Channelingi, szkoły rozwoju duchowego i racjonalizm

Wydaje się niewłaściwe mieszanie tak (pozornie) różnych rzeczy w jednym worku, ale spróbuję tu dowieść, że wszystkie te nauki i grupy mają charakter lucyferyczny. Jak już pisałam, nie jestem wyznawczynią nauk biblijnych, ale są one dla mnie źródłem inspiracji, ponieważ Biblia jest zapisem przedwiecznych mitów, a te z kolei są odbiciem dawnej, nierzadko zaginionej mądrości. Opowieści tych nie należy taktować dosłownie, lecz jako alegorie i tematy do własnych przemyśleń.

Podobnie potraktował tę księgę Rudolf Steiner, tworząc inspirującą opowieść o Lycyferze i Arymanie.

Lucyfer to „niosący światło”, zbuntowany anioł, którego ego tak się rozdęło, że poczuł się mądrzejszy od Stwórcy. Stwórca nie może się kłócić z każdym przemądrzałym aniołem, wymówił więc Lucyferowi gościnę i zrzucił go na ziemię. A tam znalazł on podatną na jego nauki publikę. Lucyfer ma swój rozum, zdecydowanie nie jest głupcem, ale w starciu z Bogiem nie ma żadnych szans. Natomiast w starciu z ogłupioną przez ciemne moce ludzkością jest prawdziwym mistrzem i to on rozdaje tu (znaczone) karty.

Wszystkich channelingów, szkół duchowych i grup kultywujących dowolną filozofię strzegą egregory, które dbają o to, żeby „uwieść” czytelnika, sprawić, by za nimi podążył i utknął możliwie jak na dłużej w duchowym ślepym zaułku. Dlatego przesycone są „prawdą” i „miłością”, bo dzięki temu ludzie otwierają swoje serca i umysły. Tym sposobem stają się podatni na wszystko, co dany przekaz niesie, również na przekazy z gruntu fałszywe. Dobrze skrojone kłamstwo zawiera ponad 90% prawdy. Dobrze skrojone kłamstwo jest przeznaczone dla najinteligentniejszych odbiorców, bo ci są najcenniejszym łupem Lucyfera i działających dla niego egregorów.

Kiedy Lucyfer zrobi swoje, czyli omami i rozkocha w swoich naukach naiwne rzesze, przybywa jego brat Aryman i stawia im na karku swój podkuty, ciężki bucior dogmatu, w który zamienia wszystkie urocze, lucyferyczne nauki. Tak się stało z chrześcijaństwem i z racjonalizmem, a dziś dzieje się z New Age. Kto dał się uwieść tym ideom, ten stał się niewolnikiem i może się spodziewać wszystkiego najgorszego, a przede wszystkim tego, że zostanie zniewolony i pozbawiony wolności samodzielnych dociekań.

Są dwa sposoby na łatwe życie: wierzyć we wszystko albo nie wierzyć w nic. Obydwa zwalniają nas od myślenia [Alfred Korzybski]

„Racjonalista” WIERZY w wszystko, co podają mu do wierzenia jego racjonalistyczni guru i nie wierzy w nic, co mówią niezrzeszeni w tym ruchu.

Aryman wciąż powtarza: „błogosławieni, którzy nie widzieli, ale uwierzyli”. Z tego powodu ruch racjonalistyczny zaliczyłam do tej samej grupy, w której mieszczą się religie i szkoły duchowe.

Od lat konsekwentnie walczę z racjonalistyczną głupotą i sądząc po reakcji obozu przeciwnika muszę być w tym naprawdę dobra. Ponieważ racjonaliści nie mają żadnych racjonalnych argumentów na swoją obronę, mogą z prawdą walczyć jedynie jej wyszydzaniem i wyśmiewaniem lub niewybrednymi atakami na moją osobę. No cóż, nie od dziś wiadomo: poznać głupiego po śmiechu jego.

Kiedy w logiczny sposób zdemaskowałam głupotę „racjonalistów” negujących osiągnięcia sławnej ośmiornicy Paul (skoro ośmiornica typowała na zwycięzcę meczu drużynę zaznaczoną na żółto, logiczny wniosek jest taki, że ci, którzy malowali żółtym kolorem musieli znać wyniki meczów, a z tego wynika kolejny logiczny wniosek, że albo sami są jasnowidzami, albo mecze były ustawione), zareagowali oni na to w sposób, który mnie zupełnie zaskoczył: zaczęli podawać link do mojego tekstu. W pierwszej chwili nie mogłam pojąć, o co chodzi: ja demaskuję ich głupotę, a oni mnie reklamują? Olśniło mnie dopiero po jakimś czasie: skoro racjonalistyczni parafianie są tak bezmyślni, że uwierzyli w nielogiczne wyjaśnienia racjonalistów, to nie ma obawy, że ruszą mózgami i zrozumieją moje wywody.

