Jeszcze kilka słów o chorobach, uzdrawianiu, zdejmowaniu blokad karmicznych i podobnych sprawach

Powracam do tego, ponieważ w komentarzach po raz kolejny pojawił się temat skuteczności uzdrawiania i „naprawiania karmy” przez różnych terapeutów oraz pytanie, „kto może mi pomóc”.

Jedni twierdzą, że można ingerować w karmę i naprawiać blokady, a co za tym idzie zmieniać charakter oraz los człowieka, a inni temu zaprzeczają i uważają to za mrzonki.

Różnice w poglądach biorą się z różnego zaawansowania w rozwoju tych, którzy uzdrawiają i tych, którzy są uzdrawiani.

Gdy o karmę i duchowe uzdrawianie spytać ortodoksa religijnego ten na pewno odpowie, że wszystko to grzech, mimo że Jezus twierdził coś zupełnie innego (…A takie znaki będą towarzyszyły tym, którzy uwierzyli: w imieniu moim demony wyganiać będą, nowymi językami mówić będą, węże brać będą, a choćby coś trującego wypili nie zaszkodzi im. Na chorych ręce kłaść będą, a ci wyzdrowieją – Mk 16:15-20). Racjonalista z kolei oburzy się, chociaż tak szanowane przez niego statystyki zgonów wskazują na coś zupełnie innego, że uzdrawianie jest niezgodnym z nauką przesądem, bo liczy się tylko medycyna alopatyczna i nic poza tym. Ci, którzy osiągnęli wyższe stopnie świadomości też nie do końca są oświeceni, więc mają różne wyobrażenia na ten temat. Na przykład można usłyszeć, że karma jest rodzajem kary, więc trzeba pokornie pokutować za swe czyny. Ktoś inny z kolei może być przekonany, że nie ma żadnych przeciwwskazań do tego, żeby uzdrawiać wszystkie choroby i zdejmować karmiczne blokady.

Ja powiem tak: „Po owocach ich poznacie”. To naprawdę genialne i proste zdanie Mistrza Jezusa jest najlepszym kryterium oceny skuteczności działań terapeutów.

Jeżeli terapeuta jest skuteczny w trwałym przywracaniu ludziom zdrowia i rozumu, a jego działania nie niosą ze sobą niepożądanych skutków ubocznych w postaci zaburzeń psychicznych, to znaczy, że faktycznie wie co robi. Jednak, żeby nabrać pewności co do skuteczności jego poczynań potrzeba nieraz lat wnikliwych obserwacji, a kto ma na to czas i ochotę, zwłaszcza gdy sam pilnie potrzebuje pomocy? Wśród uzdrowicieli jest wielu takich, którym się tylko wydaje, że wiedzą i że potrafią. Jeśli poprawa jest krótkotrwała i potem stan człowieka powraca do punktu wyjścia, to widocznie zadziałała tylko chwilowa sugestia, że „będzie dobrze”. A więc terapeuta miał wielkie mniemanie o sobie, ale niewiele umiał. Niestety, bywa też znacznie gorzej, o czym za chwilę.

Jeśli o mnie chodzi, to radziłabym pewną ostrożność w poddawaniu się takim praktykom. Wprawdzie to, co piszą o tych sprawach ortodoksi religijni najczęściej jest mocno przesadzone i podlane sosem zabobonnego lęku, ale pamiętajmy, że nie ma dymu bez ognia.

Nieodpowiedzialni, ale za to obdarzeni wielkim Ego ludzie robią różne, delikatnie mówiąc nierozsądne rzeczy. W swoim życiu widziałam różne, dziwne przypadki. Np. człowiek, który zaliczył zaledwie kurs początkowy bioterapii rzucił się nagle na jedną z moich koleżanek twierdząc, że jej czakra serca nie jest wystarczająco otwarta i nie czekając na przyzwolenie zaczął przy niej majstrować. Dziewczyna nawet nie miała czasu zastanowić się, czy chce tej „pomocy”, a tym bardziej zaprotestować. Zabawa skończyła się poważną arytmią serca i fatalnym samopoczuciem, a pacjentka była naprawdę w strachu, że zaraz umrze. Widziałam też przypadek, kiedy intensywne ćwiczenia zaawansowanej jogi doprowadziły do schizofrenii i przypadek, w którym uderzenie energii kundalini do głowy nieprzygotowanego adepta zakończyło się utratą przytomności, po której długo miał poważne problemy ze zdrowiem i psychiką. To nie są żarty, więc radzę unikać kontaktów z osobami, które nie mają odpowiednich dyplomów, uprawniających do praktykowania bioenergoterapii.

