NASA i reforma znaków zodiaku, czyli pseudoracjonalistyczne popisy nieuctwa… astronomicznego! Znowu!

Od kilku dni krąży po sieci sensacyjna, ale ZUPEŁNIE NIEPRAWDZIWA wiadomość, że

NASA aktualizuje zodiak, ponieważ nikt tego nie robił od 2000 lat. Pozycje znaków zodiaku przesunęły się nawet o miesiąc! 86% ludzi ma źle ustawiony swój znak. Sprawdź, czy ty też.

Tę sensacyjną wiadomość podały Radio Zet, Eska.pl, kobieta.interia.pl, se.pl, twojapogoda.pl, m.onet.pl, natemat.pl, businessinsider.com.pl (autor jako jedyny podaje link do wyjaśnień astrologa, Piotra Piotrowskiego), wiedzoholik.pl (chyba raczej alkoholik, bo jak widać używka, której używają zniszczyła im neurony) i każdego dnia przybywa kolejnych mądralów (portali i blogerów), którzy kolportując tę bzdurę chcą się popisać rozumem, a popisują się kompromitującym i zatrważającym nieuctwem.

Miałam na to machnąć ręką, bo to nie pierwszy i z całą pewnością nie ostatni raz, kiedy zarozumiali i aroganccy ludzie uważający się za wszystkowiedzących mędrców robią z siebie pośmiewisko. Ale kiedy w tym czcigodnym gronie zobaczyłam niewymienioną z nazwiska osobę z CENTRUM NAUKI KOPERNIK i nawet samego ASTRONOMA, po prostu zwątpiłam w to, co widzą moje oczy…

Przyjrzyjmy się z czego wyśmiewają się pseudo-racjonaliści, czyli poznaj głupiego po śmiechu jego.

Z kogo się śmiejecie? Z siebie samych się śmiejecie!

NASA aktualizuje znaki zodiaków

Już w tytule notki autor zalicza wpadkę: „znaki zodiaków”. Ile mamy zodiaków? Zapewne, według autora, jest ich 12. Otóż nie. Zodiak jest tylko 1, ale jest podzielony na 12 sektorów, zwanych nie „zodiakami”, lecz znakami zodiaku.

Na tejże stronie widzimy taką oto wyliczankę dat dla „nowych znaków”:

Koziorożec:  20.01-16.02
Wodnik: 17.02-11.03
Ryby: 11.03-18.04
Baran: 19.04-13.05
Byk: 14.05-21.06
Bliźniaki: 21.06-20.07
Rak: 21.07-10.08
Lew: 10.08-16.09
Panna: 17.09-30.10
Waga: 30.10-23.11
Skorpion: 24.11-29.11
Wężownik: 29.11-17.12
Strzelec: 18.12-20.01

Poważny błąd! To nie są okresy przebywania Słońca w znakach zodiaku, lecz w gwiazdozbiorach.

Znaki zodiaku i gwiazdozbiory to nie to samo!!!

Kolejny błąd: pierwszym znakiem zodiaku nie jest styczniowy Koziorożec, lecz marcowy Baran, który wyznacza pierwszy dzień astronomicznej wiosny (pozostałe znaki kardynalne to: Rak rozpoczynający astronomiczne lato, Waga rozpoczynająca astronomiczną jesień i Koziorożec rozpoczynający astronomiczną zimę).

Przeglądając nagłówki wyników wyszukiwania kilka razy uległam złudzeniu, że oto wreszcie pojawił się długo oczekiwany głos rozsądku. Na stronie http://www.spidersweb.pl/2016/09/nasa-znaki-zodiaku-zmiana.html widzę tytuł: „Nie, NASA nie ogłosiła zmian w znakach zodiaku”. Ucieszyłam się, że wreszcie ktoś zdemaskuje te brednie, ale autor od razu się zaorał dając dowód, że jest astronomicznym ignorantem!

Przecież ludziom NASA kojarzy się z niebem i kosmosem, więc na pewno NASA zarządza znakami zodiaku i horoskopami.

Znaki zodiaku to według autora astrologia i horoskopy!

