Na Ziemi żyjemy w Matrixie, ale w zaświatach to dopiero jest Marix do sześcianu!

Pod tekstem o aborcji rozpętała się bardzo ciekawa, ale zupełnie nie dotycząca tematu dyskusja o reinkarnacji i sensie życia na Ziemi. Na prośbę czytelników przenoszę ją do nowego wątku, żeby łatwiej ją było znaleźć.

Kilka lat temu obejrzałam brazylijski film „Nasz Dom”, który powstał na podstawie zapisków Chico Xaviera przekazanych mu z zaświatów. Wizja życia po śmierci przedstawiona w filmie jest zachwycająca: po tamtej stronie panuje miłość, zrozumienie i harmonia bez granic, a scenografia jest po prostu urzekająca: piękna natura, cudowne kwiaty, krystalicznie czysta woda i budynki godne bogów, którymi stajemy się po śmierci.

Ale ja cały czas miałam bardzo nieprzyjemne uczucie, że nasz ziemski Matrix jest niczym w porównaniu z tym zaświatowym. Tam iluzja jest tak obezwładniająca, że aż przerażająca. Żyjąc na tym padole łez i bólu mamy szansę się przebudzić, a tam takiej szansy nie ma. Tam jest jedna wielka pralnia mózgów i duchowa „ćpalnia”. Więcej pisać nie będę, resztę można przeczytać w dyskusji.

NASA i reforma znaków zodiaku, czyli pseudoracjonalistyczne popisy nieuctwa… astronomicznego! Znowu!

Od kilku dni krąży po sieci sensacyjna, ale ZUPEŁNIE NIEPRAWDZIWA wiadomość, że

NASA aktualizuje zodiak, ponieważ nikt tego nie robił od 2000 lat. Pozycje znaków zodiaku przesunęły się nawet o miesiąc! 86% ludzi ma źle ustawiony swój znak. Sprawdź, czy ty też.

Tę sensacyjną wiadomość podały Radio Zet, Eska.pl, kobieta.interia.pl, se.pl, twojapogoda.pl, m.onet.pl, natemat.pl, businessinsider.com.pl (autor jako jedyny podaje link do wyjaśnień astrologa, Piotra Piotrowskiego), wiedzoholik.pl (chyba raczej alkoholik, bo jak widać używka, której używają zniszczyła im neurony) i każdego dnia przybywa kolejnych mądralów (portali i blogerów), którzy kolportując tę bzdurę chcą się popisać rozumem, a popisują się kompromitującym i zatrważającym nieuctwem.

Miałam na to machnąć ręką, bo to nie pierwszy i z całą pewnością nie ostatni raz, kiedy zarozumiali i aroganccy ludzie uważający się za wszystkowiedzących mędrców robią z siebie pośmiewisko. Ale kiedy w tym czcigodnym gronie zobaczyłam niewymienioną z nazwiska osobę z CENTRUM NAUKI KOPERNIK i nawet samego ASTRONOMA, po prostu zwątpiłam w to, co widzą moje oczy…

Przyjrzyjmy się z czego wyśmiewają się pseudo-racjonaliści, czyli poznaj głupiego po śmiechu jego.

Z kogo się śmiejecie? Z siebie samych się śmiejecie!

NASA aktualizuje znaki zodiaków

Już w tytule notki autor zalicza wpadkę: „znaki zodiaków”. Ile mamy zodiaków? Zapewne, według autora, jest ich 12. Otóż nie. Zodiak jest tylko 1, ale jest podzielony na 12 sektorów, zwanych nie „zodiakami”, lecz znakami zodiaku.

Na tejże stronie widzimy taką oto wyliczankę dat dla „nowych znaków”:

Koziorożec:  20.01-16.02
Wodnik: 17.02-11.03
Ryby: 11.03-18.04
Baran: 19.04-13.05
Byk: 14.05-21.06
Bliźniaki: 21.06-20.07
Rak: 21.07-10.08
Lew: 10.08-16.09
Panna: 17.09-30.10
Waga: 30.10-23.11
Skorpion: 24.11-29.11
Wężownik: 29.11-17.12
Strzelec: 18.12-20.01

Poważny błąd! To nie są okresy przebywania Słońca w znakach zodiaku, lecz w gwiazdozbiorach.

Znaki zodiaku i gwiazdozbiory to nie to samo!!!

Kolejny błąd: pierwszym znakiem zodiaku nie jest styczniowy Koziorożec, lecz marcowy Baran, który wyznacza pierwszy dzień astronomicznej wiosny (pozostałe znaki kardynalne to: Rak rozpoczynający astronomiczne lato, Waga rozpoczynająca astronomiczną jesień i Koziorożec rozpoczynający astronomiczną zimę).

Przeglądając nagłówki wyników wyszukiwania kilka razy uległam złudzeniu, że oto wreszcie pojawił się długo oczekiwany głos rozsądku. Na stronie http://www.spidersweb.pl/2016/09/nasa-znaki-zodiaku-zmiana.html widzę tytuł: „Nie, NASA nie ogłosiła zmian w znakach zodiaku”. Ucieszyłam się, że wreszcie ktoś zdemaskuje te brednie, ale autor od razu się zaorał dając dowód, że jest astronomicznym ignorantem!

Przecież ludziom NASA kojarzy się z niebem i kosmosem, więc na pewno NASA zarządza znakami zodiaku i horoskopami.

Znaki zodiaku to według autora astrologia i horoskopy!

Wikipedia starała się być poprawna, ale z nadgorliwości również walnęła byka:

Mimo że przez obszar gwiazdozbioru przebiega ekliptyka, Wężownika nie zalicza się w astrologii do gwiazdozbiorów zodiakalnych. Wynika to z tego, że granice tego gwiazdozbioru przecinają ekliptykę od stosunkowo niedługiego czasu – od standaryzacji gwiazdozbiorów w roku 1930. Przez gwiazdozbiór przebiega obecnie 18,6° ekliptyki– ponad 3/5 znaku Strzelca. Słońce wędruje na tle konstelacji pomiędzy 29 listopada a 18 grudnia.

