Komentarz polskiego prawnika do Przekrętu wszechczasów – cz. 1

Zacznijmy może od tego, czy tak naprawdę powinniśmy przestrzegać prawa? Wszystko opiera się na podstawowym akcie prawnym, którym jest dla Polaków Konstytucja RP. Pojawia się jednak pytanie – dlaczego musimy jej przestrzegać, skoro została napisana przez garstkę ludzi. Czy to, że ktoś napisze jakieś przepisy i każe ich przestrzegać, jest dla nas bezwzględnie wiążące? Moim zdaniem nie, dla wielu jednak zupełnie odwrotnie. Generalnie jestem zdania, że nikt niczego nie może nakazywać drugiemu człowiekowi, byleby tylko ten nie krzywdził drugiego człowieka. My jednak żyjemy w świecie stada baranów, gdzie zdecydowana większość na pytanie – dlaczego przestrzegasz prawa, odpowie – bo tak już jest, bo wszyscy tak robią. Wydaje mi się jednak, że w obecnym świecie/ systemie nie da się omijać prawa, żyć poza nim – musimy więc korzystać z luk prawnych, narzędzi które to prawo nam samo podaje, choć często są one bardzo ukryte. Ktoś dobrze napisał na tym blogu, być może sam Piotras lub Astromaria, że nie da się iść do urzędu czy nawet sądu i powoływać się na nielegalność wszystkich przepisów, bo uznają cię za wariata. Ja z tym twierdzeniem zgadzam się całkowicie. Chyba większość urzędników, jeśli nie wszyscy – spojrzy na ciebie jak na obłąkanego, jeśli zaczniesz im mówić o korporacyjnym państwie RP, prawie morskim, o nielegalności wielu zapisów. Urzędnicy to roboty, które nie myślą, lecz tylko cieszą się promilem jakiegoś ochłapu władzy nad człowiekiem (której my wiemy, że nie mają, ale oni są święcie przekonani że jest inaczej). Zatem skoro już tkwimy w tym wariatkowie, trzeba nauczyć się jak sprawnie się w nim poruszać.

Pierwsza kwestia, która zaciekawiła mnie we wpisach Piotrasa to trójstronna umowa małżeńska – pomiędzy samymi małżonkami a urzędnikiem. W rzeczywistości możemy pokusić się o stwierdzenie, że jest to szczególnego rodzaju umowa, choć polskie prawo nie reguluje tego żadnymi przepisami. Umowa bowiem musi mieć na celu porozumienie stron (może być ich więcej, niż 2) co do określonej czynności prawnej. Małżeństwo trochę się w tę definicję nie wpisuje, jest bowiem jakby odrębną czynnością prawną. Co więcej, w Polsce urzędnik stanu cywilnego nie jest nigdy stroną w zawieraniu małżeństwa, on jest tylko po to aby przyjąć oświadczenia od przyszłych małżonków. Jeśli chodzi zaś o to, że zawierając ślub przed księdzem, automatycznie zawieramy związek cywilny (czyli stajemy się małżonkami w świetle prawa), to wcale tak być nie musi. Wystarczy, że wskażemy księdzu, że chcemy zawrzeć związek wyznaniowy, a nie cywilny – wtedy ksiądz nie będzie załatwiał całej tej papierologii w urzędzie stanu cywilnego.

Druga kwestia, to pojawiające się w niektórych wpisach Piotrasa zastępowanie pism notarialnych przez oświadczenia 3 dorosłych osób. W Polsce to niestety w ogóle nie działa, nie ma takiego prawa. Przykładowo, każda czynność dotycząca przeniesienia własności nieruchomości musi być dokonana w formie aktu notarialnego. Jeśli takiej formy nie zachowasz, to cała umowa jest od początku nieważna, nawet jeśli za nieruchomość dostaniesz umówioną wcześniej z kupującym cenę. Oświadczenia 3 dorosłych osób mogą co jedynie pomóc przy testamencie, ale to i tak w ściśle określonych przypadkach. Od razu odniosę się do testamentów – nie ma potrzeby, aby były sporządzane przed notariuszem – wystarczy własnoręcznie napisać swoją ostatnią wolę (nie na komputerze), dać swój podpis i datę i tym sposobem oszczędzamy pieniądze. Wyjątkiem jest jednak wydziedziczenie – to już niestety można zrobić tylko notarialnie.

Jeśli chodzi o nasze procedury sądowe. Teoria mówi, że sędziowie są niezależni, niezawiśli itd. To w takim razie dlaczego w dwóch prawie identycznych sprawach zapadają dwa odmienne wyroki? Bo w praktyce zależy na jakiego sędziego trafisz. Już na studiach mówili nam, że „Niezbadane są wyroki boskie i ….. sądów rejonowych”. Oczywiście sędzia musi stosować się do całej procedury i zasad prowadzenia procesu, ale jak dochodzi już do postępowania dowodowego na rozprawie, to ma on zapewnioną swobodę uznania dowodów – co to znaczy? Ano tyle, że to on (oficjalnie sąd, nieoficjalnie Jan Kowalski będący zwykłym człowiekiem, sędzią) decyduje czy coś jest wg niego wiarygodne czy nie. Znam też sędziów, którzy robią takie błędy na sali sądowej, że strach pomyśleć, a prawnicy nie wiedzą co dalej z tym zrobić. Jeśli zatem, ktoś otrzyma niekorzystny dla siebie wyrok sądowy, a jest przekonany że powinien wygrać, to radzę się nie poddawać i odwoływać ile się da – ostatnią instancją jest u nas Sąd Najwyższy. Praktyka pokazała, że potrafi on wydawać ciekawe wyroki, które pozwalały ludziom wygrywać, wydawałoby się beznadziejne sprawy. Haczyk tkwi tu jednak w czasie, jaki trzeba poświęcić na wygranie takiej sprawy. Im bardziej złożona sprawa, i im więcej osób jest w niej zamieszanych, tym dłuższy czas oczekiwania na wyrok. Sprawy mogą się więc ciągnąć latami – dla biedniejszych osób, które np. domagają się odszkodowania jest to zabójcze. Istnieje jednak i z takiej sytuacji wyjście – pisze się skargę na przewlekłość postępowania. Skarga nie wymaga żadnych opłat, można wzory znaleźć w sieci. Dzięki niej masz szansę nie tylko na szybsze rozpoznanie sprawy, ale i odszkodowanie od Skarbu Państwa – sam sobie wskazujesz kwotę jakiej żądasz za zbyt długie oczekiwanie na wyrok. W praktyce wystarczy, że przez pół roku od wniesienia sprawy do sądu nie dostajesz żadnej informacji co się dzieje, kiedy będzie rozprawa itd. i już możesz wysyłać taką skargę. Moja znajoma czekała cały rok, aż sąd w ogóle rozpocznie cokolwiek w jej sprawie, namawiałem ją na złożenie tej skargi, a ona uparcie mówiła, że nie chce. Dziwiłem się jej bardzo, bo mogła dostać spore odszkodowanie za samo czekanie na jakiekolwiek działanie sądu, ale ona się uparła że nie chce się w to bawić (a zajęłoby jej to tylko tyle, co podpisanie się na skardze, którą jej chciałem sam przygotować za darmo). Potem po ponad roku przyszło pismo z sądu, że jednak sprawę przegrała – tak więc gdyby złożyła skargę na opieszałość sądu, to by miała chociaż kasę z odszkodowania za oczekiwanie. Skarga jest niezależna od tego czy wygrasz czy przegrasz w swojej sprawie.

Kłopotliwe jest także to, że w Polsce mamy kilka różnych procedur sądowych. Inaczej wygląda sprawa karna, gdzie jesteś niewinny póki ktoś nie udowodni twojej winy, a inaczej sprawa cywilna – gdzie toczy się walka na argumenty i dowody, zatwierdzane ostatecznie przez sąd. Mamy jeszcze procedurę administracyjną, gdzie co do zasady każdy śmiertelnik jest na dużo gorszej pozycji, niż organ administracyjny. To wszystko powoduje niezłe zamieszanie, szczególnie jeśli nie zna się przepisów.

Kolejną sprawą są umowy. Jak słusznie zauważył Piotras, także i u nas nie jest konieczne zawieranie umowy na piśmie, aby obowiązywała. Umowy ustne są równie wiążące, co te pisemne. Kłopot jednak w tym, że jeśli umowa ustna nie dojdzie do skutku i jesteś poszkodowanym (bo np. wykonałeś swoją pracę i nie dostałeś pieniędzy), to ustną umowę dużo trudniej udowodnić przed sądem. Nie jest to jednak niemożliwe. Wystarczy zebrać świadków zawarcia umowy, mieć jakieś nagranie, korespondencję mailową i sprawę można wygrać. Generalnie robi się też tak, jak proponuje Piotras – wysyłamy listem poleconym (ja zawsze proponuję jeszcze za zwrotnym potwierdzaniem odbioru) wezwanie do zapłaty do nieuczciwego dłużnika (można takie pismo zatytułować Przedsądowe wezwanie do zapłaty) – wskazujemy w nim, że żądamy takiej a takiej kwoty, z tytułu zawartej umowy czy wykonanej pracy, wskazujemy termin (zwyczajowo 7 lub 14 dni) na zapłatę i numer rachunku bankowego. Dopiszmy też, że w razie braku zapłaty, sprawa będzie kierowana do sądu, co z pewnością narazi dłużnika na koszty. Większość takich pism odnosi natychmiastowy skutek i nie trzeba latać po sądach. Oszczędzisz czas i pieniądze.