Wikipedia starała się być poprawna, ale z nadgorliwości również walnęła byka:

Mimo że przez obszar gwiazdozbioru przebiega ekliptyka, Wężownika nie zalicza się w astrologii do gwiazdozbiorów zodiakalnych. Wynika to z tego, że granice tego gwiazdozbioru przecinają ekliptykę od stosunkowo niedługiego czasu – od standaryzacji gwiazdozbiorów w roku 1930. Przez gwiazdozbiór przebiega obecnie 18,6° ekliptyki– ponad 3/5 znaku Strzelca. Słońce wędruje na tle konstelacji pomiędzy 29 listopada a 18 grudnia.

Wężownik to nie znak zodiaku, ale jak najbardziej gwiazdozbiór zodiakalny. Gwiazdozbiory zodiakalne to te, przez które przechodzi ekliptyka.

Zodiak jest pojęciem znanym i używanym również w astronomii.

Przed wielu laty, widząc w forum dla astronomów naigrywania się z „wiary w zodiak” i szyderstwa z „wyznawców zodiaku” napisałam maila z zapytaniem, czy nie ma tam nikogo na tyle profesjonalnego, żeby wyjaśnił dyskutantom, jak bardzo się ośmieszają. Podpisałam się ironicznie „ciemna baba wierząca w zodiak”. Jakież było moje zdumienie, kiedy otrzymałam odpowiedź od bardzo sympatycznego astronoma z Wrocławia. Przyznał mi rację, że zodiak jest pojęciem astronomicznym.

Proszę uważnie przeczytać, jak kwestię zodiaku wyjaśnia ASTRONOM:

Znaki zodiaku i gwiazdozbiory zodiakalne to dwa różne pojęcia.

Znaki zodiaku to równe ‚prostokątne’ obszary na sferze wzdłuż ekliptyki, każdy o szerokości 30 stopni i wysokości 10-16 stopni. Każdy zajmuje taką samą powierzchnię sfery i wyznaczony jest przez podział ekliptyki na 12 równych części. Jest ich 12.

Natomiast gwiazdozbiory zodiakalne, to gwiazdozbiory (rozumiane w sensie obecnej astronomicznej ich definicji, czyli wydzielone obszary sfery, a nie jak w starożytności grupy jasnych gwiazd) przez które przechodzi ekliptyka.

Gwiazdozbiorów takich jest 13. Dodatkowy, Wężownik, leży ponad gwiazdozbiorem Skorpiona, w znaku zodiaku Strzelca.

Proszę zwrócić uwagę również na to, że zodiak ze swymi znakami zawsze leży gdzieś na sferze niebieskiej, a więc także na tle gwiazdozbiorów. Znaki zodiaku to jakby siatka nałożona na gwiazdozbiory, siatka ta nie zmienia swego kształtu, ale przesuwa się stale względem nieruchomych gwiazd i gwiazdozbiorów.

Jeśli ktoś jeszcze nie załapał: znaków zodiaku było, jest i zawsze będzie 12 i wszystkie miały, mają i zawsze będą miały po 30 stopni i to nie one podlegają precesji, lecz gwiazdozbiory! Tak więc nawet po 5000 lat ekliptyka i leżący na niej zodiak będą przywiązane do Ziemi, natomiast odsuną się gwiazdozbiory!

Dlaczego?

Ponieważ, jak już wspomniałam, zodiak leży na ekliptyce, a ekliptyka na stałe „przywiązana” jest do Ziemi!

Ekliptyka [gr.], wielkie koło na sferze niebieskiej, wzdłuż którego obserwuje się pozorny ruch Słońca, będący odbiciem ruchu rocznego Ziemi dokoła Słońca – Encyklopedia PWN

Człowiekowi stojącemu na ziemi wydaje się, że słońce krąży wokół naszej planety. Ten okrąg to właśnie ekliptyka! I jest ona podzielona na 12 równych sektorów, zwanych znakami zodiaku!

Ekliptyka (podzielona na 12 sektorów) nie może (co oczywiste!!!) zmienić swojego położenia względem Ziemi, czyli ulec precesji!
Precesji ulegają gwiazdozbiory, a nie zodiak!