Wężownik to nie znak zodiaku, ale jak najbardziej gwiazdozbiór zodiakalny. Gwiazdozbiory zodiakalne to te, przez które przechodzi ekliptyka.

Zodiak jest pojęciem znanym i używanym również w astronomii.

Przed wielu laty, widząc w forum dla astronomów naigrywania się z „wiary w zodiak” i szyderstwa z „wyznawców zodiaku” napisałam maila z zapytaniem, czy nie ma tam nikogo na tyle profesjonalnego, żeby wyjaśnił dyskutantom, jak bardzo się ośmieszają. Podpisałam się ironicznie „ciemna baba wierząca w zodiak”. Jakież było moje zdumienie, kiedy otrzymałam odpowiedź od bardzo sympatycznego astronoma z Wrocławia. Przyznał mi rację, że zodiak jest pojęciem astronomicznym.

Proszę uważnie przeczytać, jak kwestię zodiaku wyjaśnia ASTRONOM:

Znaki zodiaku i gwiazdozbiory zodiakalne to dwa różne pojęcia.

Znaki zodiaku to równe ‚prostokątne’ obszary na sferze wzdłuż ekliptyki, każdy o szerokości 30 stopni i wysokości 10-16 stopni. Każdy zajmuje taką samą powierzchnię sfery i wyznaczony jest przez podział ekliptyki na 12 równych części. Jest ich 12.

Natomiast gwiazdozbiory zodiakalne, to gwiazdozbiory (rozumiane w sensie obecnej astronomicznej ich definicji, czyli wydzielone obszary sfery, a nie jak w starożytności grupy jasnych gwiazd) przez które przechodzi ekliptyka.

Gwiazdozbiorów takich jest 13. Dodatkowy, Wężownik, leży ponad gwiazdozbiorem Skorpiona, w znaku zodiaku Strzelca.

Proszę zwrócić uwagę również na to, że zodiak ze swymi znakami zawsze leży gdzieś na sferze niebieskiej, a więc także na tle gwiazdozbiorów. Znaki zodiaku to jakby siatka nałożona na gwiazdozbiory, siatka ta nie zmienia swego kształtu, ale przesuwa się stale względem nieruchomych gwiazd i gwiazdozbiorów.

Jeśli ktoś jeszcze nie załapał: znaków zodiaku było, jest i zawsze będzie 12 i wszystkie miały, mają i zawsze będą miały po 30 stopni i to nie one podlegają precesji, lecz gwiazdozbiory! Tak więc nawet po 5000 lat ekliptyka i leżący na niej zodiak będą przywiązane do Ziemi, natomiast odsuną się gwiazdozbiory!

Dlaczego?

Ponieważ, jak już wspomniałam, zodiak leży na ekliptyce, a ekliptyka na stałe „przywiązana” jest do Ziemi!

Ekliptyka [gr.], wielkie koło na sferze niebieskiej, wzdłuż którego obserwuje się pozorny ruch Słońca, będący odbiciem ruchu rocznego Ziemi dokoła Słońca – Encyklopedia PWN

Człowiekowi stojącemu na ziemi wydaje się, że słońce krąży wokół naszej planety. Ten okrąg to właśnie ekliptyka! I jest ona podzielona na 12 równych sektorów, zwanych znakami zodiaku!

Ekliptyka (podzielona na 12 sektorów) nie może (co oczywiste!!!) zmienić swojego położenia względem Ziemi, czyli ulec precesji!
Precesji ulegają gwiazdozbiory, a nie zodiak!

Jeśli ktoś zna się na komputerach, ale o astronomii nie ma pojęcia powinien przed napisaniem czegokolwiek na ten temat posprawdzać hasła w encyklopedii, gdyż w przeciwnym wypadku skompromituje się, robiąc z siebie kompletnego idiotę!

Prawdą jest oczywiście, że umowny podział nieba, ustalony przez astrologów, dezaktualizuje się, bo Kosmos widziany z perspektywy Ziemi wciąż się zmienia. Podobnie jest z konstelacjami, które przecież istnieją jedynie na ziemskim niebie i wciąż ulegają zmianom.

Nie odróżniając znaków zodiaku od gwiazdozbiorów autor zwyczajnie się ośmiesza, bo popisuje się nieznajomością podstaw ASTRONOMII! Ekliptyka to astronomiczne przedszkole! Mój tata pokazał mi czym jest ekliptyka kiedy miałam 5 lat. Użył do tego jabłka, które posłużyło za Ziemię i żarówki w roli Słońca!

A dalej jest jeszcze gorzej! Żeby bredzić o znaku zodiaku położonym gdzieś w odległym kosmosie trzeba mieć po prostu mózg meduzy (która jak wiadomo tego organu w ogóle nie posiada):

Przewiduję, że będziemy tym razem wiązali zmiany w znakach zodiaku z kolejnymi misjami kosmicznymi. Co powiecie na tytuł: „Orion w czasie misji na Marsa odkrył w kosmosie nowy znak zodiaku”.

A teraz będzie The Best of The Best – ci wykazali się pozorną dociekliwością, ale odpowiedzi które uzyskali nie wzbudziły w nich żadnych wątpliwości.

http://innpoland.pl/129693,uwierzyles-w-zmiane-zodiakow-przez-nasa-niestety-dales-sie-nabrac

Tu widać jak na dłoni, że „eksperci” w ogóle nie odpowiadają na pytania, które im się zadaje, a nawet w ogóle nie rozumieją o co są pytani!

