Z okazji dnia transplantacji: czwarty raz o eutanazji, czyli jak uśmiercić jednego człowieka, żeby pobrane od niego części zamienne dać innemu człowiekowi

Wszystkim transplantologom składam serdeczne życzenia z okazji obchodzonego 26 stycznia Dnia Transplantacji i przepraszam, że narażam na szwank waszą karierę, reputację i sytuację finansową. Zamiast życzeń przypomnę wam

Kodeks Etyki Lekarskiej stanowi:

Powołaniem lekarza jest ochrona zdrowia i życia ludzkiego. Lekarz nie może posługiwać się wiedzą i umiejętnością lekarską w działaniach sprzecznych z tym powołaniem.

Prawo do życia i zdrowia dotyczy nie tylko biorców. Bezbronny, ciężko ranny człowiek, którego wy postrzegacie wyłącznie jako DAWCĘ, jest również waszym PACJENTEM. Nie możecie posługiwać się swoją wiedzą i umiejętnościami jedynie w celu zabicia jednego pacjenta po to, żeby naprawić innego. Transplantologia wymaga od lekarza głęboko amoralnego postępowania i łamania Kodeksu Etyki Lekarskiej.

Jeszcze niedawno bezkrytycznie i niemal fanatycznie wierzyłam w zapewnienia lekarzy, że narządy pobiera się od zmarłych i że „naukowe” kryteria orzekania śmierci są obiektywne i jednoznaczne. Absolutnie nie wierzyłam „oszołomom”, którzy przekonywali mnie, że narządy muszą być pobierane od żywych, gdyż inaczej nie nadawałyby się do przeszczepu!

Szczęśliwie w końcu (lepiej późno niż wcale) przejrzałam na oczy i włosy stanęły mi dęba z przerażenia!!! Lepiej przeczytajcie wszystko do końca i sami wszystko sprawdźcie, żebyście nie stali się ofiarą tego procederu!

UWAGA!!! Zanim nawyzywasz mi od moherów z kruchty

przyjmij do wiadomości, że NIE JESTEM I NIGDY NIE BYŁAM KATOLICZKĄ!

Ale nie jestem również ateistką!

Jestem osobą niezależnie i niestrudzenie poszukującą obiektywnej prawdy i myślącą zupełnie samodzielnie, więc nie należę do żadnego stada, które narzucałoby mi jakikolwiek gotowy światopogląd (religijny, ateistyczny, prawicowy, lewicowy czy dowolny inny).

Wprawdzie w tym tekście opieram się na źródłach z portali katolickich, ale spowodowane jest to faktem, że w mediach głównego nurtu, wpierających naukowe, kartezjańskie spojrzenie na medycynę („ciało jest maszyną”), nie znajdziecie ani słowa prawdy na temat ciemnej strony transplantologii i medycyny ogólnie. Medycyna opiera się na nauce, a nauka na paradygmacie materialistycznym (ateistycznym), więc nie należy od nich oczekiwać szacunku dla życia i jego duchowej strony.

Media nie są ani wolne ani obiektywne!

Wszystkie media są kontrolowane przez wielkie korporacje, a ich zadaniem jest stać na straży zysków i interesów przeróżnych grup biznesu, z Big Pharma na czele. Na zdrowiu się nie zarabia. Zarabia się (i to znakomicie) na chorobach, lekach i skomplikowanych zabiegach. Rynek zdrowia to najlepszy na świecie biznes: onkologia, szczepionki, leki, transplantologia, zabiegi chirurgiczne, in vitro itp. przynoszą zyski większe niż narkotyki i prostytucja razem wzięte. Media są sponsorowane przez ten biznes, a ponadto utrzymują się z reklam, głównie medykamentów i ubezpieczeń, nie odetną więc sobie głównego źródła dochodu informując obiektywnie, że transplantologia to złoty interes dla medycyny i bardzo złe rozwiązanie dla pacjentów – zarówno „dawców”, jak i biorców.

W tym tekście opieram się na wiedzy przekazanej przez dominikanina, ojca Jacka Marię Norkowskiego, który z wykształcenia jest lekarzem i ministra Bolesława Piechę, również lekarza.

Nie wierzcie mi na słowo!!! Sprawdźcie wszystko dokładnie sami!

Nie podejmujcie decyzji o oddaniu narządów członka rodziny do transplantacji bez dokładnego sprawdzenia wszystkich faktów!

Przeczytajcie również artykuły, do których podaję linki.

Wszystkim idealistycznie zaprogramowanym przez media potencjalnym „dawcom” narządów („Nie zabieraj swoich narządów do nieba, tam wiedzą, że potrzebne są one tylko na ziemi”) radzę zapoznać się z tym mrożącym krew w żyłach tematem, zanim znajdziecie się na stole sekcyjnym, pozbawieni możliwości nie tylko ucieczki, ale nawet wydania szeptu protestu.

Twoje narządy nie są potrzebne w niebie, tam ich po śmierci nie zabierzesz, bo tam nie zabierzesz nic! One są potrzebne TOBIE, tu i teraz.

Obowiązkiem lekarzy jest ratować TWOJE zagrożone życie, a nie kombinować, ile szpital zarobi przerabiając cię na podroby do przeszczepów.

Twoje życie jest równie ważne, jak życie biorców, czekających na przeszczep. Najpierw zadbaj o siebie, a dopiero potem myśl o bliźnim. Nawet w Biblii jest napisane „kochaj bliźniego swego JAK SIEBIE SAMEGO”. Dlaczego więc miałbyś nie kochać siebie i swojego ciała? To nie jest zabronione!

Zacznę jak Alfred Hitchcock od trzęsienia ziemi, a potem postaram się, żeby napięcie wzrosło jeszcze bardziej.

A więc trzymajcie się krzesła…

Wiadomość pierwsza: wszystkie narządy, jakie można pobrać od jednego dawcy mają wartość 2 mln $!

Wiadomość druga jest taka, że nie wszystkie pobrane narządy przeznaczone są do ratowania życia.

Często wykorzystywane są one w operacjach plastycznych, a to naprawdę wielki i przynoszący krociowe zyski biznes. Z tego powodu kwitnie (i coraz bardziej rośnie w siłę) potężne podziemie transplantacyjne, które pod względem dochodów już niedługo może dorównać mafii narkotykowej. W każdym razie FBI ma coraz więcej zgłoszeń afer z tym związanych. Nigdy o tym nie słyszeliście? Ale pewnie wiecie ile ważą Grycanki i co powiedział Jacykow?

Trzecia wiadomość: narządy pobrane ze zwłok (mówiąc kolokwialnie: od trupa) nie nadają się do przeszczepu.

Narządy muszą być pobrane od żywego człowieka.

Z tego powodu pojawiło się takie budzące makabryczne skojarzenia pojęcie jak „zwłoki z bijącym sercem”. Kiedy rodzina widzi swojego krewnego, który jest ciepły, oddycha (najczęściej z pomocą respiratora) i wygląda jakby mocno spał nie jest w stanie uwierzyć, że są to „zwłoki”.

Jeszcze zupełnie niedawno za kryterium śmierci uznawano ustanie krążenia i oddychania. Człowiek wydawał tzw. „ostatnie tchnienie” i wtedy był uznawany za zmarłego. Ale wraz ze śmiercią ciała umierają również narządy, a do tego nie można przecież dopuścić, bo światem rządzi bóg Mamon, a gdzie mówią pieniądze, tam prawda i moralność milczą.

W 1968 roku na Uniwersytecie Harwardzkim w USA zwołano komisję (dziś zwaną „Komitetem Harwardzkim”), która tak oto powiedziała o tym czego od niej oczekiwano:

Naszym zadaniem jest uznanie nieodwracalnej śpiączki za śmierć człowieka.

Komisja nie miała oceniać samodzielnie danych ani dyskutować kwestii moralnych.

Komisja otrzymała jednoznacznie brzmiące POLECENIE: uznać śpiączkę za śmierć mózgu. Koniec dyskusji!

Dlaczego komisja otrzymała takie zadanie? Chodziło o uchronienie dr Christiaana Barnarda z RPA przed zarzutem zamordowania pacjenta, od którego pobrał serce do przeszczepu. Nota bene pacjent z przeszczepionym sercem długo się nim nie nacieszył, bo żył zaledwie 18 dni. Pokazany we wczorajszych Faktach lekarz czekający na serce otrzymał je, ale po miesiącu również zmarł. Na raka. Nie bądźmy jednak tak pesymistyczni, niektórym udaje się pożyć odrobinkę dłużej.

Orzeczenie tego tzw. „Komitetu Harwardzkiego” stało się bezdyskusyjnym dogmatem w medycynie!

I tu przechodzimy do kontrowersyjnego tematu:

Czy lekarz ma prawo zrezygnować z ratowania życia pacjenta, żeby pobrać od niego narządy?

Czy „dawca” nie ma prawa żyć, a „biorca” takie prawo ma? Kto o tym decyduje?Czyżby względy finansowe?!

Jeszcze do niedawna byłam „racjonalistką” i wierzyłam w lekarzy i naukę. Niestety, przeżyłam ostry kryzys wiary, a zamiast tego zaczęłam myśleć. Samodzielnie! To nie boli, naprawdę.

Zamiast ślepo ufać autorytetom lepiej kierować się własnym rozumem, zwłaszcza w cywilizacji, w której rządzi pieniądz i karierowiczostwo.

Dziś za kasę kupuje się wszystko, z wyjątkiem inżynierów. Bo gdyby inżynierowie byli przekupni zaczęłyby się walić te wszystkie wspaniałe wieżowce, będące pomnikami bogactwa i potęgi elit świata, a do tego dopuścić nie można. Ludzie mogą umierać, ale należące do najbogatszej elity świata wieżowce walić się nie mogą. Na chorobach i śmierci można przecież dobrze (a nawet bardzo dobrze) zarobić, choćby handlując pigułkami i narządami. I karierę można wielką zrobić: PIERWSZY NA ŚWIECIE który przeszczepił nerkę, PIERWSZY NA ŚWIECIE który przeszczepił serce, PIERWSZY NA ŚWIECIE który przeszczepił mózg… ups, przepraszam, mózgów jeszcze nie przeszczepiają, ale to tylko kwestia czasu. I jeszcze: NAJLEPSZY CHIRURG w mieście, NAJLEPSZY CHIRURG w kraju, NAJLEPSZY CHIRURG w świecie…

A teraz, drogi czytelniku, uważaj:

Zgodnie z prawem polskim, obowiązuje domniemana zgoda na bycie dawcą, co oznacza, iż w przypadku braku sprzeciwu, uznaje się daną osobę potencjalnym dawcą narządu. Jednak w Polsce jak i na Świecie promuje się noszenie oświadczenia woli, które jest wyrażeniem woli osoby, który taki dokument posiada.

Dawcą pośmiertnym może zostać osoba, która za życia nie wyraziła sprzeciwu w formie wpisu w Centralnym Rejestrze Sprzeciwów.

https://www.dawca.pl/jak-zostac-dawca/dawstwo-narzadow

Czyli, jeśli trafisz do szpitala w stanie ciężkim, z uszkodzonym mózgiem, nieprzytomny, nie mogący mówić, a tym samym wyrazić sprzeciwu, staniesz się potencjalnym dostarczycielem części zamiennych dla innych. Ciebie wypatroszą, a twoje podroby uszczęśliwią tych, którzy z jakiegoś powodu doprowadzili swoje serca, nerki, wątroby i trzustki do stanu nie nadającego się do dalszej używalności. Może jedli za tłusto, może za kołnierz nie wylewali, może żarli jakieś frankenfoody GMO i popijali je Colą Light, a może biedacy byli całkiem niewinni, tyle tylko, że mieli pecha i urodzili się z niewłaściwym zestawem genów. Ale czy to twoje zmartwienie? Czy ty nie masz prawa do swoich narządów, skoro tak o nie dbałeś, że aż stały się cennym obiektem pożądania dla innych?

A teraz przyjrzyjmy się „kryteriom orzekania śmierci”.

Aby stwierdzić zgon potrzebni są 3 lekarze, w tym anestezjologi i neurolog. Do momentu złożenia przez nich podpisu na karcie zgonu pacjent uważany jest za żywego. A po złożeniu tegoż podpisu staje się martwy. Jakim cudem? Na zasadzie konsensusu. Lekarze jednogłośnie orzekają „śmierć mózgową”. Problem jednak w tym, że nikt nie wie, co to takiego ta „śmierć mózgowa”. Nawet najnowocześniejsze urządzenia badawcze nie są w stanie stwierdzić zgonu. Jest to rzecz subiektywna, i właśnie dlatego komisja harwardzka otrzymała (na zlecenie transplantologów!) zadanie stworzenia definicji, która będzie obowiązywała wszystkich lekarzy. Wszyscy słyszeliśmy o przypadkach ludzi uznanych za zmarłych, odstawionych do kostnicy, a po kilku godzinach lub nawet dniach wracających do świata żywych, co stanowi najlepszy dowód na to, że śmierć jest rzeczą względną i trudno diagnozowalną.

Na świecie żyje i cieszy się pełnym zdrowiem, zarówno fizycznym, jak i psychicznym mnóstwo ludzi, u których orzeczono śmierć pnia mózgu. W Polsce najbardziej znany jest przypadek Agnieszki Terleckiej i Zachariasza Dunlopa z USA. Oba przypadki opisuje Elżbieta Isakiewicz w Tygodniku Powszechnym (gorąco polecam ten znakomity artykuł!).

