Atak jest najlepszą formą obrony

Pytanie z Ameryki do Radia Erewań:

– Czy to prawda, że w ZSRR jest cenzura?

– A u was biją Murzynów!

—————————–

Kilka dni temu włączyłam telewizor w porze, kiedy na wszystkich kanałach lecą główne wydania wiadomości. Nie oglądam telewizyjnych newsów, bo telewizja nie pokazuje świata, lecz go kreuje, a co gorsze, newsy podawane są w tak krzykliwy i szarpiący nerwy sposób, że słysząc to tylko święty może zachować spokój. Miałam zamiar oglądać coś zupełnie innego i zupełnie gdzie indziej, ale to, co zobaczyłam zszokowało mnie do tego stopnia, że mini-paraliż zablokował mi palec trzymany na pilocie. Moim oczom ukazał się redaktor trzymający w rękach całe prosię, szczelnie zapakowane w foliowy worek. Usłyszałam, że klienci Makro protestują, bo widok całych prosiąt w zamrażarce jest dla nich szokujący, a najbardziej obawiają się, że ich niewinne dziatki mogą to zobaczyć i doznać ciężkiego szoku.

Nie miałam zamiaru o tym pisać, chociaż mnóstwo złośliwych myśli o hipokryzji mięsożerców przemknęło mi przez głowę.

Mój pokojowy nastrój prysł, gdy zajrzałam na Facebooka.

Niezliczoną ilość razy przeczytałam pełne agresji komentarze, że wszystkiemu winni są wegetarianie, bo są hipokrytami, bo noszą buty ze skóry, bo jedzą jajka i piją mleko, a to przecież wymaga zabijania zwierząt. Mało tego! Palą papierosy, a te testowane są na zwierzętach.

Ludzie! Spokojnie!

Przeciwko sprzedaży prosiąt protestowali nie wegetarianie, lecz zwykli, mięsożerni klienci Makro.

Kto tu jest hipokrytą?

Jeśli kupujesz mięso pokrojone na kotlety i ułożone na zafoliowanej tacce to jest to produkt spożywczy. Ale kiedy zobaczysz całe świńskie dziecko, z nóżkami, ryjkiem, ogonkiem i oczami, zamrożone i przygotowane do sprzedaży, to ogarnia cię przerażenie. Czujesz się winny. Bo nagle to nie jest kotlecik, lecz zwierzątko.

Nawoływanie do bicia wegetarian jest żałosnym wybiegiem. To nie uciszy twojego sumienia. To nie uleczy bólu, który nosisz w sobie od dzieciństwa.

Mój straszliwy antysemityzm

Jestem płomiennie znienawidzona przez ateistów i pseudoracjonalistów, ponieważ perfidnie (i chyba skutecznie) psuję ich sekciarską (lub jak kto woli „misjonarską”) robotę. Jak już pisałam, jestem córką ateisty-racjonalisty, więc znam te głupoty aż za dobrze. Pisałam też, że wiara i niewiara to w gruncie rzeczy to samo. Jedni w coś wierzą, a inni nie wierzą, ale choćby nie wiadomo jak bardzo bili się w ateistyczne piersi w dalszym ciągu tematem sporu pozostaje wiara. Nie można naukowo udowodnić nieistnienia czegokolwiek, w tym Boga, więc ateiści w dalszym ciągu pozostają wierzącymi – bo wierzą… w nieistnienie. Utrata wiary zdarza się więc nie tylko katolikom, ale i ateistom. Tracący wiarę katolik staje się ateistą, a tracący wiarę ateista katolikiem lub wyznawcą innej religii i tak sobie przez kolejne wcielenia przechodzą od jednej skrajności w drugą, aż w końcu ich oświeci i stają się agnostykami. Dopiero wtedy mają odwagę powiedzieć „wiem, że nic nie wiem”. Może jest tak, a może inaczej, może jedna strona ma rację, a może żadna i to jest piękne, bo nie trzeba się już z nikim o nic kłócić ani nie trzeba być posłusznym żadnym guru. Można się odłączyć od Matrixa i przestać być niewolnikiem Systemu.

Przebudzenie jest wyzwoleniem dla jednostki i zagrożeniem dla Systemu. Bo System istnieje tylko tak długo, jak długo nieświadome masy są rozbite na frakcje, skłócone i dzięki temu podatne na metody inżynierii społecznej.

Wrogiem systemu jest każdy, kto ludzi budzi i wyrywa ich z iluzji.

Takiego drania trzeba uciszyć wszelkimi możliwymi sposobami. Na przykład robiąc z niego paranoika tropiącego te głupie teorie spiskowe, widzącego wszędzie Jaszczury lub – och nie!!! – antysemitę.

Możesz być rasistą, możesz płomiennie nienawidzić Arabów i wszystko to będzie ci darowane. Walcząc z chustami i burkami i tropiąc (urojonych) arabskich zamachowców z 11 września możesz nawet wkupić się w łaski samych szefów portalu racjonalista!

Ale spróbuj tylko nie lubić żydów! O, to na pewno nie będzie tolerowane! Będą cię pokazywali palcami, będą głośno szydzili za twoimi plecami i nikt już ci ręki nie poda. Będziesz zadżumiony.

Pseudo-racjonaliści użyli wobec mnie wszystkich sposobów ośmieszania i nic. Dalej tu jestem i piszę do was te słowa.

Stali goście mojego bloga wiedzą, że nigdy nie pisałam ani o Jaszczurach (no, chyba że tutaj) ani o żydach. Ale kiedy tylko natknę się np. na Facebooku na jakiegoś pseudoracjonalistycznego półgłówka, od razu wita mnie wrzaskiem „Jaszczury idą”! Jest to kolejny dowód na to, że pseudoracjonaliści nie wyrabiają sobie opinii na podstawie własnych dociekań (w tym przypadku lektury mojego bloga), lecz bezrefleksyjnie przyswajają sobie opinie uznawanych przez nich autorytetów, takich jak Bart.

Podobnie jest z antysemityzmem.

Nawet do głowy by mi nie przyszło, że jakikolwiek naród, w całości, jest zły lub dobry.

Nie myślę tak o wszystkich Niemcach, chociaż to oni (a nie jacyś „naziści”) rozpętali II wojnę światową i wykazali się niewyobrażalnym barbarzyństwem. Nie myślę tak o wszystkich Ukraińcach, chociaż mój dziadek, kiedy tylko usłyszał o bandach UPA zaczynał się trząść jak liść osiki. Nie myślę tak również o wszystkich żydach, chociaż wiem o Ozjaszu i Stefanie Szechterach, o Salomonie Morelu, Helenie Wolińskiej, o Ławrientiju Berii i innych psychopatach, mordujących polskich AK-owców. Ale znam też (i szczerze podziwiam) takich szlachetnych i odważnych żydów, jak Norman Finkelstein i Daniel Barenboim.

Nigdy nie zajmowałam się tematyką żydowską, ale moi wrogowie i tak przypięli mi łatkę ANTYSEMITKI i obszczekali mnie wszędzie, gdzie się tylko dało.

Ponieważ stało się tak, jak się stało oświadczam, że od dziś zrywam z polityczną poprawnością i pozbywam się lęku przed poruszaniem tego tematu. Skoro zupełnie bez powodu zrobiliście ze mnie antysemitkę, to wypijecie piwo, którego nawarzyliście. Pamiętajcie, to wasza zasługa!

Aż trudno uwierzyć, jak bezgraniczna jest ludzka głupota.

Niech za przykład posłuży moje starcie z pewnym popularnym na Facebooku obrońcą wolności obywatelskich. Wydawał mi się uosobieniem rozsądku, ale któregoś dnia napisałam, że moim zdaniem celem podsycania antysemickich nastrojów jest doprowadzenie do antyżydowskich rozruchów, po to, żeby móc potem oskarżyć Polaków o zoologiczny antysemityzm i móc ich spacyfikować. Facet napadł na mnie w dziki sposób, że w tym momencie obraziłam miliony szczerych, dobrych, szlachetnych i nikomu nie życzących niczego złego żydów i nawyzywał mi od antysemitów! Gdzie i czym obraziłam miliony żydów? Potem jeszcze napisał, że to, co się wyprawia w sieci z powodu moich blogów to jakiś straszliwy smród i oskarżył mnie o to, że to moja wina. Zamiast przeczytać u mnie to, co ja naprawdę piszę i na tej podstawie mnie ocenić naczytał się jakichś plugawych oszczerstw i obrzucił mnie kamieniami.

Z idiotami nie rozmawiam, bo jak mawiała moja siostra, lepiej z mądrym zgubić, niż z głupim znaleźć, więc jedyne, co mogłam zrobić, to dać mu bana. Tragiczne jednak jest to, że świat składa się w miażdżącej przewadze z takich właśnie idiotów, co widać, słychać i czuć i czego skutki wszyscy odczuwamy. To ci ludzie głosują w wyborach, dając władzę złodziejom, malwersantom i wojennym podżegaczom, skutkiem czego ludzie rozsądni i sprawiedliwi muszą cierpieć żyjąc w piekle.

Oto kolejny „antysemicki” incydent, w który zostałam zamieszana i bez żadnego powodu obrzucona zgniłymi jajami.

W dyskusji na temat GMO (chociaż raczej trudno to nazwać dyskusją, jako że z dowolnego sortu wierzącymi – w tym przypadku w rzekomą „naukę” – raczej trudno dyskutować) użyłam określenia „Gazeta Szechtera” i za tę „zbrodnię” zostałam wyrzucona z listy obserwowanych na Twitterze!

Wimmer

Nigdzie nie napisałam, że nazwisko Szechter kogokolwiek „dyskwalifikuje” ani nie sugerowałam zupełnie niczego, np. żydowskiego pochodzenia redaktora naczelnego. Użyłam tylko i wyłącznie słów „GAZETA SZECHTERA” – skąd więc ta histeryczna reakcja? Dlaczego to mnie *zdyskwalifikowało* do tego stopnia, że pan Wimmer nie może mnie już obserwować? Przecież Wikipedia pisze wyraźnie:

Wywodzi się z rodziny przedwojennych działaczy komunistycznych żydowskiego pochodzenia. Jest synem Ozjasza Szechtera i Heleny Michnik.

Jeśli jest synem Ozjasza Szechtera, to jest oczywiste, że jego prawdziwym nazwiskiem jest / powinno być Szechter. Nie snułam żadnych domysłów ani insynuacji, dlaczego Adam Michnik nie używa prawdziwego nazwiska ani się nim nie chwali, lecz chowa się za nazwiskiem panieńskim matki. Ale rozumiem, że to bardzo drażliwy temat. W domu wisielca nie mówi się o sznurze. W domu Michnika nie mówi się o Szechterach – Ozjaszu i Stefanie. Wszyscy znamy też powiedzonko NA ZŁODZIEJU CZAPKA GORE.

Skoro już jesteśmy przy żydowskich i muzułmańskich klimatach powrócę do tematu uboju rytualnego.

Znalazłam taki oto cytat:

Natomiast dlaczego zwierzę nie może być ogłuszone? Zwierzę, aby było koszerne, nie może być ranne, ani chore. Ogłuszone – jest ranne. Nie można także powiedzieć o ogłuszonym zwierzęciu, że jest zdrowe. Dlatego nie może być uznane za koszerne nawet, gdyby zostało zabite według zasad szechity. Jedna z tych zasad została już przecież złamana.

Ogłuszone jest ranne i chore. Ale z podciętym gardłem jest całe i zdrowe. I niewątpliwie jest bezgranicznie szczęśliwe. Kocham taką hipokryzję.

Oni to piją grozę z krwią zabitej kaczki
I warzą głowy dzieci: zadziwionych cieląt,
Wypruwają wnętrzności krzycząc „flaczki, flaczki”
I jedzą je w niedzielę, z rodziną się dzieląc.
Maria Pawlikowska-Jasnorzewska

Ciepło rodzinne, świąteczny nastrój, miłość, szczęście, pachną ciasta, a w garnku pływa szczęśliwa, rytualnie uśmiercona krowa z rytualnie uśmierconą kurą. Amen!

Jesteś tym, co jesz. Jeśli jesz bestialstwo, stajesz się bestią.

Wiem, wiem, nie musicie mi mówić, że każdy ubój jest czymś strasznym. Mówcie to do mięsożerców, ja już dawno nie korzystam z usług rzeźników, bo od 30 lat nie jem mięsa – z przyczyn humanitarno-duchowych (a nie dlatego, że NWO rzekomo postuluje przymusowy wegetarianizm). Gdyby jednak ktoś krzyczał, że skoro jestem za zakazaniem uboju rytualnego, to powinnam być bezkompromisowa i zakazać również każdego innego, odpowiem, że należy być realistą. Nie ma takiej możliwości, żeby zmusić całą ludzkość do przejścia na wegetarianizm. A skoro tego nie da się zrobić, to należy przynajmniej zadbać o to, żeby zwierzęta jak najmniej cierpiały i nie przeżywały stresu.

