzez „jednostki walorów” na koniec każdego kwartału fiskalnego. Masz manager siada razem z nami i mówi czy nasze jednostki pracy idą w górę czy w dół; jeśli chcesz otrzymać większy bonus musisz zwiększyć liczbę operacji…”

Dane z New England Journal of Medicine wskazują, że prawie połowa opieki zdrowotnej nie opiera się na dowodach.

(…)

Widziałem przypadki, gdzie pacjent nie był informowany o mniej inwazyjnych metodach leczenia w poszczególnych operacjach, ponieważ lekarz miał takie „upodobanie” i miał po prostu nadzieję, że pacjent nie dowie się o takich metodach.”

Pomyłki medyczne są na piątym bądź szóstym miejscu (w zależności od przyjętej metodologii) na liście najczęstszych przyczyn zgonów w Stanach Zjednoczonych.”

Chęć i refleks lekarzy są ofiarą dla pacjentów, nawet gdy nie ma nic innego do zaoferowania. Istnieje potężna motywacja finansowa. Doktorzy płacą za nowy sprzęt, który kupują za pożyczone pieniądze.” (Inaczej mówiąc, ‘mamy ten drogi sprzęt, musimy go używać by za niego zapłacić.’ -JR)

(…)

W USA roczna liczba zgonów jest bezpośrednim rezultatem medycznych zabiegów i wynosi 225.000. 106.000 ludzi jest zabijanych przez leki zatwierdzone przez FDA [agencja do spraw żywności i leków]. 119.000 obywateli amerykańskich ginie w szpitalach z powodu złej opieki medycznej. To trzecia najważniejsza przyczyna zgonów w Ameryce.

(…)

Obok tego istnieją medyczne okaleczania. W 2001 r. LA Times opublikował szokujący artykuł Lindy Marsa. Artykuł ujawnił, że w dodatku do 2,1 mln śmierci należy doliczyć kolejny milion śmierci w amerykańskich szpitalach każdego roku jako rezultat ostrych reakcji na farmaceutyki. Każdego roku w Ameryce występuje 36 milionów niepożądanych reakcji na leki.

———————————

Ważne strony (dla chorych na raka i inne choroby, oszukańczo zwane przez medycynę nieuleczalnymi):

Fundacja zdrowia dr Rath’a

Medycyna komórkowa

Medycyna komórkowa dr Rath’a na YouTube

Naturalne witaminy (inny kanał z filmami dr Rath’a)

Makrobiotyka mój styl życia

Ten blog to dokumentacja rewolucji jaka dokonała się w moim życiu za sprawą makrobiotyki w wersji wegańskiej. Do zainteresowania się nią skłoniła mnie przebyta choroba nowotworowa. Chciałabym podzielić się moimi doświadczeniami, pomysłami na pyszne wegańskie makrobiotyczne posiłki i rozważaniami o zdrowiu i naturalnym stylu życia.

Makrobiotyka to nie tylko „dieta”, ale styl życia, sposób myślenia i postępowania. Makrobiotyka, choć niektórym może wydawać się bardzo rygorystyczna (bo przecież trzeba zrezygnować z produktów pochodzenia zwierzęcego i większości tzw. normalnego jedzenia) i trudna do zrealizowania (posiłki przygotowywane są na bieżąco i kilka godzin dziennie trzeba spędzić w kuchni), jest tak naprawdę jedną wielką przygodą. Jedzenie makrobiotyczne jest pyszne, naturalne, energetyczne, służy naszemu zdrowiu, przywraca równowagę i daje jasność umysłu. Kuchnia makrobiotyczna to pole popisu dla osób kreatywnych, które lubią eksperymentować, ale jednocześnie w życiu realizują się w wielu innych dziedzinach. Im dłużej stosujesz makrobiotykę, tym mniej zastanawiasz się co ugotować, jak skomponować posiłki, wystarczy, że interpretujesz sygnały, które wysyła ci twoje ciało i po prostu gotujesz „intuicyjnie”. I każdy posiłek staje się prawdziwą ucztą.

Terapia Gersona

Pokonaj raka raz na zawsze Metoda NIA dr George E. Ashkara

Germańska Nowa Medycyna dr Gerda Ryke Hamera

Sięgnij po zdrowie

Adwentyści o zdrowiu

———————————

Poniższe teksty podesłał bladymamut:

McCarrison
Olbrzymie znaczenie odżywiania dla zdrowia udowodnił w swym słynnym doświadczeniu Robert McCarrison, który jako kierownik Instytutu Żywienia w Indiach usiłował rozwiązać za­gadkę ogromnych różnic w rozwoju fizycznym i stanie zdrowia poszczególnych plemion hinduskich.

Mieszkańcy północnych, górzystych okolic odznaczali się dobrą budową, doskonałym zdrowiem i odpornością, ale im dalej na południe, tym gor­szy był stan zdrowia ludności. Najbardziej wysunięte na połu­dnie plemię Madrasów było najnędzniejsze fizycznie i trapione przez liczne choroby. Podejrzewając, że przyczyna tkwi w od­żywianiu, McCarrison założył wielką hodowlę białych szczu­rów, którą podzielił na oddziały karmione tak, jak odżywiały się poszczególne plemiona hinduskie. Wszystkie te zwierzęta pochodziły od jednej pary i miały zapewnione identyczne, jak najbardziej korzystne warunki życia, a jedyną różnicę stanowiło pożywienie, przy czym oprócz diet indyjskich w jednym z od­działów zastosowano przeciętną dietę zachodnioeuropejskiego robotnika (biały chleb z margaryną, dżem, mięsne konserwy, gotowane kartofle i jarzyny, herbata z cukrem).

Doświadczenie trwało 2,5 roku (rok w życiu szczura odpo­wiada okresowi 25 lat w życiu człowieka). W tym czasie stop­niowo narastały wyraźne różnice między zwierzętami różnie żywionych oddziałów. Szczury żyjące na diecie plemion północnych były dobrze rozwinięte, duże, miały gęste, lśniące fu­terko, były spokojne i sprawiały wrażenie zupełnie zdrowych.

Inne oddziały wyglądały dużo gorzej, a szczury żyjące na diecie Madrasów były najmniejsze i najnędzniejsze ze wszystkich. Wykazywały liczne zmiany skórne, wyłysienie, strupy, owrzodzenia, a przy tym były tak podniecone, że wprost zagryzały się nawzajem.

Po upływie 2,5 roku zabito i sekcjonowano wszystkie zwierzęta. U 1189 szczurów żyjących na diecie północnej, którą McCarrison nazwał „idealną”, nie stwierdzono żadnych zmian patologicznych w narządach wewnętrznych. Dieta ta składała się z surowych owoców, strączkowych, surowej marchwi i kapusty, surowego mleka, razowego chleba i mąki oraz raz na tydzień małej porcji surowego mięsa z kością, do tego woda.

Zbadano 2243 szczury żywione na wzór prowincji południo­wych oraz zachodniej Europy. Znaleziono u nich bardzo liczne i różnorodne choroby wszystkich narządów i układów, często guzy rakowe i gruźlicę, owrzodzenia przewodu pokarmowego, wszelkiego rodzaju stany zapalne i nieżytowe, niedokrwistość, przerosty migdałków, słowem: wszystkie te choroby, które ma­sowo dręczyły i nadal dręczą ludność odżywiającą się w taki sam sposób. Analogia szła tak daleko, że np. odsetek chorób nowotworowych przewodu pokarmowego czy pęcherza był identyczny wśród ludności pewnego okręgu, jak i w podobnie żywionym oddziale szczurzej hodowli. Sądzę, że tych informa­cji nie trzeba komentować.

Hunzowie
W czasie swej działalności w Indiach McCarrison odkrył i opisał społeczeństwo Hunzów żyjących w Himalajach w pobli­żu granicy Indii, Chin, byłego ZSRR i Afganistanu na wysokości około 2000 m n.p.m., wśród pokrytych lodowcami gór. Hunzowie twierdzą, że są potomkami wojowników armii Aleksandra Macedońskiego, którzy zdobyli górskie doliny Indii. Angielski badacz zdumiony był niezwykłym zdrowiem, tężyzną i długo­wiecznością tych ludzi, którzy nie znali żadnych chorób i zdolni byli do ogromnego wysiłku fizycznego. Ich 120-140-letni starcy nie tylko jeszcze pracowali, ale odbywali dalekie, wysokogórskie wędrówki. Również inni badacze, którzy odwiedzali ten kraj, podkreślali niezwykłe zdrowie i wytrzymałość, a także wyjąt­kową uprzejmość i gościnność oraz łagodny i pogodny nastrój tych ludzi, którzy nawet w okresach głodu nie tracili swego mi­łego, serdecznego uśmiechu. Nazwano ten kraj szczęśliwą doliną, choć przede wszystkim jest on doliną tzw. biedy i skrajnej oszczędności.

Mając bardzo mało ziemi uprawnej, Hunzowie nie hodują wcale psów, kotów, świń, a ich stosunkowo nieliczne owce, kozy i krowy dają na ogół mało mleka. Z ogromną pieczołowitością uprawiają Hunzowie sady i mało urodzajne pola, dla których zbudowali cały system kanałów zbierających wodę z lodow­ców. W tym skalistym kraju jest niewiele roślinności naturalnej i pastwisk, toteż Hunzowie oprócz drzew owocowych hodu­ją również topole, których liście służą za pokarm dla zwierząt domowych. Niezwykła oszczędność i staranne wykorzystanie wszystkich nadających się do użytku części roślinnych czy od­padków zwierzęcych sprawiają, że – jak piszą badacze – „jest to kraj najczystszy i najzdrowszy na świecie”.

Hunzowie bardzo rzadko jadają mięso – raz na kilka tygodni, głównie podczas świąt. Mleko i jego przetwory są cenione, lecz jest ich mało, przy czym mleko jest chude, a masło jest używa­ne tylko przy wyjątkowych okazjach. Dzieci piją więcej mleka prosto od zwierząt na pastwiskach. Małe dzieci są dokarmiane piersią matki aż do 3. roku życia. Jajek jest bardzo mało, gdyż kury są nieliczne, a przy tym same muszą troszczyć się o swe wyżywienie. Zaopatrzenie w białko stoi tam na najniższej gra­nicy normy. Głównym pożywieniem Hunzów są owoce, surowe w lecie, a suszone i rozmoczone w zimie, oraz placki z ciemnej mąki (z całego ziarna), sporządzane tuż przed posiłkiem, krótko pieczone i spożywane na gorąco bez żadnych dodatków. Spo­rządzają oni specjalny napój morelowy (który zawiera prawie wszystkie witaminy), wino morelowe, pite tylko przy uroczy­stościach, oliwę morelową, placki z dodatkiem pestek morelowych i wiele innych.

Hunzowie mają mało orzechów, lecz dużo słodkich migda­łów, które jedzą na surowo oraz wyciskają z nich olej. Uprawiają też sporo jarzyn. Dopiero od kilkudziesięciu lat wprowa­dzono tu ziemniaki oraz pomidory, które są bardzo cenione. Ogólnie jednak zjada się mniej warzyw niż owoców i potraw zbożowych. Soli używa się bardzo mało, a cukru nie stosuje w ogóle. Od czasu do czasu zdarzają się wiosenne przednów­kowe okresy głodu, kiedy jedyne, skąpe pożywienie stanowią jarzyny.

Hunzowie nie chorują, ponieważ dążą do całkowitej kontro­li nad swoim ciałem i umysłem. Potrafią w sposób doskonały zrelaksować się. Znajdują zawsze w ciągu dnia czas na spokoj­ną modlitwę i medytację. Pracują powoli, bez pośpiechu. Uwa­żają, że znane w cywilizacji Zachodu wysilanie się do granic szaleństwa w celu pomnażania majątku niszczy wewnętrznie człowieka, powoduje ciągłe napięcie i zmniejsza jego odpor­ność. Nie przejmują się spadkiem dolara na giełdzie nowojor­skiej, podnoszeniem cen paliw, bo nie posiadają samochodów ani dolarów i nie oglądają kretyńskich programów w TV, bo nie mają telewizorów.