A co się dzieje, jeśli w końcu uda się pobrać i przeszczepić narząd?

Czy przeszczep radykalnie i pozytywnie zmienia sytuację chorego?

Niestety nie. Ryzyko zgonu po przeszczepie, nawet nerki, nie mówiąc o sercu, jest znaczne. Przeszczep nerki kosztuje ok. 70 tysięcy złotych i wprawdzie zwalnia z dializ, co przynosi jakieś oszczędności (w królestwie boga Mamona wszystko przeliczamy na pieniądze), ale w tym czasie biorca stale walczy ze swoim organizmem, który dąży do odrzucenia obcego organu, a to wymaga stałego przyjmowania leków immunosupresyjnych, które mają bardzo poważne skutki uboczne (podwyższone ryzyko infekcji, większe ryzyko zachorowania na nowotwory i nadciśnienie) i oczywiście również dużo kosztują. Najgorsza wiadomość jest taka, że przeszczepiona nerka przetrwa maksymalnie 15 lat. Następna nerka przetrwa już tylko kilka lat, a kolejna jeszcze krócej. To rodzi stałe zapotrzebowanie na nerki, a więc potrzebni są kolejni dawcy, żywi lub martwi, a w końcu pacjent (jeśli przeżyje) i tak wraca do punktu wyjścia, czyli na dializy.

Wróćmy jeszcze na chwilę do sytuacji dawcy.

Lekarze, którzy ślubowali pomagać w cierpieniu i ratować życie nie powinni zachowywać się jak hieny cmentarne, wyrywające narządy z ciał pacjentów, którzy nie są w stanie się bronić.

Kto ma prawo skazywać na śmierć jedną osobę, żeby ratować życie innej, a choćby nawet i kilku osób? Wydaje się to wyjątkowo niemoralne i niszczy zaufanie pacjentów i ich rodzin do lekarzy i szpitali. Lekarze narzekają, że pacjenci ich nie słuchają, że im nie wierzą i że coraz częściej nie godzą się na leczenie i zabiegi i że z tego powodu odechciewa się pracować w tym zawodzie – jest to tendencja światowa. Uruchomiono nawet linię telefoniczną dla lekarzy zmagających się z „trudnymi” pacjentami, a popularne seriale telewizyjne (dr House, Ostry dyżur) zostały zaprzęgnięte w akcję ośmieszania zbuntowanych pacjentów. Czyż to wszystko nie świadczy o zaniku prestiżu tego zawodu? Czas najwyższy zrobić z tym porządki, ale nie metodą siłową, bo to przyniesie jeszcze gorsze efekty.

Zabicie człowieka przez lekarza, nawet w celu (rzekomego) ratowania zdrowia i życia innych, powinno być uznane za wyjątkowo odrażające przestępstwo i surowo karane, ponieważ jest to zabójstwo z zimną krwią i dla zysku, co więcej, dokonane przez osobę, której obowiązkiem jest ratowanie życia. Lekarz ma obowiązek leczyć i ratować każdego pacjenta, a nie tylko tego, na którym szpital może więcej zarobić!!! Lekarz, zamiast czytać foldery reklamowe firm farmaceutycznych i słuchać sprawozdań szpitalnych ekonomistów, powinien dokształcać się na własną rękę, dzięki czemu dowiedziałby się, że np. hipotermia pozwala uratować 60% pacjentów z orzeczeniem śmierci pnia mózgu, a tromboliza zapobiega obrzękowi mózgu spowodowanemu zatorami w tętniczkach. Zamiast tego, bez wiedzy i zgody rodziny, na 2 do 10 minut wyłącza się respirator, żeby sprawdzić, czy pacjent podejmie samodzielne oddychanie. Jeśli nie podejmie, następuje nieodwracalne uszkodzenie mózgu.

Uszkadza się mózg po to, żeby orzec, że mózg jest uszkodzony!

Ale gdyby pozwolić pacjentowi na spokojne dojście do siebie pod respiratorem przez kilka dni mogłoby się okazać, że oddech samoistnie powrócił, a stan pacjenta się poprawia. Kolejny poważny problem, o którym pacjenci, a więc potencjalni dawcy narządów nie mają pojęcia, to sam proces pobierania narządów.

Przy rozcinaniu ciała „zmarłego” i w czasie pobierania narządów odnotowuje się skok ciśnienia, przyspieszony puls oraz reakcje bólowe. Z tego powodu 1/3 brytyjskich lekarzy podaje „zwłokom” środki przeciwbólowe.

W latach 90 prof. Keith Andrews udowodnił, że „wegetatywni” pacjenci są świadomi, wiedzą jak się nazywają, ile mają dzieci, jaką muzykę lubią, a jakiej nie, a mimo to są lekarze, którzy twierdzą, że ci ludzie nie żyją lub że są „warzywami”. Takich ludzi są tysiące, tysiące narządów się „marnują”, więc rodzi się pokusa, żeby uznać „trwałą utratę ŚWIADOMOŚCI” jako nowe kryterium orzeczenia śmierci.

Transplantologia rodzi też inne problemy, np. terror transplantacyjny, polegający na żądaniu tkanek i narządów od krewnych i przyjaciół, a nawet poczynanie dzieci po to, żeby dzięki ich szpikowi lub komórkom macierzystym ratować życie starszego rodzeństwa.

Medycyna zabrnęła w ślepy zaułek. Z powodu niepohamowanej żądzy pieniądza i kultu technologii nie informuje się pacjentów, że mogą uniknąć przeszczepu serca przechodząc na dietę warzywno-owocową, dzięki której wyleczą się z nawet najbardziej zaawansowanej choroby wieńcowej. Zdecydowanie lepiej jest zachować swoje własne serce, niż żyć z przeszczepem. Zamiast polować na cudze nerki należy zatroszczyć się o własne. Dieta sokowa, raw food, dieta Alleluja, dieta makrobiotyczna czy terapia doktora Gersona wyleczą niemal każdą chorobę i pozwolą uniknąć amputacji nerek oraz każdego innego narządu. Wyleczą też z cukrzycy, nowotworów i wszelkich innych plag współczesnego świata.

——————————————–

Uwaga, bardzo ważne!

Nie podpisałeś zgody na pobranie narządów po twojej RZEKOMEJ(!) śmierci i sądzisz, że w razie choroby lub wypadku jesteś bezpieczny, bo nie zostaniesz wypatroszony? Bardzo się mylisz! Według polskiego prawa domyślnie zakłada się, że ten, kto nie wyraził sprzeciwu zgadza się na bycie dawcą, więc rodzina ani ty sam nie musisz wyrażać swojej zgody na pobranie twoich narządów. Chore?! Jak najbardziej! Nieświadomość może cię dużo kosztować! Dlatego podpisz i wyślij sprzeciw dla siebie i całej swojej rodziny!

Rejestr sprzeciwów dla tych, którzy nie zgadzają się na oddanie narządów do transplantacji:

http://www.poltransplant.org.pl/crs1.html

Do potencjalnych dawców i biorców narządów:

NIE MIEJCIE POCZUCIA WINY, ŻE ZGŁASZACIE SIĘ DO REJESTRU SPRZECIWÓW!

Dawca nie ponosi żadnej odpowiedzialności za to, że ktoś urodził się z wadą genetyczną, że zatruł się truciznami lub że ciężko zachorował!

Nie zachowuj się jak egoistyczna, okrutna hiena i nie atakuj człowieka, który walczy w szpitalu o własne życie! Nie oskarżaj go o egoizm, że nie chce oddać swoich narządów tobie lub twojemu krewnemu. Tzw. dawca też ma prawo do życia, a obowiązkiem lekarzy jest ratowanie jego życia i troszczenie się o niego tak samo, jak o ciebie. To są jego narządy, więc on ma do nich pierwszeństwo. To nie on miał pecha w życiu, lecz ty, wiec nie obciążaj jego bliskich poczuciem winy i nie nazywaj ich egoistami i zacofanymi ciemniakami. Pomyśl logicznie: jeśli dawca odda ci narządy, to ty nie umrzesz, ale umrze on – czy tego właśnie pragniesz? Czy masz sumienie uśmiercić człowieka, żeby uratować swoje życie?

——————————————–

Posłuchajcie (długiej, ale bardzo ciekawej) audycji, w której rozmawiają ojciec Jacek Maria Norkowski (lekarz i Dominikanin), minister Bolesław Piecha (lekarz) i prawnik, senator Zbigniew Cichoń (adwokat):

Kategoria wpisów Nieuleczalni

Cud terapii Gersona

Profesor Oxfordu i terapia dr Gersona

Bardzo prosty, tani i smaczny sposób, żeby pozbyć się śmiertelnych chorób

Profesor Jan Talar j jego misja

Wybudzeni

Konferencja Jana Taratajcio z 7.06.2014. – część 1 – prof. Jan Talar

Kiedy człowiek umiera?

Prof Jan Talar prześladowany za to że przywraca do życia zmarłych których narządy chciano sprzedać

Dziewczyna która pokonała śmierć 2012 Lektor PL

Trochę (nieco makabrycznej) lektury na temat zwłok z bijącym sercem:

Tabu śmierci mózgowej

Chcą odrzucenia zasady, że lekarz nie może zabijać

Horror transplantacji. „Śmierć mózgowa” nie istnieje!

Jeszcze jeden, niezbity dowód na to, że śmierć mózgowa nie istnieje (ze strony popularno-naukowej):

Umarł, a czuje się dobrze

Dziś, 4 miesiące od wypadku, 21-letni Zach Dunlap twierdzi, że czuje się dobrze. Dziewiętnastego listopada ubiegłego roku uznano go za zmarłego, a rodzina zgodziła się na pobranie organów do przeszczepu.

Śmierć mózgu, czyli nieodwracalne ustanie czynności mózgu, stwierdzono w United Regional Healthcare System w Wichita Falls w Teksasie. Chłopak odniósł śmiertelne (???) obrażenia wskutek jazdy na quadzie.

(…)

Młody mężczyzna z Frederick w Oklahomie (…) słyszał, jak lekarze ogłaszali jego zgon.

Ojciec Zacha, Doug, oglądał skany mózgu syna. Nie wykazywał on żadnej aktywności, a krew w ogóle do niego nie dopływała.

Skany mózgu nie wykazywały żadnej aktywności, krew do niego nie dopływała, a mimo to słyszał, jak ogłaszano jego śmierć. Czy teraz rozumiecie, ile warta jest zgoda rodziny na pobranie narządów? RODZINA NIE WIE, CO ROBI, BO ULEGA PRESJI AUTORYTETU, JAKIM SĄ LEKARZE. Wiara w autorytety może mieć (i często ma!) tragiczne skutki!

Rozmowa z o. dr. Jackiem Norkowskim OP: Trwa zmowa milczenia wokół zabijania ludzi

Skandal na naukowym sympozjum. Prof. Jan Talar: Pobieramy narządy od osoby żyjącej

Śmierć pnia mózgu nie istnieje – taką tezę wygłosił znany z wybudzania chorych ze śpiączki profesor Jan Talar, wywołując skandal na naukowym sympozjum. Jak stwierdził profesor, lekarze pobierają organy od żywych ludzi. Zarzucił im też, że nie ratują pacjentów tak intensywnie jak powinni.

Skandalem jest wybudzanie dawców?! No oczywiście, przecież jest to równoznaczne z okradaniem transplantologów, którzy nie mogą patroszyć ofiar i zarabiać na tym fortuny.

W USA chcieli wyciąć pacjentce organy, kobieta ożyła (co zostało utajnione przed opinią publiczną na kilka lat!!!)

Szokujące doświadczenie! Leżał sparaliżowany i słyszał rozmowę lekarzy planujących transplantację jego organów

Sparaliżowany, ale całkowicie świadomy mężczyzna słyszał rozmowę lekarzy planujących transplantację jego organów. Mężczyzna skarży szpital, by zapobiec podobnym zdarzeniom w przyszłości. (…) Szwed został całkowicie sparaliżowany, ale zachował świadomość i słyszał dokładnie wszystko to, co działo się wokół niego.

Jego mózg miał wegetować, a odpowiedział. Przełomowe odkrycie

Makabryczny biznes! Holendrzy chcą pobierać organy od osób poddawanych eutanazji

Złodzieje trupów

Polskie Radio: Kamil zmarł, bo lekarze go nie ratowali, ale kilkoro innych udało się uratować

Ewa Błaszczyk: nie oddam swoich organów

Nie jestem za eutanazją. Nie chciałabym, żeby człowiek zajmował miejsce Pana Boga. Nie ma Boga, to znaczy wszystko wolno. A ja takiego świata nie chcę.

– Na stronie Pol-Transplantu są do pobrania dokumenty. Pani już takie dokumenty wypełniła?

– Nie. Nie wypełniłam deklaracji, że chcę oddać swoje organy.

– Tam są dwa rodzaje dokumentów – jedne to zgoda na pobranie organów, drugie sprzeciw.

Przecież, jeśli nie podpisuję zgody na to, by oddać swoje organy, to znaczy, że nie wyrażam na to zgody. Jeśli jest inaczej, to znaczy, że coś jest nie tak. Dlaczego coś takiego mam podpisywać? Nie zgadzam się też, by ktoś decydował za mnie. Nie myślę tak dobrze o ludziach. Nie ufam, że ktoś podejmie właściwą decyzję. (…) Nie będę się zgadzać z takimi uregulowaniami prawnymi, które stwarzają możliwość do manipulacji w majestacie prawa. To jest niebezpieczne.

