Neurolingwistyczne programowanie

Wiem oczywiście, że NLP to tylko narzędzie i jako takie może być użyte zarówno dla dobra ludzkości, jak i dla jej zguby, podobnie jak młotek, którym można coś przybić lub kogoś zabić. Niemniej jednak, przyznam się, że dziwnie nie lubię tej „cudownej” ścieżki rozwoju rzekomo duchowego. Przyczyną tego jest fakt, że dziwnym trafem, za każdym razem, gdy znajduję w sieci blog jakiegoś NLP-owca trafiam na psychopatę lub przynajmniej osobnika niemoralnego. No bo jak można nazwać kogoś, kto stawia sobie za cel stać się najlepszym na świecie sprzedawcą, którego jedynym celem jest wcisnąć klientowi chłam, którego ten wcale nie potrzebuje? Osiągnięcie tego celu wymaga zastosowania psychomanipulacji, czyli takiego ogłupienia człowieka, żeby mieszkający na równiku kupił grzejnik, a mieszkaniec igloo zaopatrzył się w lodówkę.

O ile jednak strata pieniędzy wydanych na niepotrzebne przedmioty materialne może być nieco przykra, o tyle stanie się bezwolnym niewolnikiem, zaspokajającym cudze potrzeby seksualne może okazać się naprawdę traumatycznym przeżyciem.

Na pewno każdy z nas natknął się w sieci lub prasie na reklamy NLP. Najczęściej stosowany i zapewne najskuteczniej przyciągający (męską) klientelę slogan brzmi: „Jak uwieść każdą kobietę”. Dalej czytamy, że dzięki zastosowaniu kilku dziecinnie prostych chwytów, gestów i słów mężczyzna jest w stanie zniewolić każdą kobietę tak, że spełni ona jego wszystkie seksualne fantazje i skryte pragnienia. Kobietę traktuje się tak, jakby była ona przedmiotem, którego posiadanie i używanie według własnych potrzeb przysługuje każdemu mężczyźnie bez względu na jego walory osobiste. Co więcej – otrzymuje on ten towar zupełnie za darmo. Kupując zwierzę, niewolnika czy samochód musisz za nie zapłacić, ale NLP da ci każdą kobietę, której zapragniesz zupełnie za darmo, co więcej – otrzymasz też gwarancję, że będzie bezwolna i posłuszna twoim poleceniom. Rzecz jasna nikomu nawet do głowy nie przyjdzie, że kobieta jest człowiekiem i że może przysługiwać jej prawo do decydowania o sobie.

Niedawno znalazłam na WordPress blog takiego NLP-owca. Opisuje na nim bez skrępowania, jak zmanipulował swoją koleżankę, dzięki czemu może teraz bez problemów uprawiać z nią seks raz w tygodniu. Nie znalazłam tam żadnego wyznania jego uczuć do niej, nigdzie nie wspomina również, że przynajmniej zaprasza ją do kina czy restauracji, że planuje z nią wspólną przyszłość lub że poczuwa się do jakiejkolwiek wdzięczności za świadczone mu usługi. Nic z tego. On potrzebuje seksu raz w tygodniu, więc wybrał sobie jedną sztukę ze stada i ją sobie podporządkował. Za gumową lalkę musiałby zapłacić, a poza tym żywa kobieta jest fajniejsza w użyciu, więc o co chodzi?

Człowiek, który nie posiada uczuć i który manipuluje ludźmi jakby byli oni tylko pionkami na szachownicy to kliniczny psychopata.

Szkoda wielka, że nauczycieli NLP nie obchodzą żadne moralne zasady. Na kursach przekazuje się wyłącznie wiedzę, jak manipulować innymi bez informacji na temat karmy i skutków moralnych takiej zabawy. Zanim adepci skonfrontują się ze skutkami karmicznymi własnego postępowania staną się przyczyną wielu nieszczęść i wycisną ze swoich ofiar wiele łez.

Jak się okazuje NLP ma na swoim koncie równiż inne, znacznie większe „zasługi”.

