Misjonarze

Dwa autentyczne wpisy: jeden z komentarzy w moim blogu, a drugi z księgi gości na stronie www:

Zakonnik:

Mam nadzieję kobieto, że w końcu się opamiętasz i nawrócisz na jedyną, słuszną i prawdziwą wiarę rzymsko-katolicką.

Racjonalista:

Moja droga.Racjonalisci odnoszą sie do rozumu jako do największego dobra.Ezoteryka którą sie zajmujesz w swojej definicji odbiega od racjonalizmu.

Dwie takie same, inwazyjne i fanatyczne sekty.

——

PS. Dla tych, którzy nie są spostrzegawczy: z boku bloga są cytaty, a tam m.in. taka oto, godna przemyślenia, wypowiedź Roberta Antona Wilsona:

…obok przemyślanych i inteligentnych listów zdarzało mi się otrzymywać zapalczywe, choć niezbyt mądre listy od dwóch grup dogmatyków – fundamentalistycznych chrześcijan i fundamentalistycznych materialistów.

Fundamentalistyczni chrześcijanie wmawiali mi, że jestem sługą Szatana i powinienem jak najszybciej poddać się egzorcyzmom. Natomiast fundamentalistyczni materialiści informowali mnie, że jestem kłamcą, szarlatanem, oszustem i skandalistą. Mimo tych drobnych różnic listy te były do siebie zdumiewająco podobne. Obie grupy cechowała niepohamowana zaciekłość oraz całkowity brak poczucia humoru, życzliwości i dobrych obyczajów.

Te dwie straszne sekty jedynie pomogły mi utwierdzić się w agnostycyzmie, dostarczając dalszych dowodów na rzecz mojej tezy, że kiedy dogmat zakrada się do umysłu, ustaje wszelka aktywność intelektualna. [„Kosmiczny spust czyli tajemnica Iluminatów”]

Inwazja misjonarzy trwa

Przeniesione ze starego bloga (2008-09-02 17:14:35)

Tak się przejawia kwadratura tranzytującego Neptuna o mojego natalnego Słońca, zgroza. Mam już dość!!! Ledwie spławiłam nawiedzoną chrześcijankę, a już najazdu na mnie dokonał jakiś głoszący sacharynowo przesłodzoną ideę miłości facet, przekonany, że jest oświecony, wszystkowiedzący i doskonały, więc może pouczać innych. Uwielbiam takich.

Próbowałam coś mu uświadomić, ale on tak jest zachwycony własnymi ideami, że cudze spływają po nim jak woda po gęsi. Byłam grzeczna, cierpliwa, ale do czasu. Facet coraz bardziej działał mi na nerwy swoją pełną pychy faryzejską arogancją, aż w końcu doszłam do wniosku, że z takim nie da się delikatnie. Tu potrzeba walnąć z całej siły. Może (?) otrzeźwieje, ale prawdę mówiąc bardzo wątpię.

Umieszczam tu moją całą korespondencję z tym panem i życzę dobrej zabawy. Komu nie chce się czytać całości, temu polecam ostatni fragment (poznać go można po pojedynczym >), w którym „poszłam na całość”, ujawniając całe moje sarkastyczne poczucie wisielczego humoru.

Zbyszek pisze:
Witam Ciebie serdecznie!
Mam do Ciebie pytanie, co oznacza żyć wg. Prawa! Zacytuję z Twojego opisu „Horoskop”
Jedna z zasad ezoteryki mówi: „Każda przyczyna ma swój skutek; każdy skutek ma swoją przyczynę; wszystko dzieje się według Prawa; przypadek to jedynie nazwa dla nierozpoznanego Prawa; istnieje wiele płaszczyzn przyczynowości, lecz nic nie wymyka się Prawu”.
Co to jest „Prawo” lub „żyć wg. prawa” Jakie dokładnie masz Prawo lub zasady obowiązujące na myśli. Ile państw, grup etnicznych, czy szczepów tyle praw, a każde z nich jest inne. Czy masz na myśli „Prawo Kosmosu”? Jeżeli tak, to proszę, (jeżeli nie stanowi to dla Ciebie kłopotu) przyślij mi jego zasady.
Buddyzm określa wspaniale ścieżkę życia każdego z nas i mówi, że nie możemy przeszkadzać nikomu w dojściu do „Oświecenia” niezależnie jaką drogę obrał.
Moim zdaniem najważniejszą częścią życia każdego z nas jest Miłość. Jeżeli to uczucie jest podstawą działania, to nie należy martwić się o dalsze losy. Proszę o Twoje zdanie na ten temat, za co z góry dziękuję!!
Przesyłam ogrom Miłości i Światła!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
Zbyszek

Maria pisze:
Witaj Zbyszku, we Wszechświecie obowiązują prawa, które sprawiają, że świat istnieje. Są to np. prawa fizyki. Planety krążą wokół Słońca według praw fizyki. Drewno pływa w wodzie również za sprawą prawa, a dopóki w naszym organizmie panuje homeostaza żyjemy i jesteśmy zdrowi. Choroba jest najczęściej wynikiem złamania jakiegoś prawa duchowego.
Do studiowania praw duchowych powołane są religie, problem tylko z nimi jest taki, że kapłani są tylko ludźmi, a ludzie są omylni.
Jeśli jesteś buddystą, to wiesz, że istnieje coś takiego jak „mapy świadomości”. Jest 7 czakr i 7 stopni ludzkiego rozwoju. Człowiek żyjący na poziomie I czakry nie jest w stanie zrozumieć praw oczywistych dla poziomu VII. Kapłani zajmujący się duszpasterstwem zwykle reprezentują poziom III, najwyżej IV, a ich wierni jeszcze niższe i takie właśnie jest religijne rozumienie praw. Ale w odosobnionych, górskich klasztorach, np. w Tybecie, żyją mnisi rozumiejący prawa we właściwy sposób. I zapewne prawo miłości jest przez nich rozumiane jak należy.
Pozostali miłością nazywają przeróżne kłamstwa i manipulacje. Właśnie koresponduję z pewną panną, która uległa iluzji, że kieruje się miłością. Za sprawą tej iluzji uznała, że ma prawo narzucić mi swoją religię. Żebym i ja była równie szczęśliwa jak i ona.
Tak więc jestem bardzo nieufna, gdy ktoś mówi przy mnie o miłości. Miłość jest jednym z najbardziej nierozumianych pojęć, ale ludzie wprost uwielbiają o niej mówić. W jej imię nawet mordują.