Zbrodnie wojenne i zabójstwa dla organów w Kosowie? Prokurator UE szykuje oskarżenia

Na ludzi wywierana jest coraz większa, granicząca z nadużyciem presja, żeby oddawali narządy. Nikt nie informuje, że tak wielki popyt spowodowany jest krótkim okresem przeżycia przeszczepionego narządu. Nie informuje się tym bardziej, że narządy pobrane po śmierci są tak samo martwe jak zwłoki, więc do niczego się nie nadają.

Potężna seria skandali transplantacyjnych w samych tylko Niemczech

Czy inne kraje są wolne? Śmiem twierdzić, że nie i że skandale nie są ujawniane, bo nikt nie kontroluje, co się dzieje w zaciszu szpitalnych laboratoriów.

Skandal w monachijskiej klinice: lekarze dodawali moczu do próbek krwi, by przyspieszyć przeszczep

W skandalach transplantacyjnych w RFN na jaw wychodzą coraz bardziej szokujące szczegóły.

Kolejne manipulacje w transplantacji organów

Nie ustaje seria skandali związanych z przeszczepami narządów. Po ujawnieniu manipulacji w Getyndze, Ratyzbonie i Monachium, kolejne wykryto w Lipsku. W sprawę włączyła się prokuratura.

Kolejna odsłona skandalu z przeszczepami narządów

Dwa miesiące po ujawnieniu manipulacji w przydzielaniu narządów do przeszczepu w Centrach Transplantacji, stwierdzono nieprawidłowości w jednej z klinik w Monachium.

Przeszczepy pod kontrolą

Będą „wiercić dziurę w brzuchu” Niemcom, by oddawali narządy (http://www.tvn24.pl)

Bundestag przyjął ustawę, zgodnie z którą obywatele Niemiec otrzymywać będą regularne prośby o wyrażenie zgody na oddanie po śmierci (!) narządów osobom czekającym na przeszczep.

Nowa ustawa przewiduje możliwość namawiania Niemców do podpisania karty dawcy i podjęcia decyzji o oddaniu organów zawczasu. Nadal natomiast ma obowiązywać zasada, że przeszczepienie narządów wymaga wyraźnej zgody dawcy, a w przypadku jego śmierci mózgowej – zgody krewnych. Według nowych przepisów wszystkie kasy chorych mają wysyłać ubezpieczonym, którzy ukończyli 16 lat, wyczerpujące informacje na temat dawstwa narządów wraz z kartą dawcy. Nie będzie żadnego przymusu podjęcia decyzji. Ci, którzy nie zdecydują się na wyrażenie zgody, za kilka lat otrzymają kolejną podobną przesyłkę od kas chorych.

Namawiać będą też urzędy

Poza kasami chorych, również niemieckie urzędy będą informować swoich interesantów na temat dawstwa narządów.

Holenderscy medycy przyznali, że serce do przeszczepu trzeba pobierać od żywych pacjentów więc będą przeprowadzać eutanazję usuwając z żywego ciała bijące serce. Robi się coraz większy horror z udziałem lekarzy w roli głównej!

Cud terapii Gersona

Autor: Katarzyna Lewkowicz-Siejka

Źródło: Znaki Czasu (ZC 9/2012)

Lekarstwo na raka wynaleziono w 1928 roku. Lekarstwo dosłownie na wszystkie chroniczne schorzenia zostało odkryte nawet wcześniej, przez czysty przypadek. Przez jednego człowieka — doktora Maxa Gersona.

Takimi słowami zaczyna się film dokumentalny pt. Cud terapii Gersona, poświęcony niezawodnej naturalnej metodzie walki z rakiem, nawet bardzo zaawansowanym, opracowanej przez niemieckiego lekarza Maxa Gersona. Film ważny, podobnie jak książka napisana przez jego córkę Charlotte Gerson i byłą pacjentkę Kliniki Gersona Beatę Bishop pt. Terapia doktora Gersona. Leczenie raka i innych chorób przewlekłych.

Bezprecedensowy talent Gersona do leczenia beznadziejnych przypadków został doceniony przez noblistę dr. Alberta Schweitzera, który nazwał go jednym z najwybitniejszych geniuszy w historii medycyny. Zresztą Gerson wyleczył jego żonę z gruźlicy płuc, a sam Schweitzer pokonał dzięki tej terapii cukrzycę. „Był on nie tylko lekarzem, ale prawdziwym uzdrowicielem. Głęboko rozumiał podstawowe zasady nieprawdopodobnie złożonego i wspaniałego mechanizmu, jakim jest ludzkie ciało. (…) Na bazie jego olbrzymiej wiedzy i doświadczenia byliśmy bardzo często w stanie uleczyć, przywrócić życie i zdrowie tym, którzy już usłyszeli słowa wyroku: nieuleczalne” — pisze w swej książce Charlotte Gerson, która od kilkudziesięciu lat kieruje Instytutem Gersona w San Diego. Wyjaśnia, że przez ostatnie 50 lat środowisko, dieta, a co za tym idzie stan naszych organizmów tak bardzo się pogorszyły, że terapię trzeba było wzbogacić i przystosować do obecnych warunków. Ponadto z tego powodu, że pacjenci są dziś bardziej wyniszczeni niż osoby, z którymi miał do czynienia dr Gerson, powrót do całkowitego zdrowia zajmuje obecnie dwa lata, a nie jak za czasów jej ojca półtora roku. Tyle bowiem potrzebuje wątroba — kluczowy organ w uzdrawianiu ciała — na odbudowę swych funkcji. Na podstawie długoletnich doświadczeń z pacjentami i zgromadzonej w klinice dokumentacji Charlotte twierdzi, że wskaźnik sukcesów terapii Gersona w leczeniu śmiertelnych chorób znacznie przewyższa wyniki osiągane za pomocą konwencjonalnych metod leczenia. Należy jednak pamiętać, że terapia ta może się nie powieść z wielu powodów, np. sposobu wcześniejszego leczenia, gdy pacjent nie przestrzega wszystkich zasad terapii, gdy ma usunięty ważny organ.

Geniusz ujawniony

„Wielkie umysły zawsze narażają się na gwałtowne ataki miernoty” — powiedział Albert Einstein. Nikt tak jak Gerson nie doświadczył tej prawdy na sobie. Był niezwykłym intuicjonistą. Miał dar stawiania właściwych pytań we właściwym czasie i poszukiwania odpowiedzi z naukową precyzją. Ale jego sukcesy w leczeniu przypadków uznanych przez medycynę za beznadziejne nie spodobały się lekarskiemu establishmentowi. Pacjenci się do niego garnęli, a świat medyczny stosował ostracyzm. Krytykowano go już wcześniej, gdy na początku lat 20. Max Gerson przestrzegał przed skutkami palenia tytoniu — w tym czasie jego koledzy po fachu brali udział w kampaniach reklamowych koncernów tytoniowych, przekonując, że palenie jest nieszkodliwe, a wręcz służy zdrowiu.

Do genialnych odkryć doprowadziły Gersona męczące go migreny. Odwiedził gabinety wielu profesorów, ale nie uzyskał żadnej pomocy. Młodemu lekarzowi nie umieli też pomóc jego akademiccy nauczyciele. Sam przeczytał wszystko na ten temat, ale nie znalazł rozwiązania. Do czasu gdy w jego ręce wpadł artykuł o kobiecie wyleczonej z migren dzięki zmianie diety. Choć na studiach nigdy nie słyszał, że przewlekłe choroby mogą być związane z dietą, Gerson poszedł tym tropem, eksperymentując na sobie samym. Po kilku niepowodzeniach odkrył, że pozbawiona soli wegetariańska dieta pomaga w pokonaniu bólów i nudności. Włączył więc leczenie dietą do swej praktyki lekarskiej. Z powodzeniem — wszyscy tak leczeni pacjenci po 3-4 tygodniach zgłaszali ustąpienie migren. Jak długo trzymali się diety, tak długo byli wolni od uciążliwego bólu.

Kolejny przełom nastąpił, gdy jeden z pacjentów wrócił po miesiącu i oprócz zwalczenia migreny pochwalił się wyleczeniem gruźlicy skóry. Nawet sam Gerson nie chciał w to uwierzyć. „Przecież to choroba nieuleczalna!” — skomentował. Do tej pory medycyna akademicka stosowała jedną terapię dla jednej dolegliwości. Gerson nie mógł znaleźć powiązania między migreną a gruźlicą. A że wieści szybko się rozchodzą, swoich pacjentów przysłał do niego sceptyczny dr Ferdynand Sauerbruch, specjalista w dziedzinie gruźlicy z monachijskiej kliniki. Oznajmił, że jeśli terapia Gersona wstrzyma postępy uznanej za nieuleczalną choroby choćby u jednego jego pacjenta, uwierzy w jego metodę. Tymczasem terapia nie tylko wstrzymała proces chorobowy, ale z 450 pacjentów szpitala uniwersyteckiego w Monachium 446 zostało przez Gersona zupełnie wyleczonych! Sauerbruch dotrzymał słowa i opublikował wyniki w licznych pismach naukowych.

Zwalczenie gruźlicy skóry dało Gersonowi do myślenia. A co ze śmiercionośną gruźlicą płuc? Z chorobami nerek, kości, mózgu…? Gerson podjął wyzwanie i wszyscy jego pacjenci cierpiący na te choroby — w tym żona dr. Schweitzera — zostali wyleczeni. Okazało się też, że po zastosowaniu „diety migrenowej” zniknęły inne dolegliwości, w tym problemy z ciśnieniem, alergie, astma. Gerson zrozumiał, że poprzez zmianę diety nie leczył pojedynczej choroby; na terapię reagował układ metaboliczny i odpornościowy. A to znaczyło, że leczone było całe ciało. I że drzwi do leczenia „nieuleczalnych” chorób zostały otwarte.

Od migreny do raka

A mimo to Gerson uznał, że nie wie, jak leczyć raka. Tak odpowiedział pacjentce, która w 1928 roku wezwała go na wizytę domową. Kobieta przeszła operację z powodu raka przewodów żółciowych. Miała żółtaczkę i wysoką gorączkę. Znała sukcesy lekarza w leczeniu gruźlicy i błagała o pomoc. Gerson w końcu uległ. „Spróbowałem i około sześciu miesięcy później pacjentka była wyleczona! — napisał w swej książce pt. A Cancer Therapy: Results of Fifty Cases and the Cure of Advanced Cancer by Diet Therapy. — (…) Przysłała do mnie dwie kolejne osoby chore na raka z przerzutami w jamie brzusznej — również zostały wyleczone! Trzeci przypadek także został wyleczony! Spróbowaliśmy w trzech przypadkach i wszystkie trzy zakończyły się sukcesem!”.

Ale trudno mówić tu o paśmie sukcesów. Kolejne sześć przypadków w Wiedniu zakończyło się bowiem porażką. Gerson był zszokowany i zniechęcony. Ale próbował nadal. W Paryżu z siedmiu osób uratował trzy. Podczas wykładu wygłoszonego w 1956 roku w Escondido w Kalifornii wspominał przypadek Ormianki: „Musiałem działać wbrew całej rodzinie. W tej rodzinie było wielu lekarzy i miałem mnóstwo kłopotów. Tym niemniej w tym przypadku powiodło mi się. Miała ona odrastającego raka sutka. Za każdym razem rodzina narzekała, że pacjentka »tak bardzo podupadła«. Ważyła tylko 78 funtów [ok. 35 kg]. Została z niej skóra i kości i chcieli, bym podawał jej żółtka. Dałem jej trochę żółtka — rak odrósł. Potem nalegali, bym podawał jej mięso — surowe siekane mięso. Dałem jej i rak odrósł. Za trzecim razem chcieli, bym jej dawał trochę oleju. Dałem jej i rak odrósł po raz trzeci. Tym niemniej trzy razy byłem w stanie eliminować i leczyć tego raka. A wciąż nie miałem pojęcia, czym jest rak. Gdyby ktoś mnie zapytał o teorię, po prostu o to, co ja właściwie robię, musiałbym odpowiedzieć: doprawdy sam nie wiem”.

Już w Stanach Zjednoczonych, dokąd Gerson wyjechał z rodziną przed wybuchem drugiej wojny światowej, odkrył różnicę między chorującymi na choroby chroniczne a chorującymi na raka. Ci pierwsi mieli „zniszczoną, słabą wątrobę”, ci drudzy — „toksyczną wątrobę”. Gerson odkrył też, że chorzy na raka nie mogą całkowicie strawić pożywienia, przyswoić tłuszczów i olejów, a niestrawione resztki są przejmowane przez tkankę nowotworową i stają się jej pożywką. Po latach prób i błędów opracował doskonałą — zdaniem wielu — terapię, skuteczną nawet u śmiertelnie chorych pacjentów.

