Kolejny wpis z cyklu „Nie wyleczysz żadnej choroby jeśli nie znajdziesz jej przyczyny”

Wiele razy tu pisałam, że medycyna dzielnie walczy z symptomami, a nie przyczynami chorób i w ten sposób kręci wielką kasę, której napływ nigdy się nie kończy. Przypomina to dzielne wycieranie coraz bardziej wsiąkliwymi szmatami wody, która wylewa się z wanny z powodu zniszczonej uszczelki w kranie. Każdy myślący człowiek wie, że należy usunąć przyczynę, czyli wymienić uszczelkę. Jeśli jednak ktoś bardzo dobrze zarabia na szmatach i żyje z wycierania wody, to mu się wymiana uszczelki nie opłaca.

Ten problem dotyczy nie tylko medycyny. To jest wielki problem całej ludzkości. Zarządzający stadami ludzkich niewolników spece od manipulacji umiejętnie wynajdują problemy i udają, że z nimi walczą, dzięki czemu żyją w dostatku i cieszą się szacunkiem.

Wczoraj zobaczyłam wielki miejski autobus, który posłużył jako tablica reklamowa dla hipokrytów próbujących stworzyć pozory działań dobroczynnych. Na tyle autobusu widniało to oto zdjęcie opatrzone działającym na emocje (czyli wyłączającym rozum) sloganem.

Czyli…

Napisz DONOS na sąsiada…

A czy pisałeś donosy na dziadka, kiedy jeszcze był młodym lub w średnim wieku ojcem?

Czy zareagowałeś, kiedy dziadek, jako młody chłop na schwał, tłukł swoje dzieci, kiedy na nie wrzeszczał i poniżał je wyzwiskami? Czy sprawdziłeś, czy dziadek nie wykorzystywał seksualnie swoich dzieci i dzieci sąsiadów?

Nie?

Ale teraz napiszesz donos na jego dorosłe dzieci, że źle traktują ojca?

W ten sposób dzieci zostaną podwójnie skrzywdzone: raz tym, że nikt nie reagował, kiedy ojciec robił im krzywdę i drugi raz, że zostały potępione, i być może surowo ukarane przez prawników związanych z tą akcją za to, że są niedobre dla starego ojca.

Nikt nie pyta o przyczynę. Bo po co? Łatwiej jest napuścić jednych na drugich, wzbudzić wzajemną nienawiść i urządzić efektowne polowanie na czarownice.

Czy dzieci mogą źle traktować ojca, który je szczerze kochał i był dla nich dobry?

Śmiem twierdzić, że to bardzo mało prawdopodobne.

Wszystko to kojarzy mi się z podobnymi akcjami urządzanymi przez pewną wyzyskującą gojów mniejszość narodową, która urządza efektowne lamenty na forum międzynarodowym oskarżając wszystkie narody o pogromy i wypędzenia bez powodu. Wypędzenia za czynione wszystkim dobro i okazywaną im miłość? Gdzie tu logika?

Zamiast wspierać prawnie i moralnie psychopatycznego, starego ojca i oskarżać jego ofiary, należałoby poddać psychoterapii całą rodzinę. Ojca należy rozliczyć z jego czynów, ale przede wszystkim trzeba udzielić pomocy psychologicznej jego dzieciom, żeby nie powielały patologicznego wzorca rodzinnego i nie krzywdziły swoich dzieci tak, jak same były krzywdzone przez swojego ojca.

Ale to byłoby zbyt piękne, żeby mogło być prawdziwe, bo przecież rządzącym światem nie chodzi o to, żeby z pożytkiem dla ludzkości rozwiązywać problemy, lecz o to, żeby tworzyć piekło na ziemi i zarabiać na tym duże pieniądze.

I proszę mi tu nie pisać, że przekonam się jak to jest kiedy sama stanę się stara. Jestem stara i mam odwagę napisać to, co napisałam.

Do czego prowadzi tłumienie złości?

UWAGA1: Jeśli nie jesteś stałym czytelnikiem tego bloga przeczytaj najpierw przynajmniej poprzedni wpis pt. „Dlaczego jesteśmy ulegli? Źródła bierności wobec tyranii”.

UWAGA 2:  w roku 2017 ktoś wpisał „mądry” komentarz: „noże też z domu wyrzucasz?”