Czymże jest zmanipulowanie czy wykorzystanie pojedynczej osoby w porównaniu z możliwością wpływania na świadomość mas? Zamiast odpowiadać na to pytanie zamieszczam tutaj bardzo wymowny film, demaskujący metody działania mediów. Wiem, że czytelnicy tego bloga są zbyt inteligentni na to, żeby dać się zmanipulować mainstreamowym mediom, ale przypominam, że większość „zwykłych” ludzi bez oporu poddaje się takim socjotechnikom.

Od siebie dodam jeszcze, że te same chwyty stosują tzw. „racjonaliści”, gdy zwalczają wiedzę o duchowości, historii ziemskich cywilizacji, medycynie naturalnej czy pochodzeniu człowieka. Nie raz miałam wielką nieprzyjemność dyskutować z tego typu manipulatorami i nie raz odczułam na własnej skórze, jak stosując wyuczone sztuczki sprowadzają dyskusję na niewłaściwe tory oraz wykręcają kota ogonem. Nie ma praktycznie ani jednego programu telewizyjnego, dotyczącego „niewyjaśnionego”, w którym jakiś psychopatyczny racjonalista nie mąciłby ludziom w głowach i nie wprowadzał ich w błąd, utwierdzając ich w przekonaniu, że to tylko złudzenia, zabobony lub że wszystko to da się wytłumaczyć w „racjonalny” (czytaj: materialistyczno-ateistyczny) sposób.

Jako post scriptum: ciekawie jest obejrzeć również popisy Wojciecha Cejrowskiego, znęcającego się nad panią pisującą horoskopy do gazet. Celem sławnego polskiego  showmana było udowodnienie, że astrologia jest przesądem. Komentarze pod filmem są dowodem na to, że mu się udało. Problem w tym, że ani ta pani nie jest astrologiem, ani nie dyskutowano tam o astrologii. Komentatorzy dali wyraz swoim niezachwianym wierzeniom, umieszczając tam swoje wyznanie racjonalistycznej wiary i tylko szkoda, że nikt nie dał się przekonać jednemu ze znających astrologię dyskutantów do szukania rzetelnej wiedzy.

Patriarchalna moralność?

Przeniesione ze starego bloga (2007-08-07 19:49:12)

Czytując świecką prasę można przekonać się, jak głęboko zakorzenione są patriarchalne wzorce myślenia i jak bardzo ludzie nie uświadamiają sobie programów, które nimi kierują.

Jest rzeczą oczywistą, że w gazetach typu „Gość niedzielny” uderza się w ton moralizatorski i że łopatologicznie wypowiada się oceny, które zjawisko jest dobre i moralne, a które prowadzi do piekła. Nie ma się czemu dziwić, jako że gazety te przeznaczone są dla czytelnika mało wyrafinowanego intelektualnie.

Czytając dziś „Przegląd”, czasopismo jak najbardziej rozsądne, natrafiłam na coś, co wywołało we mnie niemałą konsternację.

Autor ubolewa nad upadkiem moralnym gimnazjalistek, które uprawiają seks za pieniądze lub prezenty. No cóż, zapewne nie jest to proceder godzien pochwały ani propagowania. I tu się zgadzam z autorem.

Jednak próba wyjaśnienia przyczyn tego zjawiska wprost ścięła mnie z nóg.

Wśród wielu różnych prawdopodobnych przyczyn tego upadku moralnego wymienione jest przyzwolenie na przeżywanie przez kobiety przyjemności, w tym również seksualnej.

Nie skomentuję, bo zbyt mocne słowa cisną mi się na usta…

Darwin dowodzi, że człowiek od małpy pochodzi

Przeniesione ze starego bloga 2007-04-05 15:10:39

Jak wiadomo religijni fanatycy nienawidzą Darwina i chcieliby wprowadzić zakaz nauczania teorii ewolucji w szkołach. Ja im się wcale nie dziwię! Na ich miejscu też bym się wstydziła…

Kiedy byłam małą dziewczynką moi koledzy, chcąc kogoś ośmieszyć, recytowali taki wierszyk:

To nie moja wina,
że twoja twarz mi przypomina
teorię Darwina,
a Darwin dowodzi,
że człowiek od małpy pochodzi…

No i teraz już wiemy, co chcą ukryć niektórzy posłowie z niektórych partii.