Żaden nie zauważył, że cały ten oszukańczy artykuł jest pozbawiony logiki i antynaukowy. Jak już wiemy zodiaku nie da się aktualizować, ponieważ nie podlega on precesji! Wszystkim, którym zadano to bezsensowne pytanie zodiak automatycznie skojarzył się z astrologią i horoskopami, które wywołały w nich wielkie obrzydzenie, ale nikt nie zauważył, że cały ten tekst jest merytorycznie błędny i powinien być sprostowany!

Poprosiliśmy o komentarz ekspertów.

– Wie Pan to nie nasza domena. Astrologia to paranauka – słyszymy od pracownika Centrum Nauki Kopernik.

A teraz… ups! Bredzący astronom! Czego ich tam uczą na tych uczelniach, że niczego ich nie nauczyli?

Na rozmowę udaje nam się jednak namówić dr Marka Sendyka, pracownika Instytutu Astronomii na Uniwersytecie Zielonogórskim.

(…)

Tak zwane znaki zodiaku są związane z rzeczywistymi gwiazdozbiorami, czyli układami gwiazd na niebie. Z perspektywy naszej planety słońce pozornie przesuwa się z jednego układu w drugi. Znak zodiaku, który jest nam przypisywany, to ten, w którego gwiazdozbiorze Słońce znajduje się w momencie naszego urodzenia.

Korekta, którą proponować miała NASA, nie nastąpiła jednak wczoraj. Przez tysiące lat Ziemia zmieniła swoje położenie względem Słońca.

Czy to aby na pewno astronom?!?!?

Tak zwane znaki zodiaku są związane z rzeczywistymi gwiazdozbiorami, czyli układami gwiazd na niebie

Nieprawda! W czasach babilońskich znaki zodiaku i gwiazdozbiory zodiakalne pokrywały się, ale obecnie, z powodu precesji, rozeszły się. Astronom (?) tego nie wie?

Znak zodiaku, który jest nam przypisywany, to ten, w którego gwiazdozbiorze Słońce znajduje się w momencie naszego urodzenia.

ZNAK ZODIAKU TO NIE GWIAZDOZBIÓR!!!!!!!

Przez tysiące lat Ziemia zmieniła swoje położenie względem Słońca.

Że co????????????????

Ziemia zmieniła położenie względem Słońca????? To znaczy, że Ziemia oderwała się od Układu Słonecznego i leci sobie swobodnie przez lodowaty Kosmos?

Pozostawię to bez komentarza!

W Polsce mamy samych magistrów, ale mądrego ze świecą szukać…

Wszystko co chcielibyście wiedzieć o astrologii i ezoteryce

Młoty na astrologię

Wężownik, czyli rzekomy 13 znak zodiaku

Astrologia uniwersytecka

Jak zostać w Polsce prawnikiem? Cz.2

Dziś parę słów o pracy w kancelariach prawniczych i zarobkach prawników. Po pierwsze zacznijmy od tego, że w kancelariach adwokackich i radcowskich zatrudniani są głównie aplikanci (pomijając oczywiście samych adwokatów i radców prawnych). Jeśli chodzi o studentów prawa, to zazwyczaj pracują oni tam za darmo, czego de facto pracą nie można nazwać, bo wykonują naprawdę wiele czynności, a nie dostają nic w zamian. Czasem jakiś prawnik się zlituje i zatrudni studenta (najlepiej studiów zaocznych, bo ten jest dyspozycyjny), ale robi to tylko dlatego, że za studentów nie nalicza się składek i odpada konieczność wydawania pieniędzy na Skarb Państwa. Aplikanci nie korzystają z tego przywileju, bo studentami nie są, zatem każda próba ich zatrudniania w oparciu o umowę o pracę kończy się zazwyczaj fiaskiem dla aplikanta – no bo przecież płacąc mu nawet minimalną pensję, trzeba te podatki i składki odprowadzać.

Główną formą zatrudnienia aplikanta jest tzw. wolontariat, czasem jakaś umowa o dzieło lub zlecenie. Naprawdę na palcach jednej ręki można policzyć aplikantów, którzy mają umowę o pracę i do tego godziwe warunki pracy i płacy (nie mówię o Warszawie, bo tam to jest zupełnie inny świat, inny w tym złym znaczeniu tego słowa niestety). Mam koleżankę, która przez pół roku pracowała za darmo dla radcy prawnego, po to aby się „lepiej poznać”, po czym po tym pół roku łaskawie (po licznych prośbach i przypominaniach ze strony aplikantki), dziewczyna dostała umowę, oczywiście nie umowę o pracę, bo tu miałaby płatny urlop, chorobowe i inne przywileje. Dostała umowę zlecenie bez żadnych składek i przywilejów pracowniczych. Tu wtrącę, że umowa zlecenie nigdy nie daje prawa pracodawcy do tego, żeby żądał od zleceniobiorcy pozostawania w ściśle oznaczonych godzinach pracy. Zlecenie polega na tym, że sobie sam drogi zleceniobiorco ustalasz czas i miejsce pracy. Praktyka w kancelariach jest jednak inna (prawnicy sami stosują umowy zlecenia, na podstawie których wykorzystują prawa pracodawcy, oczywiście bez przyznawania praw pracowniczych zleceniobiorcom). Kłopot w tym wszystkim polega też na tym, że sami aplikanci i studenci na to pozwalają, a argumentują to doprawdy śmiesznie – tak już jest, tak być musi i tak zawsze było.

