DNA żywności modyfikowanej (GMO) przenika w całości do ludzkich organizmów

Źródło

DNAWłaśnie upadła teoria podtrzymywana we wspólnych oświadczeniach przemysłu, że łańcuchy DNA organizmów zmodyfikowanych genetycznie (GMO) są rozkładane w przewodzie pokarmowym i tym samym nieszkodliwe dla ludzi. Ostatnie badania opublikowane w czasopiśmie naukowym Plos Onewykazały, że duże fragmenty modyfikowanego DNA przyswajane z jedzeniem są w pełni zdolne do przekazywania swoich genów bezpośrednio do krwioobiegu burząc mit, że transgeniczne pokarmy działają na organizm w taki sam sposób jak naturalne, niemodyfikowane produkty spożywcze.

Połączona analiza czterech innych niezależnych badań z udziałem ponad 1000 ludzkich próbek przeprowadzona przez zespół naukowców z uniwersytetów na Węgrzech, w Danii i USA przyjrzała się procesowi asymilacji GMO – taka żywność jest obecnie spożywana na całym świecie. Obejmuje to produkty pochodzące z upraw modyfikowanych, takich jak fruktozowy syrop kukurydziany (HFC) naturalnie z kukurydzy modyfikowanej, białko sojowe z soi modyfikowanej, a także mięso pochodzące od zwierząt karmionych dietą opartą na GMO. Po zapoznaniu się z danymi w jaki sposób organizm ludzki przetwarza te i inne formy GMO, zespół badawczy odkrył, że DNA z GMO nie jest całkowicie rozkładane przez organizm w procesie trawienia. W przeciwieństwie do mniejszych składników, takich jak aminokwasy i kwasy nukleinowe, stwierdzono, że fragmenty DNA z GMO pozostają nieprzetrawione w całości i nie rozłożone. Co gorsza takie fragmenty przedostają się bezpośrednio do krwioobiegu.

Bazując na analizie ponad 1000 ludzkich próbek z czterech niezależnych badań jesteśmy w stanie dostarczyć dowodów, że zmodyfikowane fragmenty DNA, są na tyle duże, aby przenieść kompletne geny i unikają degradacji. Następnie poprzez niezbadany jak dotąd mechanizm penetrują ludzki układ krążenia

– wyjaśniają autorzy badań.

W jednej z próbek krwi względne stężenie DNA rośliny było większe niż ludzkiego DNA.

Geny z GMO przenikają do jelita cienkiego i zmieniają skład pożytecznych bakterii

To zdumiewające odkrycie podważa dotychczasowe fałszywe oświadczenia koncernów i organizacji lobbujących za GMO o braku różnicy dla organizmu, bez względu na to jaką żywność się spożywa. Firma Monsanto twierdzi nawet na swojej stronie zatytułowanej „Bezpieczeństwo żywności”, że DNA z GMO jest trawione i obecnie brak jest jakichkolwiek zagrożeń.

Przenikanie modyfikowanych genów do krwioobiegu niesie za sobą konkretne zagrożenia. Ich obecność jest związana m.in. z poważnymi stanami zapalnymi, takimi jak zapalenie jelita grubego, gruczolaki jelita grubego, a nawet choroby nowotworowe.

Obecność genów w transgenicznych w jelicie cienkim niekorzystnie wpływa na skład bakterii, które są odpowiedzialne za ochronę przed wszelkimi złymi składnikami pożywienia , a jednocześnie pomagają w przyswajaniu składników odżywczych – stanowią swoistą barierę ochronną, którą możemy stracić.

Problem leży także w tym, że jak do tej pory nie przeprowadzono gruntownych i rzetelnych badań dotyczących wpływu GMO na organizm, a tymczasem taką żywność dopuszczono do obrotu oraz aktywnie się ją promuje. Firmy biotechnologiczne zawsze jedynie stwierdzały, że żywność z GMO jest taka sama jak naturalne jedzenie, bez żadnych dowodów potwierdzających ten fakt, a to wystarczyło dla rządów i instytucji rządowych, aby wprowadzić je i utrzymać je na rynku od już prawie 20 lat.

davidsuzukiDavid Suzuki, współzałożyciel Fundacji Davida Suzuki stwierdził, że:

Nie jest dziś możliwe, aby przewidzieć, jak dalekie konsekwencje może przynieść przenikanie obcych genów do ludzkiego organizmu i jaki to da w konsekwencji wynik.

Trudno się spodziewać, by wynik ten mógł być pozytywny. Dlatego jeśli tylko macie taką możliwość wystrzegajcie się jedzenia modyfikowanego genetycznie, a w szczególności nie podawajcie go dzieciom.

Geoinżynieria. Była podoficer, Kristen Meghan, opowiada o tym, jak odkryła, że wojsko rozpyla chemtrails

Kristen Meghan nie jest amatorką tropiącą rzekomą teorię spiskową, zwaną „chemtrails”, lecz osobą pod każdym względem kompetentną i uprawnioną do wypowiadania się w tej sprawie. Złożyła przysięgę na Konstytucję, a jej zadaniem, jako wojskowej higienistki środowiskowej, było czuwanie nad bezpieczeństwem ludzi i środowiska naturalnego. Mimo, że opuściła armię wciąż czuje się związana przysięgą, której do tej pory nie była w stanie dotrzymać i obiecuje, że nie zamilknie, bez względu na to, ile miejsc pracy straci i ilu przyjaciół oraz członków rodziny się od niej odwróci.

Po zamachu 9 września Kristen, 19-letnia, zagubiona i niepewna, co zrobić ze swoim życiem, zaciągnęła się do lotnictwa wojskowego. Pracowała w bio-inżynierii środowiskowej, a jej zadaniem było monitorowanie wpływu wojska na środowisko i zdrowie, zarówno pracowników wojska jak i ludności cywilnej i usuwanie skutków ewentualnych skażeń. Przez jej stanowisko pracy przechodziły zamówienia na różne chemikalia potrzebne m.in. do naprawy i konserwacji samolotów, a ona musiała dbać o to, żeby nie stanowiły one zagrożenia dla ludzi i żeby były zgodne z obowiązującymi normami. Różni ludzie, wiedząc o tym, jaką pracę wykonuje zadawali jej pytanie, czy słyszała o chemtrails. Nie, nie słyszała. Ale postanowiła sprawdzić, co na ten temat piszą w Internecie. Znalazła tam strony, które zajmowały się obalaniem i ośmieszaniem tej teorii spiskowej, a ona uwierzyła, że piszą tam prawdę, bo przecież, z racji wykonywanej pracy, ona pierwsza wiedziałaby, gdyby wojsko powodowało jakiekolwiek skażenia.

A jednak coś się nie zgadzało. Około roku 2006 zaczęło do niej docierać, że wojsko nie było tym, czym wierzyła, że jest.

Kiedyś przeglądała swój komputer i Formularz Lotnictwa 39-52 „Zatwierdzenie substancji szkodliwych”. Widniało tam wiele ton aluminium, baru, strontu oraz różne formy tlenków i siarczanów. Wiedziała, że są one używane w procesach takich jak obróbka strumieniowo-ścierna czy piaskowanie numeryczne. Problem w tym, że ona już te chemikalia rozliczyła, posługując się Kartą Bezpieczeństwa Preparatu, gdzie wymieniony jest producent i być może lista wymaganego sprzętu ochrony osobistej, wykorzystywanego w procesie oraz kilka sposobów złagodzenia ekspozycji. Ale te elektroniczne karty, które miała przed sobą różniły się od tych, z którymi pracowała. Wyglądały jakby ktoś sam je stworzył i zeskanował, nie było w nich producenta i były bardzo ogólnikowe. Zadawała pytania zwierzchnikom, do czego jest to wykorzystywane, ale nigdy nie otrzymała odpowiedzi, więc tych kart nie rozliczyła. Zaczęto na nią naciskać, że zalega ze swoimi 39-52. Kiedy zaczęła zadawać pytania stała się wrogiem. Była cenionym pracownikiem, miała swoją rangę, była odznaczona, była podoficerem kwatermistrzostwa, zdobyła wiele nagród, więc nie było powodu, żeby ją demonizować. Przeniesiono ją do innego centrum logistycznego lotnictwa w stanie Georgia, a zła opinia poszła za nią. W nowym miejscu pracy sytuacja z dziwnymi kartami się powtórzyła, ale ona zajęła się pracą dochodzeniową. Zaczęła pobierać próbki powietrza i gleby, słusznie zakładając, że to, co zostało rozpylone w powietrzu musi opaść na ziemię. Używała bardzo czułego sprzętu i odkryła, że poziom skażenia jest bardzo wysoki. Zaczęła zadawać pytania nowemu dowódcy, ale jego reakcja ją zdumiała. Popatrzył jej w twarz i powiedział: „Zastanawiam się nad tobą, co jest z tobą nie tak? Ostatnio wyglądasz na naprawdę bardzo przygnębioną, mógłbym ocenić twoje zdrowie psychiczne nawet na 120 dni” (zapewne izolacji). „Kto zająłby się twoją córką?” To potwierdziło jej podejrzenia, że zamiast chronić zdrowie ludzi, wojsko ich zatruwa, łamiąc wiele praw. W konfrontacji z lękiem przed „wrzuceniem do klatki” nabrała wielkiej odwagi, żeby działać. W wojsku nie mogła nic zrobić, bo w wojsku jesteś numerem i każdy aspekt twojego życia jest kontrolowany. Na szczęście zbliżał się czas ponownej rekrutacji, więc postanowiła, że nie zaciągnie się ponownie. Uciekła i nie obejrzała się za siebie. Od października 2010 roku, po 9 latach służby, została informatorką (whistleblower) i krzyczy o tym, co odkryła. Oczywiście wojsko usiłuje ją uciszyć, ale nie ma niczego, co mogłoby ją zdyskredytować. Jest prześladowana, wyrzucana z pracy, a gdy podróżuje samolotami na lotnisku jest wciągana do tajnego pomieszczenia.

Zastanawiacie się, kim są piloci, którzy to rozpylają i dlaczego się nie ujawniają? Od czasu kiedy Kristen mówi o tym wszystkim zgłaszają się do niej piloci i ludzie, którzy wstawiają kanistry z chemikaliami do samolotów, ale z oczywistych względów ona nie może ujawnić kim są. Nikt nie chce skończyć jak Snowden i Manning. Prawa chroniące demaskatorów nie działają, a tak naprawdę nie istnieją. Geoinżynieria istniała i istnieje i jest finansowana z podatków. Trują nas z nieba za nasze własne pieniądze! O tym procederze nie wiedzą nawet ludzie zatrudnieni w lotnictwie, tak, jak ona nie wiedziała, mimo że pracowała jako higienistka środowiskowa rozliczająca zużycie chemikaliów stosowanych do oprysków. Bo jeśli nie wiesz, czego szukać to tego nie znajdziesz.

Dlatego nie wierz ekspertom! Nie wierz ludziom pracującym w monitoringu atmosfery! Oni nie kłamią, kiedy mówią że niczego nie rejestrują. Oni sami nic nie wiedzą z prostego powodu: nie mają dość precyzyjnych urządzeń, żeby wykryć nanocząsteczki metali. Ale to nieprawda, że nie ma skażeń.

