Jak mój kot wyleczył mnie z migreny

Koty to magiczne stworzenia. Mój jest jeszcze kocim dzieckiem (ma niecałe 5 miesięcy), ale już wykazał się zdolnością leczenia.

Z soboty na niedzielę dostałam napadu migreny, bolała mnie lewa połowa głowy i było mi trochę niedobrze. Położyłam się na plecach z myślą, że pewnie czekają mnie jakieś trzy dni złego samopoczucia, co oczywiście wcale mi się nie podobało. Kiedy tak leżałam mój kot wskoczył na łóżko i zamiast położyć się jak zwykle w nogach przewędrował w stronę mojej głowy, obwąchał mnie mrucząc, po czym położył się tak, że jego brzuszek znalazł się na moim czole, po lewej stronie i spokojnie zasnął. Nigdy wcześniej (ani później) nie kładł się w ten sposób. Zawsze układał się jakieś 5-10 cm od poduszki, nie dotykając mnie. Tym razem leżał na mojej głowie, bardzo głośno mruczał i chyba spał. Zrobił się ciepły i grzał mnie jak piec. Normalnie jego futerko nie wypuszcza ciepła na zewnątrz (kiedy się go głaszcze wydaje się chłodny). Poleżał tak bez ruchu chyba z godzinę, po czym wstał i położył się obok poduszki. A mnie przestała boleć głowa!!! Prawdziwy kot-cudotwórca.

Blipuję

W ramach eksperymentu zarejestrowałam się na blipie i na Twitterze. I tu i tam mój login to astromaria. Dlaczegóż tak mi odbiło? Oto iście hamletowskie pytanie… Po prostu zadziałał jakiś nieprzeparty impuls – widać Siła Wyższa ma w tym jakiś cel, na razie dla mnie niepojęty. Poczułam przymus i stało się. I okazało się, że różni inni moi znajomi byli tam przede mną, o czym nie wiedziałam.
Blip to taki mikroblog i komunikator w jednym. Na blogu piszę uczone elaboraty, a na blipie tak sobie blipam, wblipując tam swoje ulotne myśli i nastroje. Jakby ktoś miał ochotę pobawić się w ten sposób, to zapraszam. Można tam przesyłać również zupełnie tajne wiadomości, przeznaczone tylko dla jednej osoby, a wtedy nieupoważniona publika nie ma do nich dostępu.

Przy okazji boleśnie zweryfikowałam złotą myśl Stanisława Lema, który powiedział, że nie miał pojęcia, ilu jest idiotów na świecie, dopóki nie podłączył się do Internetu. Ale spoko – ja mam prosty sposób na takich typków: jak tylko blip mi doniesie, że o mnie plotkują za moimi plecami, wchodzę na ich stronę, sprawdzam, co im w duszy gra i jeśli gra do zupełnie innej muzyki niż w mojej duszy korzystam z przycisku „Ignoruj”. I żeby taki jeden z drugim na głowie stanęli, i tak nie dowiem się, jak bardzo są toksyczni i pełni jadu, i dzięki temu nie będę się denerwować. Biedni ludzieńkowie, musieli mieć trudne dzieciństwo, bijącego tatusia i toksyczną mamusię. Ale to ich problem, ja nie zamierzam cierpieć wraz z nimi. Miłej zabawy w głuchy telefon, moje wy jadowite żmijki.

Jestem na blipie po to, żeby blipować z przyjaciółmi i poznawać sympatycznych nieznajomych, a nie po to, żeby użerać się z bandą toksycznych agresorów. Jeśli więc ktoś liczy na to, że mi tam dowali, to się bardzo rozczaruje – wszystkich napastników ignoruję.

Prince of Persia i dziewczyna z ludu

Książę jest półkrwi, ale i tak to prawdziwy arystokrata. A dziewczyna z ludu jest po przejściach.

On jest młodszy o 2 miesiące i niemożliwie wprost rozpieszczony, a ona to istna siłaczka. Żeby przetrwać w dziczy musiała walczyć z psami i innymi kotami i nieźle się nagłówkować, jak nie umrzeć z głodu. Nic więc dziwnego, że ich wspólne zabawy kończą się zwykle lamentem Księcia, który nie przywykł do takiej poufałości i manisefstacji brutalnej siły. Ona lekko trąca go łapką, a on od razu wykonuje kilka fikołków i pada jak miękka skarpetka. Ale powoli znajdują wspólny język, np. w tym, że ramię w ramię demolują mieszkanie. Musiałam pochować wszystkie cenne rzeczy, a kwiatki doniczkowe stłoczyć w kuchni, gdzie koty nie mają wstępu. Na szczęście nie mam firanek, bo na pewno byłyby już w strzępach. Jestem cała podrapana, bo koty pchają się na kolana, po czym tracą równowagę, więc wbijają pazury w moją biedną nogę, jakby to był kloc drewna.

