Patriarchalna mentalność jaskiniowa a ekonomia

Irlandia jeszcze do niedawna była krajem tradycyjnie katolickim. Tak tradycyjnie, że mogłaby być niedościgłym wzorem nawet dla nas, siermiężnie moherowych i rydzykowych Polaków. W czasach, kiedy u nas piękne i ambitne damy ujeżdżały traktory i kombajny, w Irlandii panowało głębokie średniowiecze obyczajowe, a Kościół, wraz z władzą państwową robił rzeczy, o jakich nie śniło się naszym, tak chętnie oskarżanym o wszeteczność wszelaką klechom.

Ostatnią pralnię Magdalenek zamknięto tam w roku 1996, a dziś wychodzą na jaw niewyobrażalne wprost afery pedofilskie, a nawet ujawniane są zbiorowe groby dzieci pochowanych potajemnie w piwnicach prowadzonych przez klasztory sierocińców.

Gdyby ktoś nie wiedział, czym były owe Magdalenki spieszę z wyjaśnieniem: każda panna, na którą padł choćby cień podejrzenia o „niemoralne prowadzenie” mogła wpaść w ręce siostrzyczek zakonnych i skończyć dożywotnio jako niewolnica, pracująca od rana do nocy, bez prawa do urlopu, w kościelnej pralni. Za „niemoralność” można było skazać dziewczynę wyróżniającą się urodą tylko dlatego, że wzbudzała żywe zainteresowanie chłopców, pannę służącą która wróciła z wychodnego po godzinie 22, dziewczynę, która padła ofiarą gwałtu, że o młodocianych matkach nawet nie wspomnę. Tym ostatnim odbierano dziecko i umieszczano je „w dobrej katolickiej rodzinie” bądź w kościelnym sierocińcu, gdzie stawało się niewolnikiem seksualnym dla pedofilów w czarnych kieckach.

Jeśli dziewczyna i jej dziecko wpadły w szpony kościoła nie można ich było stamtąd wyrwać żadnym sposobem. Zdarzało się, że nawet najbliższa rodzina nie miała pojęcia, co się z nimi stało i gdzie ich szukać, a nawet jeśli się w końcu dowiedziała, to jej prośby o uwolnienie nie przynosiły żadnych rezultatów. Władza boga jak wiadomo jest ponad wszelkimi ludzkimi prawami i nie da się z nią negocjować.

Nie przez przypadek ofiarami były przede wszystkim kobiety i dzieci. To norma w systemie patriarchalnym. System, który w Irlandii stworzył Kościół to najprawdziwszy totalitaryzm, gorszy nawet od komunistycznego. Czy naród ukształtowany przez taką moralność może mieć normalną mentalność? No cóż, wygląda na to, że nie może.

Efekty religijnego prania mózgu widać w Irlandii jak na dłoni.

Mężczyzna ma odzyskać portfel
Newton Emerson, publicysta „Irish Times”, czterdziestoparolatek:
Rozrzutność kobiet – jedna z przyczyn recesji. To kobiety w większości małżeństw decydują o wydatkach. W odróżnieniu od mężczyzn nie znoszą oszczędzać i chodzą na zakupy dużo częściej, niż mężczyźni, szaleje w nich wtedy hormon estrogenu. Kobiety były wiodącą siłą pchającą Irlandię ku upadkowi. Jestem zdania, że zwolnienie kobiet z pracy mogłoby złagodzić efekty recesji. Zmniejszy to ich apetyt na wydatki, a mężczyzna zyska pracę, dzięki której utrzyma rodzinę. I to on w końcu odzyska portfel.

Dlaczego daliśmy kobietom pracować?
Tom Farrell ze Swords koło Dublina, bezrobotny księgowy, 58 lat
40 lat temu mówiono, że zwiększenie kobietom dostępu do pracy zabierze pracę mężczyznom. I że będzie to miało skutek antyrodzinny. Dlaczego daliśmy kobietom pracować? Dlaczego wszyscy prócz Emersona nadal boją się wyciągnąć ten argument? Może nie doszłoby do recesji. Jestem bezrobotny i zależny od żony, która pracuje w sektorze publicznym. Zajęła moje miejsce i jest zbyt zajęta, by zajmować się mną.

U nas teksty będące manifestacją samczego, seksistowskiego widzenia rzeczywistości wzbudzają zawsze lawinę protestów nie tylko feministek, a w Irlandii nawet kobiety przyznają rację swoim oskarżycielom.