Praca w kancelarii czy to dla studenta, czy dla aplikanta jest bardzo ciężka. Im większa kancelaria, tym więcej roboty. Na swoim przykładzie powiem, że jak pracowałem oficjalnie na pół etatu, to dostawałem niecałe 600 zł na rękę. Oczywiście te pół etatu było tylko na papierze, bo oprócz 8 godzin w kancelarii, praca była zanoszona do domu i w weekendy trzeba było pisać różne pisma, bo gonił czas. Co ciekawe w takiej kancelarii byłem tylko ja i jeden radca prawny, nikt poza tym. Próby wyproszenia chociażby 100 zł więcej na paliwo do dojazdów do pracy spełzły na niczym, dlatego też zrezygnowałem po 3 miesiącach, na co moi znajomi stwierdzili, że jestem mega odważny samemu rezygnując z pracy w kancelarii. Nawiasem mówiąc, mój były pracodawca wspomniał, że może mi „pomóc” w tym, że pracy w moim mieście więcej już nie znajdę – bo nie chciałem przedłużyć umowy na takich psich warunkach. Co ciekawe, jak widzę teraz w Internecie, to ogłasza się on mniej więcej co pół roku że potrzebuje nowego współpracownika – widać nikt z nim dłużej nie wytrzymuje.

Kolejne przekręty są takie, że prawnicy zatrudniają bezrobotnych prawników na tzw. staż z urzędu pracy. Za staż dostaje się ok. 900 zł na rękę (czyli mniej niż wynosi minimalna pensja obecnie), pracuje się 8 godzin przez 3 m-ce. Oczywiście pensję wypłaca urząd pracy a nie kancelaria – stąd takie zainteresowanie darmową siłą roboczą. Po tych 3 m-cach pracodawca ma obowiązek zatrudnić stażystę na umowę o pracę. Owszem zatrudnia, ale zazwyczaj na miesiąc, po czym dziękuje stażyście i idzie do urzędu pracy po nowego pachołka- stażystę (czytaj: po kolejną darmową siłę roboczą). I tak w koło Macieju – nikt na to nie reaguje kompletnie.

Prawnicy w moim mieście biorą za ustną poradę prawną od 120 do 250 zł (norma to 200 zł) – nie ważne czy trwa to 10 minut, czy 30, stawka jest oczywiście godzinowa, więc jeśli przekroczysz godzinę choćby o minutę, to bulisz kolejne 200 zł. Nie ważne jest także to, że nic z takiej rozmowy nie wyniesiesz. W tej cenie nie zawiera się jednak sporządzenie żadnego pisma prawnego. Ceny pism rozpoczynają się od 500 zł – napisanie zwykłego wezwania do zapłaty. Jeśli masz jakiś pozew lub apelację to szykuj portfel, ubędzie ci od 1000 zł wzwyż. Oczywiście nie liczę reprezentowania klienta przed sądem – to dodatkowe opłaty. A jak nie wygrasz? No cóż, lekarze też zazwyczaj nie pomagają, a trzepią dużą kasę. Tu jest identycznie.

Dziwi mnie zatem jedno, prawnik zarabia naprawdę duże pieniądze (chodzi o adwokatów i radców prawnych), a mimo tego nie chce płacić godziwej pensji studentom i aplikantom, zasłaniając się tym, że są wysokie składki i podatki – owszem są, ale co szkodzi zrobić umowę na jakąś minimalną sumę, a resztę pensji płacić do ręki – przecież ani prawnik, ani student czy aplikant nie polecą na skargę do skarbówki, no chyba że są wredni i mściwi. Moja kolejna znajoma pracowała za darmo przez 2 miesiące, też żeby „poznać się wzajemnie” z radcą prawnym. Ile to obietnic miała, że po tym czasie będzie miała normalną umowę o pracę, przyszedł więc ten czas i …. podziękowano jej serdecznie za współpracę i pomachano na do widzenia. Dziewczyna zapytała się dlaczego nie dostanie zatrudnienia, na co radca prawny odparł, że nie bo nie i tyle – że ma następnego aplikanta „do wypróbowania za darmo” i czemu ma nie korzystać.

Jak już wspomniałem wcześniej, aplikacja jest odpłatna (mniej więcej 5 500 zł na rok, i tak przez 3 lata). Dużym problemem jest znalezienie patrona, czyli prawnika który na tej aplikacji szkoli aplikanta. Patron powinien być przyznany każdemu aplikantowi, bo takie są zapisy w ustawie. W Warszawie jednak mamy ciekawy czarny rynek – znajdziesz fajnego patrona, jak mu zapłacisz min. 50 000 zł. To niestety nie jest żart, tylko ponura rzeczywistość. Coś co należy się aplikantom za darmo, jak psu buda, jest wyceniane na tak absurdalną kwotę, że nadal ciężko mi w to uwierzyć. Zatem zamiast patron płacić aplikantowi za pracę w swojej kancelarii, to aplikant musi płacić patronowi jako podziękowanie, za to że ten ów patron zgodził się przyjąć aplikanta i żeby ten odwalał za niego całą czarną robotę całkowicie za darmo. Niewolnik płaci swojemu panu, za to że dla niego pracuje. Najgorsze w tym jest to, że aplikanci nie widzą w tym problemu, co więcej chętnie się na takie układy zgadzają. Dla mnie to jest niepojęte i nigdy nie będzie.

Najsmutniejsze w tym wszystkim jest także to, że moi znajomi, którzy przeszli przez ten magiel wykorzystywania, sami robią to samo z obecnymi młodymi prawnikami. Zwracam im na to uwagę, że nie powinni tak robić, bo sami przez to przeszli i miło im nie było (najdelikatniej mówiąc). Na co dostaję odpowiedź, że to jest ich zemsta i teraz będą się mścić na młodych, tak jak mszczono się na nich. I w ten oto sposób nigdy się to nie skończy – bezmyślność takich ludzi jest wręcz porażająca.

Z drugiej strony istnieją prawnicy uczciwi, którzy nie chcą zdzierać z klientów pieniędzy (nie twierdzę, że praca adwokata czy radcy prawnego powinna być darmowa). Niestety wielu z nich kończy tak, że zamyka kancelarię, bo tonie w długach. I tak to jest, że uczciwym ludziom może być ciężej na tym świecie, niż krętaczom i cwaniakom wykorzystującym innych – ale tak jest w każdym zawodzie.