To naprawdę nie ich wina, że mają takie twarze. I nie tylko twarze. Mają też, zdradzającą ich pochodzenie, mentalność małpiego samca alfa, posiadającego liczną gromadę posłusznych i gotowych na każde zawołanie samic.

Wczoraj Polska zatrzęsła się z oburzenia. Pewna partia urządziła sobie igrzyska, na których rozprowadzano materiały „naukawe”, a konkretnie „psychologiczne”, zgodne z prawem naturalnym (samiec z natury swojej ma wiadome prawa, a samica wiadomo do czego służy) i nauką wykładaną w patriarchalnych uczelniach.

Nie będę tu cytować co lepszych fragmentów, bo po co mam wkurzać pewne frakcje, które i bez tego są wkurzone. Nie wyrażę tu również swojego świętego oburzenia, ponieważ ani myślę polemizować na poważnie z uczonymi z planety małp.

Co więc powiem? A tylko tyle, że jest to skansen wsi polskiej. Albo nawet nie, bo skansen to za wysoki poziom. To czyste polskie ZOO.

Zamiast pisać o tym w gazetach powinni te wszystkie małpoludy wsadzić do klatek i pokazywać publiczności, jako niezbity dowód na to, że Darwin jednak miał rację. Co więcej, wśród polskich pól i lasów można znaleźć poszukiwane przez ewolucjonistów brakujące ogniwo – żywe i bynajmniej nie kopalne.

Jak ktoś ma mocne nerwy, to tutaj może przeczytać tekst Zarąbiste buhaje z Samoobrony, miłej lektury 😛

Nowa katolicka tradycja


Przeniesione ze starego bloga (2007-02-16 02:01:08):

Oto nowa polska obyczajowość: ultrakatolicka rodzina nie zabrania nieletniej (!) córce prowadzić wielce swobodnego życia seksualnego (czyli sypiać z wieloma mężczyznami), ale zabrania używać środków antykoncepcyjnych z prezerwatywą na czele. Po hulankach panna robi sobie test na ciążę oraz na HIV. W przypadku ciąży następuje jedyne możliwe rozwiązanie, czyli poród. Co zrobią w przypadku pozytywnego testu na HIV nie podano, a szkoda, bo dla mnie to jest ciekawsze, niż dalszy ciąg artykułu. Rodzice (a ściślej teraz już dziadkowie) się radują, bo przybyło nowe życie, a ono jest jak wiadomo wartością najwyższą. Że ojca nie ma, to małe piwo, widocznie Kościół powoli przekształca się w instytucję matriarchalną, gdzie mężczyźni się nie liczą, nie mają żadnych praw ani rzecz jasna obowiązków.

Naprawdę, bardzo jestem ciekawa, co będzie, jeśli panna zostanie ubogacona (to takie ładne słowo, którym szpanują moi znajomi po powrocie z kościelnych oaz, na których małżeństwo pod okiem księdza pracuje nad uduchowieniem swojego pożycia seksualnego) przez AIDS. Czy to też, jak dar życia, jest wartość najwyższa, dar od Boga?

„Żadnych wątpliwości, czy urodzić, nie miała 19-letnia Weronika, studentka I roku prywatnej wyższej uczelni. Filigranowa, ładna, wygląda niemal jak dziecko. Ma dwuletniego synka. Pochodzi z artystycznej rodziny, była z rodzicami w Ameryce, tam miała pierwszego chłopaka. Głęboko wierząca, należy do młodzieży oazowej, od razu więc wykluczyła stosowanie prezerwatyw. Nie zaszła jednak w ciążę, a po powrocie na wszelki wypadek zrobiła test na HIV, wynik był negatywny. Wkrótce poznała nowego partnera, starszy o 10 lat, dobrze zarabia. Tak jak w przypadku poprzedniej znajomości, akceptowała, że może zajść w ciążę i urodzić dziecko, więc gdy to się stało, nikt nie przeżywał zaskoczenia, mama towarzyszyła jej przy porodzie. Prawie do końca ciąży chodziła do liceum, po porodzie miała cztery miesiące przerwy, ale całą klasę maturalną przeszła normalnie. Rodzice pomagają, więc godzi opiekę nad dzieckiem z nauką i spokojnie czeka na następną ciążę”.