Moje zdanie na temat posiadania broni uległo zmianie. Kiedy pisałam te słowa Europa i Polska były względnie bezpiecznym miejscem, policja w miarę (chociaż coraz gorzej) wywiązywała się ze swoich obowiązków, a psychopatia polityków była w miarę kontrolowana. Przez te wszystkie lata zaszły w świecie głębokie i bardzo niekorzystne zmiany. Władza została przejęta przez prywatne korporacje, z których najgroźniejsze są banki i BigPharma (wraz z biotechnologią). Obecnie przeprowadzany jest plan depopulacji globu i w ramach ludobójstwa użyto broni demograficznej, czyli tzw. uchodźców, z których tylko nieliczni rzeczywiście są uchodźcami. Lwia część z nich to silni, zdrowi młodzi mężczyźni w wieku poborowym, którzy przybyli tu w poszukiwaniu łatwego życia w luksusie na koszt europejskich podatników i celem podboju ziem w imię Allaha, do którego należy wszystko co istnieje, w tym również pieniądze Europejczyków. W polityce umacnia się tyrania, jakiej świat nie widział. Broń oczywiście jest nam potrzebna do samoobrony, ale wątpię, żebyśmy byli w stanie obronić się samą bronią palną. Do obalenia tej patologii potrzebujemy raczej większej świadomości (przebudzenia się) mas ludzkich. Ale oczywiście dobrze uzbrojeni obywatele na pewno są siłą, z którą każdy agresor musi się liczyć. Dlatego obecnie jestem za posiadaniem broni w każdym domu (jak w Szwajcarii, gdzie każdy obywatel ma jej kilka sztuk, w tym broń maszynową). Podobnie zmieniłam zdanie (posiadłam po prostu wiedzę, której wtedy nie miałam) na temat przyczyn strzelanin w szkołach i miejscach publicznych. Tego nie robią sfrustrowane dzieciaki ani samozwańczy szaleńcy. Podobne zdanie mam o zamachach terrorystycznych, których nie dokonują muzułmańscy ekstremiści. To jest robota tajnych służb, tzw. akcja pod fałszywą flagą. Sprawcy są poddani praniu mózgu, naćpani psychotropami i sterowani przez agentów. Każdy sprawca był pod „opieką” psychiatrów i pod wpływem „leków” psychotropowych, więc nie wiedział co robi. Wmawianie ludziom, że służby nie wiedziały o planowanych zamachach terrorystycznych i że nie umiały ich udaremnić jest strzałem w kolano tych służb, które powinny podać się natychmiast do dymisji.

A oto druga strona prawa do powszechnego posiadania broni.

Każda rzecz ma dwa oblicza: dobre i złe. Każda bez wyjątku. Noże kuchenne również. Nożem możesz ukroić chleb, żeby zaspokoić swój głód, ale możesz nim również ukatrupić mamusię. Nawet tak wydawałoby się niewinna sprawa jak powszechna edukacja też ma dwa oblicza: może sprawić, że naród stanie się światły i mądry lub przeciwnie, że zostanie ogłupiony i zindoktrynowany obcą mu (wrogą) ideologią. Medycyna ma ratować nasze zdrowie i życie, ale może nas również pozabijać i nawet tego nie skojarzymy (błędy lekarzy i leki są główną przyczyną przedwczesnej śmierci). Prawo ma nas bronić przed bandytami i oszustami, ale może się zdegenerować i stanąć po stronie bandytów i psychopatów – co obecnie dzieje się na naszych oczach.

Uzbrojony po zęby naród może się w miarę skutecznie przeciwstawić rządowi, ale nie do końca, bo jest tzw. „demokracja” i jeśli naród będzie głupi (da się ogłupić propagandą) lub jeśli wybory zostaną sfałszowane (być może wszystkie są) to do władzy dojdzie tyran i ludzi „demokratycznie” rozbroi. Uzbrojony po zęby naród może się obronić przed hordami muzułmańskich najeźdźców. „Uchodźcy” nie pchają się do USA, bo tam ludzie mają broń. Pchają się do Europy, bo Europa jest niemal zupełnie rozbrojona (również intelektualnie, czyli ogłupiona i pozbawiona woli walki).

W kraju, w którym wszyscy mają broń ty też musisz mieć broń.

Ale…

Ale możesz nie zdążyć jej użyć. Autor tego filmiku miał wyjątkowe szczęście, że nie został zastrzelony we własnym domu. Kula mogła przecież wpaść przez okno. Kiedy kąpał się z bratem w basenie ponownie został ostrzelany. I znowu miał szczęście, że nieskutecznie. Gdyby „snajper” nie był pijany w cztery litery (a tylko lekko podpity) byłby bardziej celny. Na szczęście nie był.

(Włącz napisy)

Policja nie może nic zrobić. Bo facet ma ten cały arsenał legalnie. Zakażą mu dopiero wtedy, kiedy kogoś ukatrupi. Kto chętny?

Komentarz pod filmem wart przemyślenia:

Miałem dostęp do broni z racji wykonywanego zawodu. Same z tym kłopoty. Broń trzeba zabezpieczyć przed dostępem osób trzecich, jak masz ją przy sobie to zapomnij o jakimś wesołym grilu, a w naszych realiach prawnych to możesz jej praktycznie użyć tylko wtedy, gdy przeciwnik także ma taką broń, czyli przewaga i poczucie bezpieczeństwa złudne. W sumie cieszę się teraz, że mam ten kłopot z głowy i jestem wolnym człowiekiem.