Nie potrafię jednak zrozumieć faktu, że radca prawny oprócz kancelarii, wykłada na uczelni, pracuje 2 3 firmach, uczy na 3 różnych aplikacjach (gdzie za godzinę wykładu ma około 120 zł na rękę – a wykład traktuje zazwyczaj o jego życiu prywatnym i trwa 3 godziny zegarowe), a potem twierdzi że on biedny nie ma z czego dać aplikantowi 100 zł więcej do ręki – już pomijam mój przykład, bo to jest niestety standard wśród prawników. Na czele czarnej listy plasują się niestety takie miasta jak Warszawa, Kraków, czy Gdańsk. Tam to jest taki czarny rynek i zawziętość, że szkoda nawet o tym pisać. Zatem jeśli ktoś chce zostać prawnikiem w Polsce, bez rodziny i znajomości, niech zastanowi się nad tym z 10 razy. Nie twierdzę, że jest to niemożliwe, bo możliwe jest, tylko trzeba brać pod uwagę naszą pokręconą rzeczywistość.

Lavo

Jak zostać w Polsce prawnikiem?

Dzisiejsza część będzie traktować głównie o prawnikach – jeśli kogoś to ciekawi, niech przeczyta 🙂 Bardziej dla rozrywki, niż dla jakichś rad praktycznych.

Studia

Zacznijmy od tego, że w Polsce obowiązują 5 letnie studia prawnicze. W ciągu 1 roku poznaje się głównie zagadnienia historyczne i filozoficzne związane z prawem na całym świecie (dla mnie osobiście nie było to zbyt ciekawe, szczególnie że na egzaminie kazali wykuwać różne daty – teraz i tak ich nie pamiętam). Na 1 roku jest także prawo rzymskie – nie współczesne, a starożytne. Bardzo dużo bowiem obecnych polskich regulacji opiera się właśnie na tym prawie, choć głównie dotyczy to prawa cywilnego (a więc prawa rzeczowego, zobowiązań, prawa cywilnego ogólnego i części prawa spadkowego). Można powiedzieć więc, że polskie prawo opiera się na prawie starożytnym. Czy to dobrze czy źle? Nie mnie to oceniać. Na 1 roku pojawiają się także zagadnienia ekonomiczne, jakieś elementy łaciny i to by było na tyle. Z perspektywy czasu uważam, że przydatne jest tylko prawo rzymskie, reszta powinna iść do kosza.

Kolejne lata studiów to skupianie się już na szczegółach prawa materialnego. Wyjaśnię, że mamy prawo materialne i prawo proceduralne – pierwsze dotyczy przepisów stosowanych jeszcze poza sądem, czyli np. jak napisać umowę, jaka jest odpowiedzialność za przestępstwo, co może a czego nie może organ administracji itd. Drugie zaś prawo, jak wskazuje sama nazwa, dotyczy przepisów stosowanych w trakcie postępowania sądowego lub administracyjnego, a więc co może i czego nie może sąd, strona czy uczestnik postępowania, jak jest prowadzona po kolei procedura, jak powinna wyglądać decyzja lub wyrok. Na drugim i trzecim roku skupiamy się głównie na prawie materialnym – powiem szczerze, że jest tego dosyć sporo. Mamy bowiem prawo cywilne podzielone na 4 części (ogólne, rzeczowe, zobowiązań i spadkowe), prawo karne, prawo administracyjne, i takie kwiatki jak prawo bankowe, finansowe, czy ochrony środowiska (gdzie każą wkuwać cyferki i niepotrzebne zestawienia, które zmieniają się co roku). Na 4 i 5 roku pojawia się procedura – cywilna, karna i administracyjna. Uczą nas jak pisać pozwy, wnioski, apelacje, kasacje itd. Na ostatnim roku jest przedmiot, który polega na nauce interpretacji wydawanych ustaw, na tworzeniu nowych przepisów (przedmiot trwa jednak jeden semestr, więc za wiele to się tam człowiek nie nauczy, chyba że sam, bo go to interesuje).

W trakcie studiów odbywa się obowiązkową praktykę, która trwa UWAGA aż 1 miesiąc. Praktyka jest oczywiście za darmo, choć ten kto Cię przyjmie dostaje od uczelni kasę. Tu można trafić różnie, do sądu, do kancelarii, na policję, do prokuratury – generalnie gdzie kto by chciał. Jak będzie fajny „pracodawca” to nauczy studenta wielu różnych rzeczy, jak nie – to student nauczy się parzyć kawę i obsługiwać ksero. Rzeczywistość jest taka, że studentów na praktyce nie uczy się za wiele, a wykorzystuje jako niewolnika od załatwiania roboty, której nikt zrobić nie chce (np. latanie na pocztę z listami). Praktyka jest taka, że jak student sobie sam nie załatwi praktyk (darmowych, bo jakże inaczej), to nikt mu tego nie załatwi (oprócz tej obowiązkowej praktyki 1 miesięcznej po 3 lub 4 roku).

Potem na 5 roku kończymy i piszemy magisterkę, jest obrona i zakończenie. Jeśli ktoś myśli, że już wtedy można być prawnikiem pełną gębą, to niestety bardzo się myli.

Aplikacja

Same studia dają tytuł magistra prawa, można więc udzielać porad prawnych, pisać pisma procesowe (do sądu, prokuratury, na policję czy innego urzędu), nie można tylko reprezentować kogoś w sądzie. Wyjątek to najbliższa rodzina, a więc mgr prawa może reprezentować w sądzie swoje rodzeństwo, rodziców, dzieci, czy dziadków (nigdy cioć, wujków, czy kuzynów). Warto wiedzieć, że taka reprezentacja przysługuje każdemu z nas, nie trzeba być prawnikiem do tego. A więc mąż może np. reprezentować na rozprawie swojego pełnoletniego syna, wystarczy tylko żeby syn mu dał pełnomocnictwo. Prawnik po studiach może więc otworzyć własną kancelarię, ale będzie działał jako doradca prawny (nie mylić z radcą prawnym, bo do tego to jest długa droga).