Rozwoju człowieka nie da się tak łatwo przyspieszyć. Najbezpieczniej dochodzić do tego powoli, upadając i ponosząc się, ponieważ w ten sposób nie zaburza się naturalnego procesu rozwoju. Medytacja (o ile wiem) jeszcze nikomu nie zaszkodziła, ale z jogą i innymi podobnymi praktykami różnie bywa.

Doczekaliśmy takich czasów, że dziś każdy ma dostęp do wiedzy, która do niedawna była uważana za „tajemną”, a w rzeczywistości była zastrzeżona tylko dla odpowiedzialnych, szlachetnych i zaawansowanych w rozwoju adeptów, starannie wyselekcjonowanych przez swoich mistrzów. Skutkiem tego każdy kombinuje, jakby tu wspiąć się na wyżyny rzekomej duchowości, oczywiście na skróty i bez bólu. Taka wiedza w rękach osoby nieprzygotowanej zamienia ją w szalonego ucznia czarnoksiężnika. Niewielu jest świadomych duchowo, za to wielu, za podszeptem rozdętego Ego, pragnie mocy sidhi oraz wywierania nadprzyrodzonego wpływu na innych. To właśnie ci ludzie biorą się za magię, której nie potrafią odróżnić od pospolitego czarostwa. Uzdrawiają bez przyzwolenia, rzucają klątwy i zaklęcia, manipulują innymi w sobie tylko znanym celu, a potem się dziwią, że sami stają się ofiarami zjawisk, które ich przerastają. Ci wszyscy skruszeni i nawróceni byli okultyści, wypisujący przerażające rzeczy na forach kościelnych są najlepszym dowodem na to, że piszę prawdę. Oni nie kłamią. Oni naprawdę wpadli w potworne tarapaty. Nie ma co nad nimi płakać, bo dostali dokładnie to, na co zasłużyli i muszą teraz odpokutować do czasu, aż dorosną i zrozumieją o co tu chodzi. Prawa duchowe są doskonałe i działają niezawodnie.

Zdejmowanie z innych blokad karmicznych może się wydawać świetną sprawą, ale pod warunkiem, że terapeuta spytał najpierw Przewodników Duchowych (swoich i pacjenta) o pozwolenie. I oczywiście, jeśli ma kontakt z rzeczywistymi Przewodnikami Duchowymi, a nie z demonicznymi istotami, które się za nich podają. W przeciwnym wypadku takie uzdrawianie może się źle skończyć.

Człowiek musi dokładnie opanować wszystkie lekcje na duchowej ścieżce. Jeden „zalicza” je szybciej, a inny wolniej, ale nie da się iść na skróty, bo to się potem zemści. Chodzi o to, że człowiek musi zrozumieć pewne podstawowe prawdy. Nie można dostać się na studia zaraz po skończeniu podstawówki. Podobnie kamień nie można osiągnąć oświecenia.

Pamiętajmy też, że przechodzenie na kolejny, wyższy stopień rozwoju zawsze wiąże się z poważnym kryzysem psychicznym. Żeby móc się rozwijać musimy najpierw zanegować i rozmontować wszystkie swoje wcześniejsze sztywne przekonania, które chroniły nas przed lękami i niepewnością. Takie burzenie murów sprawia, że nagle czujemy się zawieszeni w próżni, niczego niepewni, zagubieni i przerażeni. Zanim zbudujemy swój system wartości na nowo czeka nas okres niepewności, zawieruchy i nierzadko silnych lęków.

To wszystko wydaje się przerażające, ale nie ma obawy – na tej ścieżce nie istnieją błędy, upadki ani klęski. Nikt nie zginie ani nie poniesie ostatecznej klęski, nawet jeśli upadnie, zbłądzi lub nawet umrze. Prędzej czy później każdy dojdzie do celu, bo takie są reguły tej gry. Jak pisałam wcześniej: życie jest grą komputerową. Przegrałeś, popłakałeś się, poczułeś się pokonany, ale jak ochłoniesz powrócisz do niej po raz kolejny, żeby grać i będziesz to robić tak długo, a w końcu przejdziesz na wyższy poziom, a potem na kolejny i następny, aż do osiągnięcia mistrzostwa.