Jeśli ktoś zna się na komputerach, ale o astronomii nie ma pojęcia powinien przed napisaniem czegokolwiek na ten temat posprawdzać hasła w encyklopedii, gdyż w przeciwnym wypadku skompromituje się, robiąc z siebie kompletnego idiotę!

Prawdą jest oczywiście, że umowny podział nieba, ustalony przez astrologów, dezaktualizuje się, bo Kosmos widziany z perspektywy Ziemi wciąż się zmienia. Podobnie jest z konstelacjami, które przecież istnieją jedynie na ziemskim niebie i wciąż ulegają zmianom.

Nie odróżniając znaków zodiaku od gwiazdozbiorów autor zwyczajnie się ośmiesza, bo popisuje się nieznajomością podstaw ASTRONOMII! Ekliptyka to astronomiczne przedszkole! Mój tata pokazał mi czym jest ekliptyka kiedy miałam 5 lat. Użył do tego jabłka, które posłużyło za Ziemię i żarówki w roli Słońca!

A dalej jest jeszcze gorzej! Żeby bredzić o znaku zodiaku położonym gdzieś w odległym kosmosie trzeba mieć po prostu mózg meduzy (która jak wiadomo tego organu w ogóle nie posiada):

Przewiduję, że będziemy tym razem wiązali zmiany w znakach zodiaku z kolejnymi misjami kosmicznymi. Co powiecie na tytuł: „Orion w czasie misji na Marsa odkrył w kosmosie nowy znak zodiaku”.

A teraz będzie The Best of The Best – ci wykazali się pozorną dociekliwością, ale odpowiedzi które uzyskali nie wzbudziły w nich żadnych wątpliwości.

http://innpoland.pl/129693,uwierzyles-w-zmiane-zodiakow-przez-nasa-niestety-dales-sie-nabrac

Tu widać jak na dłoni, że „eksperci” w ogóle nie odpowiadają na pytania, które im się zadaje, a nawet w ogóle nie rozumieją o co są pytani!

Żaden nie zauważył, że cały ten oszukańczy artykuł jest pozbawiony logiki i antynaukowy. Jak już wiemy zodiaku nie da się aktualizować, ponieważ nie podlega on precesji! Wszystkim, którym zadano to bezsensowne pytanie zodiak automatycznie skojarzył się z astrologią i horoskopami, które wywołały w nich wielkie obrzydzenie, ale nikt nie zauważył, że cały ten tekst jest merytorycznie błędny i powinien być sprostowany!

Poprosiliśmy o komentarz ekspertów.

– Wie Pan to nie nasza domena. Astrologia to paranauka – słyszymy od pracownika Centrum Nauki Kopernik.

A teraz… ups! Bredzący astronom! Czego ich tam uczą na tych uczelniach, że niczego ich nie nauczyli?

Na rozmowę udaje nam się jednak namówić dr Marka Sendyka, pracownika Instytutu Astronomii na Uniwersytecie Zielonogórskim.

(…)

Tak zwane znaki zodiaku są związane z rzeczywistymi gwiazdozbiorami, czyli układami gwiazd na niebie. Z perspektywy naszej planety słońce pozornie przesuwa się z jednego układu w drugi. Znak zodiaku, który jest nam przypisywany, to ten, w którego gwiazdozbiorze Słońce znajduje się w momencie naszego urodzenia.

Korekta, którą proponować miała NASA, nie nastąpiła jednak wczoraj. Przez tysiące lat Ziemia zmieniła swoje położenie względem Słońca.

Czy to aby na pewno astronom?!?!?

Tak zwane znaki zodiaku są związane z rzeczywistymi gwiazdozbiorami, czyli układami gwiazd na niebie

Nieprawda! W czasach babilońskich znaki zodiaku i gwiazdozbiory zodiakalne pokrywały się, ale obecnie, z powodu precesji, rozeszły się. Astronom (?) tego nie wie?

Znak zodiaku, który jest nam przypisywany, to ten, w którego gwiazdozbiorze Słońce znajduje się w momencie naszego urodzenia.

ZNAK ZODIAKU TO NIE GWIAZDOZBIÓR!!!!!!!

Przez tysiące lat Ziemia zmieniła swoje położenie względem Słońca.

Że co????????????????