Obowiązkiem „racjonalisty” jest ślepo i fanatycznie NIE WIERZYĆ w żadne nadprzyrodzone kwestie, takie jak jasnowidzenie czy prekognicja. Racjonaliście nie wolno stracić swojej świętej, racjonalistycznej NIE-WIARY w istnienie spraw nie z tego świata. Dla nich liczy się wyłącznie przynależność do klubu i możliwość dumnego obnoszenia się z etykietką „racjonalisty”, bo to zwalnia ich z wysiłku intelektualnego i trudu używania własnego umysłu. Wmówiono im, że „racjonalista” to człowiek rozumu i to im wystarcza, nie potrzebują na to żadnych dowodów. Ich guru z kolei dawno już odkryli, że wystarczy wmówić owieczkom, że oni, jako „racjonaliści” kierują się rozumem i mają patent na prawdę i rację i samo to gwarantuje im władzę absolutną i rząd dusz. Sprytni ci ludzie wiedzą, że „racjonalistyczni” parafianie są za głupi, żeby odkryć prawdę i zbyt leniwi, żeby sobie nad nią samodzielnie łamać głowę.

Racjonalista (identycznie zresztą jak moherowy berecik) nie ma prawa uczyć się astrologii, nawet, jeśli jego najszczerszą intencją jest jej naukowe obalenie. Samodzielne sprawdzanie prawdziwości przekonań przekazywanych przez racjonalistycznych guru / prowincjonalnych klechów jest surowo zakazane, bo z całą pewnością skończyłoby się zdemaskowaniem ich kłamstw i odejściem z sekty.

Wielu wybitnych astrologów to byli racjonaliści, którzy okazali nieposłuszeństwo swoim mistrzom i ambitnie postanowili przejść do historii jako ci, którzy starli astrologiczny zabobon z powierzchni ziemi (jakże naiwna musi być wiara, że na przestrzeni tysięcy lat historii ludzkości nie znalazł się nikt, kto by tego dokonał przed nimi – a jakoś encyklopedie nie wymieniają nikogo).

W tym momencie mojego wywodu „racjonalistom” już dziękuję, dalszy ciąg będzie dla was nie do przyjęcia, bo będzie o czymś, co przecież „nie istnieje”. Darujcie więc sobie jego czytanie.

Wróćmy zatem do rozważań duchowych.

Moim zdaniem ścieżka jest tylko jedna: do Boga. Nie do Jahwe czy innych, niższych bytów pokroju Lucyfera, lecz do Stwórcy, który stoi na początku i na końcu drogi. Wszyscy do niego zmierzamy i wszyscy tam dotrzemy, tyle tylko, że możemy wybrać nieskończenie dużo dróg i dowolnie długi czas wędrówki, również po bezdrożach i jałowych pustyniach. Jeśli robimy to świadomie i przy tym dobrze się bawimy, traktując to jako przygodę i okazję do rozwoju, to OK. Nawet, jeśli komuś zdarzy się uwierzyć w którąś z bajek Lucyfera i wpaść w fanatyczną wiarę, która uwięzi nas na długo, oj na długo, to i tak uwięziony w końcu ma szansę oprzytomnieć i wrócić na szlak.

Dlatego warto wziąć sobie do serca rady doświadczonych wędrowców:

Gautama Budda:

Nie wierzcie w jakiekolwiek przekazy tylko dlatego, że przez długi czas obowiązywały w wielu krajach. Nie wierzcie w coś tylko dlatego, że wielu ludzi od dawna to powtarza.

Nie akceptujcie niczego tylko z tego powodu, że ktoś inny to powiedział, że popiera to swym autorytetem jakiś mędrzec albo kapłan, lub że jest to napisane w jakimś świętym piśmie.

Nie wierzcie w coś tylko dlatego, że brzmi prawdopodobnie.

Nie wierzcie w wizje lub wyobrażenia, które uważacie za zesłane przez Boga.

Miejcie zaufanie do tego, co uznaliście za prawdziwe po długim sprawdzaniu, do tego co przynosi powodzenie wam i innym.

