Komentarz polskiego prawnika do Przekrętu wszechczasów – cz. 4

Podatek katastralny

Zacznijmy od prostego pytania – po co ktoś zamierza wprowadzić podatek katastralny i na czym on dokładnie polega? Podatek ten to nic innego jak kolejna danina państwowa nakładana po to, aby wydębić od ludzi kolejne pieniądze. Oficjalnie podatek ten ma podreperować słabe polskie budżety samorządowe. Jeśli jednak będziemy iść tym tropem i dodamy do tego ten durny i wyimaginowany dług publiczny, który się ciągle powiększa, to tym sposobem możemy do końca świata łatać dziury budżetowe samorządów z pieniędzy zwykłych obywateli. Co bowiem stoi na przeszkodzie „władzy”, żeby wymyślić nowy podatek? Przecież już teraz funkcjonują podatki od posiadania psa, kota, ba nawet od deszczu czy śniegu (tak, to jest prawda – poszukajcie w sieci).

Podatek katastralny to pewna modyfikacja istniejącego już podatku od nieruchomości, z tą tylko różnicą, że jest on znacznie, znacznie gorszy. Na chwilę obecną płaci się podatek od nieruchomości, którego wysokość jest uzależniona od powierzchni domu, mieszkania czy działki. Nawiasem mówiąc, skoro nieruchomość jest moją własnością i zapłaciłem za nią niemałe pieniądze, łącznie z podatkami i wynagrodzeniem notariusza, to po co mam jeszcze płacić coroczny podatek do kasy samorządu, czyli de facto do delegatury terytorialnej z centralnej władzy? Dla mnie totalny bezsens, no ale jak już kiedyś wspomniałem – obowiązek podatkowy wynika wprost z Konstytucji i jest on tak ogólnie sformułowany, że można tworzyć coraz to nowe podatki. Jedyne rozwiązanie to zmiana Konstytucji, gdzie nie byłoby tego obowiązku, na co jednak się nie zanosi, bo u „władzy” zostają zawsze lemingi i nijak ich nie przekonasz, że podatki to totalna bzdura (ostatecznie z podatków „władza” ma swoją pensję i to całkiem przyzwoitą, więc jaki byłby sens dla nich odcinania tak dochodowego źródła utrzymania?) Może, gdyby ci ludzie mieli większą moralność, to by coś się zmieniło, ale póki co na to nie liczmy.

Podatek katastralny może być wprowadzony w Polsce do 2020r. , mają go już m.in. Czesi, Litwini, Łotysze, Niemcy. No tak, ale u nich płace i poziom życia są lepsze, niż w naszym kraju. Podatek ten miałby być naliczany nie od powierzchni nieruchomości, lecz o jej wartości. Przykładowo więc mała klitka w centrum dużego miasta może spowodować naliczenie znacznie wyższego podatku, niż duży dom na wsi – bo ceny nieruchomości miejskich są znacznie wyższe, niż tych poza miastem. Różnica pomiędzy obecnym podatkiem od nieruchomości, a ewentualnym podatkiem katastralnym jest ogromna. Przykładowo, mamy 100 metrowe mieszkanie, które kosztuje 350 tys. zł Obecnie płacimy podatek tylko od wielkości tego mieszkania, czyli od tych 100 m – mniej więcej od 200 do 300 zł (stawki podatkowe są inne w każdym mieście, bo są to podatki lokalne). Jeśli wszedłbym kataster, to zapłacimy nie kilka stówek, lecz 7 tys. zł rocznie – przy założeniu, że podatek wyniesie 2% od wartości nieruchomości. Różnica jest chyba aż nazbyt widoczna.

Jedyną szansą na uniknięcie katastru jest jak zwykle społeczeństwo. Polacy w kwestii podatku katastralnego są jednak nadzwyczaj aktywni, no i na całe szczęście choć raz. Każda próba podjęcia debaty na ten temat kończyła się dużą burzą, głównie w sieci, bo oficjalne media na ten temat milczały. Dodam także, że nikt nie ma prawa zmusić Polski do wprowadzenia tego typu podatku (żadna UE, ani inna międzynarodowa organizacja) – przepisy unijne nie mogą bowiem ingerować w kwestie podatkowe danego państwa członkowskiego aż tak szczegółowo. Jeśli politycy będą mówić, że Unia każe wprowadzić podatek katastralny, to zwyczajnie będą kłamać albo będą totalnymi głąbami. Oficjalnie więc, póki obowiązuje Konstytucja w brzmieniu takim, jaki mamy, „władza” może sobie nakładać podatki ile wlezie i jakie wlezie. Z drugiej strony, jeśli przeholuje z takimi daninami publicznymi, to ludzie się wkurzą (może w końcu) i się zwyczajnie zbuntują. Kłopot w tym, że obecna „władza” robi sobie co chce, tworzy nowe ustawy w nocy, na przysłowiowym kolanie i tak naprawdę ma gdzieś wszelkie regulacje (nie jestem ani zwolennikiem, ani przeciwnikiem żadnej partii, bo dla mnie trzeba ich wrzucić do jednego wora i wysłać na Antarktydę, żeby sobie sami sobą rządzili nawzajem). Generalnie jak zwykle zależy wszystko od nas – jeśli nie pozwolimy, żeby tak durny podatek został wprowadzony, to go nie wprowadzą (tak jak chcieli podpisać ACTA, ale im nie wyszło bo się ludziska wkurzyli).

Dodam jeszcze, że przeciwników podatku katastralnego jest dosyć sporo (także wśród prawników i ekonomistów) – a dlaczego? Dlatego, że Polaków nie stać na coroczne płacenie po kilka tysięcy złotych do kas samorządów. Weźmy np. emerytów którzy dostają 800 zł na rękę – to z czego mieliby niby uzbierać na taki podatek np. 5 tys. zł? Jeśli cudem wprowadziliby ten podatek, to ludzie migrowaliby do mniejszych, tańszych mieszkań – a może jest to celowe działanie, żeby bogaci mieli szansę wykupywać sobie co cenniejsze nieruchomości?

Podpisy, pieczątki i dowody osobiste

Zacznijmy od tego czym jest podpis – jest to pełna forma imienia i nazwiska danej osoby, jak ktoś ma dwa imiona to do ważności podpisu nie musi wypisywać tego drugiego imienia. Tym samym parafka, nieczytelny bazgroł czy samo nazwisko podpisem nie jest i nigdy nie będzie. O tym uczyli już nas na 3 roku studiów, a prawnicy i sędziowie zdaje się, że często o tym zapominają. Co to nam dale w praktyce? Ano tyle, że oświadczenia woli powinny być podpisywane, a nie oznaczane parafą czy innym bazgrołem na jakiejkolwiek umowie. Skoro więc nie ma prawidłowego podpisu na umowie (tj. czytelnego z pełnym imieniem i nazwiskiem – bez zdrobnień typu Jaś, Marysia), to wtedy i oświadczenie woli jest wadliwe. Skoro oświadczenie woli jest wadliwe, to możemy się na nie powołać i doprowadzić do unieważnienia całego zobowiązania. Warto o tym pamiętać.

Jeśli zaś chodzi o urzędników, to zgodnie z art. 107 § 1 kodeksu postępowania administracyjnego, pod decyzją należy złożyć własnoręczny podpis z podaniem imienia, nazwiska i stanowiska służbowego osoby upoważnionej do wydania decyzji. Brak któregokolwiek z tych elementów powoduje, że wydana decyzja jest z mocy prawa nieważna, a jak nieważna to i niewiążąca – wystarczy wskazać to w odwołaniu od decyzji, w której brak jest podpisu lub jest on źle zrobiony. Urzędnik nie robi łaski, że się prawidłowo podpisze na jakimkolwiek dokumencie przez siebie wydawanym, on ma obowiązek to zrobić i to bez przypominania drugiej strony. Praktyka jest jednak taka, że w urzędzie zasiadają cyborgi w większości przypadków i prawie wszyscy o prawie wiedzą tyle, co ja np. o całej fizyce kwantowej, czyli nic. Jak się urzędnik będzie buntował, to warto przytoczyć mu powyższą regulację prawną, niech sobie sprawdzi. Odnośnie kwestii pieczątki, to żadna pieczątka nie ma mocy prawnej. Nigdzie w przepisach nie znajdziecie regulacji, która nadawałaby jakąkolwiek moc prawną pieczątki – nawet ta na wyroku sądowym jest tyle warta, co nic. Najważniejszy w przepisach jest prawidłowo postawiony podpis, a nie pieczątka. Nie wiedzieć czemu ludzie mają stracha przed pieczątkami albo przed ich brakiem. Weźmy przykład w mojej rodzinie nawet – niektóre osoby muszą mieć pieczątkę z banku czy poczty, żeby uwierzyć że opłacili jakiś tam rachunek – a co to daje? Nic, bo pieczątki to taka dekoracja, której się wszyscy boją nie wiedzieć czemu. A to, że na pieczątce jest imię i nazwisko urzędnika czy sędziego, a na niej bazgroł, to też nic nie znaczy – nie ma to mocy prawnej. Bo podpis musi być własnoręczny, a nie z komputera czy pieczątki.

Ciekawa kwestia pojawia się także z dowodami osobistymi. Dajmy na to, że zatrzymują nas policjanci, tak dla rutynowej kontroli 😉 i proszą o dowód osobisty, albo że jesteśmy w urzędzie i też nas o ten dowód proszą. Zgodnie z obowiązującymi regulacjami, dowód należy wtedy okazać, a nie wręczyć policjantowi czy urzędnikowi grzecznie do rączki. A co znaczy okazać? Trzymać w swojej ręce i pomachać typkowi przed oczami, niech się sam męczy i spisuje co mu tam potrzeba. Jak się będzie burzył, że nie dostał dowodu do ręki, to powiedzcie mu, że w przepisach jest wprost sformułowanie „obowiązek okazania dowodu”, a nie „obowiązek wręczenia, czy podania komuś do ręki dowodu”. Dowód jest Twoją prywatną własnością, a nie czymś co można sobie przekazywać z rąk do rąk. Policjant i urzędnik na stówę nie będzie wiedział o co chodzi i będzie się rzucał, że odmawiasz wykonania obowiązku okazania dowodu i będzie Ci groził grzywną czy inną karą. Co wtedy zrobić? Najlepiej nagrać wszystko na komórkę lub mieć świadka takiego zdarzenia. Poprzysyłają Wam wtedy jakieś pewnie kary czy wezwania do sądu, ale sprawa jest do wygrania (no chyba, że pobiliście funkcjonariusza na służbie, to wtedy gorzej) – wystarczy powołać się na przytoczoną przeze mnie argumentację i wskazanie, że okazanie dokumentu, to nie jest jego wręczenie – zgodnie z zasadami logiki oraz znaczenia gramatyki j. polskiego. Oczywiście możemy wręczyć swój dowód i nie wdawać się w dyskusję z młotami policyjnymi i urzędniczymi, bo w rzeczywistości okazanie dowodu, a nie wręczenie im go do rączki, będzie dla nas bardziej uciążliwe, niż gdy ten dowód zwyczajnie im damy na chwilę.

Odpowiedzi na inne pytania z cz.2 i 3

@Walirlan

Odnosząc się jeszcze do kwestii małżeństwa, psychopaci urzędniczy mogą zabierać rodzicom ich dzieci, jeśli zostanie zagrożone dobro dziecka, a i wtedy tylko, gdy mają ku temu wyrok sądowy. Kwestia dobra dziecka jest jednak bardzo ogólna i ocenna, stąd mamy takie przypadki, że zabiera się dzieci z dobrej, ale biednej rodziny, a tam gdzie się leją ale są bogaci, dzieciaki płaczą w poduszkę. Problem leży w złej konstrukcji przepisów prawa rodzinnego i zmierzania ku modelowi szwedzkiemu, tj. tam za zwykłego klapsa czy nakrzyczenie na dziecko, mogą już je zabrać. Oczywiście, aby urzędnik zabrał dziecko musi o tym wiedzieć, a więc musi istnieć ktoś kto go o tym poinformuje np. uczynna sąsiadka. Oczywiście, jak dzieci są bite, poniżane, czy wykorzystywane w jakikolwiek sposób, to jestem za tym aby im pomagać i odbierać je od takich „rodziców” – no ale każda sytuacja jest inna, a urzędnicy zasłaniają się sztywnymi przepisami i procedurami – nie ma w nich empatii i prawdziwej chęci pomocy. Ja jestem zdania, że jak ktoś chce pomóc to znajdzie zawsze sposób, a jak nie chce, to znajdzie zawsze wymówkę. To czy dzieci są zrodzone z formalnego czy nieformalnego związku, nie ma żadnego znaczenia. Tu znaczenia ma bowiem kwestia władzy rodzicielskiej, a ta jest w gruncie rzeczy niezależna od tego, czy rodzice mają ze sobą ślub cywilny czy też nie.