Ona mruczy nieco powściągliwie, a on jak silnik czołgu. A teraz śpi słodko na moim biurku, grzejąc się w cieple żarówki (na pohybel trującym świetlówkom).

Jego wysokość w kuchni

Kicia

Śmiertelny uścisk

Podchody

Nie spoufalaj się

Przeżyłam mały kataklizm

Właśnie wróciłam do wirtualnego życia po istnym końcu świata, jaki zdarzył się w moim osiedlu. W poniedziałek o 5 rano rozszalała się nad Józefowem gwałtowna burza. Waliło piorunami, że aż strach, a kiedy w pewnym momencie nastąpił jednoczesny błysk i huk i zaczęły wyć wszystkie alarmy samochodowe oraz alarm na budynku, wiedziałam, że kiepsko z nami. Już raz coś takiego się zdarzyło, jakieś dwa lata temu i byliśmy wtedy odcięci od świata. A co najgorsze, alarm na domu wył wtedy jak opętany przez całą dobę i nikt nie umiał go wyłączyć.

No i okazało się, że moje przewidywania były słuszne.

Spalone domofony na klatkach schodowych i brak połączenia z internetem. Zadzwoniłam do dostawcy  dowiedziałam się, że piorun uszkodził jakieś urządzenia elektryczne i popalił różne inne, w tym te, które dostarczają nam sygnał internetowy. W niektórych blokach podobno nie było prądu. Na szczęście u nas był. Synowi spaliła się karta sieciowa. Mieliśmy wyjątkowe szczęście, że tylko karta, a nie wszystkie komputery. Następnym razem będziemy ostrożniejsi i wyłączymy z sieci wszystkie urządzenia.

Na szczęście awaria została usunięta i znowu mogę się dowiedzieć, co się dzieje w świecie 🙂

„Według wiary waszej niechaj się wam stanie” czyli życzenia noworoczne

Z każdą chwilą coraz bardziej zbliżamy się do roku 2012, który będzie wielkim przełomem w dziejach naszej planety. Jednak zanim ten Babilon upadnie, będziemy świadkami niejednego przerażającego wydarzenia. To, co dzieje się obecnie jest procesem oczyszczania i jak każde oczyszczanie przebiega gwałtownie, co wielu z nas może przerażać. Obecne wydarzenia są dla nas egzaminem, testem naszej wierności prawdzie i naszej odwagi. Nie dajmy się przestraszyć i nie kapitulujmy nawet wobec pozornego zwycięstwa ciemnych mocy. Bądźmy jak bohaterowie bajek, którzy się nie ulękli wycia demonów i odważnie odnaleźli swój kwiat paproci.

Im bliżej tej przełomowej daty, tym wyraźniej widać, jak wielki wpływ mamy my, zwykli ludzie, na otaczającą nas rzeczywistość. Ten proces będzie stale postępował i będzie to odczuwalne coraz wyraźniej.

Życzę wszystkim, żebyśmy nie poddawali się pesymizmowi, nawet w obliczu tak groźnych wiadomości, jak te, które ostatnio napływają ze świata. Powinniśmy być dobrze poinformowani i świadomi tego, co nam szykują, ale ta wiedza nie może nas przygnębiać ani wpędzać w depresję. Ciemnym siłom o to właśnie chodzi, żebyśmy wpadli w lęk i poczucie beznadziei lub we wściekłość, ale my, jako ludzie mądrzy i świadomi nie zrobimy tego, czego od nas oczekują. Wręcz przeciwnie, stańmy się silni i pełni optymizmu. Tylko wtedy będziemy w stanie działać i zwyciężać.

Nasz świat nie jest ani dobry, ani zły. On jest taki, jakim sami go uczyniliśmy. Każdy z nas żyje w swojej własnej rzeczywistości, którą sam wykreował.

W świecie mamy jednakową ilość światła i ciemności, miłości i nienawiści, dobra i zła. Każda rzecz zawiera w sobie oba pierwiastki: zarówno ciemność, jak i jasność, dobro oraz zło itp. Przeważa to, na czym koncentrujemy swoją uwagę. Jakoś tak dziwnie się składa, że łatwiejsze wydaje się realizowanie lęków, niż osiąganie sukcesów. Ale tak być nie musi.