Ziemia zmieniła położenie względem Słońca????? To znaczy, że Ziemia oderwała się od Układu Słonecznego i leci sobie swobodnie przez lodowaty Kosmos?

Pozostawię to bez komentarza!

W Polsce mamy samych magistrów, ale mądrego ze świecą szukać…

Wszystko co chcielibyście wiedzieć o astrologii i ezoteryce

Młoty na astrologię

Wężownik, czyli rzekomy 13 znak zodiaku

Astrologia uniwersytecka

Jeśli wierzysz w objawienia Zecharii Sitchina to musisz mieć inteligencję Lulu Amelu!

Po otrzymaniu całej lawiny napastliwych komentarzy pisanych przez licznych Lulu Amelu, którzy – jak się okazało – należą do sławnej sekty, przemyślałam (a nawet przemedytowałam) sprawę i oto, co stało się dla mnie jasne:
  • jeśli wierzysz w objawienia Zecharii Sitchina to rzeczywiście pochodzisz od Lulu Amelu,
  • jeśli wierzysz w teorię ewolucji to pochodzisz od małpy,
  • a jeśli obie z tych wersji powstania naszego gatunku są dla ciebie nie do przyjęcia, to jesteś Człowiekiem, istotą o boskiej duszy, prawdziwym dzieckiem prawdziwego Boga.

Drodzy sekciarze! Pisząc ten tekst nie was miałam na myśli, więc nie bierzcie tego do siebie.

—————————————————-

Współczesna ludzkość wywodzi się z wielu różnych linii genetycznych.

Biblia w ogóle nie wspomina o duchowym Bogu! Ona mówi jedynie o „bogach” (Elohim), czyli istotach z krwi i kości, którzy prowadzili na Ziemi eksperymenty genetyczne. Prace takie trwały nie tylko w tzw. Edenie, ale na całej planecie, a linii ludzkości było więcej, niż tylko biblijna (adamowa). Sam „rottweiler darwinizmu”, Richard Dawkins odkrył dowody na ingerencję Inteligentnego Projektanta w ludzkie DNA. Jeśli więc czujesz pokrewieństwo z którąkolwiek z wyżej wymienionych linii genetycznych, to znaczy, że rzeczywiście możesz powiedzieć „tatusiu!” do małpy lub do Lulu Amelu.

Ja nie poczuwam się do pokrewieństwa z żadną z tych linii. Uważam, że przed przybyciem owych Elohim na naszą planetę była ona zarządzana przez szlachetne i bliskie doskonałości istoty, które stworzyły całą ziemską naturę, a osadzony w tym raju człowiek był istotą doskonałą. Niestety, ten raj został najechany przez złych „bogów”, którzy pokonali w wojnie dobrych „bogów”, po czym dokonali uszkodzenia ludzkiego genomu, ponieważ nie życzyli sobie, żeby człowiek był równy „bogom”. Człowiek stał się niemal zwierzęciem i to był upadek człowieka, a jego skutki odczuwamy do dziś.

—————————————————-

W latach 90. objawili się światu dwaj „naukowcy”, którzy (jak się później okazało) pracowali dla Iluminatów. Obaj pisali książki, w których przedstawiali wyniki rzekomych badań naukowych dotyczących historii i pochodzenia człowieka. Jeden z nich nazywał się Lawrence Gardner i wmawiał światu, że brytyjska rodzina królewska wywodzi się w prostej linii od Jezusa. W Polsce również ktoś bardzo starał się wylansować tę ściemę, ale po pierwsze, my mamy w nosie brytyjską rodzinę królewską, więc jest nam obojętne, od jakich bogów, jasnych czy ciemnych, się ona wywodzi. A po drugie i najważniejsze, Polacy jako katolicy, nigdy nie uwierzą, że Jezus „zgrzeszył cieleśnie” z jakąkolwiek kobietą, choćby nawet i świętą. Z tego powodu bajania pana Gardnera umarły w Polsce śmiercią naturalną i szczęśliwie zostały zapomniane.