Czasem jednak sąd wydaje się jedynym rozwiązaniem. Ale co w sytuacji, gdy nie masz pieniędzy na opłacenie pozwu i zawodowego prawnika? Nic prostszego, wraz z pozwem składasz wniosek o zwolnienie od kosztów sądowych i wyznaczenie adwokata lub radcy prawnego z urzędu. Wzory można znaleźć w sieci, załączasz do nich wypełniony formularz o swoich dochodach i majątku. Naprawdę duża część wniosków przechodzi i cały proces i prawnika masz za darmo, na koszt państwa. Wielu ludzi boi się jednak, że taki prawnik z urzędu jest byle jaki i nic nie zrobi – a to duży błąd. Prawnik z urzędu ma taki sam obowiązek działać na korzyść swojego klienta, jak gdyby był wynajęty i opłacony z prywatnych pieniędzy. Jeśli prawnik z urzędu będzie działał na twoją niekorzyść, to zwróć mu uwagę, że możesz złożyć na niego skargę albo do okręgowej rady adwokackiej albo do okręgowej rady izby radców prawnych – pamiętaj, że to on jest na twoich usługach, a nie odwrotnie. A jak będzie dalej podskakiwał, to napisz do sądu, że wypowiadasz takiemu prawnikowi pełnomocnictwo i złóż skargę do ORA lub OIRP na tego prawnika. W niektórych przypadkach taka skarga jest na tyle skuteczna, że cwaniacy płacą kary pieniężne, a czasem i nawet pozbawiani są prawa wykonywania zawodu. Trzeba więc zawsze wychodzić z pozycji silnego człowieka, nigdy uległego, bo będą się nami bawić, a nikt oprócz ciebie im takiego prawa nie może dać. Skargi mogą pojawiać się także na sędziów, jeśli oczywiście uważasz że coś robią w twojej sprawie źle – składa się je do prezesa danego sądu, w której toczy się sprawa. Pamiętaj, że skargę można napisać własnymi słowami, nie podlega ona żadnej opłacie i nikt z powodu jej wniesienia nie może ci cokolwiek zrobić (oczywiście, jeśli nabluzgasz w takiej skardze, to trafi do kosza).

Ciekawa sprawa pojawia się przy podatkach. Jeśli masz jakieś źródła finansowe, z nazwijmy to nie do końca legalnych źródeł (np. praca na czarno), a fiskus wpadnie na to po jakimś czasie (może nawet po 10 latach), to też jest wyjście. Generalnie w takim przypadku skarbówka straszy potężnymi karami finansowymi, odsetkami, łącznie z więzieniem. Istnieje sposób na nie zapłacenie zaległego podatku. Dodam tutaj, że skarbówka zazwyczaj dostaje anonimowy donos od życzliwego sąsiada, kolegi z pracy, czy nawet członka rodziny – że coś tam zatailiśmy przed fiskusem. Na donosicieli rozwiązania niestety nie mam. Jeśli już dostaniemy wezwanie i wiemy, że powinniśmy byli zapłacić, to rozwiązanie jest jedno, choć od razu zaznaczam, że dla odważnych. Na studiach uczyli nas (choć nieoficjalnie), że jedynym legalnym źródłem dochodu, które nie podlega żadnemu podatkowi jest … nierząd. Wystarczy zatem, że powołasz się na wpływy z prostytucji i nie będziesz musiał płacić niczego. Z roku na rok, urzędnicy jednak zaczynają robić się bardziej cwani – przybywa bowiem ludzi powołujących się na nierząd, aby uniknąć płacenia potężnych kar za nieopłacone podatki. Urzędnicy wzywają podatnika i szczegółowo wypytują ile razy uprawiało się z kimś seks za pieniądze, a gdzie, a z kim, a od jakiego czasu – zdarzają się nawet pytania o zabawki erotyczne, pozycje łóżkowe. Generalnie im większa świnia z urzędnika, tym bardziej szczegółowe takie dopytywanie i wg mnie upokarzanie człowieka. Jeśli ktoś jest jednak odporny, to może dać sobie i z tym radę. Przypomina to trochę zabawę w niewinnego podejrzanego i złego policjanta, tak jak na zagranicznych filmach kryminalnych.

Jak ominąć całą zabawę z przepisami i nie podlegać nawet Konstytucji RP? Ja widzę tylko jeden sposób – nie być obywatelem RP. Obywatelstwo polskie nabywa się w drodze tzw. zasady krwi, wystarczy że twoi rodzice są Polakami, a ty automatycznie nabywasz obywatelstwo polskie. Możesz się go jednak zrzec. Kłopot w tym, że procedura zrzeczenia się obywatelstwa jest dosyć trudna, długa i odbywa się na szczeblu centralnym – musisz uzyskać zgodę Prezydenta RP. W praktyce niewiele osób się na to decyduje, bo skutki mogą być nieopłacalne. Jeśli zrzekniesz się już obywatelstwa, to zostajesz tzw. apatrydą (czyli bezpaństwowcem). Wtedy, co prawda nie wiąże cię już konstytucja RP, jednak prawa do zamieszkania w Polsce też jako takiego nie masz. Musisz wówczas wystąpić o przyznanie karty pobytu, inaczej mogą Cię wyrzucić z kraju – w praktyce jednak nie mieliby dokąd, bo nie ma na świecie kraju „bezpaństwowców”.

Kwestia obowiązywania wyroków sądowych jest także inna, niż w krajach anglosaskich. U nas podstawa do wydania wyroku jest zawsze konkretny przepis ustawy czy to rozporządzenia. Nigdy zaś sąd nie może opierać się na wyroku innego sądu, nawet jeśliby to był Sąd Najwyższy. Wyroki sądowe nie są źródłem prawa w Polsce, wiążą tylko tych którzy są stronami w danej sprawie. Można co prawda powoływać się na rozprawie, że podobna do naszej sprawa została rozwiązana tak i tak, ale sąd nie ma w ogóle obowiązku tego przyjmować do wiadomości. W Anglii czy USA orzekanie wyroków opiera się na zupełnie czymś innym – właśnie na wydanych już wyrokach, na załatwionych sprawach oraz na gadce adwokatów – im bardziej wygadany i im bardziej fantazjuje, popierając swoje tezy wydanymi nawet kilkadziesiąt lat wcześniej wyrokami, tym większa szansa na wygraną jego klienta, nawet gdyby był w 100% winny. Weźmy także pod uwagę ławę przysięgłych – czegoś takiego w Polsce nie zobaczysz, bo jedynym organem rozstrzygającym sprawy jest sąd (mówi się, że sąd, a nie sędzia – w ten sposób psychologicznie ściąga się winę dokonanego rozstrzygnięcia z człowieka, który wydał wyrok. Powie ci przecież, że to nie on sędzia Jan Kowalski wydał wyrok, tylko sąd rejonowy czy okręgowy gdzieś tam).

Jeśli zaś chodzi o sam wyrok – to faktycznie musi widnieć na nim podpis sędziego. W praktyce jednak o tym sędziowie nie zapominają i podpisują się na wydawanych przez siebie wyrokach. Jeśli podpisu brak, to wtedy oczywiście wyrok w żaden sposób nie wiąże.

Na zakończenie, radzę omijać z daleka wszystkie programy typu „Sędzia Anna Maria Wesołowska” czy inne podobne, bo to co tam się dzieje nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. Nasze rozprawy to głównie papierologia, a nie krzyki i piękne mowy adwokatów czy radców prawnych na sali sądowej. Komentując na głos zachowanie pozwanego czy sędziego, możesz dostać grzywnę, a nawet zostać wyrzuconym z sali. Generalnie cały ten wpis to jeden wielki wstęp, będę wdzięczny za komentarze, uwagi i prośby dotyczące konkretnych zagadnień, które tutaj się nie pojawiły. Inną ciekawą historią może być praca sądu od kulis – czyli m.in. kto tak naprawdę pisze uzasadnienia wyroków. O tym jednak w innym wpisie, ale tylko jeśli będziecie chcieli.

Lavo

Przekręt wszechczasów część XXV

Kontrakty

„Skoro wszyscy ludzie są sobie równi, to dlaczego ktoś rozkazuje mi jak żyć”…?

Niby proste pytanie, a zapewniam Was, że nie jest tak łatwo na nie odpowiedzieć. Przynajmniej bez zapędzania się w bajki typu – „to nasza królowa”, bo to już zupełnie herezja dzisiaj, jutro polecimy na marsa, mamy HDTV w ręku, dzwonimy do kolegi na drugim końcu ziemi, a kłaniamy się w pas królowej… Jeżeli ktoś, kto to teraz czyta uważa, że taki układ jest jak najbardziej w porządku, to chyba zabraknie mi argumentów, żeby odpowiedzieć na pytanie wyżej.