Wracając do spadku w małżeństwie, to państwo może położyć łapę tylko wtedy, gdy żyjący małżonek odrzuci cały spadek i nie ma już kto dziedziczyć po zmarłym (np. wtedy, gdy w spadku jest więcej długów, niż majątku – tzw. aktywów). Będzie też tak, gdy małżonek który pozostaje przy życiu zostanie wydziedziczony lub uznany za niegodnego dziedziczenia (np. wtedy, gdy zabił swojego małżonka, po to by zyskać spadek) – wtedy państwo położy łapę na majątku, ale też tylko wtedy gdy nie będzie już żadnej rodziny zmarłego lub wszyscy z takiej rodziny zrzekną się spadku. Generalnie więc spadek trafia do gminy ostatniego miejsca zamieszkania zmarłego, gdy nie ma żadnego spadkobiercy lub nikt nim nie chce być. Jak nie wiemy gdzie zmarły mieszkał ostatnio, to wtedy spadek idzie do Skarbu Państwa. Oczywiście zawsze można spadek przepisać w testamencie na rzecz gminy czy Skarbu Państwa.

Jeśli chodzi o rentę po zmarłym małżonku, to już tę kwestię wyjaśniłem. W konkubinacie takie coś niestety nie przejdzie, trzeba mieć status małżonka. Tu więc związek cywilny się opłaca, szczególnie jeśli jeden małżonek pracuje, drugi nie pracuje, a potem ten pracujący umrze.

@Katka

Pytałaś się czy człowieka można odciąć od wody tak leganie? Nie można, bo mamy ustawę która zakazuje tego typu działań – nie wolno też np. eksmitować na bruk bez zapewnienia lokalu socjalnego przez gminę (jeśli ktoś taki lokal odrzuci, bo mu się nie podoba, to już będzie jego problem i można go wywalać na bruk).

Jeśli chodzi o szczepionki, to moim zdaniem ich nakazywanie komukolwiek to zwykłe barbarzyństwo i łamanie praw człowieka. Na blogu opisano już dokładnie jak z tym walczyć, więc powtarzać się nie będę. W razie czego można napomknąć lekarza czy natrętną pielęgniarkę, że przymus w Polsce i Europie nie obowiązuje w tym zakresie, więc jak chcą wylądować w Trybunale Praw Człowieka, to proszę bardzo – niech mają świadomość, że zabulą niezłą sumkę. Niestety na tego typu ludzi działa chyba tylko i wyłącznie strach, nie licząc pieniędzy.

@Piotras i @Astromaria

Odnośnie komornika, który nie ma umowy będącej podstawą do egzekucji. W naszym prawie jest tak, że tytułem egzekucyjnym (czyli podstawą do wszczęcia egzekucji przez komornika) może być tylko konkretny dokument wskazany w Kodeksie postępowania cywilnego. Jest takich dokumentów 11:

  1. orzeczenie sądu prawomocne lub podlegające natychmiastowemu wykonaniu, jak również ugoda zawarta przed sądem,
  2. orzeczenie referendarza sądowego prawomocne lub podlegające natychmiastowemu wykonaniu,
  3. wyrok sądu polubownego lub ugoda zawarta przed takim sądem,
  4. ugoda przed mediatorem,
  5. inne orzeczenia, ugody i akty, które z mocy ustawy podlegają wykonaniu w drodze egzekucji sądowej,
  6. akt notarialny, w którym dłużnik poddał się egzekucji i który obejmuje obowiązek zapłaty sumy pieniężnej lub uiszczenia rzeczy oznaczonych co do gatunku, ilościowo w akcie oznaczonych, albo też obowiązek wydania rzeczy indywidualnie oznaczonej, lokalu, nieruchomości lub statku wpisanego do rejestru gdy termin zapłaty, uiszczenia lub wydania jest w akcie wskazany (oświadczenie dłużnika może być złożone także w odrębnym akcie notarialnym),
  7. akt notarialny, w którym dłużnik poddał się egzekucji i który obejmuje obowiązek zapłaty sumy pieniężnej do wysokości w akcie wprost określonej albo oznaczonej za pomocą klauzuli waloryzacyjnej, gdy akt określa warunki, które upoważniają wierzyciela do prowadzenia przeciwko dłużnikowi egzekucji na podstawie tego aktu o całość lub część roszczenia, jak również termin, do którego wierzyciel może wystąpić o nadanie temu aktowi klauzuli wykonalności (oświadczenie dłużnika może być złożone także w odrębnym akcie notarialnym),
  8. akt notarialny, w którym właściciel nieruchomości albo wierzyciel wierzytelności obciążonych hipoteką, niebędący dłużnikiem osobistym, poddał się egzekucji z obciążonej nieruchomości albo wierzytelności, w celu zaspokojenia wierzyciela hipotecznego, jeżeli wysokość wierzytelności podlegającej zaspokojeniu jest w akcie określona wprost albo oznaczona za pomocą klauzuli waloryzacyjnej, i gdy akt określa warunki, które upoważniają wierzyciela do prowadzenia egzekucji o część lub całość roszczenia, jak również wskazany jest termin, do którego wierzyciel może wystąpić o nadanie temu aktowi klauzuli wykonalności,
  9. akt notarialny, w którym niebędący dłużnikiem osobistym właściciel ruchomości lub prawa obciążonych zastawem rejestrowym albo zastawem, poddaje się egzekucji z obciążonych składników w celu zaspokojenia zastawnika, jeżeli wysokość wierzytelności podlegającej zaspokojeniu jest w akcie określona wprost albo oznaczona za pomocą klauzuli waloryzacyjnej, i gdy akt określa warunki, które upoważniają wierzyciela do prowadzenia egzekucji o część lub całość roszczenia, jak również wskazany jest termin, do którego wierzyciel może wystąpić o nadanie temu aktowi klauzuli wykonalności.
  10. wyciąg z zatwierdzonej przez sędziego-komisarza listy wierzytelności, zawierający oznaczenie wierzytelności oraz sumy otrzymanej na jej poczet przez wierzyciela jest tytułem egzekucyjnym przeciwko upadłemu, po zakończeniu lub umorzeniu postępowania upadłościowego.
  11. Prawo bankowe reguluje zaś wystawianie bankowych tytułów egzekucyjnych.

Nic, co nie jest wymienione powyżej, nie jest podstawą do egzekucji. Umowa jest zazwyczaj podstawą do wydania wyroku z nakazem zapłaty, a następnie do opatrzenia go klauzulą wykonalności. Sama umowa zostaje w aktach sądowych, stąd komornik fizycznie jej nie ma przy czynnościach egzekucyjnych. Jest prawo do obrony przed takimi nakazami, ale tylko gdy dłużnik zechce się bronić – otrzymuje on bowiem nakaz zapłaty i ma 14 dni na wniesienie sprzeciwu bądź zarzutów do nakazu. Jak tego nie zrobi, to nakaz się uprawomocnia i machina egzekucyjna rusza, jak zrobi i odwołanie jest uzasadnione, to nakaz upada i nie ma żadnej egzekucji. Czyli prawo dłużnika do obrony jest, ale tylko jak dostanie nakaz zapłaty do domu – jest on oczywiście nieprawomocny, przynajmniej przez te 14 dni – czyli do końca terminu na wniesienie odwołania od nakazu.

Jeśli komornik robi coś nielegalnie, to radzę od razu to udokumentować (np. nagrać telefonem), a potem złożyć skargę na czynności komornika (masz na to 7 dni od momentu tej czynności) bezpośrednio do sądu, przy którym ten komornik działa. Skarga jest darmowa i opisujemy ją własnymi słowami np. to, że nie jesteśmy dłużnikiem, a komornik nam coś zajął, albo że działa bezprawnie. Kłopot w tym, że nawet jak skarga chwyci, to może minąć trochę czasu zanim nam oddadzą nasze nieprawnie zabrane rzeczy. Ale wtedy możemy ubiegać się o odszkodowanie od Skarbu Państwa (bo np. zabrali nam samochód na pół roku, a jesteśmy taksówkarzami). Oczywiście trzeba też obsmarować w osobnej skardze komornika – skarga idzie do izby komorniczej i wszczynają mu dyscyplinarkę.

@rjarek

Odnośnie tekstu Dydymusa, to jest on bardzo zbliżony do tekstów nieustraszonej na tym blogu. Pojawia się tam kwestia prawa morskiego, gdzie u nas prawo to jest rozumiane wyłącznie jako prawo regulujące stosunki morskie np. między statkami, armatorami i ogólnie rzecz biorąc wodami terytorialnymi RP. Koncepcja Dydymusa może jest i dobra, ale ja będę twierdził tak jak Piotras – co nam to daje w praktyce? Pójdę do urzędu i powiem, że nie zaginąłem na morzu albo powiem to komornikowi pukającemu do drzwi? U nas nie ma nawet takich regulacji prawnych i spojrzą na nas jak na obłąkanych. Ja bym był ostrożny w porównywaniu systemów prawnych i słów w nich zawartych, nasz język jest językiem słowiańskim, a nie anglosaskim (wywodzącym się z dialektów barbarzyńskich) – stać dosłowne tłumaczenie na polski wyrazów angielskich, za wiele nam nie da w naszym kraju. Też jestem za prawem naturalnym związanym z zakazem krzywdzenia innych, ale ono nie zadziała w tej rzeczywistości, jeszcze nie teraz. Dobrze napisał Piotras – daj ludziom takie dwie zasady, a pozarzynają się w ciągu kilku tygodni, jeśli nie dni. Gdyby była większa świadomość, to by to zadziałało, a tak można zrobić sobie ogromną krzywdę. Generalnie cały tekst Dydymusa rozumiem i nawet go podzielam w pewien sposób, ale odczuwam go jako typowo filozoficzny. Możemy bowiem wykluczyć się ze społeczeństwa, zniknąć – ale jak się utrzymamy i zarobimy na jedzenie? Bo kraść chyba nie będziemy. Ale o tym już dyskutowaliśmy w poprzednich komentarzach.

Uff, to chyba byłoby na tyle w tej części. W nowym roku wymyślę coś do kolejnej. Gdybym nie odpowiedział na jakieś zadane wcześniej pytania, to przypomnijcie mi o tym w komentarzach. Dużo tego jest, a samo pisanie tych tekstów też sporo czasu zajmuje, więc przepraszam. Co złego, to nie ja 🙂

Lavo

Komentarz polskiego prawnika do Przekrętu wszechczasów – cz. 3

Tytułem wstępu – część 3 będzie dotyczyła wyłącznie małżeństwa i konkubinatu. W części 4 postaram się odpowiedzieć na Wasze pytania z komentarzy pojawiających się przy cz. 2 (m.in. kwestia podatku katastralnego nieruchomości).

Małżeństwo

W tej części odniosę się tylko do aspektu małżeństwa cywilnego zawieranego przed urzędnikiem stanu cywilnego, księdzem katolickim w ramach umowy konkordatowej (wtedy gdy ślub jest nie tylko kościelny, ale także i cywilny), ewentualnie za granicą – przed polskim konsulem.

Spadki

Zacznijmy od plusów tej instytucji. Niewątpliwe na pierwsze miejsce wysuwa się kwestia dziedziczenia. W przypadku śmierci jednego z partnerów w nieformalnym związku, dziedziczenie jest trochę utrudnione, ale tylko wtedy gdy zmarły nie pozostawi po sobie testamentu. Jeśli w takiej sytuacji nie ma żadnego testamentu lub pozostawiony testament okaże się nieważny (bo np. nie ma na nim podpisu zmarłego lub został zwyczajnie sfałszowany), to z automatu wchodzi dziedziczenie ustawowe (czyli zasady dziedziczenia wskazane w Kodeksie cywilnym). Póki co niezalegalizowane związki nie są ujęte w takich przepisach. Jeśli zatem dojdzie do śmierci jednego z partnerów, drugi nie odziedziczy nic (chyba, że za życia byli współwłaścicielami np. domu czy samochodu, wtedy odpowiednia część tej rzeczy dalej będzie należała do żyjącego partnera, druga zaś pójdzie do odpowiednich spadkobierców zmarłego – np. dzieci). W przypadku małżeństwa nie ma takich problemów. Po śmierci męża czy żony, jeśli nie pozostawiono testamentu, spadek w pierwszej kolejności trafia w ręce żyjącego małżonka i dzieci zmarłego – uwaga, małżonek zawsze dziedziczy minimum ¼ majątku zmarłego. Np. Jeśli jest małżonek i jeden syn, to spadek podzielimy odpowiednio na pół, jeśli jednak jest małżonek i 5 dzieci, to spadek dzielimy wg zasady, że dla żyjącego małżonka zawsze ¼ majątku zmarłego, zaś dla 4 dzieci przypadnie ¾ tego majątku (dzieci muszą się podzielić właśnie z tych ¾). Oczywiście małżeństwo nie zawsze gwarantuje żonie czy mężowi spadek – można ich bowiem wydziedziczyć albo cały spadek przepisać w testamencie np. sąsiadce. Ważne jest jednak to, że jak przepiszemy cały spadek innej osobie niż żona czy mąż, to wtedy mają oni pełne prawo żądać tzw. zachowku, czyli części tego co by im przypadało, gdyby dziedziczyli. W przypadku nieformalnego związku o zachowku nigdy nie ma mowy.