Jeśli masz w domu dzieci musisz broń zabezpieczyć szczególnie dokładnie. A to oznacza, że możesz nie zdążyć jej użyć w sytuacji zaskoczenia.

Czy posiadasz broń czy nie, nie masz pewności, że przeżyjesz.

Ale na pewno broń może być dobrym „argumentem w negocjacjach” z władzą i muzułmanami. Jednak nie potrzebowalibyśmy użerać się z władzą gdyby ludzie mieli rozum. Jest tak jak jest, bo ludzie sami łażą na wybory i głosują na psychopatów, a potem posłusznie robią wszystko, co psychopaci im nakazują przy pomocy prawa, sądów i policji. Sami wybierają sobie ciemiężców, a potem pomstują, protestują i kombinują, jak by tu zrobić rewolucję. Przeciwko tym, których dobrowolnie sami wybrali???? Debilizm totalny!

————–

Dorastając w rodzinie, a potem w społeczeństwie, bardzo wcześnie uczymy się, że złość jest zła, a nienawiść jeszcze gorsza. Gdy nasi rodzice znęcali się nad nami okazywanie złości było ostatnią rzeczą, na którą mogliśmy sobie pozwolić. Każdy jej przejaw był tłumiony natychmiast i z całą bezwzględnością. Rodzic musiał mieć gwarancję bezpieczeństwa i nietykalności, a złość dziecka, szczególnie dorastającego, mogłaby mu zagrozić. Dlatego pierwszą rzeczą, jaką musiał zrobić, było jej całkowite wyeliminowanie.

Później stawaliśmy przed groźnym nauczycielem, który czuł się pewnie tylko wtedy, gdy przemawiał z pozycji autorytetu, robił więc wszystko, żeby uczeń nie miał szansy wyrazić swoich prawdziwych uczuć i emocji. W czasach szkolnych moich dziadków i rodziców w szkołach bito linijką po łapach, a nawet stosowano bardziej wymyślne tortury, jak klęczenie na grochu. Są kraje, gdzie do dziś dopuszcza się karę publicznej chłosty. Są też politycy, którzy się opowiadają za jej przywróceniem, bo – jak twierdzą – młodzież jest coraz bardziej rozpuszczona bezstresowym wychowaniem i trzeba ją zdyscyplinować.

Toksyczni psychoterapeuci i pokręceni nauczyciele duchowi pouczają nas z wyżyn swojej mądrości, profesjonalizmu oraz szczytów rozwoju duchowego, że jeśli nie wybaczymy swoim prześladowcom, będziemy chorować. Że nasza złość i nienawiść zabiją nas samych, a nie naszych wrogów czy sprawców nadużyć, jakich się na nas dopuścili. Ta prawda podawana jest jako najpiękniejsze i zbawienne objawienie, więc wszyscy się nią zachwycają, kontemplując głęboką mądrość w niej zawartą.

Pozornie mają rację. Rzeczywiście, złość powoduje choroby, a nawet zabija. Prawdą jest, że nienawiść wywołuje raka. Owszem. Ale tylko wtedy, gdy zostanie zduszona, niewyrażona i nie przepracowana w konstruktywny sposób.

Nie można zatkać wybuchającego wulkanu. Nie można też zakorkować złości w skrzywdzonej osobie. I jedno i drugie w końcu wybuchnie, powodując straszliwe spustoszenia. Im silniej będziemy tę słuszną złość represjonować, tym potężniejszy wybuch ona spowoduje, a co gorsze – z całą pewnością detonacja nastąpi w najmniej odpowiednim momencie.

Złość jest potężną i nieokiełznaną energią.

Niestety, złość zabija nie tylko złośnika, ale i jego otoczenie.

Przykład? Proszę bardzo, najświeższy: uroczy 17-latek ze Stuttgartu, miły, lubiany, dobry uczeń… Szok dla wszystkich – co w niego wstąpiło?

Nie znam ani jego, ani jego rodziny, ale wiem, że jego rodzice byli zafascynowani bronią i mieli jej kilkanaście sztuk. Po co komu broń w domu? Przeprowadziłam szybką sondę i okazało się, że nikt w moim otoczeniu nie czuje się zagrożony na tyle, żeby czuć się zmuszonym do obrony swojego życia czy terytorium przy pomocy broni palnej. Spokojni, zrównoważeni obywatele nie pragną mieć broni. Większość ludzi wręcz boi się trzymać takie niebezpieczne rzeczy w domu, szczególnie jeśli są w nim dzieci. Normalni ludzie boją się również zalęknionych sąsiadów, zbrojących się w rzekomej „samoobronie”.