Drugim był Zecharia Sitchin. Z antynaukowymi bredniami Zecharii Sitchina stało się niestety zgoła inaczej i żadne racjonalne argumenty nie są w stanie obudzić jego wyznawców z transu, w jakim się coraz bardziej pogrążają. Zaryzykowałabym tezę, że w Polsce powstała prężna sekta wyznawców Sitchina i że z każdym rokiem rośnie ona w siłę. Posłuchajcie tylko, co wygadują tzw. „ezoterycy” w naszym kraju, zarówno starzy, jak i młodzi, a zrozumiecie, że sitchinologia zapuściła swe trujące korzenie głęboko w ich umysłach.

Ponieważ czytają mnie nie tylko znawcy przedmiotu postaram się w kilku słowach wyjaśnić, jakich to „naukowych odkryć” dokonał pan Sitchin, który (uwaga, uwaga!) pracował w biurze w Rockefeller Center i za pieniądze tej „filantropijnej” rodziny.

Otóż Zecharia Sitchin podawał się za znawcę języków starożytnych i badacza sumeryjsko-mezopotamskich tablic, z których „wyczytał” rewelacje, że Sumerowie znali astronomię lepiej niż my dzisiaj, więc wiedzieli to, czego my nie wiemy: że za Plutonem znajduje się duża planeta, zwana Nibiru lub Planetą X. Planeta owa ma okrążać słońce po bardzo wydłużonej orbicie i raz na 3600 lat przelatywać niedaleko Ziemi, powodując straszliwe kataklizmy i zniszczenia, po których życie na naszej planecie musi się odradzać od podstaw. Wszystko byłoby fajnie (takie sobie teoryjki, których nie da się zweryfikować), gdyby nie fakt, że oto właśnie teraz, w roku 2012, owa planeta ma przelecieć tuż nad naszymi głowami i zmieść nas z powierzchni Ziemi.

Ale to nie wszystko. Najfajniejsza jest teoria stworzenia człowieka, którą Sitchin rzekomo odczytał z owych tablic.

„Odkrył” on, że przed wiekami na naszą planetę przylecieli kosmici, którzy wpadli w straszliwe tarapaty, kiedy ich planeta niebezpiecznie się nagrzała (no proszę, globalne ocieplenie nęka nie tylko nas!). Żeby ją ochłodzić i uratować jej mieszkańców trzeba było znaleźć duże złoża złota, przewieźć na ich planetę, a następnie rozpylić ten szlachetny kruszec w atmosferze (durnie, nie wiedzieli, że są tańsze metody, wynalezione przez naszych uczonych – wystarczy trochę aluminium, baru, rtęci i kwasu siarkowego, a będzie OK). Przybysze dziarsko wzięli się do roboty, ale zamiast użyć rozumu woleli użyć mięśni i osobiście machać kilofami. Nic więc dziwnego, że szybko się zmęczyli. Kiedy opadli z sił zaczęli kombinować, ale musieli mieć poważne problemy z pomyślunkiem, bo zamiast zbudować z ziemskich metali potężne maszyny (durnie, dlaczego nie zbudowaliście tych cholernych maszyn, przecież byliście tak zaawansowani w rozwoju, że potrafiliście budować rakiety kosmiczne?) woleli stworzyć potężnie umięśnionego i bezrozumnego robotnika. Złapali więc jakiegoś małpoluda, który przechodził w pobliżu i „poprawili” mu DNA w taki sposób, żeby można mu było wytłumaczyć, że ten oto kilof należy wbić w tę oto ścianę i tak aż do skutku, aż uzbiera się kupka złota.

Stwora tego nazwali Lulu Amelu. Był on głupi jak zwierzę, ale był posłuszny i nawet (z pewnym trudem, ale jednak) udało się go rozmnożyć na tyle, że robota przy kopaniu ruszyła pełną parą. Kiedy wreszcie nasi mili kosmici zapełnili swoją rakietę złotem odlecieli do domu, a Lulu Amelu został sam. Rozmnożył się on bardzo i z czasem nawet trochę wyprzystojniał. A potem przyszedł pan Darwin, popatrzył na jego rekonstrukcję, a potem na swoje własne odbicie w lustrze, po czym zajarzyło mu w małym rozumku, że podobieństwo między Lulu Amelu a nim samym jest wprost uderzające, więc zawołał wzruszony „tatusiu!” i tak powstała teoria ewolucji, wbijana w szkole do głów naszych biednych dzieci.