Wszyscy, niezależnie od wieku, uprawiają sport. Popular­ne są gry w siatkówkę, w polo, biegi i wspinaczki górskie oraz zabawy zręcznościowe. Sport zapewnia im świetną kondycję i wytrzymałość. Aby nie doprowadzić do degeneracji społeczeństwa, śluby zawierane są między partnerami z oddalonych terenów, nad czym czuwają starsi wiekiem oraz administracja. Dzieci w społeczności Hunzów nie są karane. Niemniej gdy zro­bią coś złego, zwraca im się uwagę i poprawia. Zachęca się je do rozwijania inicjatywy i indywidualności. Dzieci uczą się znaj­dować szczęście nie w gromadzeniu bogactw doczesnych, lecz w rozwijaniu wartości duchowych.

Tego rodzaju kraj, odcięty od „dobrodziejstw” cywiliza­cji, ma dla nauki wartość wspaniałego eksperymentu diete­tycznego, prowadzonego na całym społeczeństwie od wielu pokoleń, a nawet setek lat. Dziś, gdy kraj ten stał się sławny w Ameryce oraz zachodniej Europie i gdy liczni turyści zaczęli w „szczęśliwej dolinie” rozpowszechniać słodycze, białą mąkę i papierosy, zdrowie Hunzów, choć jeszcze dobre, zaczyna się już powoli psuć i jeśli nie wytrwają oni przy starych zwyczajach, nie starczy go zapewne na długo.

Abchazi
Jednym z powodów, dla których maleńką republiką auto­nomiczną Gruzji zajmują się naukowcy wielu specjalności, jest długowieczność jej mieszkańców. W Abchazji 16 procent ludzi ma ponad 100 lat, a 35 proc. – ponad 90 lat.

Historia bez wątpienia wywarła wpływ na charakter i tryb życia mieszkańców Abchazji. Kult honoru, patriotyzm, powszechne poszanowanie narodowych obyczajów do dziś pozo­stają dla Abchaza najwyższymi wartościami. Jest on przy tym pogodny, lubi towarzystwo przyjaciół i stół biesiadny z rytua­łem kwiecistych toastów, kocha taniec i śpiew, jest rozmiłowany w przyrodzie swojej górzystej ojczyzny. Abchazi nazywają swój kraj – Krajem Duszy. Jest to określenie nader pojemne w treści, bowiem mieści się w nim zarówno łagodny klimat, zdrowotne plaże i bogate winnice, jak też gościnność i tradycyjna serdecz­ność tego ludu.

Sprawą honoru jest dla Abchaza zachowanie smukłej, wy­prostowanej sylwetki i zwinności ruchów. Człowiek otyły, nie-potrafiący dosiąść rumaka, budzi nie litość, lecz nieskrywaną pogardę. Stąd nawet w tak lubianych biesiadach Abchazi starają się wstawać od stołu nienasyceni do końca. Za prawdziwie uro­dziwe kobiety są w Abchazji uważane te, które mają talię osy, a przy tym niewielki biust.

Tamtejsi ludzie są przede wszystkim bardzo serdeczni. W abchaskiej etykiecie są dwa żelazne punkty: rozmowa i poczęstu­nek. Poczęstunek może mieć rozmaity przebieg w zależności od zamożności gospodarzy, jednak musi z całą pewnością zawie­rać świeżą zieleninę (koperek, pietruszka, kolendra, szczypio­rek, czosnek) oraz abystę, która jest podstawowym pokarmem Abchazów. Jest to rozgotowana na papkę mąka kukurydziana – jedyna bodaj potrawa, do której nie dodaje się przypraw.

Istotne jest jednak to, że mieszkańcy Abchazji przez cały rok spożywają mnóstwo świeżych owoców i warzyw, niewiele mię­sa, bardzo mało ryb, unikają natomiast tłuszczu i wysokokalorycznych produktów. Tradycyjnie nie jada się tam zup ani tym bardziej rosołów, które po ugotowaniu mięsa po prostu wylewa się jako szkodliwe dla zdrowia.

Mężczyźni w Abchazji tradycyjnie żenią się bliżej czterdziest­ki, kobiety także nierzadko czekają na ślub do 30 lat. W Abchazji istnieje obyczaj zakazujący zbliżeń seksualnych przed ślubem oraz kontaktów pozamałżeńskich po ślubie. Dawniej, jeśli dziewczyna traciła niewinność przed ślubem, rodzina mogła ją nawet sprzedać w niewolę, aby zmyć hańbę, którą okryła dom. Świadome tej kary dziewczyny nawet nie ośmielały się rozma­wiać z młodzieńcami, aby nikt nie miał powodu do podejrzeń. Faktem jest to, iż tamtejsi mężczyźni są aktywni płciowo nawet po siedemdziesiątce, zaś prawie 14 procent abchaskich kobiet ma regularne miesiączki po ukończeniu 55. roku życia.
Ludzie starsi otoczeni są nadzwyczajnym szacunkiem i cieszą się prawdziwym autorytetem. Starzy ludzie w Abchazji nie tyl­ko codziennie uczestniczą w życiu rodziny, ale też przynajmniej raz w tygodniu spotykają się w gronie rówieśników. Honorowe miejsce w społeczeństwie umacnia w starszych ludziach poczu­cie własnej godności, co bez wątpienia sprzyja zdrowiu i długie­mu życiu. Abchazom nieznany jest „stres emerytalny”, kiedy to człowiek czuje się wyobcowany i niepotrzebny. Przeciwnie, sta­ry Abchaz doznaje nieustannych dowodów szacunku ze strony członków rodziny i całej miejscowości – jako skarbnica mądro­ści, doświadczenia, tradycji i narodowych obyczajów. Do niego wszyscy zwracają się o radę, do niego też należy ostateczne sło­wo w ważnych sprawach.

Człowiek ponadstuletni nie jest w Abchazji przeżytkiem, ale aktywnym współtwórcą współczesności, jest potrzebny. W tej pięknej, surowej krainie nie ma problemu samotności człowie­ka. Każdy z nich, choćby nie wiadomo jak był chory, nie zosta­nie pozostawiony samemu sobie. Bliskich krewnych zastąpią dalsi, a jeśli i tych braknie, to członkowie rodu albo po prostu sąsiedzi. Chorego rodzina oddaje do szpitala w ostateczności, kiedy potrzebna jest operacja czy kroplówka. W przeciwnym razie lekarz czy pielęgniarka nawet codziennie będą pacjenta odwiedzać w jego domu, sprawując nad nim niezbędną opiekę. Tak tam było zawsze i tak jest do dzisiaj.
Dlaczego jednak Abchazi są długowieczni? Pierwsza przy­chodzi na myśl hipoteza genetyczna. Z całą powagą traktują ją badacze, wskazując, że predyspozycje do długiego życia prze­kazywane są z pokolenia na pokolenie. Statystyka rzeczywiście zdaje się potwierdzać, że w Abchazji długowieczność należy do rodzinnej tradycji. Posuwający się tym tropem biolodzy mówią, że jeśli nawet istnieje gen długowieczności, to wcale nie jest po­wiedziane, iż nie ma genów trwałości życia, które ujawniają się pośród reprezentantów stosunkowo małych grup etnicznych, gdzie obserwuje się tendencję do zawierania małżeństw w ob­rębie plemienia. Liczba mieszkańców Abchazji wynosi ponad 90 tyś., więc tradycyjne korzenie małżeństw narodowych, przy najsurowiej przestrzeganym zakazie zawierania związków przez odległych nawet krewnych (grozi za to haniebne wygna­nie z republiki), rzeczywiście w ciągu tysiącleci mogło dopro­wadzić do odpowiednich zmian genetycznych.

Wielu Abchazów twierdzi, że prawdziwym źródłem długo­wieczności jest codzienna praca fizyczna. Nikt nie może pracować bez odpoczynku, ale bez pracy odpoczynek nie ma sensu – głosi abchaska mądrość.

Podstawowym warunkiem długowieczności jest prawidłowe jedzenie, ruch; ponieważ w Abchazji dominuje teren górzysty, mieszkańcy zmuszeni są do nieustannego ruchu, w dół i w gó­rę, a konie jedynie trochę ten ruch ograniczają.

Kochając życie, kochamy również ludzi, czyli Abchazi repre­zentują miłość w pełnym tego słowa znaczeniu. A poczucie ho­noru (słowo zapomniane w Polsce, a nawet wykreślone z ency­klopedii przez „ciemne siły”) na co dzień pozwala na spokojny sen. Podobnie jest z innymi izolowanymi ośrodkami.

Yilcabamba to leżąca w dolinie wioska usytuowana półtora tysiąca metrów nad poziomem morza i oddalona trzysta pięćdziesiąt kilometrów na południe od równika. Ta odizolowana od świata wioska w Andach, zgodnie z przeprowadzo­nym w 1982 roku spisem mieszkańców, ma populację liczącą 819 osób, w tym 17 mężczyzn i 2 kobiety w wieku powyżej stu lat. Ludzie Yilcabamby zajmują się przede wszystkim rolni­ctwem na własne potrzeby i generalnie pracują fizycznie jesz­cze w wieku 90 lat. Od wczesnego dzieciństwa rozpoczynają wytężoną pracę fizyczną i do końca są bardzo aktywni. Starzy ludzie mają bardzo wysoki status społeczny i aktywnie biorą udział w problemach i zadaniach społeczności lokalnej, tak jak u Hunzów i Abchazów.

Ich dieta jest niskokaloryczna, zawiera szczególnie mało tłuszczów i białek zwierzęcych. Typowy posiłek składa się z fa­soli, kukurydzy, ziemniaków, liści juki (bardzo bogate w skro­bię warzywo), zupy z bananów, chleba, owoców (takich jak: papaje, pomarańcze i winogrona) i czasem z bardzo niewielkiej ilości mięsa. Wszyscy piją produkowany we własnym zakresie rum i palą tytoń w niewielkich ilościach.

Na małej atlantyckiej wyspie Tristan da Cunha mieszkańcy nie znali próchnicy zębów ani reumatyzmu, żywiąc się jarzynami, owocami, mlekiem, mięsem i rybami. Od czasu jednak gdy Amerykanie zaczęli masowo dowozić tu białą mąkę i cukier, choroby te zaczęły się szerzyć z niezwykłą szybkością, a ogólny stan zdrowia bardzo się pogorszył. Takie samo „dobrodziej­stwo” wyświadczono wyspom hawajskim i wielu innym kra­jom, które uszczęśliwiono wytworami europejskiej cywilizacji. Indianie Tarahumara z Meksyku są również jedną z nielicz­nych społeczności żyjących w zgodzie z tradycją. Ich pożywie­nie składa się z pełnego zboża, fasoli, dyń oraz innych warzyw i owoców z najbliższego im otoczenia. Badania lekarskie prze­prowadzone wśród ludu Tarahumara nie wykazały u nich wy­sokiego ciśnienia krwi, otyłości, chorób serca, udarów mózgu ani innych chorób układu krążenia.

Krótko mówiąc, receptą na długowieczność są: prawidłowa dieta, ruch i wzajemna życzliwość. Cechy te z pewnością charakteryzowały naszych przodków, jak piszę dalej.
W Polsce przeprowadzono badania związane z odżywianiem się w okresie dzieciństwa wśród 756 starszych ludzi. Większość z nich pochodziła z biednych, wiejskich, wielodzietnych rodzin, a ich odżywianie w dzieciństwie było niedostateczne. Wśród 100 osób w wieku ponad 80 lat było 8 w wieku 83-95 lat z dobrą sprawnością fizyczną i umysłową. Po bardzo drobiazgowych wywiadach i dociekaniach ustalono skład i wartość odżywczą ich jadłospisu w okresie uczęszczania do szkoły podstawowej. Dzieci te cierpiały nędzę, a ich pożywienie było bardzo skąpe – według wyliczeń – średnio 1158 kcal na dobę. U jednego z ba­danych racje te były jeszcze mniejsze – 611 kcal. Dodać do tego trzeba owoce, do których te wiejskie dzieci miały dostęp zwłasz­cza latem i jesienią. Niektórzy z tych starszych ludzi podkreślali nawet, że bywały okresy, gdy żywili się prawie wyłącznie owo­cami. Obliczenia te potwierdzają oczywisty związek między odżywianiem się w dzieciństwie a zdrowiem na starość.