————————

PS. Po prawej stronie mojego bloga widnieje ten oto obrazek i jest tam napisane (na czerwono!!!), co następuje:

zionismNa wyssane z brudnego, pseudo-racjonalistycznego palca oszczerstwa, że jestem antysemitką odpowiadam: Po pierwsze: w tym blogu NIE PORUSZAM ŻADNYCH KWESTII ZWIĄZANYCH Z SEMITAMI ANI Z ŻYDAMI (ten temat mnie w ogóle nie interesuje i nie znam się na tym, ale niedługo zrobię wyjątek i coś na ten temat napiszę), po drugie: Semitami są głównie ludy Zachodniej Azji i Arabowie. Nie mam nic do tych nacji, bo ci ludzie nic złego mi nie zrobili i po trzecie: nie istnieje coś takiego, jak „naród żydowski”. Żydzi to ludzie studiujący Torę, a nie Semici. Jestem natomiast ANTY-SYJONISTKĄ.

To SYJONIZM JEST RASIZMEM! Ale to nie Żydzi są syjonistami, lecz ludzie różnych ras i narodów studiujący Talmud (nie Torę!).

Informuję, że NIE TOLERUJĘ ANTYPOLONIZMU. To jest rasizm i jeśli kogoś na tym przyłapię złożę donos gdzie należy.

Jak mówić prawdę i popaść w kłopoty

ROZDZIAŁ PIERWSZY książki

Szalony kowboj

Howarda Lymana, byłego hodowcy bydła z Montany, który został wegetarianinem i bojownikiem o prawa zwierząt

Jak mówić prawdę i popaść w kłopoty

JESTEM FARMEREM, hodowcą bydła czwartej generacji. Wychowałem się na farmie w Montanie, gdzie hodowałem krowy przez dwadzieścia lat. Wiem z doświadczenia jak wygląda hodowla fermowa i produkcja mięsa w USA – mam na ten temat informacje z pierwszej ręki.

Obecnie jestem prezydentem Międzynarodowej Unii Wegetariańskiej.

Z pewnością kiedyś lubiłem jeść steki – tak jak moi znajomi i sąsiedzi. Gdybyście jednak wiedzieli to, co ja wiem, o tym jak one powstają i co powoduje ich jedzenie, prawdopodobnie tak jak ja zostalibyście wegetarianami. I, wierzcie mi lub nie, że jako wegetarianin, który nie konsumuje żadnych produktów zwierzęcych, mogę wam powiedzieć, że teraz jem więcej i jedzenie sprawia mi większą radość niż kiedyś.

Jeśli wciąż konsumujecie mięso, to powinniście wiedzieć, że macie coś wspólnego z większością krów, które zjadacie. One także jedzą mięso.

Kiedy zarzyna się krowę, blisko połowa masy jej ciała nie jest konsumowana przez ludzi: wnętrzności i ich zawartość, głowa, rogi, kopyta, jak również kości i krew. Te rzeczy (a także całe ciała chorych i zainfekowanych krów i innych zwierząt farmowych) są rozdrabniane, mielone i przetwarzane przez gigantyczne maszyny w specjalnych przetwórniach. Przetwórstwo tego rodzaju – to przemysł przynoszący dochód 2,4 miliarda dolarów rocznie, przetwarzający corocznie 40 miliardów funtów (tj. 18 mld kg) ciał martwych zwierząt.

Nie ma w Stanach Zjednoczonych zwierzęcia na tyle wyniszczonego chorobą, przeżartego wrzodami czy rakiem, które nie mogłoby być powitane przez wszechobejmujące ramiona przemysłu przetwórczego. Innym, obok zwierząt farmowych, ważnym surowcem przetwórczym, są ciała uśpionych zwierząt domowych – sześć do siedmiu milionów psów i kotów, które corocznie zabija się w schroniskach dla bezdomnych zwierząt. Na przykład samo tylko Los Angeles wysyła miesięcznie dwieście ton uśpionych psów i kotów do zakładów przetwórczych. Do tego dochodzą jeszcze uśpione zwierzęta wyłapywane przez specjalizujące się w tym procederze firmy, oraz zwierzęta ginące na drogach. (Ginące pod kołami samochodów zwierzęta nie są zbierane z dróg codziennie i latem ludzie zajmujący się ich zbieraniem zwykle, zanim je dostrzegą, najpierw czują je węchem).

Ta makabryczna mikstura jest mielona, gotowana i odparowywana, po czym lżejszą, tłustą substancję wypływającą na powierzchnię poddaje się procesowi rafinacji i stosuje do produkcji kosmetyków, mydeł, świec, smarów i wosków. Cięższy ekstrakt białkowy zostaje wysuszony i zmielony na brązowy proszek, który składa się w 1/4 z fekaliów. Proszek ten wykorzystywany jest następnie jako dodatek do prawie wszystkich rodzajów karmy dla zwierząt domowych jak również do paszy dla zwierząt farmowych. Hodowcy nazywają go „koncentratem białkowym”. W 1995 roku pięć milionów ton odpadków z rzeźni zostało sprzedanych i przerobionych na paszę dla zwierząt w Stanach Zjednoczonych. Ja sam zwykłem wykorzystywać tony tego rodzaju paszy do karmienia mojego inwentarza żywego. Nigdy nie zastanawiałem się nad tym, że karmię krowy krowami.

W sierpniu 1997 roku, w odpowiedzi na zagrożenie ze strony „choroby szalonych krów” (czyli gąbczastego zwyrodnienia mózgu), amerykańskie Ministerstwo ds. Żywności i Leków (Food and Drug Administration – FDA) zatwierdziło nowe przepisy zakazujące karmienia zwierząt przeżuwających białkami pochodzącymi od zwierząt przeżuwających. Wprowadzenie w życie tego zarządzenia spowodowało, że krowy nie są już karmione kanibalistyczną karmą, jaką przygotowali dla nich ludzie. Nie jedzą już całych kawałków innych krów, owiec lub kóz, jakkolwiek wciąż przeżuwają one sproszkowane ciała martwych koni, psów, kotów, świń, kurczaków czy indyków, jak również krew i fekalia własnego gatunku.

Około 75% z 90-milionowego pogłowia bydła amerykańskiego rutynowo karmione jest paszą „wzbogaconą” przetworzonymi częściami martwych zwierząt. Powszechne jest także używanie zwierzęcych ekskrementów do produkcji paszy, ponieważ przedsiębiorcy zauważyli, że jest to „rozsądny” sposób pozbycia się części z 1,6 miliona ton zwierzęcych odchodów produkowanych corocznie przez farmy hodowlane.

Na przykład w stanie Arkansas jedna, przeciętnej wielkości farma karmi corocznie swoje krowy ponad 50 tonami kurzych odchodów. Pismo U.S. News & World Report cytowało wypowiedź pewnego farmera z Arkansas, który ostatnio kupił 745 ton odchodów i odpadków kurzych zebranych na pobliskiej farmie. Po dodaniu do nich niewielkiej ilości otrąb sojowych i wymieszaniu całości, nakarmił tą mieszanką swoje stado 800 krów, co sprawiło, że stały się one, jak sam powiedział: „tłuste jak kluski”. Następnie wyjaśnił: „Gdybym nie miał tych kurzych odpadków, musiałbym sprzedać połowę mojego stada. Inne rodzaje pożywienia są zbyt drogie”. Przykład ten zapewne pomoże zrozumieć osobom jedzącym mięso czym żywi się ich pożywienie.

Nie wiemy wszystkiego, co chcielibyśmy wiedzieć o skali, w jakiej konsumpcja chorych czy zakażonych zwierząt powoduje choroby u ludzi, lecz z pewnością wiemy, że niektóre z nich – na przykład wścieklizna – są przenoszone ze zwierząt gospodarskich na ludzi. Wiemy, że zatrucia pokarmowe przenoszone są powszechnie przez takie mikroorganizmy jak bakterie E. coli (ich obecność w pożywieniu jest skutkiem zanieczyszczenia żywności zwierzęcymi odchodami), które powodują śmierć 9 000 Amerykanów rocznie. Wiemy też, że około 80% wszystkich zatruć pokarmowych powoduje zakażone mięso. Obecnie możemy już być pewni także i tego, że „choroba szalonych krów”, która nawiedziła stada brytyjskich krów, może atakować też inne gatunki i być przyczyną powstania nowej odmiany choroby Creutzfeldta-Jakoba, zawsze fatalnej w skutkach i niszczącej ludzki mózg.

Zabawne rzeczy mogą zdarzyć się kiedy zaczniesz w USA mówić ludziom prawdę. Możesz wtedy trafić do sądu. W kwietniu 1996 roku uczestniczyłem w programie TV pt. The Oprah Winfrey Show. Pamiętam, jak siedząc wówczas w studiu patrzyłem na mocno zdziwione miny ludzi, którzy po raz pierwszy dowiedzieli się, że krowy karmi się dietą kanibalistyczną. Właśnie teraz – wyjaśniłem – robimy dokładnie to samo, co robili brytyjscy hodowcy, którzy od dziesięciu lat zmagają się z „chorobą szalonych krów” (bardziej dyskutując o tej chorobie, niż rzeczywiście dokonując istotnych zmian). Kilkaset krów hodowanych w Stanach Zjednoczonych jednej nocy wygląda na zdrowe, a następnego ranka znajduje się je martwe. Większość z tych krów przerabia się na paszę, którą następnie karmi się inne krowy. Jeśli tylko jedna z nich jest chora na „chorobę szalonych krów” – może potencjalnie zarazić tysiące innych osobników. Także prowadząca program Oprah Winfrey była zaskoczona moimi słowami i powiedziała: „Krowy są zwierzętami trawożernymi. Nie powinny one zjadać szczątków innych krów… to po prostu powstrzymuje mnie od zjedzenia następnego hamburgera”.

W studiu oprócz mnie był reprezentant Krajowego Związku Hodowców Bydła, dr Gary Weber, którego zadaniem było zapewnienie oglądającej program publiczności o tym, że mięso jest absolutnie bezpiecznym pożywieniem. Żal mi było tego jegomościa – miał on nadzwyczaj trudną rolę do odegrania. Nie był w stanie zaprzeczyć moim zapewnieniom, że krowy karmi się krowami, lecz lekceważąc ten fakt nie czuł się zbyt pewnie siedząc przed wpatrującą się w niego publicznością. Podczas przerwy w nagrywaniu wyraził swoje prywatne zdanie zgadzając się ze mną, że nie powinniśmy dodawać zmielonych kawałków krów do zwierzęcej paszy.

W czerwcu 1996 roku grupa hodowców bydła z Teksasu wytoczyła proces mnie i prowadzącej ten program Oprah Wilfrey, a także jej wytwórni filmowej „Harpo Productions”, oskarżając nas o dyskredytowanie produktów żywnościowych. Hodowcy z Teksasu oraz tamtejszy pełnomocnik rządu ds. rolnictwa widocznie wierzą, że Pierwsza Poprawka do Konstytucji Stanów Zjednoczonych gwarantująca wolność wypowiedzi, nie może być interpretowana tak szeroko, by dawała ludziom możliwość wypowiadania krytycznych opinii pod adresem wołowiny. Wskazując na możliwe załamanie handlu bydłem, wnoszący pozew oskarżyli mnie o wygłaszanie „oszczerczych twierdzeń” o bydle i wołowinie, które spowodowały, że musieli oni cierpieć „wstyd, upokorzenie, zażenowanie, psychiczny ból i udrękę”.

Według prawa obowiązującego w Teksasie, regulującego kwestie dyskredytowania żywności, ciężar udowodnienia racji spoczywa w dużym stopniu na barkach obrońców. W styczniu 1998 roku, w mieście Amarillo w Teksasie został zwołany sąd przysięgłych, mający między innymi określić, na ile moje stwierdzenia odbiegały od „uzasadnionego i rzetelnego naukowego zbierania faktów, informacji i danych” – jest to standardowy proces dowodzenia, który kompletnie ignoruje fakt, że w środowisku naukowców zawsze istniały nieporozumienia w większości ważnych kwestii i z pewnością kontrowersje takie istnieją obecnie w przypadku „choroby szalonych krów”.

Pamiętam jak ostatnio czytałem o pewnej kontrowersji, jaka pojawiła się w XIX wieku na Węgrzech, kiedy to dr Ignaz Semmelweis zasugerował, aby studenci medycyny obowiązkowo myli ręce przed odbieraniem porodów – zwłaszcza, że wielu z nich przychodziło do sal porodowych prosto z sal operacyjnych. Dr Semmelweis został wtedy bezpardonowo zaatakowany za swoje radykalne poglądy, lecz przynajmniej nie musiał stawiać czoła żadnym przepisom prawnym zakazującym dyskredytowania zarazków.