Podatki

Jeśli już przyjmiemy, że trzeba płacić podatki, choćby w tej podstawowej części od uzyskanego dochodu, to system daje nam „niby-ulgę”, że w małżeństwie można się rozliczać wspólnie – na jednym formularzu PIT. Wtedy wychodzi to korzystniej, niż gdybyśmy rozliczali się samodzielnie (szczególnie, gdy jeden z małżonków jest bezrobotny lub ma niższe dochody od drugiego partnera). Wiem, że podatki to delikatna sprawa, ale napisałem jak to wygląda z oficjalnej strony.

Majątek

Zawarcie małżeństwa powoduje zawsze z automatu powstanie ustawowej wspólności majątkowej pomiędzy małżonkami. Innymi słowy, co do zasady każdy dochód małżonka wchodzi do wspólnego majątku. Nie będzie tak jednak w przypadku majątku odziedziczonego przez jednego z małżonków, nagrody z jego pracy czy dochody z praw autorskich. Oczywiście i to możemy obejść zawierając majątkową umowę małżeńską, popularnie określaną jako intercyza. Intercyza może być podpisana zarówno przed ślubem, jak i po ślubie (nie ma tu ograniczenia czasowego). Kłopot w tym, że nasze prawo wymaga do ważności takiej umowy zachowania formy aktu notarialnego – bez notariusza się więc nie obejdzie. Intercyzę można ukształtować dowolnie np. że każdy z małżonków ma swój majątek, że mają niewielki majątek wspólny (np. tylko dochody z pracy). W każdej chwili umowa taka może być zmieniona czy zerwana, ale też tylko przed notariuszem.

Jeśli zostajemy we wspólności majątkowej małżeńskiej, to uwaga na długi drugiego małżonka. Jeśli zaciągnie on jakikolwiek dług, to komornik może ściągnąć go nie tylko z majątku osobistego dłużnika, ale także z majątku wspólnego małżonków (czyli np. z wynagrodzenia za pracę małżonka, który długu nie zaciągnął). Wiele osób wiedząc, że zbliża się komornik decyduje się na intercyzę (np. przerzucając cały majątek wspólny na małżonka, który nie jest dłużnikiem), ale nie zawsze jest ona skuteczna w takich przypadkach. Dlaczego? Ano dlatego, że jeśli taka intercyza powstanie w ciągu 3 lat od chwili, gdy dług już istniał, to jest ona bezskuteczna wobec wierzyciela. Przykładowo dług powstał w 2014 r., wiemy że komornik zapuka do nas w 2015 r. i nijak się nie wybronimy, zawieramy w 2015 r. intercyzę, na mocy której cały majątek wspólny (także i ten od małżonka – dłużnika) przejdzie w ręce małżonka – nie będącego dłużnikiem. Taka umowa jest ważna, ale bezskuteczna względem wierzyciela. Żeby intercyza była ważna w powyższym przypadku i skuteczna wobec wierzyciela (tj. żeby wierzyciel nie chapnął nam majątku wspólnego), musiałaby być zawarta najwcześniej w 2018 r. (bo przez 3 lata od powstania długu, takich umów się nie zawiera w celu ochrony, bo zwyczajnie nie zadziałają).

Jeśli chodzi o kredyty czy pożyczki, to daleki jestem od namawiania na nie kogokolwiek, bo to jest zwyczajne okradanie ludzi poprzez system wygórowanych odsetek. No ale oficjalna wersja głosi, że banki i inne tego typu instytucje chętniej udzielają kredytów małżonkom, niż osobom samotnym czy żyjącym w niezalegalizowanym związku. Dlaczego? Właśnie z powodu tej wspólności majątkowej, bo jak jeden nie spłaci czy umrze przed spłaceniem długu, to możemy się doczepić do drugiego małżonka. Warto podkreślić, że jeśli jeden z małżonków zaciągnie kredyt na dosyć dużą sumę, bez wiedzy drugiego z małżonków, to możemy skutecznie żądać unieważnienia takiej umowy – najczęściej jednak sprawa musi trafić wtedy do sądu, ale tego rodzaju sprawy są z reguły rozstrzygane korzystnie dla małżonka, który o kredycie nic nie wiedział. Wtedy całą umowa jest zrywana i nic zrobić Wam bank nie może, choćby nie wiem jak kombinował.

Jeśli zaś chodzi o renty czy emerytury po zmarłym. Tutaj także małżeństwo może być przydatne. Obowiązujące przepisy przewidują kilka sytuacji, w których wdowa czy wdowiec mogą uzyskać prawo do renty rodzinnej po zmarłym mężu lub żonie. Po pierwsze, świadczenie to przysługuje jej wówczas, gdy w chwili śmierci współmałżonka osiągnie się wiek 50 lat albo jest się wtedy niezdolnym do pracy. Jeśli w chwili śmierci nie mamy ukończonych 50 lat i nie jesteśmy wtedy niezdolni do pracy możemy jednak otrzymać rentę po zmarłym małżonku, jeśli przynajmniej jeden z powyższych warunków spełni się w ciągu 5 lat od śmierci małżonka lub od zaprzestania wychowywania dzieci, wnuków lub rodzeństwa uprawnionych do renty rodzinnej. Konkubinat nie daje nam niestety prawa do renty po zmarłym partnerze.

W ramach małżeństwa zdecydowanie prościej jest korzystać z majątku wspólnego np. wspólnego samochodu. Ale i ten kłopot można rozwiązać jeśli pozostajemy w związku nieformalnym, wystarczy zawrzeć odpowiednią umowę co do korzystania z rzeczy. Umowa nie musi być przy tym zawierana przed notariuszem. W przypadku związków partnerskich, warto pomyśleć o kupowaniu rzeczy wspólnie, tak aby właścicielami lodówki, samochodu, pralki itd. były zawsze dwie osoby, a nie jedna. W przypadku rozstania łatwiej będzie udowodnić, że majątek należy się każdemu z partnerów w odpowiedniej części.

Kwestie pozwoleń

Małżonkowie i najbliższa rodzina ma prawo wstępu na oddziały szpitalne intensywnej opieki zdrowotnej i prawo informacji o stanie zdrowia żony czy męża. Niestety w przypadku nieformalnego związku, ta zasada nie ma zastosowania (chyba, że przekonacie lekarza aby powiedział Wam o stanie zdrowia partnera). W praktyce lekarze nie żądają dowodów osobistych czy aktów małżeństwa w szpitalach, więc wystarczy że nawet jak jesteście w nieformalnym związku, powiedzieć że jest się żoną/ mężem pacjenta.

Minusy małżeństwa i związku partnerskiego

Minusami związku może być wspomniana już przeze mnie możliwość ściągania długów z majątku wspólnego małżonków, choć jak już napisałem – jeśli dług jest spory i zaciągnięty bez wiedzy drugiego małżonka, to możemy występować o jego anulowanie (uznanie umowy, która doprowadziła do powstania długu, za nieważną). Minusem może być także kwestia rozwodu. Pomijając cały cyrk związany z publicznym praniem brudów i kosztami sądowymi (rozwód ma miejsce tylko, gdy wydany jest prawomocny wyrok sądowy), nie zawsze ten który zawinił rozkładu małżeństwa (bo np. zdradzał) będzie przez sąd uznany za winnego. Dlaczego? Dlatego, że im bogatszy i sprytniejszy małżonek (zazwyczaj ten winny rozwodu), tym większa szansa że będzie kręcił na różne strony, aby wygrać proces. Zawodowi prawnicy reprezentujący rozwodników w sądzie wprost podpowiadają, aby wynajmować świadków, którzy będą zeznawać na niekorzyść drugiego (niewinnego) małżonka – często jest tak, że kupuje się po kilku browarach dla lokalnych pijaczków, aby zeznawali że sypiali z niewinna żoną – wskazując im szczegóły anatomiczne kobiety, które można poznać np. tylko podczas zbliżenia seksualnego. Co gorsze, duża część sędziów daje wiarę takim fałszywym zeznaniom (bo np. niewierny mąż wynajmie 4 czy 5 takich świadków, a uczciwa żona nie umie się obronić). A dlaczego tak ważna jest wina w rozwodzie? Dlatego, że jak mamy jednego winnego, a drugiego niewinnego rozwodu, to ten niewinny może strać się od winnego alimentów (wystarczy, że tylko trochę pogorszy mu się sytuacja materialna z powodu rozwodu i alimenty już ma – można więc być ultra bogatym, po rozwodzie parę tysięcy odpadnie i już możemy żądać alimentów od winnego byłego małżonka).

Kłopot będzie także z dziećmi, o ile oczywiście takie są (dotyczy to tylko małoletnich dzieci, bo te dorosłe nie pozostają już pod władzą rodzicielską). Sąd w każdym wyroku rozwiązującym małżeństwo musi orzec o tym komu dzieci powierza i na jakich zasadach – drugi małżonek może, ale nie musi być ograniczony w prawach rodzicielskich, można go nawet tych praw pozbawić. Z reguły sądy „przyznają” dzieci matkom, rzadko kiedy ojcom (taka sytuacja jest nagminna zwłaszcza wtedy, gdy sędzią jest kobieta). Oczywiście od tej reguły istnieją wyjątki, ale są one naprawdę rzadkie.

W przypadku związków partnerskich o rozwodzie nie ma w ogóle mowy, nie ma też kwestii decydowania o dzieciach pochodzących z takiego związku. Plusem będzie tu z pewnością łatwość rozstania – żadnych formalności. Jeśli partnerzy się pokłócą i zechcą się rozstać, to małoletnie dzieci mogą być „przydzielone” (bardzo złe słowo) jednemu z partnerów tylko wtedy, gdy doprowadzimy do ograniczenia lub pozbawienia władzy rodzicielskiej drugiego z rodziców (to może jednak stać się tylko i wyłącznie na skutek prawomocnego orzeczenia sądowego). Co więcej, dziecko zrodzone z takiego związku nie korzysta z domniemania ojcostwa, a to znaczy że prawdziwy ojciec dziecka chcąc, aby formalnie było ono jego dzieckiem, musi uznać je przed urzędnikiem stanu cywilnego lub sądem.

Minusem związku partnerskiego będzie także to, że rodzic nie dostaje ulg z tytułu samotnego wychowywania dziecka, rozlicza się samodzielnie podatkowo.

Kolejnym minusem jest sposób dzielenia wspólnego majątku. W przypadku małżonków zazwyczaj są to długoletnie spory sądowe, gdzie właśnie to sąd dokonuje ostatecznego podziału majątku małżonków. Im większy spór i większy majątek, tym większa jazda w sądzie, a to z kolei przekłada się na czas sprawy – średni czas to ok. 3 lata przy dobrych wiatrach. W przypadku związku partnerskiego kłopot pojawi się, gdy nie mieliśmy żadnej umowy regulującej stosunki zobowiązaniowe pomiędzy partnerami – wtedy jedyną możliwością też jest sąd, ale jak skutecznie udowodnić, że ten akurat mikser czy pralka jest mój, a nie partnera? W małżeństwie jest to trochę prostsze. Oczywiście, jeśli pomiędzy partnerami istnieje umowa cywilna regulująca ich wzajemne stosunki majątkowe, to kłopot jest mniejszy – stosujemy się zwyczajnie do postanowień tej właśnie umowy.

Akt małżeństwa

Każdorazowe zawarcie cywilnego związku małżeńskiego powoduje powstanie aktu małżeństwa (jest to taki sam akt stanu cywilnego, jak akt urodzenia czy akt zgonu). Jeśli rozwiążemy małżeństwo poprzez rozwód, to akt małżeństwa nie ulega zniszczeniu czy anulowaniu, robi się na nim wzmiankę, że związek po prostu został prawomocnie zakończony. Możliwe jest jednak unieważnienie każdego aktu stanu cywilnego, odbywa się to głównie przy pomocy sądu rejonowego miejsca zamieszkania lub pobytu stałego wnioskodawcy. Kiedy można unieważnić akt stanu cywilnego? Wtedy, gdy stwierdza on zdarzenie niezgodne z prawdą, a więc gdy:

  • sporządzono akt urodzenia dziecka, które się nie urodziło,
  • sporządzono akt małżeństwa, które nie zostało zawarte,
  • sporządzono akt zgonu osoby, która żyje,
  • w trakcie sporządzenia aktu miały miejsce uchybienia, które zmniejszają jego moc dowodową: akt sporządziła osoba nieuprawniona, sporządzono akt dla zdarzenia, które nie może być przedmiotem rejestracji, wpisano do polskiej księgi dokument zagraniczny, który nie jest aktem.