Ok, skoro wszyscy jesteśmy równi, a mnóstwo ludzi wokół stara się nam mówić, co nam wolno, a czego nie, to albo wcale nie jesteśmy równi, albo gramy w jakąś grę, tylko jaką i jak do niej trafiliśmy?

Zanim postaram się trochę przybliżyć temat „panów”, musimy powiedzieć trochę na temat natury kontraktów, umów, interakcji miedzy ludźmi i praw jakie rządzą tym zjawiskiem.

Kontrakt, posiada 4 podstawowe elementy (to super ważne):

  1. OFERTA, „meeting of the minds”, to znaczy, są 2 lub więcej strony, które wyjawiają chęć zawarcia umowy, wejścia w biznes, to musi być DOBROWOLNE, nie można kogoś zmusić do „ochoty na biznes”, chyba że to mafia (rząd???) robi.
  2. FULL DISCLOSURE, czyli WSZYSTKIE warunki umowy muszą być jawne, „kawa na ławę”. Nie może być NIC pominięte, inaczej kontrakt jest nieważny.
  3. EQUAL CONSIDERATION, czyli obie strony muszą wnieść coś, co ma jakąś wartość do tej umowy. Kontrakt, gdzie korzysta tylko jedna strona, nazywa się niewolnictwem.
  4. ACCEPTANCE, czyli wyraźna chęć zaakceptowania warunków umowy, to również musi być zrobione dobrowolnie.

Jest jeszcze kilka rzeczy, ale te 4 są najważniejsze. Żaden kontrakt zawarty bez tych elementów nie ma mocy prawnej, żaden. To będzie dosyć ważna informacja kiedy porozmawiamy o tym, jakie umowy nas wiążą z rządem.

Oferta może być złożona pisemnie, ustnie, emailem, txt, jakakolwiek forma zainicjowania chęci wstąpienia do umowy jest prawomocna. Jasne, że lepiej mieć coś na piśmie, bądź mailu, niż tylko rozmawiać, dlatego żeby później uniknąć nieporozumień, zawsze mamy jakieś korespondencje do których możemy wrócić.

Im jaśniej wyrażamy swoją intencję wejścia w biznes, tym łatwiej będzie nam później negocjować, zasada KISS (Keep It Simple Stupid) jak najbardziej sprawdza się na tym etapie. Rząd ma niestety inne sposoby, żeby „wciągnąć” nas w biznes, ale o tym później.

Jeżeli oferta kontraktu nie była jasna, bądź ktoś został zmanipulowany do wejścia w umowę, taki kontrakt jest nieważny. Jeżeli strona ma nieuczciwe intencje, taka oferta, cała umowa nie istnieje na mocy prawa. Kto z nas otrzymał kiedykolwiek ofertę wzięcia udziału w tej paranoi w jakiej dzisiaj żyjemy? Kiedy ostatnio dostaliśmy ofertę bycia obywatelem, posiadania prawa jazdy, nr pesel itp.? Proszę się nad tym zastanowić, całe nasze uczestnictwo w tym systemie jest niby dobrowolne, ale nikt nie złożył oferty wzięcia udziału… po prostu z automatu nas wrzucają do tej gry, skoro RP to korporacja, my jesteśmy jej pracownikami (z założenia), to kiedy nam złożono oferty pracy?

Full disclosure, czyli „kawa na ławę”, super ważny temat. Dzisiaj umowy są coraz częściej pisane w tzw. legaleeze czyli języku adwokackim, pokręconym do granic, gdzie mało kto rozumie cokolwiek poza swoim imieniem i nazwiskiem, dlaczego? Dlaczego ustawy są tak pisane, że nawet te głąby, co płodzą te brednie nie potrafią ich wytłumaczyć w prosty sposób? Ten sposób formułowania myśli ma tylko jeden cel – zakręcić człowieka w sposób legalny, tak, żeby to strona używająca tego języka była zdolna do niemal wszystkiego w ramach umowy. Tylko wracając do sedna sprawy – jeżeli nie rozumiemy umowy, jak możemy ją podpisać? Dlaczego dzisiaj nikt nie powie „ja po prostu nie rozumiem co tu jest napisane, proszę to napisać w prostym dla mnie języku, inaczej nie ma kontraktu”???

Wszystkie warunki umowy muszą być jasne, koniec kropka. Nie rozumiemy czegoś – pytamy, nie podoba nam się coś – negocjujemy. Wiem, że nie zawsze to możliwe, zwłaszcza w sprawach z rządem, te france nie pytają o nic, po prostu narzucają nam swoją wolę, ale i to się niedługo zmieni.

A co jeśli są poukrywane klauzule – taki kontrakt jest nieważny. Dziś, ktokolwiek z was ma pożyczkę na mieszkanie i przeczyta ją dokładnie, znajdzie niejeden ukryty myk, a to daje podstawę do zakwestionowania samej umowy, udowodnienia nieuczciwych intencji i w rezultacie zatrzymanie interesu na korzyść „pożyczkobiorcy”.

Dlaczego ten punkt jest tak ważny, bo tu jest najczęściej okazja do wydostania się z nieuczciwych umów. Zrozumienie umowy, gdzie rzeczy nie są jasne, bądź celowo przeinaczone jest niemożliwe, więc naturalną sprawą jest to, że jeśli nie rozumiesz warunków twój podpis jest nie ważny. Szybka odpowiedź na argument – „ignorancja nie jest wytłumaczeniem mogłeś zapytać, albo – nie moja wina że nie czaisz” nie do końca będzie działać tu. Stając na wokandzie ja zapytałbym o prostą rzecz – jakie miałeś intencje konstruując ta umowę w taki sposób, że przeciętny człowiek nie jest w stanie jej zrozumieć? Dlaczego nie używałeś prostego języka, czy twoim zamiarem było ukrycie czegoś, bądź wprowadzenie mnie w błąd?

Niemal każdą sytuacje można obrócić w prosty sposób na swoja korzyść i pokazać ławnikom, że to ten kto posługuje się zawiłym językiem, niezrozumiałym dla przeciętnego człowieka ma złe intencje, ważna rzecz.

Znów nawiążę do naszych interakcji z korporacyjnym RP. Skoro nikt nie złożył nam oferty wzięcia udziału w „państwie”, również nikt nie pokwapił się dać „kawę na ławę” i wytłumaczyć, z czym się wiąże nasz udział w tej grze, prawda? Kto z was wie, że bycie obywatelem niesie ze sobą pewne zobowiązania, posiadanie pozwolenia na przemieszczanie się w postaci „prawa jazdy” niesie ze sobą obowiązek przestrzegania setek zakazów, nakazów i obfituje w kary w postaci mandatów na każdym niemal rogu? A tak naprawdę nie potrzebujemy czyjegoś pozwolenia na to, żeby przejechać z A do B, tak długo, jak nikomu nie robimy krzywdy i podczas tej akcji jesteśmy nietykalni.

  1. Equal consideration, czyli obie strony wnoszą coś wartościowego do umowy. Nie musi to być pieniądz, mogą to być najróżniejsze rzeczy, z własnością intelektualną włącznie. Dzisiaj ja zrobię tobie stół, za tydzień ty pouczysz mnie grać na gitarze, nieważne, ważne jest to, że obie strony są tzw. beneficjentem z wynikającej sytuacji/umowy. Ktoś komu wydaje się że może skonstruować umowę, gdzie poprzez zawiły język i jakiś trick „kupi” od starszej osoby mieszkanie za 20 zł bardzo się myli. EQUAL znaczy równoznaczne, równowarte, mieszkanie warte na rynku 150 000 nabyte przez szwindel za 20 zł – taki kontrakt nawet ja jestem w stanie odkręcić, nie mowie już o kimś, kto się tego porządnie pouczy. To są niezmiernie ważne informacje, bo my wszyscy na co dzień wchodzimy bądź kontynuujemy masę kontraktów, w każdej chwili niemal naszego życia. Ja siedzę teraz i piszę, używam prądu – umowa z dostawcą, mam Internet – umowa z dostawcą, ogrzewam mieszkanie – umowa z dostawcą, jem kanapkę – wszedłem w biznes ze sklepikarzem wcześniej, jestem w domu, za który płacę – umowa o wynajem i tak bez końca. Więc zrozumienie natury kontaktów jest fundamentalne dla naszej egzystencji, ciekawe dlaczego nie uczą nas tego w szkołach…. A, jeszcze nawiązanie do „umowy” z rządem – co takiego może zaoferować rząd, w zamian za naszą pracę, czego nie dostał/ukradł ode mnie wcześniej?