Trzynaście stanów amerykańskich posiada przepisy prawne zakazujące dyskredytowania żywności. W Kolorado osoby publicznie dyskredytujące dane produkty żywnościowe mogą nawet trafić za to do więzienia. Te przepisy prawne dotyczą najczęstszych ataków na gwarantowaną przez Pierwszą Poprawkę konstytucyjną wolność słowa i skutecznie zwracają uwagę wszystkim adwokatom konsumentów, że cokolwiek chcieliby powiedzieć głośno o jakimkolwiek aspekcie związanym z „bezpieczną” żywnością, może to przynieść im proces sądowy kończący się dla nich bankructwem.

Oprah Winfrey i ja zostaliśmy zaszczyceni faktem, że nam jako pierwszym wytoczono proces z tytułu łamania obowiązujących w Teksasie przepisów dotyczących dyskredytowania żywności. Po przeszło roku od oskarżenia nas, rozpoczął się drugi proces oparty na tym prawie – wytoczony przez hodowców strusi emu przeciwko firmie samochodowej Honda, która w swojej reklamie emitowanej w TV komercyjnej, ośmieszała strusie emu. Ceny tych ptaków obniżały się latami; podejrzewam, że hodowcy strusi odczuwali cichą satysfakcję ze znalezienia kozła ofiar nego w postaci zasobnej finansowo Hondy, którą można było obwinić o spadek cen strusi. Wydaje się, że ostrożności w wypowiadaniu się na temat bydła i strusi emu nigdy nie za wiele – przynajmniej w Teksasie.

W ciągu kilku miesięcy od mojego występu w programie Oprah Winfrey, który spowodował burzę dyskusji i sporów w Stanach Zjednoczonych, FDA wydało nowe rozporządzenia mające wyeliminować proceder karmienia zwierząt przeżuwających dietą kanibalistyczną. Wdrożenie w życie tych rozporządzeń zostało opóźnione aż do zakończenia wyborów prezydenckich w 1996 roku, najprawdopodobniej po to, by nie drażnić hodowców. W końcu w sierpniu 1997 roku zakazano karmienia zwierząt przeżuwających zwierzętami przeżuwającymi – konieczny, lecz niewystarczający środek zapobiegający rozpowszechnianiu się „choroby szalonych krów” w USA został wreszcie wprowadzony.

Większość liczących się w tym kraju mediów rozpoczęło wielką kampanię reklamową opłacaną przez przemysł mięsny i mleczarski. Po moim wystąpieniu w The Oprah Winfrey Show, dowiedziałem się, że Komitet Promocji Wołowiny wydał ponad 600 tysięcy dolarów na reklamę swoich produktów. Bardzo rzadko można spotkać tak znaną jak pani Oprah osobistość ze świata mediów, która chciałaby z odwagą i uczciwością stawić czoło „grubym rybom” , przedstawicielom wielkiego biznesu. Nigdy nie zapomnę, jak w dniu, w którym kręciliśmy program, Oprah powiedziała mi na osobności, że oglądała kilka razy film „Babe – świnka z klasą”, wskutek czego przestała jeść wieprzowinę. Po naszym programie przestała także jeść wołowinę.

Jeśli zostanie wam kiedykolwiek wytoczony proces o dyskredytowanie wołowiny, niech zdrowy rozsądek podpowie wam, byście wybrali jakiekolwiek miejsce rozpraw, byle nie było to Amarillo w Teksasie. Amarillo dosłownie jest całe wypełnione krowami; przemysł mięsny ma tutaj roczny budżet rzędu 3 miliardów dolarów. 25% amerykańskiego bydła jest tuczone w Amarillo, zanim trafi na rynek. Największym prywatnym pracodawcą w tym mieście jest rzeźnia. Freski przedstawiające bydło ozdabiają gmach tutejszego sądu. Amarillo jest także rodzinnym miastem Paula Englera – właściciela farmy będącego jednym z powodów w procesie przeciwko mnie i Oprah Winfrey.

Memorandum wydane przez prezydenta Izby Handlowej w Amarillo, na prawie dwa tygodnie przed rozpoczęciem procesu, przypominało wszystkim zainteresowanym tą sprawą, że Izba Handlowa „w pełni popiera hodowlę bydła i produkcję wołowiny” i że nie powinno się „rozwijać czerwonego dywanu przed Oprah Winfrey”. Z powyższych przyczyn, nasz adwokat złożył w sądzie wniosek, w którym prosił o zmianę miejsca prowadzenia procesu – z Amarillo na bardziej neutralne terytorium, takie jak Dallas. Wniosek ten został odrzucony. Mój adwokat uznał to za niepowodzenie i przejaw wrogości sądu wobec naszej strony, lecz mnie niezbyt to zmartwiło. Cieszyła mnie myśl o zwycięstwie nad moimi oponentami w ich własnym domu. Jeśli ja i Oprah Winfrey zdołalibyśmy wygrać proces w Amarillo, nasze zwycięstwo byłoby jeszcze słodsze.

Oprah zdołałaby z łatwością zapłacić miliony dolarów, których domagał się oskarżyciel, lecz będąc osobą ambitną, postanowiła walczyć o swą reputację i o prawo do wolności słowa. Na czas trwania procesu przeniosła swoją wytwórnię filmową z Chicago do Amarillo. Reporterzy zbiegali się do niej jak pszczoły do miodu. Jednakże ani ona, ani ja nie mogliśmy podejść do mikrofonów, gdyż sędzina Mary Lou Robinson nałożyła na obie strony zakaz udzielania wywiadów na czas trwania procesu. Dzień po dniu w telewizyjnych wiadomościach można było zobaczyć Oprah wchodzącą lub wychodzącą z gmachu sądu, najwyraźniej ignorującą przybliżane do niej kamery. Z jakichś powodów, prasa wykazywała mniejsze zainteresowanie moją osobą.

Przez dwa dni składałem zeznania jako świadek. Przepisy zakazujące dyskredytowania żywności, o łamanie których zostaliśmy oskarżeni, czynią człowieka odpowiedzialnym jeśli rozgłasza on informacje, które „stwierdzają lub sugerują”, że jakieś „psujące się produkty żywnościowe mogą stanowić niebezpieczeństwo w przypadku skonsumowania ich przez ludzi” i jeśli ta informacja zostanie uznana przez sąd za fałszywą, zgodnie z „racjonalnymi i rzetelnymi informacjami naukowymi, faktami i danymi”, adwokat powoda musiał najpierw określić, czy ja rozpowszechniałem takie „fakty”?”. Następnie powinien udowodnić, że te fakty były „fałszywe” oraz to, że ja wiedziałem o tym, iż były fałszywe. Ale ja po prostu zaprzeczyłem, że moje ostrzeżenia przed rozpowszechnianiem się „choroby szalonych krów” w Stanach były „faktami”. Powtórzyłem kilka razy, że wyrażałem w tej kwestii tylko moją opinię. Osobiście jestem przekonany, że moje ostrzeżenie, iż praktykowanie krowiego kanibalizmu mogłoby mieć tragiczne skutki, nadaje się do rozpatrywania raczej w kategoriach „opinii” niż „faktu”. Jak w ogóle można mówić o faktach mających nastąpić w przyszłości? Koncepcja, że odpowiedzialność warta miliony dolarów może zależeć od takich rozróżnień, zagraża rzeczowej dyskusji. Doświadczenia jakie zdobyłem podczas składania zeznań w sądzie, były dla mnie czymś bardzo osobliwym – nawet nie podejrzewałbym, że może się to zdarzyć w USA. Musiałem odpowiadać na pytania takie jak: „Czy ktoś kiedykolwiek powiedział ci, że jesteś nieodpowiedzialny?” Odpowiadałem w sądzie pod przysięgą. Nie mogłem kłamać. „Moja żona” – odpowiedziałem.

Kiedy Oprah zaczęła składać zeznania, nazwała ten proces „najbardziej bolesną rzeczą, jakiej musiała doświadczyć”. Następnie dodała: „Czuję w głębi swego serca, że nigdy nie wyrządziłam krzywdy żadnej ludzkiej istocie”. Wierzę w to, co powiedziała. W czasie trwania procesu, zarówno wewnątrz jak i na zewnątrz sali sądowej, nigdy nie słyszałem, aby źle wypowiadała się o kimkolwiek – nawet o hodowcach bydła, którzy ją zaatakowali, kwestionując jej uczciwość i podważając jej reputację. „Ja po prostu nie rozumiem, dlaczego tutaj jestem” – mówiła często. Jak podkreślała w zeznaniach, do uczestnictwa w swym programie zaprosiła dwóch gości, aby zaprezentowali swój punkt widzenia w kwestii przemysłu mięsnego. Co więcej – pozwoliła jednemu z nich, dr Weberowi, by kontynuował swą wypowiedź w programie bez mojego w nim udziału, czy też bez udziału jakiejkolwiek osoby mogącej zaprzeczyć jego poglądom. Na zdrowy rozum rzeczywiście trudno byłoby oskarżyć Oprah o stronniczość i knucie jakiegoś „anty-wołowego” spisku, a mimo to była ona w Amarillo oskarżona właśnie o coś takiego.

Pan Engler, nasz oskarżyciel, zaczął swoje wystąpienie od złożenia zeznania, w którym stwierdził, że nigdy nie wszcząłby tego procesu, gdybym ja zakwalifikował moje stwierdzenia jako „opinie”. Powiedział on, że dr Weber nie był do tego samego zobowiązany, ponieważ jego wiarygodność jest większa od mojej – z racji posiadania przez niego tytułu naukowego oraz tego, że nie jest on wegetarianinem. Mój obrońca podkreślił, że między panem Englerem i mną występują pewne podobieństwa: obaj jesteśmy absolwentami wyższej uczelni rolniczej i obaj byliśmy kiedyś hodowcami bydła, którzy sprzedali swoje krowy by spłacić długi. Dlatego mój obrońca zadał pytanie: „Gdyby pan pojawił się w telewizyjnym talk-show, czy wówczas musiałby pan powiedzieć, że wyraża tylko jakieś opinie?”.

„Nie” – odpowiedział Engler.

„”Czy zatem jakaś istotna różnica między panem a panem Lymanem powoduje, że nie zgadza się pan z nim?” – zapytał mój obrońca.

„Nie, proszę pana. Trudno powiedzieć” – odrzekł Engler, a po krótkiej pauzie wyjaśnił: „Pan Lyman jest kłamcą”.

Jednak sąd nie kupił jego logiki. 26 grudnia 1998 roku długi czas ciężkiej próby dobiegł końca: sąd po 6-godzinnej naradzie uznał nas za niewinnych i oczyścił z wszelkich zarzutów. To był piękny dzień w moim życiu, pełen radości, która powstaje z ulgi oczyszczenia się z zarzutów. Jednak są jeszcze większe powody do radości – nie życzyłbym przegrania tego procesu mojemu największemu wrogowi. Zważywszy fakt, że w trzynastu stanach trwają obecnie procesy o dyskredytowanie żywności, a w czternastu innych – jak mi wiadomo – takie procesy mają zostać wszczęte, to wygrany przez nas proces w Amarillo, który odbił się głośnym echem w całym kraju, stał się przysłowiowym kijem włożonym w mrowisko. Ufam też i wierzę, że obecnie obowiązujące przepisy prawne zakazujące dyskredytowania żywności będą wkrótce uznane za sprzeczne z konstytucją.

Mogę powiedzieć wam, jako były, rzekomy obrazoburca żywności, że za absurdem prawa zakazującego dyskredytowania żywności stoi paskudna rzeczywistość. Amerykańscy obywatele zostali wychowani w przeświadczeniu, że ktoś za nich bacznie dogląda kwestii bezpieczeństwa żywności. Niemiła rzeczywistość wygląda jednak tak, że upoważnionymi do ochrony jakości produktów żywnościowych są biurokraci z amerykańskiego Ministerstwa Rolnictwa (U.S. Department of Agriculture – USDA) oraz FDA, którzy nie zachowują się jak rzecznicy interesu publicznego, lecz są jak płatni najemnicy, wydłużone macki przemysłu mięsnego i mleczarskiego.

Moje życie jako farmera hodującego bydło na swoim rancho potoczyło się dziwnymi torami: byłem człowiekiem, który kiedyś tuczył w klatkach cielęta, a potem musiał frustrować się waszyngtońską polityką i który pasjonował się zdobyczami nowoczesnego rolnictwa, by potem zostać oskarżonym przez jego przedstawicieli. Wcale nie udaję, że znam znaczenie każdego wyboju na drodze, którą podróżuję.