Jak ktoś ma ambicje zostać adwokatem, radcą prawnym, notariuszem, sędzią, prokuratorem czy komornikiem, musi iść na tzw. aplikację (jest to coś na kształt przygotowania, przyuczenia do zawodu). Aplikacja trwa odpowiednio – adwokacka i radcowska 3 lata, notarialna 3,5 roku, komornicza 2,5 roku, zaś sędziowska i prokuratorska – na to trzeba poczekać, bo w tym roku zmieniają się przepisy, ale średnio 4 lata. Aplikacja nie jest darmowa, jeden rok kosztuje 3 krotność minimalnego wynagrodzenia za pracę, a więc obecnie w 2016 r. to koszt 5 550 zł. Oprócz tego adwokaci i radcowie życzą sobie co miesięcznych składek. W ustawie istnieje co prawda zapis, że odpowiednie władze mogą zwolnić z całości lub części tej opłaty, ale ze świecą w ręku szukać tego komu się udało uzyskać takie zwolnienie. Jak cię zwolnią z opłaty, to władze samorządu adwokackiego, radcowskiego itd. sami muszą ją uiścić – a kto by chciał z własnej kieszeni oddawać kasę? Nie pomaga nawet fakt, że aplikant pozostaje bez pracy – nikogo to nie obchodzi. Co więcej na aplikacji obowiązują tak chore zasady, że aplikant może pracować wyłącznie w zawodzie prawnika, a aplikanci adwokaccy – wyłącznie w kancelarii adwokackiej. Odpada więc praca w sklepie, hotelu czy wszędzie tam, gdzie nie jesteś prawnikiem. Są to tzw. zasady etyczne zawodu – nie wypada prawnikowi pracować poza zawodem. Dla mnie to bzdura i już wyjaśniam dlaczego. Jak złapią cię, że pracujesz poza zawodem (np. w sklepie na kasie, czy w kwiaciarni), to wszczynają postępowanie dyscyplinarne, jest duża szansa, że wywalą Cię z aplikacji. Zapomniałem dodać, że na aplikację dostaniesz się tylko jak zdasz test z około 50 ustaw (masz 150 pytań, 1 minutę na pytanie, a żeby zdać trzeba mieć dobrze min. 100 pytań). Koszt testu to około 800-900 zł, czy zdasz czy nie, kasy nie zwracają. Wracając do kwestii niegodnej pracy aplikanta – znam historię dziewczyny, która nie mogła znaleźć żadnej pracy w kancelarii, ani w urzędzie, ani w departamencie prawnym banku czy jakiejś firmy, nie miała rodziny prawniczej, żadnych znajomości, nie zwolnili jej z opłaty za aplikację, więc poszła pracować do sklepu z odzieżą (takiego zwykłego, a nie ciucholandu, choć ja do ciucholandów nic nie mam). Pech chciał, że po jakimś czasie do sklepu wparowała pani dziekan z rady izby radcowskiej, w której dziewczyna odbywała aplikację. Poznała ją, wszczęto postępowanie dyscyplinarne i dano jej wybór – albo zrezygnuje z tej pracy (dziewczyna nie miała bogatej rodziny, było to jej jedyne źródło utrzymania), albo zostanie wyrzucona na bruk. Ona na to, że jak zrezygnuje z tej pracy to nie dość, że na chleb nie będzie miała, to nie będzie miała z czego opłacić aplikacji (a jak jej nie opłacisz, to oczywiście też z niej wywalają). Dziewczyna w płacz, a pani dziekan na to – nic mnie to nie obchodzi, trzeba było nie pchać się na aplikację, skoro nie ma się pieniędzy. Można było przymknąć oko na pracę dziewczyny, bo tego nikt by nie skontrolował, ale nie – lepiej jest wywalić na bruk, bo wtedy będzie mniejsza konkurencja.

Aplikanci adwokaccy mają jeszcze lepiej – oni mogą być zatrudnieni wyłącznie w kancelarii. Nie wolno im nawet zarejestrować się do urzędu pracy, choćby po to aby mieć w razie czego ubezpieczenie zdrowotne. Nie to, żebym namawiał do leczenia w naszej służbie zdrowia, ale jak się zdarzy jakiś wypadek, to wtedy taki aplikant zabuli z własnej kieszeni za karetkę czy gips. Jak aplikant się zarejestruje w PUP jako bezrobotny, bo np. chce mieć zasiłek czy to ubezpieczenie zdrowotne, to władze adwokatury od razu stawiają ultimatum – albo się wypisujesz z PUP, albo żegnamy się na aplikacji. Wg ich etyki wpis na listę bezrobotnych licuje z godnością aplikanta. Ja się pytam – to z czego taki ktoś ma żyć? Z energii słonecznej i uśmiechu adwokatury? Porażka i dno mułu.

Dostanie się na aplikację nie gwarantuje sukcesu. Te około 3 lata to powtórka ze studiów, z multum egzaminów (no może poza aplikacją komorniczą i notarialną, ale tam dostać się jest dużo trudniej, bo test wstępny jest trudniejszy). Po drodze może podwinąć się noga i z aplikacji można zwyczajnie wylecieć – ile ja znam takich osób. Jak uda się przejść przez całe to szkolenie (na którym uwierzcie mi, uczą tyle co kot napłakał, a kasy biorą za to co nie mała), czeka delikwenta egzamin państwowy, który kosztuje około 1200 czy 1500 zł, trwa około 3 dni pod rząd po 8 godzin. Jak zdasz wszystkie części, to gratuluję – jesteś adwokatem, radcą, notariuszem, komornikiem. Jak nie zdasz to podchodzisz za rok do całości i tak aż do skutku, chyba że sobie odpuścisz bo masz już dosyć albo nie masz zwyczajnie kasy i sił. Aplikację można ominąć, ale trzeba mieć tytuł dr lub dr hab. I jakieś 3 czy 4 lata praktyki np. w kancelarii, ale to też nie jest proste – na studia doktoranckie nie jest się tak łatwo dostać, a je skończyć, to też wyzwanie (studia doktoranckie trwają 4 lata, czyli 8 semestrów. Jeden semestr kosztuje ok. 4000 zł. Bardzo fajnie, prawda?) Niektóre uczelnie robią studia doktoranckie dzienne, ale limit miejsc jest bardzo mały, a wymagania spore.