Gdy dr Gerson otworzył własną klinikę, trafiało do niego coraz więcej przypadków terminalnych. Z jednej strony inni pacjenci mogli obserwować, jak ratuje bardzo zaawansowane przypadki, z drugiej — jak wyznał w Escondido — „miałem nóż Amerykańskiego Towarzystwa Medycznego na gardle i na plecach. Miałem tylko terminalne przypadki. Gdybym ich nie uratował, moja klinika stałaby się umieralnią. Niektóre osoby były przynoszone na noszach. Nie mogły chodzić. Nie mogły już jeść. Było bardzo, bardzo trudno. Tak więc naprawdę musiałem opracować terapię, która pomagałaby w tych dalece zaawansowanych przypadkach”. Gerson pamiętał, że w gruźlicy i innych chorobach zwyrodnieniowych nie wolno leczyć objawów. Cały organizm musi być leczony. „Stopniowo doszedłem do wniosku, że najważniejszą częścią naszego organizmu jest przewód pokarmowy. Wszystko, co zjadamy, powinno być właściwie trawione; inne narządy przewodu pokarmowego powinny działać prawidłowo i pomagać w trawieniu do produktów końcowych, a jednocześnie usuwać wszystkie produkty odpadowe, wszystkie toksyny i trucizny, które muszą być usuwane, tak by nic nie gromadziło się w naszym ustroju. To właśnie — pomyślałem sobie — jest rzeczą najważniejszą w leczeniu gruźlicy. Tak samo musi być we wszystkich innych chorobach zwyrodnieniowych. I do dziś jestem przekonany, że rak nie wymaga »swoistego« leczenia. Rak jest chorobą zwyrodnieniową, a wszystkie choroby zwyrodnieniowe muszą być leczone tak, by najpierw odtruć cały organizm”.

Odsunięty na margines

Wydawałoby się, że świat medyczny zareaguje entuzjastycznie na odkrycia i badania Maxa Gersona. Tak jak pacjenci — żywe świadectwa jego geniuszu. Tymczasem nabrano wody w usta. Choć Gerson napisał wiele artykułów i przesłał je do kilku pism medycznych, wszystkie zostały odrzucone pod różnymi pretekstami. Pacjentom pytającym o jego terapię w Stowarzyszeniu Lekarzy Amerykańskich nie udzielano wyjaśnień. Mimo że Gerson kilkakrotnie dostarczał dane uwierzytelniające wyniki swej terapii, a nawet prezentował pacjentów przed Radą Lekarzy Nowojorskiego Stowarzyszenia Lekarskiego, ta nie upubliczniła swoich wniosków, choć Max Gerson o to zabiegał. Młodzi lekarze, którzy zafascynowani osiągnięciami Gersona zgłaszali się do niego na staż, by nauczyć się zasad terapii, otrzymywali pogróżki o wykluczeniu ze stowarzyszeń lekarskich, co wiązało się z niemożnością prowadzenia własnej praktyki.

W latach 40. Stany Zjednoczone wydały wojnę chorobom nowotworowym. Dr Max Gerson również włączył się w ten nurt, zyskując poparcie kilku senatorów. W 1946 roku przedłożył komisji senackiej powołanej do walki z chorobą nowotworową materiał dowodowy potwierdzający skuteczność jego metody, zawierający treść przesłuchania pięciu świadków — osób z zaawansowanym stadium raka, odesłanych do domu przez bezradną służbę zdrowia i wyleczonych metodą Gersona. Niestety, z uwagi na silne lobby niechętne Gersonowi jego terapia nie znalazła się w gronie usankcjonowanych metod leczenia raka w USA. Jak pisze jego córka, materiały dowodowe dostarczone przez jej ojca Kongresowi zostały usunięte z oficjalnych dokumentów, wbrew wszystkim regułom zabraniającym takich praktyk.

Odcięty od możliwości publikacji swych prac w naukowych periodykach Gerson zebrał wszystkie materiały i napisał swoją ostatnią książkę — medyczny testament: A Cancer Therapy: Results of Fifty Cases (Leczenie raka. Wyniki 50 przypadków). Jej rękopis tuż przed ukończeniem został skradziony. Gerson przed śmiercią w 1959 roku mozolnie odtworzył całość, ale sam był w ciągu tej pracy dwukrotnie truty. Niestety, za drugim razem skutecznie.

Mimo przeciwności losu terapia przetrwała dzięki książce oraz grupie wolontariuszy, utworzonej początkowo przez kilkoro wyleczonych pacjentów. Nieco później Charlotte Gerson podejmuje dzieło swojego ojca i zakłada Instytut Gersona w San Diego, powstaje również Klinika Gersona w Meksyku. Dwa lata temu jej filię otworzono w Europie — na Węgrzech.

Smutne to, że wciąż świat medyczny nie bierze pod uwagę prostej, skutecznej i naturalnej terapii raka. Studenci medycyny nie są uczeni o kolosalnej roli diety, witamin, biopierwiastków i innych substancji roślinnych w procesach zdrowienia, bo świat akademicki kładzie nacisk na terapie farmakologiczne — nie tak skuteczne w chorobach przewlekłych i szkodliwe dla organizmu. Tak jak przed laty, tak i dziś lekarzom planującym szkolenie w meksykańskiej Klinice Gersona „odradza się” to, tłumacząc, że złamałoby to rozwój ich kariery lekarskiej, przyznaje Charlotte Gerson. To wyjaśnia jej zdaniem, dlaczego tak mało lekarzy jest przeszkolonych w zakresie terapii Gersona. Niektóre prawa krajowe, jak np. amerykańskie, zabraniają używania naturalnych terapii w leczeniu raka. Dlatego wiele klinik stosujących terapię naturalną musiało przenieść się poza granice USA.

Profesor Oxfordu i terapia dr Gersona

Ta historia z serialu „Nieuleczalni” opowiada o tym, jak racjonalista, sceptyk, a co więcej – uczony, spojrzał śmierci w oczy i musiał się ratować czymś, czego swoim naukowym rozumem nie pojmował.

Issa Khalaf był typem „Kłapouchego”. Kłapouchy to taki markotny i wiecznie zafrasowany osiołek, który zawsze spodziewa się wszystkiego najgorszego, a jeśli coś się nie uda mówi z ponurą satysfakcją „a nie mówiłem?”

W 1999 roku matka Issy zmarła na chłoniaka. A dokładnie: dała się zamordować onkologom. Issa woził ją po całym stanie od lekarza do lekarza i wszyscy zalecali to samo: chemioterapię. Patrzył, jak matka marnieje z każdą chwilą i w końcu był świadkiem jej śmierci.

To wydarzenie sprawiło, że stał się jeszcze większym pesymistą. Stale nawiedzały go myśli o śmierci i był absolutnie pewien, że już niedługo i on umrze na raka. Mimo to zlekceważył poważne symptomy: miał problemy z siadaniem i siedzeniem, czasem ból był nie do zniesienia, ale zamiast iść do lekarza, wpadł w depresję i czekał nie wiadomo na co. W końcu żona zmusiła go do wizyty u lekarza.

Lekarz zrobił rutynowe badania, również prostaty, ale nic nie znalazł. Issa poszedł więc do urologa, a ten stwierdził zapalenie prostaty i dał mu antybiotyk. Trochę pomogło, ale Issa wciąż wyglądał źle, a melancholia nie mijała. Miał wory pod oczami i wyglądał na bardzo chorego. Lekarz zbadał hormony PSA i się przeraził, bo wynik był 21 (a norma to 2,5). Znaczyło to jedno: nowotwór prostaty. Biopsja wykazała komórki nowotworowe w 10 próbkach na 12 pobranych. Skierowano go na badanie MRI, które wykazało liczne przerzuty do kości i węzłów chłonnych. Dla lekarzy był to wyrok śmierci. Proponowali mu jakieś terapie, ale nie dawali żadnej nadziei. Issa odwiedził wielu lekarzy i wszyscy bezradnie rozkładali ręce. Poczuł się zupełnie zdruzgotany i bezradny. Ale żona postanowiła szukać ratunku w metodach niekonwencjonalnych. Zaczęła przeszukiwać sieć i dość szybko znalazła metodę dr Gersona. Czuła, że to jest to, czego im trzeba. Zadzwoniła do kliniki i rozmawiała z Charlotte Gerson, która wyjaśniła, na czym to wszystko polega i doradziła prywatną terapeutkę, która pomoże ustalić przebieg kuracji i późniejszą dietę.

Issa, jako racjonalista i sceptyk nie rozumiał, w jaki sposób dieta miałaby mu pomóc w tak ciężkim stanie i przy tak agresywnej chorobie. Ale nie miał nic do stracenia, więc w końcu uległ namowom żony.

Terapia Gersona jest bardzo praco- i czasochłonna. Codziennie trzeba kupić i przerobić na sok 10 kg świeżych owoców i warzyw, koniecznie pochodzących z upraw ekologicznych. Samo ustalenie sklepów oferujących takie warzywa okazało się wielkim wyzwaniem.

Issa pił 13 szklanek świeżego soku każdego dnia, poza tym otrzymywał suplementy: enzymy, witaminę B12 i Acidol. To powodowało wypłukiwanie toksyn, które były częściowo wydalane przez nerki, ale to, co zostało trafiało do wątroby, która potrzebowała pomocy. Aby ją oczyścić konieczne były lewatywy z ekologicznej kawy (proszę nie dawać posłuchu pseudo-racjonalistycznym prześmiewcom, bo jak wiedzą nawet dzieci „poznać głupiego po śmiechu jego” – lewatywy z kawy są bardzo ważnym elementem kuracji Gersona, znanym zresztą od wieków, ponieważ bez tego wspomagania wątroba może nie dać rady oczyszczać krwi i pacjent zapadnie w śpiączkę!) Mimo to toksyny powodowały różne nieprzyjemne objawy, takie jak afty i hemoroidy, a nawet dreszcze, gorączkę i wymioty. Wszystko to było uznawane za bardzo pożądane objawy oczyszczania organizmu, a więc zdrowienia.

Przygotowywanie tej diety (mycie, obieranie i krojenie warzyw i owoców) zajmowało 9 do 12 godzin każdego dnia. Sam chory nie może tego robić, ponieważ nie wolno mu się męczyć. Powinien dużo leżeć i wypoczywać. Poza tym terapeutka robiła mu okłady z oleju na węzły chłonne, po czym musiał leżeć, a potem iść pod prysznic i ten cały tłuszcz z siebie zmyć.

Po miesiącu tej kuracji poczuł się lepiej. Badania wykazały, że krew jest w dobrym stanie i staje się coraz lepsza. Namawiano go na kolejne badanie MRI, ale zwlekał, poszedł na nie dopiero po roku. Lekarze bardzo wnikliwie analizowali wyniki, ale nie znaleźli żadnych ognisk raka.

Onkolog był zdumiony i uznał, że to bardzo inspirujące doświadczenie (polski byłby wściekły i zagroziłby sądem za uprawianie szarlatanerii i leczenie bez zezwolenia).

Issa, obecnie wyleczony nie tylko z raka, ale z racjonalizmu i sceptycyzmu powiedział, że ludzie tak bardzo wierzą w medycynę i jej metody, że nie potrafią myśleć samodzielnie. Dlatego tracą nadzieję i biernie poddają się wszystkiemu, co lekarze im każą.

Obecnie wciąż stosuje terapię Gersona i dietę wegetariańską i cieszy się idealnym zdrowiem, nie tylko fizycznym. Co najważniejsze: stał się optymistą, luzakiem i stale się uśmiecha, a ludzie, którzy go dawno nie widzieli są zdumieni tą przemianą i tym, że znakomicie i zdrowo wygląda.

Na zakończenie Issa powiedział, że dawniej toksyny blokowały mu mózg, więc nie mógł prawidłowo myśleć.

Jaki świat byłby cudowny, gdyby tej odblokowującej mózgi terapii udało się poddać wszystkich „racjonalistów”…

„Nieuleczalni” – wstęp

Oglądam na Zone Reality, z ołówkiem w ręku, amerykański serial dokumentalny „Nieuleczalni” (Incurables), o ludziach, którzy wyszli cało z chorób uznawanych przez medycynę alopatyczną za nieuleczalne. Większość to pacjenci onkologiczni, ale nie wszyscy. Początkowo, przerażeni diagnozą, grzecznie poddają się leczeniu onkologicznemu, lecz gdy ich stan zdrowia nie tylko się nie polepsza, ale wręcz dramatycznie pogarsza, postanawiają wziąć sprawy w swoje ręce. Większość dochodzi do wniosku, że wolą umrzeć na raka, niż z powodu terapii, która powoduje wyjątkowo uciążliwe skutki uboczne i pozbawia chęci do życia.

Samodzielne poszukiwania stają się początkiem wielkiej, duchowej przemiany. Większość odkrywa, że prawdziwie uzdrawiająca siła kryje się w naturze (w naturalnej żywności i ziołach) i w ludzkiej duszy, a nie w toksycznej chemii czy zabójczym promieniowaniu bomby kobaltowej.

Rak to nie tylko choroba ciała. To przede wszystkim choroba duszy! Ludzie, którzy postanowili sami zmierzyć się ze swoim rakiem odkryli, że powinni wziąć na siebie całą odpowiedzialność za to, co doprowadziło do rozwoju raka i za to, jak zorganizować swój powrót do zdrowia. Oznacza to całkowitą zmianę stylu życia, a przede wszystkim odżywiania.

W leczeniu wszystkich typów nowotworów (w tym również owianega wyjątkowo złą sławą raka trzustki) bezkonkurencyjna okazała się dieta makrobiotyczna! Jest to dieta wysokowęglowodanowa (jej podstawą są produkty zbożowe nieoczyszczane i świeże warzywa, ale nie surówki, lecz gotowane, duszone lub kiszone, z rygorystycznym ograniczeniem tłuszczów i oczywiście całkowitym zakazem jedzenia cukru w każdej postaci), co jest niezbitym dowodem na to, że teorie o szkodliwości węglowodanów są kolejną „pomyłką” (czytaj: celowym oszustwem) dietetyki i medycyny. [Jeśli wyrzucisz z diety wszystkie produkty zbożowe, to co ci pozostanie? Mięso i nabiał, czyli dieta wysokobiałkowa, a to właśnie białko jest główną przyczyną raka! Wywal białko, nawet roślinne (strączkowe), oczyść radykalnie organizm surowymi sokami owocowo-warzywnymi, a kiedy rak zniknie przeproś się z dietą wysokokaloryczną beztłuszczową, strączkowymi oraz świeżymi (sezonowymi) warzywami i owocami].