Czasami czuję, że pierwszą połowę tej drogi przeżyłem w zupełnej nieświadomości. Mogę jednak powiedzieć z całą pewnością: wszystkie drogowskazy na mojej drodze dotyczyły aspektu zdrowia. Za każdym razem, gdy instynktownie dokonywałem wyboru związanego z polepszeniem stanu mojego zdrowia fizycznego, było to tak, jakby nowe promienie światła zaczynały oświetlać mi coś dotąd nieznanego, co okazywało się wspaniałe i zdumiewająco proste.

Książkę tę pisałem przede wszystkim z chęci podzielenia się wiedzą o tym, jak najlepszy wybór w kwestii naszego osobistego zdrowia może okazać się najlepszym wyborem dla całego świata, który zamieszkujemy.

Dla zbyt wielu Amerykanów pierwszą, świadomie podejmowaną decyzją dotyczącą własnego zdrowia jest desperacki wybór pomiędzy operacją wstawienia by-passu a angioplastyką lub pomiędzy chemioterapią a radioterapią. W rzeczywistości jednak, świadomie lub nieświadomie, każdego dnia podejmujemy decyzje, które mogą prowadzić nas albo w kierunku ponurych i zatrważających wyborów, albo w kierunku tych bardziej dla nas korzystnych i szczęśliwych. Robimy to oczywiście za każdym razem, kiedy decydujemy, jaki rodzaj „paliwa” wlewamy do swych ciał.

Abyśmy mogli dokonywać wyborów, będąc lepiej poinformowanymi, musimy zacząć od przedstawienia faktów.

Sesja on-line z Howardem Lymanem

Recenzje książki:

„Mogę uczciwie powiedzieć, że na tej planecie nie ma człowieka, którego darzyłbym większym szacunkiem niż Howarda Lymana. Nie ma słów, którymi mógłbym opisać tego człowieka, jego pracę i książkę. Szalony Kowboj jest jego historią i jest to z pewnością jedna z najważniejszych książek tego stulecia. Kupcie dziesięć egzemplarzy tej książki i dajcie ją ludziom, których kochacie. To j est prawdziwa rzecz!”  JOHN ROBBINS, autor Diet for a New America i Reclaming Our Health, założyciel EarthSave

„Howard Lyman – bezkompromisowy, uczciwy, prawy i energiczny Amerykanin z Montany ma do przekazania ważną historię. Przeczytajcie w Szalonym Kowboju, dlaczego ten syn amerykańskich farmerów nie zamierza być dalej okłamywany przez przemysł mięsny… i dlaczego wy także nie powinniście być oszukiwani”.  JIM HIGHTOWER, autor There’s Nothing in the Middle of Road but Yellow Stripes and Dead Armadilos

Kiedy były hodowca bydła Howard Lyman pojawił się w telewizyjnym talk-show w 1996 r., by podzielić się swymi spostrzeżeniami odnośnie niebezpieczeństwa pojawienia się „choroby szalonych krów” w Ameryce. Jego uwagi pod adresem przemysłu mięsnego nakłoniły grupę hodowców bydła z Teksasu do pozwania go do sądu z paragrafu „deprawacja żywności”  To jednak nie wystarczyło, by Howard Lyman zamilkł i po przebyciu burzliwej drogi od uwielbiającego mięso kowboja do aktywisty ekologicznego opisuje całą prawdę o katastroficznych skutkach stosowania diety opartej na produktach zwierzęcych.

Lyman świetnie orientuje się w problemach, z jakimi na co dzień borykają się hodowcy inwentarza żywego: wysokie dawki pestycydów, hormonów wzrostu, zmielone szczątki innych zwierząt… On także regularnie faszerował swe bydło i ziemię chemikaliami. Dopiero wówczas, gdy cudem uniknął paraliżu, Lyman zaczął kwestionować dotychczasowe zwyczaje oraz skutki, które wywierały one na ludzi i ziemię. Odpowiedzi na pytania, jakie sobie zadawał, doprowadziły go do zaadoptowania diety wegetariańskiej, w rezultacie której stracił 65 kg i obniżył poziom cholesterolu o ponad 150 punktów. Obecnie jest on czołowym rzecznikiem wegetarianizmu w Ameryce.

Z biegiem czasu, Lyman zebrał jeszcze więcej alarmujących informacji o niebezpieczeństwie wynikającym z jedzenia mięsa. W tej książce krytykuje propagandę przemysłu mięsnego i mleczarskiego (oraz rządowych agencji, które często ich bronią) oskarżając dietę opartą na produktach zwierzęcych jako podstawową przyczynę raka, choroby serca i otyłości.

Szalony Kowboj jest książką napisaną pod wpływem własnych do­świadczeń autora, który przez wiele lat prowadził własną farmę w stanie Montana w USA. Dzięki zdobytej wiedzy H. Lyman opisuje klęskę ekologiczną w USA spowodowaną nadmierną hodowlą bydła i stosowaniem intensywnych metod rolnictwa chemicznego, burząc tym samym drogi niektórym Polakom mit „wspaniałej Ameryki”.

Autor z całą odwagą demaskuje oszukańczą propagandę rządu i wielkich firm w sprawie stosowania szkodliwych dla ludzi i zwierząt hormonów wzrostu oraz produkcji żywności genetycznie zmodyfiko­wanej. Ponadto książka zawiera praktyczne wskazówki, jaki sposób odżywiania jest najwłaściwszy dla człowieka i dlaczego należy unikać niektórych „modnych”diet.

Szczególnie interesująca dla polskiego czytelnika może się oka­zać historia „choroby szalonych krów” w Wielkiej Brytanii, jak rów­nież przyczyny, natura, objawy i liczne odmiany tej choroby szcze­gółowo opisane przez Lymana. Autor odpowiada też na pytanie, czy tylko krowy zapadają na „chorobę szalonych krów” i czy ma ona związek z chorobą Creutzfeldta-Jacoba, na którą umiera ostatnio coraz więcej ludzi w wielu krajach Europy (także w Polsce). Czy można wierzyć wszystkim informacjom na ten temat, oficjalnie podawanym przez media? Odpowiedź na to również znajduje się w książce Lyma­na, do której życie wciąż dopisuje własny ciąg – i to w kierunku przewidzianym przez autora…

Szalonego Kowboja powinni przeczytać wszyscy, którym nie jest obojętne własne zdrowie i przyszłość naszej planety.

Danuta Modrzewska

„Nowa książka Howarda Lymana, Szalony Kowboj, odnotowuje chro­nologiczne zdarzenia z życia autora, począwszy od jego kowbojskich czasów w Montanie do chwili, gdy został przewodniczącym Interna­tional Vegetarian Union. Szalony Kowboj ostrzega Amerykanów przed wybuchem epidemii choroby szalonych krów, przy okazji de­maskując propagandę przemysłu mięsnego i mleczarskiego”. Philadelphia City Paper

„Produkowanie i konsumowanie mięsa przez ludzkie istoty jest dzia­łaniem szalonym. Heretyckie stwierdzenie? Niewątpliwie, jeśli ma miejsce w kraju, którego kulinarne ‚psyche’ ukształtowane zostało głównie przez wołowe steki, hamburgery, potrawy z grilla i pieczone martwe ptaki.

Intencją nowej, prowokatorskiej książki Howarda Lymana jest kwestionowanie ortodoksyjnego fetyszu, jakim stało się mięso.

Autor Szalonego Kowboja w świetnym stylu podważa podstawy mięsnego monolitu: erozja gleby wskutek wypasu bydła, epidemia choroby szalonych krów, wycinanie deszczowych lasów tropikalnych i zakładanie w ich miejsce ferm hodowlanych, stosowanie pestycy­dów, hormonów i zmielonych szczątków zwierząt w hodowli inwenta­rza żywego. Obok implikacji ekologicznych czy etycznych, Lyman odnotowuje własną fizyczną transformację: będąc na diecie pozba­wionej produktów zwierzęcych stracił on 70 kg wagi i obniżył swój poziom cholesterolu o ponad 150 punktów. Spójrzcie na fakty przyto­czone w Szalonym Kowboju, a zapewne już nigdy nie będziecie po­strzegać rzeczywistości w ten sam sposób”.  – The Seattle Times

„To właśnie Howard Lyman był tym człowiekiem, który w kwietniu 1996 r. pojawił się w telewizyjnym talk-show mówiąc zszokowanej publiczności, że w Stanach Zjednoczonych powszechną praktyką jest karmienie krów zmielonymi szczątkami innych krów. Autorytet – to coś, co Howard Lyman ma we krwi. W swej najnowszej książce pre­zentuje najbardziej miażdżące komentarze w formie zabawnej mie­szanki sarkazmu, faktów i dobrego humoru.

Zarówno rząd, jak i największe media w tym kraju – które są w kieszeni dotowanego przemysłu mięsnego i mleczarskiego i które wykorzystują nasze podatki na wycinanie lasów, erozję gleby, skaże­nie powietrza, wody i ziemi, jednocześnie zatykając nasze tętnice i podwyższając nam ciśnienie – chcą, by ludzie uważali Howarda Lymana za dziwaka. Przypuszczalnie, największe gazety, stacje ra­diowe i telewizyjne przywitają tę pouczającą, gruntownie przenikliwą i świetnie napisaną książkę tym samym głuchym milczeniem, jakim witają cokolwiek, co zagraża ich status quo. Miejmy nadzieję, że tak się nie stanie. Jednak na wszelki wypadek polecamy, abyście już teraz kupili Szalonego Kowboja i podarowali go swym znajomym, którzy myślą, że wegetarianie to tylko mięczaki i nieszkodliwi maniacy. – Ta książka będzie dla nich miłą niespodzianką”.  Satya Magazine

„Howard Lyman to wojownik walczący w słusznej sprawie z podniesioną do góry głową, mający przed oczami jasny cel. Tym celem jest czyste powietrze, czysta woda i czysta żywność. Dla na­szych dzieci i dla dzieci naszych dzieci. Ponieważ w naszym społe­czeństwie wciąż zbyt mało dyskutuje się o problemach środowiska naturalnego, dlatego też potrzebujemy takich książek jak Szalony Kowboj. Potrzebujemy takich ludzi jak Howard Lyman, którzy inspi­rowaliby nas do działania. Możemy przekonywać ludzi do naszych idei dając im Szalonego Kowboja. Jest to podarunek serca, który bę­dzie procentował”.  Country Connections

„Szalony Kowboj ukazuje przeobrażenie jakie zaszło w sercu kochają­cego mięso hodowcy bydła, który stał się zapalczywym propagatorem wegetarianizmu i aktywistą walczącym o prawo do bezpiecznej żyw­ności. „Mięso zabija” – pisze Howard Lyman i dodaje: „jest to przy­czyna nr 1 chorób i przedwczesnych zgonów w Ameryce”. Przyta­czając wyniki studiów naukowych, oskarża on diety oparte na pro­duktach zwierzęcych o poważne zwiększanie ryzyka zachorowania na chorobę serca, raka, cukrzycę. Oskarża on również pewne grupy po­lityków faworyzujących intensywne rolnictwo chemiczne. Szalony Kowboj przypomina nam, że wielkie hodowle bydła dewastują ziemię, że każdy zjadany przez nas posiłek ma wpływ na stan kurczących się bogactw naturalnych ziemi w naszym przeludnionym świecie”.  Sierra Magazine

Jak na górze tak na dole, czyli uderz w stół, a nożyce się odezwą

Przyszło mi żyć na tak zwariowanej planecie, że zastanawiam się, co ja tu w ogóle robię.

Co ja tu robię???

Nie jestem pewna. Znalazłam się tu albo przez pomyłkę, albo z jakąś misją, która nie do końca jest dla mnie jasna. W każdym razie nie sądzę, żeby Błękitna Planeta była moim prawdziwym domem (a propos, przeczytajcie tę prześwietną notkę). Aby lepiej zrozumieć co tu piszę zachęcam też do zapoznania się z moją Kosmiczną bajeczką.

Tę notkę od dawna nosiłam w sercu, ale temat wydawał mi się dość trudny, więc odkładałam go na jakąś bliżej nieokreśloną przyszłość. W końcu bogowie użyli posłańca w osobie Ewy S., która swoim komentarzem (proszę go przeczytać przed zapoznaniem się z poniższym dziełem) dała mi solidnego „kopa” do wyrzucenia z siebie poniższych przemyśleń. Tak już mam, że najlepiej mi się pisze kiedy mi porządnie przykopią.

Ewa pisze:

Porównanie Astromarii stawia mnie osobiście bowiem w roli fałszywej zgoła.

Otóż od roku zakładam gospodarstwo z zamysłem ekologicznym i samowystarczalnym. Tym samym więc zostałam pasterzem stada kóz i dokarmiaczem stada drobiu. Mario, piszesz dosłownie, że jestem nieuczciwa wobec moich zwierząt, karmiąc je, hołubiąc i dojąc, aby w końcu je zjeść (nie jestem wegetarianką, bo to m.in. zakłóca obieg energii i materii w ekosystemie). Co tam nieuczciwa, jestem wręcz przestępcą i zbrodniarką wobec biednych nieświadomych i ufnych stworzeń niższych!