Wiem z innych źródeł, że broń kochają paranoicy, faszyści, skini i inni „miejscy (górscy / leśni) partyzanci”, czyli ludzie ceniący sobie wysoko takie „tradycyjne wartości”, jak autorytet, religię w najbardziej ortodoksyjnym wydaniu, silną władzę i terror. Ludzie ci trzymają swoje dzieci krótko, nierzadko stosując w ich wychowaniu wojskowy dryl. Wychowanie nie opiera się na miłości, lecz na tresurze i silnej pięści: „jeśli nie będzie się mnie bał, to nie będzie mnie szanował”. Ci ludzie wiedzą jedno: że szacunek można wzbudzić tylko lękiem, a więc biciem i przemocą psychiczną.

Rodzice strzelających nastolatków prawie zawsze są mili dla swoich sąsiadów, a ich dzieci uchodzą za dobrze wychowane. Sąsiedzi nie widzą patologii. To „sprawa rodzinna” – jeśli dzieci są traktowane surowo. Jeśli dziecko pyskuje, sąsiedzi biorą w obronę rodziców, a nie dziecko, nawet, gdy jest ono jawnie niesprawiedliwie traktowane. A w nastolatku narasta frustracja, która nie znajduje żadnej drogi ujścia.

Jeśli dziecko odgrywa się w szkole na rówieśnikach lub zachowuje się aspołecznie, znowu jest stawiane na „dywaniku” i musi wysłuchiwać połajanek, że jest złe i agresywne, co znowu wywołuje w nim złość, ale ponieważ nie wolno mu się z tym zdradzić, uśmiecha się uroczo i stara się być miłe. I tak przez lata. Mimo wielu oczywistych dla psychologa znaków ostrzegawczych nikomu nie przyjdzie do głowy przyjrzeć się sytuacji rodzinnej. Rodzina jest nietykalna i nie wolno w nią ingerować.

Kiedy w końcu dzieciak nie może wytrzymać tej „pedagogiki” i wiecznego poniżania oraz zastraszania, kiedy z rodzicami nie jest w stanie się dogadać, bo zamiast odpowiedzi na trudne pytania dostaje z pięści w łeb lub w nos, w końcu coś w nim pęka. Kieruje swoją wściekłość przeciwko całemu światu, bo wpojono mu przekonanie, że rodzice są nietykalni. I bierze te karabiny, i strzela gdzie popadnie. A potem świat nadziwić się nie może – co się dzieje z ludźmi, skąd w tych dzieciakach tyle nienawiści, żeby zabijać bez litości niewinnych ludzi?

Ta nienawiść bierze się właśnie stąd, że w domach panuje przemoc i że dzieciom nigdy i nigdzie nie wolno manifestować swojej złości. Próbują ją rozładować grami komputerowymi lub uprawiając sporty ekstremalne, ale to za mało.

Wygląda na to, że potrzebujemy jakiejś „wyszalni”, gdzie każdy sfrustrowany osobnik mógłby w bezpieczny sposób i pod okiem profesjonalnego psychoterapeuty spuścić nadmiar „pary”, zanim ona rozsadzi cały świat.

Strzelanie do ludzi jest ekstremalnym przejawem frustracji i na szczęście nie zdarza się często.

Niestety, nie znaczy to, że jest dobrze i że nie musimy się martwić tym, że śmierć w zamachu jest bardzo mało prawdopodobna. To prawda, że nie każdy zaraz chwyta za broń lub staje się seryjnym mordercą. Są tacy, którzy potrafią swoją złość zdusić w sobie. Dzielni ludzie! Prawdziwi bohaterowie, którzy za swe bohaterstwo płacą straszliwą cenę, ryzykując nawet utratą życia.

Nie łudźmy się – złość naprawdę zabija i nie da się jej oszukać ani zlikwidować magicznymi zaklęciami.

Zduszona złość jest równie groźna, jak ta spuszczona z łańcucha bez jakiejkolwiek kontroli rozumu. Tyle tylko, że jej przejawy nie są aż tak spektakularne i jej skutków nie pokazują w telewizji. Ta złość zabija po cichu, w czterech ścianach prywatnych mieszkań. Zabija kolejne pokolenia dręczonych przez rodziców dzieci i samych tych „straszliwych” rodziców również. Dręczenie dzieci pozwala wypuścić nieco pary z kotła, nie wystarcza jednak, żeby odzyskać spokój. I te niewyżyte resztki złości niszczą zdrowie. Im bardziej rodzic wyżywa się na dzieciach, tym jest zdrowszy fizycznie, im bardziej się opanowuje, tym gorzej dla niego.