Kristen pyta retorycznie swoich kolegów z wojska: „Czego się boisz, skoro jesteś w czynnej służbie, co oznacza, że jesteś gotów zginąć w obronie swojego kraju?” Dlatego apeluje do wszystkich, żeby rozpowszechniali tę wiedzę, żeby się ujawniali, żeby wyciągnęli tę tajemnicę na światło dzienne i powstrzymali ten proceder. Ona wciąż jest wierna przysiędze, ma poczucie, że jest to jej obowiązek i dopiero teraz może się z niej wywiązać. Uważa, że pracownicy służby zdrowia działają nieetycznie, bo o tym nie mówią.

Kristen uważa, że najważniejszą przeszkodą są strony z dezinformacją na ten temat. Najważniejsze są dwie: metabunk i ContrailScience, obie prowadzone przez pracownika rządu, programistę Micka Westa. Mick West nie jest chemikiem, fizykiem ani specjalistą ochrony środowiska, ale czuje się uprawniony do mówienia wam, że jesteście szaleni, jeśli widzicie na niebie chemtrails. Przestrzega też przed licznymi trollami dezinformacji, którzy są opłacani, żeby udawali znawców tematu lub kogoś takiego jak my, kto uczciwie przekazuje wiedzę. Nie polecajcie na Facebooku czy Twitterze żadnej strony o contrails jeśli nie sprawdzicie, kto ją prowadzi i kto mu za to płaci. [Oprócz płatnych agentów dezinformacji, wśród autorów takich głupich stronek i artykułów w blogach o contrails jest wielu użytecznych idiotów, którzy uważają się za „racjonalistów”, czyli arogantów przekonanych, że są mądrzejsi niż empirycy, wierzący w to, co widzą – MS].

Oto rady Kristen, jak zbadać skład wody i powietrza, żeby przekonać niedowiarków. Nie jest to takie proste, bo zwyczajne laboratoria nie dysponują wystarczająco czułą aparaturą, zdolną do wykrycia nanocząsteczek. To jest bardzo ważne: to są nanocząsteczki, a nie zwyczajne aluminium, bar i stront! Dlatego zwykłe laboratorium nic nie wykryje.

Do badania oddajemy wodę deszczową i śnieg, a nie glebę, ponieważ gleba ma bardzo różny skład, zależnie od miejsca, w którym występuje. Należy wziąć szklany słoik (nie plastikowy, bo zawiera on BPA) i pobrać do niego deszczówkę lub śnieg. Kristen nie może ujawnić publicznie, do którego laboratorium należy to wysłać, ponieważ większość laboratoriów odmawia przyjęcia próbek, jeśli się dowiedzą, że ma to jakiś związek z jej działalnością. Dlatego należy wysłać do niej e-mail z zapytaniem, a ona poda wam informację co robić. Takie badanie kosztuje ok. 50$.

Ze wszystkich praw, które tracimy geoinżynieria jest największym zagrożeniem. Jak mówi Kristen, możecie mieć broń, możecie mieć pieniądze, możecie mieć wszystko, ale jeśli nie macie żywności i wody i jeśli umieracie z powodu chorób układu oddechowego i nerwowego to jakie to ma znaczenie?

Jesteśmy truci na wiele sposobów: szczepionkami, skażonym powietrzem, fluorem w wodzie i paście do zębów, chemią w żywności, chemikaliami ze szczelinowania itp. Pojedyncze źródło nie wydaje się groźne, ale jeśli to wszystko zliczymy razem okaże się, że nasz organizm nie będzie w stanie poradzić sobie z metabolizowaniem tego wszystkiego.

Adres do Kristen: kristenmeghan@gmail.com

I na zakończenie: kilka słów o szalonych (a raczej psychopatycznych) „uczonych”, którzy w Erze Wodnika przejmują rolę, którą do tej pory pełniły religie. Tak, jak religie kłamały w sprawach duchowych, tak nauka kłamie w sprawie dowodów. Nie istnieje i nigdy nie istniało żadne globalne ocieplenie. Kto nie wierzy, niech sobie poczyta o eocenie, kiedy na ziemi temperatura była wyższa o prawie 9 stopni niż obecnie. Nie było wtedy czap lodowych – w ogóle! Mimo to nasza planeta nie rozpadła się, a życie nie wyginęło. Wręcz przeciwnie, był to okres bujnego rozwoju ssaków. W średniowieczu było dużo cieplej, niż obecnie. W Anglii i Polsce rosły winogrona i wyrabiano z nich znakomite wina. Od 2000 lat klimat się oziębia! Jeśli nam coś grozi, to raczej lodowiec, niż ocieplenie. Zresztą ocieplenie byłoby najlepszą rzeczą, jaka mogłaby się nam obecnie przydarzyć, gdyż tylko gorący klimat byłby w stanie zapewnić nam urodzaj, mogący wyżywić rosnącą populację.

Jeśli nie przegonimy tych wszystkich psychopatów udających uczonych los ludzkości będzie przesądzony!

Kłamliwa Żydopedia ani jednym słowem nie wspomina o tym, że w eocenie panowało potężne globalne ocieplenie. Oczywiście, nie może tego ujawnić, bo ludzie mogliby zacząć myśleć i pytać, dlaczego nie nastąpiła wtedy zagłada naszej planety. Dociekliwym polecam tekst Globalne ocieplenie z dalekiej przeszłości, przemyślcie sobie zagadkę, dlaczego nie tylko świat się wtedy nie skończył, ale nastąpiła wręcz eksplozja życia.

Monsanto – największy producent genetycznie modyfikowanej żywności

Z okazji dzisiejszego głosowania w sejmie zamieszczam artykuł ze strony Zielone Mazowsze, przedstawiający SZOKUJĄCĄ prawdę na temat firmy Monsanto, jej wynalazków i światowej kariery. Kto nie wiedział, niech się dowie.

==================================

Aleksander Buczyński, Krzysztof Rytel, 2002.01.18

  • 1929: polichlorowane bifenyle
  • 1945: DDT
  • 1962: Agent Orange
  • 2002: dziś poprawiamy twoją żywność

CZY GMO JEST BEZPIECZNE?

Czy genetycznie modyfikowana żywność jest bezpieczna?

Naukowcy z firmy Monsanto twierdzą, że tak.

CZY MOŻEMY IM UFAĆ?

MONSANTO – wiodąca korporacja biotechnologiczna sama w sobie jest doskonałym przykładem, że nie należy bezkrytycznie wierzyć w zapewnienia korporacyjnych specjalistów.

W czasie 100-letniej historii firmy Monsanto jej specjaliści zawsze twierdzili, że nowe technologie, które wprowadzają, są całkowicie bezpieczne. Po latach okazywało się, jak tragicznie się mylili.

19 maja 2001 r. Monsanto ujawniło, że genetycznie modyfikowana soja RoundUp Ready zawiera „nieoczekiwane fragmenty genetyczne”. Oczywiście firma zapewniła, że nie ma powodów do paniki. Znaleziony materiał genetyczny dostał się w trakcie tworzenia odmiany i był tam zanim uzyskała zezwolenie w 1992 r. w Stanach Zjednoczonych i w 1996 r. w Wielkiej Brytanii. Naukowcy Monsanto po prostu zauważyli go dopiero teraz.

CZEGO JESZCZE NIE WIEDZIAŁO MONSANTO?

W 1929 roku Monsanto wynalazło polichlorowane bifenyle (PCB), które w ciągu następnych dekad były szeroko stosowane głównie jako ciekłe izolatory w dużych transformatorach i kondensatorach. Wkrótce okazało się, że są silnie toksyczne, powodują raka i problemy reprodukcyjne u zwierząt i ludzi. Chociaż wycofano je z produkcji w latach siedemdziesiątych, miliony ton PCB, krąży w środowisku, odkładając się w tkance tłuszczowej organizmów żywych i przenosząc się wzdłuż łańcucha pokarmowego. Każdy z nas posiada PCB w ilościach znacząco podnoszących ryzyko nowotworów.

W 1945 r. Monsanto wprowadziło do produkcji DDT – chlorowany węglowodór służący do zwalczania owadów. Dziś wiemy, że DDT jest silnie toksyczne, wywołuje raka, akumuluje się w tkance tłuszczowej zwierząt i ludzi. Pod koniec lat sześćdziesiątych DDT zostało zabronione w krajach rozwiniętych, w wielu krajach trzeciego świata jest używane do dziś. Wszyscy mamy DDT w swoich ciałach.

W latach 1962-1970 podczas wojny w Wietnamie używano do niszczenia dżungli innego wynalazku Monsanto – defoliantu zwanego „Agent Orange”. Zawierał on supertoksyczne dioksyny, powodujące podobne skutki co PCB, przy wielokrotnie niższych stężeniach. W 1987 r. cierpiący na raka i uszkodzenia wątroby weterani wojenni otrzymali 180 mln dolarów odszkodowania od producentów Agent Orange. 500.000 wietnamskich dzieci, które urodziły się zdeformowane w wyniku kontaktu matek z dioksynami, odszkodowania dotąd nie dostało.

W 1976 r. Monsanto wprowadziło na rynek Cycle-Safe – pierwszą plastikową butelkę na napoje. Mimo „bezpiecznej nazwy”, w rok później została zakazana ze względu na działanie rakotwórcze.

W 1985 r. Monsanto rozpoczęło sprzedaż Aspartamu (Nutra-Sweet) – słodziku podejrzewanego o powodowanie nowotworów mózgu, później zakazanego w Stanach Zjednoczonych.

MONSANTO DBA O TWOJE ZDROWIE

1947 – Eksplozja w fabryce Monsanto w Texas City zniszczyła część miasta, zabijając 500 osób.

1979 – Monsanto przeprowadziło badania, na podstawie których stwierdziło, że dioksyny nie zwiększają ryzyka zachorowania na raka. W 1990 r. okazało się, że wyniki tych badań zostały sfałszowane.

1986 – Monsanto wydało 50 tys. dolarów, by nie dopuścić do uchwalenia w Kalifornii prawa zakazującego wprowadzania rakotwórczych chemikaliów do źródeł wody pitnej.

1990 – Monsanto wydało 405 tys. dolarów na zablokowanie kolejnej inicjatywy prawnej, zmierzającej do ograniczenia stosowania pestycydów, w tym produkowanego przez Monsanto rakotwórczego alachloru.

1997 – wyszło na jaw, że Monsanto sprzedało 6,000 ton odpadów skażonych kadmem firmom produkującym nawozy.

NAJNOWSZE OSIĄGNIĘCIA MONSANTO

BST (rBGH, Posilac) – zmodyfikowany genetycznie hormon wzrostu, zwiększa u krów produkcję mleka. Niestety, okazało się, że zwiększa również ryzyko zachorowania na raka piersi, okrężnicy i prostaty u pijących to mleko. Stosowanie BST jest zakazane w krajach UE.