Każda nasza myśl jest modlitwą, a świat zewnętrzny jest dżinem lub złotą rybką, czyli siłami, które spełniają nasze życzenia. Boski Duch góruje nad martwą materią, a my sami jesteśmy bogami, którzy na co dzień czynią cuda i realizują wszystkie swoje życzenia. Jeśli nasze myśli są pozytywne, wtedy wokoło dzieją się rzeczy cudowne i napełniające nas szczęściem. Jeśli jesteśmy pesymistami, wysyłamy w świat modlitwę o jeszcze więcej nieszczęść, a nasze dżiny i złote rybki natychmiast to realizują, nieustająco czyniąc cuda, które są zgodne z naszymi oczekiwaniami. Nie zdajemy sobie sprawy z tego, ile cudów czynimy każdego dnia, bo niektóre odbieramy jako nieszczęścia i dopust boży. Ale nawet te nieszczęścia też są cudami – to my sami je wykreowaliśmy, więc nie powinniśmy winić za to świata zewnętrznego. To nasze własne dzieło!

Każda realizacja naszych myśli jest cudem, również ta niepożądana, ale my jesteśmy ślepi i nie chcemy uznać tego za cud. Uważamy wręcz, że to jest jego przeciwieństwo. Przecież zło nie może być uznane za cud. A jednak – skoro koncentrujesz swoje myśli (które są modlitwą i niosą ładunek potężnej energii) na tym, co negatywne, realizujesz je w świecie jako realnie istniejące fakty, a przecież każda realizacja modlitw jest najoczywistszym cudem.

Dlatego nigdy, pod żadnym pozorem nie myśl o tym, czego nie chcesz w swoim życiu. Nigdy również nie walcz z tym, co uważasz za negatywne i złe. Każda myśl i każdy czyn zasila porcją energii to, na czym koncentrujesz swoją uwagę. Im bardziej z czymś walczysz, tym więcej energii ładujesz w ten obiekt. Jeśli są to znienawidzone wady, których chcesz się pozbyć, wiedz, że myśląc o nich i walcząc z nimi paradoksalnie sprawiasz, że stają się jeszcze większe i potężniejsze. Jeśli walczysz z lękami, depresją, biedą itp., zasilasz je swoją uwagą i sprawiasz, że stają się coraz dotkliwsze i coraz trudniejsze do wyeliminowania.

Jeśli krytykujesz swoje dziecko (tak jak pewnie kiedyś krytykowali Cię Twoi rodzice), wierzysz pewnie, że robisz to dla jego dobra. W rzeczywistości sprawiasz, że dziecko staje się bezradne wobec swoich wad i „złych” uczynków, które stają się przez to coraz większe i wręcz niemożliwe do pokonania, a Ty widząc, że wady nie tylko nie zostały pokonane, ale jeszcze bardziej urosły wpadasz we wściekłość, bo nabierasz pewności, że dziecko robi Ci na złość. A to nie ono jest winne, lecz Ty – zamiast chwalić sukcesy i zachęcać do doskonałości, czyli zasilać porcją energii to, czego pragniesz, kierując uwagę dziecka na jego wady karmisz ciemne moce, sprawiając, że w końcu stają się nie do pokonania.

Dlatego życzę wszystkim zrozumienia tej jakże prostej zasady – jeśli chcecie coś zwalczyć, zasilajcie energią myśli przeciwieństwo tego czegoś. Zamiast martwić się z powodu choroby, kreujcie w myślach obraz doskonałego zdrowia. Zamiast lęków – bezpieczeństwo. Zamiast wad – zalety. Zamiast biedy – dobrobyt. Zamiast wojny – pokój.

Podobnie potraktujmy wszelkie mnożące się jak króliki przepowiednie spod ciemnej gwiazdy. Czas zrozumieć, że tym wszystkim „prorokom” pokroju Patrika Gerilla i inżynierom lęku straszącym końcem świata w 2012 roku chodzi wyłącznie o to, żeby zepchnąć świat i całą ludzkość w otchłań nieszczęścia. Wiedzą oni o tym, że myśl, zwłaszcza generowana przez wielkie i rozemocjonowane lękami masy ludzkie, ma moc przenoszenia gór. Gdybyśmy uwierzyli w te „objawienia” i zaczęli o nich obsesyjnie oraz z lękiem myśleć, jest prawie pewne, że doprowadzilibyśmy naszą planetę oraz siebie samych do zagłady. Ale my jesteśmy przecież na to zbyt mądrzy i się nie damy.