Złość powoduje bóle głowy, stany zapalne, wrzody żołądka, nadciśnienie, zawał, raka i całe mnóstwo innych dolegliwości. Lekarze leczą symptomy (zwane „chorobami”) i nie pytają, jaka jest ich przyczyna. Nawet jeśli uda im się (co bardzo wątpliwe) „wyleczyć” jeden, natychmiast pojawia się drugi. (Czy ktoś widział np. przypadek wyleczenia nadciśnienia lekami zalecanymi przez alopatów? Bo ja nigdy. Widzę natomiast zwiększanie dawek lub zapisywanie coraz silniejszych leków, a ciśnienie i tak nic sobie z tego nie robi). Bardziej światli” zalecają unikanie stresów (Nobel dla tego, kto znajdzie skuteczny sposób uniknięcia stresu w tym przesyconym stłumioną złością świecie).

Metody alternatywne radzą sobie znacznie lepiej. Homeopatia zaleca przypomnienie sobie, kiedy i w jakich okolicznościach dany objaw ujawnił się po raz pierwszy i proponuje lek, przywracający równowagę energetyczną organizmu. Współcześni szamani zalecają wyjazd w plener, żeby na łonie natury powrócić do dzieciństwa i odreagować w zdrowy i bezpieczny sposób wszystkie urazy psychiczne, jakich doznało się w procesie dorastania w „kochającej i szczęśliwej” rodzinie. Sposobów jest więcej, problem w tym, że nie są znane większości ludzi. Nie są znane, a ostatnio są wręcz zwalczane w zorganizowanej akcji wymierzonej przeciwko „zabobonom”. Spisek sił wrogich ludzkości? Niech sobie każdy sam odpowie na to pytanie.

O złości będę jeszcze pisać, bo to jest temat wstydliwie i z lękiem spychany do niebytu. Będę to robić, chociaż wiem, że znajdą się tacy, którzy mnie  zaatakują i oskarżą o to, że mam widocznie zbyt dużo złości w sobie i muszę się wyżyć. Biedni, nie wiedzą, że takim stwierdzeniem ujawniają swoje własne lęki i zakłamanie w tym względzie.

————

Post scriptum (dopisane o 20:30):

Wszystko wokół nas jest energią. Jak wykazała nowoczesna fizyka energią jest nawet „twarda” materia. Również człowiek jest istotą energetyczną. Energią są też nasze emocje i nasze myśli.

Człowiek przypomina akumulator do gromadzenia energii emocjonalnej. Jeśli w procesie wychowania rodzice „naładowali” akumulatory dziecka pozytywną energią miłości, samoakceptacji i wiary w swoje możliwości, taką energią promieniuje to dziecko również w życiu dorosłym. Jeśli naładowali je złością i autodestrukcją, to te energie przejawią się w późniejszym życiu tej osoby.

Jeśli ktoś miał pełnych złości rodziców, wyżywających się na nim z wściekłością, sam zamienia się w akumulator złości, która szuka ujścia jak lawa w wulkanie. Jeśli jej nie wypuści w bezpieczny sposób albo będzie się wyżywał na innych w atakach furii albo będzie chorował (w organizmie to wątroba akumuluje złość, nic więc dziwnego, że jest tak wiele przypadków jej raka i marskości i że  większość ludzi stale musi oczyszczać ten narząd oraz woreczek żółciowy ze złogów i toksyn).

Podobne przyciąga podobne – na zasadzie kamertonu. Ludzie wchodzą w relacje z osobami, które „wibrują” podobnie do nich. Obce częstotliwości nie są w stanie zgodnie współbrzmieć. I właśnie dlatego kobieta, która była bita przez rodziców i nie miała dość samoświadomości lub nie uzyskała pomocy terapeutycznej znajduje sobie „przez przypadek” bijącego męża. Wykorzystywane seksualnie dziecko staje się pedofilem, syn alkoholika nałogowym pijakiem lub narkomanem, osoba pochodząca z pozbawionego uczuć domu zwiąże się z zimnym psychopatą itp. Również dlatego kastrowanie pedofilów do niczego nie prowadzi, gdyż leczy się objawy patologii, zamiast szukać przyczyn i je uzdrowić.

Ciąg dalszy nastąpi, nie zostawię Was z tą złością bezradnych i przerażonych!

Dlaczego jesteśmy ulegli? Źródła bierności wobec tyranii.

Kimkolwiek są i jakkolwiek potworne są ich przestępstwa, w głębi każdego dyktatora, masowego mordercy czy terrorysty tkwi poniżone niegdyś przez opiekunów małe dziecko, które przeżyło tylko dzięki zupełnemu zaprzeczeniu doświadczanym przez siebie krzywdom, uczuciom i bezradności. Jednakże owo zaprzeczenie rodzi w ofiarach pustkę wewnętrzną. W efekcie większość z nich nigdy nie rozwija zdolności do normalnego, ludzkiego współczucia i dlatego nie ma żadnych skrupułów, lub tylko znikome, by niszczyć życie – innych lub własne, z noszoną w środku pustką.