Biję się w piersi!
Laura z Galway, stewardesa, 35 lat
Widziałam w „Sunday Times” listę stu najbogatszych kobiet Irlandii i ich wydatki. Jaka idiotka wydaje na torebkę 10 tysięcy euro i zmienia ją za pół roku na jeszcze droższą, bo nie pasuje do płaszcza? Takie jesteśmy. My, kobiety, musimy się przyznać do próżności. Ja biję się w piersi! Podliczyłam zeszłoroczne wydatki na ubrania, kosmetyki i salony piękności. 12 tysięcy euro!

Prawda, jakie to proste? Irlandczycy dokonali odkrycia, że to rozrzutność kobiet spowodowała kryzys! Mało tego: wredne babska zabrały pracę mężczyznom, przez co mężczyźni nie mogą utrzymać swoich rodzin. Kobiety oczywiście rodzin nie mają, bo są trutniami, więc nie powinny dostawać do ręki portfela ani karty kredytowej. Przyjdzie taka, uwiedzie porządnego faceta, zrobi mu dziecko albo nawet całą chmarę bachorów, a potem znika w sinej dali zostawiając go w ciąży i z całym tym kłopotem samego. I nie płaci alimentów, bo wszystko przepija lub zostawia w burdelu. Dlatego mężczyzna musi być chroniony i to on przede wszystkim musi mieć pracę.

A gdyby tak zamknąć kobiety w czterech ścianach domów i dać mężczyznom wszystkie pieniądze świata, to jak myślicie, na co by je wydali?

Bingo!

Na baby!

Mężczyźnie na ogół wystarczą stare dżinsy i wyciągnięty sweter. Zamiast ciuchów woli samochód. Ale kiedy już kupi sobie taki, o jakim zawsze marzył, zaczyna na tę brykę rwać dziewczyny. A to kosztuje. I tym sposobem cała męska fortuna i tak prędzej czy później przechodzi w ręce pięknych dam. Nawet jeśli się w końcu ustatkuje, i tak wyda pieniądze z powodu kobiety: rodzina potrzebuje mieszkania lub domu, a żona ciuchów i kosmetyków. No i bryka też by się jej przydała.

Czytam dalej i nagle… cóż za odmiana!

Pamiętam radosne kolejki w banku
Liam, sklepikarz z Dublina, lat 63
Chciwość osiągnęła apogeum, kiedy banki zaczęły rozdawać kredyty jak promocyjne gifty.
Pamiętam te radosne kolejki w banku. Ludzie traktowali kredyt jak darowiznę. Jeden chciał wybudować wyśniony dom, inny rozkręcał interesy, znajomy zaciągnął kredyt na wycieczkę dookoła świata.

Czy dobrze widzę? Zdaje się, że w tym fragmencie mowa jest raczej o mężczyznach i ich lekkomyślności w zaciąganiu kredytów na (nie oszukujmy się) nierzadko zwykłe duperele. Przecież jak dają, to trzeba brać. Tylko głupi by nie skorzystał.

Heh, wyszło na to, że raczej głupi ten, kto skorzystał.

Głupi jest ten, kto nie zna historii świata, nie interesuje się prawami rynku i nic nie chce wiedzieć o pieniądzu. Gdyby był mądry, to by wiedział, że pieniądze to tylko papierki nie mające żadnego pokrycia w złocie. Banki drukują je bez umiaru i rozdają… jak papierki. Ale kiedy przychodzi czas spłaty, wtedy kończą się żarty. I nagle okazuje się, że te bezwartościowe papierki stają się warte więcej niż złoto, domy, samochody i wszystko, co posiadasz. Nie masz drukarni pieniędzy (a pewnie, za głupi jesteś, żeby ją mieć, prawo na to nie zezwala), więc musisz oddać bankowi wszystko, co posiadasz, a i to zwykle jest za mało, bo procenty od długu tak narosły, że w końcu nie masz innego wyjścia, jak osobiście oddać się do niewoli.