Czy warto liczyć na pomoc innych? Na początku pewnie tak, ale w miarę jak stajesz się mistrzem zaczynasz radzić sobie coraz lepiej sam, bez niczyjej pomocy.

A jeśli nerwowość, a zwłaszcza dolegliwości fizyczne bardzo ci przeszkadzają, tak bardzo, że aż nie możesz grać, wtedy pomyśl o duchowym uzdrawianiu.

Ale tu uwaga: duchowe uzdrawianie nie pomoże na żadną chorobę, jeśli nie zmieni się najpierw twoja mentalność. Zmiany duchowe są najważniejsze. Bez tego nie ma postępu. Uzdrowiciele tak często zawodzą, a metoda Bruno Gröninga okazuje się nieskuteczna w wielu przypadkach właśnie dlatego, że chorzy nie rozumieją tej podstawowej zasady i oczekują cudu w postaci natychmiastowego uzdrowienia. Nie można z nikogo zdjąć karmicznej blokady, dopóki ten ktoś nie zmieni swojej mentalności. Jeśli poddajesz się uzdrawianiu i nie widzisz żadnego postępu, poproś jasno i wyraźnie o pomoc w zdjęciu blokad umysłowych i zmianę świadomości i zaczekaj cierpliwie. Może potrzebujesz trochę więcej czasu. Nie obawiaj się, otrzymasz pomoc, ale bądź cierpliwy i nie zniechęcaj się. I nie obawiaj się – na pewno nie umrzesz, nawet jeśli chwilowo poczujesz się gorzej.

Wstęp do Map Świadomości

Zgodnie z obietnicą zaczynam opisywać Mapy Świadomości. Na razie jest Wstęp, I poziom też jest już prawie gotowy, muszę tylko zintegrować go z funkcjami czakr.

Gdzie szukać?

Na górnej belce, w tzw. „Stronach”.

Derren Brown, ateiści i NLP – podsumowanie

Jak sam Derren Brown przyznaje w wygłaszanej przed każdym swoim występem formułce, jego sztuczki są mieszanką magii, sugestii, psychologii i OSZUSTWA. Nie twierdzę, że wszystkie są oszustwem, ale wierzę mu na słowo, że przynajmniej niektóre.

Derren nie lubi New Age. Dlaczego? Nie powiedział. Czyżby jakiś newageowiec zrobił mu jakąś krzywdę i teraz się za to na nich odgrywa? Nie, nic z tego. To wrogość czysto ideologiczna.

Co Derren sądzi o New Age? A to, że WSZYSCY newageowcy wierzą w bzdury i NIGDY NICZEGO nie sprawdzają (patrz: film Messiah z lalką voodoo i panienką leczącą kryształami). Skąd taki wniosek? Nie mam pojęcia, ale śmiem twierdzić, że choćby pękł nie byłby w stanie poznać poglądów WSZYSTKICH newageowców świata ani ustalić tego, co zweryfikowali osobiście i naukowo, a czego nie.

Jakie wnioski z popisów Derrena wyciągają ateiści, uważający siebie za mistrzów logiki i za jedynych posiadaczy oświeconego rozumu?

Że WSZYSTKIE wróżki, jasnowidze, media, uzdrowiciele, astrolodzy itp. to New Age i że zostali tym sposobem zdemaskowani jako szarlatani i hochsztaplerzy.

A ja w dalszym ciągu nie wiem, jak to się mogło stać, ponieważ w programie nie występują ŻADNI inni hochsztaplerzy poza samym Derrenem Brownem. Jeśli więc kogoś zdemaskował, to wyłącznie siebie.

I tu dochodzimy do NLP i stosowanych tam psychomanipulacji – przypomnijcie sobie, jak w rozmowie z profesorem pograł dziennikarz – rzucił zupełnie bezpodstawną i wyciągniętą jak królik ze sztukmistrzowskiego kapelusza insynuację, że za poglądami profesora kryje się antysemityzm. A z antysemitą przecież się w ogóle nie rozmawia…

Analogicznie: skoro wszystkie wróżby i jasnowidzenie to New Age – jest oczywiste, że każdy jasnowidz to sekciarz i oszust.

Czyli, jak w każdej psychomanipulacji, mamy tu prawdziwą komedię pomyłek (a raczej sprytnych psychologicznych zmyłek), mącących w głowach niewytrenowanych w samodzielnym i krytycznym myśleniu.