Ze zdumieniem zastanawiam się, na czym polega ta „głęboka wiara”. Zawsze wydawało mi się, że katolicka panna musi być dziewicą aż do ślubu, że seks pozamałżeński jest grzechem, że dzieci z nieprawego łoża to bękarty, a tu proszę – 19 letnia dziewczyna, facet prawie 30 letni, ślubu nie ma, ale dzieci sypią się jak z rogu obfitości.

Nie pojmuję zupełnie dlaczego „wierzący” rygorystycznie przestrzegają niektórych zaleceń swojego Kościoła, a inne zupełnie ignorują, chociaż jego nauki są zupełnie jednoznaczne? Dlaczego czystość przedmałżeńska ich nie obowiązuje (chociaż to akurat nie grozi śmiercią ani kalectwem), natomiast wiernie trzymają się zakazu stosowania prezerwatywy, skoro to w sposób oczywisty może prowadzić do śmierci?

Widocznie kult śmierci wciąż jest w kościele kultywowany, zupełnie jak w średniowieczu.

Cywilizacja śmierci to wbrew propagandzie cywilizacja lansowana nie przez kogo innego, jak właśnie przez Kościół. Jeden z drastycznych przykładów opisałam tutaj.

Link do całego tekstu jest tutaj.

Afera seksualna w Samoobronie

Przeniesione ze starego bloga (2006-12-06 02:46:47)

Liz Greene, doktor psychologii, psychoanalityk jungowski i astrolog tak pisze o Saturnie w Skorpionie i w ósmym domu:

Te rozważania prowadzą na drażliwy obszar, jak to zwykle bywa ze Skorpionem i ósmym domem; jednak, choć poprzednie stwierdzenie może się wydawać zbyt bezwzględne, ironia sytuacji polega na tym, że w naszym społeczeństwie gardzi się prostytutką, która w każdym razie uczciwie sprzedaje swój towar i zwykle kończy ona w więzieniu, natomiast żona, która zasadniczo występuje w tej samej roli, kupując bezpieczeństwo za ciało, jest gloryfikowana, gdyż społeczeństwo akceptuje i bez trudu wybacza jej postępowanie. Bardzo wiele kobiet sprzedaje swoje usługi seksualne w zamian za legalny związek, który daje im bezpieczeństwo materialne i równie wielu mężczyzn przyjmuje ich usługi w zamian za to, co eufemistycznie nazywa się „prawami męża”.

W naszym pięknym, nadwiślańskim kraju straszliwie się zagotowało…

Czy się zdumiałam czytając w tych dniach prasę i oglądając dzienniki telewizyjne?

Absolutnie nie. Nic z tych rzeczy. Zbyt dobrze znam polską rzeczywistość i to, co kryje się pod cieniutką pozłotką pozorów, żeby przeżyć szok. Byłabym w szoku, gdyby się okazało, że takie rzeczy u nas się nie dzieją, że wszyscy siedzą na swoich stołkach wyłącznie dlatego, że są fachowcami od swojej roboty i że są najlepsi z najlepszych.

Może są gdzieś w świecie piękne kraje, w których seks należy do prywatnej sfery życia i jest kojarzony wyłącznie z idealną, piękną miłością dwojga wolnych i równych sobie ludzi, ale u nas długo jeszcze tak nie będzie. Bo u nas jest po naszemu. Jak napisał w komentarzach do pewnego feministycznego bloga typowy polski samiec: „polityczną poprawność to mają ci biedacy w Stanach, ale u nas na całe szczęście jeszcze jest normalnie”.

Poniżanie, wykorzystywanie i eksploatowanie kobiet nikogo nie oburza, bo to jest „normalne”. Oburza za to polityczna poprawność, która ogranicza podobne zachowania. No bo przecież kobiety są tylko po to, żeby faceci mieli fajnie. No, chyba że któraś jest ich żoną, córką lub matką, wtedy łapy precz.
Jak się nie po raz pierwszy okazało największym wrogiem kobiety jest druga kobieta.