ACCEPTANCE, czyli akceptacja umowy. Po poprzednim zaznajomieniu się z ofertą, warunkami umowy, zrozumieniu całego układu, zgadzamy się na umowę. I tu ciekawostka, nie wszystko musi być na papierze. Tylko dlatego, że nie podpisaliśmy papieru nie znaczy to, że nie ma umowy. Wchodząc do sklepu, bądź restauracji i zamawiając coś, wchodzimy w umowę, wyjawiliśmy naszą wolę wejścia w umowę wchodząc do knajpy i prosząc o menu. Zaznajamiamy się z warunkami umowy – schabowy = 10 zł, akceptujemy ofertę składając zamówienie – niczego nie podpisaliśmy, a jednak nikogo nie dziwi, że kelner będzie oczekiwał zapłaty. Tak jest również podczas umów wszelakiej maści. Ja robię meble ludziom i do biznesów, jeszcze nie zdarzyło mi się, że podpisałem cokolwiek na papierze. Wszak mam ofertę wysłaną emailem, warunki omówione emailem, bądź w postaci tekstowej i mam zgodę na mailu, idę do pracy – umowa istnieje, nikomu nawet nie przyjdzie do głowy powiedzieć – „ha, nie ma papierowego kontraktu, więc nie będę płacić” – a jeżeli to już się stanie – mamy już sposób, żeby odebrać należność z nawiązką.

Pozwólcie, że znów odniosę się do naszych interakcji z rządem – kiedy dokładnie ktokolwiek z nas złożył świadomą zgodę na branie udziału w biznesie korporacji RP? Nigdy, ktoś może powiedzieć, i to się często słyszy – brak niezgody – oznacza zgodę, tylko jest mały problem – ten schemat dotyczy już istniejącej umowy, która była jak najbardziej prawomocna, gdzie miała wszystkie elementy i nasza zgodę, a coś poszło nie tak i teraz robimy proces administracyjny. Jeżeli nas wrobiono w udział biznesu RP, nie było oferty, nie powiedziano o warunkach umowy, nie było nic wartościowego ze strony RP, a na koniec nasza zgoda była DOMNIEMANA, to gdzie, się pytam, istnieje jakikolwiek kontrakt/umowa miedzy mną a rządem RP? Nigdzie, to jest odpowiedź, jest jak zwykle – domniemana…

„Agreement of the parties makes the law” – zgoda obu stron tworzy prawo, to jedna z najważniejszych maksym prawnych, jest uniwersalna i ma zwierzchnią jurysdykcję w wielu przypadkach, pod warunkiem, że spełnia wszystkie elementy niezbędne do powstania umowy. Dzisiaj widzę na co dzień niemal problemy jakie ludzie mają tylko dlatego, że nie rozumieją czym jest i jak działa kontrakt. Dzisiaj (pracując w nieruchomościach) widzę od środka masę problemów jakie mają ludzie z najemcami. To durne prawo ustawowe jest tak wymyślone, żeby dać szansę na niekończące się procesy, tuziny adwokatów, którzy piszą listy, obrady, rozprawy tylko po to, żeby takiego delikwenta który nie płaci za czynsz można było usunąć z mieszkania. Widzę jak ludzie płaczą, bo płacą pożyczkę na mieszkanie co miesiąc, a najemca siedzi w tym mieszkaniu, czasem nawet rok i adwokaci niby „szarpią” się między sobą niczym wilki, żeby coś wygrać. Jedno wam powiem – bzdura na resorach, to wszystko to durny teatr żeby LAW SOCIETY mogło ciągnąć kasę w nieskończoność, a jak już wykrwawią swoich klientów – to załatwią sprawę, albo i nie, bo i tak bywa.

Skoro „zgoda stron tworzy prawo” w tych relacjach, dlaczego nie zrobić swojego własnego kontraktu zamiast używać szablonowo zrypanych, jakie podsuwają adwokaci? Jeżeli właściciel mieszkania (nie ważne, że na kredyt) ma 100% tzw. equity – czyli wartości tej nieruchomości – TO ON tworzy prawa jakie obowiązują przyszłych zainteresowanych wynajmem, to logiczne. Jeżeli się obawia, że może zaistnieć sytuacja, gdzie najemca przestanie płacić i nie będzie chciał się wynieść, wystarczy, że zrobi klauzule gdzie wyraźnie napisze „w razie nie otrzymania opłaty wynajmu przez …. najemca zgadza się opuścić lokal w ciągu np.30 dni bez możliwości negocjacji bądź odzyskania depozytu” i tyle.

Tylko taki układ jest nie na rękę adwokatom, bo tu nie ma nic do interpretacji, pieprzenia w bambus na wokandzie i tak dalej, a co za tym idzie – nie zarobią na swoich zagrywkach, listach, ustawach itp.

Nawet jeżeli ustawa mówi inaczej (podaję przykład z miejsca gdzie mieszkam UK) umowa miedzy dwojgiem żywych ludzi ma zwierzchnią jurysdykcję, bo tu chodzi o tytuł własności – EQUITY, a w systemie gdzie wszystko rozgrywa się o pieniądze, to właśnie equity jest królem.

Na koniec dodam te wszystkie machloje w PL, gdzie taki Amber Gold okrada tysiąc ludzi, potem zamyka firmę i kładzie lachę, (dostali śmieszny wyrok i nic więcej) są do odzyskania jak najbardziej. Franek Pietranek wisiał mi £1000 i wielu innym ludziom też. Dorobił się i zamknął firmę nie wypłacając należności za pracę, i ludzie myślą, że sprawa leży do góry brzuchem – nic bardziej mylnego. Pomyślcie, mimo że zawarliście umowę z dyrektorem Pietrankiem, ten jego status/tytuł, to wymyślony koncept, nie żyje swoim życiem – Franek jest jedynym animatorem tej osoby, bez Franka, to tylko napis na kartce papieru. Umowę podpisał Franek, nie dyrektor, prezes czy właściciel, tylko Franek z krwi i kości, występujący w roli dyrektora, więc jak wam wisi siano, a sam mieszka w willi za 20 000 000, to już wiecie kogo pociągnąć do odpowiedzialności – nie dyrektora nie istniejącej spółki, tylko Franka Pietranka z krwi i kości, potem założyć LIEN na ten piękny dom i niech się facet poci, można nawet załatwić mu pudło za to co zrobił – tu u mnie to jest dosyć prosta procedura, nie wiem jak w PL.

Zachęcam do szukania info na temat kontraktów w sieci, jest tego multum, można naprawdę ułatwić sobie życie zapoznając się z tym.

Piotras

Przekręt wszechczasów część XXIV

Prywatny administracyjny proces ugodowy

Chciałbym przedstawić proces, dzięki któremu – po raz kolejny – odzyskałem pieniądze od klienta, który – że tak powiem – miał inny pomysł, niż zapłacić mi za moją pracę, co w dzisiejszych czasach dzieje się dosyć często niestety.

Informacje te, są niesamowicie użyteczne, i ich moc prawna wykracza poza ramy zwykłych listów, pogróżek, i wszelakich zabiegów, żeby odebrać swoje mienie od cwaniaków, którzy myślą, że nie muszą płacić za ludzką pracę.

Tego lata wykonałem dosyć duży projekt dla właściciela nowo otwartego pubu, wymieniliśmy się emailami, zdjęciami, w końcu ja wystawiłem cenę i otrzymałem zielone światło do roboty. Proszę zauważyć, że nie mieliśmy żadnego pisemnego kontraktu, papierów, podpisów itp., nawiążę do tego faktu nieco później.

Wszystkie projekty wykonałem w warsztacie, zostały dostarczone i zainstalowane, po czym wysłałem mu pierwszy rachunek za część robót, myśląc, że zawsze łatwiej jest płacić po trochu, niż wszystko na raz. Odpowiedz była „OK, zapłacę do końca tygodnia”, to było miesiąc temu. Czas płatności minął, a ja dostałem prośbę o trochę czasu, do momentu otwarcia, wtedy mi zapłaci. Ja odpisałem „OK”, ale wtedy wysyłam wszystkie rachunki na raz i oczekuję zapłaty. Napisałem w sposób taki, że brak odpowiedzi z jego strony oznacza zaakceptowanie warunków płatności. Forma takich korespondencji jest tu niezmiernie ważna.

Przyszedł czas otwarcia, więc wystawiłem cały rachunek e-mailem. Nie otrzymałem odpowiedzi. Kilka dni później, wysłałem kopię papierową listem poleconym, odebrano – brak odpowiedzi. Więc uruchomiłem machinę i już opisuję jak to działa.

Najważniejszą rzeczą w tej całej sytuacji jest tzw. injury – czyli krzywda, jaką jedna strona kontraktu zrobiła drugiej i okoliczności jakie temu towarzyszyły. Druga bardzo ważna rzecz – jeżeli chcesz to wygrać niemal z automatu – ZAWSZE musisz być tym honorowym, nie możesz pozwolić sobie na żadne zagrywki, bo to zmniejszy twoje szanse na szybki wynik.

Zapomniałem dodać, że po tym jak nie otrzymałem pieniędzy po pierwszym rachunku, pojechałem dokończyć coś, i pomoc w kilku drobnych rzeczach, mimo, że już wiedziałem, że będzie problem z płatnościami. A to właśnie po to, żeby zawsze dotrzymać swojej części umowy, jeszcze rok temu, po tym jak mi nie zapłacił – dałbym mu środkowy palec i więcej nic nie kończył, dzisiaj już tak nie zrobię.

Proces po stronie prywatnej, dzięki któremu możemy odzyskać niemal wszystko co się nam należy i to czasem z grubą nawiązką wygląda tak – wszystko poleconym:

  1. Zawiadomienie o niedotrzymaniu warunków umowy, wyrządzonej krzywdzie i okazja na zadośćuczynienie (nie brzmi to po polsku ładnie, ale chodzi o sens, na pewno znajdziecie lepsze słownictwo).