Droga Ewo, nigdzie nie piszę o Tobie, a zarzut, że czynię z ciebie przestępcę i zbrodniarkę mało mnie nie uśmiercił (skutkiem doznania ciężkiego szoku ze zdumienia). Nawet by mi do głowy nie przyszło pisać o Tobie, a zwłaszcza nazywać Cię zbrodniarką.

Sądzę, że taka reakcja na „List pasterski” świadczy o Twoich dużych problemach z sumieniem, bo w mojej notce nie ma ani słowa o prawdziwych owcach, hodowli, mięsie, wegetarianizmie ani pożeraniu w sensie dosłownym. Jest tam mowa wyłącznie o metaforycznym zjadaniu i o metaforycznych owcach, czyli o ludziach pozbawionych (a raczej celowo pozbawianych) świadomości na temat świata, w którym żyją. Naprawdę, ta notka nie miała na celu propagowania wegetarianizmu, a tylko i wyłącznie alegoryczne ukazanie ludzkości jako nieświadomego stada, cynicznie sterowanego przez władzę (czyli „pasterza”).

Podobnie zresztą nie przyszłoby mi do głowy, żeby zwalczać cokolwiek co jest, w tym mięsożerstwo. Bo jeśli coś jest, to widocznie ma być. Co więcej, niczego na świecie zwalczyć się nie da. Czy ktoś potrzebuje dowodu na to twierdzenie? Proszę bardzo: przynajmniej od 100 lat ludzkość z wielkim zaangażowaniem zajmuje się zwalczaniem chorób, wojen i głodu. I co? I nico, że tak powiem.

Dlatego, jeśli ktoś się denerwuje, że racjonaliści świętują hucznie (rzekome) obalenie homeopatii i zapowiadają dalsze jej zwalczanie, mądry człowiek tylko się raduje. Prawdy zwalczyć się nie da, bo prawda to światło. Można je chwilowo przesłonić wrednymi kłamstwami, ale jeśli ktoś w najciemniejszym na świecie pomieszczeniu zapali małą świeczkę, ciemność strachliwie pierzchnie do kąta. Tak więc zwalczajcie, kochani, zwalczajcie, a im bardziej będziecie zwalczać, tym bardziej prawda się rozkrzewi i z tym większą mocą powróci, gdy przyjdzie pora.

Im bardziej coś zwalczasz, tym więcej ładujesz w to energii. A im więcej energii otrzymuje zwalczane zjawisko, tym bardziej rośnie w siłę.

Jak myślicie: dlaczego homeopatia i medycyna naturalna znalazły się w spisie metod leczniczych, refundowanych przez państwa Europy Zachodniej?

Znalazły się tam dlatego, że zwykli obywatele heroicznie i wytrwale o to walczyli. Skoro wygrali raz, mogą wygrać ponownie. Nawet z Codex Alimentarius.

Tak na marginesie: nie przerażajcie się, że ostatnio dzieje się tyle złych rzeczy i że wyjątkowo podłe kłamstwa wprost nas zalewają. Nawet, jeśli kłamcy wygrają jedną czy dwie bitwy, jak to orzeczenie w sprawie homeopatii, nie znaczy, że już wygrali wojnę. Przypomnijcie sobie, ile kłamstw ostatnio runęło w gruzy: świńska grypa, thimerosal (rtęć dodawana do szczepionek dla niemowląt i dzieci), globalne ocieplenie, próby pozbawienia nas dostępu do Internetu (tej wojny jeszcze nie wygraliśmy, ale walczymy) itp. Jak widać żadne próby zniewolenia ludzkości nie mogą się powieść, bo prawdopodobnie jest już na to za późno.

Wróćmy jednak do tematu…

Jeśli zatem zastosować porównanie Astromarii do tych pierwotnych opowieści, to Noe, Lot, Abraham, Jakub i wszyscy jego synowie, wnukowie itd. byli wysłannikami ciemności, ustanowionymi przez JHWH po to, aby trzymać owce, tj. ludzi w ślepym posłuszeństwie wobec nakazów okrutnego marsowego bóstwa.

Nie będę tu się wdawać w długie dywagacje przekładające zapisy i szyfry biblijne na język współczesnych ezo- i ufo-teryków, ale coś tu nie gra…

Proponuję od siebie takie rozumienie: ludzie byli od początku gatunkiem ślepym (czy wg niektórych złośliwie oślepionym), pozbawionym świadomości i własnej historii, czyli własnej mocy. Ot, zbudowano ich i wstawiono w jakiś świat, gdzie mieli być gospodarzami (pasterzami) właśnie. Mieli strzyc i hodować owce dla JHWH, który pojawiał się w Edenie w rytmicznych cyklach czasu i “przechadzał w świetle dnia i powiewie wiatru”. Mleko, mięso i wełnę przekazywali Bogu (w formie ofiar), a on rozdzielał dary energii wszystkim istotom według ich zasług. Nie było więc dobrego i złego, bo Bóg ustanawiał co jest dobre i co złe, a na człowieku-pasterzu nie spoczywała żadna wina, nawet, gdy zabijał i zjadał wypasane zwierzęta.

Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia

Pasterz hodujący owce będzie oczywiście podtrzymywał w sobie świętą wiarę, że wzajemne pożeranie się jest na tej planecie stanem naturalnym, ustanowionym przez samego Boga i za sprawą owego boskiego przyzwolenia (jeśli nie wręcz nakazu) zabijanie owieczek nie niesie złej karmy ani nie zbruka niewinności duszy.

O ile dobrze zrozumiałam zapis Biblii, dobra i zła nie było, ale tylko dopóty, dopóki człowiek żył w Edenie. Na środku tegoż Edenu rosło drzewo wiadomości dobrego i złego. Człowiekowi wolno było spożywać wszystko, oprócz owoców tego drzewa. Wiadomo, że człowiek, a właściwie (nomen omen) Ewa nie posłuchała i zgrzeszyła. Skutkiem tego człowiek stracił ten stan edenicznej niewinności. Został więc z raju wygnany. I mimo, że „Bóg ustanawiał co jest dobre i co złe” nie jest prawdą, że „na człowieku-pasterzu nie spoczywała żadna wina, nawet, gdy zabijał i zjadał wypasane zwierzęta”. Człowiek żył już poza Edenem, a więc posiadł już zdolność odróżniania dobrego od złego, a więc posiadł tym samym wolną wolę.

Wolna wola jest wolnością wyboru między dobrem i złem. Jeśli nie ma zła, nie ma też wolnej woli. Ale problem z Jahwe polega na tym, że jest on bogiem fałszywym, kłamcą i wężem (założę się, że to on sam, we własnej osobie wystąpił w raju jako wąż), nic więc dziwnego, że gadając o wolnej woli jednocześnie tego prawa człowiekowi odmawia, twierdząc, że należy go ślepo słuchać i nie myśleć.

Ponieważ zostałam posądzona o to, że jestem głupiutkim „ezo- i ufo-terykiem” wezwę na pomoc tego, kogo o ezoteryzowanie ani sympatyzowanie z ufologią żadną miarą posądzić się nie da, czyli… Richarda Dawkinsa. Na moje szczęście facet jest wybitnym uczonym, genetykiem, więc któż jeśli nie on może wiedzieć wszystko o początkach życia na ziemi. Zastanówmy się więc wspólnie, czy Jahwe jest, czy nie jest Bogiem.

Ben Stein: „Hebrajski, starotestamentowy bóg według pana nie istnieje?”

Richard Dawkins: „Bez wątpienia. Byłaby to bardzo nieprzyjemna sytuacja”.

A oto inny, nieco zabawny głos w tej sprawie:

Dalej, na pytanie o możliwość istnienia inteligentnego projektanta Richard Dawkins odpowiada tak oto:

Cóż, mogłoby tak być, gdyby wcześniej, gdzieś we wszechświecie cywilizacja biorąca początek z darwinowskiej ewolucji nauczyła się skomplikowanej technologii i stworzyła formy życia. Mogłaby wtedy zasiać je na naszej planecie. To jest bardzo, bardzo prawdopodobne, myślę nawet, że można by to udowodnić. Wchodząc w szczegóły biochemii czy biologii molekularnej możemy odnaleźć ślady ‘inteligentnego projektanta’. To byłaby istota o wyższej inteligencji z jakiegoś miejsca we wszechświecie. Tak, ale ta istota też musiałaby w jakiś sposób powstać, poprzez proces, który dałoby się wyjaśnić. Tak, życie nie może się zacząć spontanicznie.

Posłuchajcie uważnie tej rozmowy:

Proszę zauważyć, że Richard Dawkins nie tylko przyznaje, że odkrył ślady „inteligentnego projektanta”, ale że nawet może obliczyć, kiedy zdarzyła się jego ingerencja w proces tworzenia życia na ziemi. Mało tego! Uważa, że ten projektant może być „istotą o wyższej inteligencji z jakiegoś miejsca we wszechświecie”. A więc… kosmitą. Lub „Mistrzem Genetyki”, znanym z channelingów. A więc możemy przyjąć, że Jahwe w najlepszym razie jest „Mistrzem Genetyki”, a w gorszym raczej wielkim „psujem”, który zamiast tworzyć niszczy cudze dzieło. To by się zgadzało z drugą opcją, o której wspomina Ewa:

ludzie byli od początku gatunkiem ślepym (czy wg niektórych złośliwie oślepionym)

Na szczęście nie wychowano mnie w kulcie Biblii, więc nie czuję żadnego sentymentu do tej tradycji; ona jest zwyczajnie nie-moja. Nie boję się Jahwe i nie miłuję go. Dla mnie pisanie o nim jako o fałszywym bóstwie lub złym, jaszczurzym przybyszu z głębin Kosmosu nie jest żadnym problemem. Ja w ogóle mam dziwne uczucie, że nie pochodzę z tej planety i nic mnie z tutejszymi tradycjami nie łączy. Powiem więcej: są mi one całkowicie obce i przerażają mnie. To wyjątkowo barbarzyńska planeta, na której obowiązują fałszywe prawa i którą rządzą fałszywi bogowie. Nie moi bogowie. I nie moje prawa. Ogłaszam swoje votum separatum wobec tych tradycji i tego, co tu się dzieje.

Jeśli całemu zamieszaniu na tej planecie winne są wilki, to mają moje poparcie. Wierzę w to i stale powtarzam, że „zło” istnieje wyłącznie po to, żeby mogło istnieć dobro. Nie ma dobra bez zła. A w ogóle być może nie ma zła. Ciemność jest bardzo słaba, wystarczy zapalić zapałkę, żeby znikła. Jeśli więc wilki przybyły tu, aby zasiać ferment w szeregach owiec, to chwała im za to. Zapaliły tę świeczkę i zapoczątkowały bolesny proces nie tylko dla owiec, ale i… dla pasterza-pożercy. Bo przedtem żył on sobie w błogiej nieświadomości zła, które czynił, a owieczki wierzyły, że hoduje je, głaszcze i karmi z czystej miłości. Być może wierzyły też, że po pożarciu znajdą się w owczym niebie.

Nieznajomość prawa jak wiadomo nie zwalnia od odpowiedzialności. Jeśli siadasz za kierownicą samochodu bez prawa jazdy, nie osiągniesz wiele, jeśli powiesz policjantowi, że ciebie prawo nie obowiązuje, bo go nie znasz lub masz je w nosie. Pasterz może nie znać prawa, ale mimo to produkuje karmę. Tak więc owieczki czują ból, bo zaczynają się bać, a pasterz czuje ból, bo budzi się w nim sumienie, dzięki czemu zaczyna rozumieć, że zadaje cierpienie. Konsekwencje zadawania cierpienia mogą być całkiem nieprzyjemne i długotrwałe, bo mogą ciągnąć się przez wieki. Przerabianie karmy nie jest łatwe, szczere chęci nie wystarczą. Tu potrzeba „boskiego ognia mądrości” jak powiedział Paramahansa Jogananda. A mądrość jest darem rzadkim…

Niewolnictwo nie może być niczym dobrym nawet, jeśli bóg Jahwe naucza inaczej i jeśli dotyczy ono zwierząt, a nie ludzi. Zresztą dla Jahwe niewolnictwo nie jest żadnym problemem. Możesz sprzedać do niewoli własną córkę za to, że jest gadatliwa lub syna za to, że jest nieposłuszny. Któż więc przejmowałby się zwierzętami (dlatego mam koty, bo to koty mają mnie, a nie odwrotnie).

Jak na górze, tak na dole

Jaki „bóg”, taki świat i takie prawa w nim obowiązujące. „Jak na górze, tak na dole”. Mrówki hodują mszyce, człowiek hoduje zwierzęta, „bóg” hoduje ludzi. Człowiek sądzi, że ma do tego prawo, bo sam bóg mu na to pozwolił, a nawet mu to nakazał.