William „Bill” Cooper:

Czytaj wszystko, słuchaj każdego. Nie dawaj wiary niczemu, dopóki nie potwierdzisz tego własnymi badaniami.

Dlaczego ludzie to robią?

Postanowiłam trochę popracować nad swoim szczęściem intensywnie inwestując w pozytywne myślenie, a to wymagało odcięcia się od świata. Obłożyłam się stosownymi poradnikami i tak podbudowana zajęłam się medytowaniem.

Rzeczywiście, w krótkim czasie poczułam się znacznie lepiej, zarówno fizycznie, jak i psychicznie, a co więcej, w księdze gości przy mojej stronie www pojawiła się nagle istna lawina entuzjastycznych wpisów (co w dawniejszych czasach bynajmniej nie było tam normą). Oto dowód, że „czary” działają…

Dziś jednak coś mnie podkusiło i włączyłam radio (wszystko dlatego, że rozładował się mój odtwarzacz mp3).

O mój Boże!

Czegóż to ja się nasłuchałam… Najpierw zraniły moje uszy „dżingle” z cytatami wypowiedzi pana Prezydenta – wprost zwaliło mnie z nóg. Potem wysłuchałam podsumowania minionego roku i prognozy na nowy – dowiedziałam się, że było źle, ale w przyszłości będziemy wspominali ten rok jako szczęśliwy w porównaniu z tym, co nastanie w najbliższej przyszłości. Oczywiście gwoździem programu była wojna na Bliskim Wschodzie i kłótnie komentatorów, rzucających się sobie do gardeł w ocenie roli jednej lub drugiej strony konfliktu.

Wyłączyłam radio i zajrzałam do sieci. Studiując wnikliwie pozycję mojego bloga w rankingu na WordPress natknęłam się na blog znajomej feministki. I cóż tam zobaczyłam? Ano to, co zawsze – że faceci to obleśne świnie, a kobiety to głupie pindy, bo im pozwalają, zamiast walić po mordach i ciągać po sądach.

Przerzuciłam się więc na blog gwiazdora racjonalizmu. A tam oczywiście pełen nienawiści atak na radiestezję. Kto oglądał przedostatni odcinek „Strefy tajemnic” ten wie, że w Warszawie jest kilka skrzyżowań ulic, na których ludzie w biały dzień wchodzili pod koła tramwajów i samochodów i gdzie była rekordowa ilość tragicznych wypadków. Nie pomagało przebudowywanie tych miejsc ani wysyłanie tam patroli policji. W tej sytuacji władze stolicy w wielkiej desperacji chwyciły się ostatniej deski ratunku i wezwały na pomoc radiestetę (czyli rzemieślnika, uprawiającego legalny zawód). Ten przybył, przy pomocy różdżek i wahadeł zbadał co trzeba, po czym sporządził odpromienniki i zakopał je w wyznaczonych miejscach. Od tego momentu na tych skrzyżowaniach nie zdarzył się ani jeden (!) wypadek. Moim zdaniem jest to sukces, a co więcej: dowód naukowy, że radiestezja działa.

(to jest część I, linki do kolejnych części znajdują się na YouTube obok filmu)

Problem w tym, że racjonalisty nie przekonają żadne fakty ani dowody – zatrudniając radiestetę Zarząd Dróg obraził jego uczucia racjonalistyczne, więc domaga się zadośćuczynienia (gdy katolicy mówią o obrazie uczuć religijnych racjonalista nie posiada się z oburzenia).

Poczułam się zniesmaczona, więc przeniosłam się na YouTube, gdzie obejrzałam piękny i budujący film naukowo udowadniający górowanie ducha nad materią.

Z przyczyn, których nie pojmuję, po zakończeniu seansu YT „podpowiedziało” mi kilka filmów, rzekomo podobnych do tego, który się właśnie skończył. Jednym z nich był… „Ateista”!!! Coś mnie podkusiło i kliknęłam. I cóż zobaczyłam? Jakiś niespecjalnie przystojny facet w niezbyt inteligentny sposób wygłasza pseudofilozoficzne rozważania, w jaki sposób powinno się zwalczać wiarę religijną.

Tu już mi opadły ręce.

Panowie ateiści i racjonaliści, prezentujecie moralność Kalego!

Pragnienie zwalczenia dowolnego światopoglądu bierze się z zupełnie mylnego i niczym nie uzasadnionego przekonania, że posiadło się jedyną prawdziwą i nieomylną wiedzę jaka istnieje. Dokładnie tym samym przekonaniem kierowała się święta inkwizycja, gdy zwalczała heretyków. Zwalczanie ateistów przy pomocy stosów pewnie bardzo się ateistom nie podobało (i wcale się nie dziwię). Ale zwalczanie religii podoba się panom ateistom jak najbardziej. Oto właśnie logika Kalego – czym to różni się od logiki dowolnego fanatyka? NICZYM!