Przekręty w sądach

Na zakończenie kilka historyjek z sądu. Jako, że miałem okazje trochę popracować jako p.o. asystenta sędziego, zobaczyłem jak ich praca wygląda od kuchni. Najmniejsze wynagrodzenie sędziego to miesięcznie około. 6 tys. zł – to tak na sam początek jak przychodzi do pracy. Z czasem dostaje on więcej, a jak już pójdzie do sądu okręgowego czy apelacyjnego, to kwoty miesięczne mogą być całkiem spore (nawet do 20 tys. wzwyż). Dla mnie te kwoty są astronomiczne. Co więcej, sędzia ma nienormowany tryb pracy – nie przychodzi na 8 godzin co dziennie. Jego wymiar czasu pracy podyktowany jest wymiarem jego zadań. Co to znaczy? Że przychodzi kiedy chce i o której chce? Nikt go z tego nie rozlicza. No oczywiście jak prowadzi rozprawę, to musi na niej być o tej godzinie co trzeba. Ale wiele razy już widziałem, że problemem dla sędziego nie było spóźnić się na rozprawę godzinę czasu –od tak. A jak ktoś się spóźni choćby 5 minut, to może Cię nie wpuścić na salę i odroczy rozprawę. Od taka sprawiedliwość, ale wiele zależy od sędziego (jakim jest człowiekiem).

Jak sędzia wydaje wyrok, to co do zasady nie musi go uzasadniać – wystarczy, że uzasadni go trochę na rozprawie ustnie i tyle. Na piśmie uzasadnienia nie odnajdziesz. Są jednak przypadki, gdzie trzeba pisać uzasadnienie z urzędu lub na wniosek strony postępowania. I takie wnioski są najbardziej przez sędziów znienawidzone. Dlaczego? Ano dlatego, że wg nich tracą oni czas na uzasadnianie swoich wyroków – muszą sobie popisać na komputerze. Jak sprawa jest błaha, to pół biedy – jeden dzień i z głowy. Ale co jak sprawa trwała kilka lat? Wtedy uzasadnienie musi być długie, nie da się inaczej. Jeśli ktoś myśli, że sędziowie sami piszą uzasadnienia swoich wyroków, to są w dużym błędzie. Piszą je asystenci sędziów (asystentem może być osoba, która ukończyła studia prawnicze i wygrała konkurs na to stanowisko). Sędzia wchodzi do pokoju asystenta (zazwyczaj w jednym pokoju mamy 3-4 asystentów ściśniętych jak kurczaki w klatce), rzuca akta sprawy i życzy sobie uzasadnienia do swojego wyroku. Asystent pisze uzasadnienie, choć sprawy na swoje własne oczy nie widział, potem oddaje je sędziemu. Jak sędziemu się spodoba, to je przyjmie i cały wyrok podpisze, jak nie sposobu, to asystent siada i poprawia uzasadnienie aż do skutku. Zdarza się też i tak, że uzasadnienia sporządzają aplikanci radcowscy lub adwokaccy (na tych aplikacjach odbywa się krótką praktykę sądową). Wtedy to już jest szał twórczości, aplikant który ma się uczyć zawodu, sędzia ma go do tego przygotować i dostaje za to kasę, musi sam z własnej głowy wymyślić uzasadnienie w jeden lub dwa dni. Jak sędzia będzie łaskawy, to powie na czym polegała dana sprawa, jak nie to niczego nie powie i weź się człowieku zastanawiaj.

Ciekawsze rzeczy dzieją się w sekretariatach, gdzie pracują szeregowi pracownicy za minimalną pensję, a roboty mają od groma. Szycie akt grubymi igłami i nićmi (chyba, że sąd jest nowocześniejszy, to wtedy mają dziurkacze i plastikowe zszywki), klejenie kopert, odbieranie i wysyłanie korespondencji, odbieranie telefonów od ludzi, obsługa klientów – jednym słowem zaplecze sądu to taka mała fabryka św. Mikołaja i nie ma w tym sformułowaniu przesady. Tam nie ma nawet czasu kanapki zjeść czy coś wypić, chyba że to jest sąd w małej mieścinie, gdzie spraw jest niewiele. Poza tymi obowiązkami, pracownicy sekretariatu protokołują na rozprawach (to te słynne panie, a teraz i panowie, którzy piszą relację z rozprawy na komputerze). Jak sędzia jest ludzki, to nie będzie dyktował z prędkością światła i pomoże protokolantowi, a jak nie jest, no cóż – problem protokolanta. Niezłe numery odbywają się przy odbieraniu telefonów. Jeden dzień byłem w takim sekretariacie, dali mi coś do pisania i dzwoni telefon – szefowa sekretariatu odbiera, o czym daje mi telefon do ręki. Tak z niczego. Ja na to, że przecież nie wiem o co chodzi, co mam powiedzieć, w jakiej to sprawie. Ona na to, że nieważne, że wystarczy dać się wygadać po drugiej stronie, niech gościu nawija, a potem to się odpowie, że nie mamy czasu albo się rozłączymy. Ja uwierzyć nie mogłem, bo mówię kobiecie że tak się nie robi – popatrzyła na mnie jak na kosmitę, dała telefon do ręki i wyszła z pokoju z kanapką w ustach.