Jeśli człowiekowi wejdą w paradę bakterie, mrówki czy mszyce, człowiek wpada w święty gniew tak samo jak bóg Jahwe wpadający we wściekłość z powodu nieposłuszeństwa człowieka.

Jak one śmią! To terytorium człowieka, więc won stąd! I co robi człowiek? Łapie antybiotyk, Domestos lub inny Raid i czyni pogrom w szeregach wroga. Wroga trzeba zabić, unicestwić, zlikwidować. Musi być czysto, higienicznie i estetycznie. Pająk w rogu pokoju kompromituje gospodynię domową, a karaluchy czy pchły to w ogóle skandal!

Natura musi być człowiekowi podległa. Temu służy nawet nauka. Uczeni wydzierają Bogu tajemnice po to, żeby dzięki znajomości praw podporządkować sobie cały świat i urządzać go zgodnie z ludzką wolą. Nikt ani nic nie może stanąć na drodze ludzkiej żądzy rządzenia. Naturę ujarzmimy i postawimy jej but na karku! Zawrócimy rzeki, zniwelujemy góry, osuszymy oceany, bo taka jest nasza wola.

Człowiek hoduje zwierzęta, a tak naprawdę trzyma żywe istoty w okrutnej niewoli, w ścisku, smrodzie i bez dostępu do światła słonecznego, bo uważa się za boga (wiem, wiem, gospodarstw ekologicznych to nie dotyczy; mam tu na myśli współczesną hodowlę przemysłową). To nie są czujące istoty, to jest fabryka jajek, mleka, mięsa, skór, żelatyny i czego tam jeszcze. Ich uczucia się nie liczą. Jeśli staramy się zapewnić im godziwe warunki życia, to tylko po to, żeby nie szkodzić zdrowiu konsumenta (z tym nikt by się nie liczył, gdyby nie kary nakładane przez kontrolerów jakości żywności) lub żeby uzyskać lepsze, bardziej luksusowe, a więc droższe jajka, mleko czy mięso. Nawet dzikie zwierzęta nie mają szans. Gdyby nie obrońcy środowiska już by ich nie było, wyginęłyby jak tury i ptak dodo. Żądza strzelania do wszystkiego co się rusza jest tak wielka, że strzela się nawet do tego, co niejadalne: na przykład do bocianów i gawronów. Żeby ukrócić ten proceder trzeba powoływać specjalne służby, które mają prawo karać sprawców. Wielu się to nie podoba, bo przecież wolnoć Tomku w swoim domku.

Człowiekowi wszystko to wolno, bo uważa siebie za boga. Ale zapomina, że w rzeczywistości Bogiem nie jest. Zapomina lub nie wie, a może raczej nie chce wiedzieć, bo tak mu wygodnie, że nad nim jest jeszcze Jahwe. A nad Jahwe nie wiadomo jaka hierarchia bóstw i Bogów.

Jahwe pozwolił?

Owszem. Ale nie za darmo. Pasterze nie są na szczycie tej hierarchii dziobania.

Jak na górze, tak na dole. Jak ty dziobiesz, tak i ciebie będą dziobali.

Co posiejesz, to żąć będziesz

I nie ważne, czy wiesz o tym, czy nie. Nieznajomość prawa nie zwalnia od odpowiedzialności.

Jeśli człowiek hoduje zwierzęta, to czy o tym wie czy nie, sam jest hodowany. Gdzieś ktoś jest żądny luszu i zrobi wszystko, żeby zbiory były jak najobfitsze.

Jeśli człowiek jest dobry dla swoich zwierzątek, wtedy jego hodowcy też traktują go dobrze. Wtedy na ziemi wiedzie się względnie dobrze zarówno zwierzętom, jak i ludziom. Ale tak czy inaczej, nawet najlepiej traktowane zwierzątka kończą w łapach rzeźnika.

A człowiek? Przecież nikt go do rzeźni nie zaciągnie, co za brednie!

Otóż nieprawda.

Człowiek również trafia do rzeźni. Ludzką rzeźnią są wojny. Bogowie mają naprawdę ogromną radochę, kiedy uda im się wywołać jakąś wielką i krwawą wojnę i opić się ludzką krwią. Bogowie są dziś bardzo wygłodzeni. Od czasów II wojny światowej nie mieli okazji nażreć się do syta. Lokalne wojenki, takie jak w Iraku, Afganistanie czy Palestynie są tylko drobną przekąską, czas wreszcie zjeść porządny, sycący obiad, z zupą z krwi i wielkim mięsnym kotletem. Bogowie potrzebują nowej wojny światowej. Chcą, żeby Iran starł się z Izraelem, USA, Chinami i Rosją i żeby cały świat zapłonął ogniem nienawiści i zamarł z bezgranicznego przerażenia. Wreszcie będzie luszu pod dostatkiem i najedzą się również amatorzy najbardziej konkretnych dań.

Oburza was, że Iluminaci doszli do wniosku, że ludzka stonka nadmiernie się rozmnożyła i dlatego samowolnie powzięli plan depopulacji? Że trują ludzi dosypując do żywności wyrafinowane trucizny, aplikując im trujące szczepionki, przepisując toksyczne leki, wprowadzając GMO, opryskując planetę z powietrza?

A co człowiek sieje, to i żąć będzie (Gal. 6,8)

My też z całą bezwzględnością trujemy bakterie, karaluchy, szczury i wszystko, co według nas nie ma prawa istnieć.

Dopóki ludzkość nie nauczy się rozumieć chorób nie będzie umiała ich skutecznie leczyć. „Mordowanie” bakterii nie rozwiązuje problemu, ponieważ przyczyną choroby nie są bakterie, lecz ludzka psychika i duchowość. Bakterie są wszędzie i atakują nieustająco i każdego bez wyjątku, ale tylko jednostki chorują. Dlaczego? Ponieważ te jednostki przeżywają konflikt wewnętrzny, co otwiera je na atak bakterii. Zamiast więc mordować bakterie należy doprowadzić do porządku swoją psychikę i duszę.

Dopóki ludzkość nie nauczy się szacunku dla natury i nie wykaże gotowości do tego, żeby współżyć z nią harmonijnie, natura będzie pokazywać, kto tu rządzi. Nie ma takiej techniki, która byłaby w stanie przeciwstawić się siłom żywiołów. Lepiej nie prowokować bogini Gai, bo jej gniew może zmieść z powierzchni ziemi całą ludzkość. Jeśli zatrzęsie się ziemia lub oceany wystąpią z brzegów nawet najwspanialsze drapacze chmur i cesarskie pałace runą jak domki z kart.

Zamiast mordować to, co nazywamy „szkodnikami” powinniśmy uszanować ich prawo do życia. I wcale nie oznacza to konieczności tolerowania myszy w spichrzu ani stonki w kartoflach. Są sposoby pozbywania się ich bez zabijania, trucia i palenia całych populacji.

Ratunkiem dla ludzkości może być…

Homeopatia!

Homeopatia to nie tylko metoda leczenia. To również metoda pobudzania lub osłabiania sił natury w harmonijny sposób. Rolnicza homeopatia stosowana jest w biodynamice, czyli sztuce uprawiania roli i hodowania zwierząt w zgodzie z rytmami natury. Biodynamiczny rolnik pozbywa się szkodników sprawiając, że jego pola stają się miejscem, w którym nie mają one ochoty przebywać. Nie potrzeba truć owadów ani myszy, wystarczy je wypłoszyć. W tym celu zbiera się niewielką ilość szkodników, uśmierca, spopiela się je w specjalny sposób, a z popiołu robi się roztwór homeopatyczny poprzez rozcieńczanie i potrząsanie (dynamizowanie). Gdy roztwór jest gotowy rozpyla się go na polach w ściśle określonych dniach i godzinach, wyznaczonych przez astrologię. Na takim polu nie zagnieździ się żaden szkodnik. Dzięki temu nie ma potrzeby stosowania żadnej chemii rolniczej: ani trucizn, ani nawozów.

Oczywiście ta wiedza jest zakazana. Nie macie prawa nic o tym wiedzieć, ponieważ spragnieni krwi i luszu „bogowie” pomarliby z głodu.

„Wegetariańskie oszustwo” a NLP czyli pierwsze przymiarki do wprowadzenia Codex Alimentarius

Znalazłam w sieci skarbnicę książek oraz wiedzy z różnych dziedzin, a w niej artykuł o groźnie brzmiącym tytule „Wegetariańskie oszustwo”. Zaintrygowana ściągnęłam to dzieło na dysk i drżąca z lęku  zabrałam się za lekturę. Tajemnicze opracowanie okazało się nieco wymiętym skanem z jakiejś gazety lub czasopisma. Nazwa pisma pozostaje tajemnicą, ale nad artykułem, na zielonej winietce, widoczny jest biały napis „Polska-Unia”. To rzuca nieco światła na naszą zagadkę. Jako dociekliwy Skorpion nie poprzestałam na tym, przesunęłam suwak na sam dół strony i moim oczom ukazał się kolejny trop, wiodący po nitce do kłębka, czyli sygnaturka: „Bezpieczeństwo i higiena żywności 8/49/2007”. I wszystko jasne. Oto próbka popisów pisarskich, dająca wyobrażenie o tym, w jaki sposób Unia Europejska ma zamiar dbać o zdrowie i bezpieczeństwo „swoich” obywateli. Obywatele przecież są głupi… e tam, zaraz głupi, przecież człowiek nie może się znać na wszystkim. Każdy fachowiec zna się na swojej działce, na przykład na muszkach owocówkach lub na czarnych dziurach, a zwykły obywatel nie ma o tym pojęcia i mieć nie musi. Ale od czegóż mamy Unię? Śpij więc spokojnie. Unia rządzi, Unia radzi, Unia nigdy Cię nie zdradzi. Unia zadba o ciebie, wprowadzając jednolite przepisy i zalecenia, rzecz jasna DLA DOBRA OBYWATELI, żeby nawet ci, którzy tego czy innego nie wiedzą mogli być pewni, że są tacy, którzy wiedzą i czuwają.

Idźmy więc dalej i przyjrzyjmy się artykułowi z całą, należną uwagą, wytrenowaną przez konieczność utrzymywania nieustającej czujności w społeczeństwie, w którym na każdym rogu czai się jakiś NLP-owski manipulant, cynicznie dybiący naszą kasę lub śliniący się z lubieżnej chuci, by nas wykorzystać seksualnie, bez naszej świadomości rzecz jasna.

Na samej górze widzimy sporej wielkości nadtytuł w dwóch kolorach. Ceglasto-czerwoną czcionką: „Diety zawierające produkty pochodzenia zwierzęcego” i dalej czcionką czarną: „kontra diety wegetariańskie”. Następnie wielkimi wołami wydrukowany sam tytuł. Czarną czcionką: „Wegetariańskie” i ceglasto-czerwoną „oszustwo”. Czerwony kolor rzuca się w oczy i jest stosowany wtedy, gdy koniecznie musimy na coś zwrócić uwagę. Wiemy już, że „diety zawierające produkty pochodzenia zwierzęcego” mają nam się wbić w podświadomość i że wegetarianizm jest oszustwem.

Pod spodem wycentrowany i wyróżniony dużą, szarą czcionką fragment tekstu:

„Odstaw mięso, stracisz zdrowie” – tak powinni zachęcać do diet wegetariańskich ich orędownicy, jeżeli chcieliby zachować obiektywizm i szacunek do wyników badań dietetyków. Wykreślając z diety produkty mięsne tracimy szereg substancji niezbędnych do prawidłowego funkcjonowania organizmu.

I już od razu, na dzień dobry wiemy właściwie wszystko. Nie jesz mięsa, a więc nie szanujesz autorytetu nauki, a to znaczy, że zachowujesz się nieodpowiedzialnie. Nieodpowiedzialność zawsze owocuje złymi skutkami, w tym przypadku utratą zdrowia. Zamiast słuchać uczonych z tytułem dr dajesz się mamić jakimś podejrzanym „orędownikom diet wegetariańskich”. Skoro oni orędują, a więc agitują, kto wie, co się za tym może kryć, ale jest wielce prawdopodobne, że mogą oni być członkami jakiejś sekty. Przecież Dominikanie ostrzegają, że jeśli twoje dziecko przestaje jeść mięso, to jak nic wpadło w sidła groźnej sekty.

Na szczęście masz Unię. Unia rządzi, Unia radzi, Unia nigdy Cię nie zdradzi.

Skoro unijne pismo pisze o wegetariańskim oszustwie, to widocznie ma na to niezbite, wręcz miażdżące naukowe dowody, które zaraz zostaną przedstawione, a nam, wegetarianom nie pozostanie nic innego, jak posypać głowę popiołem, wejść pod stół i odszczekać wszystko to, co mówiliśmy o zdrowym (w naszym mniemaniu) odżywianiu.