Pozdrawiam
Maria

Zbyszek pisze:
Witam Ciebie Marysiu!!
Serdecznie dziękuję za odpowiedź na mój list i chciałbym tylko nadmienić, że miłość miłuje, a to oznacza, iż nikt z nas nie ma prawa do oceny nikogo i niczego, gdyż jesteśmy częścią całości i doświadczamy.
Żadna religia nie jest odpowiednikiem naszej duchowości, gdyż zostały spaczone one z powodu „żądzy”.
Ludzie, którzy doświadczyli „Światła” przestali postrzegać rzeczywistość w „konwencjonalny” sposób. Jeżeli miałaś okazję przeczytać pozycję M. Newtona to zapewne doskonale zdajesz sobie sprawę z tego o czym mówię.
Każdy z nas ma prawo do własnej drogi życia i nie powinien pozwolić nikomu decydować za siebie. Oddawanie prawa decyzji innym jest podstawowym brakiem zrozumienia tego co mamy za zadanie wykonać w danym wcieleniu.
Mam nadzieję, że nie zanudzałem Ciebie moimi wywodami na temat duchowości.
Jeżeli masz ochotę przedstawić głębszy punkt widzenia w tej sprawie to będę bardzo rad!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
Przesyłam ogrom Miłości i Światła!!
Zbyszek

Maria pisze:
Drogi Zbyszku,
a co właściwie rozumiesz pod owym „przedstawianiem głębszego punktu widzenia w tej sprawie”? W jakiej „sprawie”? W sprawie miłości? Czy w sprawie nie oddawania innym władzy nad sobą?
Jeśli chodzi o to drugie, to temu właśni zagadnieniu poświęcona jest moja strona i blogi. Uważam za swoją „misję” przekonywanie ludzi do tego, że powinni być sobą i kierować się własnym sercem oraz rozumem, a nie nakazami religii czy polityki.
Zachęcam do lektury 🙂

Pozdrawiam
Maria

Zbyszek pisze:
Witam Ciebie serdecznie Marysiu!!
Dziękuję serdecznie za Twoją odpowiedź! Nasuwa mi się jednak pytanie, jak postrzegasz Miłość!
W pierwszym liście piszesz, że „Tybet” rozumie głębiej zasady miłości od przeciętnego człowieka. Teraz zadajesz mi pytanie „co to jest głębsze pojęcie miłości”???????????????
Wielu ludziom wydaje się, że to pytanie jest trywialne, ale odpowiedzieć na nie jest niezwykle trudno. Ludzie mylą pojęcia zaliczając do Miłości uczucia i działania które są całkowicie obce temu stanowi ducha.
Każdy człowiek (a raczej dusza) ma misję do wypełnienia w swoim życiu. Aby poznać to zadanie trzeba zgłębiać własne „Oświecenie” a to temat bardzo wymagający.
Jeszcze raz serdecznie dziękuję za Twoją opinię i przesyłam ogrom Miłości i Światła!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
Zbyszek

Maria pisze:
Witam serdecznie Zbyszku,
nigdy nie przyszło mi do głowy, żeby zajmować się teoretycznie miłością. Wszędzie wokół ludzie (za przeproszeniem) wycierają sobie twarze tym słowem, ale zauważyłam, że ci, którzy robią to najczęściej o miłości pojęcia raczej nie mają. Na przykład uważają, że wyrazem miłości jest stałe „chrześcijańskie napominanie bliźniego”, które jest niczym innym, jak pełnym duchowej / moralnej wyższości pouczaniem celnika przez faryzeusza.
O namiętności damsko-męskiej nawet nie wspomnę, bo to jest trywialne. To z miłością nie ma zupełnie nic wspólnego, chociaż całe pokolenia poetów opiewają to w wierszach jako „miłość”. Zawsze twierdziłam, że poeci potrzebują gruntownej i profesjonalnej psychoterapii. (Ale jestem nieromantyczna, prawda?)
Teoretyzowanie na temat miłości nie jest moją specjalnością. I raczej nie zamierzam tego robić również w przyszłości. Piszę tak dlatego, że zawracanie sobie głowy tym tematem prowadzi do fałszu i duchowego zakłamania.
Ja wolę inne formy pracy, niż kaznodziejskie przynudzanie. W moich tekstach słowa „miłość” raczej nie znajdziesz, nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek o tym pisała (o, przypomniałam sobie, pisałam raz, w tekście o medium Johnie Edwardzie).
Miłości nie można sobie intelektualnie narzucić. Do tego trzeba dorosnąć. A co więcej – miłość wcale nie musi się manifestować w postaci obrzydliwej i przyprawiającej o mdłości słodkości. Wręcz przeciwnie, prawdziwa miłość wyraża się niekiedy w trudny i niezbyt przyjemny sposób, np. kiedy musimy zawrócić z drogi narkomana. Słodzenie w takim przypadku prowadzi do klęski. Tu jest potrzebna „twarda mowa” i brutalne zagrożenie przykrymi konsekwencjami oraz bezwzględne trzymanie się tych nie kojarzących się z miłością zasad.
Czy zwykły, „opętany” miłością adept krzywej ścieżki rozwoju zdobyłby się na coś takiego? Na pewno nie! Bo dla niego miłość to gesty, puste słowa, farsa i teatrzyk.
Moja miłość nie jest słodka, ja bywam brutalna. Walę czasem różne prawdy prosto w twarz. I tym sposobem budzę ludzi z miłosnej (i każdej innej) iluzji, w której są pogrążeni. Ale jakoś nigdy nie przyszło mi do głowy głoszenie na prawo i lewo, że robię to z miłości. Ja to robię z rozsądku, a jedynym kryterium skuteczności jest końcowy efekt: jeśli człowiek „wyzdrowiał” i wyszedł w iluzji, to uważam to za sukces.
Obawiam się więc, że o miłości raczej nie pogadamy 😦 Prawdę mówiąc mam coś w rodzaju alergii na to słowo.