RoundUp Ready – gen uodparniający rośliny na herbicyd RoundUp, również produkowany przez Monsanto. Po zastosowaniu na skalę przemysłową w kukurydzy, soi, rzepaku, bawełnie i burakach cukrowych, powstały w wyniku niekontrolowanych krzyżówek odporne na RoundUp chwasty. W efekcie rolnicy muszą obecnie stosować większe dawki herbicydów, co oznacza większą chemizację i wyższe koszty upraw (oraz większe zyski Monsanto).

Terminator – gen, opatentowany w USA pod numerem 5,723,765, uniemożliwiający roślinom naturalne rozmnażanie (powoduje sterylność nasion). Uzależnia rolników od corocznych dostaw ziarna do siewu z Monsanto.

POWIERZYŁBYŚ TWOJE PIENIĄDZE RECYDYWIŚCIE? A ZDROWIE?

==================================

Dla angielskojęzycznych link: http://www.chemicalindustryarchives.org/dirtysecrets/annistonindepth/intro.asp

==================================

Szczepionki a autyzm – potwierdzony związek

Poniższy tekst pochodzi ze strony StopCodex, z dn. 27 stycznia 2011

—————————————————————–

Dr Andrew Wakefield oczyszczany z zarzutów i oszczerstw przez ujawniane dokumenty oraz badania!

Wakefield w swoich licznych pracach wskazywał na związek między szczepionką MMR (trójskładnikowa szczepionka przeciw odrze, śwince i różyczce) a autyzmem. Twierdzi, że szczepionka ta jest wyjątkowo szkodliwa i możliwe, że przyczynia się do rozwoju autyzmu. Wszystko zaczęło się – przynajmniej dla szerszej publiki – 28 lutego 1998 roku, kiedy Lancet opublikował pracę dra Andrew Wakefielda, w której badacze donosili o związku pomiędzy szczepionką MMR, syndromem cieknącego jelita oraz autyzmem.

Szum medialny, który towarzyszył doniesieniom Wakefileda w znaczący sposób wpłynął na ochronę zdrowia dzieci – wiele matek przerażonych wizją autyzmu zrezygnowało z uczestnictwa w programie szczepień.

22 lutego 2004 w The Sunday Times ukazały się pierwsze wyniki dziennikarskiego śledztwa prowadzonego przez prawie pół roku przez Briana Deera. Deer okrzyknął wyniki badań Wakefielda wielkim oszustwem. Cała nagonka na dr Wakefielda spowodowała jego załamanie kariery naukowej i odebranie prawa wykonywania zawodu lekarza.

Obecnie po wielu latach batalii, wychodzą na jaw dokumenty, że badania naukowe prowadzone przez dra Andrew Wakefielda były prowadzone prawidłowo i że są podstawy naukowe na związek między szczepionką MMR a autyzmem. Wyszło na jaw, że inni badacze niezależnie otrzymali identyczne wyniki 14 miesięcy przed publikacją pracy Wakefielda wśród badanych dzieci.

Ostatecznie wyżej wspomniany dziennikarz okazuje się kłamcą. A upublicznione dokumenty ukazują, że British Medical Journal został złapany w swoich świadomych nadużyciach ignorując dowody, które zostały przedstawione na długo przed publikacją oszczerczego artykułu Briana Deera. British Medical Journal świadomie pominął dowody i po prostu postanowił zniszczyć reputację dr Wakefielda za pomocą wszelkich niezbędnych środków.

10 stycznia 2011 w Mail Online (Wielka Brytania) w artykule zatytułowanym “Naukowcy obawiają się związku między MMR a autyzmem” czytamy, że podczas medycznych badań w Wake Forest University (USA) stwierdzono wirusa odry w 70 spośród 82 badanych dzieci autystycznych. Żaden ze szczepów wirusa to nie były dzikie szczepy odry. Wszystkie szczepy były takie jak w szczepionkach MMR. Dr Andrew Wakefield miał podobny raport opublikowany już w 1998 roku i stał się przedmiotem polowania na czarownice, które zrujnowało jego karierę.

Oskarżenia British Medical Journal przeciwko dr Wakefieldowi, że sfabrykował swoje odkrycie są zatem nieprawdziwe, a oskarżenia mass mediów, że jego odkrycia “nigdy nie zostały powtórzone” to ewidentne oszczerstwo. Dr Wakefield żąda odwołania oskarżenia przez British Medical Journal.

Czy dalej mamy wierzyć białej mafii, która niszczy swoich przeciwników wszelkimi metodami? Dalej będziesz wierzyć w moc szczepionek, a czy zaufasz mocy swojego systemu immunologicznego? Wiele badań konwencjonalnej medycyny to po prostu oszustwo.

Opracował Zespół StopCodex

Wykorzystano źródła:

http://www.naturalnews.com/031056_autism_vaccines.html

http://www.naturalnews.com/031116_Dr_Andrew_Wakefield_British_Medical_Journal.html

http://www.dailymail.co.uk/news/article-388051/Scientists-fear-MMR-link-autism.html

Zobacz:

Strona www Dr Wakefielda:

http://www.vaccinesafetyfirst.com/Home.html

http://www.stopcodex.pl/szczepienia/

Strona www: Autyzm a szczepienia

http://www.autyzm-szczepienia.eu/

Moja praca zaliczeniowa z psychologii, która wywołała straszliwy skandal w mojej uczelni

WSTĘP, CZYLI KILKA SŁÓW WYJAŚNIENIA
Rozpaczliwie szukając w moich przepastnych zbiorach pewnego dzieła Wilhelma Reicha użyłam programu Desktop i znalazłam, ale nie to, czego szukałam…

Zamiast Reicha wykopałam swoją zapomnianą nieco pracę semestralną z psychologii (z połowy lat 90-tych), stanowiącą kolejny dowód na to, że nie szanuję żadnych autorytetów ani świętości. Moje dzieło tym różni się od prac pozostałych studentów, że nie ograniczyłam się w nim do grzecznego, bezmyślnego i pełnego nabożnego szacunku omówienia (czytaj: streszczenia) klasycznej książki Erica Berna „W co grają ludzie”, lecz ją po prostu ostro „zjechałam”.

Mój wykładowca, którego bardzo lubiłam i szanowałam, po zapoznaniu się z treścią mojego dzieła przybladł nieco, po czym orzekł, że chociaż absolutnie nie może się zgodzić z moimi wnioskami, jednak musi wyrazić swój podziw oraz szacunek dla odwagi i niekonwencjonalnego podejścia do tematu.

Inni nie byli tak litościwi. Jedna z moich koleżanek orzekła, że chyba musiałam mieć wyjątkowo ciężkie dzieciństwo i szkołę pod górkę, przez co zupełnie pokręciło mi się w głowie.

Dziś, po dziesięciu latach, i po przeczytaniu kilku kolejnych książek Alice Miller, widzę, że jednak miałam rację.

Być może dziś napisałabym to trochę inaczej, ale obawiam się, że znacznie ostrzej i bardziej bezkompromisowo (widać z wiekiem nie łagodnieję, lecz wręcz przeciwnie). Głęboko wierzę, że historia przyzna mi kiedyś rację.

Najmocniej przepraszam osoby nie znające książki Erica Berne’a ani zasad jego analizy transakcyjnej. Nie cytowałam wszystkiego, z czym polemizuję, ponieważ tekst był przeznaczony dla profesjonalistów. Dla nie znających tematu ten tekst będzie pewnie nie do końca zrozumiały. Ale właśnie sprawdziłam w księgarniach internetowych – książka jest, została wydana w 2007 roku przez PWN, więc zainteresowani mogą ją nabyć. W omówieniu znalazłam taką oto informację: „Obecne, piąte wydanie pracy, zawiera zmiany w terminologii i ujęciu tematu, oparte na głębszych przemyśleniach autora, dalszych lekturach oraz nowym materiale klinicznym”. Nie wiem, jak bardzo nowa wersja różni się od starej, ale możliwe, że dość znacznie. Ja dysponowałam wydaniem sprzed kilkunastu lat.

A oto moje dzieło w oryginale, bez żadnych skrótów i przeróbek:

Motto:
Co się stało z cudownym początkiem, gdy wszyscy sami byliśmy poezją? Jak to możliwe, że wrażliwe elfy stają się mordercami, narkomanami, przestępcami, zboczeńcami, okrutnymi dyktatorami, moralnie zdegenerowanymi politykami? W jaki sposób stali się „chodzącą krzywdą”? Widzimy ich wokół siebie: smutnych, przerażonych, wątpiących, zmartwionych, przygnębionych, pełnych niewyrażonej tęsknoty. Z pewnością utrata wrodzonego potencjału jest największą tragedią, jaka może nas wszystkich spotkać. [John Bradshaw]

Przeczytałam książkę „W co grają ludzie?” Erica Berne’a, mając nadzieję, że (zgodnie ze słowami naszej szanownej wykładowczyni) będę śmiać się serdecznie z tego, w co gram ja i moje otoczenie. „Procedury i rytuały” rzeczywiście mnie rozbawiły, zwłaszcza, że ich nie lubię i unikam. Jednak rozdział poświęcony „Grom” nieco mnie zaniepokoił. Gry są rzeczywiście świetnie opisane i znakomicie demaskują pewne patologie życia codziennego. Zgrozą przejmuje mnie myśl, że niektóre z tych gier doczekały się już prawnego uznania, jak np. „Drewniana noga” czy „Ubóstwo”, a „Dłużnik” stał się „grą narodową” w większości zamożnych państw świata.

Kiedy szukałam pracy, próbowałam skorzystać z pomocy Biura Pośrednictwa Pracy, ale ku mojemu zdumieniu szybko się zorientowałam, że komuś, kto naprawdę chce pracować, nie mają tam nic do zaoferowania. Urzędniczka ograniczała się wyłącznie do przekładania moich papierów z pudełka do pudełka i „odfajkowywania” na liście mojej comiesięcznej obecności.

Z ostrą formą gry w Drewnianą nogę w wersji Niepoczytalność również zetknęłam się bezpośrednio, kiedy pewna osoba z mojej rodziny, z rozpoznaniem psychozy maniakalno-depresyjnej zaczęła korzystać ze wszystkich należnych jej przywilejów, łamiąc prawo i normy obowiązujące w społeczeństwie. Bardzo dobrze zdawała sobie sprawę ze swej nietykalności, bo wielokrotnie, całkiem trzeźwo i logicznie, o tym mówiła. Kiedy policja zaczęła jej deptać po piętach, schroniła się w ramionach swego psychiatry, do spotkania z którym wcześniej nie można jej było namówić. Policji powiedziano: „Czego się można spodziewać po osobie niepoczytalnej?” I na tym się sprawa zakończyła, choć niewiele brakowało, by wszystkie konsekwencje materialne poniosła rodzina, no bo przecież ktoś musi za to wszystko zapłacić. I w końcu ktoś za to płaci, ale nigdy nie ten, kto zawinił. Tak oto gra doczekała się prawnego usankcjonowania, a my jesteśmy bardzo dumni ze swego humanitaryzmu. Szkoda tylko, że w naszym społeczeństwie niepoczytalni mają więcej praw, niż zwykli obywatele.