W mojej opinii, jak i na podstawie moich badań nad historiami dzieciństwa najbardziej bezwzględnych dyktatorów jak Hitler, Stalin, Mao Tse Tung bądź Ceausescu, twierdzę, że terroryzm w ogóle, a w szczególności ostatnie, przerażające ataki na USA są makabrycznym lecz ścisłym odzwierciedleniem cierpienia, jakie pod szyldem dobrego wychowania spotyka miliony dzieci na świecie. Niestety, społeczeństwo udaje, że tego nie widzi. Horrory przemocy terrorystycznej możemy oglądać na ekranach telewizorów. Jednak domowe horrory, w jakich dorasta mnóstwo dzieci, bardzo rzadko są ukazywane w mediach. Dlatego też większość ludzi pozbawiona jest informacji o głównym źródle nienawiści na świecie. Publicznie spekuluje się na temat politycznych, religijnych, ekonomicznych czy kulturowych przyczyn przemocy, jednak spekulacje te błądzą w mroku, ponieważ jej główny powód wciąż pozostaje ukryty: stłumienie i następujące po nim zaprzeczanie wczesnodziecięcej, prawomocnej wściekłości, które przeradza się w nienawiść napędzającą rozliczne ideologie.

Na całym świecie i bez względu na czasy – w Serbii, Rwandzie czy Afganistanie – nienawiść pozostaje nienawiścią, a wściekłość wściekłością. Emocje te są zawsze pokłosiem bardzo silnych uczuć, jakimi reagowaliśmy na zranienia i krzywdy doznawane w dzieciństwie oraz normalnych reakcji naszego ciała, któremu zabroniono bezpiecznej ekspresji siebie. Nikt nie przychodzi na świat z pragnieniem niszczenia i śmierci. Każdy noworodek, niezależnie od kultury, religii czy pochodzenia etnicznego potrzebuje bezwarunkowej miłości, ochrony, troski i szacunku. Takie są jego biologicznie założenia. Jeśli zaznaje maltretowania wskutek okrutnych metod wychowania, rozwinie w sobie bardzo silną nienawiść i pragnienie zemsty. Będzie parł do niszczenia innych lub samego siebie (lub obie opcje na raz), ale zawsze będzie to wynik jego wczesnej historii życia, a nigdy wrodzonych wad czy genów. Teorie o destruktywnych genach są współczesną wersją bajek o „diabelskim nasieniu” sugerujących istnienie złych ze swej natury dzieci, które muszą być karane i bite, żeby były miłe i grzeczne.
(…)
Wszystkimi możliwymi sposobami musimy rozpowszechniać te wiedzę – wiedzę, że przez poniżanie i wykorzystywanie naszych małych dzieci nieuchronnie tworzymy i użyźniamy glebę, z której wyrasta przemoc i śmierć.

Nowe prawo, chroniące niemowlęta przed przemocą domową, jak to, którego wprowadzenie w Szwecji znacznie zmniejszyło przestępczość w tym kraju, przyniesie bez wątpienia zasadnicze zmiany w każdym społeczeństwie – jeśli nie natychmiast, to w ciągu 20 lat, kiedy dorosną nigdy nie krzywdzone dzieci, które nie będą zainteresowane przemocą i wywoływaniem wojen.
Alice Miller (2001) „Źródło horroru w kołysce”

Czy w tej sytuacji możemy się dziwić, że podobnie wygląda sytuacja społeczeństwa, całkowicie poddanego władzy polityków i dążącego – niczym Wielki Brat – do totalitarnej kontroli nad obywatelami systemu państwowego?

Przez krótką chwilę cieszyliśmy się humanitarnymi prawami obywatelskimi, nota bene permanentnie łamanymi, a przynajmniej zagrożonymi przez różnego rodzaju władze, lecz już coraz bardziej widoczna staje się  tendencja do wprowadzania wręcz totalitarnego systemu kontroli. Jeszcze krócej z humanitarnych praw cieszą się dzieci, którym (z wielkimi oporami) przyznano prawo do życia bez bicia dopiero w latach 80. XX wieku, i to tylko w nielicznych krajach. Te przywileje są tak kruche, że w każdej chwili możemy je utracić na rzecz stale czającej się gdzieś w mroku tyranii.

Dlaczego tak się dzieje? Dlaczego tyrania wciąż się odradza?

Kończymy kolejną z niezliczonych, krwawych wojen, zamykamy w więzieniach nielicznych zbrodniarzy wojennych, którzy byli na tyle głupi, że dali się złapać lub zostali rzuceni na pożarcie przez swoich mocodawców i naiwnie się cieszymy, że wreszcie nastał pokój i że wreszcie będzie można żyć w harmonii. Czasem ktoś rzuci pytanie, jak to w ogóle jest możliwe, że ci wszyscy sympatyczni i uroczy sąsiedzi, od dziesięcioleci zgodnie współżyjący na danym terenie, mogli w jednej chwili zamienić się w dzikie, krwiożercze, przerażające bestie, ale nie potrafimy znaleźć żadnej sensownej odpowiedzi ani sposobu zaradzeniu złu.