Pozdrawiam
Maria

Zbyszek pisze:
Witam Ciebie Marysiu!!
Dziękuję serdecznie za Twoją opinię w sprawie Miłości. Duchowość człowieka w samej sobie jest miłością i tylko od nas samych zależy czy to zdołamy zrozumieć i „wydobędziemy” z siebie.
Każdy ma prawo na swój sposób postrzegać miłość, ale czy jest to właśnie to uczucie o którym mówimy?
Relacje ludzi, którzy przeżyli własną śmierć są jednoznaczne „wszechogarniająca miłość”.
Ludzie którzy dotknęli „Światła” zmienili natychmiast swój sposób życia i postrzegania innych, a to za sprawą właśnie tego uczucia którego doznali podczas opuszczenia własnego ciała.
Wyrażanie miłości w postaci całego życia, ale również w postaci słów przy określonych sytuacjach jest wręcz konieczne, bo „lunatykom” duchowym zaczyna świtać idea tego uczucia.
Jak wiesz każda przemoc jest złem, nawet jeżeli w pierwszej fazie przynosi określony skutek, i to jest mottem działania setek ludzi na ziemi.
Malutki, chudziutki człowieczek z Indii nie używał przemocy, ale miłości do osiągnięcia celu który sobie wyznaczył.
Wiara w to co się czyni, u podstaw której leży miłość jest przeogromną siłą twórczą, której potęga jest niewyobrażalna.
Piszesz o narkomanii i uzależnieniach, a także jak w bezwzględny sposób pokonać „demona”. Jeżeli podstawą działania nie będzie miłość nie osiągnie się niczego.
Jeszcze jedna niezwykle istotna sprawa. Ludzie uzurpują sobie prawo do oceny zdarzeń,ludzi itd…, którego de facto nikt z nas nie ma. Jest takie bardzo trafne powiedzenie „Jestem odpowiedzialny więc nie oceniam”
Jeżeli będziesz miała ochotę i okazję to przeczytaj Khalila Gibriana „Prorok” myślę, że to rzuci inne światło na sprawę miłości.
Przesyłam ogrom Miłości i Światła!!!!!
Zbyszek

Maria pisze:
Kochany Zbyszku,
nie każdemu jest dane przeżyć śmierć kliniczną, a nawet jeśli jest dane, nie każdy doświadcza mistycznych przeżyć z tym związanych. Są tacy, którzy ze śmierci klinicznej nie mają żadnych wspomnień albo pamiętają wyłącznie pustkę i ciemność. Dlatego raczej Twoje rady dotyczące tego typu wglądu są mało praktyczne. Wymagają one takiej samej wiary, jak wiara religijna.
Jeśli zaś chodzi o Gibrana i jego „Proroka” to mam tę książkę i znam ją bardzo dobrze, była to jedna z pierwszych moich lektur, jakieś ćwierć wieku temu (miałam ją w wersji powielaczowej), gdy byłam początkująca na tej ścieżce. Od tamtej pory przeczytałam setki, a może nawet więcej niż setki książek.
Khalil Gibran powiedział: „Nauczyciele często są jak szyby: pozwalają widzieć prawdę, ale oddzielają od rzeczywistości”, dlatego już od dawna nie szukam nauczycieli i nie korzystam z niczyich „dobrych rad”. Kieruję się własnym osądem. Kieruję się też radą Babaji: „Prawdy szukaj w medytacji, a nie w zakurzonych księgach. Aby ujrzeć księżyc, patrz w niebo, a nie w sadzawkę”. Dlatego patrzę w niebo i medytuję. I słucham Boga. Bóg jest we mnie. Bóg jest wszędzie, bo wszystko jest Bogiem. Nie muszę teoretyzować na temat miłości. Jeśli trzeba postępuję jak Jezus, który wpadł we wściekłość, poprzewracał kramy handlujących w świątyni i na pożegnanie przyłożył im sznurem, którym była przepasana jego szata.
Skoro Jezusowi wolno, wolno i mnie.
Jeśli chodzi o misjonarzy przeróżnych światopoglądów, to nie ma tygodnia, żeby mnie jakiś nie próbował przekonać, że to właśnie on posiadł ostateczną mądrość i że powinnam podążyć właśnie za nim. Zrozum, że nie mogę podążać za każdym, który jest przekonany o swojej oświeconej mądrości. Zbyt wielu jest takich, a ja jestem tylko jedna. Nie podzielę się więc, żeby wysłać za nimi jakąś cząstkę siebie.
Ostatnie wpisy na obu moich blogach mówią właśnie o tym. Na „starym” blogu opisuję swoje zmagania z jakąś nawiedzoną misjonarką chrześcijańską, a na ezoterycznym zajmuję się problemem „jedynej prawdy jaka jest”.
Nie ma jedynej prawdy. Każdy człowiek jest na innym etapie i każdy żyje według tego, do czego aktualnie dorósł. Nikt nie przeskoczy swojego poziomu, więc nie ma sensu nikogo uczyć ani nawracać. Jak dorośnie, sam zrozumie. Bo prędzej czy później każdy stanie się Bogiem i każdy zrozumie boską naukę. Ale nie wcześniej.
Łapanie ludzi do określonych szkół myślenia jest w rzeczywistości łapaniem duchowych niewolników. Zastanów się, komu i do czego potrzebni są owi niewolnicy i jaką korzyść czerpią z ich posiadania „nauczyciele”. Czy to ma coś wspólnego z miłością? A może raczej z eksploatacją lub pasożytnictwem?
Jak napisałam: nie zajmuję się miłością. Nie znam się na tym. W ogóle mnie to nie interesuje.
Dla mnie istnieje tylko jedno kryterium: jakie konkretne owoce wydaje czyjaś praca i życie. Jeśli ktoś stale gada o miłości, ale jego żona choruje na depresję, a dzieci są znerwicowane, to na pewno jego „miłosna praca” nie wydaje właściwych owoców.
Jeśli natomiast ktoś nie gada nigdy o miłości, lecz w jego rodzinie panuje harmonia i zdrowie, wtedy owoce są dobre.
Mam nadzieję, że mnie rozumiesz?