Jak to mówi prosty lud: „czy on ukradł, czy jego okradziono, nieważne, ale tak czy inaczej był zamieszany w kradzież”. Mówiąc inaczej – chłop zawinił, a Cygana powieszono. Albo może tak: Derren oszukał, a przedstawicieli New Age za to odsądzono od czci i wiary.

Reinkarnacyjno-karmiczna refleksja dopisana jakiś czas później: w ziemskiej szkole życia dusza przechodzi przez siedem fundamentalnych stopni rozwoju. Pierwszym jest etap zupełnego uśpienia duchowego, kiedy dusza jest jeszcze częściowo zwierzęca.  Tacy ludzie żyją w dżungli, jako członkowie pierwotnych plemion, prowadzonych przez szamanów (jako zwierzęta żyli w stadzie i posiadali duszę zbiorową). Na drugim zaczyna naukę życia społecznego, a jej główną motywacją jest lęk. Mamy tu do czynienia z wszelkimi fundamentalizmami, głównie religijnymi i społecznymi. Na trzecim etapie zaczyna się powolne budzenie, ale ponieważ świadomość jest jeszcze bardzo silnie zmącona, zachodzi tu najczęściej porzucanie fundamentalizmu religijnego na rzecz zatwardziałego ateizmu. To wyjaśnia, dlaczego większość ateistów to tak okrutni i bezwzględni wrogowie obcych im idei. We wcześniejszych stadiach ludzie ci „pracowali” jako religijni inkwizytorzy, bezwzględnie tępiący wszelką herezję i nie widzący niczego złego w torturach czy mordach. Gdy odrzucają religię, ich krwawa natura wciąż silnie dochodzi do głosu. Teraz już nie mają przyzwolenia na mordowanie czy tortury, ale w dalszym ciągu nie są w stanie zaakceptować żadnych idei, niezgodnych z wyznawanym przez nich, nowym, materialistycznym światopoglądem. Nie mogą torturować, ale mogą prześladować. Jeśli nie da się ogniem i mieczem, to przynajmniej słowem i prawem karnym, kategorycznie zakazującym działalności każdemu, kto „nie z nami”. A kto jest „nie z nimi”? Oczywiście, „szarlatani i hochsztaplerzy” spod znaku astrologii, tarota, homeopatii, zielarstwa, kręgarstwa i innej przeklętej „antynauki”. Na razie na tym zakończę swój wykład, może kiedyś rozwinę ten temat.

PS. Po raz kolejny i do znudzenia powtarzam: nie mam żadnych związków z New Age, to nie moja branża i nie jest moją intencją rozstrzyganie jaka jest prawda na temat tego ruchu. Ja tylko ujawniam i pokazuję psychomanipulacje tzw. racjonalistów i ateistów. [Astrologia jest o całe tysiąclecia starsza zarówno od religii, jak i od nauki, więc z całą pewnością jako taka nie jest „New”, nawet jeśli jest włączona do praktyk tego nurtu].

PS. 2: Bez względu na to, jaki jest procent oszustwa w sztuczkach Derrena, lubię je i będę je dalej oglądać, bo się przy nich dobrze bawię. Dobra zabawa to jest właśnie to, co cenię sobie w programach rozrywkowych. I nie mam zamiaru dorabiać do czystej rozrywki jakiejkolwiek ideologii.

Reinkarnacja

Nie jest bardziej zaskakujące narodzić się dwa razy, niż raz – Wolter

…doktryna reinkarnacji nie jest ani absurdalna, ani bezużyteczna – Wolter

Zadaniem tego tekstu nie jest udowodnienie czegokolwiek ani przekonanie kogokolwiek, żeby uwierzył w reinkarnację. Pod wpływem pewnego komentarza w blogu astrologicznym odczułam nagłą potrzebę podzielenia się swoimi osobistymi refleksjami i przemyśleniami związanymi z tym tematem. I to wszystko.

Sceptycy z uporem utrzymują, że reinkarnacji udowodnić się nie da, ale jak zwykle mijają się z prawdą. Jest bardzo wiele naprawdę znakomicie udokumentowanych przypadków potwierdzających to zjawisko. Zdaję sobie sprawę z tego, że to „wiele” to i tak kropla w morzu, gdy wziąć pod uwagę całość ludzkiej populacji. Wydaje się jednak raczej nieprawdopodobne, żeby reinkarnacji mogli podlegać tylko niektórzy, wybrani ludzie, a cała reszta nie. Tak więc, skoro solidnie udokumentowano niektóre przypadki, możemy założyć, że potwierdzają one regułę.