Problem polega na tym, że zawsze dostrzegamy i próbujemy leczyć objawy zamiast poszukać przyczyn i je usunąć. Dopóki nie dobierzemy się do korzeni zła i nienawiści, nie osiągniemy niczego.

Nie jest prawdą, że człowiek jest zły z samej swojej natury i że nic nie można na to zaradzić. Psychoterapeutka Alice Miller już wystarczająco dawno odkryła i ogłosiła światu, jakie są prawdziwe przyczyny ludzkiego okrucieństwa i co należy zrobić, by położyć temu kres. Kolejne bombardowania „złych krajów” ani zamykanie okrutników w więzieniach nie zmienią sytuacji.

Zmienić należy system rodzinny, bo przyczyny zła lęgną się właśnie w domu rodzinnym, a nie na poligonie.

Richard Dawkins twierdzi, że religie są źródłem wszelkiego zła, bo produkują terrorystów. W pewnym sensie ma rację, ale samo zlikwidowanie religii nic nie zmieni, dopóki nie zmieni się mentalność każdego z nas.

Zastanówmy się, jak i dlaczego religie (i nie tylko religie) to robią?

Nad ponad połową świata przejęły władzę dwie potężne religie monoteistyczne: chrześcijaństwo i islam i to właśnie z nich wywodzi się największa patologia społeczna. Cechą charakterystyczną tych religii jest mająca swe źródła w patriarchacie „hierarchia dziobania”.

System patriarchalny zaczyna się od boga-ojca, męskiego, straszliwego, mściwego, karzącego, władającego piekłem i wieczystymi karami, siedzącego na samym szczycie i dziobiącego wszystkich, którzy są niżej i którzy są słabsi. Starotestamentowy bóg bezlitośnie poniewiera wszystkimi, którzy… nie są bogiem. Pod bogiem jest ojciec, męska „głowa rodziny”, który dziobie żonę i dzieci. U boku ojca siedzi matka, która jest dziobana przez ojca, ale może na równi z nim dziobać dzieci i innych słabszych od siebie. Rodzice nie dziobią swoich rodziców, bo chroni ich IV przykazanie. Dzieci mogą skopać psa lub słabszego (siostrę/brata, kolegę, inwalidę).

Ojciec bywa dziobany przez swojego szefa, policjanta, polityka… ale raczej stara się to ukrywać przed rodziną i znajomymi.

Taka piramida rodzi frustrację we wszystkich, może z wyjątkiem boga, który jest poza zasięgiem dziobów i dziobania.

Tak jak bóg jest terroryzujący i karzący, tak i rodzice, a szczególnie ojciec, mają władzę i uprawnienia, żeby tyranizować, upokarzać i zamieniać w piekło życie dzieci i podobnie jak bóg jest bezkarny, tak i oni mają społeczne przyzwolenie na okrucieństwo. „Sprawa rodzinna”: to hasło do niedawna uniemożliwiało wszelką interwencję policji, gdy sąsiedzi donosili, że w mieszkaniu obok dochodzi do przemocy. Bity dorosły, gdy został napadnięty w domu lub na ulicy, miał prawo wezwać policję, ale maltretowana żona i dzieci zostały tego prawa całkowicie pozbawione.

Bicie w rodzinie przez wieki było „świętą krową”, która nie podlegała żadnym uregulowaniom prawnym. Politycy i policjanci również byli bici jako dzieci, uważali więc, że to jest normalne i że tak musi wyglądać życie rodzinne. Nie tylko uważali to za normalne, ale wręcz za konieczne, gdyż, jak wierzyli, bez bicia nie da się wychować dziecka na porządnego człowieka.

Bite dziecko nie miało żadnych praw. Przede wszystkim nie miało prawa do protestu, a okazywanie złości była zbrodnią karaną szczególnie surowo. Złość została uznana za najgorszą rzecz, jaka istnieje na świecie. Inną powinnością dziecka było bezwarunkowe wybaczanie. Rodzic mógł przekroczyć wszelkie granice okrucieństwa, ale nigdy nie był uznany za złego. Złe – i przez wszystkich potępiane – było dziecko, jeśli okazało złość, a szczególnie, jeśli nie wybaczyło (i nie wyparło z pamięci) tego, co mu zrobili rodzice.