W tym dokumencie oświadczamy gdzie dokładnie kontrakt został złamany, dlatego b. ważne jest dotrzymać swojej części do samego końca. Wyjaśniamy również, że poprzez to zachowanie doznajemy krzywdy finansowej: nie otrzymałem zapłaty, nie mam jak zapłacić rachunków, kupić jedzenia itp. To się nazywa consequential damages, czyli krzywdy, które wynikają pośrednio z zerwania umowy, bądź odmowy zapłaty. Dajemy 10 dni na odpowiedź, przyjęło się, że 3 dni na dostarczenie, 3 dni na odpisanie, 3 dni na powrót, 1 dzień extra. Wysyłamy poleconym na nazwisko i adres osoby odpowiedzialnej, kopie chowamy do teczki razem z paragonem z poczty. Koniec.

  1. Jeżeli dostaniemy zapłatę, to koniec sprawy. Jeżeli nie, i nie wróci do nas odpowiedź dlaczego nie otrzymaliśmy pieniędzy (uzasadniona prawnie, złożona pod przysięgą z pełną odpowiedzialnością – inaczej taka odpowiedź jest nieważna). Wysyłamy następne pismo tym samym sposobem:

Zawiadomienie o braku odpowiedzi, szansa na zadośćuczynienie krzywdy i informacja o obowiązku uiszczenia opłat za spóźnienie.

W tym dokumencie, piszemy trochę coś, co wydaje się śmieszne, ale musi być. Dajemy jeszcze raz szansę naszemu przeciwnikowi na to, żeby w porę się zorientował, że robi nam krzywdę, i dajemy mu szansę na naprawę sytuacji.

Druga część owej korespondencji to informacja o naliczaniu karnych odsetek za przetrzymywanie mojej własności (moja wyplata) bez mojej zgody. Suma jakiej zażądamy musi być realna, nie dostaniemy 9000.000 zł dziennie nawet jak wygramy w sądzie. Ja zażądałem £40 za dobę, za to, że on nie wypłacił mi £1300, więc w granicach rozsądku.

Bardzo ważne, żeby te pisma napisać w odpowiedni sposób, taki, który umożliwia zaakceptowanie poprzez brak odpowiedzi. 10 dni na odezwę z powrotem, kopia do teczki + paragon.

Po tym jak wysłaliśmy 2 papier, drogą poleconą, dołączamy tzw. fee schedule, czyli termin płatności karnych odsetek. Ten dokument musi być napisany w formie automatycznego kontraktu. Brzmi to zabawnie, ale w skrócie powiem, że forma pisania owych dokumentów jest niezmiernie ważna. Ten, który ja wysłałem pokrótce miał taką formę:

„W związku z tym, że zdecydowałeś przetrzymywać moją własność (moją zaplatę £1300) bez mojej zgody, proponuję opłatę dzienną w wysokości £40 przez okres trwania procesu administracyjnego. Jeżeli nie jesteś zainteresowany tą ofertą – zwróć moją należność w przeciągu 10 dni od otrzymania tego pisma, jeżeli się zgadzasz – nie musisz robić nic, odsetki zostaną naliczane 11 dnia od daty doręczenia tej oferty”

To może wydać się śmieszne, ale proszę mi wierzyć – działa, nie mówię tego, bo gdzieś przeczytałem, ale miałem okazję wykorzystać ten system niejednokrotnie. Ludzie, gdy nie rozumieją co czytają – często idą po poradę do swoich adwokatów – a ci z mety mówią im, że mają wielki problem i sprawa zwykle kończy się błyskawicznie – tak jak to miało miejsce teraz.

Więc oba pisma wysłane, czekamy, dajemy przeciwnikowi wszelkie szanse, żeby naprawił swój błąd. Jeżeli to zrobi i zapłaci za moją pracę – koniec procesu, jeżeli nie, następny etap.

  1. Kolejnym, najważniejszym elementem tego procesu jest tzw. AFFIDAVIT, czyli oświadczenie pod przysięgą. Ten dokument ma tak ogromną moc prawną, że praktycznie zostawiony bez odpowiedzi – jest już wyrokiem, po stronie prywatnej, zanim przejdzie do publicznej.

Affidavit musi zawierać WYŁĄCZNIE fakty, nie ma tu miejsca na osobiste opinie, uczucia, żale itp. To jest dokument napisany zwykle w punktach, na które druga strona musi odpowiedzieć pod przysięgą – PUNKT PO PUNKCIE, nie wolno zostawić ani jednego bez odpowiedzi. Jak ma to wyglądać – proszę zajrzeć na szatę na necie, a treść ma zawierać tylko to, co się stało:

  1. dnia tego i tego wykonałem taką pracę dla … z terminem płatności ….
  2. nie otrzymałem zapłaty do dnia dzisiejszego.
  3. dnia … zostało wysłane pismo o wyrządzeniu krzywdy i możliwości zadośćuczynienia. Brak odpowiedzi, pismo doręczone … dowód doręczenia …
  4. dnia …. doręczono … pismo o braku odpowiedzi i kolejna możliwość uiszczenia opłaty. Załączono ofertę płatności karnych, która została zaakceptowana, dowód doręczenia …
  5. należności nie zostały wpłacone za wykonaną pracę, nie zostało dostarczone uzasadnienie prawne tejże sytuacji. Nie otrzymałem żadnej odpowiedzi od ….

Nic więcej nie musi znajdować się, jeżeli chodzi o samą treść. Oczywiście forma tego pisma musi odpowiadać wymaganiom – jest na necie mnóstwo przykładów – podpisane własnoręcznie.

Proszę mieć na uwadze, że ten dokument to obusieczny miecz – jeżeli znajdzie się w nim coś, co nie jest prawdą – ilość kłopotów jaka może do nas wrócić jest ogromna, w świecie biznesu tylko morderstwo ma większy kaliber niż składanie fałszywych zeznań pod przysięgą, za to długie są lata za kratami.

Takie pismo wysyłamy poleconym do przeciwnika i znów dajemy mu 10 dni na odpowiedź. Jeżeli zapłaci – koniec, jeżeli nie – ostatnim dokumentem przed procesem sądowym jest tzw. certificate of default – czyli dowód poddania sprawy w wolnym tłumaczeniu.

Ten dokument ma tylko za zadanie powiadomić drugą stronę, że zrobiliśmy wszystko co było w naszej mocy, żeby dać mu szansę naprawienia krzywdy, jaką nam wyrządził przez zatrzymanie naszej wypłaty. Nie musimy już mu dawać czasu na odpowiedź, czekać na nic, dostaje ten papier, a my idziemy do sądu po papiery, żeby sporządzić pozew.

Do tego pozwu zostanie dołączony nasz proces administracyjny, cały, z kompletem paragonów z poczty tak, aby koleś na wokandzie w kilka minut po przeczytaniu miał pełny obraz sytuacji. Nie zostaje nic otwarte do interpretacji, nie ma miejsca na adwokackie banialuki, grę słówek itp. Tu jest wszystko czarno na białym, sędzia zazwyczaj potrzebuje krótkiej rozmowy i wyrok zostaje ogłoszony na rzecz pozywającego. Tak to działa tutaj, nie wiem na ile to jest skuteczne w tak rąbniętym kraju jak Polska, więc tu się nie mogę wypowiedzieć.

Ten proces dużo ludzi wykorzystuje przeciwko aparatowi władzy, działa niemal tak samo, ale o tym napiszę w innym artykule.

Na koniec jedna z najważniejszych maksym prawnych w dzisiejszym świecie: UNREBUTTED AFFIDAVIT STANDS AS TRUE, czyli zeznanie pod przysięgą, na które nie było odpowiedzi – jest prawdą. W każdej sprawie sądowej, dlatego właśnie, jeśli zatrudnisz adwokata, ten zrobi wszystko, żeby taki papier nie znalazł się w aktach jak najdłużej się da.

Dokument zwany AFFIDAVIT, czyli zeznanie pod przysięgą MUSI być podbity notarialnie. Składamy takie pismo do kupy i idziemy do notariusza. Ci ludzie mają bardzo ważną rolę w systemie, to nie tylko ktoś, kto jest oficjalnym świadkiem naszej prawdy, może trochę jak klucznik z Matrixa – pozwalają dokumentom przejść z jurysdykcji prywatnej do publicznej. Swoim podpisem otwierają bramę do systemu, teraz nasz dokument zawierający wyłącznie prawdę i fakty MUSI być uznany i zauważony przez sędziego, nie ma innej opcji. Co więcej, nikt nie ma prawa zmieniać jego zawartości, sam sędzia ryzykuje swoją posadę, jeżeli zechce z tym dokumentem cokolwiek zrobić. Jedyna osoba, która może odnieść się do naszego affidavit jest nasz adresat/przeciwnik i musi zrobić to punkt po punkcie i do tego pod przysięgą, wyłącznie tak jego zdanie ma jakieś znaczenie. Inaczej – nie, i nasza prawda czeka tylko na uznanie w systemie/publicznym przez przedstawiciela sądu, nic poza tym.