Całe rzesze użytecznych idiotów, dających się nabrać na hasełka „nauki” i „ukrywanych spisków” nie badając sprawy przyjęły tę „naukę” za prawdę. I dziś stale słyszę, jak polscy „ezoterycy” chórem powtarzają: „nie jesteśmy i nigdy nie byliśmy wolni, zawsze byliśmy czyjąś własnością”.

Że co proszę?

Skoro zawsze byliśmy i jesteśmy czyjąś własnością, to znaczy, że jesteśmy tylko bydełkiem hodowanym przez jakichś panów, a nie ludźmi! A skoro tak, to przecież nasi właściciele mogą się o nas upomnieć. Mogą tu przylecieć, zapolować na nas i zagonić nas z powrotem do kopalń lub wybić, żeby opróżnić planetę, która jest ich własnością!

Przecież to są czyste idee Iluminatów i NWO!

Ludzie, którzy wierzą w takie „nauki” nie mają prawa nazywać siebie „ezoterykami”, lecz w najlepszym razie darwinistami lub jeszcze lepiej sitchinowcami.

Prawdziwa ezoteryka zajmuje się badaniem subtelnych praw duchowych i zgłębianiem duchowej, boskiej filozofii, a nie teoriami o naszym kosmicznym niewolnictwie czy rzekomym pochodzeniu ludzi od małp!

To jest po prostu jakaś jedna wielka paranoja i kosmiczna wręcz głupota. Nawet Darwin tak nas nie upokorzył, jak owi pseudo-ezoterycy – strach pomyśleć, do czego mażemy dojść krocząc tą ścieżką. Do czego doprowadziła nauka Darwina już wiemy: wydała eugenikę, nazistów i dwie wojny światowe, w których małpy w ludzkich skórach walczyły na śmierć i życie. Dzięki takim naukom „racjonaliści” nawołują do niemal całkowitego wybicia ludzkości, bo przecież kalamy własną planetę.

Śmiertelne dziedzictwo Darwina:

A kiedy usłyszałam ostatnio z ust wybitnego astrologa, że firmy farmaceutyczne trują ludzi lekami, bo muszą ich pozabijać w sposób kontrolowany, póki jeszcze ma ich kto pogrzebać, żeby po przelocie Nibiru stosy trupów nie spowodowały zagłady nielicznych ocalonych, to po prostu nie mogłam uwierzyć własnym uszom…

Oto toksyczna spuścizna nauk Zecharii Sitchina!

Psychopaci wmawiają nam, że ta planeta nie należy do nas i że za „brudzenie tej piaskownicy” możemy zostać z niej wyrzuceni, że jesteśmy niegodną rasą, której przeznaczeniem jest niewolnicza praca na rzecz „elit”, a światek „ezoteryczny” bije temu brawo! Bo przecież „nie jesteśmy i nigdy nie byliśmy wolni, zawsze byliśmy czyjąś własnością”!

Dlaczego – wydawałoby się światli – ludzie wierzą w takie pierdoły?! Dlaczego nie sprawdzą tego i nie dokonają weryfikacji tej wiedzy? Czy fakt, że coś zostało wydane w formie książki musi automatycznie oznaczać, że jest to rzetelna wiedza? Jeśli ktoś w to wierzy, przypomnę mu, że Mein Kampf też wydano na papierze!

Ale nawet jeśli komuś nie chce się poszukać, co o tym sądzą eksperci, to niech na Boga zacznie samodzielnie myśleć!

… począwszy od maja 2009 Nibiru będzie widoczna na niebie jako czerwony obiekt.

(…)

Już w roku 2010 „Planeta X” ma być dobrze widoczna na Ziemi przez ludzkie oczy.

Mamy już styczeń 2012 roku, Nibiru ma w nas pierd….. lada dzień, więc ja się pytam: GDZIE ONA JEST, bo chociaż wytrzeszczam oczy nic nie widzę? Złośliwi astronomowie z NASA przykryli ją kosmicznym beretem, żeby ukryć ją przed ciemnym ludem? Pewnie po to, żeby nie wzbudzać paniki?