Teraz kilka słów na temat różnych diet cieszących się coraz większą popularnością.

Anopsologia
Kierunek ten zapoczątkował 26-letni szwajcarski fizyk Guy-Claude Burger, który będąc beznadziejnie chorym, uznał, że po­nieważ jego choroba jest wynikiem cywilizacji, to trzeba od tej cywilizacji odejść. Zaszył się więc na farmie w prymitywnych warunkach, gdzie objawy choroby zaczęły stopniowo zanikać, a po kilku miesiącach doszło do wyzdrowienia. Odczyt na ten temat wygłoszony przez Burgera w Akademii Medycznej w Pa­ryżu w roku 1983 rozpoczął kierunek odżywiania nazywany anopsologią.

Zaaprobowanie anopsologii wymaga całkowitego odrzucenia balastu tradycyjnego myślenia. Jest to bowiem czysty instynkt/ którym obdarzone są niemowlęta i małe dzieci i który jest zabijany poprzez wychowanie i tradycyjne odżywianie. Instynktowne odżywianie się oparte jest na założeniu, że natura obdarzyła nas węchem i smakiem, aby umożliwić nam zaspokojenie podsta­wowych potrzeb, a organizm ludzki wie, czego mu potrzeba lub czego mu brakuje. W anopsologii nie ma miejsca na przekony­wanie dziecka, że to wprawdzie niesmaczne, ale takie zdrowe. Jeśli nie jest smaczne, nie może być zdrowe, w danym momencie bowiem organizm nie ma na to zapotrzebowania. Za parę dni czy tygodni to samo może być smaczne i pociągające, bo zaspo­koi jakieś nowo powstałe niedobory w organizmie. Działanie ba­riery smaku bardzo dobrze zobrazować może sytuacja, w której dziecko np. je jabłko i nagle odkłada je na bok, na pytanie zaś, czemu nie je go dalej, odpowiada, że już mu nie smakuje. Zapo­trzebowanie zostało bowiem zaspokojone i dalsze jedzenie jest już zbędnym obciążaniem organizmu. Dziecko często jednak zo­staje niepotrzebnie zmuszone do zjedzenia jabłka do końca.

Od wczesnego dzieciństwa jesteśmy zmuszani do przeja­dania się. Takie działanie jest niewłaściwe, nie wolno bowiem kończyć tego, co nam nie smakuje i za żadną cenę nie wolno niszczyć bariery smaku, która stanowi nasz najcenniejszy me­chanizm obronny. Co ważne, nieprzejadanie się powoduje, że procesy biologiczne przebiegają sprawnie i harmonijnie bez po­wstawania produktów odpadkowych. Taki sposób odżywiania się uaktywnia system immunologiczny, a ponieważ nie obcią­ża ustroju, wyzwala ogromne ilości energii. Nie trzeba tu rów­nież mówić o odtruwaniu organizmu, bo samozatrucie naszego ustroju w ogóle tu nie występuje.

Przy takim żywieniu odpada właściwie przygotowywanie posiłków, ponieważ absolutnie wszystko zjada się na surowo – mięso, jajka, jarzyny oraz owoce. Mało kto wie, że słynny dr Albert Schweitzer chorował na cukrzycę. Za poradą dokto­ra Maksa Gersona przeszedł na dietę składającą się początko­wo wyłącznie z surowych soków jarzynowych i owocowych. Poprawa była tak znaczna, że w ciągu miesiąca można było odstawić insulinę.

Makrobiotyka
18-letni Japończyk Sakurazawa Nyoti, znany później jako George Ohsawa, skazany na śmierć przez oficjalną medycynę, szuka ratunku. Lekarze stwierdzają u niego gruźlicę płuc oraz jelit i przepowiadają mu zaledwie parę miesięcy życia. Młodego chłopca ratuje jednak książka o starodawnej medycynie orien­talnej. Stosując podaną tam dietę – opartą głównie na ciemnym ryżu, zupach i jarzynach – odzyskuje zdrowie, a umiera dopiero w wieku 73 lat.

Uratowany Ohsawa rozpoczął dogłębne studia nad filozofią i tradycjami orientalnymi i na tej podstawie opracował system wskazań, obejmujący całokształt życia, znany dziś jako makrobiotyka. Początkowo rozwijała się ona w Japonii, ale w latach 50. Ohsawa podróżował po Europie i Stanach Zjednoczonych z pre­lekcjami i wtedy rozpoczął się rozkwit makrobiotyki i w tych rejonach. Termin „makrobiotyka” nie był nowy, używał go już w początkach zeszłego stulecia niemiecki lekarz Christoph W. Hufeland w odniesieniu do europejskiego wegetarianizmu. Oh­sawa nadał mu jednak nowe, szersze znaczenie, tłumacząc go jako sztukę długowieczności i szerokiego poglądu na świat. Je­steś tym, co jesz! Tak brzmi naczelna zasada makrobiotyczna i rozumie się ją zupełnie dosłownie:
jeżeli jadasz tłusto, jesteś tłusty, a twój umysł staje się leniwy i ociężały,
– jeżeli jadasz zbyt kwaśno, stajesz się lękliwy, podejrzliwy i bezradny,
jeżeli jadasz zbyt słono, stajesz się niepohamowany i gwał­towny jak morskie fale,
– jeśli odżywiasz się w sposób zrównoważony, wtedy twoje ciało jest zdrowe, lekkie i wdzięczne, twoje życie duchowe i psychiczne staje się spokojne i pełne harmonii.

Przez wiele lat wmawiano nam, że warunkiem zdrowia jest regularne dostarczanie wielkich ilości białka, witamin i soli mineralnych. Wymyśliła to nauka zachodnia, która cały świat dzieli na drobne cząstki, a człowieka na poszczególne organy, które osobno bada i leczy, nie widząc całości i wzajemnego po­wiązania zjawisk. Ileż jest leków, które leczą jakiś organ, jedno­cześnie niszcząc cały organizm.

Makrobiotycy twierdzą, że ich sposób życia jest właściwy ludziom od tysięcy lat i chroni przed większością chorób, po­nieważ wzmaga i podtrzymuje siły odpornościowe organizmu. Przestrzegając diety makrobiotycznej, chudnie się i młodnieje, mimo spożywania dużej ilości węglowodanów. Piękna cera czy zgrabna figura nie są same w sobie celem życia, otrzymujemy je wraz ze zdrowiem jako skutek zrównoważonego, makrobiotycznego stylu życia.

Po śmierci twórcy makrobiotyki najbardziej aktywni w pro­pagowaniu tej metody byli jego uczniowie: Michio Kushi wraz z żoną Aveline i Herman Aihara. Według Michio Kushi i innych autorów efekty diety makrobiotycznej są wprost nadzwyczajne. Daje ona wysoki poziom energii, zdrowia i spraw­ności fizycznej, a lekkie niedożywienie mobilizuje organizm i zmusza go do lepszego funkcjonowania. Dobór diety jest indywidualną sprawą wyboru i dopasowania do aktualnych potrzeb i możliwości.

Naukowcy, lekarze i dietetycy wciąż na nowo odkrywają cudowne właściwości produktów makrobiotycznych. W jadło­spisie makrobiotycznym zawarte są wszystkie witaminy oraz wszystkie ważne składniki odżywcze w naturalnej postaci. W kapuście, pietruszce, bobie, soi, kaszy gryczanej, nasionach se­zamu, słonecznika, brokułach, migdałach, orzechach laskowych jest znacznie więcej wapnia niż w mleku, jajach, serach i jogur­cie, natomiast nasiona sezamu i siemienia lnianego mają prawie dziesięć razy tyle wapnia co mleko. Dodać należy, że w nasio­nach sezamu naukowcy odkryli substancję chroniącą przed nowotworami. Buraki ćwikłowe, pietruszka naciowa, bób, korzeń łopianu, korzeń imbiru, zielony groszek, cebula, zimowe odmiany dyni zawierają szczególnie dużo złożonych węglowodanów i mają ogromne ilości żelaza – pięć razy więcej niż mięso.

———————————

Dr Stanisław Rymsza
(Artykuł opublikowany w tygodniku „Ład” 27 października 1985 r.)

W związku z artykułem R. J. Baja pt. „Adwentyści wobec nowotworów” (Ład nr 33) poczuwam się do obowiązku moralnego i naukowego ukazania wyników moich badań biologicznych nad profilaktyką i autoterapią raka.

Tę wielką sprawę ogólnoludzką zapoczątkował drobny „prywatny” konflikt z medycyną, reprezentowaną przez kilku lekarzy pracujących w klinikach, którzy odmówili mi współpracy, „nie ufając nowinkom biologicznym”. Byłem więc zmuszony uciec się do testu publicznego. W styczniu i lutym 1954 r. w ramach akcji odczytowej TWP wygłosiłem cztery popularnonaukowe prelekcje otwarte o moich badaniach nad rakiem u zajęcy i królików oraz obserwacjach porównawczych chorych ludzi. Umówiłem się ze słuchaczami, aby donosili mi o każdym pozytywnym i negatywnym wyniku zastosowania przedstawionej im mojej metody sterowania samoleczeniem się organizmu w każdym przypadku (wykrytego przez specjalistyczną medycynę) raka u nich i ich bliskich. Odtąd w ciągu 25 lat otrzymałem 46 takich doniesień pozytywnych (guzki sutkowe — 32, nadżerki szyjki macicy — 8, guzy wątroby — 2, induratio penis — 2, nowotwór skóry — l, rak płuc — 1). Negatywnych zaś nie otrzymałem. A te contra factum non valet argumentum, więc nie czekając zaplanowanej początkowo setki (do bilansu procentowego), opisałem te godne uwagi owoce moich zignorowanych przez medyków „nowinek biologicznych” i rozesłałem komunikat do wszystkich uczonych parających się tą problematyką.

Był to wynik moich żmudnych badań: odkrycie nowej prawdy o specyficznej roli kwasu L-askorbinowego (C6H8O6) w tworzeniu się i funkcjonowaniu fagocytów, zdolnych do pożerania komórek rakowych. Mikrobiologicznicznie, ponad wszelką wątpliwość stwierdziłem, że ten kwas (acidum L-ascorbinicum), zwany witaminą C, przekształca bierne leukocyty, zwłaszcza neutrofilne w aktywne fagocyty, które drapieżnie bronią organizm przed wszelką infekcją zewnętrzną i przed neocytozą wewnętrzną, zakłócającą Jego genetyczny porządek rozwojowy, stabilnie zaplanowany w DNA. Pełne zaopatrzenie krwi i limfy w molekuły witaminy C tak potężnie uzbraja tworzące się pod jej wpływem fagocyty i makrofagj, że absolutnie żadne obce mikroorganizmy nie są zdolne rozwijać się w jej środowisku osmotycznym. Tu fagocyty przy pomocy witaminy C rozpuszczają (rozmiękczają) ścianki niepotrzebnych komórek egzogennych (mikroby chorobotwórcze) i endogennych (tkanki martwicowe, neocyty i neoplazy rakowe), a następnie je pożerają, same przy tym ginąc i trupami swymi wypełniając gruczoły chłonne, skąd są systematycznie wydalane do moczu jako tzw. „ciała ropne”, znane powszechnie z elementarnych analiz lekarskich.