Panowie pochowali się w swych norach i tchórzliwie czekają, licząc na to, że może afera sama ucichnie, a ich partyjne koleżanki wręcz przeciwnie – zwarły szyki, chwyciły sztandary i wyszły na ulice. Strażniczki patriarchatu gremialnie ruszyły osłaniać mężczyzn własną piersią i bronić ich męskich przywilejów. Najbardziej poniżające określenia i insynuacje pod adresem koleżanek padły z ust dam.

Przyszło mi do głowy, czy to aby nie dlatego, żeby ukryć fakt, że owe gwiazdy polskiej samoobronnej polityki zrobiły karierę nie dzięki kompetencjom, fachowości i rozumowi, lecz swojej gotowości do świadczenia usług zupełnie innego rodzaju? Kiedy jednak popatrzyłam na ich walory fizyczne, zawahałam się nieco.

Dopóki pozycja kobiety w społeczeństwie będzie tak słaba jak w naszym kraju, a prawo nie będzie jej chronić, dopóty będzie ona potrzebowała alfonsa. Tak, alfonsa! W Polsce zdecydowana większość kobiet nie jest w stanie sama utrzymać siebie i dzieci, a więc czy tego chce, czy nie chce, musi korzystać z męskiej opieki. Kobieta próbująca robić karierę stale słyszy: dostaniesz tę robotę, ale daj d…. Nie dasz, to my ci też nie damy tego, czego potrzebujesz. Masz męża, który cię weźmie na utrzymanie lub częściowo cię „zasponsoruje”, gdy okaże się, że za uczciwą pracę nie przeżyjesz, to jesteś wygrana, ale jeśli on puści cię w trąbę, wrócisz do nas i będziesz gotowa na wszystko.

Kobieta katolicka, tak zwana kobieta przyzwoita, cnotliwa i uczciwa, żyjąca w cieniu krzyża i stawiana feministkom za wzór do naśladowania też nie ma lepiej. A może nawet ma znacznie gorzej (ja w każdym razie tak bym nie chciała). Od urodzenia uczy się ją, że ma być pokorna, uniżona i cicha, godzić się na rolę służebną, rodzić, usługiwać i nie szemrać. Za to będzie kochana i szanowana, a więc chroniona i bezpieczna.

Tak więc droga kobieto masz do wyboru życie w klatce lub pełną niebezpieczeństw wolność. Wybieraj…

Czy ludzkość skazana jest na zagładę?

Na to pytanie, tak samo jak na każde inne podobne, nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Odpowiem więc „i tak i nie”. Gdyby ludzkość miała zginąć, już dawno by jej nie było. A jednak wciąż jest i jak na razie wydaje się być potęgą. Pisałam już w tym blogu, że nie zarzyna się kury znoszącej złote jaja. Dlatego ludzi można mordować, nawet na masową skalę, jak choćby w czasie II wojny światowej, ale totalna zagłada nie wchodzi w rachubę. Bo ludzkość produkuje wyjątkowo pożywny i dobrej jakości lusz w ogromnych ilościach.

Okresowe holokausty są możliwe dlatego, że ludzkość nie chce wiedzieć nic na temat tego, co jej grozi i nie wyciąga żadnych wniosków z historii. Woli spać, ukojona rytmem muzyki pop i odmóżdżona odżywkami oraz napojami słodzonymi neurotoksycznym aspartamem.

Czy wiesz, co znaczy amerykański „nowotwór” słowny tittytainment?

Statystyki mojego (od długiego czasu uśpionego) bloga muzycznego wykazują wejścia głównie na hasło „piękne cycate panienki”. Określenie to pojawiło się, gdy pisałam polemiczny tekst o rocku, który rzekomo ma ogłupiać ludzi i prowadzić ich, niby te zahipnotyzowane szczury, prosto do piekła.