Szczerze odradzam samodzielne leczenie się tą dietą, ponieważ leczenie poważnych chorób, takich jak rak czy cukrzyca MUSI być prowadzone pod ścisłą kontrolą profesjonalnego konsultanta makrobiotycznego. W Polsce jest wielu konsultantów, można ich znaleźć używając Google.

W kolejnych odcinkach będę opisywać najbardziej spektakularne moim zdaniem przypadki uzdrowień.

A tymczasem, tytułem wstępu, tekst pochodzący ze strony firmy VOL MAR, w której można nabyć ESSIAC, jeden z najważniejszych leków ziołowych, skutecznie leczących raka. O wspomnianych w poniższym artykule ESSIAC®, 714X, dr Gastonie Naessens oraz uzdrawiających dietach napiszę więcej w następnych odcinkach, zapraszam!

Nieuleczalni (całość)

Profesor Oxfordu i terapia Gersona

Megan Pagnam i tajemnicza, wyniszczająca choroba, czyli historia z serii „Nieuleczalni”

Marlene Marcello McKenna, czerniak złośliwy z przerzutami, czyli historia z serialu „Nieuleczalni”

Rak płuc z przerzutami, czyli historia Janet Sommer, czyli historia z serialu „Nieuleczalni”

Billy Best i chłoniak Hodgkina

Nie wyleczysz żadnej choroby, jeśli nie usuniesz jej przyczyny, czyli historia Betsy Dischel z serii „Nieuleczalni”

Michael Collins i retinopatia cukrzycowa, z serii „Nieuleczalni”
——————————————-

WYGRYWAJĄC ZE ŚMIERCIĄ

Rak Johna Serymeour’a był nieuleczalny do czasu wypróbowania przez niego ziołowego preparatu o nazwie ESSIAC. Zadziwiające jak to ozdrowienia zmuszają lekarzy do innego spojrzenia na tzw. terapię alternatywną.

POWRÓT ZNAD KRAWĘDZI

Uratowani przez medycynę alternatywną chorzy na raka zmuszają lekarzy do coraz głębszych przemyśleń.

Jeszcze rok temu John Serymeour był człowiekiem, którego dni wydawały się być policzone. Ten od lat związany z Calgary biznesmen osiągnął w życiu praktycznie wszystko, oprócz jednego – przegrał 10-letnią walkę z rakiem prostaty. Konwencjonalne metody leczenia , tj. chemioterapia i naświetlanie nie dały żadnego rezultatu – lekarze poddali się.

Po raz pierwszy w życiu John Serymgmeour został inwalidą – przykuty do wózka, z ledwością poruszał nogami, całkowicie uzależniony od całodobowej opieki. Gdy pogodzono się już z faktem, że są to jego ostatnie dni, John Serymgeour dowiedział się o ziołowej herbacie, traktowanej przez większość onkologów jako „znachorstwo”. John zaczął ją pić, i pije dwa razy dziennie przez ostatni rok. Dziś, mając 79 lat, uwolniony od wózka, gra dwa razy w tygodniu w golfa. Badania krwi wskazują niski współczynnik komórek raka. John Serymgeour uważa, że swoje długie życie całkowicie zawdzięcza ziołowej herbacie ESSIAC®.

Dwa lata temu u Gaetano Montani stwierdzono raka płuc. Lekarze założyli, że nawet przy bardzo agresywnej terapii konwencjonalnej jego szanse przeżycia wynoszą maksimum sześć miesięcy. „Powiedziano nam, że jest to najbardziej złośliwy, nie dający się zoperować typ raka” – twierdzi żona Gaetano, Carolyn. „Szanse mojego męża były wyjątkowo małe – oprócz licznych oparzeń odniesionych w czasie pożaru, przeżył dwa ataki serca, operację serca, wylew krwi do mózgu oraz operację usunięcia kamieni żółciowych”.

Najmłodsza córka państwa Gaetano przyniosła do domu opakowanie ESSIAC®. Ponieważ specjaliści tylko bezsilnie wzruszali ramionami, Montani zaczął pić zioła. Podobnie jak John Serymgeour, Montani pił ESSIAC® codziennie. Po pewnym czasie, twierdzi pani Geatano, rak po prostu zniknął.

Mimo, że rak wciąż zbiera ponure żniwo na świecie, coraz częściej słyszymy o ludziach, którym udało się wyleczyć z jego najbardziej złośliwych form, nierzadko właśnie dzięki alternatywnym terapiom jak ESSIAC®. Ich naukowe podstawy często pozostają niepewne – niektóre są całkowicie nieznane, lub tylko w minimalnym stopniu, inne bardziej obiecujące, albo zupełnie zdyskredytowane przez medycynę konwencjonalną. Mimo tych kontrowersji Kanadyjczycy, jak wszyscy ludzie na świecie, gorliwie próbują wszystkiego, co daje jakąś nadzieję w walce z tą zazwyczaj śmiertelną chorobą. Przewiduje się, że w 2000 roku przybędzie w Kanadzie ponad 130 tys. nowych przypadków raka – 65 tys. prawdopodobnie umrze. Wyrywkowe badania pacjentek z rakiem piersi w prowincji Ontario, opublikowane w Jurnal Of Clinical Onkology wykazał, że 67% korzystało z medycyny alternatywnej. Ocenia się, że Amerykanie wydają 27 miliardów dolarów rocznie na alternatywne środki leczenia raka, takie jak całkowitą zmianę diety, zieloną herbatę, chrząstkę rekina w różnej formie oraz całą gamę preparatów ziołowych. Za dwa najbardziej wiarygodne środki uważa się ESSIAC® oraz związek pod nazwą 714X. Oba, co warto zaznaczyć, zostały stworzone przez Kanadyjczyków – pierwszy w 1920 roku przez pielęgniarkę, drugi w latach 70-tych przez wykluczonego z zawodu lekarza z prowincji Quebec.

Wielu onkologów stoi na stanowisku konieczności rygorystycznych, metodologicznych badań środków alternatywnych, jednak dla cierpiących na raka pacjentów zastrzeżenia tego typu są bardziej wyrazem pedantyczności naukowców niż ich faktycznej konieczności. Do terapii alternatywnej przyciąga głównie fakt, że jest ona bardziej łagodna niż trzy konwencjonalne metody – chirurgia, chemioterapia i radioterapia, a które ich przeciwnicy nazywają „tnij, truj i pal trio”. Nadzieja i desperacja, dodatkowo poparte wiarygodnymi wypowiedziami tych, którzy twierdzą, że zostali wyleczeni powodują, że medycyna alternatywna ma wprost nieodpartą siłę przyciągania, chociaż często otoczona jest mgiełką tajemnicy, wcale nie zraża to ludzi, którzy ją stosują – uważają się za wystarczająco rozsądnych i wiedzą, co robią. John Serymgeour, na przykład, zrobił karierę na polach naftowych Alberty, w ryzykownym przemyśle nie pozbawionym fałszywych nadziei czy kosztownych pomyłek. Wiele lat temu stał się legendą, zakładając Westburne International Industries, aby po przejściu w 1986 roku na emeryturę osiedlić się na Bermudach i Nowym Jorku. Serymgeour jest również głównym patronem Vancouver’s Fraser Institute oraz jednym z właścicieli tego magazynu.Wygodne życie na emeryturze zostało brutalnie przerwane wiadomością o raku. Otrzymał ją w dzień św. Walentego 1990 roku, i od razu podjął zdecydowaną decyzję: nie podda się. Serymgeour otrzymał najlepszą z możliwych opiekę medyczną, i to dzięki niej jego PSA marker (prostate – specyfic antiegen), kluczowy miernik aktywności komórek raka w organizmie, początkowo uległ obniżeniu, jednak w ubiegłym roku rak zaatakował go z taką wściekłością, że lekarze dawali mu nikłą nadzieję na przeżycie.W ostatniej chwili, jeden z przyjaciół zapoznał go z historią kanadyjskiej pielęgniarki, która wyleczyła tysiące rzekomo nieuleczalnie chorych na raka pacjentów, stosując cztery popularne zioła. Dzisiaj marker PSA u Johna jest prawie równy zeru, a swoje szczęście, jak uważa, zawdzięcza tylko jednemu: pijąc dwie szklanki ESSIAC® dziennie. Ocenia się, że ESSIAC® jest stosowany w Ameryce Południowej przez tysiące ludzi. Żona jednego z chorych zachowała coś, co nazywa fizycznym dowodem skuteczności preparatu. U Richarda Schmidt z Toronto w 1985 roku stwierdzono raka pęcherza, po czym dokonano dziewięciu operacji w celu usunięcia guzów. W oczekiwaniu na kolejną operację Schmidt zapadł w śpiączkę i dostał zapalenia płuc połączonego z ciężką infekcją, a gdy i nerki odmówiły posłuszeństwa, podłączono go do podtrzymującego przy życiu aparatu i, krótko mówiąc, uznano za przypadek prawie beznadziejny. Zdesperowana żona pana Schmidt, Hannelore, udała się do naturopeuty, który polecił jej ESSIAC®. Po trzech tygodniach picia herbaty, Schmidt zaczął wydalać z moczem czarne fragmenty guzów oraz skóry, których 40 kawałków pani Schmidt zachowała w słoiku z roztworem formaldehydu. Następne badanie wprawiło wszystkich w totalne osłupienie: lekarze nie mogli się doszukać śladów raka u pacjenta. Richard Schmidt wyzdrowiał i cieszył się życiem przez wiele lat, krzątając się wkoło domu i pracując w ogrodzie. Mając 86 lat doznał wylewu krwi do mózgu i zmarł w spokoju, wolny od raka. „Dzięki ESSIAC® przeżył wiele dobrych, szczęśliwych lat” – wspomina pani Schmidt.

Być może podobnego zdania będzie kiedyś rodzina Luka Stevens z Południowej Afryki, chociaż jak na razie chłopak cieszy się jak najlepszym zdrowiem. Cztery lata temu, u siedemnastoletniego wówczas Luka na lewym kolanie pojawił się potężny guz, i rósł tak szybko, że zniszczył większość kości piszczelowej. W czasie operacji chirurdzy usunęli guz i odbudowali kość. Po czterech miesiącach organizm chłopca odrzucił jednak przeszczep, a rak zaatakował z jeszcze większą wściekłością, i przebijając się przez skórę (przybierając przy tym odrażający wygląd) osiągnął rozmiar ludzkiej pięści. Ojciec Luka, z zawodu chiropraktyk, powoli zaczął tracić nadzieję co do skuteczności działania onkologów, doradzających jedynie amputację oraz masową chemioterapię. Mniej więcej w tym też czasie dotarła do niego wiadomość o 714X – preparacie stworzonym przez urodzonego we Francji, a mieszkającego w Rock Forest w prowincji Quebec naukowca Gastona Naessens. 714X jest mieszanką azotu, kamfory i soli mineralnych, wstrzykiwaną do węzłów chłonnych z prawej strony pachwiny. Oddziałując na układ limfatyczny oraz dostarczając azotu do komórek, 714X, według opinii jego twórcy, wspomaga naturalny system obronny organizmu.

77 letni Dr Naessens twierdzi również, że skonstruował rewolucyjny mikroskop, nazwany przez niego somatoskopem, pozwalający na unikalną, bezprecedensową obserwację żywej krwi, i że przy jego pomocy odkrył prymitywne biologicznie jednostki, które uważa za prekursorów DNA. Naessens nazwał je somatydami, a porównując krew ludzi zdrowych i chorych zauważył, że cykl życia krwi jest wprost niesamowitym wskaźnikiem stanu, w jakim znajduje się system immunologiczny człowieka. Dr Naessens twierdzi, iż potrafi przewidzieć początek degeneracyjnej choroby do dwóch lat przed pojawieniem się jej pierwszych symptomów, co daje szansę, aby jej zapobiec np. poprzez zmianę trybu życia czy diety.

Badanie krwi Luka przy pomocy somatoskopu w sposób widoczny wykazało, że stara się ona zwalczyć drapieżne komórki nowotworowe, wobec czego niezwłocznie zastosowano 714X. Zmiany, które wkrótce nastąpiły, były błyskawiczne i wprost niesamowite: guz znikł, a zdjęcia rentgenowskie wykazały 100% regenerację kości, co z medycznego punktu widzenia było niemożliwe. 21-letni Luke Stevens jest obecnie studentem Uniwersytetu oraz członkiem drużyny wioślarskiej – uważa, że swoje wyzdrowienie zawdzięcza Dr Naessens.