W świetle tej prawdy o kwasie L-askorbinowym witamina C, może śmiało awansować do rangi wymarzonego przez ludzkość panaceum. Jeżeli wszyscy będą mieli zawsze swoją krew nasyconą witaminą C, to nie tylko rak, ale również inne dolegliwe cierpienia (grypa, katar, torbiel przyzębna, szkorbut etc.) zostaną wykreślone z rejestru chorób człowieka. Są tu jednak pewne bardzo istotne restrykcje, które przeoczają inni badacze (np. Pauling). Dlatego ich wyniki są połowiczne, a wnioski błędne. Przede wszystkim trzeba sobie uświadomić, ze witamina C nie jest lekiem sensu stricte, lecz koniecznym składnikiem organizmu, jak woda (H2O) i sól (NaCl), których naturalne uzupełnienie należy do kulinarii — nie do terapii. Dopiero brak tych składników lub ich niedobór wywołuje stany chorobowe, wymagające ingerencji medycyny. Takim właśnie deficytowym składnikiem krwi człowieka jest dziś kwas L-askorbinowy (C6H8O6), którego ubytek powiększa się coraz bardziej w miarę postępu technizacji życia codziennego (wibracja, promieniowanie, hałas, ultradźwięki) i chemizacja pokarmów (konserwacja, dezynfekcja, dezynsekcja). Szczególnie szkodliwa tu jest pironizacja żywności, zapoczątkowana wkrótce po wynalazku ognia, a dziś doprowadzona do perfekcji. Surówki spożywa człowiek coraz rzadziej. A więc, w rezultacie deficytu witaminy C w jego krwi, rozwijają się tzw. „choroby cywilizacyjne”, pośród których rak zajmuje czołowe i najgroźniejsze miejsce pobudzając uczonych (Rosenthal, Galio) do snucia najbłędniejszych hipotez i teorii. Np. nie wiedzą oni, że modny dziś interferon jest bezwartościowym odpadkiem (askorbinofagocytozy) antagonistycznych wirusów, a więc „śmieciem” witaminy C.

Rola witaminy C w organizmie Jest dwojaka. Primo: Jest ona konieczna jako czynnik (enyzm askorbinaza) metabolizmu, bez którego proces życia (przemiana materii) byłby niemożliwy. Secundo: służy fagocytom i makrofagom jako niezbędne narzędzia obrony organizmu przed egzo- i endoinfekcją. Stosownie do tej dwoistej funkcji witaminy C, jej zapas w organizmie dzieli się niejako na dwa magazyny. Pierwszy — bazowy, konstytutywny, stały, metaboliczny, nienaruszalny (na rzecz drugiego). Drugi — obronny, niestały, ilościowo zmienny, w zależności od dopływu z zewnątrz, z pokarmów, zużywalny po zaspokojeniu zapotrzebowań pierwszego (po jego nadmiarze ilościowym).

Normalnie organizm sam wytwarza witaminę C dla obu tych „magazynów” w dostatecznej ilości. Niestety. cywilizacja techniczna permanentnie utrudnia to wytwarzanie oraz niszczy (denaturalizuje) potrzebne do tego surowce pokarmowe. Stąd wiele ludzi nie posiada dostatecznego stężenia witaminy C we krwi, wystarczającego na zaopatrzenie obu tych „magazynów” stale się opróżniających wskutek procesu życia i obrony fagocytarnej. Cywilizacja techniczna prowadzi do tego, te zapas witaminy C zabezpiecza już tylko zaspokojenie konstytutywnych potrzeb metabolizmu i to w coraz uboższym zakresie Na potrzeby obronne mamy jej coraz mniej. Wynaturzony przez technikę i starzejący się organizm wytwarza ją coraz skąpiej, a schemizowane pokarmy dostarczają coraz mniej surowca, przydatnego na to wytwarzanie. Oba te nieszczęścia idą w parze! Na ich tle powstają różne choroby zakaźne, które medycyna nauczyła, się zwalczać za pomocą osobnych szczepionek. Ale wobec neocytozy kancerogennej okazała się bezradna, wskutek niewiedzy o istotnej roli witaminy C w organizmie, gdzie ona stanowi uzbrojenie fagocytów, zabijających i pożerających wszelkie niepotrzebne komórki (neocyty, mikroby, nekroby).

Odkrycia tych niepodważalnych prawd o witaminie C dokonałem na zasadzie: necessitas mater, studiorum. W roku 1952 lekarze stwierdzili, że mój najbliższy przyjaciel jest chory na „raka wątroby z przerzutem na płuca”. Zaproponowali jako jedyny ratunek chirurgiczne usunięcie guza oraz rentgeno- i chemioterapię z gwarancją życia przez 2 lata po operacji. Odrzuciłem tę „łaskę” medycyny i jako biolog na własną rękę podjąłem walkę ze śmiercią człowieka, poświęcając badaniom ponad 400 królików, co zawdzięczam pomocy prof. Jana Dembowskiego, który uwierzył w moją hipotezę intuicyjnie. Po wielu eksperymentach stwierdziłem, że 88 proc. rakowatych królików powróciło do zdrowia po wprowadzeniu dużych dawek witaminy C do ich pożywienia. Dalsze próby, już po wyeliminowaniu dostrzeżonych błędów transplantacyjnych, wykazały 100-procentowe wyzdrowienie zwierząt, dożywianych witaminą C. Podkreślam: dożywianych! — nie leczonych! Onkolodzy bowiem pouczyli mnie, że witamina C jest lekiem za mało toksycznym, więc nie zatruje raka(!)

Równolegle z królikami i mój najbliższy przyjaciel został w ten sam sposób uratowany od niechybnej śmierci, prognozowanej przez medycynę. Już w styczniu 1954 r. był on prawie zdrowy: z płuc całkowicie zniknęły wszystkie 4 guzki wielkości fasoli, a na wątrobie guz (wielkości mandarynki) zmalał do rozmiarów orzecha laskowego. Po następnym roku rtg nie wykazał Już żadnych zmian. A niedoszły „umarlak” jest dziś uosobnieniem zdrowia i siły (mężczyzna ten liczy dziś lat 89. 180 cm. 89 kg). Przez ostatnie 25 lat, odkąd pozbył się swego raka. nie chorował ani razu, nawet na katar — wyraźnie odmłodniał. A to dzięki witaminie C, której dawkę obliczyłem mu na 9 g dziennie krystalicznego kwasu L-askorbinowego, rozpuszczonego w litrze wody z cukrem. Po wyzdrowieniu pacjenta redukowałem stopniowo tę dozę aż do 2 g. które utrzymałem, na stałe jako minimum profilaktyczne, wykluczające nawrót nowotworu — co również wybadałem na zwierzętach. A więc (uczciwie wyprodukowanych przez „Polfę”) 18 drażetek a 0,2 g witaminy C dziennie całkowicie zabezpiecza mu zdrowie przed nowotworami, ale również przed innymi chorobami i schorzeniami.

Jako wskaźnik kontrolny nasycenia organizmu kwasem L-askorbinowym przyjąłem jego śladową obecność w urynie. Kto w moczu ma kwas askorbinowy, temu nie grozi rak ani inna choroba. Zrozumiała więc jest naiwność amerykańskich uczonych (np. Burzyńskiego), którzy z moczu wypreparowują ten nadwyżkowy odpadek witaminy C jako specyficzny „antyneoplaston”. Przecież to substancja już mało aktywna biochemicznie, „zmęczona” pracowitą wędrówką po organizmie! Ale oni tego nie rozumieją i nie wiedzą, że to odpad witaminy C.

Odkrywszy tak niezwykłe walory witaminy C, przeprowadziłem bardzo dokładne badania mikrobiologiczne i biochemiczne nad jej działaniem. Tu m. i n. okazało się, że jest ona bardzo wybredna i kapryśna pod względem „towarzyskim”. We krwi nie znosi ona obecności alkoholi, alkaloidów, glikoalkaloidów. sulfamidów etc. Pod ich wpływem struktura kwasu L-askorbinowego ulega przekształceniom izomerycznym i traci niektóre atomy, przemieniając się w kwas dihydroaskorbinowy (C6H6O6) albo w inne bezwartościowe „askorbiniaki” (kwasy: d-askorbinowy, L-izoaskorbinowy, d-izoaskorbinowy), których mieszaninę fabryczną sprzedają apteki pod nazwą „witamina C”, ale bez literki „L” przed nazwą łacińską: acidum ascorbinicum. To pociąga za sobą bezskuteczność terapeutyczną i profilaktyczną tej handlowej witaminy C. A w organizmie traci ona wszelką wartość ochronno-fizjologiczną, gdy spotyka tam różne „używki” przyjemnościowe, nie stanowiące pokarmu.

A zatem kto chce mieć w swoim organizmie prawidłową gospodarkę askorbinową, gwarantującą absolutne zdrowie pod każdym względem, ten musi zrezygnować z wielu rozkoszy „cywilizacyjnych”, jakimi codziennie zanieczyszcza swoją krew (alkohol, nikotyna, kofeina, solanina etc.). To jest warunek konieczny skuteczności działania witaminy C. którą należałoby ustawowo wprowadzić do wszystkich produktów spożywczych, poddając je askorbinizacji przemysłowej. Bo tylko w ten sposób wszyscy ludzie będą mieli krew nasyconą tą witaminą bez uciążliwej konieczności łykania drażetek. Opłaciłoby się to wielokrotnie bardziej niż budowanie kosztownych ośrodków onkologicznych — albowiem tańsze jest zapobieganie aniżeli leczenie.

Aby uniknąć nieporozumień powtarzam, że tylko jeden kwas askorbinowy jest witaminą C, chociaż wszystkie one mają identyczny wzór ilościowy (C6H8O6), z wyjątkiem dihydroaskorbinowego (C6H6O6). Różnica polega na budowie molekuł (drobin) tych kwasów. Prawdziwa witamina C musi mieć literkę „L” przed swą nazwą: acidum L-ascorbinicum. To jest klucz do zagadki, na której załamują się badania i odkrycia wszystkich uczonych. A ich kosztowny interferon jest mało skuteczny, bo to odpad fagocytarny kwasu L-askorbinowego. powstający przy antagonizacji wirusów.

Dr STANISŁAW RYMSZA

———————————

Hovara opowiada, jak jej siostra wyleczyła się z grypy sokiem z kiszonych ogórków (domowych i ekologicznych):

Na początku ubiegłego roku moja siostra podłapała grypę, była to bardzo ciężka postać grypy. Miała biegunkę, nudności, kaszel i gorączkę. Bolały ja wszystkie kości i miała okresowo duszność. Leżała z grypą juz dwa dni, bardzo osłabła, kurowała się aptecznymi lekami i nic. Po trzech dniach nie miała siły wstać z łóżka. Gdy ją odwiedziłam trochę się przeraziłam i chciałam dzwonić na pogotowie. Zawsze jak idę do rodziny to coś tam swojego domowego niosę. Tym razem wzięłam słoik ogórków kwaszonych, własnej roboty. Ogórki z pewnego źródła bez nawozów. Siostra widząc ogórki, oznajmiała, że nie ma apetytu na ogórki, ale ma wielką ochotę na wodę z ogórków i wypiła najpierw pól szklanki, potem za jakiś czas trochę więcej. O dziwo po dwóch godzinach wrócił jej apetyt, zaczęło się jej odbijać i spadła gorączka. Na drugi dzień czuła się już dużo lepiej. W sumie wypiła ok 1,5 litra kwaszonej wody z ogórków.
Nie wiem jak ta woda kwaszona zadziała na innych, ale warto to przetestować, jak nic innego nie pomoże. Lepiej to, niż drogi lek za blisko 300zł, który promuje wiadoma firma.
Moje ogóreczki robię tak:
Myję upycham do słoja, dodaję laseczki chrzanu, koper i czosnek (na litr duży ząbek i dwie laseczki chrzanu, grubości małego palca, koper-pół górnego “kwiatu”). To wszystko zalewam gorącą przegotowaną wodą z solą (łyżka stołowa na litr). Sól gruboziarnista, w tym roku zrobiłam z solą himalajską, są przepyszne i się nie psują.
Być może kwasielica z ogórków, również innym pomoże na grypę ;-)

———————————

Tabelka 5 przemian

5przemian

———————————

Autentyczne historie ludzi, którzy skutecznie i bezpiecznie, a co najważniejsze, raz na zawsze pozbyli się raka i innych, tzw. nieuleczalnych chorób bez pomocy medycyny alopatycznej:

Nieuleczalni – wstęp

Marlene Marcello McKenna i czerniak złośliwy z przerzutami

Rak płuc z przerzutami, czyli historia Janet Sommer

Profesor Oxfordu i terapia dr Gersona

Billy Best i chłoniak Hodgkina

Za młoda, by umierać

„Mam wolną wolę, więc wybrałem życie” – książka „Głodny anioł” Stanisława Karolewskiego. Nakład wyczerpany, ale jeśli wykażecie się sprytem zdołacie zdobyć swój egzemplarz, bo to lektura, którą bardzo gorąco polecam!