Religie, w których doktryna reinkarnacji jest uważana za rzecz naturalną nauczają, że ludzie nie pamiętają swoich poprzednich wcieleń dlatego, że ta pamięć jest im niepotrzebna, a nawet może być przeszkodą. Dlatego mówi się, że przed ponownym zejściem na plan ziemski dusza pije wodę z rzeki zapomnienia.

Religie te uczą również, że im starsza i bardziej świadoma jest dusza, tym lepiej pamięta swoje wcześniejsze wcielenia. Znam wiele osób, które są przekonane, że te wspomnienia są tuż pod powierzchnią ich świadomości. Sama wiele razy doświadczyłam podobnego uczucia.

Teraz jednak opowiem o swoich osobistych doświadczeniach trochę innego rodzaju.

Od dzieciństwa cierpiałam na straszny lęk wysokości. Co gorsze, każdej nocy nękały mnie koszmarne sny, związane ze spadaniem. Zawsze zaraz po zaśnięciu śniło mi się, że spadam z wysokości, lecę z dzikim impetem wprost na głowę i mimo rozpaczliwych prób nie udaje mi się niczego uchwycić. Zanim dosięgłam ziemi budziłam się nagle, siadając na łóżku, cała zlana lodowatym potem. Kiedy jako nastolatka opowiedziałam o tym mojej matce, ta spojrzała na mnie dziwnym wzrokiem i powiedziała, że już jako noworodek budziłam się zaraz po zaśnięciu, wymachując histerycznie rękami i wrzeszczałam wyraźnie czymś przerażona. Jedynym sposobem zapobiegania tym atakom było zawinięcie mnie bardzo mocno, „na baleron”, w kocyk.

Mój lęk wysokości objawiał się tym, że nie byłam w stanie wejść nie tylko na drabinę, ale nawet stanąć na krześle, a próby wzięcia mnie „na barana” przez tatę kończyły się atakiem paniki. O huśtawce, karuzeli czy nie daj Boże lataniu samolotem nawet mowy być nie mogło!

Inne moje sny dotyczyły wojny. Sceneria była raczej historyczna, na oko jakiś XIX wiek, konie i długie strzelby. Wiele razy śniły mi się strzelaniny w polu, gdy usiłowałam się ukryć za jakąś nędzną kępką trawy lub w rozpadającej się, drewnianej chacie. Innym razem skradałam się wraz z oddziałem w jakimś miejscu, które niedawno musiało być miasteczkiem, jednak pozostały po nim tylko fundamenty i resztki ścian domów.

Jako dziecko urządzałam parady wojskowe i pokazy musztry, co moją czcigodną babcię doprowadzało niemal do omdlenia ze zgrozy. Nie mogła pojąć, jak to możliwe, żeby taka mała, subtelna blondyneczka zachowywała się jak jakiś ordynarny wojak. Było to dla niej bulwersujące i niesmaczne.

No i moja szalona miłość do koni… Po przyjeździe na wakacje zawsze najpierw biegłam do stajni, zawrzeć znajomość z jej mieszkańcami. Jeździłam konno na oklep, bez siodła i sprawiało mi to dziką radość.

Kiedy byłam już dorosła, z czystej ciekawości, wybraliśmy się z mężem na jakąś zwariowaną, ezoteryczną imprezę. Poznaliśmy tam niezwykłego litewskiego jasnowidza, ale kolejka do niego była tak długa, że nie zdążył nas przyjąć przed końcem zabawy. Wzięliśmy więc jedną z leżących na stoiku wizytówek i postanowiliśmy odwiedzić go przy innej okazji.