Dodam, że cała procedura unieważnienia aktu jest bezpłatna.

Komentarz polskiego prawnika do Przekrętu wszechczasów – cz. 2

Tytułem wstępu, jedna z komentujących tu osób dobrze zauważyła, że zarówno moje wpisy jak i Piotrasa przedstawiane są z dwóch różnych punktów widzenia (i nie chodzi tu tylko o dwa różne systemy prawne – angielski i polski). Piotras spogląda na prawo bardziej od zewnątrz, ja zaś od wewnątrz. To co zrobicie z naszymi wpisami, zależy tylko i wyłącznie od Was, tak jak ze wszystkim. Może znajdzie się jakaś trzecia osoba, która połączy myślenie moje i Piotrasa, i wyjdzie z tego coś naprawdę fajnego i co ważniejsze skutecznego. Mam świadomość, że w pewnym sensie występuje jako przedstawiciel tego szurniętego systemu prawnego, jednak wydaje mi się, że umiem myśleć i widzieć to, czego spora rzesza prawników dostrzec nie chce. Za komentarze już teraz dziękuję i proszę o dalsze. Pochwały i krytyka, jak najbardziej wskazane – nie mylić z osobistym obrażaniem kogokolwiek na tym blogu J

@ Astromaria – jeśli chodzi o bezpaństwowców, to z racji tego że brak obywatelstwa pozbawia Cię praw i obowiązków, to jako apatryda nie musisz płacić żadnych podatków, żadnych składek, wykonywać jakichkolwiek i czyichkolwiek poleceń. Drugą stroną medalu jest jednak to, że nie masz prawa do podjęcia tzw. legalnej pracy (tj. na podstawie umowy o pracę), nie masz prawa do opieki zdrowotnej (choć tu może to i dobrze, bo widząc to co się dzieje w konwencjonalnej medycynie, zakrawa o pomstę do nieba). Kłopot w tym, że prezydent i jego świta nie bardzo chcą zezwalać na zrzeczenie się obywatelstwa polskiego, a nawet jeśli to pod warunkiem wskazania, że przysługuje Ci obywatelstwo innego państwa (tak, abyś apatrydą jednak nie został drogi obywatelu). Jest to niegodne z konwencją haską, która pozwala na zrzekanie się obywatelstwa, bez konieczności spełniania jakichkolwiek warunków. Na necie jest historia pewnego człowieka, który słusznie zauważył to, że nasze krajowe wymogi w tym zakresie są niegodne z prawem międzynarodowym (które ponoć nasz kraj przestrzega) – skierował więc sprawę do Rzecznika Praw Obywatelskich z zamiarem wykazania niekonstytucyjności naszych polskich zapisów. Sprawa jednak ugrzęzła, bo RPO jak i jego urzędnicy odpisują człowiekowi, że się myli podpierając się nijak mającymi się w sprawie przepisami. Jedyne rozwiązanie to skierować sprawę do Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu.

Kwestia płacenia podatków wynika wprost z naszej Konstytucji – art. 84 „Każdy jest obowiązany do ponoszenia ciężarów i świadczeń publicznych, w tym podatków, określonych w ustawie”. Dla mnie osobiście płacenie podatków jest bzdurą zupełną, no ale piszę Wam tylko jak to jest zapisane w naszych „cudownych” przepisach. Jeśli więc uznamy, że Konstytucja jest legalna, to wychodzi, że podatki też – zobaczcie jak sobie spryciarze zapewnili ową legalność. Jeśli jednak Konstytucja jest nielegalna, to i podatki będą nielegalne – jak jednak wykazać tę nielegalność? Jeśli ktoś ma pomysł, to napiszcie – sam nie wiem.

@jarek – jak wyżej, nie wiem w jaki sposób wykazać nielegalność Konstytucji. Ja w ogóle jestem zdania, że jakiekolwiek prawo by nie napisać, to ono i tak nie wiąże, bo niby dlaczego? Bo ktoś tak postanowił? Problem w tym, że będąc Polakiem z dowodem osobistym i w tych wszystkich rejestrach, moje zdanie jakoś mało się liczy. Jeśli będę podskakiwał i łamał „obowiązujące” przepisy, to ostatecznie może przyjść sobie „władza” i zrobić ze mną porządek :/ Jeśli jednak odpowiednio duża liczba osób nie będzie tego przestrzegać, zrobi rewoltę, wybierze uczciwy rząd, to jest szansa coś z tym zrobić. Zgadzam się ze słowami Marii – sami zbawić całego świata nie możemy, możemy za to zbawić tylko i wyłącznie siebie. Nie wiem niestety w jaki sposób udowodnić niekonstytucyjność samej Konstytucji – dla mnie ona jest cała nielegalna i już, ale uśpionym masom tego nie wytłumaczysz za żadne skarby – problem jest zatem w braku świadomości. Ja też jestem generalnie zdania, że nie trzeba zrzekać się obywatelstwa, a wystarczy sobie tylko i aż żyć. Problem jest jednak taki, że nie każdy ma rodzinę, znajomych, czy odpowiednią ilość pieniędzy, żeby takie życie sobie wieść (bez kredytów, pożyczek czy kontaktów z urzędnikami).

Jeśli chodzi zaś o akt urodzenia, to nic mi nie wiadomo, aby był on spieniężany (ale nie znaczy, to że tak nie jest). Akt urodzenia jest tworzony poprzez zgłoszenie faktu urodzenia dziecka przez matkę lub ojca, ustawy nakładają obowiązek takiego zgłoszenia. Zastanówmy się jednak, gdyby takiego zgłoszenia nie było, a kobieta rodzi dziecko np. w domu, nie miała żadnych badań u ginekologa itd. Jednym słowem – formalnie nikt nie wie o narodzinach nowego człowieka. Taki ktoś oficjalnie nie istnieje, z jednej strony nawet fajnie, o ile ma się trochę kasy, na to żeby można sobie takie życie prowadzić. Tym sposobem omijamy wszystkie te szczepienia, obowiązek szkolny, podatki i całą tę zbieraninę przepisów. Z drugiej strony, jak np. wyjedziesz do innego kraju np. samolotem? O to w tym wszystkim chodzi. Dzisiejszy świat jest tak połączony, zglobalizowany, że naprawdę w niewielu miejscach można żyć anonimowo, a i wtedy trzeba mieć pomysł na to, jak zdobyć podstawowe środki do życia. Akt urodzenia można jak najbardziej unieważnić, jeśli stwierdza się zdarzenie niegodne ze stanem faktycznym – np. konkretny Jan Kowalski w ogóle się nie urodził lub urodził się kiedy indziej czy gdzie indziej, niż wskazuje to sam akt. Co się zaś tyczy dziedzictwa ziemi, to w jaki praktyczny sposób chciałbyś to zrobić? W żadnym urzędzie nikt Ci nie pomoże, śmiem nawet twierdzić, że żaden poseł, senator, minister, prezydent czy kto tam jeszcze we „władzy” nie będzie wiedział nawet o co chodzi. W Konstytucji jest zapis, że RP jest dobrem wspólnym wszystkich obywateli – ja to rozumiem tak, że cały nasz kraj jest dla Polaków dobrem wspólnym, każdy Polak ma prawo z niego korzystać (np. w nim mieszkając). Niestety, jak przełożyć to na odebranie jakiegoś kawałka ziemi, nie wiem :(, bo praktycznie za próby mogą wysłać Cię do wariatkowa.

Zgadzam się z tym, że oświadczenie woli, to oświadczenie woli. Dlaczego zatem raz się wymaga formy aktu notarialnego, raz wystarczy spisać coś na kartce papieru, a raz wyrazić swoją wole ustnie? Bo tak ktoś postanowił odgórnie, kto zrobił odpowiednie ku temu ustawy (nie twierdzę, że to jest dobrze zrobione). Wg mnie ma to na celu skomplikowanie całego tego życia prawnego, sztuczne tworzenie urzędów i urzędników, a przede wszystkim zwyczajne ciągnięcie kasy (np. na notariusza). Oficjalnie mówi się, że o formie czynności decyduje jej ważność (np. do sprzedaży domu nie wystarczy umowa na kartce papieru, lecz akt notarialny bo chałupa jest droga) – pojawia się jednak pytanie – jakim prawem ktoś sobie zasady takiej ważności ustalił i czemu się na to zgadzamy?

Co do Sejmu Walnego, to nie mogę się wypowiedzieć, bo zwyczajnie dowiedziałem się o nim pierwszy raz od Ciebie. Jak starczy mi czasu to zbadam sprawę. Oficjalnie rządzący pewnie jednak wyśmieją całą sprawę łącznie ze sprzedajnymi mediami, chyba że stanie się cud i naprawdę dużo ludzi się za to zabierze.

Kwestia zrzeczenia się obywatelstwa i dziedziczenia jest taka, że brak obywatelstwa nie pozbawia Cię prawa do spadku. W ustawie polskiej statut spadkowy oceniany jest przez prawo ojczyste spadkodawcy w chwili śmierci, natomiast dziedziczenie bezpaństwowca podlega prawu miejsca jego zamieszkania w chwili śmierci, a w przypadku braku miejsca zamieszkania stosowane jest prawo polskie.

@walirlan – oficjalnie przynależność do całej tej bazarowej UE nie wpływa na system sądownictwa danego kraju członkowskiego. Stąd w każdym kraju UE mamy różne procedury sądowe. To jest podobne trochę do różnic kulturowych, do różnych zwyczajów. Coś jak ze sposobami obchodzenia świąt – zasada jest ogólna, sposób wykonania bardzo różny. Polska ma jednak obowiązek dostosowywania swoich przepisów do przepisów unijnych – nie wszystkich, lecz tych wskazanych przez organy UE. Duża część unijnych przepisów, jeśli nie wszystkie, jest dla mnie tak durna i zawiła, że może szczęście że Polska zazwyczaj zalega z wprowadzaniem tych regulacji na czas. Porównując przepisy z Brukseli z przepisami z Warszawskiego cyrku sejmowego, to nasze wydają się fajną lekturą do poduszki, zaś te unijne to tekst pisany przez robota – psychopatę, bo nijak tego nie zrozumiesz :/ Osobiście wydaje mi się, że wiele zależy od rządzących, a może dokładniej – od nas samych. Pamiętacie ACTA? Chcieli wprowadzić i zrobić zamach na internet, odbyło się kilka dużych protestów i ACTA nie weszło. Wg mnie można tak zrobić ze wszystkim, ale skąd wziąć odpowiednią siłę w ludziach i pokojowo przeprowadzić demonstrację? Ludzie z UE chyba się powoli uczą i wprowadzają durne przepisy po cichu, jakoś naokoło, ukryte między wierszami – tak, żeby było o nich jak najmniej szumu. Wydaje mi się też, że nasz pęd do zachodu niestety doprowadzi do coraz większego przejmowania tamtejszej „kultury” – celowo w cudzysłowie, bo wg mnie to spadek obyczajów, a nie zachodnia kultura. No ale duża część Polaków woli wszystko co zagraniczne, bo jest super trendy :/

@Bogdan56 – podzielam Twoje zdanie odnośnie kompleksowego podejścia do tematu prawa. Trzeba wziąć garść wiedzy Piotrasa, garść wiedzy mojej, zapał Marii i kogoś kto by to sprawnie połączył. Dodałbym jeszcze odpowiednią ilość świadomych osób i mamy przepis na efektywne działanie. Tak jest jednak ze wszystkim, im więcej osób zdobywa świadomość (czy to w medycynie, czy w prawie, czy w kwestii żywienia), tym większa szansa na przebudzenie setnej małpy i ogólnoświatową zmianę. Zobaczymy, może coś z tego wyniknie. Skoro „władza” nam pierze mózgi i zaciemnia, to my mamy takie samo prawo się oświecać i szukać prawdy 🙂

Dla mnie urzędnik publiczny i sługa publiczny, to są zwroty tożsame. Celowo jednak stosujemy nazwę, która ma dodać splendoru. Ostatecznie trzeba jednak pamiętać, że ten cały urzędnik jest dla nas i on ma służyć nam, a nie na odwrót (a często urzędnicy zachowują się jak święte krowy i z łaską załatwiają nasze sprawy). Warto im wtedy przypomnieć z czyich pieniędzy mają wypłatę – oczywiście, że z naszych. Moja rada – jeśli macie kłopot z urzędnikiem, postraszcie go skargą do przełożonego (ale spokojnie i rzeczowo), efekt będzie pozytywny dla Was 🙂

Komornik jest formą prawnika (ale mi się to napisało). Komornik nie jest urzędnikiem państwowym, lecz funkcjonariuszem publicznym (takimi funkcjonariuszami są np. policjanci, żołnierze, posłowie, senatorzy, prezydent RP i cała ta nasza ‘’władza”). Co ciekawe funkcjonariusze korzystają ze szczególnej ochrony prawnej (np. immunitety poselskie), ale równocześnie jak coś przeskrobią, to ich odpowiedzialność karna jest dużo surowsza, niż przeciętnego człowieka (pod warunkiem, że przestępstwo będzie wiązało się z wykonywaniem całej tej władzy publicznej). Osobiście nie wiem jak można zostać komornikiem, trzeba mieć chyba do tego jakąś osobowość, aby bez problemu zajmować mieszkania i inne rzeczy, bez choćby minimalnej skruchy czy zastanowienia. Niektórzy moi znajomi komornicy twierdzą jednak, że skoro jest dług i dłużnik, to istnieje także i wierzyciel, więc oni walczą w imieniu wierzyciela, bo ktoś nie zrealizował wobec niego swojego obowiązku. Większość komorników to jednak ludzie pozbawieni empatii, stąd może taka lekkość w wykonywaniu przez nich swojej pracy. Nawiasem mówiąc – widział ktoś biednego komornika? Ja do tej pory, ani jednego 😉 Używanie formy „komornik sądowy” to faktycznie swojego rodzaju niepotrzebne zamieszanie, bo każdy komornik musi występować przy konkretnym sądzie rejonowym. Działa on nie tyle na wniosek sądu, co wniosek wierzyciela, który ma dokumenty z klauzulą wykonalności przeciwko konkretnemu dłużnikowi (zazwyczaj są to prawomocne wyroki sądowe nakazujące dłużnikowi zapłacić lub coś zrobić. Choć np. akty notarialne też mogą być taką podstawą dla komornika).