Jak w 90 dni pokonałem raka

Naukowcy odkrywają witaminę B17 (Laetrile)

Walter Last – „Kulisy leczenia nowotworów przez oficjalną medycynę”

Zabijanie pacjentów w imię naukowej medycyny jest sztuką lekarską, a skuteczne przywracanie zdrowia metodami naturalnymi jest przestępstwem

Michael Collins i retinopatia cukrzycowa, z serii „Nieuleczalni”

Zatruwa cię bisfenol A

———————————

Blogi ludzi wyleczonych z rzekomo nieuleczalnych chorób:

Żyj bez candida wstrząsająca, ale szczęśliwie zakończona historia dziewczyny, która ciężko chorowała od 14 roku życia, rzekomo na zaburzenia hormonalne, a lekarze nie dawali jej żadnej nadziei na wyzdrowienie. Mały fragment jej historii:

Kiedy pytałam się lekarzy „czy jest jakiś lek na wyleczenie?” słyszałam: „niestety nie ma takiego leku bo nie da się tej choroby wyleczyć tylko zahamować żeby nie postępowała”.

Diagnoza podcięła mi skrzydła. W 2007 roku okazało się, że mam torbiele na tarczycy, choroba zamiast chociaż „ciut“ zatrzymać się postępowała nie ubłagalnie dalej. W 2008 roku pierwsza operacja i diagnoza: torbiel czekoladowy i zrośnięte wszystkie organy. Dostałam cudowny lek miało być dobrze. Uwierzyłam. Owszem na usg wszystko było pięknie – książkowo, ale po pół roku przeprowadzono kontrolną laparoskopię i znowu nie dobrze! Choroba nadal postępowała. Kolejny wyrok: zrośnięte jelito grube z macicą i jajnikiem. W kolejnych latach co pół roku leczenie szpitalne i nic…kompletnie nic… żadnej najmniejszej poprawy. Przez 1,5 roku aby normalnie funkcjonować musiałam brać całą garść leków przeciwbólowych w tzw. „końskich dawkach” aż do 2011 roku. Wtedy nastąpiła kulminacja, czyli kolejna operacja, która notabene też nic nie dała. Dalej wszystko zrośnięte, nawet nie pomógł zastrzyk przeciw zrostom. Powoli zaczęłam się przyzwyczajać do tej „chorej sytuacji“ i nie zdziwiłam się gdy po raz kolejny podano mi “cudowny lek hormonalny”. Choroba i jej leczenie przeistoczyło się w istny horror… woda w organizmie i problemy z jedzeniem.

Autorka bloga jest dziś zupełnie zdrowa. W blogu opisuje, w jaki sposób odzyskała zdrowie i jak dba o nie obecnie.

Rak Jest Uleczalny! czyli kolejny dowód na to, że terapia Gersona jest skuteczna!

———————————

Linki i filmy:

Lekarstwo na raka (radykalne oczyszczanie limfy metodą NIA)

Terapia dr Maxa Gersona

Medycyna komórkowa dr Matthiasa Ratha

Nowa Germańska Medycyna (doktor Gerd Ryke Hamer wyjaśnia, jakie są przyczyny raka)

Po prostu na surowo. Cofanie cukrzycy w 30 dni!

Caldwell Esselstyn – Jak zatrzymać choroby serca?

Prawdziwa historia witaminy D

Prof. Thomas Szasz ostrzega przed dzisiejszą psychiatrią

60 proc. badań klinicznych w Polsce i UE zawiera nieprawdziwe dane

Heretycy Nauki

Człowiek z wewnątrz ujawnia tabu leczenia

Dlaczego lekarze umierają inaczej

Miliony osób zostały błędnie poddane leczeniu „raka” – przyznaje Raport Narodowego Instytutu Raka USA

Drugi rzut nowotworów po chemioterapii

 

4 347 myśli nt. „Zdrowotny Hyde Park

  1. Wiele osób twierdzi, że kombucza to po prostu matka octu. Taką matkę każdy może sobie wyhodować sam, zupełnie za darmo! Powstaje ona w czasie produkcji octu owocowego, ale UWAGA!!! owoce muszą być ekologiczne, np. z lasu lub niepryskanego sadu. Ja mam kilka sztuk takich „dzikich” kombuczy, które wrzucam do naczynia, w którym fermentuję owoce na ocet. Wypróbuję, jak taka octowa matka spisze się w herbacie i opiszę wam co wyszło (ale najpierw muszę ją znaleźć i wyłowić).

  2. Ehhh, uwaga, będę narzekać 😛
    Minął już ponad miesiąc jak męczę się z gradówką. Najpierw miałam jęczmień, później zrobiła się gradówka… Wypróbowałam wszystkie sposoby z forum różańskiego i w końcu umówiłam się na zabieg wycinania tego dziadostwa. Nie mam już siły chodzić z tą gulają…
    Robiłam gorące okłady z jajka, przemywałam to piołunem i innymi polecanymi ziołami, przemywam złotem i srebrem koloidalnym, przemywałam nawet wodą kwaśną po jonizacji… dodatkowo jem cordyceps sinensis i nic… zgrubienie jak jest tak jest, nie mogę przez to nosić soczewek, tylko muszę okulary i po prostu mam już dość. Nie cierpię okularów, bo mam zawężone pole widzenia. Przy soczewkach zapominałam, że mam w ogóle jakąś wadę… a mam sporą bo -2,75 na lewe i -3,5 na prawe oko. Jeśli ktoś z Was miałby jakiś pomysł jak się tego dziadostwa pozbyć bez wycinania to chętnie zastosuję, ale wypróbowałam już chyba wszystko 😦

  3. A tak z innej beczki, skoro jeszcze tu siedzę 🙂

    Będąc na bazarku zobaczyłam, że zaprzyjaźniony rolnik ma na straganie… czarny bez! Bez wahania kupiłam i mam już 2 litry soku! Powiedziałam mu, że właśnie miałam się wybrać w teren na bez, a tu proszę, bez sam przyszedł. A on na to: Niech pani się nie wybiera, bo psy mogą panią pogryźć albo osy, a ja pani jeszcze przywiozę. Ale co mi tam psy i osy, i tak się wybiorę. Już czuję smak zimowej herbatki z bzem mmmmmmmm….. Oczywiście u mnie nic się nie zmarnuje. Owoce przepuściłam przez wyciskarkę, a z wytłoków będzie piękny, fioletowy ocet! Już się cieszę jego kolorem 🙂 Mam octy żółte (czyste jabłkowe) i w różnych odcieniach różu od śliwek i winogron.

  4. @ eee: poczuj różnicę między leczeniem objawowym a przyczynowym. Tu jest klucz do wszystkich chorób. Leczenie objawowe polega na usunięciu objawu choroby i w ogóle nie wnika w jej przyczynę. Lekarz ma gdzieś przyczynę problemu. On widzi tylko objaw i go wycina, wypala, maskuje lekami. Problem nie zostaje rozwiązany, więc prędzej czy później wylezie znowu albo w tym samym miejscu albo w innym i wtedy lekarze nadadzą mu inną nazwę, ale przecież to wciąż będzie ta sama choroba.

    Dlatego trzeba ustalić przyczynę. Ona może być psychiczna. Może nie chcesz czegoś widzieć, więc psujesz sobie oko. Na to radą jest metoda Bruno Groeninga. Albo przyczyną może być zanieczyszczenie krwi toksynami, które usuwa się dietą dr Dąbrowskiej, dietą makrobiotyczną albo sokami i zjonizowaną wodą.

    Przemyśl to sobie. Moim zdaniem wycięcie tego nie pomoże, bo to jest tylko odcinanie głów hydrze. Głowy zaraz znowu odrosną i być może będzie ich więcej niż na początku.

  5. Astro przyczyna moich chorób na pewno tkwi w psychice. Na poziomie komórkowym jestem nieszczęśliwa. Czuję to i wiem to. Moje ciałko mentalne jest rozproszone – stosuję wiele metod, by sobie pomóc, ale widocznie te wszystkie bruzdy na moim ciele, przypominają mi, że nadal coś jest nie tak, że być może powinnam zmienić coś diametralnie. Na razie jeszcze nie wiem co, ale intuicyjnie czuję, że potrzebuję wyjechać na dłuższy czas i spojrzeć na swoje życie z innej perspektywy. Ale to też jeszcze chwilę potrwa, o ile w ogóle uda mi się to zrealizować, w każdym razie działam w tym kierunku i wierzę, że jeśli to jest dla mnie dobre to tak właśnie będzie.

    Na ciele wywala mi te wszystkie problemy z podświadomości w postaci mięśniaka, brodawczaków, teraz gradówki (miałam jedną brodawkę na stopie, drugą na nosie – z nosa sama ją wycięłam – to był hard core, ale już nie miałam siły na to patrzeć, a szkoda mi było kasy na krioterapię – ładnie się zagoiło i śladu praktycznie nie ma. Szczerze mówiąc gradówkę też bym sobie sama przekłuła, ale oglądałam zabieg na youtube i niestety to jest trzeba wyłyżeczkować, a jednak jest to w dość bolesnym miejscu i chyba mój próg bólu, który jest dość wysoki, tutaj jednak dałby mi się we znaki 😛 ). Mam świadomość, że takie usuwanie to tylko „leczenie” objawowe… Ale jeśli to są narośla na skórze to mogę je pousuwać, wywalić jak śmieci, co innego mięśniak – jego nie usunę, bo jest to zbyt poważna ingerencja wg mnie… Oczywiście pobieram heilstrom, robię sesje oczyszczające i wierzę, że w końcu w jednej chwili ten mój nagniot na duszy pęknie, pójdzie piękna świetlista, czysta energia i wszystko się odmieni. Na lepsze…

    Co do gradówki – zrobiła mi się ostatniego dnia we Włoszech – bardzo nie chciałam stamtąd wyjeżdżać. Czułam, że mogłabym tam pomieszkać dłuższy czas. Miałam wręcz stany depresyjne po przylocie do Polski. Myślę, że dlatego wywaliło mi gradówkę właśnie w czasie lotu do Polski. Poza tym poznałam tam pewnego Włocha, artystę mozaikowego, spędziłam z nim fajne popołudnie, był to człowiek – można rzec – przebudzony, dużo rozmawialiśmy o tym co dzieje się na świecie (syjonizm, przyszłość europy i te sprawy)… Ale, że jestem w związku, nie pozwoliłam sobie na nic więcej. Nie wiem czy tutaj nie wystąpił ten konflikt, o którym gdzieś czytałam na podanej przez Ciebie stronie Astromario, wywalający gradówkę: „żałuję, że już więcej go nie spotkam”…
    Kolejne przeżycie, które coś we mnie poruszyło: jak byłam nad jeziorem Como, przechadzając się wąskimi, nadbrzeżnymi uliczkami przystanęłam przy pewnym malarzu – artyście, który emanował tak niesamowitą energią spokoju, że się wzruszyłam prawie do łez. Siedział sobie spokojnie, przy akwarelach, malując piękne krajobrazy znad jeziora Como. Kupiłam jedną z jego prac i poczułam, że też chciałabym mieć właśnie takie życie. W pięknym, ciepłym, spokojnym, malowniczym miejscu… I robić to co sprawia mi frajdę, na tyle, że zatapiam się w tu i teraz, że nie myślę ciągle o tym co to będzie, czy dam radę, czy może nie jest mi przeznaczona bieda i takie tam inne negatywne projekcje umysłu…

    Poza tym w czasie jednej z sesji przyszła do mnie informacja, że jest u mnie jakiś problem na poziomie mojego rodu, chyba mam jakiegoś rodzaju obciążenia z życia moich przodków. Czasami odczuwam to bardzo dogłębnie. Miałam potwierdzenie tego intuicyjnego uczucia również na warsztatach z gimnastyki słowiańskiej, a teraz niesamowitym trafem będę brać udział w darmowym kursie pracy z rodem (będzie go prowadziła ta sama dziewczyna co słowiańską gimnastykę) – poczułam bardzo silnie, że to jest coś dla mnie. Jestem bardzo ciekawa efektów, czuję, że to może wiele zmienić w moim życiu.