Od tego wzajemnego zwalczania na ziemi nieustająco leje się krew. Może czas wreszcie pozwolić ludziom wierzyć, w co chcą i żyć jak chcą? Mnie ateizm w niczym nie przeszkadza, dokładnie tak samo jak głęboka wiara moherów, dopóki żadna z tych frakcji nie zaczyna prowadzić zbyt intensywnej działalności misjonarskiej i nie włazi na moją głowę. Ja nie jestem wyznawczynią ani ateizmu, ani religii – mam gdzieś zarówno jedno, jak i drugie, ponieważ są to kompletnie urojone idee.

Moja przygoda z oficjalnymi mediami i topowymi blogami niniejszym dobiegła końca. Znowu zakopię się w mojej pustelni i popracuję nad swoimi celami. Moje plany są bardzo pozytywne, jeśli uda mi się je zrealizować będę żyć w raju na ziemi. Niech feministki szukają upojnego szczęścia w kastrowaniu facetów, a ateiści w pieczeniu na stosie wyznawców dowolnych zabobonów. Ja się od tego odcinam. Wolę realizować plany o bardziej pozytywnym charakterze.

Gdyby każdy z nas zajął się budowaniem swojego osobistego szczęścia i nauczył swoich przyjaciół, jak to robić, świat byłby naprawdę zupełnie przyjemnym miejscem do życia. Gdyby ludzie byli zadowoleni ze swojej sytuacji na pewno nie byliby chętni do wyruszania na żadne wojny. Bo pewnie nie byłoby o co toczyć tych wojen.

Oburzamy się na islamskie prawo? A sami jesteśmy jeszcze gorsi!

Przeniesione ze starego bloga (2008-06-09 13:12:47)

Świetny „wstępniak” Wojciecha Maziarskiego w najnowszym Newsweeku – tak dobry, że go tu wklejam w całości:

Terror antyaborcyjny

Terror nie pojawia się nagle. Nadchodzi stopniowo, więc uważny obserwator może odebrać sygnały ostrzegawcze. Tyle że na ogół uświadamia to sobie, gdy jest za późno.

Tak było w przypadku RAF – niemieckiej lewackiej partyzantki miejskiej lat 70. Zaczęło się niewinnie: od radykalnych haseł, które stawały się coraz radykalniejsze. W lewicowej publicystyce zaakceptowano przemoc jako metodę walki o ideały. Uliczne wystąpienia były coraz brutalniejsze, zaczęły się napady na banki i podpalenia domów handlowych. Aż wreszcie zaczęli ginąć „wrogowie klasowi”: przedsiębiorcy, politycy, prokuratorzy, przedstawiciele elity.

Podobny proces radykalizacji dał się zauważyć w minionych 20 latach w szeregach zachodnich ruchów antyaborcyjnych. Zaczęło się od petycji i demonstracji. Stopniowo pikiety stawały się coraz agresywniejsze: demonstranci zaczęli tarasować wejścia do klinik, zakłócać ich pracę hałasem, zaczęli piętnować konkretnych lekarzy, rozwieszając ich podobizny stylizowane na listy gończe. W klinikach zaczęły wybuchać pożary, a potem bomby. W skrzynkach pocztowych znajdowano koperty z wąglikiem. Od marca 1993 roku w antyaborcyjnych zamachach zginęło w USA siedem osób. Pierwszą ofiarą był dr David Gunn, którego wizerunek na rok przed zastrzeleniem kolportowano na antyaborcyjnych „listach gończych”.

Amerykanie przegapili moment, kiedy obywatelskie ruchy antyaborcyjne zdegenerowały się i przeobraziły w wylęgarnię terroru. Przegapili moment, kiedy problem można było zdusić w zalążku. Polacy mogą jeszcze uniknąć tego błędu. Dzwonek alarmowy odezwał się w zeszłym tygodniu, kiedy to aktywiści polskich ruchów antyaborcyjnych zorganizowali bezprecedensową akcję terroru (na razie tylko psychicznego), starając się nie dopuścić do legalnej aborcji u 14-letniej zgwałconej dziewczynki (piszemy o tym na s. 8).