Odtworzenie oryginałów dokumentów, które stanowią podstawę egzekucji i działania komornika, jest jak najbardziej możliwe (szczególnie jeśli dotyczy to wyroków sądowych czy aktów notarialnych). Służy do tego specjalna procedura odtworzeniowa, przeprowadzana w sądzie, z reguły na wniosek zainteresowanego (choć sąd może zrobić to także z urzędu). Problem może pojawić się w zasadzie przy starszych dokumentach (np. robimy egzekucję na podstawie wyroku z lat 70’), choć w praktyce to się raczej nie zdarza. Egzekucji bez oryginału czy odtworzonego oryginału dokumentu oczywiście nie przeprowadzisz, ale tak jak pisałem – w dzisiejszych czasach odtwarzanie zniszczonych czy zagubionych dokumentów, które pojawiły się w sądzie czy u notariusza nie jest jakimś wielkim problemem.

@ambikacandika; @ Astromaria – nie ma czegoś takiego w przepisach polskich, jak procedura ogłaszania się człowiekiem. W prawie przyjmuje się, że człowiek to człowiek (każdy widzi, że ktoś jest człowiekiem, a ktoś inny nie, bo jest np. osłem, psem czy wielbłądem) – w zasadzie, jak chcesz to udowodnić i po co? Tu chyba chodzi o to, że wciąga się nas do systemu niejako na przymus, a potem nie pozwala na dobrowolne wyjście z niego. Trzeba więc odnieść się do prawa międzynarodowego, jak ono to widzi. Praktyczny problem jest taki jak ze zrzeczeniem się obywatelstwa – nasze „władze” wiedzą, że można to zrobić bez problemu, a mimo tego nie respektują międzynarodowych praw (choć oficjalnie respektują). To jak cały cyrk z tym trybunałem konstytucyjnym – jeden mówi tak, drugi mówi tak – i każdy twierdzi, że działa w granicach prawa.

@Piotras – faktycznie, jak teraz pomyślę o tych lukach prawnych to masz rację. Im więcej osób będzie z nich korzystać, tym większa szansa że je zwyczajnie załatają. Weźmy chociaż słynny abonament RTV – nielegalny, ludzie znajdują sposób na jego niepłacenie i co chce zrobić nowa władza? Wprowadzić podatek, który dotknie wszystkich i ukróci skuteczną walkę z abonamentem RTV. Co zaś do prawa zwyczajowego, to wg naszej polskiej konstytucji nie ma ono większego znaczenia, bo nie stanowi źródła prawa. W przeciwieństwie do systemów anglosaskich, gdzie zwyczaj jak i wyroki sądowe źródłem prawa są. Co to nam daje w praktyce? Że możesz w Polsce powoływać się na nawet tysiącletnie zwyczaje czy korzystne dla Ciebie wyroki sądowe, a nic Ci to nie da, bo w Polsce to nie jest wiążące. Inaczej w Anglii czy USA – tam się na to powołasz i wygrasz, wystarczy że znajdziesz to co Cię interesuje i będzie pomocne w Twojej sprawie. Wszystko skupia się więc chyba na tym, żeby znaleźć sposób na skuteczne i pokojowe przekonanie tych uśpionych o całym tym cyrku, o wyzysku, o iluzorycznej władzy – póki co tylko indywidualnie można się przebudzić, na szeroką skale jest to chyba niewykonalne, przynajmniej ja nie wiem jak tego dokonać.

Jeśli zaś chodzi o małżeństwo, to tutaj jest o tyle fajnie, że nie ma nakazu zawierania legalnych związków (tych cywilnych). Więc można to łatwo obejść – po prostu nie bierz ślubu, bądź weź wyznaniowy. Wtedy nie będzie problemu J

Odnośnie notariuszy i transferu dokumentów – notariusze jako część systemu mają dokładny spis czego im nie wolno, a co robić mogą (np. nie mogą dokonywać czynności niemożliwych – np. że ktoś zobowiąże się do sprzedaży działki na Jowiszu, albo czynności sprzecznych z prawem – np. że ktoś zobowiąże się do zabicia drugiego człowieka). U nas niestety jak coś ma być dokonane tylko przez notariusza, to nijak tego nie objedziesz – praktycznie dokonasz czynności (np. sprzedaż dom sąsiadowi na słowo), ale formalnie będzie to nieważne (np. sąsiad nie zostanie wpisany do księgi wieczystej jako nowy właściciel). Jeśli chodzi o testamenty, to nikt ich nie musi akceptować. Wystarczy, że sobie spiszesz na kartce papieru czy nawet na zwykłym kartonie ostatnią wolę i będzie to całkowicie ważne. Tutaj podpis czy zgoda notariusza nie są wymagane.

Czas załatwiania spraw sądowych u nas zależy przede wszystkim od durnych procedur formalnych, małej liczby sędziów i natłoku spraw w sądach. Np. pomiędzy jedną a drugą rozprawą mija średnio 2-3 miesiące, jeśli nie pół roku. A jeśli dodamy do tego świadka, który zachoruje i nie przyjedzie na rozprawę, pojawią się nowe dowody, to sprawa ciągnie się latami. Ludzie mają dosyć i rezygnują (nawet jeśli sprawa jest dla nich wygrana od samego początku), i szczerze mówiąc im się nie dziwię.

Jeśli chodzi o skargi na adwokatów i radców prawnych, to chodziło mi o skargi w ich samorządzie. Oczywiście można skarżyć ich też o przegranie sprawy i zdobyć czasem całkiem niezłe odszkodowanie. Trzeba po prostu założyć sprawę cywilną i udowodnić, że poniosło się szkodę która pozostaje w związku z działaniem lub zaniechaniem prawnika. Co do skargi samorządowej, to skarżymy na prawnika po to, żeby wskazać w jego samorządzie, że jest on nieudolny. Im więcej takich skarg lub im skarga będzie ciężkiego kalibru (np. wtedy, gdy prawnik ewidentnie nie zna się na prawie), to jest szansa nawet na to, że taki adwokat czy radca straci prawo wykonywania zawodu. O ile skargi o odszkodowanie wymagają skierowania sprawy do sądu i pewnych kosztów, o tyle skargi samorządowe są darmowe i nie wymagają sprawy sądowej – składa się je do właściwego samorządu zawodowego na zwykłej kartce papieru (opisujemy czego skarga dotyczy).

Co do kwestii wygnania bezpaństwowców, Piotras ma rację – praktycznie nie można tego zrobić, bo gdzie wysłać apatrydę? Na Księżyc czy na Marsa? Apatrydzi zostają więc w kraju i nikt się ich praktycznie nie czepia – z tym, że żadnej umowy nie podpiszą, która byłaby respektowana przez państwo (bo apatryda nie ma np. dowodu).

—–

Na zakończenie nowa porcja informacji ;) Chyba w większości miast polskich funkcjonują parkomaty – płacisz np. za godzinę postoju, a bilecik dajesz za szybkę auta. Jeśli nie masz biletu, a „sprawdzacz” z urzędu miasta, czy ze straży miejskiej to zauważy, cyka zdjęcie i wystawia niby-mandat, w którym wzywa Cię do uiszczenia grzywny, za to że nie miałeś ważnego biletu parkingowego. Otóż cała ta zabawa jest nielegalna w świetle naszego prawa i można z tą bandą wygrać – już nawet na studiach nam o tym mówili. Kłopot w tym, że sprawa musi trafić do sądu, bo jak napiszesz, że działania strażników są nielegalne, to najzwyczajniej Cię oleją i będą straszyć sądem i większą grzywną. Wszystko skupia się na tym, że strażnicy czy inni pracownicy nie mogą wystawiać mandatów (może robić to tylko policja), poza tym zdjęcie samochodu bez ważnego biletu postojowego za szybą nie jest dowodem w rozumieniu Kodeksu postępowania administracyjnego – stąd na jakiej podstawie mogą Ci dać grzywnę czy obowiązek zapłaty za brak biletu, jak nie są w stanie tego prawnie udowodnić? No w żaden sposób. Wiele spraw w moim mieści było już takich, że strażnicy pluli jadem, sprawa lądowała w sądzie, i ostatecznie przegrywali a kierowca był wolny. Kłopot w tym, że trwa to średnio 2- 3 lata :/ Większość kierowców woli więc zapłacić te 3 czy 5 zł za bilet albo karę za jego brak, niż chodzić po sądach – ludzie są leniwi i strachliwi, ale to po prostu skutek działania tego całego naszego świata.

Lavo

(C.d.n. być może nastąpi) 🙂

Przekręt wszechczasów część XXVI

Dług publiczny

Kiedyś miałem okazję posłuchać kilku ciekawych wykładów, potem niestety zniknęły z sieci, i mimo że szukałem ich długo – nie znalazłem. Jeszcze nie tak dawno były małe, prywatne rozgłośnie radiowe, gdzie było mnóstwo materiału, ale właściciele byli sądzeni i zastraszani i dzisiaj już ich jest naprawdę niewiele.

Kiedyś słuchałem wykładu na temat długu publicznego, to co teraz napiszę, jest tylko małą częścią tego, oczywiście do przemyślenia i własnego rozważenia – jak wszystko zresztą.

Cały czas słyszymy o długu publicznym, nawet w Warszawie chyba kiedyś widziałem jakiś elektroniczny wyświetlacz gdzie mnóstwo cyferek się ciągle zmienia, suma rośnie, dług rośnie – tylko czy ktoś się kiedyś zastanowił skąd ten pomysł się w ogóle wziął??

Wiemy już, że w tym zakichanym systemie mamy 2 strony naszego życia – prywatną i publiczną ( ta druga, to też jest nie do końca jasna, ale o tym później).

Będąc po stronie prywatnej, w swojej indywidualnej roli, jako człowiek, żyjący, z krwi i kości, rdzenny na tej ziemi, mamy swoje prawa, jakkolwiek by je zwał, boskie, naturalne, itp. nie ma tu żadnego długu dopóki ktoś z nas nie wejdzie w jakąś umowę i jej nie dotrzyma, bądź zrobi komuś jakąś krzywdę, cielesną bądź materialną. Nie jesteśmy też obiektem durnych regulacji zwanych ustawami, żadnych debilnych bohomazów nie musimy przestrzegać – to tylko tak pokrótce.

Po stronie publicznej, tej gdzie wszyscy tak ochoczo nazywają się OBYWATELAMI jest trochę inaczej, a właściwie zupełnie inaczej, tak jakbyś przeszedł na drugą stronę lustra, tu zdrowy rozsadek i prawo niewiele mają do powiedzenia. Tu jest świat iluzji i szaleńców, dzięki którym nasz kraj i świat zmierzają ku zwykłej, totalnej rozpierdolce.

A jak to się ma do długu publicznego? No właśnie, to jest dług publiczny, nie prywatny. Jeśli ktoś słyszy w tv, że każdy obywatel jest już zadłużony na tyle tysięcy – to jak myślicie, co to znaczy, że Jaś nagle ma 30 000 długu, mimo że się dopiero urodził?