Ze ściśniętym niepokojem sercem zabrałam się za lekturę reszty. Ale najpierw mój wzrok został przyciągnięty przez wyeksponowane podtytuły, aż krzyczące, żeby skupić na nich swoją uwagę: „LUDZIE-WARZYWA” i „ZDROWI INACZEJ”. Moja podświadomość od razu wpadła w stan trwożliwego drżenia, a oczom mojej wyobraźni ukazał się obraz jakichś zombie bezwładnie zwisających z wózków inwalidzkich, zielonych na twarzach jak szczypiorek, z cieniutkimi niczym zapałki nóżkami, sięgających pożądliwie rachitycznymi rączkami po zakazany krwisty befsztyk. „ Zamienił się w warzywo na resztę życia” – wiemy, że w mowie potocznej oznacza to stan wegetatywny. Któż z nas chciałby zamienić się w warzywo?

To było mocne! Z trudem doszłam do siebie, w czym pomogło mi wypicie szklanki zimnej, źródlanej wody z plastikowej butelki i z trudem przełamując lęk zabrałam się za dalszą lekturę.

Po zapoznaniu się z podtytułami rzuciłam okiem na autora i jego kompetencje, żeby nie dać się wpuścić w maliny jakiemuś panu Kaziowi, co to na co dzień para się układaniem parkietów, a po godzinach udaje dietetyka. To, co zobaczyłam uspokoiło mnie nieco, bo chociaż autor wydaje się pochodzić zza 7 gór i rzek, jest pracownikiem naukowym SGGW w Warszawie (dokładnie: dr Saa’ed Bawa, Katedra Dietetyki, Wydział Nauk o Żywieniu Człowieka i Konsumpcji). No cóż, doktor. Nie mam pojęcia, czy Saa’ed to on czy ona, więc dla wygody przyjmuję założenie, że to on.

Kiedyś, w dawnych czasach, kiedy jeszcze byłam ateistką i ideową racjonalistką, przed doktorami chyliłam nisko czoło, ale ostatnio tytuły zupełnie przestały robić na mnie wrażenie. Biskup, doktor, prezydent, przedstawiciel Wielkiego Urzędu, Wielki Mistrz czy dowolnego rodzaju Jego Eminencja… te tytuły nie robią na mnie najmniejszego nawet wrażenia. Życie nauczyło mnie, że każdy z nich kultywuje swoją Świętą Wiarę, pozostając przy tym głuchym i ślepym na wszelkie dowody podważające związane z nią dogmaty. I tylko z rzadka światem wstrząsa straszliwy skandal, kiedy sławny na cały kraj jezuita lub watykański urzędnik świętej inkwizycji z hukiem opuszcza szeregi Kościoła, bo doznał iluminacji, że Jezus nie jest Bogiem lub gdy będący wielkim światowym autorytetem zajadły „rottweiler darwinizmu” uznaje nagle za naukową i dającą się udowodnić teorię „inteligentnego projektu”. Zdarza się. Osamotnieni tą dezercją wierni muszą jakoś sobie z tym poradzić, więc zwykle ogłaszają, że ten, kogo jeszcze wczoraj uważali za najmędrszego z najmędrszych nagle zwariował, więc nie ma co się nim przejmować.

Zainteresowanie dietami wegetariańskimi w dużej mierze wywołują jednak aktywiści, którzy usiłują zdyskredytować korzyści zdrowotne, wynikające ze spożywania produktów pochodzenia zwierzęcego, jak np. wołowiny.

I cóż my tu widzimy? Mowa jest o jakichś aktywistach, ale nie nazwano ich z imienia. Skąd mogę wiedzieć, jakich aktywistów mam się wystrzegać, skoro nie poinformowano mnie jak mam ich rozpoznać? Czy mam unikać wszystkich aktywistów jacy są? Czy może tylko jakichś konkretnych? To nie fair i ja się gubię.

Dalej mamy nie ulegające jakiejkolwiek wątpliwości „korzyści zdrowotne”. Koniec, kropka. A gdzie uzasadnienie? Nie ma! Mam uwierzyć na słowo. W końcu pisze to doktor.

Autor nie używa słowa „mięso” – ciekawe dlaczego? Czyżby z powodów (że tak powiem) estetycznych? „Mięso” nie brzmi zbyt przyjemnie i może wywołać złe skojarzenia. Jatka, trupy, ochłapy… Zamiast tego mąci mi w rozumie jakimiś „produktami pochodzenia zwierzęcego”. A czy (za przeproszeniem) kupa nie jest przypadkiem „produktem pochodzenia zwierzęcego”? Dla mnie jest, jak najbardziej namacalnie, bo sprzątam ją po moim kocie.

Dalej pada wreszcie jakiś konkret: WOŁOWINA!

Z czym kojarzy mi się wołowina? Ze wszystkim co najgorsze, czyli z Teksasem, gdzie hoduje się woły, które szprycowane są hormonem wzrostu, od czego tamtejsi ludzie stają się dwustukilogramowymi grubasami i dwumetrowymi gigantami. I z czymś jeszcze gorszym: z firmą Monsanto, która te hormony produkuje i tylko sobie znanymi metodami zmusza cały świat do ich używania. A kiedy jest mowa o „tylko sobie znanych metodach” oczywiście na myśl przychodzą wielkie pieniądze i korupcja. Moja uwaga została więc zaalarmowana, co wywołało podejrzliwość, czy przypadkiem autor artykułu nie jest przez kogoś sponsorowany. A może nie tylko sam autor, ale cała Katedra, a może i uczelnia. I nie mówcie mi, że to nie Teksas, lecz Polska. Firma Monsanto wykupiła już wiele stacji nasiennych i mnóstwo gruntów uprawnych w naszym kraju i tak się dziwnie składa, że ich posiadłości tworzą jedną linię z północy na południe. Jeśli będą tam uprawiać swoje GMO wiatr poniesie pyłki po całej powierzchni kraju: z zachodu na wschód, jedną linią od północy do południa. Jestem też pewna, że ich Posilac stosowany jest we wszystkich polskich oborach, od największych po najmniejsze. Któż nie skusiłby się na dotacje z Unii? Wszak Unia rządzi, Unia radzi, Unia nigdy Cię nie zdradzi.

Ale zaraz, jednak jest coś o aktywistach:

Aktywiści czynią to z powodów pozamerytorycznych, czasem religijnych, czasem quasi-ideologicznych. Troska o zdrowie namawianego do przejścia na wegetarianizm człowieka nie jest dla nich celem nadrzędnym.

I znowu się nie dowiedziałam, jaki jest cel tych „aktywistów”. Skoro nie dbają o moje zdrowie, a ja nie widzę, jaką korzyść mieliby odnieść z tego namawiania, to widocznie są to bardzo, bardzo źli ludzie. I po co im to? Jaki cel mają w tym, żeby mnie za darmo wpędzić do grobu? Może to diabły są prawdziwe?

I dalej… coraz bardziej zapala się czerwona lampka w moim mózgu: znowu ta wołowina:

Artykuł niniejszy opisuje diety wegetariańskie i POTENCJALNE następstwa zdrowotne, wynikające z unikania spożycia mięsa, zwłaszcza WOŁOWINY.

(podkreślenia moje). Słowo „POTENCJALNE” zwalnia autora z odpowiedzialności za słowa, gdyby się jednak okazało, że nie poniosłam żadnych następstw zdrowotnych. A dlaczego wołowina? A dlaczego nie wieprzowina? Czyżby autor był Żydem lub muzułmaninem i uważał świnię za zwierzę nieczyste? W artykule ani razu nie pada ani słowo na temat wieprzowiny. Jak zalecenia religii mają się do wyników badań naukowych? Czy to się da jakoś pogodzić?

Dalej jest omówienie typów diet wegetariańskich, więc pomińmy ten fragment. Po przejściu na drugą kolumnę w oczy rzuca się dwukolorowy, ogromny tekst:

Troska o zdrowie człowieka nie jest dla orędowników diet wegetariańskich celem nadrzędnym

To na wypadek, gdybyś drogi czytelniku to przeoczył. Pamiętaj, wróg nie śpi. Musisz być czujny. Taki orędownik może być dosłownie wszędzie, więc miej się na baczności. Za Stalina zachodni imperialista czaił się za każdym rogiem ulicy, a nawet pod łóżkiem, więc obywatel musiał być stale czujny, żeby drania rozpoznać i złożyć na niego donos do bezpieki. A w średniowieczu na biednego człowieka dybał diabeł. On też mógł być wszędzie. I też namawiał do złego. Zło chce twojej duszy lub twojego zdrowia. Ale nie wiem, czego mógł chcieć od obywateli zachodni imperialista. Bo chyba nie duszy?

Brak zgodności w słowie „wegetarianizm” skłania do sugestii, że można go zastąpić terminologią „dieta oparta na produktach pochodzenia roślinnego”.

Uuups, wymiękam, Pawian przy drodze pilnie potrzebny, bo bez profesjonalnego polonisty (przepraszam Pawiana, która jest kobietą a do tego feministką)… mówiąc feministycznie: bez polonistki nie potrafię zrozumieć co autor miał na myśli pisząc

brak zgodności w słowie „wegetarianizm”

I tu wreszcie dochodzimy do wspomnianego, mrożącego krew w żyłach podtytułu „ludzie-warzywa”. Wcale nie chodzi o to, że od wegetarianizmu staniesz się warzywem, co NLP-owsko zdaje się sugerować ten tytuł. W tym fragmencie znajdują się tylko dane statystyczne na temat wegetarianizmu w USA i trochę mącącego w głowie bełkotu autora, np. to:

… badania przeprowadzone na zlecenie National Live Stock and Meat Board wykazały, że ok. 20% respondentów stwierdziło, że jest wegetarianami. Jednakże, po przeanalizowaniu diet respondentów okazało się, że mniej niż 1% nie spożywało czerwonego mięsa, a dużo mniej – mięsa, drobiu i ryb.

No teraz to już naprawdę nic nie rozumiem… Ludzie deklarują, że są wegetarianami, ale tylko 1% z tych rzekomych wegetarian nie jada czerwonego mięsa? W takim razie NIE SĄ wegetarianami i badania na nich nie mogą dać wyników miarodajnych dla wegetarian. I co to jest „dużo mniej” niż 1%?

Dla niektórych ludzi, szczególnie młodych kobiet, stosowanie diety wegetariańskiej może być sposobem maskowania zaburzeń odżywiania, jak np. anorexia nervosa, bulimia nervosa.

Doktor zapomniał, a może raczej nie słyszał jeszcze o wymyślonej w 1997 roku przez innego doktora, Stevena Bartmana, jednostce chorobowej, która nazywa się orthorexia nervosa i polega na „fiksacji na punkcie zdrowego odżywiania”. Unia rządzi, Unia radzi, Unia nigdy Cię nie zdradzi! Unia ma teraz nowe narzędzie do ratowania ludzi przed samozniszczeniem. Jeśli nie będziesz jeść mięsa, jeśli będziesz odmawiać spożywania GMO i żarcia skażonego pestycydami oraz napromieniowanego, wsadzą cię do wariatkowa i zaordynują stosowną kurację. Doktor Bartman radzi takich ludzi leczyć. Poważnie. Przecież zdrowe odżywianie szkodzi, podobno nawet są już pierwsze ofiary śmiertelne, sprawa jest więc poważna. Jeśli chcesz uniknąć elektrowstrząsów i trepanacji czaszki nie podskakuj i żryj co ci każą, nawet jeśli się świeci lub jeśli warzywo ma oczy i się rusza.

A dlaczego wegetarianie są „zdrowsi inaczej”? Mówiąc w skrócie chodzi o to, że rzeczywiście są zdrowsi, co sam autor przyznaje ponad wszelką wątpliwość, bo nie da się inaczej. Wykazują to wszystkie bez wyjątku badana medyczne, ale autor jest jak podejrzewam sponsorowany przez pewne lobby, musi więc jak najlepiej odrobić zadanie, za które zainkasował niebagatelne jak się można domyślać honorarium. A to wymaga naciągania faktów i stosowania demagogii. Pisze więc, że

małe spożycie mięsa czerwonego (przez wegetarian??? przypisek mój) nie wydaje się dostatecznym wyjaśnieniem ogólnego dobrego stanu zdrowia populacji stosujących dietę wegetariańską

Tu już autor po prostu pluje nam w twarz, najwyraźniej sądząc, że czytelnicy są idiotami i już zapomnieli, że przed chwilą zapewniał nas, że:

troska o zdrowie człowieka nie jest dla orędowników diet wegetariańskich celem nadrzędnym

Odstaw mięso, stracisz zdrowie

wykreślając z diety produkty mięsne tracimy szereg substancji niezbędnych do prawidłowego funkcjonowania organizmu

co niedwuznacznie sugeruje, że diety te są szkodliwe. Żeby się nie wiem jak gimnastykować i naciągać fakty pod z góry założoną i opłaconą przez sponsorów tezę, nie da się w żaden sposób ukryć

ogólnego dobrego stanu zdrowia populacji stosujących dietę wegetariańską.