Śmiem twierdzić, że (jak zawsze) jest zupełnie odwrotnie, niż próbują to sugerować czynniki opiniotwórcze. Kto zna języki obce, ten może się zapoznać z tekstami rockowych utworów, a wtedy przekona się, że nie tylko nikogo one nie usypiają, a wręcz budzą i zachęcają do buntu przeciwko ogłupiającym ludzkość politykom i wiernopoddańczo służącym im mediom. Rolę ogłupiacza pełni w rzeczywistości muzyka pop, której symbolem stały się owe prawie nagie, „cycate panienki”, wijące się na monitorach różnych stacji typu MTV w lubieżnych pozach i porno-rozkrokach.

I tak właśnie doszliśmy do owego słowa tittytainment.

Wymyślił je nasz rodak, prof. Zbig Brzezinsky. Oznacza ono politykę odwracania uwagi ludzkich owieczek od tego, co knują cwani politycy.

Chciałoby się zakrzyknąć „już starożytni Rzymianie”… Tak, tak, to właśnie starożytni Rzymianie wymyślili hasło „chleba i igrzysk”. Wiedzieli, że durnemu ludowi do szczęścia wystarczy pełna micha i głupkowata rozrywka. Gdy to mu się zapewni, władza może robić co tylko zechce i nawet największe „przekręty” ujdą jej na sucho. Kiedyś ludzi najbardziej bawiły krwawe igrzyska i publiczne egzekucje, ale źli humaniści zakazali tych pięknych widowisk, więc dziś zmodyfikowano to do filmowych horrorów klasy „B”, filmów katastroficznych, rzeczonych „cycków” i tzw. „muzyki” (dla muzykalnych inaczej lub wręcz niedorozwiniętych muzycznie), która stała się praktycznie jedynym, poza sportem i filmami porno, rodzajem rozrywki, jaką konsumują owi amatorzy damskiej anatomii.

Słowo titts to slangowe określenie „cycków”, a tainment to drugi człon słowa entertainment czyli „rozrywka”. Teraz jasne?

Tak więc męskie owieczki wpatrują się zahipnotyzowane w dyndające damskie cycuszki i wirujące pośladki, a specjalnie dobrane metrum sprawia, że ich i tak osłabione piwkiem umysły osłabiają się jeszcze bardziej, stając się niezdolne do przetrawienia żadnych, wymagających choćby minimalnego wysiłku intelektualnego treści.

Tym sposobem ani się spostrzegą, jak staną się niewolnikami systemu, zwanego „kapitalizmem” i „globalizacją”.

Dwaj niemieccy autorzy: Hans-Peter Martin i Harald Schumann napisali książkę „Pułapka globalizacji. Atak na demokrację i dobrobyt”, wydaną w Polsce przez Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław, 1999 r. (dziś już nie do zdobycia). Dowodzą w niej, że wizja ludzkości maluje się w bardzo ponurych barwach. Niecny plan jest taki, żeby zredukować liczbę ludności świata do 0,5 mld, a reszcie przydzielić role według proporcji 20:80. 80% ciemnych, niewykształconych i pozbawionych wszelkich praw niewolników ma harować na rzecz 20-procentowej elity, której jedynym zadaniem ma być sterowanie owymi masami i pławienie się we wszelkich możliwych luksusach. Jednym z narzędzi kontroli ma być dostarczanie tittytainment w nieograniczonych ilościach, co ma zagwarantować spokój i ład społeczny.

Wszystko to wiadomo nie od dziś, w internecie jest wiele filmów demaskujących te (i inne, równie wredne) plany, ale amatorzy tittytainment tak już są odmóżdżeni, że nic ich to nie obchodzi. Więcej cycków proszę!