Żeby to chociaż trochę ogarnąć trzeba przemyśleć czy ustawy, i ludzie tworzący pieniądze dla całego kraju maja coś wspólnego, bo jeśli tak – to możemy wyciągnąć wniosek, kto tak naprawdę jest te pieniądze krewny i komu, zapewniam was, że to nie jest żaden z nas…

Proszę puścić wodze fantazji i pomyśleć nad tym:

Rząd będąc tworem korporacyjnym musi mieć kupę siana na swoją działalność, zupełnie tak, jak każda firma, pożycza pieniądze a konto przyszłych zysków w nadziei, że te przekroczą znacznie nie tylko samą pożyczkę, ale również i odsetki, zostawiając zarządowi tej firmy pełne portfele. Wiemy już, na całym świecie właściwie – to PRYWATNE banki pożyczają pieniądze dla rządu – to już nie jest żadna tajemnica.

Ok, idąc tym tokiem myślenia, kiedy ktoś ma firmę i chce pożyczyć pieniądze od prywatnej instytucji (bank) na swoją działalność – musi – z reguły – mieć coś pod zastaw, prawda? Jeśli rząd nie ma nic swojego (bo wszystko albo ukradł od ludzi albo mu ludzie darowali), co takiego może zostawić pod zastaw, żeby dostać tę pożyczkę od prywatnego banku? Nas i naszą pracę …. nic więcej, bo rząd nic nie ma – pamiętacie?

Nie może nas nikt oficjalnie skroić z kasy, do tego służy strona publiczna, tu kiedy chętnie wypełniamy akt urodzenia, potem dumnie odbieramy dowód osobisty – zostajemy „przyjęci” do tej rodziny – tej strony publicznej, zostajemy pracownikami RP, i tym samym zabezpieczeniem wszystkich pożyczek jakie prywatne kartele bankowe będą udzielać naszemu kierownictwu ( rząd/zarząd RP), ciekawe prawda?

A jak to działa? Zarząd RP stara się usilnie dowiedzieć, kto gdzie mieszka, meldunki, srunki, cenzusy, rejestracje, urzędy, nieskończona liczba darmozjadów w urzędach wypełnia tony papieru, a nierzadko my sami lecimy ich poinformować o naszym pobycie.

Zarząd RP, oprócz podatków dochodowych na rzecz (tylko) odsetek od pożyczki i dziesiątek innych poukrywanych podatków ściąga kasę na spłatę pożyczki. To już każdy wie, ale co jest ciekawe – to mechanizm powstawania tejże pożyczki i jej związek z długiem publicznym.

Załóżmy, że zarząd RP potrzebuje – wstępnie – 50 000 000 000 na cały rok swojej działalności, to musi pożyczyć. Wiedzą pi razy oko, ile mogą się spodziewać z wpływów za podatki wszelakiej maści. Ale potrzebują jeszcze coś, co będzie służyć nabijaniu kabzy, przez długi czas, tak aby źródełko nie wyschło, bo bankierzy czekają na swoje „pieniądze”, mimo, że zajęło im to tylko parę minut, żeby wklepać coś do kompa – cały kraj będzie zasuwać przez cały rok – ale to już inna historia.

Więc zarząd RP ma do dyspozycji mechanizm zwany ustawą – bardzo ciekawy twór. W jakimś większym lub mniejszym pokoju zasiadają sobie członkowie zarządu RP i ich delegaci, tu będą się mocno wysilać, żeby stworzyć „prawo” (ustawę), która będzie na tyle dochodowa i na tyle do przyjęcia przez pracowników RP, że nie wywoła buntu. Tu będą stworzone najróżniejsze herezje, dosłownie, od obowiązku zapięcia pasów, posiadania licencji już prawie na wszystko, kar za wszystko, mandatów, parkometrów, fotoradarów i nieskończonej ilości sposobów, żeby ładnie „zgodnie z prawem” kroić lemingi i mieć na spłatę pożyczki – schemat bardzo prosty.

Zupełnie tak, jak pracując dla Coca Coli, dostajecie pismo rano, że od przyszłego miesiąca każdy pracownik ma obowiązek kupowania nowego uniformu raz w miesiącu – za swoje pieniądze, ten uniform będzie produkowany przez firmę X, której de facto właścicielem jest kto? Prezes Coca Coli… Wewnątrz korporacji nie macie nic do gadania, nie podoba się – to za bramę (tylko w realu RP nie puści nas tak łatwo.)

Więc tworzona jest ustawa, na przykład o obowiązku posiadania licencji na sprzedawanie ekologicznego jedzenia. Gnidy urzędowe robią raporty, ile jest w kraju biznesów o tym charakterze, ile kasy wpłynie z „obowiązku” licencji, jakiś procent extra – za kary, terminy, grzywny itp. i mamy szacunkową sumę, jaka wpłynie do zarządu RP z tytułu tejże jednej tylko ustawy. RP po takich obliczeniach zwraca się do prywatnego banku o pożyczkę, a pod zastaw daje właśnie przyszły dochód z obowiązku wykupienia licencji na sprzedawanie ekologicznej marchewki.

Teraz proszę pomyśleć, ile tysięcy debilnych ustaw powstaje niemal cały czas??? Każda ma przynieść RP określony zysk…

Z tego co zdążyłem się dowiedzieć, oprócz stereotypowego powodu powstawania ustaw – czyli kontrola i zamordyzm – koszenie niewyobrażalnej ilości pieniędzy idzie łeb w łeb.

Jak to się ma do długu publicznego i kto tak naprawdę jest coś winien i komu? Zarząd RP delikatnie mówiąc średnio radzi sobie z zarządzaniem budżetem, może dlatego, że niekończący się apetyt świńskich ryjów przy korycie wybiega poza granice nie tylko zdrowego rozsądku, ale chyba nawet naszej galaktyki. Ich szacunkowe obliczenia w połączeniu w luksusem do jakiego przywykli mija się nieco z tym, co pożyczyli od prywatnego banku, a już na pewno mijają się z ich prognozami zarobku na lemingowym stadku. Te dwie kluczowe sprawy mijają się tak, że powstaje coś jak czarna dziura, która dzięki aparatowi niekończących się odsetek powiększa się niczym w filmie sf.

Machina potrzebuje pieniędzy na działanie, setki tysięcy urzędników, sędziów, policjantów, rożnej maści „władzy” musi przynieść bekon do domku, bo inaczej wszystko zachwieje się w swoich fundamentach.

Tak – moim zdaniem – powstaje tzw. dług, na pewno jest jeszcze wiele czynników, o których ja nie mam zielonego pojęcia, ale jest coś, o czym przeczytałem od bardzo mądrego człowieka.

„Dług publiczny, to dług rządu wobec mieszkańców ziemi (rdzennych), na której ten rząd ma zaszczyt działać”.

Co to znaczy? Znów wrócę do przykładu nieszczęsnej Coca Coli. Jeśli zarząd Coca Coli w swoich bezdennie głupich decyzjach (zarząd RP) spowodował zadłużenie firmy, czy ten dług jest automatycznie przekazany na każdą OSOBĘ pracującą w Coca Coli? Ktoś może powiedzieć – dlaczego nie, firma wisi, wszyscy wisimy – tylko co, jeśli ja się zwalniam, idę za bramę, czy teraz też jestem winien wierzycielom Coca Coli? Oczywiście, że nie.

Ten cały scam z długiem publicznym, to jest jedna wielka ściema, to zarząd RP, zupełnie jak zarząd Coca Coli postanowił obarczyć swoją nieudolną działalnością i długami z niej wynikającymi swoich pracowników, nic więcej.

Jeśli pracownicy biorą tę decyzję na klatę i postanawiają pracować za mniej (cięcia płac), nie mieć dodatku świątecznego (zabierają świadczenia), pracować dłużej (wydłużony wiek emerytalny) i dziesiątki innych fanaberii po to, żeby spłacić czyjeś złe decyzje i brak kontroli nad swoim apetytem – to proszę bardzo, każdy ma wybór. Chcę tylko zaznaczyć, że każdy z nas ma prawo do tego, żeby się zwolnić z tej nieudolnie prowadzonej firmy (RP).

Tu po stronie prywatnej, gdzie dowód osobisty i wszystkie kontrakty leżą sobie w szufladzie pokryte kurzem – nie mamy żadnego długu, co więcej, jak powiedział ten mądry człowiek – to jest dług rządu względem rdzennych w prywatnym statusie.

My, Polacy, ludzie z tej ziemi, daliśmy przywilej rządowi, żeby w ogóle zaistniał, daliśmy im wszystko co mają, nawet gacie na tłustych dupach, daliśmy im pod opiekę naszą spuściznę, majątek ziemi, w zamian za to, że nie tylko będą robić dobrą robotę prowadząc ten biznes, ale będą nam wypłacać dywidendy – jak w normalnej korporacji. A jest zupełnie odwrotnie, i nie zanosi się na zmiany w tym departamencie, przynajmniej na razie.

Dług publiczny – to dług naszych pracowników (RP) wobec nas, żyjących ludzi na tej ziemi. Ale gdy przechodzimy na drugą stronę, stronę publiczną, wewnątrz korporacji RP, stajemy się nagle odpowiedzialni ( wg. RP) za ich długi…

To wszystko zakrawa na szaleństwo, ale mantry powtarzane na każdym kroku – że wszyscy mamy jakieś długi – nawet nie narodzone dzieci – są tak już zakorzenione w świadomości statystycznego Polaka, że nawet nie zadaje sobie żadnych pytań – łyka wszystko.

Piotras

C.d.n.

Komentarz polskiego prawnika do Przekrętu wszechczasów – cz. 1

Zacznijmy może od tego, czy tak naprawdę powinniśmy przestrzegać prawa? Wszystko opiera się na podstawowym akcie prawnym, którym jest dla Polaków Konstytucja RP. Pojawia się jednak pytanie – dlaczego musimy jej przestrzegać, skoro została napisana przez garstkę ludzi. Czy to, że ktoś napisze jakieś przepisy i każe ich przestrzegać, jest dla nas bezwzględnie wiążące? Moim zdaniem nie, dla wielu jednak zupełnie odwrotnie. Generalnie jestem zdania, że nikt niczego nie może nakazywać drugiemu człowiekowi, byleby tylko ten nie krzywdził drugiego człowieka. My jednak żyjemy w świecie stada baranów, gdzie zdecydowana większość na pytanie – dlaczego przestrzegasz prawa, odpowie – bo tak już jest, bo wszyscy tak robią. Wydaje mi się jednak, że w obecnym świecie/ systemie nie da się omijać prawa, żyć poza nim – musimy więc korzystać z luk prawnych, narzędzi które to prawo nam samo podaje, choć często są one bardzo ukryte. Ktoś dobrze napisał na tym blogu, być może sam Piotras lub Astromaria, że nie da się iść do urzędu czy nawet sądu i powoływać się na nielegalność wszystkich przepisów, bo uznają cię za wariata. Ja z tym twierdzeniem zgadzam się całkowicie. Chyba większość urzędników, jeśli nie wszyscy – spojrzy na ciebie jak na obłąkanego, jeśli zaczniesz im mówić o korporacyjnym państwie RP, prawie morskim, o nielegalności wielu zapisów. Urzędnicy to roboty, które nie myślą, lecz tylko cieszą się promilem jakiegoś ochłapu władzy nad człowiekiem (której my wiemy, że nie mają, ale oni są święcie przekonani że jest inaczej). Zatem skoro już tkwimy w tym wariatkowie, trzeba nauczyć się jak sprawnie się w nim poruszać.

Pierwsza kwestia, która zaciekawiła mnie we wpisach Piotrasa to trójstronna umowa małżeńska – pomiędzy samymi małżonkami a urzędnikiem. W rzeczywistości możemy pokusić się o stwierdzenie, że jest to szczególnego rodzaju umowa, choć polskie prawo nie reguluje tego żadnymi przepisami. Umowa bowiem musi mieć na celu porozumienie stron (może być ich więcej, niż 2) co do określonej czynności prawnej. Małżeństwo trochę się w tę definicję nie wpisuje, jest bowiem jakby odrębną czynnością prawną. Co więcej, w Polsce urzędnik stanu cywilnego nie jest nigdy stroną w zawieraniu małżeństwa, on jest tylko po to aby przyjąć oświadczenia od przyszłych małżonków. Jeśli chodzi zaś o to, że zawierając ślub przed księdzem, automatycznie zawieramy związek cywilny (czyli stajemy się małżonkami w świetle prawa), to wcale tak być nie musi. Wystarczy, że wskażemy księdzu, że chcemy zawrzeć związek wyznaniowy, a nie cywilny – wtedy ksiądz nie będzie załatwiał całej tej papierologii w urzędzie stanu cywilnego.