Pozdrawiam
Maria

——————

I tu przyznam się, że się w końcu wkurzyłam… Ile razy można tłumaczyć to samo? Ponieważ Zbyszek najwyraźniej uważa siebie samego za mistrza, a mnie za głuptasa, odpowiedziałam tym razem twardo i po skorpionowemu:

Zbyszek:

> Witam Ciebie Marysiu!!!
>
> Dziękuję za Twoje spostrzeżenia i uwagi na temat życia i miłości.
> Mam dziwne odczucie, że, jak to określasz „Dla mnie istnieje tylko jedno
> kryterium: jakie konkretne owoce wydaje
> czyjaś praca i życie) chodzi Tobie przede wszystkim o efekty
> fizyczno-materialne, a to chyba nieporozumienie.

Maria: Tak, znasz mnie lepiej, niż ja znam siebie. Jestem skrajną materialistką i wszystko robię wyłącznie dla kasy, sławy i własnej korzyści, bez liczenia się z dobrem innych, więc ich depczę, bo liczy się tylko mój cel. Nawet z tego powodu koresponduję z tobą. Zarobię za to miliony, amen.

Zbyszek:

> Pisałaś wcześniej o nałogach i jak je zwalczasz. Czym się różni
> misjonarz który chce Ciebie nawrócić na swoją ścieżkę od Ciebie która
> wie co dla narkomana najlepsze. Objawy fizyczne w przypadku uzależnienia
> są odzwierciedlenia przemian duchowych.

Maria: Działam na chama. Biorę narkomana za ryj, przywalam mu serię z pięści i jest uzdrowiony. Proste.

Zbyszek:

> Widocznie dana osoba musi doświadczyć tego aby zrozumieć coś głębszego.
> Kto dał prawo komukolwiek do osądu i kierowania czyimś życiem? Ja mam
> kilka lat i przeżyłem już ten okres w którym maił nas uszczęśliwić
> wszystkich bez wyjątku Marks, Lenin, Breżniew………
> Przyjmując takie postawy już mielibyśmy „Świętą Inkwizycję”

Maria: W świętej inkwizycji pobierałam nauki, więc działam skutecznie i w d. mam czyjeś lekcje. Kto nie ze mną, tego na stos. Upiekłam już tysiące kacerzy, zaraz upiekę i ciebie.

Ja mam 13 lat i tak sobie tylko pieprzę. A kto to był Breżniew? W życiu nie słyszałam!

Zbyszek:

> Piszesz o Bogu ale jakim Bogu? Ja znam tylko Stwórcę. To co opisuje
> Biblia jest opisem barbarzyńcy i mordercy z którym ja się nie utożsamiam
> mentalnie.

Maria: Kocham Jahwe, przekonał mnie, że trzeba miecza i krwi, że należy pokrywać trupami wzgórza, a ulicami lać krew i że pomsta jest rzeczą szlachetną i piękną. Skoro „bóg” jest psychopatą, to nic dziwnego, że cała ta cywilizacja też jest rządzona przez psychopatów. A więc przystępuję do nich, będę rżnąć, gwałcić, palić i grabić.

Zbyszek:

> Wielu twierdzi, że zabijanie w imię „Boga” jest słuszne, ale ja jestem
> daleko od tego.

Maria: A ja przeciwnie, i zaraz utnę ci ten arogancki, zarozumiały i pełen pychy łeb przy samej dupie, jasne?

Zbyszek:

> Piszesz również o efektach w rodzinie „Jeśli natomiast ktoś nie gada
> nigdy o miłości, lecz w jego rodzinie
> panuje harmonia i zdrowie, wtedy owoce są dobre.”
>
> Co oznacza nie gada? W jaki sposób wyrażasz swoje uczucia do bliskiej
> osoby? Milczysz, ignorujesz, wszystko ukrywasz? Ja nie miłuję dla
> „efektów” tylko dla miłowania. Nie oceniam innych, czy są zdrowi czy
> chorzy, bo choroba to przyczyna stanu duchowego, a ja nie znam stanu
> duchowego np. moich sąsiadów i nikt mi nie dał żadnego prawa do osądu
> innych.