Już kilka dni wcześniej można było zaobserwować mobilizację na prawicowych forach internetowych, gdzie informowano o adresie szpitala, terminie zabiegu, wzywano do telefonowania, wysyłania listów, przyjeżdżania. Na bieżąco publikowano doniesienia z frontu: już jedzie ksiądz z Lublina, już rozmawialiśmy z kierownictwem szpitala… Samozwańczy „obrońcy życia” złożyli wniosek o pozbawienie matki dziewczynki praw rodzicielskich.

Tu musi wkroczyć państwo. Twardo i zdecydowanie. Musi zapewnić zgwałconemu dziecku realizację ustawowego prawa do legalnej aborcji. Musi zidentyfikować i przykładnie ukarać organizatorów akcji szczucia i psychicznego terroryzowania dziewczynki, jej matki oraz lekarzy. Musi też zidentyfikować i ukarać osoby odpowiedzialne za złamanie tajemnicy lekarskiej i przeciek informacji do antyaborcyjnych fanatyków. Słowem – musi pokazać siłę i obronić samotną rodzinę przed terrorem ekstremistów.

Póżniej być może trzeba będzie pójść za przykładem USA, gdzie uchwalono ustawę o swobodzie dostępu do klinik, zakazującą blokowania wejść. W wielu amerykańskich miastach i stanach wprowadzono przepisy zakazujące demonstrantom zbliżania się oraz telefonowania do pacjentów, lekarzy i klinik. Wokół gabinetów wprowadzono strefy buforowe, do których nie wolno wchodzić demonstrantom (od ok. 10 metrów w Massachusetts do ok. 30 metrów w Kolorado).

Przede wszystkim jednak pod znakiem zapytania staje sens utrzymywania obecnej ustawy antyaborcyjnej. Była ona wynikiem kompromisu między zwolennikami i przeciwnikami prawa do przerywania ciąży. Najwyraźniej obóz antyaborcyjny odrzuca dziś ten kompromis. A skoro tak – to może warto wrócić do sprawy i poddać ją pod referendum?

Czy jeszcze ktokolwiek ma wątpliwości, kto w Polsce rządzi? Oto mamy jak na dłoni dowód, że żyjemy pod rządami kleru i że prawo kościelne stoi wyżej, niż prawo państwowe.

Spytam na zakończenie: jak to się dzieje, że po szpitalu grasują jakieś nie zatrudnione w nim, siejące postrach moherowe bandy, kto do tego dopuścił, że mają one swobodny dostęp do pomieszczeń zabiegowych, w których nie powinny przebywać osoby niepowołane, jakim prawem terroryzują one pacjentów i personel medyczny i dlaczego ani dyrektor szpitala ani żaden z lekarzy nie wezwał policji, żeby tych ludzi, jakby nie było łamiących zapisy Konstytucji, wypędzić z instytucji, w której nie mają prawa działać? No i kto złamał tajemnicę lekarską, podając do publicznej wiadomości dane pacjentki oraz czas zabiegu?

Uważam, że prokuratura powinna przykładnie ukarać dyrektora i wszystkich lekarzy, pełniących tego dnia dyżur, żeby w przyszłości nie mogło dochodzić do podobnych incydentów. Powinien to być proces pokazowy, żeby inni wiedzieli, co im grozi za łamanie prawa.

Jeśli w państwie ma być przestrzegane prawo, nie ma innego wyjścia, jak surowo karać tych, którzy je łamią. Jeśli dyrektor szpitala straciłby pracę, inni zastanowiliby się, czy warto ryzykować.

Polecam mój tekst, w którym dowodzę, że obrona płodu kosztem życia matki jest niezgodna z naukami biblijnymi.

Kilka oświecających intelektualnie haseł z Katolickiej Encyklopedii „Okiem”


Przeniesione ze starego bloga (2007-10-27 01:03:06)

Dyskordianie (discordianie, dyskordia, POEE) Neopogański ezoteryczny ruch para- i anty- religijny zbliżony do ZEN założony ok. 1958r. Główną zasadą jest chaos, zrywanie z wszelkimi zasadami, stereotypami, przyzwyczajeniami. Inteligentny styl absurdu w wypowiedziach z początku sprawia wrażenie dobrego tekstu kabaretowego, swoistego stylu czystej sztuki abstrakcji. Boginią-symbolem jest grecka Eris – bogini chaosu ale i jutrzenki (kojarzy się lucypherus – niosący światło). Posunięta do granic asertywność, brak struktur i grup. Pomimo tej chaotyczności wyznawcy – początkowo traktujący wszystko jako dobrą zabawę – przyjmują styl życia negujący jakąkolwiek moralność, zwierzchność, zależność a nawet logikę. Uczestnictwo – o ile brane poważnie – może doprowadzić nawet do chorób psychicznych. Z punktu widzenia doktryny – jest to grupa krypto-satanistyczna (chaos, jutrzenka, bogini). Z punktu widzenia logiki – sekta stosująca pranie mózgu („jeśli ktoś stosuje logikę, to znaczy że błądzi”) – co uniemożliwia jakąkolwiek dyskusję. Główne pismo „Principia Discordia” autor: Gerg Hill – Malaklips Młodszy