Na pocieszenie powiem wam, że nad Wisłą żyje sobie taki dziwny ludek, który pozornie niczym nie różni się od reszty ludzkości. On też uwielbia piękne, cycate panienki w MTV, Radio Zet, filmy porno, przygodny seks (o zgrozo bez wiodących do piekła prezerwatyw!), sport uprawiany przez innych i oglądany we własnym fotelu z michą chipsów w łapie, świecącą niby elektrownia w Czernobylu Colę Light, hamburgery, papierochy, mocną wódę (a nawet denaturat, gdy tej zabraknie) oraz inne, zabójcze dla życia biologicznego przyjemności. I na pewno, z największą przyjemnością, da sobie wcisnąć ten tittytainment, a wraz z nim jarzmo ekonomicznej niewoli. Ale przyjdzie taki dzień, kiedy jakiś wąsaty reprezentant owego ludu przeskoczy przez bramę obozu pracy i porwie 80% zniewolonych do buntu przeciwko 20% rozleniwionych próżniaków. A wtedy proporcje ulegną zmianie. Oczywiście – czasowo i przejściowo. Do czasu, gdy uśpione sukcesem masy nie dadzą się ponownie ogłupić hipnotycznie wirującymi sutkami i pupami. Skądś to znamy? A jakże…

Nihil novi sub sole…

To, że nic nowego pod słońcem również odkryli starożytni Rzymianie. Mimo tego odkrycia historia wciąż się powtarza, a owce niczego się nie uczą.

Dobranoc państwu, idę obejrzeć heavy metalowy koncert, nawołujący do rewolucji… A państwa zachęcam do obejrzenia tych filmów, przeczytania absolutnie genialnej powieści science fiction „Limes inferior” Janusza Zajdla i o zapoznanie się z historią świata, ze szczególnym uwzględnieniem rewolucji: francuskiej i sowieckiej.

Ja chcę do piekła, kto ma prawo mnie powstrzymać?

W komentarzach do poprzedniej notki napisałam, że nie ma dobrych odpowiedzi na pytania, które zadałam, bo wbrew temu, co głosi religia, jedyną rzeczywistością w jakiej przyszło nam żyć jest relatywizm. Dlatego na tej planecie nie istnieją żadne ostateczne prawdy ani żadne jedynie słuszne decyzje. Każda bez wyjątku decyzja niesie ze sobą zarówno dobre, jak i złe skutki.

Wielokrotnie pisałam w tym blogu, że rzeczywistość jest spolaryzowana i że dobro i zło są równorzędnymi częściami naszej rzeczywistości. Przenikają się one ze sobą i gdyby nie było zła, nie istniałoby też dobro. I to właśnie dzięki temu nasz świat jest strefą wolnej woli, w której stale musimy podejmować wybory między dobrem i złem. Gdyby istniała tylko jedna opcja nie byłoby żadnego wyboru i wtedy, co oczywiste, nie istniałaby wolna wola.

Księża katoliccy stale podkreślają, że Bóg obdarzył człowieka rozumem i wolną wolą, a jednocześnie, wprowadzając religijny terror uniemożliwiający mu samodzielne podejmowanie życiowych decyzji, pozbawiają go tego daru bożego. Jak widać uważają człowieka za bezrozumne, czyste zło i są pewni, że gdyby pozostawić mu choćby cień prawa do samostanowienia, to popełniłby on wszystkie możliwe zbrodnie i przestępstwa i z całą pewnością trafiłby prosto do piekła. Ale przecież dobry Kościół i dobrzy pasterze, których jedyną troską w ich próżniaczym życiu jest dbałość o dobro ludzkości wymuszą je, choćby gwałtem i krwawą przemocą.

Można powiedzieć, że dla człowieka subiektywnego zło wcale nie istnieje, że istnieją dla niego różne koncepcje dobra. Nikt nigdy nie robi niczego dobrowolnie w interesie zła, w imię zła. Każdy działa w interesie dobra, tak jak je rozumie. Ale każdy rozumie je w inny sposób. W konsekwencji ludzie topią, mordują i zabijają się nawzajem w interesie dobra. Powód jest znów ten sam: ludzka niewiedza i głęboki sen, w którym żyją ludzie.

Jest to tak oczywiste, że nawet dziwne wydaje się, że ludzie nigdy przedtem o tym nie myśleli. Jednakże pozostaje faktem, że oni tego nie pojmują i że każdy uważa “swoje dobro” za jedyne, a całą resztę za zło. Nadzieja na to, że ludzie kiedykolwiek to zrozumieją i rozwiną ogólną i jednorodną ideę dobra, jest naiwna i płonna.