Umówiliśmy się telefonicznie na spotkanie w jego „gabinecie”, czyli wynajętym na nadwiślańskiej przystani pokoiku. Ledwie stanęłam w drzwiach (a tremę miałam okropną!) spojrzał na mnie i wykrzyknął: „ależ ty masz lęk wysokości!” Wprost mnie zatkało! Skąd mógł o tym wiedzieć? Przecież nigdy z nim nie rozmawiałam! Z wrażenia prawie usiadłam na podłodze… Zaprosił mnie do zajęcia miejsca naprzeciwko siebie, wziął moje ręce w swoje dłonie, przyglądał im się przez chwilę i zaczął opowiadać o mnie i o mojej najbliższej rodzinie rzeczy, które wprawiły mnie w stan osłupienia. A potem powiedział: „nie wiem, czy wierzysz w reinkarnację, ale jeśli chcesz, opowiem ci, kim byłaś w poprzednim życiu”. Jasne, że chciałam! Popatrzył na mnie i rzekł: „byłaś mężczyzną, żołnierzem i służyłaś w konnej armii. Nie chciałaś zabijać, ale musiałaś. Masz na sumieniu jedno życie i dlatego teraz jest ci tak ciężko”. Znów mnie zatkało ze zdumienia… Spytałam: „Skoro byłam żołnierzem i walczyłam na wojnie, to chyba powinnam być rozgrzeszona, jeśli kogoś zabiłam? Czyż nie po to są wojny, żeby zabijać wrogów?” A on na to: „Nie, zabijać nie wolno. Nie ma żadnego usprawiedliwienia dla przelewu krwi. I tak byłaś mądra, że zabiłaś tylko jednego, bo tam w poczekalni siedzi facet, który ma na sumieniu osiem dusz i jego życie jest naprawdę tragiczne”.

A potem dodał: „A z tym twoim lękiem wysokości to jest tak, że zabiłaś się spadając z dachu”.

No i jak tu nie wierzyć jasnowidzowi?

Później, kiedy zdecydowałam się na studia astrologiczne, jeden z wykładowców tłumaczył nam, jak należy interpretować 12 dom horoskopu. Powiedział, że między innymi można z niego odczytać prawdopodobną przyczynę śmierci w poprzednim wcieleniu. Jako przykład użył przypadku, gdy na wierzchołku tego domu znajduje się znak Panny: może to być śmierć spowodowana przez nadmierną pracowitość, perfekcjonizm lub oszczędność. Wyobraźmy sobie sytuację, że zamiast wezwać dekarzy facet sam włazi na dach, żeby go naprawić i na skutek nieszczęśliwego wypadku z niego spada.

Czy muszę dodawać, że mam Pannę w 12 domu?

I jeszcze jedna, interesująca sprawa: w szkole, na przysposobieniu obronnym jedną z wymaganych umiejętności było strzelanie z karabinku. Kiedy wróciłam do szkoły po tygodniowej chorobie z przerażeniem dowiedziałam się, że tego właśnie dnia klasa zdaje egzamin ze strzelania. Po prostu klapa… Poleciałam do pana majora, żeby się wykręcić, ale on nawet słuchać nie chciał. Kazał mi się położyć na jakimś worku z piaskiem, dał mi broń do ręki, pokazał jak mierzyć i kazał po prostu strzelać. Cóż miałam robić? Wymierzyłam, oddałam 5 wymaganych strzałów, po czym zrezygnowana wstałam i smętnie usiadłam w kącie, święcie przekonana, że dostanę pałę. Jakież było moje zdumienie, gdy pan major spojrzał na tarczę i ze zdumieniem stwierdził, że zdobyłam tylko pół punktu mniej niż wynosi maksimum. Byłam najlepsza w klasie! I to wszystko bez żadnej próby!

Karma (co oznacza słowo „karma” w astrologii?)

„Karma” to prawo przyczyny i skutku. Każda nasza myśl i każdy czyn niosą jakieś konsekwencje, zarówno w obecnym, jak i w przyszłym życiu. Jezus wyraził to słowami: „Co posiejesz, to żąć będziesz”.

Niektóre nasze czyny przynoszą natychmiastowe konsekwencje, na inne trzeba trochę poczekać, a jeszcze inne wydają się przemijać „bezkarnie”. Ale to tylko pozory, bo nic nie dzieje się bez powodu i żaden czyn nie jest wolny od jakichś skutków.

Możesz, drogi racjonalisto / katoliku nie wierzyć w karmę i reinkarnację, bo przyznaję – niezbitych dowodów naukowych brak, ale jak dla mnie jest to bardzo logiczna doktryna. Tak czy inaczej, radzę brać ją pod uwagę, tak na wszelki wypadek, choćby po to, żeby niepotrzebnie nie obciążyć swojego „konta karmicznego”.

Przy interpretacji horoskopu karma nie ma znaczenia. Zakładamy wprawdzie czysto teoretycznie, że wszystko co widać w horoskopie ma podłoże karmiczne, ale w praktyce nic z tego wynika.