Współczesne niewolnictwo znowu rozkwita. Ale nie wygląda tak samo, jak w dawnych, romantycznych czasach. Dziś każdy z nas jest własnością swojego kraju i stopniowo, powoli pozbawiany jest należnych mu praw obywatelskich. Ostatnim i najskuteczniejszym sposobem pozbawienia ludzi resztek wolności są kredyty: bierzesz, bo dają i nie myślisz, co będzie później. A później idziesz siedzieć. Ale żebyś się w pace nie nudził, władza zapewni ci zajęcie: będziesz pracował za darmo, a jak będziesz grzeczny dostaniesz paczkę fajek. Pomyśl, jakie to szlachetne – dzięki temu rozwiązaniu nie będziesz ciężarem dla społeczeństwa, które zostanie zwolnione z kosztów utrzymywania zgrai więźniów, próżnujących za kratami. A ciężko pracujący więźniowie nie będą mieli czasu kombinować i nic złego do łbów im nie wpadnie. No i gospodarka znowu rozkwitnie. Tania, a może nawet darmowa siła robocza postawi ją na nogi.

PS. Nie bierzesz kredytów i nie masz żadnych długów – jesteś wrogiem społecznym numer 1. Możesz być pewien, że jeśli znajdziesz się w potrzebie będziesz dla banku niewiarygodny i nie będziesz mógł kupować na raty.

Skąd biorą się takie kryzysy jak obecny

Dlaczego ludzie to robią?

Postanowiłam trochę popracować nad swoim szczęściem intensywnie inwestując w pozytywne myślenie, a to wymagało odcięcia się od świata. Obłożyłam się stosownymi poradnikami i tak podbudowana zajęłam się medytowaniem.

Rzeczywiście, w krótkim czasie poczułam się znacznie lepiej, zarówno fizycznie, jak i psychicznie, a co więcej, w księdze gości przy mojej stronie www pojawiła się nagle istna lawina entuzjastycznych wpisów (co w dawniejszych czasach bynajmniej nie było tam normą). Oto dowód, że „czary” działają…

Dziś jednak coś mnie podkusiło i włączyłam radio (wszystko dlatego, że rozładował się mój odtwarzacz mp3).

O mój Boże!

Czegóż to ja się nasłuchałam… Najpierw zraniły moje uszy „dżingle” z cytatami wypowiedzi pana Prezydenta – wprost zwaliło mnie z nóg. Potem wysłuchałam podsumowania minionego roku i prognozy na nowy – dowiedziałam się, że było źle, ale w przyszłości będziemy wspominali ten rok jako szczęśliwy w porównaniu z tym, co nastanie w najbliższej przyszłości. Oczywiście gwoździem programu była wojna na Bliskim Wschodzie i kłótnie komentatorów, rzucających się sobie do gardeł w ocenie roli jednej lub drugiej strony konfliktu.

Wyłączyłam radio i zajrzałam do sieci. Studiując wnikliwie pozycję mojego bloga w rankingu na WordPress natknęłam się na blog znajomej feministki. I cóż tam zobaczyłam? Ano to, co zawsze – że faceci to obleśne świnie, a kobiety to głupie pindy, bo im pozwalają, zamiast walić po mordach i ciągać po sądach.

Przerzuciłam się więc na blog gwiazdora racjonalizmu. A tam oczywiście pełen nienawiści atak na radiestezję. Kto oglądał przedostatni odcinek „Strefy tajemnic” ten wie, że w Warszawie jest kilka skrzyżowań ulic, na których ludzie w biały dzień wchodzili pod koła tramwajów i samochodów i gdzie była rekordowa ilość tragicznych wypadków. Nie pomagało przebudowywanie tych miejsc ani wysyłanie tam patroli policji. W tej sytuacji władze stolicy w wielkiej desperacji chwyciły się ostatniej deski ratunku i wezwały na pomoc radiestetę (czyli rzemieślnika, uprawiającego legalny zawód). Ten przybył, przy pomocy różdżek i wahadeł zbadał co trzeba, po czym sporządził odpromienniki i zakopał je w wyznaczonych miejscach. Od tego momentu na tych skrzyżowaniach nie zdarzył się ani jeden (!) wypadek. Moim zdaniem jest to sukces, a co więcej: dowód naukowy, że radiestezja działa.

(to jest część I, linki do kolejnych części znajdują się na YouTube obok filmu)

Problem w tym, że racjonalisty nie przekonają żadne fakty ani dowody – zatrudniając radiestetę Zarząd Dróg obraził jego uczucia racjonalistyczne, więc domaga się zadośćuczynienia (gdy katolicy mówią o obrazie uczuć religijnych racjonalista nie posiada się z oburzenia).