Nie dawajmy również wiary „racjonalistom” ani materialistycznej „nauce” negującej prawa duchowe. Prawdziwa nauka, taka jak fizyka kwantowa, już dawno udowodniła, że myśl jest ważniejsza niż materia i że myśl ma moc zmieniania wyników eksperymentów. To duch góruje nad materią, a nie odwrotnie. Materia bez ożywiającego ją duchowego pierwiastka jest martwa, jak ciało bez duszy.

To nasza myśl oraz wiara decydują o tym, co dzieje się w naszym życiu i jak wygląda nasze zdrowie. Jeśli uwierzymy materialistom, że jesteśmy tylko kupą bezdusznego białka i że tylko „naukowe” metody leczenia mogą nam pomóc, wtedy sami wyrzekniemy się zdrowia i szczęścia. Takie metody leczenia jak modlitwa, homeopatia, akupunktura, pozytywne programowanie swojej świadomości czy duchowe uzdrawianie na pewno zawiodą, gdy będziemy wierzyli, że są one przesądami, które nie mogą nam pomóc. Nie pomogą, bo nie mogą pomóc komuś, kto swoją głęboką (nie)wiarą sam blokuje przepływ pozytywnej energii i dobra, sabotując swoje własne szczęście i zdrowie.

Na zakończenie, ku przestrodze, opowiem Wam, jak doszło do zeszłorocznego pożaru w moim bloku.

Kiedy przez 5 lat wynajmowaliśmy mieszkanie w wielkim warszawskim blokowisku, co roku obserwowaliśmy dzikie pokazy sztucznych ogni odpalanych tuż pod naszym blokiem. Niektóre race przelatywały tuż obok naszych okien, co za każdym razem wywoływało mój niepokój, a nawet lęk. Mimo szczerych wysiłków nie byłam w stanie powstrzymać trwożliwej myśli (a co gorsze również wyobrażenia), co by było, gdyby taka wielka raca wpadła do mieszkania, wybijając okno i powodując pożar.

Ten „rytuał” powtarzałam przez 5 lat mieszkania na Gocławiu, a potem kontynuowałam go przez kolejne 3 lata po przeprowadzce na nowe osiedle. Niby byłam świadoma, czym to może grozić i starałam się odpędzać te negatywne myśli, ale nie byłam w stanie nad tym do końca zapanować. No i w końcu stało się to, co sobie niechcący „wymodliłam”: raca rzeczywiście spowodowała pożar boazerii na moim balkonie oraz całego dachu. Na szczęście moje mieszkanie prawie na tym nie ucierpiało (nie spłonęło, a jedynie pojawił się na ścianie grzyb od wody ze strażackich sikawek), co więcej, zostało odremontowane na koszt TBS, gdyż uznano mnie za niewinną ofiarę tego zdarzenia. Jak widać: miałam więcej szczęścia, niż rozumu.

Niech ta opowieść będzie dla Was przestrogą i dowodem na to, jaką potężną moc mają nasze myśli.

Przypominam więc jeszcze raz, że nigdy nie wolno myśleć o tym, czego nie chcecie doświadczyć w swoim życiu.

Życzę Wam wszystkim opanowania do mistrzostwa sztuki pozytywnego programowania swojego życia! Czy są jeszcze tacy, którzy nie znają tego filmu?

Opowiadanie grozy

Przeniesione ze starego bloga (2008-08-18 00:42:24)

Odkąd pamiętam, członkowie mojej rodziny mają taki straszliwy zwyczaj, że jeśli ktoś z nich musi poważnie zachorować, to zawsze wybiera do tego dzień poprzedzający ważne i długie święta (np. wielki czwartek lub 23 grudnia) lub najdłuższy weekend świata. Jak się okazało regule tej podporządkowała się nawet nasza kotka.

Prawie wszyscy domownicy wnieśli się na daleką wycieczkę nad morze, na szczęście ja oraz mój najmłodszy (mieszkający osobno, ale w pobliżu) zostaliśmy w domciu. Gdyby nie to, w rodzinie byłby pogrzeb. Kota, jakby kto pytał.