Druga kwestia, to pojawiające się w niektórych wpisach Piotrasa zastępowanie pism notarialnych przez oświadczenia 3 dorosłych osób. W Polsce to niestety w ogóle nie działa, nie ma takiego prawa. Przykładowo, każda czynność dotycząca przeniesienia własności nieruchomości musi być dokonana w formie aktu notarialnego. Jeśli takiej formy nie zachowasz, to cała umowa jest od początku nieważna, nawet jeśli za nieruchomość dostaniesz umówioną wcześniej z kupującym cenę. Oświadczenia 3 dorosłych osób mogą co jedynie pomóc przy testamencie, ale to i tak w ściśle określonych przypadkach. Od razu odniosę się do testamentów – nie ma potrzeby, aby były sporządzane przed notariuszem – wystarczy własnoręcznie napisać swoją ostatnią wolę (nie na komputerze), dać swój podpis i datę i tym sposobem oszczędzamy pieniądze. Wyjątkiem jest jednak wydziedziczenie – to już niestety można zrobić tylko notarialnie.

Jeśli chodzi o nasze procedury sądowe. Teoria mówi, że sędziowie są niezależni, niezawiśli itd. To w takim razie dlaczego w dwóch prawie identycznych sprawach zapadają dwa odmienne wyroki? Bo w praktyce zależy na jakiego sędziego trafisz. Już na studiach mówili nam, że „Niezbadane są wyroki boskie i ….. sądów rejonowych”. Oczywiście sędzia musi stosować się do całej procedury i zasad prowadzenia procesu, ale jak dochodzi już do postępowania dowodowego na rozprawie, to ma on zapewnioną swobodę uznania dowodów – co to znaczy? Ano tyle, że to on (oficjalnie sąd, nieoficjalnie Jan Kowalski będący zwykłym człowiekiem, sędzią) decyduje czy coś jest wg niego wiarygodne czy nie. Znam też sędziów, którzy robią takie błędy na sali sądowej, że strach pomyśleć, a prawnicy nie wiedzą co dalej z tym zrobić. Jeśli zatem, ktoś otrzyma niekorzystny dla siebie wyrok sądowy, a jest przekonany że powinien wygrać, to radzę się nie poddawać i odwoływać ile się da – ostatnią instancją jest u nas Sąd Najwyższy. Praktyka pokazała, że potrafi on wydawać ciekawe wyroki, które pozwalały ludziom wygrywać, wydawałoby się beznadziejne sprawy. Haczyk tkwi tu jednak w czasie, jaki trzeba poświęcić na wygranie takiej sprawy. Im bardziej złożona sprawa, i im więcej osób jest w niej zamieszanych, tym dłuższy czas oczekiwania na wyrok. Sprawy mogą się więc ciągnąć latami – dla biedniejszych osób, które np. domagają się odszkodowania jest to zabójcze. Istnieje jednak i z takiej sytuacji wyjście – pisze się skargę na przewlekłość postępowania. Skarga nie wymaga żadnych opłat, można wzory znaleźć w sieci. Dzięki niej masz szansę nie tylko na szybsze rozpoznanie sprawy, ale i odszkodowanie od Skarbu Państwa – sam sobie wskazujesz kwotę jakiej żądasz za zbyt długie oczekiwanie na wyrok. W praktyce wystarczy, że przez pół roku od wniesienia sprawy do sądu nie dostajesz żadnej informacji co się dzieje, kiedy będzie rozprawa itd. i już możesz wysyłać taką skargę. Moja znajoma czekała cały rok, aż sąd w ogóle rozpocznie cokolwiek w jej sprawie, namawiałem ją na złożenie tej skargi, a ona uparcie mówiła, że nie chce. Dziwiłem się jej bardzo, bo mogła dostać spore odszkodowanie za samo czekanie na jakiekolwiek działanie sądu, ale ona się uparła że nie chce się w to bawić (a zajęłoby jej to tylko tyle, co podpisanie się na skardze, którą jej chciałem sam przygotować za darmo). Potem po ponad roku przyszło pismo z sądu, że jednak sprawę przegrała – tak więc gdyby złożyła skargę na opieszałość sądu, to by miała chociaż kasę z odszkodowania za oczekiwanie. Skarga jest niezależna od tego czy wygrasz czy przegrasz w swojej sprawie.

Kłopotliwe jest także to, że w Polsce mamy kilka różnych procedur sądowych. Inaczej wygląda sprawa karna, gdzie jesteś niewinny póki ktoś nie udowodni twojej winy, a inaczej sprawa cywilna – gdzie toczy się walka na argumenty i dowody, zatwierdzane ostatecznie przez sąd. Mamy jeszcze procedurę administracyjną, gdzie co do zasady każdy śmiertelnik jest na dużo gorszej pozycji, niż organ administracyjny. To wszystko powoduje niezłe zamieszanie, szczególnie jeśli nie zna się przepisów.

Kolejną sprawą są umowy. Jak słusznie zauważył Piotras, także i u nas nie jest konieczne zawieranie umowy na piśmie, aby obowiązywała. Umowy ustne są równie wiążące, co te pisemne. Kłopot jednak w tym, że jeśli umowa ustna nie dojdzie do skutku i jesteś poszkodowanym (bo np. wykonałeś swoją pracę i nie dostałeś pieniędzy), to ustną umowę dużo trudniej udowodnić przed sądem. Nie jest to jednak niemożliwe. Wystarczy zebrać świadków zawarcia umowy, mieć jakieś nagranie, korespondencję mailową i sprawę można wygrać. Generalnie robi się też tak, jak proponuje Piotras – wysyłamy listem poleconym (ja zawsze proponuję jeszcze za zwrotnym potwierdzaniem odbioru) wezwanie do zapłaty do nieuczciwego dłużnika (można takie pismo zatytułować Przedsądowe wezwanie do zapłaty) – wskazujemy w nim, że żądamy takiej a takiej kwoty, z tytułu zawartej umowy czy wykonanej pracy, wskazujemy termin (zwyczajowo 7 lub 14 dni) na zapłatę i numer rachunku bankowego. Dopiszmy też, że w razie braku zapłaty, sprawa będzie kierowana do sądu, co z pewnością narazi dłużnika na koszty. Większość takich pism odnosi natychmiastowy skutek i nie trzeba latać po sądach. Oszczędzisz czas i pieniądze.

Czasem jednak sąd wydaje się jedynym rozwiązaniem. Ale co w sytuacji, gdy nie masz pieniędzy na opłacenie pozwu i zawodowego prawnika? Nic prostszego, wraz z pozwem składasz wniosek o zwolnienie od kosztów sądowych i wyznaczenie adwokata lub radcy prawnego z urzędu. Wzory można znaleźć w sieci, załączasz do nich wypełniony formularz o swoich dochodach i majątku. Naprawdę duża część wniosków przechodzi i cały proces i prawnika masz za darmo, na koszt państwa. Wielu ludzi boi się jednak, że taki prawnik z urzędu jest byle jaki i nic nie zrobi – a to duży błąd. Prawnik z urzędu ma taki sam obowiązek działać na korzyść swojego klienta, jak gdyby był wynajęty i opłacony z prywatnych pieniędzy. Jeśli prawnik z urzędu będzie działał na twoją niekorzyść, to zwróć mu uwagę, że możesz złożyć na niego skargę albo do okręgowej rady adwokackiej albo do okręgowej rady izby radców prawnych – pamiętaj, że to on jest na twoich usługach, a nie odwrotnie. A jak będzie dalej podskakiwał, to napisz do sądu, że wypowiadasz takiemu prawnikowi pełnomocnictwo i złóż skargę do ORA lub OIRP na tego prawnika. W niektórych przypadkach taka skarga jest na tyle skuteczna, że cwaniacy płacą kary pieniężne, a czasem i nawet pozbawiani są prawa wykonywania zawodu. Trzeba więc zawsze wychodzić z pozycji silnego człowieka, nigdy uległego, bo będą się nami bawić, a nikt oprócz ciebie im takiego prawa nie może dać. Skargi mogą pojawiać się także na sędziów, jeśli oczywiście uważasz że coś robią w twojej sprawie źle – składa się je do prezesa danego sądu, w której toczy się sprawa. Pamiętaj, że skargę można napisać własnymi słowami, nie podlega ona żadnej opłacie i nikt z powodu jej wniesienia nie może ci cokolwiek zrobić (oczywiście, jeśli nabluzgasz w takiej skardze, to trafi do kosza).

Ciekawa sprawa pojawia się przy podatkach. Jeśli masz jakieś źródła finansowe, z nazwijmy to nie do końca legalnych źródeł (np. praca na czarno), a fiskus wpadnie na to po jakimś czasie (może nawet po 10 latach), to też jest wyjście. Generalnie w takim przypadku skarbówka straszy potężnymi karami finansowymi, odsetkami, łącznie z więzieniem. Istnieje sposób na nie zapłacenie zaległego podatku. Dodam tutaj, że skarbówka zazwyczaj dostaje anonimowy donos od życzliwego sąsiada, kolegi z pracy, czy nawet członka rodziny – że coś tam zatailiśmy przed fiskusem. Na donosicieli rozwiązania niestety nie mam. Jeśli już dostaniemy wezwanie i wiemy, że powinniśmy byli zapłacić, to rozwiązanie jest jedno, choć od razu zaznaczam, że dla odważnych. Na studiach uczyli nas (choć nieoficjalnie), że jedynym legalnym źródłem dochodu, które nie podlega żadnemu podatkowi jest … nierząd. Wystarczy zatem, że powołasz się na wpływy z prostytucji i nie będziesz musiał płacić niczego. Z roku na rok, urzędnicy jednak zaczynają robić się bardziej cwani – przybywa bowiem ludzi powołujących się na nierząd, aby uniknąć płacenia potężnych kar za nieopłacone podatki. Urzędnicy wzywają podatnika i szczegółowo wypytują ile razy uprawiało się z kimś seks za pieniądze, a gdzie, a z kim, a od jakiego czasu – zdarzają się nawet pytania o zabawki erotyczne, pozycje łóżkowe. Generalnie im większa świnia z urzędnika, tym bardziej szczegółowe takie dopytywanie i wg mnie upokarzanie człowieka. Jeśli ktoś jest jednak odporny, to może dać sobie i z tym radę. Przypomina to trochę zabawę w niewinnego podejrzanego i złego policjanta, tak jak na zagranicznych filmach kryminalnych.

Jak ominąć całą zabawę z przepisami i nie podlegać nawet Konstytucji RP? Ja widzę tylko jeden sposób – nie być obywatelem RP. Obywatelstwo polskie nabywa się w drodze tzw. zasady krwi, wystarczy że twoi rodzice są Polakami, a ty automatycznie nabywasz obywatelstwo polskie. Możesz się go jednak zrzec. Kłopot w tym, że procedura zrzeczenia się obywatelstwa jest dosyć trudna, długa i odbywa się na szczeblu centralnym – musisz uzyskać zgodę Prezydenta RP. W praktyce niewiele osób się na to decyduje, bo skutki mogą być nieopłacalne. Jeśli zrzekniesz się już obywatelstwa, to zostajesz tzw. apatrydą (czyli bezpaństwowcem). Wtedy, co prawda nie wiąże cię już konstytucja RP, jednak prawa do zamieszkania w Polsce też jako takiego nie masz. Musisz wówczas wystąpić o przyznanie karty pobytu, inaczej mogą Cię wyrzucić z kraju – w praktyce jednak nie mieliby dokąd, bo nie ma na świecie kraju „bezpaństwowców”.

Kwestia obowiązywania wyroków sądowych jest także inna, niż w krajach anglosaskich. U nas podstawa do wydania wyroku jest zawsze konkretny przepis ustawy czy to rozporządzenia. Nigdy zaś sąd nie może opierać się na wyroku innego sądu, nawet jeśliby to był Sąd Najwyższy. Wyroki sądowe nie są źródłem prawa w Polsce, wiążą tylko tych którzy są stronami w danej sprawie. Można co prawda powoływać się na rozprawie, że podobna do naszej sprawa została rozwiązana tak i tak, ale sąd nie ma w ogóle obowiązku tego przyjmować do wiadomości. W Anglii czy USA orzekanie wyroków opiera się na zupełnie czymś innym – właśnie na wydanych już wyrokach, na załatwionych sprawach oraz na gadce adwokatów – im bardziej wygadany i im bardziej fantazjuje, popierając swoje tezy wydanymi nawet kilkadziesiąt lat wcześniej wyrokami, tym większa szansa na wygraną jego klienta, nawet gdyby był w 100% winny. Weźmy także pod uwagę ławę przysięgłych – czegoś takiego w Polsce nie zobaczysz, bo jedynym organem rozstrzygającym sprawy jest sąd (mówi się, że sąd, a nie sędzia – w ten sposób psychologicznie ściąga się winę dokonanego rozstrzygnięcia z człowieka, który wydał wyrok. Powie ci przecież, że to nie on sędzia Jan Kowalski wydał wyrok, tylko sąd rejonowy czy okręgowy gdzieś tam).