Kiedy po raz pierwszy przeczytałam te rewelacje pomyślałam sobie, że to wprawdzie nie wydaje się prawdopodobne, ale kto wie, więc lepiej to sprawdzić. Ponieważ nie wierzę w nieomylność papierowych ksiąg ani w to, że panie w tych internetsach to są same pierdoły, użyłam Google. Wcale nie musiałam długo szukać. Niemal od razu natknęłam się na stronę radioastronoma, Kazimierza Borkowskiego. Żeby nikt nie mógł powiedzieć, że to wredny naukowiec i na pewno złośliwie ukrywa prawdę informuję, że Kazimierz Borkowski pisuje teksty do Nieznanego Świata, czyli do pisma ezoterycznego.

Przyjrzałem się dość dokładnie całej sprawie, gdyż list przekazany przez redakcję jest w punkcie wyjścia przekonujący i brzmi wiarygodnie. Ponieważ z zagadnieniem tym nie miałem dotąd nic do czynienia, zajęło mi parę godzin, zanim wyrobiłem sobie o całej sprawie klarowną, negatywną opinię.

Powiem krótko: nie warto sobie tym zawracać głowy, a Nieznany Świat powinien uczynić wszystko, by położyć kres rozpowszechnianiu fałszywego larum.

(…)

Mógłbym jeszcze napisać parę zdań na temat bezsensownych wywodów dotyczących ruchu Planety X między dwoma gwiazdami, Słońcem i jego towarzyszem, ale szkoda na to mojego i Waszego czasu.

Podsumowując mogę stwierdzić, że jest to wyrafinowany chwyt reklamowy żerujący na ludzkiej naiwności.

O co tak naprawdę chodzi wyznawcom Planety X? To wyjaśnienie Kazimierza Borkowskiego powinno rozwiać wątpliwości:

Jest tam mnóstwo określeń typu (parafrazuję): jak ci życie niemiłe, nie czytaj dalej. Jeśli zależy ci na twoich najbliższych, na co jeszcze czekasz, kup książkę, a dowiesz się, gdzie zamieszkać, aby znaleźć się wśród kilkuset milionów ludzi, którzy przeżyją kataklizm. Zainwestowane teraz pieniądze będą procentować po katastrofie. Itp., itd. etc.

Na tej samej stronie, która podaje rewelacje o widocznej od 2008 roku Nibiru czytamy dalej:

Naukowcy mówią, że począwszy od maja 2009 Nibiru będzie widoczna na niebie jako czerwony obiekt. 20 lutego 2008 obiegła świat druga wiadomość. Japońscy astronomowie wierzą w istnienie nowych planet w systemie słonecznym. Japoński Profesor Tadashi Mukai i amerykański naukowiec Patrick Lykawka w kwietniu tego roku opublikowali w Astronomical Journal (Society for Astronomy USA):

” … Jest duże prawdopodobieństwo, że nieznana planeta jest ulokowana na granicach naszego układu słonecznego. Szukaliśmy w miejscu, w którym nie badaliśmy wcześniej i myślimy, że za następne kilka lat uda nam się ją znaleźć …”

A co tak naprawdę Tadashi Mukai i Patrick Lykawka mieli na myśli? Wyjaśnia nam to astronom Piotr A. Dybczyński w artykule 2012: Planeta X to nie Nibiru i kończy takimi słowami:

Pisząc najprościej jak można: Planeta X jest nieznanym, teoretycznie możliwym obiektem, orbitującym bezpiecznie gdzieś za Pasem Kuipera. Jeśli wspomniane najnowsze doniesienia doprowadzą do zaobserwowania takiej planety lub planetki, będzie to ważne odkrycie, które pozwoli rzucić nowe światło na ewolucję i właściwości tajemniczych, zewnętrznych kresów Układu Słonecznego.

Lecz jak już wcześniej napisałem, jestem pewien, że katastrofiści nagną i ten nowy wynik współcześnie prowadzonych badań aby podeprzeć nim swoje nonsensowne teorie, że Planeta X to Nibiru, i że dotrze ona do nas w 2012 roku. Jakoś jestem dziwnie spokojny, że będziemy tu nadal w 2013.