Poczułam się zniesmaczona, więc przeniosłam się na YouTube, gdzie obejrzałam piękny i budujący film naukowo udowadniający górowanie ducha nad materią.

Z przyczyn, których nie pojmuję, po zakończeniu seansu YT „podpowiedziało” mi kilka filmów, rzekomo podobnych do tego, który się właśnie skończył. Jednym z nich był… „Ateista”!!! Coś mnie podkusiło i kliknęłam. I cóż zobaczyłam? Jakiś niespecjalnie przystojny facet w niezbyt inteligentny sposób wygłasza pseudofilozoficzne rozważania, w jaki sposób powinno się zwalczać wiarę religijną.

Tu już mi opadły ręce.

Panowie ateiści i racjonaliści, prezentujecie moralność Kalego!

Pragnienie zwalczenia dowolnego światopoglądu bierze się z zupełnie mylnego i niczym nie uzasadnionego przekonania, że posiadło się jedyną prawdziwą i nieomylną wiedzę jaka istnieje. Dokładnie tym samym przekonaniem kierowała się święta inkwizycja, gdy zwalczała heretyków. Zwalczanie ateistów przy pomocy stosów pewnie bardzo się ateistom nie podobało (i wcale się nie dziwię). Ale zwalczanie religii podoba się panom ateistom jak najbardziej. Oto właśnie logika Kalego – czym to różni się od logiki dowolnego fanatyka? NICZYM!

Od tego wzajemnego zwalczania na ziemi nieustająco leje się krew. Może czas wreszcie pozwolić ludziom wierzyć, w co chcą i żyć jak chcą? Mnie ateizm w niczym nie przeszkadza, dokładnie tak samo jak głęboka wiara moherów, dopóki żadna z tych frakcji nie zaczyna prowadzić zbyt intensywnej działalności misjonarskiej i nie włazi na moją głowę. Ja nie jestem wyznawczynią ani ateizmu, ani religii – mam gdzieś zarówno jedno, jak i drugie, ponieważ są to kompletnie urojone idee.

Moja przygoda z oficjalnymi mediami i topowymi blogami niniejszym dobiegła końca. Znowu zakopię się w mojej pustelni i popracuję nad swoimi celami. Moje plany są bardzo pozytywne, jeśli uda mi się je zrealizować będę żyć w raju na ziemi. Niech feministki szukają upojnego szczęścia w kastrowaniu facetów, a ateiści w pieczeniu na stosie wyznawców dowolnych zabobonów. Ja się od tego odcinam. Wolę realizować plany o bardziej pozytywnym charakterze.

Gdyby każdy z nas zajął się budowaniem swojego osobistego szczęścia i nauczył swoich przyjaciół, jak to robić, świat byłby naprawdę zupełnie przyjemnym miejscem do życia. Gdyby ludzie byli zadowoleni ze swojej sytuacji na pewno nie byliby chętni do wyruszania na żadne wojny. Bo pewnie nie byłoby o co toczyć tych wojen.

Obywatele, do broni!

Przeniesione ze starego bloga (2008-05-10 02:08:05)

Mały konkurs (jak zwykle bez nagród) – kto to powiedział?

Skoro w obronie dorosłej osoby mamy prawo wyciągnąć broń i strzelać – robią to na przykład policjanci – to tym bardziej w obronie niewiniątek zabijanych w klinikach.

A więc kochani, do broni, strzelajmy do lekarzy, strzelajmy do kobiet… a co tam strzelajamy, strzelby mają za słabą siłę ognia, rzucajmy potężne bomby na szpitale, bo ma tam miejsce masowa zagłada dzieci in vitro.

Chrońmy życie siejąc śmierć.

A może należałoby sparafrazować to pytanie i sformułować je tak: „Skoro w obronie własnej mamy prawo zabić to dlaczego prawo to nie miałoby przysługiwać kobiecie, dla której ciąża jest wyrokiem śmierci”?

Nie zgadliście?

To Wojciech Cejrowski… a któż by inny?

Wywyższenie kobiety jest zasługą Kościoła!