Interesująca sprawa – jeżeli nie mamy siana na notariusza, bądź po prostu nie chcemy wydawać, wystarczy poprosić 3 osoby nigdy nie karane o podpisanie naszego affidavit. To ma dokładnie taką samą moc jak notariusz, tylko nie wygląda aż tak oficjalnie. Jeżeli chcemy zrobić dobre wrażenie na przeciwniku, myślę że parę groszy na notariusza to niewielki wydatek, zwłaszcza jeżeli staramy się odzyskać dużą sumę, poza tym możemy odzyskać wszystkie koszty po procesie, bo prawdę mówiąc, zachowanie naszego adresata zmusiło nas do kosztów.

3 men of good standing – i dokument przechodzi do jurysdykcji publicznej.

Piotras

c.d.n.

Przekręt wszechczasów część XVIII

Lichwa c.d.

Chciałbym wytłumaczyć to dziwne zjawisko, kiedy firma windykacyjna poprosiła nas o 1£ w zamian za to, że pokażą nam ORYGINALNĄ umowę o pożyczkę między moim kolegą a bankiem.

To na pierwszy rzut oka wyda się bardzo dziwne, ale niestety wewnątrz tej gry obowiązują dziwne nieraz prawa, których ludzie na ogół nie rozumieją i właśnie dlatego takie rzeczy jakie dzieją się np. w Polsce są w ogóle możliwe – kiedy komuś ginie dowód, a ktoś inny biorąc pożyczkę na zaginiony dokument zwala odpowiedzialność na tego, komu ten dowód zginał, albo komornik zabiera traktor sąsiadowi za długi jego kolegi zza miedzy.

To bardzo przykre powiedzieć, ale nasz kraj wiedzie prym w tych oszustwach, na takie rzeczy jakie się tu dzieją, żaden normalny kraj – właściwie ludzie sobie nie pozwalają. Nie wiem z czego to wynika, może z niewiedzy, a może po trosze z naszego charakteru, tej zawiści i nienawiści do drugiej osoby, która napędza tę karuzelę szelmostwa.

To dlaczego firma, która ścigała mojego kumpla za 15 000£ nagle prosi o 1 £ w zamian za to, że pokażą nam tę umowę jako podstawę do swoich roszczeń?

Wszystko opiera się na prawie kontraktowym, to nic innego jak oferta i akceptacja oferty. W momencie przyjęcia oferty, (1£) nawiązuje się między nami umowa, od tej chwili, poprzez naszą akcję (zaplata 1£) dajemy życie nowemu biznesowi, który niesie ze sobą straszne konsekwencje – dla mojego kumpla rzecz jasna.

Jeżeli zapłacilibyśmy tego funta, to w świetle prawa przyjęliśmy do wiadomości (nie)fakt, że ta firma windykacyjna posiada umowę, o którą prosimy. W związku z tym, nabiera praw do jej egzekucji. Wiem, że to nie ma sensu na pierwszy rzut oka, ale niestety tak jest. Firma dalej nie ma tej umowy, w żadnym wypadku, ale teraz może wejść na drogę sądowa i poprzez system i jego procedury zmusić mojego kolegę do spłaty nie tylko rzekomej pożyczki, ale jeszcze wszystkich opłat, jakie sobie naliczyła firma windykacyjna.

Niedorzeczność – wiem, ale tak jest. Oferta kontra oferta, akceptacja – mamy razem interes, tak to wygląda.

Firma windykacyjna X odzywając się do nas listownie zaproponowała nam interes, ano taki, że będą z nas ściągać jakieś długi i proszą o natychmiastowe spłaty, lelum-polelum i tak dalej. Co robi statystyczny Jaś? Nie mając pojęcia, że bank mu nigdy nic nie pożyczył, najpierw dostaje mikro zawału, potem zaczyna spłacać wszystko to, czego X zażąda, a jak nie – to dobiorą mu się do skóry. Jaś nie ma pojęcia, że X nie ma żadnego prawa nic z niego ściągać, ale poprzez swoją akceptację (zgoda na żądanie, poprzez uiszczenie pierwszej wpłaty) oferty kontraktu potwierdza w oczach prawa, że chce z własnej woli wstąpić w biznes z X. Od tej pory X ma prawo zmielić Jasia jak im się tylko spodoba, bo Jaś nie mając pojęcia o niczym nie będzie potrafił niczego zakwestionować. Dlatego firmy jak X powstają jak grzyby po deszczu, są dosłownie jak pasożyt, który dosiada Jasia po tym, jak inny pasożyt (bank) już dobrze wydoił Jasia wcześniej.

A jak sobie poradzić z taką firmą X, która bardzo „poważnie” płodzi owe dokumenty? Poprzez tzw. conditional acceptance – czyli zaakceptowanie oferty POD WARUNKIEM. W ten sposób nie stajemy się stroną konfliktową w świetle prawa, nie jesteśmy kimś, kto odrzuca ofertę, bądź ją ignoruje – o tym wspominałem już kiedyś – nie ignorujemy pism z żądaniami.

Więc robimy to, co napisałem w liście za mojego kumpla, akceptujemy tę ofertę pod warunkiem, że X przedstawi nam niezbity dowód na to, że w ogóle ma jakieś prawo do roszczeń majątkowych. Pytamy o coś, czego X nie posiada, nie może posiadać, bo prawnie nie ma takiej możliwości – czyli naszej oryginalnej umowy z bankiem, która rzekomo dała życie owej pożyczce.

A czemu X nie może jej posiadać w oryginalnej postaci? Z kilku powodów – po pierwsze – ta umowa została zmonetaryzowana i razem z innymi tego typu środkami zwanymi SPV – special purpose vehicle – została sprzedana dalej, inwestorom, którzy ją potem ubezpieczają i tak dalej. Po drugie – my nigdy nie mieliśmy żadnych interesów z X, X nie było stroną w oryginalnym kontrakcie pomiędzy nami a bankiem, to jest tzw. third party intervener – czyli osoba trzecia, z którą nie mamy żadnych interesów, ktoś zupełnie obcy wchodzący między wódkę i zakąskę. Poza tym – umowa oryginalna jest własnością Jasia, w niezmienionej postaci musi pozostać na czas trwania kontraktu (umowa o pożyczkę) i bank nie ma prawa jej nikomu sprzedać bez naszej zgody (tylko teoretyczne rzecz jasna, bo oni to robią bezprawnie cały czas), dlatego X nie ma prawa do żadnych roszczeń, to po prostu kant.

Inaczej ma się sprawa z komornikiem z urzędu, gdzie jest wyrok sądowy i sędzia podpisał własnoręcznie takie roszczenia – tu jest ogromna różnica, napisze później co wiem o tym.

Wszystkie zadania od firm windykacyjnych prywatnych jakie widziałem (a widziałem sporo, mój  drugi znajomy przez jakiś czas pracował jako komornik) to była po prostu żenada. Kawałek papieru z logo, dużo pustych słów, pogróżek, żądań, podopisywanych zer i numer telefonu jakiegoś Kazia – managera, do którego trzeba zadzwonić już teraz, bo jutro zabiorą telewizor – kabaret po prostu – oczywiście żadnych czytelnych nazwisk i podpisów.

Więc piszemy do X w jak najszybszym czasie z prośbą o udostępnienie tejże oryginalnej umowy na podstawie której X ma swoje żądania. Dajemy 10 dni na odpowiedz, i piszemy taka kontrofertę w sposób odpowiedni – taki, że w przypadku braku odpowiedzi – X przyznaje się do tego, że ich żądania to czyste oszustwo. To jest bardzo ważne, sposób pisania, żeby postawić X w takim miejscu, że mają przewalone, cokolwiek zrobią, bądź nic nie zrobią – brak odpowiedzi to najlepsza odpowiedź – tu przypominam ignorowanie pism – brak odpowiedzi z naszej strony – przyznanie się do zaakceptowania oferty/roszczeń.

I jeszcze jedno – bardzo ważne, tak ważne, że tyczy się wszystkiego, nie tylko komorników, całego prawa, we wszelakiej postaci (oprócz korporacyjnych, debilnych ustaw): TEN KTO STAWIA TEZĘ – MA OBOWIĄZEK JĄ UDOWODNIĆ.

Jeszcze raz – X przysyła mi pismo do domu, że jestem im winien siano – to jest ich teza, teraz spoczywa na nich obowiązek udowodnienia, że mają prawo do tych pieniędzy. System i szkoła wywala wszystko do góry nogami, zamiast pytać – mówimy i potwierdzamy, zamiast zmusić kogoś do udowodnienia swojej racji – zaczynamy się bronić stawiając tezy – i brniemy coraz głębiej w bagno.

X chce moich pieniędzy, bo bank im podarował moją rzekomą pożyczkę…

Proszę bardzo:

„Bardzo chętnie spłacę wszystkie należności (jesteśmy w oczach prawa bardzo w porządku, akceptując grzecznie ofertę i nie kreując problemu), pod jednym warunkiem – że X mnie przekona o podstawie swoich roszczeń”. Mam na myśli umowę, oryginalną, w niezmienionej postaci, z moim własnoręcznym podpisem, która rzekomo dała życie tej całej sytuacji.