No proszę, jako wielbicielka bogini Eris na pewno już dawno postradałam zmysły, ale tego nie zauważyłam. Nic dziwnego, z takim wypranym mózgiem? Cała moja działalność jest na to dowodem. No i nawet nie poczułam, gdy uwiódł mnie satanizm. A przecież mnie ostrzegano, na przykład tutaj (patrz: komentarz niejakiego adwentysty).

A teraz kilka definicji związanych z psychologicznym hasłem Asertywność:

* Postawa asertywności jest postawę niechrześcijańską zgodną z ideą New Age. Używana na co dzień sprowadza się do takiego wykorzystywania zasad współżycia społecznego aby nie tyle nie dotknąć adwersarza, ale żeby nie miał prawa czuć się dotkniętym. Postawa ułatwia też np. nieprzyjmowanie argumentacji w imię posiadania własnego niezachwianego zdania.
* Egoizm – Na bazie a. rozwija się brak wyrozumiałości dla osób chorych, starszych, słabych
* Sprzeczne z wychowaniem A. stoi w opozycji do kształtowania i wychowywania uczuć. Tej umiejętności trzeba się nauczyć, a. ją niszczy. W myśl zasady: „mam prawo wyrażać siebie” dopóki to nie narusza podobnego prawa innych” ustępuje zasada samokształtowania siebie odpowiednio do oczekiwań społecznych, oraz zasad moralnych.
* Dziecko Ery Wodnika Teoria a. wywodzi się z filozofii Sartra, Camusa, Freuda (psychoanaliza) Rousseau. Dotyczy to wiary, że w człowieku drzemią pokłady autentyczności zniszczone przez kulturę i tradycję.
* Egoizm i hedonizm Rozwijanie postaw asertywnych sprzyja rozwijaniu uczuć egoizmu i hedonizmu. Dzieje się to poprzez pogląd że nieskrępowana ekspresja uczuć jest panaceum na wszelkie problemy emocjonalne.
* Postawa antychrześcijańska Nurt związany z asertywnością jest zbudowany na antychrześcijańskiej koncepcji człowieka. Wg niej zmysły nie są podległe woli i nie można nimi kierować.
* Niewola A. proponując wyzwolenie spod jarzma rozumu tak na prawdę wprowadza w niewolę zmysłów, co do których nie ma się możliwości decydowania.
* Przykład Postawa katolicka wyraża się w ciągłym pamiętaniu o ubogacaniu drugiej osoby. W szczególności chodzi o „właściwy stosunek do rzeczy stworzonych” (def. grzechu wg. Katechizmu KK) tak aby druga osoba zbliżała się do doskonałości. Załóżmy że komuś zostało pół roku życia. Postawa szczera nakazuje mu o tym powiedzieć. Ale osoba ta ma taki stosunek do śmierci że informacja ta ją załamie. W tym momencie szczerość wywoła reakcję negatywną, lecz przyczyna nie leży w szczerości lecz w złym stosunku do śmierci tej osoby. Katolik widząc to najpierw wpłynie na zmianę owego stosunku a potem powie o przypuszczeniu rychłego odejścia. Taka postawa jest słuszna i naznaczona miłością, czego nie można powiedzieć o postawie asertywności, która skupia się tylko na wypowiedzniu szczerej prawdy nie troszcząc się o odczucia drugiej osoby w myśl założenia, że każdy troszczy się o siebie.

Ufff… Asertywność jest rzeczywiście bardzo niewskazana, ale dla kogo i dlaczego?

Przede wszystkim dla Kościoła i jego nauczania. Osoba asertywna nie tylko nie uwierzy w dogmaty, ale w ogóle nie da sobie narzucić żadnych nie pasujących jej wierzeń, idei czy przekonań. Człowiek asertywny to osobnik posiadający własne zdanie i potrafiący go inteligentnie bronić. Dla dowolnego totalitaryzmu jest to oczywiście osobnik niebezpieczny – potencjalny wichrzyciel i rewolucjonista, który nie tylko sam nie będzie sługą, ale będzie podburzał innych do nieposłuszeństwa.