Maria: W rodzinie nikogo nie słucham, nie przytulam, nie mówię o miłości, lecz zgodnie z zaleceniem Biblii walę synów rózgą. Sąsiadów surowo oceniam i obgaduję tak jadowicie, że boją się wyjść z domu. Jestem chodzącą psychopatologią i nienawiścią. Mówiąc wprost: do pięt ci nie dorastam i niegodna jestem czytać twoich oświeconych słów. Idź więc gdzie indziej, może trafisz na kogoś lepszego i bardziej godnego.

Zbyszek:

> Moim skromnym zdaniem w moim życiu duchowość ma pierwszeństwo nad
> materializmem. Jeżeli stan duchowy jest „wspaniały” nie mam problemu z
> osiągnięciem wyznaczonego celu, ale to nie cel jest priorytetem, to stan
> ducha jest moim celem.
>
> Przesyłam ogrom Miłości i Światła………………………
>
> Zbyszek

Maria: A dla mnie liczy się tylko kasa, sława, kariera i zaszczyty. Pragnę władzy i jutro wedrę się do pałacu prezydenckiego, zarżnę jego mieszkańców i udekoruję swoją głowę laurem. Bo ja jestem jedyną osobą, nadającą się do rządzenia. Pokażę wszystkim, czym jest władza…

——

Kurde, co się dzieje z tymi zakłamanymi misjonarzami? Ledwie spławiłam jedną nawiedzoną, a zaraz zjawił się kolejny. Pogięło was, czy co?

I to w sytuacji, kiedy naprawdę OGROMNYMI wołami napisałam nad wejściem do skrzynki mailowej:

UWAGA!!! MISJONARZOM DOWOLNEJ RELIGII ORAZ KRZYŻOWCOM WSTĘP SUROWO WZBRONIONY!!!

A może byś tak najpierw zechciał poznać moją stronę www i blogi? Tam jest cała prawda na mój temat. Zamiast zawracać mi głowę i okradać mnie z czasu po prostu PRZECZYTAJ, a będziesz wiedział, kim jestem, co sądzę o Jahwe i totalitaryzmach. A przy okazji może trochę się nauczysz.

A teraz idę zalewać kubłami miłości Hitlera. Na pewno go to zmieni. I stanie się aniołem. Nie będę go oceniać. Nie będę go osądzać. Będę go kochać. Aż do zatracenia.

Pozdrawiam
Maria

Ci upierdliwi misjonarze, wrrrr

Przeniesione ze starego bloga (2008-08-31 20:57:35)

Taka żesz ich mać…

Na swojej stronie, przed adresem mailowym, umieściłam komunikat, że nie życzę sobie żadnego nawracania. Pod linkiem obok tej informacji jest odezwa do nawracaczy, w której apeluję o uszanowanie mojego prawa do decydowania o sobie i swoim światopoglądzie.

Na jakiś czas nawet pomogło, ale jak się okazało, są osoby tak bardzo pragnące mojego szczęścia, że ignorują nawet takie otwarte i dobrze widoczne apele.

Wpada mail do mojej skrzynki. Kobieta grzecznie pyta, dlaczego zmieniłam wyznanie, więc jej równie grzecznie odpowiadam, że niczego nie zmieniłam, ponieważ ani żadnego wyznania nie posiadałam, ani żadnego nie przyjęłam.

Na co ona dalej grzecznie pyta, czy cierpię z jakiegoś powodu, czy może mam jakieś problemy, nałogi, złe nawyki… może obgaduję ludzi albo coś?

Równie grzecznie odpowiadam, że różnie w życiu bywało, cierpiałam np. na depresję, ale szczęśliwie pozbyłam się wszelkiego tałatajstwa dzięki metodzie duchowego uzdrawiania, którą praktykuję.

Na co ona wyraża współczucie, że byłam taka biedna z powodu tej niedobrej depresji i rzuca się na mnie z radosną nowiną, że Jezus mnie kocha i z tej miłości mi tę depresję odbierze.

Odpowiadam, że przykro mi, ale Jezus się spóźnił i depresję odebrała już ode mnie konkurencja, więc dziękuję, nie skorzystam.

A ta niezrażona dalej swoje.

Próbowałam jej uświadomić, że nawracając nie szanuje bliźniego i jego prawa do wolnego wyboru. A ona na to, że wszystko racja, ale jej racja jest jedyna. Co z taką robić? Nie ma sposobu, niestety. Na tym właśnie polega religijny obłęd, że jest nieuleczalny, bo rzekomo zesłany przez samego boga.

Próbowałam używać różnych racjonalnych argumentów, ale sama nie wiem po co, bo przecież doskonale wiem, że na bożych szaleńców nie ma sposobu.

Ale to mi się udało (chyba):

Nie przyszło pani do głowy, że każdy szukający religijnego szczęścia może sam wejść do kościoła? Kościoły stoją nawet w zabitych dechami wiochach. We wsi może nie być szkoły ani lekarza, ale kościół wielki jak stodoła i kapiący złotem zawsze pyszni się w samym centrum. Człowiek może być pozbawiony edukacji, ubrań, jedzenia oraz pomocy medycznej, ale nikt nie jest pozbawiony szansy spotkania z religią. Księża chodzą po domach po kolędzie, docierają do wszystkich, nawet do tych, którzy sobie tej wizyty nie życzą, czyż to nie wystarczy?

Skoro kościoły są wszędzie, skoro religia jest wmuszana siłą w dzieci już od przedszkola, przez całą podstawówkę, gimnazjum i liceum, skoro katolicka moralność obowiązuje wszystkich bez wyjątku, nawet ateistów, a wiadomości z życia katolików i KRK uroczyście komunikowane są niewierzącym i innowiercom w ogólnonarodowych dziennikach radiowych i telewizyjnych, to może tej chrześcijańskiej agitacji jest już tak bardzo za dużo, że aż do wyrzygania?