Bądź, podpisany nakaz sądowy, gdzie sędzia czytelnie podpisał, zaraz po tym, jak odbyła się sprawa sądowa, o której ja byłem poinformowany (dowód w postaci listu poleconego z sądu i moim podpisem odebrania) przez co miałem szansę – zgodnie z prawem – do swojej obrony.

X znika jak kamfora, uprzednio próbując tanich (1£) chwytów, żeby złapać nas na kruczki prawne, jakie system stworzył, żeby kroić ludzi.

Ja bardzo chętnie skroiłbym taki X na 3+1, właśnie po to, żeby dowalić tym hienom, ale jak już wcześniej wspomniałem, mój kumpel bardzo się ucieszył mając ich z głowy.

Jest jeszcze sposób na to, żeby bank nigdy nie zaraportował negatywnie do banku informacji, bo tak naprawdę żadnej pożyczki nie było, więc nie było obowiązku żadnych spłat – więc nikomu się krzywda nie stała, ale to już temat na osobny artykuł.

Więc tak to się ma, „akceptacja pod warunkiem” jest jedną z najsilniejszych broni przeciwko gnidom komorniczym, firmom X, które powstają z dnia na dzień, i często ta technologia jest wykorzystywana przez tzw. freemen przeciwko korporacjom rządowym jak RP, bo tak naprawdę RP nie rożni się wiele od X, ale o tym kiedy indziej.

c.d.n.

Piotras

Przekręt wszechczasów część XVII

Lichwa c.d.

O co chodzi z tymi rolami i „czapkami” jakie nosimy na co dzień, i co to ma wspólnego z pieniędzmi i bankami?

Otóż, kiedy pojawiamy się w banku – z jakiegokolwiek powodu i jesteśmy jedną ze stron transakcji finansowej, to właśnie ta rola, w jakiej występujemy niesie ze sobą określone uprawnienia i obowiązki – i to się tyczy obu stron.

Kiedy wpłacamy pieniądze na konto jesteśmy w roli depozytora, kogoś, kto przynosi swój majątek do tej instytucji i mamy prawo do naszej własności, jaką są właśnie te pieniądze. Mamy prawo je wybrać, zgodzić się na odsetki na koncie itd. Bank ma obowiązek ochrony tych funduszy i wypłaty na żądanie. Tak jest tylko w teorii, bo w praktyce bywa zupełnie inaczej. Bank może zamknąć swoje wrota i olać depozytorów (Grecja) albo nawet ukraść depozytorom pieniądze z konta (Cypr), więc w praktyce bywa inaczej.

Jaką czapkę nosimy, gdy przychodzimy po kredyt na mieszkanie? Jak już wspominałem wcześniej – zależy kiedy. W momencie kreowania pieniędzy poprzez monetaryzację (nie wiem czy to dobre tłumaczenie, może raczej spieniężenie, ale po Polsku to brzmi niedorzecznie – ang. monetising ) naszej umowy, czyli zamienienia umowy na czek, mamy czapkę kreatora pieniędzy – nasz prywatny kredyt jest źródłem tych pieniędzy.

Kiedy finalizujemy umowę, podpisujemy wszystkie papiery później, mamy na głowie czapkę kredytobiorcy, kogoś, kto dosłownie pożycza pieniądze na mieszkanie. Nie ma tu żadnego znaczenia fakt, że to jedna i ta sama osoba, o tym nikt wam nie powie. Nawet gdyby, to występując w innej roli mamy przecież inne prawa i obowiązki. I tu jest cały myk, coś czego nikt nas nie nauczył we wspaniałym systemie de-edukacji państwowej, i nie przez przypadek zresztą.

Więc jeżeli po tych wszystkich zabiegach Jaś ma mieszkanie, ma też kredyt, co się więc stało z tym Jasiem, który stworzył owe pieniądze, występując w roli kreatora, tego który własnym podpisem stworzył całe fundusze na swoje wymarzone M?

Odpowiedź jest bardzo krótka, i banalnie prosta – zniknął i nigdy się już nie pojawił. Zupełnie tak, jak CEO Coca Coli, nie przyjdzie do pracy, już nigdy, bo mu się odwidziało. Czy zniknął z planety? Nie. Czy żyje i ma się świetnie – pewnie tak, po prostu zrezygnował ze swojej roli, od dzisiaj nie obchodzi go co się dzieje w firmie, ta rola jest dla niego skończona.

To właśnie się stało z naszym Jasiem i jego rolą kredytotwórcy – stworzył fundusze, powierzył je bankowi i zniknął z wizji – już się więcej nie pojawił, ani razu. Te fundusze, podejrzewam, są traktowane jako darowizna, nic innego nie przychodzi mi do głowy, jak zaksięgować taki asset żeby nie należał do Jasia.

Po „kredyt” Jaś przychodzi w roli potrzebującego, mimo że to on sam jest kreatorem tychże funduszy – dzisiaj, przy podpisywaniu „pożyczki” ani on, ani pani z banku o tym nie mówią, oboje nie mają o tym pojęcia tak naprawdę. Jaś „pożycza” pół miliona i od jutra zakłada chomąto na swoją głowę i tak mu zostanie przez następne 25 lat…

Tu się kończy rola Jasia, został jednym z milionów ludzi, którzy sami sfinansowali swoje domy, a tyrają tylko po to, żeby system miał luksus, a bankierzy karmany wypchane pieniędzmi. Nikogo nie dziwi fakt, że jak walnęło w 2008 i multum banków ogłosiło padakę – to szefowie tych złodziejskich instytucji odchodząc pobrali multimilionowe odprawy? Skąd? Jeżeli bank jest na krawędzi niewypłacalności – skąd miliony dla bossów?

Ten cały krach bankowy to sfingowana reżyserka, nic więcej, bo skoro żaden bank nie stracił ani dolara „pożyczając” dosłownie nic – to jakie mogą mieć straty? Żadne – właśnie takie. A że wypchali system tzw. SPV i deratywami powstałymi na podstawie nie istniejących „pożyczek” to już ich problem, ale za to beknął szary Jaś i miliony innych.

Do rzeczy, po co nam to wszystko wiedzieć tak naprawdę? Ano po to, żeby móc odebrać swoje pieniądze. Nie będę udzielał dokładnych instrukcji jak to zrobić, jest już tyle materiału, że kto zechce, rozkmini to sam. I dodam, że te artykuły nie są poradami prawnymi jak się pozbyć pożyczek, mimo, że można z nich wyciągnąć poprawne wnioski jak się do tego zabrać.

Napiszę tylko kilka ciekawostek na ten temat, a każdy zrobi z tym co zechce.

Tak jak powiedziałem wcześniej – nie udzielam rad prawnych, więc wszystkie decyzje jakie ktokolwiek podejmie w tym temacie – robi na swoją odpowiedzialność.

Proszę tylko pamiętać o jednym – jeżeli komuś przyjdzie do głowy, żeby oddalić kredyt bez uprzedniego poważnego studiowania tematu – to już ostrzegam, że będzie to bolesna lekcja i najprawdopodobniej znajdzie się na ulicy.

Czy jest to w ogóle możliwe? Oczywiście, ja sam znam osobiście ludzi, którzy to zrobili, co prawda w UK, ale system bankowy w bloku IMF jest wszędzie niemal jednakowy.

Oto kilka ciekawostek na ten temat, które mogą się przydać w studiowaniu tematu.

  1. Jeżeli podstawą powstania „kredytu” jest podpis Jasia, i bank nie udziela żadnej pożyczki tylko monetaryzuje (tłum. – monetising) umowę Jasia zgodnie z bills of exchange act – to co to znaczy? Ano znaczy to, że jeżeli bank niczego nie pożyczył, nie ma prawa żądać niczego z powrotem – proste. Jeżeli ja, tylko udaję, że pożyczam ci 100, ale tak naprawdę ci tej stówy nie dałem, to czy mam prawo wołać, żebyś mi oddał tę stówę – plus odsetki? Chyba raczej nie, wydaje mi się.
  2. Skoro bank nie miał tych funduszy, to jak mógł je Jasiowi pożyczyć? Nie mógł.
  3. Jeżeli wg prawa można żądać odsetek tylko wtedy, kiedy występuje ryzyko strat, to jakim prawem bank, nie dość, że nic nie pożyczył Jasiowi, żąda nie tylko tej sumy z powrotem, ale jeszcze paręset procent extra????

Proste pytania wydawałoby się, ale proszę mi wierzyć – trzeba by było pójść bardzo wysoko na drabinie władzy bankowej, żeby otrzymać odpowiedzi. Ja znam kilka osób, które wykładają bankowość, i po 15 minutach rozmowy – stali się bladzi jak ściana, nie mają pojęcia o co chodzi, a często nawet zaprzeczają, nie mając żadnych dowodów na obalenie tych tez – tylko dlatego, że to burzy ich cały świat, fundament zrozumienia, i tak naprawdę zmusza do tego, żeby spojrzeć w lustro i zobaczyć osła w odbiciu.