Bycie na dole „hierarchii dziobania” wiąże się też z koniecznością odstępowania wszelkich przywilejów tym, którzy byli wyżej, na przykład nielubianej cioci, która przyszła z wizytą. Gdy ciocia wkraczała w drzwi następował koniec rozwalania się w ulubionym fotelu lub na kanapie, oglądania telewizji w salonie, słuchania radia lub innych, radosnych harców. Trzeba było dla cioci zwolnić wygodny i ulubiony mebel, wyłączyć telewizor i usiąść cicho a kącie. Sprzeciw lub jakikolwiek przejaw niegrzeczności wobec cioci był traktowany jak zbrodnia i jeśli kara nie została wymierzona od razu, można było być pewnym, że i tak będzie nieuchronna.

Wychowywanie dzieci w naszej cywilizacji przypomina raczej pełną przemocy i okrucieństwa tresurę. „Dobrze wychowane” dziecko reaguje na dyskretne spojrzenie rodzica, bo wie, że jeśli nie zrobi tego, czego się od niego oczekuje, spadną na nie gromy. A rodzic jest dumny ze swoich sukcesów wychowawczych, więc chwali się w towarzystwie, jaką to ma grzeczną córeczkę – wystarczy jedno spojrzenie i ona już wie, że zrobiła coś nie tak.

Inną metodą jest zawstydzanie. Matka wprost „płonie ze wstydu” lub „zapada się pod ziemię” z zażenowania, po czym cała w pąsach przeprasza wszystkich, że ma tak niewychowanego bachora, który ją kompromituje.

Szczytem okrucieństwa są kary cielesne, wręcz zalecane przez Biblię i dawne podręczniki dla rodziców. Większość z nas doświadczyła takiego traktowania, czy można się więc dziwić, że ustępujemy, wycofujemy się i nie bronimy swoich nawet najoczywistszych praw? Jak możemy zachowywać się asertywnie, gdy każdy sprzeciw, nawet najbardziej uzasadniony, traktowany był jak zbrodnia i natychmiast karany biciem, upokarzaniem i zawstydzaniem?

Skutki tego są tragiczne. Nawyk ustępowania „silniejszemu” staje się automatycznym odruchem, więc nawet nie zauważamy, kiedy robimy bez szemrania wszystko, co władze nam każą.

Ludzie robią dobrą minę do złej gry, zakłamując samych siebie, że mieli cudownych rodziców i bajkowo szczęśliwe dzieciństwo, że są silni, pewni siebie i asertywni, ale niewyrażona złość i skrywane poczucie upokorzenia tlą się pod spodem, gotowe wybuchnąć w każdej chwili w niekontrolowany sposób. Czasem atakujemy bez powodu – bo się nam zdawało, że ktoś krzywo patrzy albo miał coś na myśli. Zamiast spytać, czy rzeczywiście i wyjaśnić nieporozumienie w sposób cywilizowany, skaczemy sobie do oczu wykrzykując urojone zarzuty. Wystarczy komuś delikatnie zwrócić uwagę na jakiś błąd lub niedoskonałość, żeby ten skoczył krytykującemu do gardła niczym harpia i totalnie zmieszał go z błotem. Nie raz doznałam wręcz szoku, gdy różne osoby, które nierzadko miałam za przyjaciół, rzucały się na mnie z dziką furią, po czym wychodziły trzaskając drzwiami lub przestawały się do mnie odzywać. Uraziłam w jakiś sposób czuły punkt tych ludzi, nie mając o tym nawet pojęcia.

Nic więc dziwnego, że między ludźmi stale wybuchają wojny. Od małych wojenek w domu i pracy (trzeba przecież ustalić „hierarchię dziobania”), poprzez wojny w parlamencie, aż do wojen światowych. Gdzieś przecież trzeba tę złość wyładować. Najlepiej znaleźć kozła ofiarnego: jakiś naród, który jest „gorszy”, „niewłaściwą” religię, niesłuszną ideę, którą trzeba zetrzeć z powierzchni ziemi lub cokolwiek innego, co usprawiedliwi agresję i nienawiść. Skoro nie możemy zemścić się na naszych rodzicielskich oprawcach musimy znaleźć obiekt zastępczy, na który skierujemy całą swoją skumulowaną przez długie lata i niewyrażoną złość oraz frustrację.

Jeśli nie zrobimy czegoś ze swoją złością będziemy chorować. Stłumiona i niewyrażona złość przejawia się w postaci różnych stanów zapalnych, np. gardła, jeśli nie wolno nam było „pyskować” i musieliśmy w milczeniu wysłuchiwać pełnych wściekłości rodzicielskich tyrad lub zapalenia nerwów, gdy w rodzinie zupełnie brakowało wzajemnego porozumienia. Co wiec zrobić z tymi „złymi” emocjami? Na pewno nie należy ich w sobie dusić. Ale to jest temat na osobną notkę.

Linki powiązane:

Strona Koniec milczenia a na niej artykuły Alice Miller oraz artykuły innych autorów

Mój tekst Wybaczanie

I wstrząsający wywiad z „Wysokich obcasów”: Mamo, odkryj kołdrę