I jeszcze o szczęściu: każdy ma prawo do swojej własnej wizji szczęścia. Dla jednego jest to religia, dla innego ateizm, jeszcze dla kogoś jest to łażenie po górach, a dla mnie jest to wolność od upierdliwych „uszczęśliwiaczy na siłę”. I sądzę, że nie jestem jedyna na świecie. Dlatego w imieniu udręczonej misjonarstwem ludzkości apeluję: opanuj się kobieto. To, co pani robi jest formą opętania. Duchem opętującym jest katolicki egregor. A o egregorach można przeczytać nie tylko u mnie, ale i w wielu innych miejscach w sieci. Miłej lektury.

Mój flirt z Biblią i bogiem Jehową

Przeniesione ze starego bloga (2007-07-27 02:08:22)

Pod wpływem dyskusji z katolickim fanatykiem (cóż za zakuty łeb!) umieściłam w swoim forum dyskusyjnym taką oto „spowiedź”:

Jak już wcześniej gdzieś tu pisałam, wychowałam się bez religii i czułam się naprawdę wolna, szczęśliwa i spokojna. Ale kiedyś (byłam wtedy młodą mężatką i matką) zastukali do mnie Świadkowie Jehowy, a ja, głupia, nie słuchając przestróg mądrych ludzi, wpuściłam ich do domu, zaproponowałam herbatkę i ciasteczka i zgodziłam się wysłuchać ich opowieści.

Przynieśli ze sobą Biblię i zaczęli nawijać, często gęsto z niej cytując i tłumacząc mi, co Jehowa chciał przez to powiedzieć. Ci ludzie byli bardzo sugestywni. Biblię studiowali dogłębnie i znali ją na pamięć. Potrafili natychmiast znaleźć na moje żądanie każdy, dowolny cytat. Żaden katolik nie mógłby im w tym dorównać, chyba nawet ksiądz.

Na początku było nawet dość przyjemnie, ale później, w miarę, jak zagłębialiśmy się w „nauki Pisma” coraz głębiej zaczęłam się czuć coraz gorzej. Im dłużej zgłębiałam Pismo, tym większe przerażenie mnie ogarniało. Straciłam apetyt, miałam podkrążone, zalęknione oczy i tragiczny wyraz twarzy. W końcu znalazłam się na skraju najprawdziwszej, klinicznej paranoi. Zaczęłam wyglądać symptomów zbliżania się końca świata… i co gorsze zaczęłam je widzieć! Jeszcze krok dalej i wpadłabym w ciężkie stany lękowe lub psychozę.

Zaczęłam się bać własnego cienia. Wszyscy ludzie wokół (rodzina: mąż i dzieci, sąsiedzi, wszyscy!) wydawali mi się straceni, bo przecież, nie znając Pisma, skazani byli na śmierć i unicestwienie (ŚJ nie wierzą w piekło, lecz w śmiertelność duszy tych, którzy nie zostaną zbawieni). Przerażało mnie to, że będę musiała powiedzieć swojej rodzinie, że uwierzyłam w Pismo (co za wstyd!) i że oni też muszą – dla własnego dobra i zbawienia. Ta perspektywa wydawała mi się naprawdę jakimś horrorem w ogóle nie wyobrażałam sobie, jak mogłabym to zrobić. Wiedziałam, że uznają mnie za wariatkę i że będą próbowali zrobić wszystko, żeby mnie z tego wyciągnąć.

Jednak wcale nie to wydawało mi się najgorsze!

Najbardziej przerażająca, wręcz niszcząca dla mojej psychiki była myśl, że jeśli Jehowa jest bogiem, to znaczy, że… JESTEŚMY W PIEKLE!!!

W końcu lęk tak się zagęścił, że aż się ocknęłam.

To było jak przebudzenie z potwornego, nocnego koszmaru.

Popatrzyłam w niewinne oczy swoich małych jeszcze wtedy dzieci i zrozumiałam, że nie mogę im tego zrobić. Nie byłabym w stanie zabić radości i niewinności tych istot. Uściskałam je i wygoniłam go ogrodu, żeby się beztrosko bawili. Patrzyłam, jak radośnie biegają i śmieją się. I to mnie uratowało…

To był ostateczny koniec mojego flirtu z bogiem Jehową i jego demoniczną książką. Mam nadzieję, że nawet w obliczu ciężkiej choroby i śmierci nie dam sobie wcisnąć tej szatańskiej strawy duchowej.

Jak spławić natrętnego misjonarza?

Przeniesione ze starego bloga (2007-06-22 21:27:25)

Coś się porobiło i po długim okresie spokoju przeżywam znowu zmasowaną inwazję osób pobożnych, które tym się odznaczają, że swoją ścieżkę uważają za jedyną właściwą i wiodącą do celu. Nic więc dziwnego, że moja im nie pasuje.

Jeden misjonarz chciał ze mnie uczynić owieczkę boga Jehowy, inny pobożny kolega uznał mnie za ateistkę, więc nawet nie chciało mu się pisać, co o mnie myśli, pewna pani, oburzona moim tekstem Wiara oskarżyła mnie o fanatyzm antyreligijny i nietolerancję (naprawdę ten tekst jest fanatyczny???), a zaraz potem inny pan uznał, że nie marzę o niczym innym, jak tylko o tym, żeby przeczytać jego strzeliste wyznanie wiary w Wielki Powszechny i Apostolski Kościół, więc mi je wpakował do skrzynki pocztowej.