Horoskop jest po prostu zapisem lekcji, które trzeba przerobić i nie ma znaczenia, dlaczego te lekcje są takie, a nie inne. Po prostu, są takie jakie są i trzeba się nimi zająć z należytą uwagą, nie wnikając w przyczyny. Znajomość przyczyn w żaden sposób nie wpływa na to, w jaki sposób manifestują się problemy ani na to, jak należy je rozwiązać.

Geny czy gwiazdy decydują o wyglądzie i cechach człowieka?

Geny podobnie jak horoskop nie są „przyczyną” wyglądu, stanu zdrowia, charakteru ani temperamentu człowieka.

Geny są jedynie zapisem wzorca energetycznego, będącego z kolei skutkiem wzorca karmicznego. Są one „instrukcją budowy organizmu biologicznego” według tej karmiczno-energetycznej matrycy.

Zarówno horoskop, jak i genetyka przybierają teoretyczny kształt na długo przed poczęciem (wcieleniem). Wszystkie nasze atuty oraz wszystkie słabości zostają zaplanowane zanim zdecydujemy się przyjąć ciało fizyczne. Przed narodzinami dusza sama decyduje się na lekcje, które ma przerobić, godzi się również na ewentualne ułomności fizyczne lub psychiczne, wiedząc, z jakim cierpieniem się one wiążą. Dopiero po podjęciu tych zobowiązań dusza może się wcielić.

Tak „zaprojektowany” i wyposażony w odpowiedni do karmy zestaw genów człowiek rodzi się w dniu, w którym „jakość czasu” jest najwłaściwsza dla realizacji jego karmicznych zobowiązań, czyli wtedy, gdy warunki panujące na ziemi będą sprzyjać jego rozwojowi i nauce.

Jego zadania karmiczne staną się czytelne dla astrologa dopiero w dniu narodzin, a dlaczego dowiesz się czytając tekst Moment na który obliczamy horoskop.

Opętanie

Opętanie to nie przesąd, jak sądzą sceptycy-racjonaliści, ani sprawka szatana, jak wierzą parafianie.

Sceptycy odrzucają wiarę w Boga, w życie po śmierci i wszelkie formy duchowości, a więc zaprzeczają również istnieniu nieśmiertelnego pierwiastka, jakim jest ludzka dusza. Wydaje im się, że człowiek jest niczym więcej niż stworzonym z białka i kości ciałem, które porusza się, myśli, czuje i działa racjonalnie bez żadnej przyczyny, a gdy białko ulegnie rozkładowi po śmierci ciała, nic po człowieku nie zostaje.

Większość katolików wierzy w szatana bardziej niż w Boga. Ludzie ci są przekonani, że Szatan ma moc większą niż Bóg, który jest wobec sił zła bezsilny. To właśnie ta ich wiara tworzy zło, które materializuje się i szkodzi ludziom. Na szczęście szkodzi ono głównie tym, którzy w nie wierzą i je kreują. Pozostali mogą być spokojni – skoro w szatana nie wierzą, nic im z jego strony nie grozi.

Co więc opętuje ludzi?

Za prawie wszystkie formy opętania odpowiedzialne są duchy. Czasem, chociaż rzadko, opętują demony.

Opętujący duch jest duszą zmarłego, który nie wierzył w Boga i nieśmiertelność duszy (a więc był ateistą) lub wierzył w boga okrutnego, karzącego i mściwego oraz w surowość sądu ostatecznego, który może człowieka skazać na wieczne potępienie (w to właśnie wierzą chrześcijanie). Ktoś, kto wierzy w takie szkodliwe przesądy za żadne skarby nie przyjmie do wiadomości faktu własnej śmierci i nie wyruszy na spotkanie z nią, ponieważ panicznie się jej boi. Woli więc pozostać wśród żywych i udawać, że nic się nie zmieniło.

Większość duchów opętujących to dusze ludzi, którzy nie wierzyli w „życie po śmierci”, a więc materialiści, ateiści i sceptycy lub którym za życia wiele brakowało do ideału „cnoty”, a więc pijacy, rozpustnicy, złośliwcy, przestępcy, mordercy i wszelkiej maści wredne typy. Nic więc dziwnego, że nie spieszą się na spotkanie z Bogiem. Zamiast tego wolą podczepić się pod jakąś słabą osobę i namawiać ją do tego, co tak lubili za życia, a więc do picia, rozwiązłości seksualnej, złośliwości, okrucieństwa, a nawet morderstwa.