Nasza kocica jest pełnoprawnym członkiem rodziny od wiosny 1992 roku. Jak łatwo policzyć – ma ponad 16 lat. Została przygarnięta jako ślepe maleństwo, mieszczące się na dłoni. Uratowaliśmy ją ze szponów sroki, która ukradła ją z gniazda i miała zamiar przeznaczyć ją na posiłek. Oczyściliśmy biedną kicię z ziemi, okryliśmy ciepłym kocykiem i wycyganiliśmy dla niej od zaprzyjaźnionej dziewczynki butelkę ze smoczkiem do „karmienia” lalek. Kot wyrósł na prawdziwą kocią piękność i wszyscy nam zazdrościli, że mamy taką domową pieszczotkę.

Jak dotąd kot działał zupełnie bezobsługowo, bo nigdy nie chorował. Wystarczyło nakarmić, posprzątać i koniec. Aż do feralnego piątku, kiedy z samego rana Kicia zarzygała pół domu. Po południu zarzygała kolejne pół. W pierwszej chwili nikt się tym nie przejął, jako że rzyganie chrupkami oraz wylizaną sierścią należało do niemal codziennego repertuaru. Kiedy jednak kot zaszył się w ciemnym kącie i przez cały dzień nie chciał stamtąd wyjść zaczęliśmy się niepokoić. Następnego dnia kota znowu nie było widać, więc zaczęłam odsuwać meble i zaglądać do kątów. W końcu, w jednym z nich, znalazłam kupkę futrzanego i o zgrozo zasikanego nieszczęścia. Kicia wyszła stamtąd nieco słaniając się na nogach, co mnie mocno zaniepokoiło. Zostałam sama, bez samochodu, w długi weekend – co tu robić? Jakby tego było mało, za oknem rozszalała się istna apokalipsa. Z nieba leciały wodospady wody, pioruny waliły jak wściekłe, a sosny dygotały tak, jakby zaraz miały paść powyrywane z korzeniami.

Przerażona zadzwoniłam go Gdańska, żeby spytać, czy wszyscy żyją oraz z radą, żeby się koniecznie ukryli w budynku, gdyby pioruny waliły, a oni bardzo się zdziwili, że histeryzuję. Okazało się, że u nich kropił lekki deszczyk i wiał lekki wiaterek, więc uznali mnie za wariatkę. Dopiero następnego dnia przekonałam ich, żeby włączyli telewizor i zobaczyli, co się działo. Za chwilę zadzwonili zdumieni tym, co zobaczyli i zrozumieli, dlaczego byłam taka nerwowa.

Wracając do przygody z Kicią…

Zadzwoniłam do syna, a on do zaprzyjaźnionego weterynarza, ale okazało się, że doktor wyjechał. Obdzwoniłam wszystkich znajomych i nieznajomych weterynarzy, ale wszyscy gdzieś balowali. Nowo otwarta klinika okazała się zamknięta na sto spustów, po prostu horror! W końcu znalazłam jednego kociego doktora, który też balował, ale na szczęście we własnym domu i udało mi się go przekonać, żeby nas przyjął.

Syn wezwał taksówkę, wsadziliśmy kocicę do kosza i ruszyliśmy na wyprawę. Doktor przyznał się bez bicia, że „ma wypite”, ale nie mieliśmy wyboru. Popatrzyłam na niego, facet wyglądał na pond 50 lat, nie przewracał się ani nawet nie bełkotał, więc doszłam do wniosku, że pewnie ma już taką rutynę, że nawet na bani i w kompletnych ciemnościach też zrobi co trzeba. No i zrobił. Zmierzył kocicy temperaturę, orzekł, że jest jakiś stan zapalny, możliwe, że kamień w nerkach (ale nie miał USG, żeby to sprawdzić), więc na wszelki wypadek zaaplikował antybiotyk, środek rozkurczowy, wielką strzykawę glukozy i coś tam jeszcze (nie pamiętam co), a potem zabawiał nas długą rozmową o chorobach przenoszonych przez koty (wino rozwiązuje języki), przez co narzeczona syna wpadła w lekką panikę, bo właśnie sprawili sobie dwa urocze kocięta. W końcu przyjechała taksówka i udaliśmy się do domu. Kocica znowu zaszyła się w swoim ulubionym kącie za łóżkiem i tam padła. Rano nie mogłam jej nigdzie znaleźć, ale w końcu wytropiłam ją w mojej szafie. Wyszła z niej głośno miaucząc. Widząc ją żywą i chodzącą poczułam ulgę. Po kolejnym zastrzyku kot odzyskał humor, a nawet apetyt. Jest trochę chudszy i ma matowe futerko, ale wygląda na to, że najgorsze mamy już za sobą. Czeka nas jeszcze jeden zastrzyk i seria badań, żeby stwierdzić, czy nerki są w porządku.