Kolejny był niezrażony i w żaden sposób nie dało się go spławić, aż mnie w końcu wkurzył. Kiedy w ostatnim poście napisał do mnie, żebym się uśmiechnęła, wnerwiona odpisałam: „nie mogę, bo jestem opętana przez szatana, który wykręcił mi gębę straszliwym grymasem”. I o dziwo, po tym zdaniu poszedł do czorta!

Skoro zarzuca mi się nietolerancję religijną, to pomyślałam sobie, że może trochę się wybielę, jeśli pokażę przykład prawdziwego, antyreligijnego fanatyzmu. Ba, wręcz fundamentalizmu ateistycznego!

Kto zgadnie, czyje to słowa?

Bóg Starego Testamentu to chyba jeden z najmniej sympatycznych bohaterów literackich: zawistny (i dumny z tego), małostkowy i niesprawiedliwy typ, z manią na punkcie kontrolowania innych i niezdolny do wybaczania, mściwy i żądny krwi zwolennik czystek etnicznych, mizogin, homofob i rasista, dzieciobójca o skłonnościach ludobójczych (i morderca własnych dzieci przy okazji), nieznośny megaloman, kapryśny i złośliwy tyran. Ci z nas, którzy od najwcześniejszego dzieciństwa się z nim stykają, nie dostrzegają tego horroru. Dopiero błogosławiona niewiedza stwarza odpowiednią perspektywę. Syn Winstona Churchilla, Randolph, jakoś zdołał przetrwać bez znajomości Pisma aż do czasów wojny, a dokładnie do chwili, gdy Evelyn Vough i jego brat, oficer (którzy najwyraźniej chcieli spokojnie pogadać) nie namówili go na szczególny zakład – na pewno nie zdoła przeczytać całej Biblii przez jedną noc! „Rezultat, niestety, nie był taki, jak oczekiwaliśmy. Randolph nigdy wcześniej nie czytał ani kawałka Biblii i teraz lektura podekscytowała go niepomiernie. Co chwila odczytywał nam na głos jakiś fragment z komentarzem ‘Idę o zakład, że nie wiedzieliście, że to z Biblii’ albo z rechotem przekładał kolejną kartkę, mamrocząc pod nosem ‘O Boże, ależ z tego Boga kawał sukinsyna’”. Thomas Jefferson – bez wątpienia bardziej oczytany – miał podobne odczucia: „Bóg Mojżesza to istota o strasznym charakterze – okrutna, mściwa, kapryśna i niesprawiedliwa”.

Konkursu nie rozpisuję i nagród nie rozdaję, więc od razu rozwiązuję zagadkę: to mój „ulubieniec” Richard Dawkins, fundamentalista ateistyczny. Ten „portret” starotestamentowego bóstwa jest jedynym poglądem, który podzielam z Dawkinsem.

Dawkins wydaje się wierzyć, że owa nikczemna i demoniczna istota jest Bogiem i to przeciw niej wytacza swe ogromne, ateistyczne działa. Utożsamiając Demiurga (czyli postać wykreowaną i czczoną przez religię) z Bogiem popełnia błąd logiczny, którego człowiek inteligentny popełniać nie powinien. Ale mnie to nie dziwi, jako że ateiści, dokładnie tak samo, jak ludzie zniewoleni przez światopogląd religijny, są ślepi na jedno oko.

Błąd ten jest tak powszechny, że chyba nie da się go wyeliminować. Przykre, a nawet tragiczne jest coś innego – że wyganiając demony z duszy opętanego wciska im się z radością inne nie mniej straszne opętanie – opętanie rzekomą „boskością”. Problem w tym, że owym „bogiem” uwalniającym z opętania jest nie Bóg przez duże „B”, lecz bóg przez małe… czyli cała zgraja egregorów fałszywej religii z „Bogiem osobowym” na czele.

PS. O co mi chodzi z tym bogiem przez małe „b”? Wyjaśnienie zagadki znajduje się w opowieści pt. „Taka sobie kosmiczna bajeczka„. Polecam też moje credo.

Przesłano mi słowa chrześcijańskiej miłości


Przeniesione ze starego bloga (2007-06-07 00:17:11)

Dostałam maila, który jest najlepszym przykładem zbawiennego wpływu religii chrześcijańskiej na ludzi. Ileż w tym miłości bliźniego, gotowości do wybaczania, potrzeby nadstawiania drugiego policzka i czegóż tam jeszcze chcecie. Na nowym blogu wkrótce umieszczę tekst o religii i ateizmie, a na razie nie będę więcej ględzić, oceńcie sami, czy religia ma dobry wpływ na ludzi:

Witaj, Jest Pani przykładem dlaczego kobiety nie powinne studiować- manipulacje jakie serwuje Pani ludziom odwiedzającym tę stronę z pewnością zostaną Pani w odpowiedni sposób odpłacone: no cóż nie jest Pani pierwszą kombinatorką zarabiajacą w ten sposób.pożyjesz, umrzesz i bądź pewna poznasz jak bardzo byłaś w błędzie.
I na koniec mnie nikt nie prał mózgu-w wieku 20lat świadomie przyjąłem Jezusa w sakramencie Eucharystii- I zapewniam Gdybyś wiedziała jakie zgorszenie i błędne poglądy głosisz zrobiłabyś to co Chrystus powiedział -kamień doszyji i w głębię.
Ale Jezus i za ciebie poniósł śmierć-to czy zbawienie przyjmiesz to już od ciebie zaleźy.
Ja nie cierpię Największą radością mojego życia jest spotkanie Boga Żywego, szanuję życie a autorytetem jest dla mnie Pan i Zbawiciel Jezus Chrystus Syn Boga Żywego – A Ty Kobieto małej wiary cóż twój bożek ci się objawi, wyjdzie kiedyś z cienia-oj zdziwisz się widząc dla kogo głosiłaś to co głosisz. Idę o zakład że się zdziwisz jak go zobaczysz -ciepło ci sie zrobi na wieki. Aaron

Jak widać jest tu cała klasyka gatunku: antyfeminizm („kobiety nie powinne studiować”), zapowiedź straszliwej kary i pomsty ze strony Jezusa („zrobiłabyś to co Chrystus powiedział -kamień doszyji i w głębię”) i radosna satysfakcja z myśli, że za swe herezje trafię na wieki do piekła („się zdziwisz jak go zobaczysz -ciepło ci sie zrobi na wieki”).