Brak w tym jakiejkolwiek logiki i konsekwencji, którą powinien odznaczać się tekst pisany przez naukowca, z tytułem „dr” przed nazwiskiem.

Dalej jest jeszcze gorzej. Dowiadujemy się, że wegetarianie nie piją, nie palą i uprawiają sporty oraz spożywają dużo owoców i warzyw. I to rzekomo może być przyczyną ich lepszego zdrowia, wniosek więc z tego wynika taki, że gdyby mięsożercy również spożywali owoce i warzywa w takiej ilości na pewno byliby równie zdrowi. Ale nie są, czego w żaden sposób nie da się ukryć. A gdyby wegetarianie jadali (jeszcze więcej) wołowiny (której jako wegetarianie nie jadają wcale), na pewno byliby jeszcze zdrowsi, bo mieliby jeszcze więcej witaminy B12 i cynku (których braku żadne badania nie wykazują, nie odnotowuje go nawet autor tej pracy). Z dalszej lektury wynika jeden wniosek: dieta wegetariańska jest pod każdym względem doskonała i zdrowa, zalecana dla kobiet w ciąży, niemowląt i dzieci, a nawet dla wyczynowych sportowców, wegetarianom nie brakuje absolutnie żadnych witamin, białek ani soli mineralnych, ale powinni oni jadać wołowinę. Bo tak. Po prostu.

BADANIA NAUKOWE WYKAZUJĄ, że osoby, które wprowadzają DUŻE ilości WOŁOWINY do swej diety spożywają białko, żelazo i witaminy z grupy B NA POZIOMIE ZALECANYM w porównaniu z osobami, które jej unikają.

Przeczytacie uważnie to zdanie! Czy widzicie, jak Was robią w konia? Badania NAUKOWE wykazują, że pożerając woły stosujesz się do zaleceń naukowych! Masło maślane! I za to dają w Unii doktoraty?!

Nie ważne czy wyjdzie ci to na zdrowie. Ważne jest jedynie to, żebyś spożywał białko, żelazo i witaminy z grupy B NA POZIOMIE ZALECANYM. Posłuszni ludzie tak postępują, po czym chorują i leczą się w szpitalach. Łykają leki całymi garściami i jeszcze bardziej chorują od skutków ubocznych tych leków. Więc dostają jeszcze więcej leków, po to, żeby zniwelować skutki tamtych leków. A potem skutki skutków kolejnych leków. I tak bez końca, aż do śmiertelnego zatrucia chemią farmaceutyczną i niestrawionymi resztkami wołowiny w osłabionych jelitach. Jaki stąd wniosek? Że zalecenia są złe i że są takie specjalnie po to, żeby sponsora tego artykułu było stać na jego opłacenie i zarobienie dzięki niemu jeszcze więcej kasy. Czy bogacenie się na śmierci może dawać szczęście?

Ten tekst bardzo podoba się mięsożercom, którzy powielają go i rozpowszechniają. Znaczy to, że nie zauważyli tej całej psychomanipulacji. Stanowi to dowód na to, że dieta mięsna szkodzi mózgowi i upośledza inteligencję.

Tekst jest długi, ma 4 strony i nie ma żadnego sensu, żebym dalej, zdanie po zdaniu, dokonywała jego analizy. Chciałam tylko pokazać na przykładzie, w jaki sposób można ludzi ogłupiać i że można to robić w wyjątkowo prymitywny sposób. Przykre jest to, że większość przyjmuje te bzdury za dobrą monetę i nie zauważa, jak demagodzy manipulują prawdą, przedstawiając białe jako czarne.

Amerykańskie Stowarzyszenie Dietetyczne o diecie wegetariańskiej

Jeszcze jedno post scriptum

Ponieważ w moim blogu starli się (niekoniecznie przepełnieni miłością) wegetarianie z wielbicielami kotletów czuję się wywołana do tablicy i sprowokowana do zabrania głosu w tej kontrowersyjnej i stale wzbudzającej wielkie emocje sprawie.

Wydawało mi się, że jeśli zakopię topór wojenny, strona przeciwna zrobi to samo. I faktycznie, przez wiele lat tak właśnie było. Wprawdzie obiecałam sobie, że nie będę oceniać, co kto jada i nie będę toczyć sporów na ten temat, ale trudno mi przejść obojętnie wobec okrucieństwa.

Niektóre przekazy channellingowe twierdzą, że nie mamy prawa oburzać się na niedobrych Lizardów za to, że nas wykorzystują, mordują, a nawet… zjadają, bo takie są prawa dżungli: skoro my jadamy zwierzęta, nie powinniśmy się dziwić, że inni jadają nas.

Według zasad Kodeksu Hammurabiego prawo to wydaje się bardzo sprawiedliwe.

Ale może czas zdać sobie sprawę z tego, że zgodnie z prawem przyczyny i skutku, którego nauczał również Jezus („co posiejesz, to żąć będziesz”) każde nasze działanie owocuje uruchomieniem kosmicznych energii, które do nas wracają. Dopóki napędzamy energię lęku i nią się żywimy (bo jedząc mięso zjadamy również lęk, krążący w żyłach umierającej istoty), dopóty sami kręcimy bicz na własny zadek. Dopóki jadamy innych, inni będą jadać nas.

Zamiast przedstawiać przekonujące argumenty umieszczam film video zatytułowany „Ziemianie” i uprzedzam, że oglądanie wymaga mocnych nerwów:

PS. do PS.: mam grupę krwi „0”, ale od urodzenia nie cierpiałam mięsa i nie chciałam go jeść. Oczywiście – zmuszano mnie do tego siłą…

Moje sekty

Postanowiłam w wolnej chwili podliczyć do ilu sekt należałam lub w dalszym ciągu należę. Wyszło tego całkiem dużo. A więc do dzieła:

Pierwszą moją sektą był satanizm (buuuaaahaha), ponieważ od wczesnej młodości słuchałam rocka, w tym zespołów szczególnie niebezpiecznych, takich jak The Rolling Stones, The Beatles, Led Zeppelin czy Queen. Przyznam się bez bicia, że słucham ich nadal, a więc trwam w grzechu w zatwardziałości.

Drugą moją sektą był (i jest nadal) wegetarianizm. Nagle przestałam jeść mięso, a przecież wegetarianizm jest pierwszym widocznym objawem opętania przez Szatana lub uwiedzenia przez groźną sektę i po tym właśnie rodzice mogą poznać, że ich dziecko zeszło na złą ścieżkę. Można to przeczytać na każdej bez wyjątku stronie poświęconej zwalczaniu destrukcyjnych sekt.

Trzecią moją sektą było Towarzystwo Medytacji Transcendentalnej, gdzie po raz pierwszy zetknęłam się ze sztuką medytowania. Było fajnie, ale stwierdziłam, że potrzebuję czegoś więcej.

Albo wcześniej, albo później (nie pamiętam dokładnie kiedy) zostałam też uwiedziona przez filozofię New Age. Na początku wydawało mi się to fajne, ale rozczarowałam się, gdy zrozumiałam, że to tylko tani i tandetny ersatz.

Świadkowie Jehowy też próbowali mnie zwerbować, ale udało im się mnie tylko śmiertelnie przerazić i nic ponadto. Było to tak: postanowiłam posłuchać, co mają do powiedzenia i byłam absolutnie pewna, że ich gadanie jest na tyle głupie, że mnie nie „uwiedzie”. Nie przewidziałam jednego: że ich słowa mogą zarazić paranoicznym lękiem, a lęk jest wyjątkowo zdradzieckim wrogiem. Ten lęk, którym mnie (na szczęście na krótko) porazili mało nie skłonił mnie do popełnienia jakiegoś szaleństwa. Na szczęście popatrzyłam na mojego męża, dzieci i innych ludzi wokół i pomyślałam sobie, że to przecież niemożliwe, żeby oni wszyscy byli świrami, a jedynie ta mała grupka Jehowitów była normalna. I to mnie uratowało.

W swoim długim i skomplikowanym życiu miałam nawet taki pomysł, żeby wstąpić do sekty katolickiej i nawet podjęłam dość daleko idące przygotowania do tego. Skąd mi się to wzięło? Ano stąd, że wszyscy wokół mnie do niej należeli, a ja nie i z tego powodu czułam się odmieńcem, a nawet gorzej: bezbożnym wyrzutkiem społecznym. Na szczęście ta fascynacja szybko mi minęła po bliższym zapoznaniu się z głosicielami jej prawd, chociaż i tu sączący się w duszę lęk skłaniał mnie do popełnienia jakiegoś głupstwa.

Później próbowałam różnych ścieżek, ale nigdzie dłużej nie zagrzałam miejsca. Oczywiście przez cały czas byłam wierna satanizmowi, czyli demonowi rocka; uczciwie muszę wyznać, że jestem takim dziwolągiem, że jednym uchem słucham rocka, a drugim muzyki klasycznej i jakimś cudem jeszcze nie zwariowałam.

Na poważnie zaangażowałam się dopiero w astrologię, z dodatkiem numerologii, tarota, run i innych podobnych bezeceństw. Mam w domu kilka talii kart tarota, a więc wpuściłam do swojego mieszkania Szatana i sama nie wiem, co on tam wyprawia (gdy się dowiem, będzie już za późno). Skończyłam również kurs radiestezyjny i chodziłam po ogniu…

Jestem też „wyznawczynią UFO”. To znaczy wierzę w to, że Wszechświat pełen jest inteligentnego życia i cywilizacji na tyle zaawansowanych, że przebycie z jednego końca naszej Galaktyki na koniec przeciwny, a nawet przemieszczanie się między galaktykami, nie stanowi dla nich najmniejszego problemu. Na gadanie sceptyków, że „loty kosmiczne na takie odległości są niemożliwe” odpowiadam: pomysł latania rakietami typu „Apollo” rzeczywiście jest niemożliwy do zrealizowania, bo jest jeszcze głupszy niż zamiar przepłynięcia Pacyfiku starą wanną, jeśli jednak uwzględnić inteligencję, która dla nas jest na razie nie do wyobrażenia, sprawa staje się dziecinnie prosta. Uważam również (co wielu może uznać za przejaw paranoi), że bardzo zaawansowane w rozwoju istoty są w stanie wpływać na umysły ludzi, a nawet zupełnie nad nimi zapanować i skłaniać ich do działań, których normalnie by nie podjęli (o czym piszę niżej). Mam na to kilka dowodów i prawdopodobnie wkrótce napiszę o tym jeszcze więcej. Osobą, która mnie ufologicznie ogłupiła jest aktorka, Shirley McLaine, a dokładnie jej serial telewizyjny „Na krawędzi” („Out on a Limb”), który mnie uwiódł, sprowadził na manowce i totalnie zamącił mi w głowie. Do dziś nie doszłam po tym wydarzeniu do siebie.

Potem zaliczyłam sektę buddyjską, a konkretnie szkołę Karma Kagyu, wsłuchując się z zachwytem w nauczanie jej demonicznego guru Ole Nydahla i wielu innych nauczycieli z Tybetu (a właściwie z tego „Tybetu”, który ostatnio mieści się w USA). Przyznam się szczerze, że uwielbiam ich słuchać, bo każde słowo jest nośnikiem mądrości i prawdy, a przede wszystkim niesie wolność duchową i intelektualną.

Wierzę też w reinkarnację, mało tego, wierzę w to, że dusza może wcielać się również na innych planetach. Ta wiara zdradza moje inklinacje i sympatie do filozofii i religii wschodu (współczesna fizyka stwierdza, że jest w nich zawarta genialna wiedza naukowa, którą dopiero dziś udaje się rozszyfrować).

Najważniejszą i ostatnią moją sektą jest Koło Przyjaciół Bruno Gröninga. Jest ona najważniejsza dlatego, że dzięki metodzie uzdrawiania duchowego, której się tam nauczyłam nie tylko wyleczyłam się z ciężkiej depresji (prawdę mówiąc sądzę, że była to nie tyle depresja, co próba opanowania mojego umysłu przez obcą i wrogą mi siłę) oraz nadciśnienia i tragicznego wprost braku odporności. Dzięki niej rozwiązały się również moje życiowe problemy, które mnie wprost przytłaczały. „Skutkiem ubocznym” praktykowania tej metody jest również moja strona www, która powstała jakby pod wpływem natchnienia z zewnątrz. Po prostu pewne prawdy zostały mi objawione i nie pozostało mi nic innego, jak zapisać je tak, jak zaczęłam je nagle rozumieć.

(Opublikowane na starym blogu 2005-07-24 16:58:47)