Gra w Sąd (w prawdziwej prawnej wersji) ewoluuje na naszych oczach. Kiedyś sąd służył do wymierzania sprawiedliwości – każdy, kto czuł się skrzywdzony mógł tam dopominać się o swe prawa. Dziś można wyróżnić wersję gry w Prawnika, która polega na tym, że nie ten ma rację kto ma rację, tylko ten, kto ma lepszego adwokata. Korzystają na tym mafiozi, śmiejąc się w nos całemu społeczeństwu, najgorzej na tym wychodzą ich ofiary, które nie dość, że nie mają szansy uzyskania satysfakcji, to jeszcze często w sali sądowej padają ofiarą przestępstwa prawnego (dotyczy to zwłaszcza ofiar gwałtu).

Inną usankcjonowaną grą jest zabawa w wyciąganie funduszy na rozmaite badania medyczne, różne leki itp. podczas gdy od dawna znane są sposoby unikania wielu chorób. Na świecie żyje mnóstwo ludzi, którzy, uznani przez medycynę za przypadki nieuleczalne, sami przejęli sprawy w swe ręce i uwolnili się od raka, cukrzycy, alergii, nadciśnienia i innych chorób. Tę grę można by nazwać „Należy nam się”, oczywiście za darmo, cudowna pigułka. Łykasz raz i spokój. Możesz jeść tłuste kiełbasy i torty, tarzać się w każdej rozpuście, a cudowna pigułka da ci zdrowie szybko, łatwo i przyjemnie.

Eric Berne był bardzo dobrym obserwatorem, lecz (być może jest to znak naszych czasów) popełnił ten sam błąd, co współczesna medycyna. Skoncentrował się na objawach, nie próbując nawet dociekać przyczyn patologii. Nie można leczyć choroby, nie znając jej przyczyny; usunięcie objawów przypomina zmiatanie śmieci pod dywan. Dlatego analiza transakcyjna, podobnie jak psychoanaliza, nie przynosi spodziewanych efektów terapeutycznych.

Oto, co pisze na ten temat John Bradshaw:

Chociaż przez wiele lat posługiwałem się analizą transakcyjną jako główną metodą terapeutyczną, podczas pracy nigdy nie koncentrowałem się na poszczególnych etapach rozwojowych dziecka wewnętrznego, dzięki którym może się ono przystosowywać i przetrwać. Teraz jestem przekonany, że brak szczegółowego opracowania etapów rozwojowych jest słabą stroną terapii stosujących analizę transakcyjną.

Nie dość, że toksyczni rodzice wywołują w dziecku stałe poczucie winy, które kładzie się cieniem na całym jego późniejszym dorosłym życiu, to jakby tego było mało, terapeuta, u którego pacjent szuka pomocy, mówi mu: „Jesteś brzydkim chłopcem i powinieneś się wstydzić, popatrz w co ty grasz”. Nie chciałabym mieć takiego terapeuty.

Alice Miller:

Problemów nie można rozwiązać za pomocą słów, lecz tylko przez doświadczenie, i to nie wyłącznie doświadczenie neutralizujące, lecz przez ożywienie wczesnego lęku (smutku, gniewu).

W tej pracy postaram się zanalizować niektóre, wybrane gry, pod kątem ich „toksycznego” rodowodu. Berne przyznaje, że gier uczymy się od rodziców, ale niektóre jego wnioski są niepokojące, szczególnie kuriozalne wydaje mi się nazywanie depresji lub uczucia poniżenia „korzyścią” z gry, nawet jeśli miałoby to przywrócić rodzinną homeostazę.

Spróbuję udowodnić, że gry wcale nie dają prawdziwej radości ani satysfakcji. Są one wynikiem pewnych wyuczonych, a właściwie wymuszonych reakcji naszych skrzywdzonych „wewnętrznych dzieci”.

John Bradshaw:

Metoda Kurtza – zwana terapią hakomi – odnosi się bezpośrednio do materiału rdzenia (ang. core material). To rdzeń określa, jak zorganizowane jest nasze wewnętrzne doświadczenie. Złożony z najwcześniejszych odczuć, przekonań i wspomnień, ukształtował się w odpowiedzi na naciski okresu naszego dzieciństwa. Jest nielogiczny i prymitywny, bo tylko w ten sposób magiczne, bezbronne, potrzebujące i pozbawione ograniczeń dziecko mogło wypracować strategię przetrwania.

Po ukształtowaniu materiał rdzenia staje się filtrem dla wszelkich nowych doświadczeń. To wyjaśnia, dlaczego niektórzy ludzie nieodmiennie wybierają ten sam typ niszczących związków; dlaczego dla niektórych życie jest pasmem powtarzających się nieszczęść i krzywd oraz dlaczego tak niewielu z nas nie potrafi się uczyć na własnych błędach.

Ową skłonność do powtarzania przeszłości Freud nazwał „przymusem powtarzania”. Znana współczesna terapeutka Alice Miller nazywa to „logiką absurdu”.

Ktoś, kto był wychowywany przez totalitarnego rodzica był jako dziecko bez szans na obronę. Mógł tylko kulić się w sobie i próbować stworzyć mechanizmy obronne, które pomogą mu przetrwać. Te mechanizmy w późniejszym życiu stają się kajdanami, które przeszkadzają rozwinąć pełnię człowieczeństwa. Taki człowiek nie ma w sobie wzorca zdrowego Dorosłego, a co gorsze – nosi w sobie wzorzec Rodzica, ukształtowany na wzór swego własnego ojca czy matki. I ten właśnie model dochodzi do głosu w sytuacjach stresowych – teraz on jest ojcem i on wreszcie ma władzę. Sposób reagowania zależy od tego, jaki typ charakteru zdołaliśmy wykształcić w dzieciństwie. Pomocą w diagnozowaniu może być teoria charakterów Wilhelma Reicha.

Susan Forward pisze:

Nasi rodzice sieją w nas mentalne i emocjonalne ziarna – ziarna, które rosną wraz z nami. W niektórych rodzinach są to ziarna miłości, szacunku i wolności. Niestety, w wielu innych są to ziarna strachu, obowiązku czy winy.

(…) Kiedy dorastałeś, zasiane ziarna rozrosły się w niewidoczne chwasty, które zaatakowały twoje życie tak dalece, że nie potrafisz sobie tego nawet wyobrazić. Ich pędy mogły zaszkodzić twoim uczuciowym związkom, karierze, życiu rodzinnemu; to one z pewnością zdusiły w tobie pewność siebie i poczucie własnej wartości.

A oto przegląd „Gier”:

GDYBY NIE TY
Przyznaję, że pani White rzeczywiście nie umie radzić sobie ze swym neurotycznym lękiem i despotyczny mąż prawidłowo wypełnia swą rolę; rzeczywiście, po to został wybrany przez panią White na męża. Ale dalsze wnioski są moim zdaniem błędne.

Tak czy owak, życie małżeńskie nauczyło ją jednego: że wszyscy mężczyźni są podli i despotyczni. Jak się potem okazało, postawa ta była związana z jej dawniejszymi fantazjami, w których widziała siebie jako ofiarę seksualnej agresji mężczyzny (…)

Korzyść psychologiczną wewnętrzną z gry stanowi jej bezpośredni wpływ na ekonomię psychiczną (libido) (…) zaspokajając zarazem potrzeby masochistyczne, jeśli takie istnieją. Terminu masochizm używamy tu nie w znaczeniu rezygnacji z własnych dążeń, lecz w jego klasycznym sensie podniecenia seksualnego w sytuacjach deprywacji, upokorzenia lub bólu.

No proszę, jaka ta pani White zepsuta! Nie dość, że gra w wygodną dla siebie grę GNT, ma brzydkie fantazje, a do tego jeszcze przejawia skłonność do dewiacji seksualnych. A jakie ma z tego korzyści? Że unika przeżywania lęków neurotycznych – zgoda, ale trudno mi uwierzyć, że ktokolwiek o zdrowych zmysłach może sprawiać sobie przyjemność fantazjami o brutalnym i upokarzającym seksie. Tylko męski szowinista może przypuszczać, że kobiety o niczym innym nie marzą, jak tylko o tym, by je gwałcono, bito i upokarzano, bo to sprawia im przyjemność.

Jest tylko jedno wytłumaczenie tej sytuacji – jest to przymus powtarzania bolesnych sytuacji z dzieciństwa. Gdybyśmy mogli zapytać panią White o jej stosunki z rodzicami, na pewno powiedziałaby nam, że jej ojciec był despotą, którego śmiertelnie się bała i że została przez niego wykorzystana seksualnie jako mała dziewczynka. Nawet Freud nie mógł uwierzyć w to, co od wieków działo się w „szczęśliwych i wzorowych” rodzinach, traktując opowieści swych pacjentek o kazirodztwie jako ich seksualne fantazje wynikające z kompleksu Elektry. Dziś jednak ten temat przestał być tabu, mówi się o tym coraz głośniej i coraz więcej na ten temat wiemy. Tego, że wszyscy mężczyźni to despotyczni dranie pani White nauczyła się w rodzinnym domu, a życie małżeńskie tylko ją w tym utwierdziło.

Harvey Jackins tak napisał:

Osoba owładnięta dawnymi cierpieniami mówi nieskładnie, działa nieskutecznie, nie umie poradzić sobie z trudną sytuacją oraz doświadcza potwornych cierpień, nie mających nic wspólnego z chwilą obecną.

Inne stwierdzenie Berne’a również zjeżyło mi włosy na głowie:

Gry wywodzą się z dzieciństwa, czy też dziecięcych prototypów, warto więc doszukiwać się tych wczesnych pokrewieństw przy dokonywaniu formalnego opisu. Małe dzieci grają w GNT nie rzadziej niż dorośli, a jej dziecięca odmiana tym tylko się różni od dorosłej, że zamiast zakazującego męża występuje w niej prawdziwy rodzic.

No i mamy wyjaśnienie, to dzieci są winne, bo grają w gry, w których … są ofiarami! Jak można w ogóle coś takiego wymyślić, o jakiej grze dziecięcej tu może być mowa? Oddajmy głos Susan Forward, zajmującej się terapią ofiar przemocy w rodzinie:

Rodzic, którego zachowania nie można przewidzieć jawi się dziecku jako przerażający bóg.

(…)

Dziecko jest zdane na łaskę i niełaskę swych boskich rodziców i tak jak starożytni Grecy nigdy nie wie, kiedy uderzy następny piorun. Niestety, dziecko toksycznych rodziców zdaje sobie sprawę, że piorun wcześniej czy później uderzy. Ten strach jest głęboko zakorzeniony i rośnie wraz z dzieckiem. W sercu dorosłego człowieka, który był kiedyś źle traktowany, a teraz jest nawet człowiekiem sukcesu, żyje małe dziecko, które czuje się bezsilne i przestraszone.

Nigdy nie uwierzę, że człowiek o zdrowych zmysłach może zadawać sobie cierpienie i czerpać z tego przyjemność lub satysfakcję. Wchodzenie w niezdrowe układy partnerskie, narażanie się na ból i upokorzenia świadczy o toksycznej spuściźnie dzieciństwa i wymaga terapii.