{astromaria} 2007-06-07 00:17:11

Tolerancja na religijny spam

Przeniesione ze starego bloga (2006-05-08 16:03:58)

Zdumiewająco często znajduję w swojej Księdze Gości lub w skrzynce mailowej popisy średniowiecznej, bardzo napastliwej nietolerancji religijnej. W sumie nic takiego, normalka można by rzec. Perfidia jednak polega na tym, że kiedy próbuję ich przegonić lub odpierać atak wyjaśniając, że przysługują mi prawa konstytucyjne do posiadania własnych wierzeń i przekonań dowiaduję się, że jestem… nietolerancyjna!

Niedawno pewna damulka przekonywała mnie, że gdybym była osobą tolerancyjną, to czytałabym wpychane do mojej skrzynki mailowej (absolutnie przeze mnie nie zamawiane!) pisma kościelnych oszołomów pokroju ojczulka Verlinde. A skoro je wyrzucam i nazywam spamem daję tym samym dowód na to, że tej tolerancji nie posiadam.

Dziś z kolei pewna słuchaczka wiadomej stacji radiowej napisała do mnie tak: „Zastanawiam się czy nietolerancja pomaga Pani w poznawaniu ludzi i w astrologicznym doradztwie?” Odpowiedziałam: „Przejawy nietolerancji, wręcz fanatycznej nienawiści otrzymuję niemal każdego dnia. Jak dotąd nie znalazłam skutecznego sposobu, żeby się przed nią jakoś zabezpieczyć. Rzecz jasna żaden z tych inkwizytorów nie prosi o moją pomoc, raczej to oni proponują mi swoją pomoc, która polega na propozycji usmażenia mnie żywcem na stosie. Pani ma chyba jakieś problemy z logicznym myśleniem, skoro myli pani skutki z przyczynami, agresora nazywając ofiarą, a ofiarę napastnikiem. Powtarzam raz jeszcze – to nie ja atakuję, to oni atakują mnie i to ja jestem ofiarą ich nietolerancji”.

W dalszej części korespondencji znalazłam takie oto pytanie: „Czy doradza Pani tylko wybranym – wyznawcom New Age?” Moja odpowiedź: „Nie znam żadnych wyznawców New Age, ale rzeczywiście pracuję wyłącznie z ludźmi świadomymi i pragnącymi pracować nad sobą. Ludziom zapiekłym w złości i nienawiści nie potrafię pomóc. Ja się nikomu nie narzucam, nikogo nie zmuszam do przyjęcia mojej pomocy, pomagam tylko tym, którzy sami poproszą. Krzyżowcy o tę pomoc nigdy nie proszą, bo nie chcą się zmienić. Oni są dumni z tego, że są tacy źli i wierzą w to, że fanatyzm ich zbawi”.

Ta pani najwyraźniej zapomniała, że katolicy mają zakaz korzystania z usług astrologów, więc odmawiając im pomocy oddaję im przysługę, dbając o to, żeby za sprawą szatańskiego okultyzmu nie trafili do piekła.

Dalszy ciąg to prawdziwe kuriozum: „Jeśli ma Pani odrobinkę cywilnej odwagi i jeśli JEST Pani astrologiem – będę miała odpowiedż. Brak odpowiedzi też będzie odpowiedzią”. To mi cuchnie jakimiś toksycznymi chwytami psychologicznymi poniżej pasa, ale co się za tymi słowami kryje naprawdę nawet nie chce mi się dociekać. W pierwszej chwili chciałam tego śmiecia wyrzucić do kosza, bo tylko na to w moim przekonaniu zasługiwał, ale skoro sama się tego domagała, do dostała odpowiedź. Przykro mi, że wielce skorpioniastą, ale to nie ja zaczęłam… „Kto mieczem wojuje, ten od miecza ginie”.

Ufff… tak właśnie wyglądają moje potyczki z moherowymi beretami (nawet nie przypuszczałam, że mohery zajmują się astrologią). Zero logiki, brak samokrytycyzmu i niezdolność do refleksji. Ale ten list i tak jest arcydziełem, bo przynajmniej udało mi się zrozumieć o co chodzi. Większość pisze tak bełkotliwie, pretensjonalnie i z taką ilością „ortografów” i literówek, że żadną miarą nie da się tego rozszyfrować.

P.S. Wczoraj zauważyłam, że mohery opanowują wciąż nowe metody walki i doskonalą stare. Słuchałam audycji, w której ważnym elementem są wypowiedzi słuchaczy i ich komentarze „na żywo”. Oczywiście, jeśli ktoś używa „brzydkich wyrazów” lub jego wypowiedź jest chamska jest po prostu rozłączany. Żeby więc uniknąć ryzyka takiego rozłączenia sprytne paniusie wykrzykiwały szybko jedno krótkie, napastliwe zdanie i rzucały słuchawką. To zdarzyło się nie raz i nie dwa, to było stałym przerywnikiem programu, który w sumie trwał 3 godziny.