    A i jeszcze co do zanieczyszczenia toksynami – TAK, to właśnie jest mój problem – zrobiłam sobie badanie pierwiastka włosa i mam problem z ołowiem i niklem, mam w planach odwiedzenie ponowne Mikołowa i zawitanie do p. Heleny Smereczyńskiej, żeby mi doradziła te krople joalis i ew. inną metodę odtruwania i oczyszczania. Post dr Dąbrowskiej zrobiłam 40 dniowy, na razie nie mam siły na kolejny (chciałam zrobić parę dni przypominajki, no ale nie dałam rady), natomiast wyniki badań krwi po poście mam po prostu idealne – żadnych odchyleń (przed postem miałam małe odchylenia w lipidogramie). Na co dzień jednak piję zjonizowaną wodę, od paru dni popijam małe ilości platyny i złota koloidalnego, jem dużo warzyw, ograniczam gluten (od tygodnia w ogóle nie jem glutenu, laktozy, i stosuję odżywianie wg zasad „niełączenia”). Biegam, chodzę na spacery, chodzę po ziemi boso… Zakupiłam orgonity… ehh czego ja nie robię?! 😉
    Naprawdę wierzę, że to wszystko się u mnie wkrótce uleczy.
    pozdrawiam wszystkich serdecznie!
    M

  6. Ech, Włochy… ja też czułam się tam jak w domu 🙂 ale myśl o trzęsieniach ziemi, Etnie i Wezuwiuszu nieco mnie odstrasza.

    Nie grzeb sobie w oku, bo oko jest zbyt cenne, żeby ryzykować.

  7. Astromaria i tak kiedyś trzeba umrzeć. Nie ma ci się przejmować wulkanem. Pytanie jak to zrobić, żebyśmy mogli we Włoszech mieszkać i żyć tak jak nam się podoba. Ja bym mógł mieszkać pół roku w Polsce pora ciepła i pół roku we Włoszech.

  8. Aleksander Harteski Medycyna Ludowa. Czy ktoś z was dysponuje metodą oczyszczania wątroby Aleksandra Harteskiego? Kiedyś była dostępna cała książka na stronie medycyny ludowej, ale teraz jest przeznaczona tylko dla pacjentów.
    Mam notatki z oczyszczania nerek, trzustki, stawów jak by ktoś był zainteresowany, napiszę.

  9. Takie czynniki mi przychodzą do głowy, jeśli chodzi o biologiczne niszczenie człowieka na tej planecie:
    1. Szkodliwa chemia w żywności – obecnie są to już chyba dziesiątki tysiący różnych substancji dodawanych do różnych produktów żywnościowych. Spokojnie można by się bez tych wszystkich związków chemicznych obyć. Do tej grupy zaliczyć można także trucizny takie jak alkohol, papierosy, cukier a także przeróżne tabletki przemysłu farmaceutycznego.
    2. Żywność modyfikowana genetycznie – sprawa dla czytelników tego bloga raczej jasna.
    3. Szczepionki – wszystkie zawierają różne trucizny.
    4. Chemtrails – sprawa jasna.
    5. Zanieczyszczanie gleby, wody i powietrza przez przemysł – chociaż te, moim zdaniem, chyba są znacznie mniej szkodliwe dla człowieka, niż te z punktu 1, 2, 3 i 4.
    6. Różne częstotliwości fal elektromagnetycznych:
    -50 Hz i 60 Hz – takie częstotliwości ma napięcie elektryczne wytwarzane przez elektrownie – kiedyś znalazłem informacje, że mogą być to częstotliwości rakotwórcze
    -sieci komputerowe bezprzewodowe (WIFI)
    -telefonia komórkowa
    -częstotliwości radiowe i telewizyjne (nie wiem czy są szkodliwe)
    7. Nieustanne ograniczanie przeróżnych praw człowieka i obywatela, wszechobecna inwigilacja a także tworzenie prawa totalitarnego już chyba we wszystkich państwach na świecie – powoduje to życie ludzi w nieustannym niepokoju, strachu i stresie – a te są czynnikami szkodliwymi dla mózgu, a poprzez zależności psychosomatyczne są szkodliwe również dla reszty ciała.

    Czy jest to lista kompletna, czy coś byście dorzucili?

  10. Fluoryzacja past, zębów i wody, to ostatnie na szczęście w Polsce raczej nie stosowane, HAARP i elektroniczne tortury. Prawdopodobnie cały czas leci przekaz z jakichś bliżej nieokreślonych źródeł, może z satelitów, a może sieci GSM, programujący ludzi na zombie. Na szczęście działa tylko na nielicznych.

  11. Co do tych tortur: co jakiś czas słyszę nocą niski, dudniący dźwięk, jakby w gdzieś w oddali pracowała jakaś ogromna maszyna albo silnik diesla. To są fale bardzo niskiej częstotliwości. Diabli wiedzą, co oni tym emitują.

  12. http://www.vismaya-maitreya.pl/teorie_spiskowe_cukier_-_slodka_trucizna.html

    Nie wiem dlaczego artykuł powyższy znalazł się w dziale „teorie spiskowe”, ale naprawdę warto go przeczytać.

    Rzecz dotyczy mojej praktyki, czyli tego co potwierdzam doświadczalnie. Niedawno odstawiłem cukier (w znaczeniu: rafinowaną sacharozę z buraków cukrowych lub trzciny cukrowej). I już po 1, 2 dniach efekty były piorunujące. Byłem chyba w lekkim szoku, gdy zrozumiałem, jak odstawienie tej trucizny może poprawić samopoczucie. A poza tym, sposobu żywienia nie zmieniłem.

    Co się zmieniło już po tych około 1, 2 dniach:
    -zniknęła senność w ciągu dnia, mogę spać krócej i się wysypiam
    -mam więcej energii do życia i czuję lekkość ciała i umysłu, zniknęło uczucie przewlekłego zmęczenia
    -zniknęła depresja (oczywiście nie piszę o takiej klinicznej, bo takiej nigdy nie miałem)
    -zniknął stres – w postaci bólów brzucha
    -trochę odetkał się nos
    -umysł pracuje lepiej, mam lepszą zdolność koncentracji i zapamiętywania

    O jakiej dawce mówię? Otóż ta dawka jest raczej śmiesznie mała w porównaniu do średniej 120g (gdzieś tak przeczytałem) – mówię o dawce 12g (jedna, mała łyżeczka). Czy to możliwe, aby takie zmiany w samopoczuciu nastąpiły po odstawieniu takiej raczej małej dawki? Otóż, dokładnie tak mówi moje doświadcznie.

    Każdemu polecam odstawienie cukru używanego bezpośrednio np. do kawy, jak również we wszelkich produktach. Można szybko przekonać się samemu, jakie będą tego pozytywne skutki.

    A na jutro mam zaplanowane obejrzenie w całosci filmu Cały ten cukier:
    http://www.cda.pl/video/97350329 (jakby komuś się zacinał, można skorzystać z wersji na youtube.com)

  13. Cukier wywaliłam już dawno temu, ale kurczę, w święta jednak coś tam na cukrze piekę, bo przyjeżdża rodzinka, więc trzeba ją poczęstować ciastami. Ale to jest tylko 2 razy do roku, więc nie problem. W czerwcu był u mnie siostrzeniec i namówił mnie do upieczenia placka drożdżowego z kruszonką. Nie dość, że mnie po tym „zmuliło”, że dostałam zgagi, to jeszcze czułam, że moje zęby źle to znoszą.

    Od lat nie używam cukru, nie jem czekolady ani ciasteczek i naprawdę da się żyć! Najtrudniejszy jest okres odwyku, bo to taki sam odwyk jak od alkoholu czy narkotyków. Na początku było trudno i miałam nawroty, ale w końcu się udało. W okresie przejściowym używałam ksylitolu, a potem i z niego zrezygnowałam. W ogóle nie czuję pociągu do słodyczy. Na ciasteczka patrzę jak na coś zupełnie nieatrakcyjnego. Co więcej, i co mnie zaskoczyło: zupełnie przestały mi smakować! Nie tylko te kupne, ale nawet domowe, na prawdziwym maśle.

    Ze zgrozą patrzę, jak ludzie faszerują małe dzieci cukrem. Lizaczki, cukiereczki, ciasteczka, żelki – bez tego babcia, ciocia i sąsiedzi nie mogą okazać miłości.

  14. Cukier nie jest trucizną ( w sensie dosłownym), ale organizm nie potrzebuje tak makabrycznej dawki węglowodanów i trzustka musi wytworzyć potężny równoważnik insulinowy, aby utrzymać w surowicy właściwy poziom cukru, a to co wynika z metabolizmu węglowodanów, to często efekt znany jako otyłość. Można słodzić miodem pszczelim ( w rozsądnych granicach), bowiem węglowodany w miodzie nie występują pojedynczo, lecz w synergii (jakościowej i ilościowej) z wieloma innymi niezwykle cennymi składnikami.

  15. Dorzuciłbym do wymienionych objawów jeszcze kilka innych, które ustąpiły:
    -lekkie bóle głowy po przebudzeniu i w ciągu dnia
    -zgaga
    -lekka nadwrażliwość na ból
    -wzdęcia
    -odruch wymiotny przy jedzeniu śniadania i niektórych pokarmów, z których jedzeniem obecnie już nie mam problemu

    Astromaria, ja z pewną chęcią spożycia patrzę np. na 100% sok pomarańczowy, ale się powstrzymuję przed kupnem.

    Jeszcze raz powtórzę – polecam każdemu odstawienie tej trucizny. Dana osoba może być zaskoczona, jakie pozytywne skutki to będzie miało.

  16. Sok pomarańczowy to sok, który najłatwiej zrobić w domu. Nie potrzeba do tego wyciskarki ani sokowirówki. Wystarczy taki wyciskacz szklany albo plastikowy, za grosze. Przecinasz pomarańczę na pół i wyciskasz. A to, co zostaje można jeszcze wyjeść ze środka. Samo zdrowie. Kiedyś można było kupić sok pomarańczowy świeżo wyciskany, ale nie wiem czy jeszcze można, bo nie bywam w mieście, a u nas nigdzie nie widziałam.

  17. @bartekpawel. Miód nie nadaje się do wypieków ponieważ pod wpływem temperatury powyżej 40 st. zostanie wyniszczonych wiele cennych składników zawartych w miodzie i w procesie temperaturowej obróbki pozostaną tylko cukry proste.

  18. Są 2 szkoły dotyczące miodu:
    1. miodu nie wolno podgrzewać, nie i koniec, bo giną enzymy
    2. gotowany miód staje się bardziej energetyczny (w sensie medycyny wschodu, jin/yang).

    W medycynie ludowej stosuje się gotowanie ziół lub soków w miodzie. I jest to skuteczne.

    Co do ciast – piernik bez miodu? Bleeee 😛

  19. Po obejrzeniu filmu dokumentalnego Cały ten cukier zdałem sobie sprawę z kolejnego, wyrazistego przejawu zła, czyli działalności ludzi będących czcicielami szatana i bestii z „morza” (tzn. ludzi naśladujących ich w sposobie myślenia, słowach i sposobie działania) – zarabiania miliardów dolarów rocznie na wodnym roztworze rafinowanej sacharozy z dodatkiem (raczej) sztucznych substancji nadających kolor i smak.