Terapia alternatywna jest powodem niezliczonych kontrowersji oraz niesamowicie zawziętych dyskusji pomiędzy rywalizującymi ze sobą jej zwolennikami z jednej, a coraz bardziej podzielonym środowiskiem lekarskim z drugiej strony. Rośnie grupa lekarzy, która nie ma nic przeciwko łączeniu alternatywnych metod leczenia raka z tradycyjnymi, jeśli tylko to może pomóc pacjentowi. Jak wyjaśnia Matthew Fink, dyrektor Beth Israel Medical Center w Nowym Jorku: „Byłoby głupotą zarówno ze strony lekarzy jak szpitali ignorować coś, co w przyszłości stanie się integralną częścią naszego systemu opieki medycznej”. Już obecnie blisko jedna trzecia amerykańskich szpitali średniej wielkości (500 łóżek lub więcej) oferuje swoim pacjentom różne formy medycyny alternatywnej.

Również w Kanadzie część onkologów łączy swe siły z praktykami holistycznymi w celu wspólnych badań najbardziej popularnych preparatów ziołowych. Jednym z takich przykładów jest znajdujący się w Vancouver Tzu Chi Institute for Complementary and Altrnative Medicine, który bardzo blisko współpracuje z onkologami z Fraser Valley Cancer Centre, łączy medycynę konwencjonalną z terapią alternatywną. Tego typu współpraca pozwala na bardzo rygorystyczne badania niekonwencjonalnych metod.

W styczniu rozpoczną się również pierwsze badania kliniczne z udziałem ludzi preparatu ESSIAC® – prowadzić je będzie College of Naturopathic Medicine w Toronto.

Przed dwoma laty Kanadyjskie Stowarzyszenie do Badań nad Rakiem Piersi (Canadian Breast Cancer Rescarch Initiative) dokonało analizy dostępnych badań laboratoryjnych sześciu najbardziej popularnych terapii alternatywnych, w tym ESSIAC® oraz 714X. Okazało się, że wszystkie zioła zawarte w ESSIAC® charakteryzują się aktywnością biologiczną, mającą wpływ na budowę lub funkcje komórek, tkanek czy organów; np. wyciąg z korzenia łopianu wstrzykiwany myszom, którym zaszczepiono guzy nowotworowe, wydawał się powstrzymywać wzrost nowotworów. W raporcie Stowarzyszenia zastrzeżono, że większość dostępnych danych dotyczyła indywidualnych ziół wchodzących w skład ESSIAC®, co mogło nie oddawać w pełni ich synergicznego charakteru w przypadku pełnej mieszanki.

Zachęcające wyniki nadeszły ostatnio również dla 714X, jednakże okoliczność, w jakich zostały one „zdobyte” od prowadzącego je badacza, nasuwają pewne wątpliwości. Firma doktora Naessens, Cerbe Industries, w całości sfinansowała badania, jednak aby zachować bezstronność, zleciła ich wykonanie naukowcowi z Toronto, Dr Diane Van Alstyne, która z kolei zatrudniła pracownika prestiżowego Dana-Farber Cancer Institute w Bostonie, Dr Lili Huang, nie mówiąc jej, jaki produkt bada. Immunologiczne testy invitro wykazały, iż nieznany związek odgrywa znaczną rolę w niszczeniu komórek nowotworowych i wydaje się wzmacniać system immunologiczny, gdy jednak Dr Huang, dowiedziała się, jaki produkt bada, „zawieruszyła” gdzieś wyniki badań i aby je uzyskać, firma doktora Naessens musiała skierować sprawę na drogę sądową.

Powyższy epizod sugeruje, iż zazdrość ze strony medycyny akademickiej są jednym z czynników w wojnie, jaka toczy się pomiędzy medycyną konwencjonalną a terapią alternatywną. Dr Ralph Moss, prominentny obrońca tej ostatniej uważa, że jak długo miliardy dolarów przelewają się przez kasy gigantów farmaceutycznych oraz instytutów badawczych, tak długo medycyna konwencjonalna ma niewiele powodów, aby rzeczywiście znaleźć lek na raka, a już w ogóle, co podkreśla z wielkim cynizmem, pochodzący z powszechnie dostępnego chwastu, jakim jest łopian.

Rządowe instytucje ochrony zdrowia, występujące w roli ochrony społeczeństwa przed bezużytecznymi czy też szkodliwymi środkami, stanowią kolejną przeszkodę na drodze akceptacji terapii alternatywnych. W blisko trzydziestoletniej walce o status oficjalnego leku dla 714X, dr Naessens napotykał ciągle na złośliwość i wprost niepohamowaną odmowę ze strony władz, i mimo, że zna kilka wpływowych osób, które go popierają, był dwukrotnie aresztowany oraz karany wysoką grzywną za praktykowanie medycyny bez zezwolenia. Po tym, gdy jego troje chorych na raka pacjentów zmarło, dr Naessens został oskarżony o popełnienie błędu w sztuce lekarskiej. Uniewinniono go – chyba tylko dlatego, że zarzut prokuratora, iż to 714X był powodem śmierci pacjentów, których i tak wcześniej lekarze nie byli w stanie uratować, był wątpliwy i dziecinnie naiwny.

Do niełatwego kompromisu doszło w końcu w 1990 roku, kiedy to Ministerstwo Zdrowia Kanady zalegalizowało 714X, udostępniając go na zasadzie specjalnego programu, zezwalającego każdemu poważnie choremu pacjentowi zamówić preparat poprzez swojego lekarza, z czego jak dotychczas, skorzystało 15 tys. Kanadyjczyków.

ESSIACR również był kiedyś w podobnej sytuacji, jednak jego producent, umiejętnie uprzedzając swoich przeciwników, zmienił status preparatu na „dietetyczny środek spożywczy”, nie powołując się na jego właściwości lecznicze; dziś ESSIAC® jest powszechnie dostępny na rynku, a jego sprzedaż osiąga miliony opakowań. Cena za 12-tygodniową kurację, zamówionego bezpośrednio u producenta, Essiac International, wynosi około 360 dolarów, natomiast 714X kosztuje 100 dolarów za 21-codziennych zastrzyków. 714X jest dostępny w 55 krajach świata.

Wielu onkologów otwarcie przyznaje, że leczenie raka konwencjonalnymi metodami po prostu nie zdaje egzaminu. Każda operacja jest bolesna i zwykle pozostawia trwałe ślady. Chemioterapia wywołuje mdłości, wymioty, jątrzące się rany, utratę apetytu, włosów oraz stopniowo obniża poziom białych ciałek krwi, zmuszając wielu pacjentów do zaniechania leczenia. Do mniej powszechnie znanych skutków ubocznych należą także nieprawidłowości występujące w układzie rozrodczym, uszkodzenia wątroby, chromosomów oraz serca. Szokujące wyniki ujawniła ankieta przeprowadzona wśród samych onkologów: 80% nigdy nie zgodziłoby się poddać metodą leczenia, które sami stosują. Przeraża również fakt, że nawroty choroby w przypadku raka są zastraszająco wysokie; nawet w przypadku amputacji nie ma gwarancji, że rak nie pojawi się w innym miejscu. Na badania związane z rakiem, nowe leki czy nowocześniejszą aparaturę do naświetleń przeznacza się astronomiczne sumy, niestety, efekty tych działań są wciąż dość ograniczone. Jeżeli tendencja wzrostu zachorowań będzie się rozwijać w obecnym tempie, to w przeciągu 10 lat liczba chorych na raka z łatwością przekroczy ilość zachorowań na serce i choroby układu krążenia. Ocenia się również, że prawdopodobieństwo zachorowań na raka wynosi jeden do trzech w przypadku kobiet oraz jeden do pięciu w przypadku mężczyzn.

Pomimo pewnych jej osiągnięć, nadal wielu onkologów pozostaje sceptycznych co do roli, jaką w walce z rakiem, jeśli w ogóle, może odegrać terapia alternatywna. Starą zasadę „Po pierwsze, nie szkodzić” tłumaczą oni na „Jeśli wątpisz, nic nie rób”. Wielu obawia się również, że terapia alternatywna to nic innego, jak sprytny sposób odseparowania chorych i ich bliskich od nich samych, czyli … utrata zarobków. W najgorszym wypadku, może oznaczać również śmierć. Historia pełna jest tragicznych przypadków; np. XIX-sto wieczny „lek”, którym ówcześnie leczono trąd okazał się później trucizną. Mieszkający w White Rock w Brytyjskiej Kolumbii Dr Lloyd Oppel z hukiem krytykuje czasopisma medyczne za to, że „zrobią wszystko, aby wydrukować artykuł na temat terapii alternatywnych”. Dr Oppel uważa, że większość z nich nie ma „żadnych podstaw naukowych, i w najlepszym przypadku oferują jedynie fałszywą nadzieję”. Nie odstrasza również fakt, że tak zwane ” cudowne środki” pojawiają się i giną z niepokojącą dokładnością, przyciągając fanatycznych wprost naśladowców, zanim w końcu zostaną zdyskredytowane.

W latach czterdziestych na czołówki gazet trafiły tzw. Antytoksyny Kocha, mniej więcej w tym samym czasie był też w modzie kreobiozon – sporządzony z końskiej krwi w połączeniu z wywołującymi choroby pleśniami. Lata 50-te przyniosły ziołowy środek Hoxsey’a, którego jeden ze składników był identyczny z ESSIAC®; letril przyciągał tysiące ludzi w latach siedemdziesiątych aby w końcu pójść w zapomnienie po utracie reputacji; w latach osiemdziesiątych na fali była terapia zwiększająca odporność organizmu. Niektórzy wciąż wierzą w skuteczność tych terapii, jednak świat medyczny jest odmiennego zdania.

Według opinii Johna Seymgeour, człowieka, który stał praktycznie nad grobem, medycyna powinna odrzucić swe skostniałe poglądy i spojrzeć na wszystko z innej strony. „Mój guz praktycznie całkowicie znikł” – twierdzi. „Mój urolog zaczął stosować ESSIAC R także u innych pacjentów. Jestem żywym dowodem, że „to” działa. Przecież jeszcze rok temu miałem nogi jak z ołowiu”. John Serymgeour wciąż jeszcze chodzi z laską, jednak jest to kwestia jego wyboru, a nie konieczności. „W Nowym Jorku spotykam się z większym respektem, chichocze”. „Ludzie, widząc mnie, otwierają przede mną drzwi”.

Walter Last – „Kulisy leczenia nowotworów przez oficjalną medycynę”

Źródło: „Nexus” nr 5 (37) 2004

O AUTORZE

Walter Last – obecnie na emeryturze, pracował jako biochemik i chemik na medycznych wydziałach wielu niemieckich uniwersytetów oraz w Laboratoriach Bio-Science w Los Angeles w USA, a później jako żywieniowiec i terapeuta wykorzystujący naturalne metody leczenia w Nowej Zelandii i Australii, gdzie obecnie przebywa. Jest autorem licznych artykułów dotyczących zdrowia publikowanych w różnych czasopismach, jak również kilku książek, w tym Heal Yourself (Uzdrów się sam), Healing Foods (Uzdrawiające potrawy) i The Natural Way to Heal (Naturalny sposób uzdrawiania). W numerze 32 (6/2003) Nexusa opublikowaliśmy jego artykuł „Nowa medycyna doktora Hamera”. Zainteresowanych dalszymi informacjami na temat zdrowia odsyłamy na jego stronę internetową poświęconą zdrowiu, nauce i duchowości zamieszczoną pod adresem www.health-science-spirit.com

======================

Medycyna jest bardzo dumna z rygorystycznych metod badawczych stanowiących podstawę leczenia raka. Jeśli u kogoś zdiagnozowano raka, osoba ta z miejsca staje przed ogromnym naciskiem ze strony systemu ochrony zdrowia, który wymusza na niej natychmiastowe rozpoczęcie terapii, w której skład wchodzi interwencja chirurgiczna, chemioterapia i napromieniowanie w różnych kombinacjach. Większość przestraszonych i zaszokowanych tą sytuacją ludzi nie jest w stanie przeciwstawić się potędze medycznego autorytetu.

Jak zareagowalibyśmy w takiej sytuacji? Być może niektórzy z nas w przypadku prostych problemów ze zdrowiem byliby skłonni do zaufania terapii naturalnej, ale w przypadku czegoś tak poważnego jak rak czulibyśmy się bezpieczniejsi ze sprawdzonymi metodami medycyny ortodoksyjnej.

Jeśli ktoś natknie się na ten artykuł przed podjęciem ostatecznej decyzji co do metody leczenia, niech go uważnie przeczyta.

Być może pomoże mu lepiej zrozumieć naturalne metody leczenia raka.

W artykule tym przedstawiam kilka mało znanych faktów dotyczących naukowych podstaw kryjących się za tradycyjnymi metodami leczenia raka. W badaniach nad rakiem sukces – za który uważa się pięcioletni okres przeżycia – jest określany poprzez porównanie innych metod i form leczenia z interwencją chirurgiczną, natomiast przeżywalność będąca skutkiem interwencji chirurgicznej rzadko jest porównywana z przeżywalnością pacjentów nie poddawanych żadnej terapii, a już na pewno nie jest porównywana z przeżywalnością pacjentów leczonych metodami naturalnymi. Jak z tego wynika, ortodoksyjna metoda leczenia raka jest z gruntu nienaukowa. Ogólna liczba przypadków udanej terapii nie jest większa od uzyskiwanej w wyniku wyleczenia spontanicznego lub efektu placebo.

Jako potwierdzenie mojego stosunku do medycyny ortodoksyjnej przedstawiam następujące stwierdzenia i wnioski zaczerpnięte z medycznych i naukowych publikacji: „Badania zdają się dowodzić, że wczesna interwencja chirurgiczna jest pomocna, ponieważ przedrakowe zmiany są włączone do usuniętej części, takie które nie stałyby się rakowymi, gdyby je zostawić nietknięte”. Innymi słowy, wczesne interwencje chirurgiczne wydają się skuteczne, ponieważ zostają usunięte zmiany, które nie są zmianami rakowymi, i w ten sposób poprawia się statystykę przypadków wyleczonych.