Astronomowie wiedzą swoje, a religia wszędzie widzi krzyże – cytujemy dalej ze  strony straszącej planetą X:

Teolog katolicki Prof. Malachi Martin pracujący od długich lat w Watykanie powiedział:

„…ciało niebieskie zwane Planetą X jest rzeczywistością i zmierza w kierunku Ziemi. Kiedy obserwujemy niebo czerwony krzyż pojawia się tuż przed pojawieniem się Planety X…”

Zapytany o miliony ludzi, którzy mogą zginąć w chwili kolizji obu planet odpowiedział:

– tak, to prawda a może być nawet jeszcze gorzej…”

Czyli dla Kościoła lepiej – niebo się zapełni i nie będzie w nim nudno.

Innych „niezbitych” dowodów na istnienie Nibiru dostarczają przekazy Samuela, uzyskiwane przez Lucynę Łobos (wstawcie tu sobie śmiech z puszki): Projekt Cheops.

Jeśli ktoś nie ma pełnego zaufania do „zwykłych” naukowców, poszukajmy dalej, co mają do powiedzenia uczeni, którzy mimo oficjalnego wykształcenia mają na tyle otwarte głowy, że odważnie zagłębiają się również w naukę pozostającą poza głównym nurtem.

Takim naukowcem jest doktor Michael Heiser. Wprawdzie ma doktorat z języków starożytnych, ale jednocześnie ma poważne zastrzeżenia co do tego, jak akademicy traktują wiedzę, którą wykładają. Zarzuca im ortodoksję i niechęć do dyskutowania. Poza tym jest związany ze środowiskami badającymi zjawisko UFO i uprowadzenia, co w pewnym sensie czyni z niego outsidera – to lubimy, nieprawdaż? Jako człowiek o otwartym umyśle sięgnął po książki Zecharii Sitchina, ciesząc się, że odwalił on kawał dobrej roboty, odczytując i ujawniając światu to, co ignoruje, a może nawet ukrywa nauka akademicka. Kiedy jednak zagłębił się w te „badania” szybko odkrył, że Sitchin jest oszustem, który wcale tych starożytnych języków nie zna. Odkrył też jego powiązania z rodziną Rockefellerów i wtedy wszystko stało się jasne.

Nie będę tu streszczać wykładów Michaela Heisera, chociaż zdaję sobie sprawę, że są one dość trudne i mogą znużyć zwykłego widza, nie pasjonującego się zgłębianiem zawiłości języków starożytnych. Wybaczcie więc, że posłużę się tu Wikipedią, która powołując się na Heisera wymienia w punktach „błędy” Sitchina:

  • według Sitchina mieszkańcy starożytnej Mezopotamii posiadali wiedzę o wszystkich planetach Układu Słonecznego – analiza tekstów klinowych wskazuje, iż znali oni jedynie pięć planet (Merkurego, Wenus, Marsa, Jowisza i Saturna); za planety uważane też były Słońce i Księżyc;
  • według Sitchina w Układzie Słonecznym istnieje nieznana astronomom planeta o nazwie Nibiru – analiza tekstów wskazuje na identyfikację planety nēberu z planetą Jowisz;
  • według Sitchina planeta ta obiegać ma Słońce co 3600 lat – analiza tekstów wskazuje, że możliwe były coroczne obserwacje planety nēberu;
  • według Sitchina planetę Nibiru zamieszkiwać ma rasa istot zwanych Anunnakami – żaden ze znanych tekstów klinowych nie wiąże planety nēberu z bóstwami Anunnaki; żaden z tekstów nie wspomina o tym, jakoby planeta ta miała być zamieszkana.

Zakwestionowanie prac Zecharii Sitchina:

Pomyłki Sitchina:

Annunaki i czuwające, wężowe istoty:

I na zakończenie absolutna rewelacja i prawdziwa uczta dla masochistów: Patryk Geryl i Fundacja Nautilus w akcji. Posłuchajcie tylko, z jakim zacięciem i sadomasochistyczną radością wylewają z siebie te straszydła „W 2012 czeka nas koniec cywilizacji – wywiad z Patrykiem Gerylem”:

Przeczytaj też Sitchinizm – nowa „religia” ezoteryków (a dokładnie: pseudo-ezoteryków).