Berne zdaje się być głęboko przekonany, że w dzieciach tkwi wrodzone zło (szkoła Freuda), które nie tępione wyrasta jak chwasty, a do rodziców należy czujne obserwowanie, czy aby jest ono pod kontrolą. Najlepiej oczywiście, by wszyscy rodzice byli specjalistami od gier, bo to właśnie dzieci inicjują gry, sprytnie wciągając w nie nieświadomych rodziców. Przykład z bolącym brzuszkiem ma być na to najlepszym dowodem:

Ten przykład pokazuje całkiem jasno, że małe dzieci rozmyślnie inicjują gry. Kiedy jednak staną się utrwalonymi wzorcami bodźców i reakcji, ich pochodzenie zatrze się w mrokach czasu, a ich ukryta natura zniknie w oparach społecznych. (…) Doświadczenia kliniczne ujawniły, że gry są z natury naśladowcze i że pierwotnie ustanawiane są przez Dorosły (neopsychiczny) aspekt osobowości dziecięcej. Skoro stan ego Dziecka może zostać ożywiony u dorosłego gracza, jego talent psychologiczny jest wprost uderzający, a zdolność manipulowania ludźmi godna pozazdroszczenia. Dlatego ów dorosły aspekt stanu ego Dziecka nazywa się potocznie „Profesorem” (psychiatrii). (…) Z tych to powodów w formalnej analizie gry znajduje się zawsze próba opisu jej dziecięcego prototypu.

I już znamy całą prawdę: znów się okazało, że wszystkiemu winne są dzieci. Po prostu paskudni, mali Profesorowie! Dorośli dają sobą manipulować, są za mało przebiegli, by rozgryźć te cyniczne gierki i pozwalają, by się one utrwaliły. Naprawdę, biedni ci dorośli.

Mówiąc poważnie, cały ten wywód jest dokładnie postawiony na głowie. Mike poczuł się po prostu zazdrosny o to, że okazano względy jego bratu, a jemu nie. On też chciał być ważny. To całkiem niewinna manifestacja naturalnej potrzeby zwrócenia na siebie uwagi i nic więcej. Wyciąganie z tego generalnych wniosków na temat genezy gier (zwłaszcza w ich najbardziej toksycznym wymiarze) jest nieporozumieniem. W oparach społecznych zginie raczej pamięć o rodzicielskich nadużyciach; nazywa się to wyparciem. Dziecko idealizuje swych rodziców, bo od nich zależy jego istnienie. Prędzej uwierzy we własną podłość niż przyzna, że rodzic zachował się niegodnie. Zastanawiam się również nad tym, czy można mówić o Dorosłym stanie ego u trzyletniego dziecka.

SPRYT
Zastanówmy się teraz, czy gra w Spryt może dać graczowi rzeczywiste zadowolenie. Czy ryzyko odrzucenia przez otoczenie lub wytoczenia procesu o odszkodowanie za poczynione straty warte jest korzyści wynikających z samego tylko bałaganienia i uzyskania przebaczenia?

Ten fragment zaczerpnęłam z książki „Ciało zna odpowiedź” Martina Siemsa, a dotyczy on teorii charakterów Wilhelma Reicha. Jest to opis charakteru masochistycznego:

 

Podstawowym uczuciem masochisty jest brak wolności. O jego życiu decyduje żona, matka, dzieci, jego praca, wszystko co możliwe, tylko nie on: „Zawsze spotyka mnie coś złego”, „Nie jestem nic wart” oraz „Nie jestem wolny”. Życie jest dla niego drogą krzyżową, niesie więc swój krzyż z pokorą, lecz nie jest to prawdziwa pokora, gdyż pod nią aż kipi od gniewu. Gniew ten jednak należy ukrywać i nie wolno wyrażać go wprost. Utrwalił się on biernie jako jedno wielkie „nie” w ciele. Pod cierpieniem wyczuwa się dumę. Dumę z tego, że można wszystko wytrzymać.

(…)

Gdy spotkasz masochistę, poznasz go po narastającej w tobie irytacji. W jakiś sposób uda mu się ciebie rozzłościć i w dodatku będziesz się wstydził swojego gniewu. Przecież taki miły, a przy tym cierpiący człowiek nie powinien budzić gniewu. Być może niechcący nadepnie ci na nogę, jękniesz z bólu, a on zacznie się uniżenie i płaczliwie usprawiedliwiać. Próbując wytrzeć twój but niechcący wybrudzi ci palto. Jeżeli teraz wybuchniesz – utwierdzisz go w jego podstawowym uczuciu, że życie jest padołem płaczu.

Jak zrodziła się taka postawa? Masochiście okazywano miłość tylko wtedy, gdy był grzeczny i posłuszny. Najczęściej był manipulowany i besztany, i to wcale nie przez autorytarną, lecz przez serdeczną, tyle, że nadopiekuńczą matkę, która nie pozwalała dziecku na swobodę i wyrażanie własnej woli. Jednak (…) masochista nie mógł się zbuntować – jego lęk przed odrzuceniem przez matkę był zbyt wielki. Dlatego zdławił w sobie agresję i chęć rebelii. (…)

Musi się on nauczyć wyrażać gniew, bawić się, poruszać i podejmować decyzje. (…) Zreformowany masochista może mieć ogromne poczucie humoru. Kto tak wiele wycierpiał, by wreszcie zrozumieć, że to wszystko było stworzoną przez niego samego grą, ten ma się z czego śmiać.

Tak więc naciśnięcie guzika z napisem „antyteza gry w Spryt” wcale tak szybko z White’a nie zrobi Dorosłego.

KOPNIJ MNIE
W tę grę również grają masochiści:

Jeżeli ludzie z otoczenia gracza powstrzymują się przed zadaniem mu ciosu (…), jego zachowanie staje się coraz bardziej prowokacyjne, dopóki nie przekroczy granic i nie zmusi ich do wypełnienia zobowiązania. Ten typ reprezentują mężczyźni odtrącani, porzucani i zwalniani z pracy.

Odtrącenie, porzucenie i wyrzucenie z pracy jako nagroda? Takie stawianie sprawy pachnie cynizmem. Znam tragiczną ofiarę tej „gry”. Moja koleżanka Ania (dziś ma 41 lat), jako dziecko była katowana przez ojca furiata i pomiatana przez matkę pozbawioną ludzkich uczuć. Kiedy Ania była jeszcze w szkole podstawowej, matka, aby ukarać ją za nieposłuszeństwo (sprzeciw wobec wychowania religijnego), wezwała karetkę psychiatryczną i kazała, związaną w kaftan bezpieczeństwa, zawieźć do szpitala psychiatrycznego. Wyciągnęła ją stamtąd, po długich staraniach, matka jej przyjaciółki, bo rodziców jej los przestał interesować. Teraz Ania chodzi po świecie z napisem na czole „nie rób mi krzywdy”. Wygląda jak mniszka, cały czas przeprasza, że żyje i aby usprawiedliwić swoją obecność na tej ziemi pracuje, prawie za darmo, pomagając bezdomnym i chorym. Kiedy wracała wieczorem do domu, została napadnięta i zgwałcona. Taką otrzymała wypłatę w tej grze – można to nazwać korzyścią, jeśli ktoś tak chce.

ALKOHOLIK
W najważniejszej roli występuje Alkoholik (on) – pan White. Główną rolą wspomagającą jest rola Oskarżyciela, którą najczęściej gra osoba odmiennej płci, zazwyczaj partner w małżeństwie”. (…) Dziś wydaje się, że wypłata w Alkoholiku (…) pochodzi ze strony, na którą większość badaczy zwraca najmniej uwagi. (…) Procedurą prowadzącą do rzeczywistego momentu kulminacyjnego jest kac.

I znowu wypłatą, czyli nagrodą jest cierpienie. I znów spytam, czy normalny człowiek może czerpać radość z bólu i ciągłego słuchania oskarżeń? Czytamy dalej:

Pewien pacjent, ilekroć odwiedzał swego psychiatrę po alkoholowej bibie, obrzucał sam siebie najgorszymi obelgami. (…) Transakcyjnym celem picia, oprócz przyjemności, jaką sprawia ono pijącemu, jest stworzenie sytuacji, w której Dziecko może być poważnie złajane nie tylko przez wewnętrznego rodzica, lecz także przez wszystkie osoby z otoczenia, spełniające funkcję rodzica.

Korzyści: (…) „Alkoholik” jako gra – samooskarżenie. (…) Egzystencjalna: „Każdy chce mnie skrzywdzić”.

Przymus powtarzania upokarzających przeżyć z dzieciństwa każe alkoholikowi narażać się na obelgi, a nawet lżyć siebie samego.

 

Nie zamierzam bronić alkoholików, ani podtrzymywać ich w zamiarze picia. Alkoholik jest koszmarem dla swej rodziny, a zwłaszcza dla dzieci, może być niebezpieczny dla otoczenia i dla siebie samego i dlatego powinien się leczyć. Z praktyki wiemy, że tego nie zrobi, dopóki „nie wypije tyle, ile jest mu przeznaczone”, jak twierdzą w klubach AA. Winę za ten stan rzeczy ponoszą bliscy alkoholika, gdyż grają w tę grę z wielkim zaangażowaniem, nie pozwalając mu ponieść konsekwencji własnego postępowania i ukrywając jego picie przed światem.

O przyczynach alkoholizmu napisano bardzo dużo, a pogląd na tę chorobę zmienił się zasadniczo. Cezary E. Urbański we wstępie do książki Johna Bradshawa „Powrót do swego wewnętrznego domu” pisze tak:

Jest to choroba utraty kontaktu ze swą własną tożsamością, uczuciami, choroba egocentryzmu, bezsilności i strachu. Spowodowana krzywdami doznanymi w dzieciństwie i chorym myśleniem, które można zmienić.

John Bradshaw, znający problem z własnego doświadczenia, pisze:

Skrzywdzone dziecko wewnętrzne jest główną przyczyną nałogów i zachowań kompulsywnych. Już będąc nastolatkiem stałem się alkoholikiem. Mój ojciec, także alkoholik, porzucił mnie fizycznie i emocjonalnie, gdy byłem jeszcze dzieckiem. Czułem, że nie zasługuję na to, by poświęcał mi swój czas. Ponieważ ojciec był nieobecny, gdy kształtowały się moje zachowania, nie czułem się z nim związany i nigdy nie doświadczyłem, co znaczy być kochanym i cenionym przez mężczyznę. Dlatego naprawdę nigdy nie kochałem siebie jako mężczyzny. (…) Począwszy od piętnastego roku życia, aż do trzydziestki nałogowo piłem i brałem narkotyki. 11 grudnia 1965 roku wypiłem swój ostatni kieliszek. Pozbyłem się także nałogu zażywania środków odurzających, niemniej nadal zachowywałem się jak nałogowiec. Nałogowo paliłem, pracowałem i jadłem.

(…)

Pracowałem 25 lat z alkoholikami i narkomanami, w tym 15 lat z młodocianymi przestępcami-narkomanami. (…) Odkryłem, że czynnikiem łączącym te wszystkie przypadki było ich skrzywdzone dziecko wewnętrzne. Jest ono nieustannym źródłem wszelkich nałogów i zachowań kompulsywnych. Gdy przestałem pić alkohol, zacząłem zmieniać sobie nastrój w inny sposób. Pracowałem, jadłem i nałogowo paliłem, by zaspokoić potrzeby skrzywdzonego dziecka wewnętrznego.