Owieczki muszą wiedzieć, że wilki nie będą tolerować podobnej niesubordynacji i będą za nią karać.

Schowaj babci dowód

Przeniesione ze starego bloga (2007-10-04 16:37:53)

Hehehe, jakie to śmieszne… przecież wiadomo, że wystarczy zostać babcią, żeby stać się głupim moherem, prawda? Ciekawa jestem, w jakim konkretnie wieku kobietę dopada ta „moheryzacja”? Czy jest to 40 lat? 50? 60? A może jeszcze więcej?

Kiedy oglądałam relacje z imprez organizowanych przez Radio Maryja widziałam tam ludzi płci obojga i w każdym wieku. Byli tam również 20- i 30-letni mężczyźni oraz kobiety w tym samym wieku. Prym wiodą tam kobiety ok. 40-ki i starsi od nich mężczyźni – to oni są najbardziej napastliwi i agresywni. Ci ludzie na pewno nie mają jeszcze wnuków, a jeśli mają, to tak małe, że nie są one w stanie schować babci dowodu. Jak więc widać moherowa mentalność nie ma związku ani z wiekiem, ani z płcią.

Bardzo możliwe, że brakuje mi poczucia humoru, być może jestem drętwa, a może nawet wychodzi ze mnie jakiś fanatyzm, ale mnie takie hasła nie bawią. Bo nie bawią mnie żadne stereotypy, poniżające kogokolwiek z jakiegokolwiek powodu. Czym to się różni od seksizmu, rasizmu, homofobii czy czegokolwiek podobnego? Prześladowanie, piętnowanie i ośmieszanie ludzi ze względu na wiek nazywa age-izm i jest równie godne potępienia, jak każde inne, niczym nieuzasadnione uprzedzenie.

A teraz wyjaśnię, dlaczego nie będę głosować na PO.

Po pierwsze: PO niczym nie różni się programowo oraz mentalnie od PiSu,

po drugie: lider PO przed poprzednimi wyborami wziął ślub kościelny (po co najmniej 20 latach życia z żoną w „nieczystości”),

po trzecie PO swoją obecną kampanię wyborczą rozpoczęło uroczystą mszą i całowaniem biskupich łap

i po czwarte: gdy Donalda Tuska dopadła w sejmie moherowa sprzątaczka pytając go, dlaczego gardzi starszymi kobietami zachował się jak dureń. Zamiast powiedzieć tej pani, że wiek kobiety nie jest dla niego żadnym kryterium oceny, ponieważ mądrość nie od tego zależy, zaczął się plątać i jąkać, robiąc z siebie głupa.

No i na zakończenie dodam, że moje obie babcie umarły w podeszłym wieku, będąc nie tylko babciami, ale prababciami, ale żadna z nich nie była głupia. I to nie dlatego, że wtedy nie było Radia Maryja i moherowej armii, która mogłaby je uwieść, ale dlatego, że obie moje babcie były bardzo mądrymi i racjonalnie myślącymi kobietami. Żadna z nich nigdy nie chodziła do kościoła i to się nie zmieniło również wtedy, gdy osiągnęły starszy wiek.

Nie-Polak z probówki

Przeniesione ze starego bloga (2007-01-22 01:36:06)

Każda audycja satyryczna Woobie Doobie (w TOK-Fm) dostarcza mi ciekawych i głęboko zdumiewających obserwacji obyczajowych. Dziś prowadzący nabijali się z Samoobrony, a powerplayem była piosenka „Musimy zlepperować Polskę”. W czasie programu zadzwoniła oburzona obywatelka z sugestią, że prowadzący program nie są Polakami (no oczywiście, wszyscy się teraz domyślają, kim w takim razie są) i że nie są godni chodzić po polskiej ziemi. W końcu doszła do odkrywczego wniosku, że panowie są… z probówki!

Teraz już wiemy, jaką wizją przyszłości Radio Maryja straszy swoich słuchaczy.

Ludzie z bociana boją się ludzi z probówki.

Moherowe berety

Przeniesione ze starego bloga (2006-06-30;14:58:29)

Moherowy beret trafił najwyraźniej do spisu świętych relikwi.