Ufff, ulżyło mi… Być może był to pierwszy atak starości, ale wyrok został odroczony.

Pismo z prokuratury czyli Wielki Brat patrzy i nad wszystkim czuwa

Przeniesione ze starego bloga (2008-07-08 16:19:20)

Przyszło pismo, zawiadamiające o umorzeniu śledztwa w sprawie pożaru. Oto co lepsze jego fragmenty:

W powyższej sprawie wszczęto i przeprowadzono śledztwo w kierunku art. 164 par. 2 KK w toku którego przy udziale technika kryminalistyki dokonano oględzin miejsca pogorzeliska na poddaszu powyższego bloku. Jak również oględzin balkonu należącego do mieszkania nr …. Podczas oględzin powyższej lodżii, po jej lewej stronie pod fragmentami częściowo spalonych desek seidingowych ujawniono wypaloną racę z napisem „GOR DET”, sporządzając stosowną dokumentację. W sprawie wykonano szereg czynności dochodzeniowo śledczych, między innymi dokonano rozpytań, przesłuchano świadków. Przejrzano udostępnione przez TBS kasety z monitoringu, zamontowanego na osiedlu ….. Jednakże z uwagi na bardzo słabą jakość nagrania nie było możliwości dokładnego prześledzenia powyższego zdarzenia. Następnie w dniu ….. do Komisariatu Policji w ……… zgłosił się zastępca dyrektora ZDM w …… pani ………. (…) potwierdzając fakt, że pożar w bloku prawdopodobnie mógł nastąpić z powodu nieprawidłowo wystrzelonej przez nn. osoby racy, która to następnie wpadła na balkon mieszkania nr …., powodując zapłon drewnianej elewacji, a w konsekwencji poddasza bloku nr ….

(…)

Przesłuchany w charakterze świadka dozorca osiedla przy ulicy ……….. pan XY zeznał, iż dnia 1 stycznia 2008 roku około godziny 18, będąc w domu usłyszał, że na osiedlu coś się dzieje. Wyszedł na boisko przed bloki i zobaczył palący się dach bloku nr ….. oraz kilka jednostek straży pożarnej. Jak zeznał, słyszał również rozmowy lokatorów, nie pamięta których, wymieniających się spostrzeżeniami między sobą, że z balkonu mieszkania nr …. jakiś młody chłopak wystrzeliwał race, z których jedna właśnie wpadła na balkon pani Marii S. (czyli mnie), właścicielki mieszkania nr …. Przesłuchiwany jednak osobiście nie widział zdarzenia i nie wie, kto mógł spowodować pożar w ww. bloku.

Dalej czytamy, że podejrzany w sprawie młodzieniec był rzekomo w tym czasie nieobecny na osiedlu, a jego brat „wypoczywał” w mieszkaniu po zabawie sylwestrowej. Nikt z nim w mieszkaniu nie przebywał i nikt nie odpalał żadnych rac, a całe zdarzenie zauważył dopiero ok. 18, gdy pod dom zajechały wozy strażackie. Wszystko byłoby może OK, gdyby ów świadek nie zeznał dalej, że „nie słyszał, aby ktoś w ciągu dnia na placu osiedla wystrzeliwał jakieś race, czy też używał petard”.

Tak się składa, że tego dnia, gdy tylko zapadł zmrok, rozpętała się prawdziwa kanonada, istna III wojna światowa. Tak więc albo świadek jest głuchy, albo z premedytacją kłamie, a to podważa jego prawdomówność.

Jak wiadomo nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło: w przyszłym roku wystrzeliwanie rac na terenie osiedla będzie kategorycznie zakazane i sama osobiście tego dopilnuję. Najważniejsze, że nie poniosłam żadnych strat ani uszczerbku na zdrowiu, poza niewielkimi wykwitami pleśni, która pojawiła się na skutek polania sufitu wodą ze strażackich węży. Cały remont, również wewnątrz mojego mieszkania, został opłacony z ubezpieczenia.

Po raz kolejny okazało się, jak działa to wszystko, co miało być stworzone dla naszego dobra i bezpieczeństwa. Kamery są niemal wszędzie, ale gdy ktoś zostanie napadnięty, okradziony lub podpalony, okazuje się, że Wielki Brat akurat nie patrzył w tę stronę. Kupa forsy w błoto…