(…)

Oprócz tego istnieje wiele innych sposobów zmian nastroju. Chciałbym się skoncentrować na następujących nałogach: aktywności, poznawania, odczuwania oraz posiadania rzeczy.

· Nałóg aktywności obejmuje pracę, robienie zakupów, seks oraz rytuały religijne. (…)
· Nałóg poznawania jest skutecznym sposobem na unikanie uczuć. (…)
· Uczucia także mogą być nałogiem. Sam byłem przez wiele lat gniewoholikiem. Pod wściekłością krył się mój ból i wstyd. Kiedy się wściekałem, czułem się silny i potężny, a nie bezbronny i bezsilny.

TERAZ CIĘ MAM, TY SUKINSYNU
Już miałam nadzieję, że tym razem oberwie się matce White’a, ale nie; znów winny był White, bo wypracował tę grę w dzieciństwie. Tu właściwie nic złego się nie stało – hydraulik zawinił i słusznie oberwał. Może to być forma gniewoholizmu – patrz wyżej.

Postawę taką nazywa się odreagowywaniem na otoczeniu; czasem przyjmuje ona bardziej destrukcyjne formy niż w tym przypadku. Bardzo wielu ludzi wybiera sobie zawód, pozwalający im odreagowywać na otoczeniu doznane w dzieciństwie krzywdy. W książce Johna Bradshawa jest opisany przypadek Maggie, córki brutalnego alkoholika, który bił jej matkę:

Kiedy zgłosiła się do mnie na terapię miała za sobą dwa nieudane małżeństwa z brutalnymi mężczyznami i wiele innych, upokarzających związków. Kim była z zawodu? Adwokatką, specjalizującą się w sprawach o stosowanie przemocy wobec kobiet!

Podejrzewam, że matka White’a grała z nim w „tym razem cię przyłapałam”, co dawało jej okazję by pałać świętym oburzeniem. Kiedyś sądzono, że dzieci mają wrodzoną skłonność do grzechu i że rodzice muszą być niezmiernie czujni, by im nie popuścić. Będzie o tym jeszcze mowa w dalszej części mojej pracy.

PATRZ, CO PRZEZ CIEBIE ZROBIŁEM
To ulubiona gra mojej teściowej. To prawda, że dzieci uczą się jej w domu; jest ona bardzo rozpowszechniona, zarówno w formie łagodnej, jak i bardzo toksycznej. Ponieważ jej celem jest wywołanie poczucia winy i wstydu, jej źródeł należy się doszukiwać w wychowaniu bazującym na kontrolowaniu dzieci przy pomocy poczucia winy. Jest bardzo zaraźliwa.

KOZI RÓG
Jest to bardzo niebezpieczna gra, mogąca doprowadzić do schizofrenii, szczególnie, gdy matka gra w nią z dzieckiem. Znam pewne stare małżeństwo, w którym żona wywołała schizofrenię u swego męża właśnie w ten sposób. Nie jestem pewna, czy dobrze zrozumiałam, ale chyba znów winą za schizofrenię Berne obarcza dziecko. Jest to najwyższa forma patologii rodzinnej, dla której nie ma usprawiedliwienia. Bez względu na to, jakich urazów w przeszłości doznała matka, nie można usprawiedliwić jej postępowania. Leczenie schizofrenii powinno chyba raczej dotyczyć rodziny (rodziców) pacjenta, a nie jego samego.

UDRĘCZONA
Jest to nieszczęsna ofiara perfekcjonizmu w wychowaniu, którego źródeł również należy szukać w przeszłości, ale nie w taki sposób, jak czyni to Berne. Jeśli rodzice wymagają od swego dziecka doskonałości i nigdy nie są zadowoleni, dziecko się stara jak może, lecz nie jest w stanie ich usatysfakcjonować. Wtedy opuszcza ręce i rezygnuje.

Susan Forward nazywa to „Zasadą trzech P: Perfekcjonizm, Przekładanie na potem i Paraliż”:

Ojczym Paula wpoił mu potrzebę bycia doskonałym – Perfekcjonizm. Strach Paula, że nie zdoła zrobić czegoś perfekcyjnie doprowadzał go do odkładania roboty – Przekładanie na potem. Niestety, im więcej prac Paul odkładał, tym bardziej go one przygniatały, a jego rosnące jak lawina lęki ostatecznie nie pozwalały mu w ogóle zabrać się do pracy – Paraliż.

Nic więc dziwnego, że pani White trafiła do szpitala, zamiast poddać się psychoterapii i odpuścić sobie.

PATRZ, JAK BARDZO SIĘ STARAŁEM
Tu Berne słusznie stwierdza:

Rodzice powinni dociec dwóch rzeczy: które z nich nauczyło dziecko tej gry i w jaki sposób utrwalają ją u niego.

Tym razem winni są dorośli. Można się domyślać, że jednak sprawa nie jest aż tak prosta. Prawdziwa przyczyna ginie w mrokach rodzinnej niepamięci. Tak czy inaczej mamy tu do czynienia z wywoływaniem poczucia winy i unikaniem odpowiedzialności za swe postępowanie. Jest to toksyczna i zaraźliwa gra, wymagająca terapii.

KOCHANIE
I tu znów Berne stawia sprawę na głowie:

Poślubiła go, ponieważ wiedziała, że będzie jej w ten sposób służył – eksponował jej braki, oszczędzając jej tego kłopotliwego obowiązku. Rodzice przyzwyczaili ją do tego, gdy była dzieckiem.

Nie sądzę, by eksponowanie własnych braków było czyimkolwiek obowiązkiem, ani żeby właściwą rzeczą było posługiwanie się do tego celu partnerem. Jeśli to według Berne’a jest nagrodą, to coś tu nie gra.

Przyczyna jest ta sama, co w grze GNT, tyle, że (najprawdopodobniej) z despotyczną matką i bez wykorzystania seksualnego. Ale i tak kamień spadł mi z serca, że grę zainicjowała matka, a nie dziecko.

ALEŻ TO OKROPNE
Jest to druga ulubiona gra mojej teściowej, która jest najszczęśliwsza wtedy, gdy coś sobie złamie. Ma wtedy temat do niekończących się opowieści o tym, jak to przywieźli ją do szpitala, a wtedy do izby przyjęć zbiegli się wszyscy lekarze z wszystkich oddziałów, wszystkie pielęgniarki i praktykujący studenci. Ordynator czule gładził ją po głowie, pielęgniarki płakały, kilku lekarzy z troską oglądało jej nogę, nie mogąc wyjść z podziwu, jakie to nadzwyczajne złamanie, a jeden stażysta to nawet zemdlał z wrażenia. Potem, gdy już leżała w sali po operacji, trzy pielęgniarki stale siedziały przy jej łóżku czule głaszcząc ją po rączce i po główce, karmiąc ją, całując i opowiadając bajki.

Wilhelm Reich nazywa to charakterem oralnym (cytat z książki „Ciało zna odpowiedź” M. Siemsa):

Osoba o charakterze oralnym natychmiast wywołuje współczucie i chęć niesienia pomocy. (…) Jego tematem jest pożywienie w najszerszym tego słowa znaczeniu, a więc wszystko, co jest związane z zaspokajaniem potrzeb i otrzymywaniem. Pierwotnym uczuciem jest: „Nie dam sobie rady” oraz „I tak nie dostanę tego, czego potrzebuję”. Dramat oralny pojawia się jako drugi, tuż po dramacie schizoidalnym. Niemowlę leży w łóżku i płacze; potrzebuje czegoś, lecz nikt nie nadchodzi, (…) nie otrzymuje tego, co jest mu potrzebne. Płacze bardzo długo, lecz w końcu rezygnuje. Tak powstaje podstawowy system przekonań, który osoba oralna niesie w sobie przez całe życie: „Świat jest miejscem, w którym nigdy nie dostaje się tego, co jest niezbędne”.

(…)

Tak więc typ oralny tworzy osobowość, która skłania ludzi do okazywania pomocy. Zrezygnował z samodzielnego dokonania czegokolwiek i teraz wspiera się na innych lub nawet narzuca się im. Jego głównym tematem jest zaspokajanie potrzeb, jego świat jest zdeterminowany przez pytanie, gdzie i w jaki sposób może zaspokoić swe potrzeby. Zawsze będzie szukał kogoś, kto mu pomoże, kto będzie gotów wysłuchać go i pocieszyć.

Ten głód dotyczy uczuć, więc może się zdarzyć, że człowiek będzie szukał ich zaspokojenia w taki chory sposób – pod skalpelem chirurga, mając (nieuzasadnioną) nadzieję, że ten nie ma nic innego do roboty, jak tylko rozczulać się nad pacjentem, którego kroi.

WADA
Jest to najbardziej karygodna i prymitywna manifestacja zupełnego braku poczucia własnej wartości. Nie dość, że rodzice nie zadbali o wykształcenie w dziecku tej cechy, to jeszcze na pewno sami pogardliwie wyrażali się o innych, mając nadzieję, że poniżając innych wywyższą siebie. Jest to złudna nadzieja – nie tędy droga. Można współczuć, ale współżyć z kimś takim się nie da.

Alice Miller tak o tym pisze:

Pogarda dla mniejszego i słabszego jest najlepszą obroną przed ujawnieniem własnego poczucia niemocy, jest przejawem odciętej słabości. Ten, kto jest naprawdę silny, zna swoje poczucie słabości i nie musi demonstrować mocy przez upokarzanie innych.

GRY SEKSUALNE
Prześledźmy takie elementy analizy gier, jak: Cel: podstępna zemsta. Korzyści: Wewnętrzna psychologiczna – wyrażenie nienawiści i projekcja poczucia winy.

Czy jakakolwiek zdrowa psychicznie i duchowo kobieta może szukać podstępnej zemsty na przypadkowo spotkanym na przyjęciu mężczyźnie i czerpać z tego przyjemność? Czy „wyrażenie nienawiści i projekcja poczucia winy” mogą stanowić rzeczywistą korzyść?

W jednym z telewizyjnych programów „Na każdy temat” wystąpiły ofiary kazirodztwa – trzy kobiety, napastowane seksualnie w dzieciństwie przez swych ojców lub braci. Żadna z nich nie potrafiła stworzyć udanego związku z mężczyzną, ich życie małżeńskie było koszmarem. Jedna z nich, zgwałcona jako siedmioletnia dziewczynka przez swego przyrodniego, nastoletniego brata opowiadała, że w marzeniach widziała torturowanych mężczyzn, że bardzo lubiła grać w „nóż”, bo wyobrażała sobie przy tym, że ostrze wbija się w ciało znienawidzonego faceta, a nie w piasek. Wyszła za mąż tylko po to, by mieć dziecko, ale broń Boże nie syna, gdyż każdy mężczyzna jawił się jej jako zbrodniarz.