Przeniesione ze starego bloga (2008-02-25 20:41:19)

To nie mężczyzna powstał z kobiety, lecz kobieta z mężczyzny. Podobnie też mężczyzna nie został stworzony dla kobiety, lecz kobieta dla mężczyzny. Oto dlaczego kobieta winna mieć na głowie znak poddania… (1 Kor 11:8-10)

Bez komentarza 😉

Miejsce kobiety w systemach totalitarnych

Przeniesione ze starego bloga (2007-10-25 16:36:47)

Z kultu męskiego, rzucającego swych poddanych na kolana osobowego Boga-Ojca, będącego największym autorytetem i obiektem trwożliwego uwielbienia wiernych wywodzą się wszelkie ziemskie kulty jednostki. „Wódz narodu” czy nieomylny „przywódca duchowy” (Hitler, Stalin, papież) są ziemskimi odpowiednikami przerażającego i wszechmogącego bóstwa, królującego w niebie. Wódz i Bóg wydają się być tym samym.

W każdym z tych systemów, niezależnie od tego, czy króluje totalitaryzm religijny czy polityczny, los i miejsce kobiet znajduje się na samym dole hierarchii. Kobieta ma służyć mężczyźnie i rodzić mu aż do wyczerpania sił. I rzecz jasna nie odzywać się, chyba że tylko takimi słowami, jak te:

Na co choruje nasza kochana ojczyzna? Przede wszystkim na swoje kobiety, a przecież kobieta jest duszą domu i kraju. Nasza narodowa dusza jest chora, ponieważ wielka gromada niemieckiego świata kobiet opuściła miejsce wyznaczone kobietom przez Boga… Kobieta powinna wspierać się na mężczyźnie jako silnym obrońcy i strażniku w twardych życiowych zmaganiach, powinna być pełna wewnętrznego oddania jako żona i matka… Niemiecka ojczyzno, dla Ciebie kobieta powinna wrócić do ogniska domowego, a mężczyzna do pracy jako żywiciel rodziny. Heil!

Takiej treści list oraz całkowicie zapisany gruby zeszyt, zatytułowany „Niemiecka kobieta” przysłała wodzowi w Boże Narodzenie 1930 r. niejaka Elsa Walter, wielbicielka. Hitler miał podobne poglądy na temat roli kobiet w III Rzeszy i Frau Walter została etatową funkcjonariuszką NSDAP w Badenii.

Fragmenty pochodzą z artykułu Kochany wujku Hitlerze z „Przeglądu”.

Czy to jest feminizm i czy to jest odwaga?

Przeniesione ze starego bloga (2007-09-19 00:23:28)

Czyli odpowiedzi na dwa pytania w jednej notce.

Ludzie pytają mnie, dlaczego:

  1. nie uważam się za feministkę, skoro w moich tekstach występuję przeciwko patriarchatowi i wyzyskowi kobiet oraz
  2. skąd biorę odwagę, żeby pisać to, co piszę.

Ad 1) W moim odczuciu prawdziwe feministki powinny zajmować się kultywowaniem swojej kobiecości i radowaniem się nią. Oczywiście: mam na myśli zdrową i pełną akceptację swojej kobiecości. Walka polityczna i rywalizacja z samcami o terytorium lub stołki w firmie to nie feminizm, lecz patriarchat w spódnicy. Ani walka, ani rywalizacja nie kojarzy mi się z kobiecością.

Walka z niewolnictwem to nie feminizm, lecz abolicjonizm.

Ta myśl mnie oświeciła, gdy jakieś 2 tygodnie temu w telewizyjnej jedynce (albo dwójce, nie pamiętam) obejrzałam (wstrząsający) reportaż o małżeństwie po japońsku. Coś tam mi się o uszy obiło, że w Japonii wciąż panoszy się patriarchat, że kobiety i mężczyźni żyją w dwóch osobnych i prawie nie stykających się ze sobą gettach, że faceci pracują, bawią się i wypoczywają wyłącznie w męskim gronie, a kobiety siedzą w maleńkich mieszkankach i zajmują się prowadzeniem gospodarstwa domowego ale nie wiedziałam o tym zbyt wiele.

Dzięki reportażowi zrozumiałam, na czym polega problem.