    Zwróćcie uwagę na zęby nastolatka z tego filmu, który od maleńkości pił tego typu rzecz – nie skończył nawet 20 lat, a wszystkie jego zęby zostały albo już wyrwane albo nadają się już tylko do wyrwania.

  20. Najbardziej w tym filmie podobało mi się zdanie „Naukowcy rozwiali wątpliwości w sprawie cukru”. Oczywiście: na jego korzyść! To są właśnie współcześni naukowcy i ich wiarygodność. Rozwiali też wątpliwości na temat papierosów, aspartamu, GMO i szczepień. Czy jest jeszcze lud tak głupi, który to kupi?

    To, co się dzieje w USA to po prostu jakaś Sodoma i Gomora. Ameryka upadnie nie z powodu długów, wojny czy czegokolwiek, lecz z powodu cukru. Ta zaraza niestety rozłazi się a cały świat, a najbardziej zagrożone są ludy rdzenne, nie tylko Aborygeni, ale również np. Indianie. Cejrowski pokazał jaki tam jest problem z cukrem własnie. Indianie, identycznie jak Aborygeni, mają wielką skłonność do wpadania w cukrowe uzależnienie. Chodzą non stop z lizakami i już we wczesnej młodości tracą wszystkie zęby. Ale zęby to tylko wierzchołek góry lodowej. Cukier dewastuje cały organizm. Ząb to kość. Pozostałe kości są w takim samym stanie jak zęby, ale tego nie widać.

    I refleksja z innej beczki: kto odkrył punkt cukrowej rozkoszy? Za czyje pieniądze przeprowadzono te badania? Moskovitz – to nazwisko wiele mówi…

  21. a propos cukru, to gdzies czytałam o eksperymencie na szczurach, ktory pokazał, ze cukier bardziej uzaleznia te gryzonie niz kokaina, czy inny twardy narkotyk i szczur mając do wyboru cukier lub kokę, wybieral zawsze cukier 😉 A inna ciekawa informacja na temat szkodliwości tego produktu, to taka, ze jakby sie karmilo roztworem cukru psa to po ok tygodniu zdechnie.

  22. Ciekawa informacja na temat powiązań decydentów w Ministerstwie Zdrowia z big pharma. Skandal związany z wiceministrem zdrowia Krzysztofem Łandą, którego fundacja otrzymywała pieniądze od zagranicznych koncernów. W latach 2010-2014 fundacja Watch Health Care otrzymała od firm farmaceutycznych prawie 2 mln złotych. Landa nadzorował prace nad tworzeniem listy lekow refundownych (czyli oplaconych z budzetu publicznego) dla seniorów i po raz pierwszy w historii zdecydowano się wydać publiczne pieniądze na insulinę produkowaną przez zagraniczne koncerny, które wcześniej sponsorowały działalność wiceministra zdrowia Krzysztofa Łandy.
    http://kulisy24.com/nasze-sledztwa/insulinowy-przekret-w-ministerstwie-zdrowia

  23. co chwila czytam o jakich fundacjach stojących za rożnymi publicznymi personami i mam taką pewnie dość nawiną refleksje, ze to są twory do drenowania publicznej kasy. Jak z tymi fundacjami, które pasł warszawski ratusz przez ostatnie 10 lat (fundacje byłych sędziów TK, fundacja córki Komorowskiego, fundacje zw. z Agorą etc. Słyszeliście? To jakaś masakra. I najgorsze jest to, ze wszystko jest zgodne z prawem, co najwyżej można postawić zarzut niegospodarności w dysponowaniu publicznymi pieniędzmi, ech…

  24. Psy karmione cukrem to akurat kiepski przykład, bo pies jest zupełnie nieprzystosowany do żarcia cukru. Ale niektóre psy lubią czekoladę, co może się dla nich skończyć śmiercią.

    Łańda jest też umoczony w aferze ze doradcami rządu w sprawie szczepień. Jak widać to jest …….. (nie chcę, żeby mnie pozwał). Oby to go ostatecznie zatopiło.

    Fundacje – generalnie nie mam do nich zaufania, włącznie z fundacją Stop NOP. Fundacja to łatwa kasa, a kasa demoralizuje. Po co zmieniać cokolwiek, skoro można pozorować aktywność na dowolnym polu, zbierać laury i jeszcze na tym zarobić? Cytowałam tu Nietzsche’go: „Jeśli ktoś żyje z tego, że zwalcza wroga jest zainteresowany tym, żeby wróg pozostał przy życiu”. Jeśli szczepienia są wrogiem, którego się zwalcza to fundacja jest zainteresowana tym, żeby jak najdłużej pozostały przy życiu. Ich delegalizacja = śmierć fundacji. Dlatego w fundacji nikt nie radzi, żeby z wezwaniem do zapłaty grzywny iść do sądu, zaleca jedynie pisanie pism i odwlekanie w nieskończoność egzekucji. Jedna pani z fundacji pochwaliła się, że ona pisze odwołania już 20 lat i dzieci są nieszczepione (powiedzmy, że w to wierzę). A jakby tam radzili, żeby iść do sądu i napisali szczegółową instrukcję, jak i gdzie złożyć pozew, to zabawa by się szybko skończyła, ale nikt nie szukałby wtedy rad, jak napisać takie pismo. A gdyby fundacja złożyła pozew zbiorowy przeciwko rządowi i zdelegalizowała obowiązek szczepień to co? To dla tych działaczy byłoby to równoznaczne z pójściem na zieloną trawkę.

    Jeszcze niedawno popierałam ich działalność, bo wierzyłam, że jak zbiorą kasę i dowody to złożą ten pozew i skończy się terror korporacji. Ale nie tylko tego nie zrobili, nawet takich planów nie mają.

    Na razie mam zaufanie do jednej fundacji, ale jeszcze jej się przyjrzę.

  25. Jak każda biała mąka. To tylko klajster bez witamin i minerałów. Ale jeśli ktoś musi użyć białej, to lepiej orkiszowej z niepryskanego ziarna. Do niedawna orkisz nie znosił nawozów i jakiejkolwiek agrochemii i po prostu marniał. Ale nasi genialni uczeni już znaleźli na to sposób i dziś orkisz można nawozić i pryskać glifosatem i wszystko to przetrzyma. Brawo nałka!!!

  26. Przegapiłem wpis Anety z 21.01.2014 roku. Pisała w nim o kręgarzu z Wrocławia, niestety nie napisała kto to jest. Czy Aneta udziela się jeszcze na tym blogu? Czy może ktoś inny wie o kim mowa? Dobrze mieć namiar na dobrych kręgarzy. Chyba, że pisała o Edwardzie.

  27. Astromaria czy nie znacie MMS? Mineralne panaceum dobre na wszystko.
    Na twoje nerki i wagę, powinno pomóc od razu.
    Leczy cukrzycę, raka, wszelkiego rodzaju bóle, zapalenia stawów, AIDS, alergie, alzheimera, apopleksje, astme, bóle zębów, choroby oczy (podobno wzrok się tak poprawia, że nie trzeba iść na operację), zapalenie ucha, migdałków, borelioza, przeziębienie, zapalenie wątroby.

    Ksiażka dr Antje Oswald „MMs mineralne panacum”.

    DMSO mam wypróbowane na sobie. Te substancje to prawdziwy cud.
    Znacie inne tego typu super skuteczne rzeczy.

    Zioła Everest Himlaya, też są z turbo doładowaniem. Rozmawiałem z panią, która sprzedaje te zioła. Mówiła, że klient który miał duże problemy z kręgosłupem, w szybkim czasie się wyprostował i wyzdrowiał.

  28. Brałam przez jakiś czas MMS, ale nic mi to nie dało. Im dłużej to brałam, tym bardziej odrzucał mnie ten zapach. Teraz biorę MSM i taurynę. Podobno DMSO lepsze, ale kiedy kupowałam MSM na Allegro DMSO jeszcze nie było. Teraz już jest, więc jak skończę opakowanie MSM to kupię. Napisz na co ci pomogło. Ja w ogóle jestem dość oporna jeśli chodzi o jakiekolwiek leczenie czymkolwiek. Najlepiej działa na mnie picie jogurtu wodnego i kombuchy, wygląda na to, że pozbyłam się candidy, co zakrawa na cud. Ale żłopię tego naprawdę dużo, bo na szczęście to jest po prostu pyszne, trzeba tylko uważać, żeby się nie wytworzył alkohol, co niestety zdarza się bardzo często jeśli przegapić moment odlewania tego płynu. Zdecydowanie nie chcę wpaść w alkoholizm, więc sporo tego musiałam wylać. Ale powoli uczę się co i jak.

  29. Rak to wielki biznes, a przy okazji możliwość dokonania depopulacji, za którą depopulowany sam zapłaci. Kobiety, bójcie się raka, badajcie się i pędźcie na złamanie (dosłownie) karku do onkologa, żeby was otruł chemioterapią, spalił radioterapią i pociął niczym wycinankę kurpiowską skalpelem http://tvnmeteo.tvn24.pl/informacje-pogoda/nauka,2191/tragiczne-prognozy-wiecej-kobiet-umrze-na-raka-nowotwor-coraz-bardziej-powszechny,216138,1,0.html

    Wczesne wykrywanie to wczesne zabijanie!!!

  30. Jeżeli kiedykolwiek będą bolały cię zęby, przyłóż w bolące miejsce gazę namoczona DMSO. I tak dwa do trzech razy w ciągu dnia, przez dwa tygodnie. Ładnie schodzi. Killer bólu.

  31. Witam! Mam pytanie czy Lavo napisał ten poradnik co i jak w przypadku szczepień?

  32. Nie napisał jeszcze 😉 Będzie najprawdopodobniej w tym tygodniu – wszystko się opóźniło, bo zwyczajnie miałem zbyt dużo zajęć, a temat jest jednak bardzo ważny. Przepraszam za opóźnienie, postaram się jak najszybciej to zrobić.

  33. witam, nie za bardzo się udzielam, ale czytam w miarę regularnie 🙂

    Kręgarz jest dalej aktualny, nazywa się Marcin Fluder, łatwo go znaleźć. Podpowiedział mojej córce najlepszą szkołę w tym kierunku, ona rozważa taką drogę życia.. jest szansa na zabiegi w domu na stare lata.

    Co do MSM, to napiszę anegdotę. Kupowałam ostatnio w sieciówce aptekarskiej Dolomit i tak sobie palnęłam czy mają też MSM.. pani sprawdza i sprawdza, nawet podałam pełną nazwę i stwierdza, że nie ma tego na liście leków i że przyjmowanie może być niebezpieczne i nie uwierzycie.. miała autentyczny strach w oczach.. Nawet na początku mówiłam jej, że to siarka organiczna, najlepsza przy zapaleniach stawów.. ale szkoda gadać.. nie ma na wykazie, to znaczy, że trucizna.

  34. Ja miałam to samo, kiedy spytałam w aptece o srebro koloidalne. Dwoje młodych farmaceutów chciało mnie ratować przed szaleństwem, którym jest używanie tak niebezpiecznych środków. Zaczęli mnie przepytywać do czego mi to i byli dość natarczywi. Widać było, że mają mnie za wariatkę, która nie wie co robi.

  35. Astromaria DMSO ma charakterystyczny smak, ale dla mnie nie jest to coś nie do przełknięcia.
    Jest jedno ALE. Musisz przeczytać książkę o DMSO, bo trzeba z tą substancją trochę uważać. DMSO to transporter innych substancji, musi być szczelnie przechowywany, tak aby nic nie dostało się do środka, inaczej aplikujesz sobie DMSO razem z tym co do niego wpadło.
    W książce był podawany taki przykład. Przecierasz czystą gazą nasączoną DMSO ranę na przedramieniu. W żadnym wypadku nie zaciągasz natychmiast rękawa, dopóki substancja się nie wchłonie. DMSO wchłonie barwniki z tkaniny i przetransportuje je do układu całego ciała.
    Na bolące miejsca najlepiej jest przyłożyć tą substancję, nie wprowadzając jej do wnętrza ciała przez picie. Przy bólu zęba drugi sposób aplikacji nic nie daje.