Nie są to wcale perwersje seksualne, wynikające z jakiegoś wrodzonego „zboczenia”, lecz tragiczne skutki nadużyć wobec dzieci.

JAK SIĘ STĄD WYDOSTAĆ
Lepsza znana i bezpieczna niewola, niż nieznana wolność. Wielu rodziców podkopuje w swych dzieciach wiarę we własne siły, ponieważ panicznie boją się ich odejścia. Nie znam się na więziennictwie, ale trudno mi uwierzyć, by więzień posuwał się do sabotowania możliwości wyjścia na wolność. Pacjentom psychiatrycznym (i niemieckim imigrantom) może się to zdarzyć, bo perspektywa samodzielnego radzenia sobie we wrogim i obcym świecie może być przerażająca dla kogoś, kto nie ma dość wiary we własne siły i możliwości. Tu przynajmniej mają dach nad głową, wikt i opierunek za darmo.

CIEPLARNIA
Zły psychoterapeuta może doprowadzić do uzależnienia się od terapii – często zdarza się to w psychoanalizie. Pacjent przestaje robić postępy, a zamiast tego zaczyna odczuwać przyjemność z ciągłego absorbowania świata swymi przeżyciami (patrz charakter oralny). Psychoterapia prowadzona przez niekompetentnego lub zaburzonego terapeutę może być okazją do różnych nadużyć. Zdarza się też, że pacjent, który nie zaznał w domu rodzinnym miłości i troski szuka zaspokojenia tych potrzeb właśnie u terapeuty lub guru, oczekując, że stanie się on jego zastępczym, dobrym rodzicem. Nie jest wtedy zdolny do właściwego ocenienia jego kompetencji ani umiejętności.

Alice Miller w „Dramacie…” tak o tym pisze:

Każdy proces terapeutyczny, a szczególnie konfrontacja z wczesnymi urazami, wymaga kompetentnego i uczciwego towarzyszenia jej. Dysponując taką obroną pacjent może wykorzystać wszystkie możliwości, jakie stwarza mu dorosłe życie, podobnie jak swoje zdolności i siłę oraz cały uzdrawiający potencjał, aby przepracować swój żal nad poniesionymi stratami. Nie grozi mu wówczas, że utknie w stanie regresji i uzależni się od „mistrzów”, jak dzieje się to nie tylko w różnych sektach, ale również w niektórych, tak zwanych „ośrodkach terapeutycznych”, które wykształciły struktury typowe dla sekt.

Komuś, kto ma tendencję do zachowywania się jak bezradne i porzucone dziecko, grozi że znajdzie sobie ojca i opiekuna takiego, jak wielebny Jim Jones, założyciel Świątyni Ludu (The People’s Temple). Ciekawą rzeczą jest to, że był on wcześniej dyrektorem Komisji Praw Człowieka i laureatem nagrody im. Martina Luthera Kinga. O jego Świątyni pisano w prasie, że jest to raj na ziemi i najcudowniejsza wspólnota świata.

David Boadella pisze:

Kiedy Jim Jones osiągnął punkt zwrotny, hierarchia była gotowa do wykonania jego „białej nocy”, rewolucyjnego samobójstwa, które przedtem na próbę kilka razy rytualnie odegrano. Uzbrojeni strażnicy zajęli miejsca wokół pawilonu, by nikt nie próbował uciekać. Dr Schacht, wraz ze swoim wysoko cenionym zespołem medycznym, przyniósł kadź i zaczął mieszać winogronowy napój z cyjankali (…) Ludzie ustawili się w kolejce, by wyssać ostatni posiłek.

Gry, które teraz opiszę można chyba nazwać Antycieplarnia.

Przemocy w psychoterapii poświęcona jest książka Davida Boadelli „Toksyczni terapeuci, przemoc religijna, sekty”. Czym może grozić przystąpienie do grupy psychoterapeutycznej, bez uprzedniego sprawdzenia kompetencji i cech osobistych lidera, może świadczyć ten fragment, zatytułowany „Pogląd pewnego lidera grupy na gwałtowność”:

Przemoc daje rezultaty… Wszystko dzieje się samoczynnie. Nigdy nikogo się do niczego nie zachęca. Ludzie przychodzą z nadzieją na przeżywanie gwałtowności i chcą tego. W każdym jest gwałtowność, praktycznie nie ma pod tym względem wyjątków. Boją się jej, ale i są zachwyceni. Sami to robią. Nigdy nikomu nie każe się walczyć – jeżeli, to trzeciego albo czwartego dnia, kiedy wszystko jest już zaakceptowane.

Jeżeli człowiek sobie w czymś popuści, to osiąga to, czego chce. Jeżeli popuści sobie w walce, to znaczy, że z tego najwięcej korzysta. Jeżeli powalczy z pełnym oddaniem, to później jest już czysty.

…W trakcie najgwałtowniejszego incydentu, jaki się w mojej grupie wydarzył, człowiek doznał samadhi. Chciał zabić kogoś. O, on go zabijał, zabijał go, a grupa nie mogła go powstrzymać. Wyrwał się i dopadł tej osoby; powiesił ją na ścianie… i nikt go nie mógł powstrzymać. Walili go, kopali i nic go nie powstrzymało. I wtedy powiedziałem po prostu: „Przestań. Skieruj energię do środka”. I wtedy po prostu doznał samadhi.

W wielu grupach terapeutycznych mówi się o „zabiciu ego”, które przeszkadza swymi sztuczkami w osiągnięciu spojrzenia niewinnego dziecka. Jest to bardzo dobra rada dla osób o charakterze psychopatycznym, ale doświadczenie uczy, że psychopata nigdy nie wyrazi gotowości poddania się terapii. Zabijanie ego u osób o słabej osobowości może być bardzo niebezpieczne.

Tak o tym mówi Osho:

Dobrze jest mieć ego, ponieważ inaczej nie będziesz miał w życiu kręgosłupa. Każdy cię zmiażdży. Jeśli nie będziesz miał w życiu ego, pozostaniesz nieistnieniem, będziesz wykorzystywany, gnębiony, torturowany. Każdy człowiek, każdy Adolf Hitler stanie się twoim pasterzem, a ty będziesz owcą.

Są niestety rodzice, którym ego dziecka bardzo przeszkadza w rozwinięciu ich talentów pedagogicznych, więc stosują zasadę „przełamywania uporu”. Po tym zabiegu dziecko staje się uległe jak baranek i nie sprawia żadnych kłopotów wychowawczych. Nie stawia oporu również w dorosłym życiu, stając się łatwym łupem toksycznych terapeutów i partnerów życiowych.

GŁUPI
Pewna dobrze mi znana chora na cyklofrenię osoba zwykła mawiać: „Nie mów mi nic, ja już mam mózg zlasowany tymi lekami, więc i tak nic z tego nie zrozumiem”. Niektórzy wolą dać sobie zniszczyć mózg, niż podjąć ryzyko odpowiedzialnego życia. Agresywnie wypowiadane hasło Spróbuj tylko mi coś zrobić (w domyśle: nikt nie ma prawa niczego dobrego ani mądrego ode mnie oczekiwać, mam to prawnie zagwarantowane) zapewnia jej bezkarność. To forma gry w Drewnianą nogę. Uraz psychiczny musiał być bardzo wczesny i bardzo silny, ale nie podejmuję się tego interpretować. Sporo w tym wszystkim jest zwykłego cwaniactwa, bo inteligencji jej nie brakuje.

———-

Tyle na temat gier. Dużo bliższa mojemu sercu jest książka „Toksyczni rodzice”. Była to moja pierwsza lektura na temat dysfunkcyjnych rodzin, która w taki śmiały i bezpośredni sposób opisuje dramat, rozgrywający się w rodzinie. Książki które czytałam przedtem były bardzo naukowe, pełne wątpliwości, przypuszczeń i „nie do końca potwierdzonych” diagnoz. Potem znalazłam jeszcze „Dramat udanego dziecka” Alice Miller i wiele innych.

Słabością metody Berne’a jest nie tylko to, o czym już wspominałam, czyli brak właściwej diagnozy, ale wręcz straszne pomylenie pojęć. Berne przypisuje dziecięcemu zepsuciu zbyt wielką rolę.

John Bradshaw tak o tym pisze:

W większości przypadków fizycznego nękania, z jakimi się zetknąłem, brutalni rodzice wierzyli, iż dziecko rozmyślnie zachowywało się złośliwie. (…) Skłonność do zapuszczania się na zakazane tereny często uznawana była za przejaw perwersji charakterystycznej dla dzieci. Dowodzono, że jest ona skutkiem grzechu pierworodnego. Doktryna ta była głównym źródłem wielu okrutnych i represyjnych praktyk wychowawczych. Nie istnieją jednak żadne naukowe dowody przemawiające na korzyść poglądu, że dzieci są w jakikolwiek sposób naturalnie zdeprawowane.

Alice Miller w „Dramacie udanego dziecka” jako przykład takich praktyk podaje wychowanie, jakie odebrał młody Hermann Hesse. Jego rodzice i dziadkowie byli misjonarzami i mieli obsesję na punkcie „zepsucia”.

Tak pisze Hesse w „Duszy dziecka”:

Gdybym miał sprowadzić te wszystkie uczucia i ich pełną udręki walkę do jakiegoś podstawowego uczucia i nazwać je jednym jedynym słowem, nie znalazłbym innego, jak lęk. To był lęk, lęk i niepewność, które odczuwałem we wszystkich godzinach zaburzonego dziecięcego szczęścia: lęk przed karą, lęk przed własnym sumieniem, lęk przed porywami duszy, które odczuwałem, jako zakazane i przestępcze. Dalej autorka pisze: Dziennik matki Hessego i obszerna korespondencja rodziców z różnymi członkami rodziny, opublikowana w 1966 roku, pozwalają nam prześledzić pełną cierpienia drogę chłopca. (…) Często się zdarza, że zdolności dziecka (intensywność uczuć, głębia doznań, ciekawość, inteligencja i przytomność która zawiera w sobie również uzasadnioną krytykę) konfrontują rodziców z konfliktami, przed którymi chronią się przeróżnymi normami i przepisami. W takiej sytuacji przepisy muszą zostać ocalone kosztem rozwoju dziecka. Prowadzi to do jedynie pozornie paradoksalnej sytuacji, że również rodzice dumni ze swego utalentowanego dziecka, podziwiający je nawet, z powodu własnego cierpienia odrzucają, tłumią lub wręcz niszczą to, co w nim najlepsze, albowiem najbardziej autentyczne.

Do czego mogą się posunąć dla dobra dziecka „cnotliwi” rodzice świadczy następujący fragment:

Maria Hesse, matka wybitnego poety i pisarza Hermanna Hesse opisuje w swych dziennikach, jak łamano jej wolę, kiedy miała cztery lata. Kiedy z kolei jej syn miał cztery lata, cierpiała szczególnie mocno z powodu jego przekory i zwalczała ją z różnym skutkiem. Mając 15 lat Hermann Hesse został oddany do zakładu dla umysłowo chorych i epileptyków, aby tam „wreszcie poradzono sobie z jego krnąbrnością”. (…) Rodzice postawili mu jasny warunek: tylko jeśli się „poprawi” będzie mógł opuścić zakład, tak więc chłopiec „poprawił się”. W późniejszym, poświęconym rodzicom wierszu widać wyparcie i idealizację; Hesse oskarża siebie za to, że przysporzył rodzicom tyle kłopotów „swoim charakterem”.