Tradycyjne japońskie małżeństwo (dotyczy to pokoleń lat 50 i 60-tych oraz oczywiście starszych) to nie małżeństwo, lecz niewolnictwo. Dziewczynkę wychowywano w przekonaniu, że jej jedyną życiową rolą jest służenie i nadskakiwanie mężczyźnie i że kobieta nie ma żadnej wartości, jeśli nie jest całkowicie i bezwarunkowo oddana mężowi, jeśli nie jest mu posłuszna, nie usługuje mu i nie spełnia wszystkich jego oczekiwań. Naiwną i pełną romantycznych marzeń pannę wydawano za mąż, a po ślubie okazywało się, że tylko ona kocha, a on ma ją, za przeproszeniem, gdzieś. O jej pracy zawodowej nie mogło być mowy, bo wtedy mąż nie byłby wystarczająco dobrze zadbany.

Pan i władca całkowicie poświęcał się pracy, po robocie szedł z kolegami na sake, a do domu wracał ostatnim pociągiem lub wcale. Rano zrywał się o bladym świcie, pędził do pracy, a domowa niewolnica siedziała zupełnie sama lub z dziećmi. Niektórzy Japończycy pracują nawet kilkaset kilometrów od domu, więc bywają w nim tylko raz w miesiącu lub rzadziej.

Po kilkudziesięciu latach pracy zawodowej mężczyzna przechodzi na emeryturę i wtedy dopiero zaczynają się problemy: do domu wprowadza się zupełnie obcy facet, co u obojga małżonków powoduje ostre objawy chorobowe. O rozwodzie jednak mowy być nie może, ponieważ kobieta nie ma prawa do emerytury. Musi więc w dalszym ciągu służyć swojemu panu. Jeśli odmówi, wylatuje na bruk, bez środków do życia.

Oczywiście, ostatnio, pod wpływem postępowych idei z zachodu Japonia zmienia swoje prawodawstwo. Nowy przepis mówi, że kobieta nie tylko ma prawo do rozwodu, ale i do części emerytury swojego męża.

Młode pokolenie Japończyków ma już bardziej demokratyczne zapatrywania na prawa kobiet i na to, że należy je traktować jak ludzi i jako partnerki.

Po obejrzeniu tego reportażu nabrałam przekonania, że taki związek w żadnym razie NIE MOŻE BYĆ UZNANY ZA MAŁŻEŃSTWO, lecz za współczesną formę niewolnictwa, a więc walka o prawa tych kobiet to nie feminizm, lecz abolicjonizm.

Ad 2) A czego mam się bać? Kto może mi coś zrobić? Przecież żaden brodaty talib nie zapuka z bombą do moich drzwi. Nie aresztują mnie, bo ja nie zajmują się polityką i nie jestem wystarczająco sławna.

Sił nieczystych też (już) się nie boję. Po przygodzie z czarnomagiczną klątwą śmierci wiele się nauczyłam i wyciągnęłam z tego wnioski na przyszłość. Jako osoba plutoniczna przekonałam się, że hasło mojego planetarnego sygnifikatora („co mnie nie zabije, to mnie wzmocni”) działa i jest prawdą. Żyję i jestem silniejsza niż kiedykolwiek. A co najważniejsze raz na zawsze pozbyłam się lęku, a to znaczy, że ciemne moce nie mają do mnie przystępu.

Patriarchalna moralność?

Przeniesione ze starego bloga (2007-08-07 19:49:12)

Czytując świecką prasę można przekonać się, jak głęboko zakorzenione są patriarchalne wzorce myślenia i jak bardzo ludzie nie uświadamiają sobie programów, które nimi kierują.

Jest rzeczą oczywistą, że w gazetach typu „Gość niedzielny” uderza się w ton moralizatorski i że łopatologicznie wypowiada się oceny, które zjawisko jest dobre i moralne, a które prowadzi do piekła. Nie ma się czemu dziwić, jako że gazety te przeznaczone są dla czytelnika mało wyrafinowanego intelektualnie.

Czytając dziś „Przegląd”, czasopismo jak najbardziej rozsądne, natrafiłam na coś, co wywołało we mnie niemałą konsternację.

Autor ubolewa nad upadkiem moralnym gimnazjalistek, które uprawiają seks za pieniądze lub prezenty. No cóż, zapewne nie jest to proceder godzien pochwały ani propagowania. I tu się zgadzam z autorem.

Jednak próba wyjaśnienia przyczyn tego zjawiska wprost ścięła mnie z nóg.

Wśród wielu różnych prawdopodobnych przyczyn tego upadku moralnego wymienione jest przyzwolenie na przeżywanie przez kobiety przyjemności, w tym również seksualnej.

Nie skomentuję, bo zbyt mocne słowa cisną mi się na usta…