Jeśli zaś chodzi o sam wyrok – to faktycznie musi widnieć na nim podpis sędziego. W praktyce jednak o tym sędziowie nie zapominają i podpisują się na wydawanych przez siebie wyrokach. Jeśli podpisu brak, to wtedy oczywiście wyrok w żaden sposób nie wiąże.

Na zakończenie, radzę omijać z daleka wszystkie programy typu „Sędzia Anna Maria Wesołowska” czy inne podobne, bo to co tam się dzieje nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. Nasze rozprawy to głównie papierologia, a nie krzyki i piękne mowy adwokatów czy radców prawnych na sali sądowej. Komentując na głos zachowanie pozwanego czy sędziego, możesz dostać grzywnę, a nawet zostać wyrzuconym z sali. Generalnie cały ten wpis to jeden wielki wstęp, będę wdzięczny za komentarze, uwagi i prośby dotyczące konkretnych zagadnień, które tutaj się nie pojawiły. Inną ciekawą historią może być praca sądu od kulis – czyli m.in. kto tak naprawdę pisze uzasadnienia wyroków. O tym jednak w innym wpisie, ale tylko jeśli będziecie chcieli.

Lavo

Przekręt wszechczasów część XII

Podatki

Czym są podatki? Dlaczego jeden człowiek, a raczej grupa ludzi, rości sobie prawo do owoców czyjejś pracy? Jesteśmy uczeni kolektywizmu od kołyski, obowiązek płacenia podatków jest tak zakorzeniony w naszej świadomości, że żadna alternatywa nie wchodzi w grę, ba, są ludzie którzy wstydziliby się kwestionować pomysł podatków! Jak można żyć jak pasożyt, nie płacić podatków?! Pamiętajmy kto jest pasożytem – nie ten kto pracuje, a ten kto nie pracuje, a korzysta, to chyba logiczne prawda?

Zanim powiem o podatku dochodowym, powiem o kilku innych, równie ważnych, bo jaka to różnica, z której strony nas kroją, skoro i tak ubywa owoców naszej pracy?

Podatek to według prawa tzw. warunek posiadania, „condition of ownership”, nic innego. Zapytacie co to znaczy? Otóż, żeby nałożyć obowiązek opodatkowania czegoś – domu, samochodu, motoru, dochodów itp. – musi być ku temu podstawa prawna.

Ustaliliśmy wcześniej, że żaden człowiek nie ma prawa odbierać drugiemu owoców jego pracy, zwłaszcza pod groźbą kary więzienia lub śmierci, prawda?

Pamiętamy, że RP to korporacja, prawda? To nie człowiek rości sobie prawa do mojej własności, to ja występuję na scenie w roli pracownika RP, a wszystkie dobra są niejako złożone w majątku RP, a co za tym idzie – są objęte wewnętrznymi prawami korporacji, zwanymi ustawami.

Bo jak inaczej ktoś chciałby wytłumaczyć mi obowiązek płacenia podatku od samochodu? Ja poszedłem do pracy na wiele, wiele dni, może nawet miesięcy, żeby zarobić na ten samochód. Rząd zabrał mi 30% moich zarobków, potem z tym, co mi zostało poszedłem kupić auto, a rząd, po raz kolejny, kroi mnie z już opodatkowanych wcześniej pieniędzy, tylko za przywilej posiadania i używania tegoż właśnie pojazdu! Czy to nie paranoja? Tylko proszę nie mówić mi, że rząd potrzebuje kasy na drogi – bo to już wyjaśniłem wcześniej.

Jakim prawem, obcy mi ludzie (rząd) roszczą sobie prawo do krojenia mnie z pieniędzy tylko za to, że zarobiłem w pocie czoła na dom i kawałek ziemi? (Temat poruszaliśmy już wcześniej – wszyscy rodzimy się w tym samym kraju, mamy te same prawa, a jednak grupa ludzi – rząd – rości sobie prawo do sprzedawania ziemi rodakom).

Jakim prawem żądają ode mnie co roku pieniędzy tylko za to, że w moim własnym kraju, kraju moich ojców, stoi mój dom?

Jakim prawem żądają pieniędzy za n-ty z kolei podatek od darowizny? Mój ojciec zapracował latami na swoje oszczędności, blisko połowę mu już ukradziono w postaci podatku dochodowego, a teraz chcą go okraść jeszcze raz, bo mój ojciec chce mi to dać?!

Nie będę ciągnął tego, bo mi nocy zabraknie, macie obraz na blachę, na rozum, na logikę, której właściwie jest kompletnie brak w tym rozumowaniu, chyba że…

No właśnie, rząd RP TO KORPORACJA! Gdzie się nie obrócisz, wracamy do tego samego miejsca…

– Samochód zarejestrowałeś w jurysdykcji RP – warunek – podatek,

– Kupiłeś dom na ziemi należącej do RP, płacisz podatek – warunek posiadania,

– Twój tatko zarobił te pieniądze jako pracownik RP, a ty całe życie działasz jako pracownik RP, wszędzie wymachujesz dowodem z PESELEM, więc czego się spodziewasz? Racja – płać podatek, jeszcze raz, i jeszcze raz…

Musimy zrozumieć, że wewnątrz korporacji RP wszystko jest możliwe, najbardziej durne „prawa”, ustawy, poprawki, i wszystko czego zapragnie management tejże firmy jest możliwe. Tak długo, jak tkwimy w tej jurysdykcji, tak długo będziemy dymani, to się nigdy nie skończy, nigdy. Nie da się tego zmienić, to już trwa wiele lat, a system upewnia się, że my nic nie kumamy.

Jak z tym walczyć (celowo nie mówię o podatku dochodowym, o tym później)? Jak walczyć z podatkami od własności?

Jest kilka sposobów, jeden z nich to proces administracyjny, w którym za pomocą pism poleconych ustalamy fakty: fakt, kto jest właścicielem całej wartości (EQUITY) w danej własności, weźmy za przykład dom. Piszemy do właściwego urzędu pisma, w których udowadniamy, że nikt poza mną nie wpłacił żadnej gotówki za ten dom, jeżeli urząd twierdzi inaczej – prosimy o odpowiedź wyjaśniającą, kto dołożył się do domu. Jest 10 dni na odpowiedź listem poleconym. Następnie żądamy wyjaśnienia pisemnego na kilka pytań: co dostajemy w zamian za ten podatek – proszę wymienić i podać źródła, to ma na celu udowodnienie, że kontrakt jest niewiążący – brak EQUAL CONSIDERATION ze strony rządu. Jeżeli powiedzą, że wywózka śmieci, zaproponować prywatny kontrakt z firmą śmieciarską zamiast podatków. [Tego nie rozumiałam, więc musiałam dopytać. W UK ta wywózka śmieci pozoruje equal consideration, czyli władza wciska ludowi ciemnotę, że podatek od nieruchomości przeznaczany jest na te śmieci, co oczywiście jest ściemą, bo byłaby to najdroższa wywózka śmieci na świecie. Jest to oczywiście zamaskowany rabunek. O tym będzie później. U nas władza bierze, co chce i z niczego się nie tłumaczy, możecie ją pocałować tam, gdzie słoneczko nie dochodzi – dopisek M.S.].

Po uprzednim ustaleniu faktów ogłaszamy własność tę jako FEE SIMPLE, ABSOLUTE, czyli „na własność, bez żadnych warunków posiadania”.

Jeżeli przeprowadzimy proces skrupulatnie i nie zostawimy nic do interpretacji, rząd będzie nikim innym niż pasożytem, nie dającym zupełnie nic w zamian za nasze podatki od gruntu, nieruchomości i wkrótce pojawiający się podatek katastralny – bo to wejdzie już niedługo moim zdaniem.

Jak już wcześniej pisałem, bulimy cały szereg podatków, za wszystko dosłownie, gdy pracujemy, robimy zakupy, nalewamy benzynę, gdy ojciec chce nam podarować trochę kasy – wszędzie, gdzie się nie obejrzymy – łapy rządów rabują naszą pracę. Tylko jakim cudem – jakoś ciągle im brakuje pieniędzy… nikt się nad tym nie zastanawia?

Do rzeczy, wiem, że moje teksty mogą być co najmniej dziwne dla przeciętnego człowieka, wierzcie mi, jeszcze niedawno ja sam powiedziałbym, że autor trochę lubi wychylić i ma bujną wyobraźnię. Polecam wysilić się trochę, uruchomić nowoczesną technologię (email) i popytać „naszych służących” rządzących, na co wydają krocie ściągnięte z ludzkiej pracy…

Proponuje zrobić to podpierając się jakąś ustawą o dostępie obywatela do informacji o działalności rządu – nie wiem jaka to w Polsce, tu nazywa się Freedom of Information Act. Widzicie, rządy to masa niedouczonych ludzi, mnóstwo zarozumiałych i tępych ponad miarę chłystków z nadmuchanym ego, ten syf ciągnie się już tak długo, że oni sami się już dawno pogubili. Co tydzień wchodzi nowa ustawa, głupsza od poprzedniej, w tym całym bałaganie, oni sami powymyślali ustawy, które robią im samym koło pióra. Co mam na myśli?

Już mówię:

  1. Jedną ręką oszukują ludzi na nieokreśloną wręcz sumę pieniędzy – pseudo-kredyty za pomocą których transferują prawa własności (domy, ziemię itp.) z rąk ludu do rąk władzy. Drugą ręką wymyślają ustawę jak Fair Debt Collection practises act, która pozwala uwalić komornika, który właśnie ten fikcyjny dług próbuje ściągnąć!
  2. Wszystko, co ważne jest tzw. classified, co znaczy „nie dla opinii publicznej”, a później wprowadzają ustawę o obowiązku ujawniania działalności rządu i jego personelu.

I takich przykładów jest multum. Czy to jest czysta głupota? Nie wiem, może bałagan, a może ich obowiązek? Trudno powiedzieć, ale warto się zapoznać. [Z tego, co wiem, ustawa Freedom of Information Act została wymuszona przez wzburzony lud amerykański, który miał serdecznie dość rządowych tajemnic. To prawo jest zupełną fikcją, ponieważ tajnych informacji i tak z rządu się nie wyciśnie. Chyba każdy widział „ujawnione” dokumenty, na których najistotniejsze informacje są zamazane na czarno, często czarnego jest na stronie więcej, niż drukowanego tekstu. Podejrzewam, że z pozostałymi ustawami jest podobnie, to nie jest wynik dobrej woli rządu, bo rządy takowej nie wykazują z definicji. – Przypisek M.S.]

Pomysł podatków dochodowych jest poniekąd prosty, skoro RP to korporacja, my zatrudniamy się jako pracownicy RP, to mamy obowiązek płacenia czego tylko od nas żądają, koniec tematu, nie mam więcej nic na ten temat do powiedzenia. Pieniądze idą na serwis tzw. długu, czyli 100% idzie w karmany banku, który „pożycza” RP pieniądze, a konto przyszłego strzyżenia owiec.

Nie musicie mi wierzyć, proszę zapytać swoich przedstawicieli rządu, aby pod przysięgą odpowiedzieli wam na pytanie – na co idą moje podatki? Odpowiedź ma być poparta materiałem w postaci miejsc dotowanych przez podatki dochodowe, jaka szkoła powstała za te pieniądze, kto ją zbudował – kontakt firmy, ile dróg zrobiono – kiedy, za ile, gdzie jest dowód i tak dalej. Na koniec proszę o własnoręczny podpis osoby odpowiedzialnej za ten dokument. Życzę powodzenia, nic takiego nie znajdziecie, i nikt się pod tym nie podpisze.

Jak z tym walczyć? Powoli ujawniać oszustwa, robić to na masową skalę, zadawać pytania sługom rządowym w oficjalny sposób, żądać odpowiedzi na piśmie, ujawniać brak odpowiedzi, stawiać tezy i w końcu pozywać do sądu za kradzież, defraudację funduszy publicznych. Nie od razu spadną głowy, ale zacznie się kocioł, taki kocioł, że już nie będzie odwrotu – zapewniam.

Pytać i żądać odpowiedzi, ten proces ma jeszcze jedną wielką zaletę – zmienia świadomość, ze sługi na pana, dosłownie. Bardzo szybko ludzie zobaczą, jak rządy i ich drony kręcą, jak kłamią, ujawniać to publicznie, na blogach, portalach, pismach, każdego frajera/złodzieja rządowego napiętnować tak, że nie kupi bułki w sklepie, żeby mu ktoś nie napluł w twarz, za jakiś czas, lawina będzie nie do zatrzymania.

c.d.n.

Piotras