Nie ma również znaczenia, jak duża część piersi zostaje usunięta – wynik jest zawsze taki sam”. To stwierdzenie dowodzi, że interwencja chirurgiczna nie wpływa na polepszenie szans wyzdrowienia, w przeciwnym wypadku byłaby różnica między radykalną chirurgią a wycięciem tylko guzka. Badacze stwierdzają, że dalsze poddawanie około 70 procent kobiet daremnym w skutkach okaleczeniom jest arogancją. Co więcej, nie ma żadnych dowodów na to, że wczesna amputacja sutka (mastektomia) wpływa na przeżywalność – gdyby pacjentki wiedziały o tym, najprawdopodobniej nie zgodziłyby się na zabieg chirurgiczny.

W roku 1993 redaktor Lanceta podkreślał w artykule redakcyjnym, że mimo wielu modyfikacji i wariacji metod leczenia raka piersi śmiertelność spowodowana tą chorobą nie zmieniła się. Przyznaje, że mimo niemal cotygodniowych relacji mówiących o przełomowych odkryciach medycyna, przy swej nadzwyczajnej możliwości samooszukiwania się (to jego słowa, nie moje), pogubiła się. Jednocześnie odrzuca poglądy tych, którzy uważają, że zbawienie nadejdzie ze strony intensyfikacji chemioterapii po zabiegu chirurgicznym do poziomu tuż poniżej zabójczego dla pacjenta. Zadaje pytanie: „Czy nie byłoby bardziej naukowe zastanowienie się, dlaczego nasze podejście zawiodło?” Powiedziałbym, że niezbyt szybko doszliśmy do takiego pytania, biorąc pod uwagę stuletni okres okaleczania kobiet. Tytuł tego artykułu wstępnego brzmi właściwie: „Rak piersi – czy się zagubiliśmy?”

W zasadzie wszystkie rodzaje i kombinacje konwencjonalnych metod leczenia raka piersi dają w dłuższej perspektywie ten sam stosunek przeżywalności. Jedyny wniosek, jaki można wysnuć, mówi, że konwencjonalne metody leczenia nie dają żadnej poprawy przeżywalności w dłuższym okresie czasu. W rzeczywistości jest jeszcze gorzej. Dr Michael Baum, czołowy brytyjski chirurg, specjalista od raka piersi, odkrył, że interwencje chirurgiczne w przypadkach raka piersi zwiększają szansę nawrotu w ciągu trzech lat. Wiąże również interwencje chirurgiczne z przyspieszeniem tempa rozwoju raka w wyniku stymulacji formowania się przerzutów w innych częściach ciała.

Wcześniejsze niemieckie badania dowodzą, że kobiety po menopauzie z nie leczoną formą raka piersi żyją dłużej od poddanych kuracji i zalecają zaniechanie leczenia w takich przypadkach. Ten wniosek jest zgodny z ustaleniami Ernsta Krakowskiego, niemieckiego profesora, radiologa. Wykazał on, że przerzuty są zazwyczaj wywoływane przez medyczną interwencję i tylko niekiedy przez biopsję lub zabieg chirurgiczny nie związany z rakiem. Zakłócenie guza powoduje wzrost liczby komórek rakowych, które dostają się do krwiobiegu, zaś większość farmaceutycznych terapii, zwłaszcza chemioterapia, powoduje uwstecznienie układu immunologicznego. Ta kombinacja to recepta na katastrofę. To właśnie przerzuty zabijają, podczas gdy oryginalne nowotwory, zwłaszcza piersi, mogą być stosunkowo mało szkodliwe. Te ustalenia zostały potwierdzone przez najnowsze badania, które dowodzą, że interwencje chirurgiczne, nawet te nie związane z rakiem, mogą wyzwolić gwałtowny proces formowania się przerzutów i prowadzić do przedwczesnej śmierci. Jeszcze wcześniej ukazały się doniesienia mówiące, że operacyjne leczenie raka prostaty może również prowadzić do przerzutów. W rzeczywistości to właśnie rak prostaty był badany w pierwszych klinicznych próbach losowych, jakie w ogóle prowadzono nad rakiem. Po 23 latach okazało się, że nie ma żadnych różnic w okresach przeżywalności miedzy pacjentami poddanymi interwencji chirurgicznej a osobami, których nie poddano żadnej terapii, przy czym operowani cierpieli dodatkowo z powodu impotencji lub nietrzymania moczu.

Nieżyjący już profesor fizyki medycznej H. B. Jones był czołowym statystykiem raka w Stanach Zjednoczonych. W przemówieniu wygłoszonym w roku 1969 do członków Amerykańskiego Towarzystwa Raka (American Cancer Society) oświadczył, że żadne z badań nie potwierdziło wydłużenia okresu przeżywalności w następstwie wczesnej interwencji chirurgicznej. Co więcej, jego badania dowiodły, że

pacjenci z nie leczonym rakiem żyją prawie cztery razy dłużej, wiodąc życie charakteryzujące się znacznie wyższą jakością niż leczeni.

Nie muszę chyba dodawać, że już nigdy więcej nie poproszono go o zabranie głosu.

NACIĄGANE STATYSTYKI

Epidemiologiczne badania potwierdzają wątpliwą wartość konwencjonalnej terapii. W ich konkluzji mówi się: „medyczne interwencje związane z rakiem mają marginalny wpływ, jeśli w ogóle jakikolwiek, na przeżywalność”. Nawet konserwatywny periodyk medyczny New England Journal of Medicine zamieścił artykuł pod znamiennym tytułem „Rak niepokonany”.

Pospolity sposób przekształcania medycznych statystyk na bardziej korzystne wygląda następująco: pacjenci, którzy umierają w czasie przedłużonej terapii przy zastosowaniu chemioterapii lub radioterapii, nie są włączani do obliczeń statystycznych pod pretekstem nieuzyskania pełnego zakresu terapii, natomiast w grupach kontrolnych liczeni są wszyscy, którzy umierają.

Co więcej, miarą sukcesu jest procent guzów zanikających, bez względu na to, czy pacjent przeżyje. Kiedy jednak dochodzi do porównania długości okresu przeżycia, wówczas uwzględnia się tylko przypadki wyleczone z pominięciem śmiertelnych. Generalnie nie podaje się, ilu pacjentów zmarło wskutek samej terapii. Obecny trend polega na bardzo wczesnym wykrywaniu objawów przedrakowych i leczeniu ich jako raka. Chociaż statystycznie zwiększa to liczbę ludzi chorych na raka, to jednocześnie sztucznie wydłuża czas przeżycia i obniża śmiertelność, a tym samym czyni terapie medyczne bardziej wiarygodnymi. W tym wydłużeniu czasu przeżywalności może mieć jednak swój udział pewien czynnik, a mianowicie to, że rosnąca liczba pacjentów sięga dodatkowo po terapię naturalną.

Badanie historii chorób 1,2 miliona pacjentów z rakiem ujawniło, że śmiertelność przypisywana przyczynom pozarakowym i występująca wkrótce po leczeniu na raka była o 200 procent większa od występującej normalnie. Po dwóch latach od zdiagnozowania raka i terapii ten nadmiar śmiertelności spada o 50 procent. Najczęstszym powodem nadmiaru zejść śmiertelnych była niewydolność serca i układu oddechowego. Oznacza to, że zamiast umierać przez kilka lat na raka pacjenci ci umarli w wyniku efektów leczenia i znacznie pomogli w poprawieniu statystyk dotyczących raka, ponieważ rak nie był bezpośrednią przyczyną ich śmierci. Tego rodzaju zafałszowane doniesienia dotyczące śmierci z powodu raka zrodziły żądania wprowadzenia bardziej uczciwych statystyk.

Analiza wielu szeroko zakrojonych badań mammograficznych pokazuje, że mammografia prowadzi do bardziej agresywnej terapii bez żadnych dodatnich skutków, jeśli chodzi o przeżywalność pacjentek. W rezultacie nawet redaktor Lanceta musiał przyznać, że brak jest wiarygodnych danych wynikających z rozległych losowych prób mammograficznych, które świadczyłyby na korzyść mammografii. Znaczenie tego oświadczenia wykracza daleko poza samą mammografię. Orędownicy medycyny konwencjonalnej otwarcie przyznają, że nie znają terapii mogącej pomóc w przypadkach zaawansowanych form raka. Do dzisiaj lansuje się hasło: „Aby można było to wyleczyć, należy wykryć to wcześnie”. Badania dotyczące mammografii dowodzą, że nie ma znaczenia, kiedy wykryje się raka – metody konwencjonalne są zawsze bezużyteczne, a co za tym idzie, bezużyteczny jest ogromny, wielomiliardowy przemysł raka (to mój wniosek).

W ramach prowadzonych w Kanadzie przez trzynaście lat badań, które objęły 40 000 kobiet, dokonano porównania tych z nich, które badano metodami fizycznymi z tymi, którym zaaplikowano dodatkowo mammografię. Okazało się, że w grupie z badaniem mammograficznym wystąpiło znacznie więcej przypadków wycięcia guzka piersi i zabiegów chirurgicznych (przy współczynniku śmiertelności wynoszącym 107) niż w grupie, w której zastosowano tylko badanie fizyczne (przy współczynniku śmiertelności – 105). Rak przewodowy miejscowy (DCIS) jest pospolitą, nieinwazyjną formą guza piersi. W większości przypadków jest wykrywany przy pomocy mammografii. U młodych kobiet 92 procent wszystkich rodzajów raka wykrywanych za pośrednictwem mammografii należy do tego typu. Tym niemniej średnio w 44 procentach, a w niektórych przypadkach w 60 procentach tych przypadków stosuje się amputację sutka (mastektomię). Ponieważ większość z nich jest nieszkodliwa, te niepotrzebne zabiegi znacznie poprawiają statystyki dotyczące przeżywalności.

Podczas gdy konwencjonalne diagnozy mają charakter inwazyjny i mogą sprzyjać przerzutom raka, jest pewien nieszkodliwy rodzaj elektroskórnych badań o nazwie „test biopola”, który opracował zespół złożony z badaczy ośmiu europejskich szpitali i uniwersytetów. Jak doniósł Lancet, jest on w 99,1 procenta dokładny w diagnozowaniu złośliwości guzów piersi. Obszerna analiza wyników radioterapii w przypadkach raka płuc wykazała, że po dwóch latach w grupie, w której oprócz interwencji chirurgicznej zastosowano radioterapię, wystąpiła o 21 procent większa śmiertelność niż w grupie, która miała wyłącznie zabieg chirurgiczny. Magazyn Lancet zamieścił artykuł, w którym mówi się, że zabicie wszystkich komórek rakowych, jakie pozostały po zabiegu chirurgicznym jest racjonalne, lecz fakty, niestety, nie potwierdzają tej teorii.

CHEMIOTERAPIA – MEDYCZNA ROSYJSKA RULETKA

Chemioterapia w przypadkach białaczki u dzieci i choroby Hodgkina (ziarnica złośliwa) stanowi typowy przykład jedynie pozornego sukcesu ortodoksyjnej terapii antyrakowej. Prowadzone obecnie kolejne długoterminowe badania dowodzą, że w późniejszym okresie u takich dzieci powstaje osiemnaście razy więcej wtórnych złośliwych guzów. Co gorsze, u dziewczynek występuje 75-krotny wzrost ryzyka (7500%) zachorowania na raka piersi w wieku około 40 lat. Głównym problemem wydaje się być rozwój głębokich lub układowych infekcji bakterią Candida albicans (bielnik biały) wkrótce po rozpoczęciu chemioterapii. Jeśli ta infekcja nie jest odpowiednio leczona, następuje pogorszenie lub jest bardzo prawdopodobne wystąpienie w przyszłości problemów ze zdrowiem.

Badania raka jajników dowodzą, że ryzyko wykształcenia się białaczki po chemioterapii rośnie 21-krotnie, czyli o 2100 procent. Chemioterapia wykazuje prostą zależność od dawki – podczas gdy występowanie pobudzonej leukemii podwaja się między grupami, w których zastosowano niską i umiarkowaną dawkę, to między grupami o umiarkowanej i wysokiej dawce wzrasta czterokrotnie. Po zastosowaniu chemioterapii w celu leczenia złośliwych guzów rozwijają się również inne guzy. W próbach ze szpicakiem (myeloma) nie stwierdzono żadnych zalet stosowania chemioterapii w stosunku do braku jakiegokolwiek leczenia.

Ulrich Abel, szanowany niemiecki biostatystyk, przedstawił wyczerpującą analizę ponad 3000 klinicznych prób dotyczących wartości chemioterapii w przypadkach zaawansowanego nowotworu złośliwego (na przykład raka piersi). Onkolodzy mają inklinację do stosowania chemioterapii, ponieważ może ona spowodować czasowe kurczenie się guza zwane reakcją, jednak i w tym przypadku występują nieprzyjemne efekty uboczne. Abel wywnioskował, że brak jest bezpośrednich danych wskazujących na to, że chemioterapia umożliwia w takich przypadkach przedłużenie okresu przeżycia. Twierdzi wprost: „Wielu onkologów uważa za oczywiste to, że reakcja na terapię wydłuża okres przeżycia – jest to opinia, której podstawę stanowi błędne rozumowanie nie poparte żadnymi badaniami klinicznymi”.