Wczoraj w Faktach TVN, w głównym wydaniu, podali, że w jakimś mieście (niestety, nie dotarło do mojej świadomości w jakim) nauczyciel WF chciał urządzić z uczniami zawody w rzucaniu beretem. Żeby było śmieszniej wzięli beret moherowy, co może jest nawet na czasie, ale jak dla mnie bez sensu, ponieważ takowy beret nie ma siły nośnej i opada zaraz po rzuceniu. Beret z antenką to co innego, ten leci i leci i można nim bić rekordy.

Niestety, do zawodów nie doszło, za sprawą radnego z PiS, który zapałał świętym i nabożnym oburzeniem i zakazał.

A dlaczego zakazał?

A dlatego, że w szkole nie wolno… uprawiać polityki (!)

A co mają zawody w rzucaniu beretem do polityki?

A to, że jest to kalanie… świętości (!)

Kiedy to usłyszałam, spojrzałam najpierw w kalendarz, żeby sprawdzić, czy aby mnie nie dopadło jakoweś psychiczne niedomaganie typu skleroza lub inszy Alzheimer i czy nie zgubiłam się w czasie. Ale żadnej rzeczywistości równoległej ani czarnej dziury nigdzie nie było widać.

News ten wydał mi się niezwykle stosowny na dzień 1 kwietnia… ale przecież mamy koniec czerwca, więc co jest grane?

Potem pomyślałam sobie, że pan radny ma niesamowite poczucie humoru i chciał nas wszystkich rozbawić, więc gruchnęłam radosnym śmiechem.

Jednak już po chwili pokazano rzeczonego radnego, a ten minę miał sieriozną i ani myślał się uśmiechnąć. Panowie redaktorzy spytali go, co beret ma wspólnego z polityką, a on z bardzo sztywną miną oświadczył, że ponieważ w Polsce przyjęło się nazywać „moherowymi beretami” starsze kobiety chodzące do kościoła, więc rzucanie beretem jest obrażaniem wierzących, a więc jest niepoprawne politycznie i on do tego skandalu nie dopuści.

Nauczyciel WF zmartwił się bardzo, że nie będzie mógł zrealizować planu nauczania, po czym pięknym i fachowym gestem narzucił beret na obiektyw kamery.

Redaktorzy bardzo się tym wszystkim zmartwili i postanowili pomóc belfrowi. W tym celu udali się do stylowego butiku i zadali pytanie fachowcowi, czyli pani właścicielce, czy ten beret to rzeczywiście moher. Pani popatrzyła i wyciągnęła z jakiegoś pudła beżowy, karbowany i nieco sztywny beret, który różnił się zupełnie od tego, którym posługiwał się nauczyciel i rzekła: „to jest moher i tego nikt w Polsce teraz nie nosi”.

Zapanowała konsternacja, no bo jak to? To ma być moher? A w takim razie z czego jest ten sporny beret?
A pani na to, że to jest… angora!

Wszyscy padli ze zdumienia, ale na wszelki wypadek (żeby pozbyć się resztek wątpliwości) puścili pani butikowej relację wideo z zawodów sportowych. Pani założyła na nos okulary (wyglądało to niezwykle profesjonalnie), popatrzyła w monitor i orzekła z całą zawodową stanowczością: „to jest ANGORA!”
Tak więc zawody powinny się odbyć, niestety, nie poinformowano, czy radny uznał werdykt fachowca od dzianin…

Z powodu dziennikarskiej rzetelności chciałam ustalić, o jaką miejscowość chodzi, więc wpisałam do Googla „rzut moherowym beretem” i patrzę… i ze zdumienia aż mnie zatkało. Wyrażenie to występuje na tysiącach stron, ale najwyraźniej nie w kontekście tej afery szkolnej. Klikam więc na pierwszy link, a tam jest napisane, że coś znajduje się o rzut moherowym beretem od czegoś tam. W drugim linku – to samo i w każdym następnym też.

Za którymś razem natrafiłam na stronę wrocławskich Juwenaliów. W googlowym linku było napisane, że przewidziane są zawody w rzucaniu moherowym beretem. Ucieszyłam się, że oto znalazłam enklawę wolności, klikam więc ochoczo, żeby wejść na tę stronę i poznać szczegóły, ale nigdzie moherowego beretu nie ma. Przyglądam się uważniej i… jest rzut… ale nie kochani, nie beretem… jest rzut… jajcem!!!!
Jak widać Wrocław też ma dzielnych radnych!

[Mam nadzieję, że mnie za to kalanie świętości nie aresztują. W razie gdyby tak się stało liczę na Was kochani, że dostarczycie mi do celi więziennej paczki z dobrym jedzonkiem, mydłem i szamponem].