[J. P. Uspienski, „Fragmenty nieznanego nauczania”]

W imię rzekomego ratowania „życia” działacze Pro Life sieją śmierć zabijając kobiety, lekarzy, pielęgniarki oraz niższy personel medyczny.

Zabijają mnóstwo dorosłych ludzi w imię ratowania „życia”, czyli płodu – cóż za zachwycająca logika! Również dla ludzkiego dobra rozpalono stosy – ich ogień, paląc doczesne ciało, chronił przed wiecznym ogniem w piekle. Wzruszająca troska, doprawdy…

Na szczęście, owo tak potępiane przez Pismo nieposłuszeństwo człowieka niesie ze sobą błogosławione skutki: gdyby stanowiąc ziemskie prawo naśladował on wiernie „moralność” starotestamentowego boga, który nie okazał miłosierdzia swojemu własnemu synowi i którego radują najboleśniejsze cierpienia ludu, o czym pisałam w tej notce, prawo ludzkie nie stałoby po stronie poszkodowanych, nie chroniłoby życia i byłoby antyhumanitarne.

Polityka Kościoła, podobnie jak każdej innej, totalitarnej władzy, nie wynika bynajmniej z umiłowania prawdy i dobra, lecz z pragnienia posiadania absolutnej władzy. I to o władzę, a nie o dobro czy zbawienie duszy toczy się obecna wojna, do której pretekstem stała się sprawa „Agaty” z Lublina.

W całej ten awanturze wcale nie chodzi o życie. Bo jak można przypisać sobie zasługę „uratowania życia”, jeśli jednocześnie zabiło się kogoś innego? Ratując płód i zabijając przy tym matkę niczego nie ratujemy – bo ginie nie tylko płód, ale i matka, a więc bilans jest ujemny. To musi widzieć każdy, kto nie jest zaślepiony przez skrajny fanatyzm. Ale do rozpalonych emocjami fanatyków nie trafiają żadne logiczne argumenty. Dlatego dyskusja z nimi nie ma sensu i do niczego nie prowadzi. Tu zadziałać musi państwo i zdecydowanie przywrócić porządek prawny, jakikolwiek on jest, w przeciwnym bowiem wypadku w kraju zapanuje całkowita anarchia, a do tego dopuścić nie wolno.

Wszystko jest podwójne; wszystko ma swoje bieguny; wszystko tworzy parę ze swoim przeciwieństwem; podobne i niepodobne są tym samym; przeciwieństwa są identyczne w swojej naturze, lecz różne w stopniu; skrajności się spotykają; wszystkie prawdy są jedynie półprawdami; wszystkie paradoksy da się pogodzić – Kybalion.

„Przeciwieństwa są identyczne w swojej naturze, lecz różne w stopniu; skrajności się spotykają”. I to właśnie dlatego „obrońcy życia” sieją śmierć.

Nie będę brać udziału w sporze na temat tego, czym jest życie i kiedy się ono zaczyna. Na ten temat powiedziano już dość ze wszystkich ambon, katedr naukowych i ośrodków etycznych, zarówno kościelnych jak i świeckich, a mimo to każda strona sporu pozostała niewzruszona w swoich przekonaniach.

Ja apeluję tylko o zwrócenie człowiekowi prawa do korzystania z wolnej woli, przyznanej mu z woli Boga. Co Bóg dał, tego człowiek nie ma prawa odbierać, choćby nawet stały za tym najszlachetniejsze intencje. Dlatego domagam się, żeby pozwolono ludziom samodzielnie podejmować decyzje i ponosić za nie odpowiedzialność!

Obserwując to, co dzieje się na świecie nauczyłam się bardziej ufać moralnemu instynktowi niedoskonałego człowieka, niż temu pożałowania godnemu „bogu”, który dał ludzkości Biblię, dekalog i na domiar nieszczęścia powołał do życia Kościół Katolicki.

A co sądzi o aborcji sama Biblia, na którą powołują się fanatycy Pro Life? Zupełnie co innego, niż oni głoszą, o czym pisałam tutaj.