(…)

Mimo wielkiej popularności, jaką cieszyły się jego książki, ogromnych sukcesów i Nagrody Nobla, Hesse, będąc dojrzałym człowiekiem, cierpiał z powodu tragicznego stanu oddzielenia od swego prawdziwego Ja, który lekarze określają jako depresję.

Alice Miller pisze dalej:

W większości wypadków cierpienie doznane w dzieciństwie zostaje emocjonalnie odcięte, tworząc ukryte źródło nowych, czasem bardzo subtelnych upokorzeń w następnym pokoleniu. Dysponujemy tu najprzeróżniejszymi mechanizmami obronnymi, takimi jak wyparcie (np. własnego cierpienia), racjonalizacja („moim obowiązkiem jest wychować dziecko”), przeniesienie („to nie ojciec, ale mój syn mnie zranił”), idealizacja („ojciec bił mnie tylko dla mojego dobra”) itd., a przede wszystkim mechanizmem przemiany biernego cierpienia w aktywne formy zachowania.

A we wstępie do „Dramatu…” mamy taki oto fragment:

Doświadczenie uczy, że w walce zaburzeniami psychicznymi na dłuższą metę dysponujemy tylko jednym środkiem: jest nim proces odkrywania emocjonalnej prawdy o jedynej, niepowtarzalnej historii naszego dzieciństwa.

Zakończę moją pracę cytatem z Wilhelma Reicha:

Kto jest wrogiem? Wrogiem jest sama zakaźna zgnilizna, bez względu na to, gdzie się znajduje, a nie jakaś szczególna grupa, państwo, naród, rasa czy klasa społeczna. Odwracano uwagę od trucizny we własnym obozie, a szukano jej wyłącznie w cudzym. Wrogiem jest przebiegłość toksycznego charakteru we wszystkich obozach, na prawo i lewo, w wysokich i niskich warstwach społecznych, w każdej szkole, rodzinie, grupie, klasie społecznej i narodzie na ziemi. Rozwiązaniem jest… bezwzględne, bezlitosne przekazanie do powszechnej wiadomości pełnej prawdy o zadżumieniu wokół i w domu… To twoje opanowanie w obliczu ukrytego zła samo jest złem, niczym więcej, jak wykrętem. Wrogiem jest twoja utajona sympatia do zabójcy Życia.

Na ten sam temat Alice Miller wypowiada się tak:

Człowiek, który nauczył się uczciwie, nie okłamując się, postępować ze swymi uczuciami, nie potrzebuje stroić ich w ideologie, nie stanowi więc zagrożenia dla innych. Niezliczone formy które przyjmują zataczające coraz szersze kręgi nacjonalizmy, wyraźnie pokazują, że mamy do czynienia zawsze z tym samym obłędem, którego motywy wywodzą się z wypartych uczuć i wspomnień przywódców, i które nie mają nic wspólnego z racjonalnymi przyczynami. Nienawiść do życia i fascynacja zniszczeniem wspólne są wszystkim nacjonalistom. Mają oni jednolity, ponadnarodowy mundur, pochodzący z tego samego źródła: takiej samej historii doznanych w dzieciństwie okrucieństw, których albo się w ogóle nie pamięta, albo bagatelizuje, a wiedza o nich do niedawna wypierana była przez społeczeństwo.

Cieszę się, że wiedza o „emocjonalnym zadżumieniu” staje się coraz powszechniejsza, choć wiele jeszcze czasu upłynie, nim wszyscy zdobędą się na uczciwość w kwestii własnej historii. Przykazanie „Czcij ojca swego i matkę swoją” nie pozwala wielu ludziom przyjrzeć się własnym rodzicom. Często się zdarza, że zamiast kary, spotyka tych ludzi nagroda, w postaci „należnego im szacunku” ze strony dzieci i wnuków. Zakłamanie sprawia, że toksyczność dalej infekuje kolejne pokolenia. Jest to spowodowane lękiem przed ogniem piekielnym – lepiej cierpieć tu, na ziemi, niż na tamtym świecie.

Bibliografia:
W co grają ludzie – Eric Berne
Toksyczni rodzice – Susan Forward
Dramat udanego dziecka – Alice Miller
Powrót do swego wewnętrznego domu – John Bradshaw
Toksyczni terapeuci, przemoc religijna, sekty – David Boadella
Ciało zna odpowiedź – Martin Siems
Psychologia ezoteryki – Osho

—–

PS. dopisany do tej pracy dziś: Oto kilka cytatów z prac Alice Miller, ilustrujących problem odwrócenia ról, czyli obciążenia psychologiczną winą dzieci, a nie rodziców, którzy dopuścili się różnego rodzaju nadużyć wobec własnego potomstwa. Dla mnie jest to niepojęte. Przecież dorośli wyrastają z dzieci, a nie odwrotnie, jakże więc dziecko może być demonem zła, a człowiek dorosły aniołem? Czyżby bicie i upokarzanie, zwane „procesem wychowawczym” prowadziło do takiej cudownej przemiany?

Ale oddaję już głos samej Alice Miller:

Ponad 100 lat temu, oskarżając dziecko a chroniąc rodziców, Zygmunt Freud poddał się, bez zastrzeżeń, dominującej postawie moralnej, przerzucając winę na dziecko i wybielając rodziców. Podobnie było z jego następcami. W moich trzech ostatnich książkach położyłam akcent na to, że chociaż psychoanaliza bardziej się otworzyła na fakty okrucieństwa i nadużyć seksualnych wobec dzieci, i że usiłuje ona zintegrować te dane w swoich teoretycznych opracowaniach, to próby te są nadal w olbrzymim stopniu hamowane przez Czwarte Przykazanie. I tak jak dawniej, rola rodziców w rozwijaniu się symptomatologii u dzieci nadal jest w sposób aktywny wyciszana i błędnie interpretowana. Nie mogę wiedzieć czy owo tzw. poszerzanie horyzontów naprawdę przemieniło większość terapeutów, ale na podstawie publikacji mam wrażenie, że jednak tradycyjna moralność wciąż ich ogranicza.

(…)

Już Zygmunt Freud, lecz jeszcze bardziej Melanie Klein, Otto Kernberg i ich następcy, podobnie jak Heinz Hartmann ze swoja psychologią Ego oderwanego od rzeczywistości, wszyscy oni obarczyli noworodka ciężarem tego, co dyktowało im ich własne wychowanie w duchu czarnej pedagogiki: przekonaniem, że dziecko jest z natury swej złe i „polimorficznie perwersyjne”.

(…)

W książce Evas Erwachen (2001), przedstawiłam swoją krytykę psychoanalizy wspierając się konkretnym przykładem. Pokazałam, że nawet Winnicott, którego bardzo poważam jako człowieka, nie mógł pomóc swemu koledze, analitykowi Harry´emu Guntrip´owi, gdyż nie był w stanie zobaczyć nienawiści matki wobec małego Harry´ego. Ten przykład pokazuje dobitnie ograniczenia psychoanalizy, które mnie w swoim czasie doprowadziły do odejścia z Towarzystwa Psychoanalitycznego i szukania mojej własnej drogi, co na zawsze mnie ustawiło w pozycji odrzuconej heretyczki. Nie ma nic przyjemnego w byciu odrzuconą i niezrozumianą, lecz z drugiej strony, pozycja heretyczki przyniosła mi wielkie korzyści.

Ta nowa wolność pozwoliła mi, między innymi, przestać chronić rodziców, którzy burzą przyszłość swoich dzieci. Pozwalając sobie na odczucie tego, przekroczyłam wielkie tabu. To „wykroczenie przeciw” jest objęte tabu nie tylko w psychoanalizie, lecz również w dzisiejszym społeczeństwie ciągle w takim samym stopniu jak niegdyś, co sprawia, że w żadnym wypadku nie wolno upatrywać źródła przemocy i gwałtu w rodzinie ani w instytucji „rodzicielskiej”.

(…)

Dostępnych jest wiele świadectw matek i ojców na forum „ourchildhood”, którzy szczerze i otwarcie dzielą się doświadczeniami, w jaki sposób to, co przeżyli w dzieciństwie, uniemożliwiało im dawanie miłości ich własnym dzieciom. Jeśli skorzystamy z tego źródła wiedzy i nauki, zrozumiemy, do czego prowadzi idealizacja rodziców i nic nas już nie skłoni do tego, by noworodka nazywać płaczącym potworem. Zamiast tego zaczniemy rozumieć jego świat wewnętrzny, brać pod uwagę samotność i niemoc maleńkiego dziecka, które wzrastało obok rodziców, odmawiających mu wspierającej i kochającej komunikacji.

Będziemy mogli zobaczyć wtedy w płaczu noworodka uzasadnioną i logiczną reakcję na okrutną postawę jego rodziców – najczęściej nieuświadomione, lecz prawdziwe i dające się skonstatować w faktach okrucieństwo, którego istnienia społeczeństwo nadal nie chce uznać. Nie przejawia się ono jedynie poprzez bicie (choć około 85% populacji świata zaznało bicia w dzieciństwie). Wyraża się również poprzez brak uwagi i komunikacji, przez ignorowanie dziecięcych potrzeb i psychicznych cierpień, poprzez pozbawione sensu i perwersyjne kary, poprzez nadużycia seksualne, wykorzystywanie bezinteresownej miłości dziecka, poprzez szantaż emocjonalny, zburzenie wiary w jego własne zdolności i poprzez rozliczne formy nadużywania władzy. Ta lista nie ma końca.

(…)

Jest powszechnie wiadomo, że kościołom i rządom zależy na hamowaniu rozwoju ludzkiego i utrzymywaniu jednostek w zależności od rodzicielskich postaw. Mniej natomiast wiadomo na temat ceny, jaką ludzkie ciało płaci za ten stan rzeczy. Dokąd moglibyśmy dojść gdybyśmy zechcieli obnażyć występki rodziców? I czym stałyby się ich postacie gdyby ich władza nie mogła być dłużej sprawowana?

Dlatego też rodzice jako instytucja cieszą się nadal totalną nietykalnością. Jeśli kiedykolwiek się to zmieni (co jest postulatem zawartym w mojej książce) będziemy w stanie poczuć, co nam uczyniło rodzicielskie maltretowanie. Wtedy lepiej zrozumiemy sygnały, jakie wysyła nam nasze ciało i będziemy mogli żyć w zgodzie z nim – nie jako kochane dzieci, którymi nigdy nie byliśmy i nigdy się nie staniemy, lecz jako otwarci, świadomi i być może kochający dorośli, którzy nie boją się już swojej własnej historii, gdyż poznali ją w całości.

—–

Gorąco polecam teksty Alice Miller (i o Alice Miller) ze strony Koniec milczenia, a szczególnie te dwa: rozdział IV z książki ZAKAZANA WIEDZA oraz recenzję Glivinetti’ego Panu Freudowi już dziękujemy.