  36. Szanowna Pani! Trafiłam tutaj całkiem przypadkiem i nie mogę powstrzymać się od komentarza, nie wiem czy to jest właściwy dział, nie wiem też czy mój komentarz nie złamie złotych zasad panujących w tym prywatnym miejscu. Spróbuję jednak i mam nadzieję, że uda mi się nawiązać kontakt. Naprowadził mnie tutaj temat kwasu cytrynowego, ale nie o tym bym chciała… Przejrzałam inne artykuły, nie mogłam się we wszystkie wczytać dokładnie, dlatego też nie chcę oceniać ich pod względem merytorycznym, na ten moment. Kwestia szkodliwości różnych substancji, która tak często się tutaj pojawia, jest tematem powiedziałabym kontrowersyjnym, bo przecież nawet „życiodajna” woda w odpowiedniej dawce może nas zabić. Ten przydługawy wstęp prowadzi jednak do czegoś innego. Mogę zrozumieć te negatywne emocje skierowane w służbę zdrowia, koncerny farmaceutyczne itd. Rozumiem w pewien sposób, wątpliwości dotyczące szczepionek, GMO, czy chemioterapii, ale jedna kwestia bardzo mnie zaskoczyła(!) a mianowicie badania profilaktyczne. Nie wiem czy miała Pani kiedyś bliższy kontakt z osobą śmiertelnie chorą, czy ktoś z najbliższych Pani osób był poważnie chory, nie oczekuję odpowiedzi na tak osobiste kwestie. Mój młodszy brat dwa lata temu zachorował na białaczkę. Teraz po chemioterapii jest zdrowy, nie chciałabym używać sformułowania „zdrowy” w fizjologicznym tego słowa znaczeniu, ale społecznie na pewno. Jest pełen energii, uśmiechnięty, realizuje swoje pasje, świetnie się uczy i jest z nami. Te dwa lata temu, gdyby nie „profilaktyczne” badanie krwi, bardzo prawdopodobne jest, że już by go z nami nie było. Lekarze(ci straszliwi ludzie) stwierdzili, że jeszcze dwa tygodnie zwłoki i po prostu ten płomyczek życia by zgasł. Tylko dzięki temu, że wdrożono natychmiastowe leczenie, miał szansę przeżyć, oczywiście że była to ciężka droga dla nas i dla niego. Ale dowód skuteczności tej metody terapii, mogę oglądać i dotknąć. Nie wiem, może to wynika z mentalności, dezinformacji, ogłupiania ludzi i chęci wzbogacenia się niegodziwych ludzi (swoją drogą, to jest bardzo ciekawa teoria, która wypływa przy okazji tych wszystkich rozważań, co im robią na tych studiach, że Ci naukowcy, lekarze i farmaceuci to sami zwyrodnialce, no poza hoemopatami), ale na chwilę obecną nie wyobrażam sobie, żeby w tamtym momencie ktoś mnie przekonał do niekonwencjonalnych metod. Parafrazując zdanie, które padło na blogu, szybkie wykrycie choroby, szybka śmierć. W tym przypadku jednak szansa na wyzdrowienie. I pozwalam sobie na podanie jednego jedynego przykładu, chociaż udokumentowanych jest pewnie jakieś setki tysięcy, jako skuteczności nawet nie chemioterapii, a po prostu zwykłych badań, ponieważ przekaz płynący z treści prezentowanych przez Panią odbieram bardzo zero-jedynkowo, bez żadnych wyjątków, bez żadnego „ale”. Chętnie jeszcze tu zajrzę i poczytam coś więcej, na tę chwilę przedstawiłam swoje pierwsze wrażenie, może zbyt powierzchowne, i za bardzo chaotyczne.
    Ślę wyrazy serdeczności

  37. Witam, to jest Zdrowotny Hyde Park, więc właściwe miejsce. Co mogę powiedzieć? Nic, ponieważ byłoby to nietaktem wobec cudownego ozdrowieńca. Może uratowała go wiara w wyleczenie? Wiara przenosi góry. W razie komplikacji (odpukać) proszę się zainteresować dietą makrobiotyczną, totalną biologią i terapią Gersona. Polecam też poczytać co piszą i mówią tacy specjaliści jak dr Ryszard Grzebyk i Aliaksandr Haretski, specjalista od przypadków nawet beznadziejnych.

    http://porozmawiajmy.tv/zanim-pojdziesz-do-lekarza-dowiedz-sie-czym-jest-leczenie-przyczynowe-ryszard-grzebyk/

    W mojej rodzinie wszyscy zdrowi, dziękuję, ponieważ się nie szczepimy, nie badamy „profilaktycznie” i nie chodzimy po lekarzach. Zamiast się leczyć objawowo stosujemy profilaktykę poza-medyczną, czyli: duchowe uzdrawianie, dietę wegetariańską, wodę zjonizowaną, zioła, witaminy i regularne oczyszczanie organizmu z toksyn. Stosujemy leczenie przyczynowe, a nie objawowe, jakim jest onkologia (dr Grzebyk wyjaśnia jaka jest różnica między jednym a drugim). W przychodni nie ma naszych kart zdrowia, ponieważ tam w ogóle nie bywamy. Ja jestem osobą po 60-ce i cud!!! Nie przyjmuję dosłownie ŻADNYCH leków. Nie mam nadciśnienia, miażdżycy ani innych chorób, a poziom cholesterolu w ogóle mnie nie obchodzi, bo prawda jest taka, że im wyższy jego poziom tym zdrowszy jest człowiek. Ostatni raz u lekarza byłam w latach 90. Z katarkiem. Bo potrzebowałam zwolnienia.

  38. W odpowiedzi na wpis pani Leubrany, pozwolę sobie i ja zabrać głos, ponieważ podobnie jak Gospodyni tego bloga… wiekiem kalendarzowym – zbliżam się do 60-tki.
    W moim jednak przypadku, przychodnię rodzinną odwiedziłam w lipcu br. po… 10-ciu latach! nieobecności w niej, z prozaicznej przyczyny jaką było uzyskanie zwolnienia lekarskiego w wyniku głębokiego skaleczenia dłoni.
    Pani doktor jednak – wypisując mi zwolnienie postawiła warunek zrobienia badań: krwi, moczu, cholesterolu, cukru, etc…, ponieważ nie mogła uwierzyć, że… „taki egzemplarz” może sprawnie funkcjonować bez przyjmowania tzw. „leków” 🙂
    Nie było więc wyjścia i poddałam się badaniom, które wykazały, że stan mojego zdrowia pozostaje na podobnym poziomie, jaki mają osoby w tzw. „sile wieku” 🙂

    Dodam również, że… podobnie jak moja przedmówczyni i ja na co dzień, od kilkunastu już lat… stosuję w mojej rodzinie szeroko zakrojoną profilaktykę poza medyczną, a więc również… dietę wegetariańską, zioła, witaminy, regularne oczyszczanie organizmu z toksyn, a przede wszystkim zwracam uwagę na higieną duchową… 🙂
    I od kilkunastu już lat, taki styl życia… pozwala mi cieszyć się nim w całej pełni…, czego życzę zarówno pani jak i wszystkim ludziom na całej Ziemi 🙂

  39. Zapomniałam dodać, że jeszcze piję soki owocowo-warzywne z wolnoobrotowej wyciskarki, kwas z buraków, kefir wodny i kombuchę. Jem też domowej produkcji kiszonki. Kuracja jest cudownie wprost pyszna!!! Fermentowane i naturalnie gazowane napoje oczyszczają i alkalizują krew i wypędzają candidę oraz inne pasożyty, a co najfajniejsze pije się je nie tylko bez obrzydzenia, ale wręcz z rozkoszą! Sok z marchwi, selera naciowego i jabłek (wszystko w równych ilościach) leczy każdego raka bez rzygania, łysienia i umierania po każdym wlewie. Można go mieszać z kwasem z buraków. Kiszonki są pyszne i przede wszystkim super zdrowe, bo ożywiają mikrobiom, od którego zależy nasza odporność i dobry humor. Zakisić można każde warzywo. Teraz zrobiłam kiszonkę podobną do tej, którą zrobiła Humphries, kończę właśnie zjadać paprykę kiszoną, a wczoraj był żurek domowej roboty.

    Osoba nieprzyzwyczajona do kiszonek może na początku mieć potężną rewolucję w brzuchu, ale spoko, to jest tylko wojna między dobrymi (pochodzącymi z kiszonek) a złymi mieszkańcami jelit, którzy się tam rozpanoszyli i nie chcą się wynieść. Dobrzy oczywiście muszą zwyciężyć, więc trzeba stale dowozić im świeże kiszonki.

    Zdrowy mikrobiom chroni przed każdą chorobą, ponieważ wzmacnia system immunologiczny. Nie potrzeba wtedy żadnych szczepionek, leków ani nawet psychiatrów, bo leczy też depresję i zaburzenia psychiczne.

  40. Ja również dobiegam sześćdziesiątki. Ostatni raz byłam u lekarza pewnie z 15 lat temu, bo w pracy nie chcieli dać mi urlopu, a ja potrzebowałam chwili odpoczynku. Nie chodzę na żadne badania, nie mam pojęcia, jaki mam cholesterol i inne wskaźniki i nic mnie to nie obchodzi, bo wiem, że to najczęściej wymyślone choroby. Do innych lekarzy np. ginekologa też nie chodzę, bo po co mam się denerwować, zaraz by chciał, zebym brała jakieś hormony no i w ogóle.
    Odkąd nie używam past do zębów z fluorem przestały psuć mi się zęby, tzn. jakieś problemy mam, np. odsłonięte szyjki, ale nie mam próchnicy.
    Tak jak Astromaria wcinam kiszonki własnej roboty, nie używam cukru, staram się odżywiać w miarę zdrowo, choć nie powiem, czasem zgrzeszę :). Oczywiście biorę suplementy, bo żywność, nawet ta zdrowa, jest jednak marnej jakości i trzeba troszkę pomóc organizmowi.
    Czasem przypominam sobie, ile lekarstw brali moi rodzice w moim wieku! Na szczęście moja mam nieco oprzytomniała, i ograniczyła bardzo drastycznie ilość leków, w tej chwili chyba oprócz suplementów prawie nic nie zażywa. Ma ponad 80 lat a energii i witalności pozazdrościłby jej nie jeden 30-latek – ja sama często zazdroszczę 🙂 W życiu nie dalibyście jej 80 lat ;P.
    @Leubrano, to wspaniale, że brat dobrze się czuje i jest zdrowy! Myślę, że teraz jest właśnie odpowiedni czas na zadbanie o niego, by wzmocnić jego organizm i żeby choroba już nie powróciła. Teraz właśnie stosujcie metody medycyny tzw. niekonwencjonalnej i zdrowy tryb życia, na pewno to go wzmocni, w razie czego (odpukać!) organizm będzie na tyle silny, że da sobie radę 🙂

  41. Dokładnie 🙂
    Ja w tym roku zakisiłam wg. przepisy Białczyńskiego: pomidory z czosnkiem z działki i powiem, że… do zupy pomidorowej nie daję, bo jak raz zrobiłam to zbyt mocno zmieniły mi jej smak, który jakoś nie bardzo mi leży…, ale do sosów i jako sok przepuszczony przez sokowirówkę + odrobina soli i pieprzu są świetne 🙂

W tym blogu komentarze są równie ważne jak teksty na stronie głównej, dlatego bardzo proszę o trzymanie się tematu! Wolną dyskusję prowadzimy w Hyde Parku, a o zdrowiu w Zdrowotnym Hyde Parku. Jeśli Twój komentarz się nie ukazał przeczytaj zasady komentowania bloga (patrz strony na górze bloga). Komentarze nie na temat będę kasować, a awanturników banować!

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s