W swojej książce Questioning Chemotherapy (Wątpliwości wobec chemioterapii) dr Ralph W. Moss przedstawia szczegółową analizę tego tematu. Ogólny wniosek, jaki wynika z jego książki, mówi, że nie ma danych wskazujących na to, że stosowanie chemioterapii wydłuża w większości przypadków raka okres przeżycia. Nawet gdyby chemioterapia mogła przedłużyć życie o kilka miesięcy, to co z jakością tego życia? Tom Nesi, były dyrektor ds. kontaktów z mediami w farmakologicznym gigancie Bristol-Myers Suibb napisał w dzienniku New York Times o udanej kuracji swojej żony, która statystycznie rzecz ujmując przedłużyła jej życie o trzy miesiące. Dwa tygodnie po zabiegu jego żona nagryzmoliła na kartce z notatnika: „jestem przygnębiona… nie chcę więcej… proszę”. W tej sytuacji wcale nie dziwią mnie doniesienia mówiące, że

większość onkologów nie poddałaby tej terapii członków swoich własnych rodzin.

PEŁNA TERAPIA

Virginia Livingston (później Livingston-Wheeler), wybitna badaczka raka i terapeutka, przytacza w swojej książce Cancer: A New Breakthrough (Rak- nowy przełom) opis przypadku jednej z wielu pacjentek, które badała. Pacjentka ta zgłosiła się do niej natychmiast po zaaplikowaniu jej pełnego zakresu terapii na raka piersi. „Po odkryciu minimalnego guzka piersi poddano ją mastektomii (wycięciu sutka). Żaden z usuniętych spod ramienia węzłów limfatycznych nie był zaatakowany; całość tkanki rakowej została usunięta. Aby mieć pewność, że nie będzie nawrotów na bliznach, poddano ją radioterapii i wycięto jajniki. Ku jej przerażeniu rok później na bliźnie pooperacyjnej na piersi pojawiły się małe guzki. Znowu poddano ją naświetlaniom i dodatkowo terapii hormonami męskimi, w następstwie czego wystąpił u niej trądzik i szorstki zarost na twarzy. Pomimo to guzki pojawiały się dalej. Obecnie jest poddawana chemioterapii z jej typowymi efektami ubocznymi.

Włosy nie zdążyły jeszcze odrosnąć, kiedy ból w kościach został zdiagnozowany jako rak kości. Spodziewano się, że zwiększenie dawek chemioterapii i terapii hormonalnej pomoże, jednak kilka miesięcy później uszkodzenia kości powiększyły się. W rezultacie usunięto jej gruczoły dokrewne. Miejmy nadzieję, że to przedłuży jej cierpienia o rok. Później usunięcie przysadki mózgowej może dać jej kolejnych sześć miesięcy życia. Obecnie jej wiara w medycynę została tak mocno zachwiana, że zgłosiła się do mnie po poradę. Poprosiła o badanie bez obecności swojego męża, ponieważ chciała mu oszczędzić widoku swojej agonii w postaci nagiego, zniekształconego, okaleczonego ciała z potwornie opuchniętym brzuchem i cienkimi nogami. W końcu wyszeptała: „Pani doktor, czy mam się zabić?”

ZMOWA MILCZENIA

Czemu oni to robią (przez „oni” rozumiem medyczny „establishment raka”)? Wydaje mi się, że odpowiedzi na to pytanie udzielił medyczny komentator i były redaktor magazynu New Scientist, dr Donald Gould, w ponadczasowym artykule zatytułowanym „Cancer: A Conspiracy of Silence” („Rak – zmowa milczenia”). Jego podtytuł podsumowuje pogląd autora: „Najpospolitsze rodzaje raka są dziś równie odporne na leczenie, jak 40-50 lat temu. Nic nie zyskamy, udając, że szala zwycięstwa w walce z rakiem powoli i systematycznie przechyla się na naszą stronę”.

Powyższa prawda jest rozmyślnie ukrywana przed społeczeństwem. Według Goulda ta zmowa milczenia ma związek z pieniędzmi. Społeczeństwo musi postrzegać medyczny establishment specjalizujący się w raku jako ten, który wygrywa, inaczej nie da mu pieniędzy. Jeden z wcześniej cytowanych naukowców stwierdził, że przy dziesiątkach tysięcy radiologów i milionach dolarów zainwestowanych w sprzęt, wciąż aplikuje się radioterapię, mimo iż badania wskazują, że powoduje ona więcej szkód, niż daje korzyści.

Gould uważa również, że pacjenci, którzy czuliby się dobrze bez leczenia aż do nieuniknionej śmierci, podawani terapiom stają się z powodu tych bezsensownych prób odwleczenia ich zgonu o kilka tygodni nieszczęśliwi. Rzecz w tym, że na tym etapie zarabia się najwięcej. Gould uważa, że lekarze trują swoich pacjentów lekami i promieniowaniem i okaleczają ich niepotrzebnymi zabiegami chirurgicznymi w desperackiej próbie leczenia czegoś, co jest nieuleczalne. Od roku 1976, w którym Gould napisał ten artykuł, niewiele się zmieniło. W ostatnim wydaniu The Moss Report można przeczytać, że długoterminowe przeżycie w przypadkach pospolitych raków, takich jak rak prostaty, piersi, jelita grubego i płuc, „ledwie drgnęło od lat siedemdziesiątych”. W ostatecznym rozrachunku oznacza to, że w ostatnich 70-80 latach nie nastąpiło znaczące wydłużenie okresu przeżywalności w następstwie konwencjonalnego leczenia raka.

NAUKOWE PODSTAWY AKCEPTACJI LEKÓW

Warto również poznać zasady akceptacji leków stosowanych w leczeniu raka. Większość z nich pochodzi z USA. W przeszłości firma wytwarzająca lek musiała dostarczyć dwie duże losowe próby z pozytywnymi wynikami, aby uzyskać akceptację Urzędu ds. Żywności i Leków (Food and Drug Administration: w skrócie FDA), który zajmuje się dopuszczaniem leków. Słowo „pozytywny” oznacza w tym przypadku skutek w postaci określonego tempa zmniejszenia się guza, które utrzymuje się przez co najmniej jeden miesiąc. Nie było wymogu wykazania, że lek przedłużał okres przeżycia, nie wymagano również przedłożenia wyników nieudanych prób tego leku.

Te „ostre naukowe” kryteria jeszcze bardziej złagodzono w czasie prezydentury Clintona, dzięki czemu producenci leków mogli uzyskać aprobatę FDA, nawet gdy duża losowa próba wypadła niekorzystnie. W doniosłym oświadczeniu dotyczącym akceptacji leków, rzecznik FDA podkreślił, że jakiekolwiek opóźnienie akceptacji niekoniecznie oznacza czyjąś śmierć, ponieważ „żadna z tych zaawansowanych kuracji form raka nie leczy ludzi”. Przypuszczalnie sprawa ma się jeszcze gorzej niż w przypadku nieefektywnej terapii. Grupa liczących się badaczy dokonała przeglądu całości opublikowanych materiałów statystycznych dotyczących medycznych skutków terapii i wykazała, że system medyczny jest obecnie główną przyczyną zgonów i okaleczeń w USA.

Zgonów związanych z zawałami serca w roku 2001 było 699 697, z rakiem – 553 251, natomiast z medycznymi interwencjami – 783 936! Właściwy tytuł tych badań powinien brzmieć: „Śmierć zadana przez medycynę”.

Ktoś mógłby zastanawiać się, dlaczego władze resortu zdrowia udają, że nie widzą tych masowych zgonów, w większości spowodowanych lekami, i koncentrują swoje wysiłki na ograniczaniu dostępu do dodatków do żywności i naturalnych leków. Objawem tego rodzaju oficjalnego nastawienia są niedawne działania wymierzone w Pan Pharmaceuticals, w następstwie których rząd australijski zmusił największego producenta naturalnych leków do ogłoszenia bankructwa, rzekomo z powodu tego, że jego produkty mogłyby wywołać choroby, a nawet doprowadzić do zgonów. Moim zdaniem główną przyczyną tego wypaczonego oficjalnego stanowiska jest to, że wydziały zdrowia i władze nadzorcze są zdominowane przez lekarzy, którzy zostali wyszkoleni (częściowo za pieniądze koncernów farmaceutycznych), aby wierzyć, że leki farmaceutyczne są zbawienne, a naturalne szkodliwe. Mimo, iż większość zachodnich społeczeństw woli leki naturalne, niemal wszystkie partie polityczne promują uzależnienie od leków farmaceutycznych. Tak więc pierwszym krokiem zmierzającym do zmiany tego opresyjnego klimatu politycznego jest konieczność utworzenia partii politycznej promującej metody naturalnych terapii, a nie uzależnienie od leków.

W artykule redakcyjnym „British Medical Journal”, którego autorem jest Richard Smith, można znaleźć wskazówkę wyjaśniającą przyczynę tych alarmujących statystyk zawartych w „Śmierci zadanej przez medycynę”: „Jak dotąd jedynie 15 procent medycznych interwencji ma wsparcie w solidnej wiedzy naukowej” i „jest tak dlatego, że tylko 1 procent artykułów pojawiających się w medycznych periodykach ma naukowe uzasadnienie, a częściowo z powodu tego, że wielu terapii nigdy nie próbowano nawet oceniać”. Dobrym przykładem nienaukowej natury badań medycznych jest ostatnie fiasko zastępczej terapii hormonalnej (Hormone Replacement Therapy; w skrócie HRT). Kilkadziesiąt lat temu była ona przedstawiana jako wynikająca z „rygorystycznych badań” medycznych oraz bezpieczna i efektywna, ponieważ w przeciwnym wypadku nie zostałaby zaaprobowana. Kurację tę zalecano jako zapobiegająca zawałom serca i rakowi. Przeprowadzone obecnie badania dowodzą, że HRT jest niebezpieczna i zwiększa ryzyko zachorowania właśnie na zawal serca i raka.

Co zawiodło? Czemu nie wykryto tego wcześniej? To oczywiste, pierwotne badania były prowadzone pod kątem uzyskania maksymalnych zysków, podczas gdy obecnie badacze nie mają już w nich żadnego udziału. Z tego względu nie wierzę żadnym badaniom prowadzonym pod kątem uzyskania dochodów. Niestety, takie podejście dominuje obecnie w większości badań medycznych.

DROGA KU PRZYSZŁOŚCI

Minęły już 32 lata od momentu, kiedy prezydent Nixon wypowiedział wojnę rakowi. Od tamtego momentu wydano 2 biliony dolarów na konwencjonalne leczenie raka, a rezultat tego jest taki, że więcej osób niż kiedykolwiek przedtem umiera na raka. Chociaż wykonano wiele badań, których celem było ustalenie wartości różnych składników odżywczych w odniesieniu do różnych rodzajów raka, z tych dwóch bilionów dolarów nie przydzielono ani grosza na przeprowadzenie prób z holistycznymi terapiami raka. Naturalni terapeuci musieli stawiać czoło stuletniemu okresowi oskarżeń i wielu z nich zawleczono na salę sądową, w rezultacie czego skończyli w więzieniu. Czy nie byłoby bardziej naukowe bezstronne ocenienie metod leczenia raka stosowanych przez naturalnych terapeutów zamiast wsadzanie ich do więzienia? Większość amerykańskich klinik alternatywnych musiała przenieść się do Meksyku. (Zainteresowanych ich listą odsyłam na stronę internetową cancure.org). Holistyczne podejście do leczenia raka obejmuje doskonałe odżywianie, zioła, elektromedycynę oraz medycynę wibracyjną lub energetyczną, uzdrawianie emocjonalne, a także terapię umysłową.

Jedyne znane badania, które są bliskie podejściu holistycznemu, dotyczą terapii Gersona i były przeprowadzone w celu oceny pięcioletniego okresu przeżywalności 153 pacjentów cierpiących na czerniaka. Wykazały one, że 100 procent pacjentów z fazą I i II poddanych terapii Gersona przeżyło, podczas gdy tylko 79 procent poddanych terapii konwencjonalnej. W odniesieniu do przypadków w III fazie raka (z przerzutami w bliskim regionie) liczby te przedstawiały się odpowiednio: 70 procent i 41 procent, zaś z faza IV (przerzuty w rejonach odległych) – 39 procent przy stosowaniu terapii Gersona i 6 procent w przypadku terapii konwencjonalnej.

Wielu naturalnych terapeutów raka twierdzi, że w ponad 90 procentach przypadków udało się im odnieść sukces w zahamowaniu rozwoju raka, a nawet cofnięciu się go, ale tylko wtedy, gdy pacjenci nie byli wcześniej poddani terapii konwencjonalnej. Według nich najbardziej dewastującymi metodami są chemioterapia i radioterapia.

Tak więc, jeśli ktoś zachoruje na raka, sugeruję, aby oparł się strachowi i naciskom z zewnątrz. Bardzo rzadko zdarza się, że należy podjąć natychmiastowe działanie. Doradzam, aby każdy sam przejrzał dane dostępne w książkach, magazynach oraz w Internecie, a następnie postąpił zgodnie z własnym zdrowym rozsądkiem i intuicją.

======================

Rozpowszechnianie artykułu wśród znajomych mile widziane. Dalsze publiczne rozpowszechnianie wymaga pisemnej zgody redakcji „Nexusa”!