Miałem również okazję poznać bardzo wpływowego bankiera z CITI, i po krótkiej rozmowie spławił mnie bardzo szybko, myślę, że dobrze wie o czym mówię, bo wytrzeszczył gały i omija mnie wielkim łukiem od naszej rozmowy.

Co dalej z tymi informacjami?

Pamiętacie artykuły na temat prawa kontraktowego? Te warunki kontraktu, bez których ŻADEN kontrakt nie może być ratyfikowany? OK, dla przypomnienia:

– full disclosure: czyli kawa na ławę, WSZYSTKIE informacje przed podpisaniem umowy. Nie muszę dodawać, że w umowie „kredytowej” wszystkie ważne rzeczy są ukryte, prawda?

– Equal consideration: czyli obie strony wnoszą do umowy coś wartościowego… my wnosimy nasz prywatny kredyt wart pół miliona, a bank? A bank wnosi obowiązek dla nas – pracy przez następne 25 lat, po to żeby spłacić nieistniejącą „pożyczkę”… nie ryzykując dosłownie nic, bo nic nam nie dali.

Jeszcze kilka ciekawych rzeczy odnośnie procesu udzielania „pożyczki” i punktów 1, 2, 3.

Ad. 1. Co się stało z umową Jasia, która dała życie funduszom? Warto by było o to zapytać bank. I nie przez telefon, pisemnie, do najwyższej osoby jaką tam znajdziecie. Umówić się na spotkanie, żeby zobaczyć swoją umowę, pierwszą, z własnoręcznym podpisem. Ja obstawiam, że spławią was z kwitkiem, na zachodzie dochodzi do tego, że banki mówią, że nie mają już tej umowy, potrafią powiedzieć nawet, że zgubili… tylko że ta umowa, to własność Jasia i bank nie ma prawa z nią nic zrobić bez zgody Jasia (co prawda, w umowie ukryte jest pełnomocnictwo prawne do tej umowy, o tym napiszę później).

Kiedy i jeżeli w ogóle tam się znajdziecie, popatrzcie na tę umowę, czy jest coś w niej innego, niż było w dzień podpisania. Jeżeli w ogóle ją zobaczycie, będzie podbita niczym czek (endorsement) właśnie po to, żeby posłużyć jako depozyt na nowiutkie konto.

Jeszcze mała ciekawostka – jeżeli nie ma umowy – nie ma „kredytu”… to chyba zrozumiałe? Jeżeli bank twierdzi, że Jaś wisi pół miliona, a nie ma na to dowodu, bo wszystko co posiada w swoich archiwach, to kopie, skany, wydruki, a nie PRAWDZIWA I ORYGINALNA umowa, którą podpisał Jaś własną ręką – nie ma żadnej pożyczki… Jaś nie wisi ani centa. Ciekawe prawda?

Jeżeli ta umowa jest, ale istnieje w innej postaci niż kiedy ją podpisał Jaś, czyli ma jakieś stemple, daty, extra podpisy i tak dalej – to już nie jest ta sama umowa. Ten dokument został zmieniony, i nie można go użyć jako dowodu istnienia „kredytu”, umowy nie ma…

Ad 2. Skoro bank nie miał tych pieniędzy zanim Jaś podpisał umowę, to chyba byłoby mądrze ich zapytać. Oczywiście pisemnie, do wysokiego bankowca w tej placówce, bo pani Jadzia w okienku nie będzie miała zielonego pojęcia o czym mówcie. Takie proste pytanie, zaadresowane imieniem i nazwiskiem: czy może pan/pani potwierdzić, że fundusze na moją „pożyczkę” znajdowały się w posiadaniu banku? Czy jest pani/pan gotowy potwierdzić to pisemnie pod przysięgą, jeżeli zajdzie taka konieczność?

Będą wracać bardzo dziwne odpowiedzi, albo żadne, warto spróbować, w cztery oczy zwłaszcza, zobaczyć jak się bankier zaczyna pocić (przed wyjściem – podpis i odpowiedź na papierze).

Ad. 3. Jeżeli odsetki mogą być zaaplikowane wyłącznie wtedy, kiedy pożyczający ryzykuje swój majątek – to kiedy bank cokolwiek zaryzykował, nie dając Jasiowi zupełnie nic? To jest ciekawy temat, i rozkładając całą akcję „kredytowania” na części pierwsze – można nawet tępemu bankowcowi pokazać, że jest jakiś problem w tym całym obrazku.

To jest tylko kilka rzeczy na temat „kredytu” na mieszkanie, prawda jest taka, że jest więcej sposobów niż jeden na wyzerowanie takiej pożyczki. Znam przypadki kiedy wyjątkowo dociekliwi „kredytobiorcy” dostawali różne oferty od swoich banków w zamian za zamkniecie mordy. Niektórzy ciągnęli aż do sądu, gdzie bank po prostu się nie pojawiał, niektórzy dostawali ofertę obcięcia „pożyczki” o 50%, czasem nawet 70% i oczywiście tzw. non disclosure agreement – czyli umowa o zamkniecie jadaczki pod groźbą więzienia za jej złamanie. Niektórzy nie musieli spłacać już ani grosza, niemniej jednak walka była długa i zacięta.

Proszę nie brać za wyrocznię tego co opisuję, wszystko czym się dzielę, to zbiór informacji, które ludzie w innych krajach udostępniają, ludzie którzy mają w tym doświadczenie, którzy sami przeszli przez tę drogę, często do samego końca.

Proszę samemu zrobić dochodzenie w każdym temacie, nie tylko w tym, to są wskazówki, ciekawostki, których ja jestem pewien, ale dopiero jak sam zrobię proces tak wielki jak „pożyczka” na nieruchomość i wygram – wtedy udostępnię szczegóły – krok po kroku.

Na razie zastosowałem metodę „nie ma umowy – nie ma pożyczki” ratując mojego kolegę. On jakiś czas temu wziął „kredyt” z banku na rozwinięcie biznesu, który mu niestety nie wyszedł. Przestał spłacać tę „pożyczkę”, bank po jakimś czasie sprzedał ją firmie windykacyjnej – nie jednej zresztą i zaczęła się łapanka.

Był już czas, kiedy na drzwiach miał naklejkę z firmy windykacyjnej, że niedługo przychodzą wynosić rzeczy z domu.

Jak to zrobiliśmy? Bardzo prosto. Wiadomo, że bank nie pożyczył mu żadnych pieniędzy, owa umowa zamieniona na czek popłynęła już w siną dal, razem w SPV i dalej na market. Więc bank już jej dawno nie miał. Nie miał jej też w dniu, w którym odsprzedał „pożyczkę” firmie windykacyjnej za jakieś pestki.

Więc wysmarowaliśmy fajne pismo do tejże firmy o treści mniej więcej takiej:

” …bardzo chętnie ureguluję mój rzekomy dług, jaki firma x próbuje ode mnie wyegzekwować, niemniej jednak, aby być zupełnie w zgodzie z prawem, mam tylko jedno żądanie: proszę potwierdzić swoje roszczenia poprzez dowód istnienia tejże rzekomej pożyczki, bardzo proszę o spotkanie, gdzie przedstawiciel pańskiej firmy pokaże mi ową umowę, z moim własnoręcznym podpisem. Jeżeli twierdzi, że to był bank xy, i w jego imieniu następuje windykacja – ów bank powinien posiadać tę umowę.

Zaraz po tym, jak upewnię się, że mają państwo w posiadaniu podstawę do swoich roszczeń – moją umowę o rzekomy kredyt – szybko pobiegnę do bankomatu wybrać pieniądze, żeby wam je wpłacić”.

Bardzo ciekawa odpowiedz nadeszła od tych ludzi:

„…pokażemy wam tę umowę, jak zapłacicie nam £1″…

Prawda, że ciekawe? Po co chcą 1£??? Przecież chcą odebrać tysiące…

To jest temat na osobny artykuł, powiem tylko tyle, że gdybyśmy dali im tego 1£, to pies byłby pogrzebany i mój kolega musiałby spłacać ten fikcyjny dług. Nie daliśmy im nic, bo to oni mają roszczenia i obowiązek udowodnienia ich prawdziwości. Zniknęli jak kamfora, wszyscy. Od czasu do czasu mój kolega dostanie pismo od jakichś innych bidaków (windykatorów), którzy byli na tyle głupi, żeby odkupić po raz kolejny tę „pożyczkę”, której nikt nie może ściągnąć.

Tyle, nikt mu niczego nie zabrał, nie zabrał z konta, z wypłaty, z domu. Jeden list i hieny zniknęły całkowicie.

To nie koniec, wg prawa – jeżeli ktoś ma roszczenia bezpodstawne – a taka firma windykacyjna nie mając umowy ORYGINALNEJ ma tylko takie roszczenia – można im dowalić i to zdrowo.

Wg prawa, ten kto ma nieprawdziwe roszczenia, może być ukarany 3+1, czyli – firma terroryzująca mojego kumpla musiałaby zapłacić mu 3xoryginalną sumę+tę sumę. Czyli jak go ścigali za 20 000£, on poprzez dosyć prosty proces mógł od nich wyciągnąć 80 000£. Nie miał ochoty, ucieszył się tylko, że się odwalili.

Piotras

cdn.