Ciekawie było też w miejscowych psychiatriach – z sędziami jeździłem jako protokolant, żeby spisywać zeznania zatrzymanych osób (np. gościa co zadźgał swoją żonę nożem, czy faceta na którego nie działały żadne leki i rozerwał kaftan bezpieczeństwa rzucając się na pielęgniarkę). Jedno co mi się nasunęło na myśl to to, że na tych oddziałach pacjenci są owszem izolowani od zewnątrz, ale nie w oddzielnych pokojach tylko na takiej dużej sali (coś jak stołówka i wejścia do ich pokojów). Dla mnie to było duże przeżycie, idziesz sobie koło takiej osoby, której ewidentnie coś jest, a wygląda jak chodzące zombie – i pacjentów takich mamy około 20-30, i dwie drobne pielęgniarki do pilnowania porządku. Jedna pacjenta powiedziała, że jak zechce to zrobi rewolucje na sali, namówi pozostałych pacjentów i z nożami i widelcami (bo mają do nich dostęp), zaatakują lekarzy – i weź człowieku przejdź koło takiej kobiety, która ma szaleństwo w oczach.

Lavo

Komentarz polskiego prawnika do Przekrętu wszechczasów – cz. 5

Podatek od nieruchomości

Odnosząc się do pytania Astromarii – „Wygląda na to, że władza po raz kolejny robi nas w bambuko: sprzedaje nam ziemię, i jednocześnie traktuje ją jako swoją własność, od której trzeba płacić haracz – czujesz problem? Mamy tu podobny problem, jak w przypadku podwójnego opodatkowania. Albo ziemia należy do państwa, które nam ją udostępnia i wtedy (co logiczne i słuszne) musimy za to płacić haracz, albo państwo sprzedaje nam tę ziemię na własność i jako właściciele nie mamy za co płacić haraczu. Czy z prawnego punktu widzenia można się z państwem o to procesować i wygrać?”

Problem jest w tym, że w ogóle ustala się podatki od nieruchomości – osobiście uważam, że jest to rozbój w biały dzień. Dlaczego np. jak wybuduję sobie dom za własne pieniądze, na własnej działce (która też coś kosztowała), mam corocznie płacić państwu daninę w postaci podatku do nieruchomości (nawet jeśli wynosi to kilka stówek rocznie)? Dotyczy to każdej nieruchomości – mieszkania w bloku, działki, pola na wsi itd. Jeśli chodzi o czynsz to na tę opłatę można się jeszcze zgodzić (na samą opłatę, bo kwestia jej wysokości to inna sprawa), ponieważ z czynszu opłacane jest np. sprzątanie klatki, piwnic, wykonywanie drobnych napraw czy remontów. Podatek od nieruchomości ma zaś na celu zasilenie skarbonek samorządów terytorialnych (gmin). Stąd też każda gmina ma inne stawki tego podatku. Obowiązek jest jeden na cały kraj, zaś uszczegółowienie opłat jest zależne od konkretnych miejscowości (stąd w każdy mieście mamy inne stawki). Uniknięcie tego podatku czy walka przed sądem o jego zniesienie jest ogólnie rzecz biorąc prawie niemożliwa, bo podatek ten wynika z ustawy, czyli aktu prawnego obowiązującego w całym kraju oraz z aktów prawa miejscowego (uchwał rad gmin) obowiązujących w poszczególnych gminach. Ustawy te i uchwały wynikają zaś z samej Konstytucji, bo to ona właśnie daje prawo „władzy” do tworzenia jakichkolwiek podatków. Przed sądem raczej nie wygramy, bo każdy sąd stwierdzi, że skoro obowiązek płacenia podatków wynika z ustawy, to trzeba się do niego stosować. Wiem, że te podatki są całkowicie pozbawione sensu, bo zasilają wynagrodzenia tzw. budżetówki, czyli całej masy urzędników na czele z posłami, senatorami, prezydentem, ministrami itd. A dlaczego trzeba podwyższać podatki? Bo koszty życia z roku na rok rosną, a „władza” przecież musi z czegoś (czytaj: z nas) żyć. Dlaczego oni mają tak wysokie pensje (min. 10 tys. zł plus dodatki), skoro szeregowy pracownik zarabia miesięcznie minimalną pensję (ok. 1200 zł na rękę)? Sami widzicie, że podatki są nie po to, aby budować drogi, szpitale itd., tylko żeby utrzymywać pasożytów. Moim zdaniem posłowanie czy senatorowanie powinno być albo społeczne albo za minimalną pensję – wtedy nikt nie pchałby się na stołki do stolicy i okolic. Ale kto tworzy prawo? Posłowie i senatorowie – a skoro mogą sami sobie tworzyć przepisy, to czemu nie mogą tworzyć sobie dużych podatków i wysokich pensji? A to wszystko zgodnie z prawem i pod naszym zezwoleniem. Aby obejść ten podatek, trzeba byłoby wykazać, że jest niezgodny z Konstytucją – a tego się zrobić praktycznie nie da, bo Konstytucja twierdzi, że podatki trzeba płacić i od tego są ustawy. Jedyne rozwiązanie to zmiana Konstytucji, ale tego dokonać może wyłącznie Sejm i Senat (a wiemy kto tam zasiada). Owszem możemy też nielegalnie wybudować dom gdzieś w lesie, siedzieć cicho i nic nikomu nie zgłaszać – tylko, że jak ktoś podkabluje nas urzędnikowi, możemy mieć problem :/

Być może komuś przyda się takie rozwiązanie – kiedy powstaje obowiązek podatkowy podatku od nieruchomości? W momencie zakończenia budowy lub pierwszego zasiedlenia budynku. Jeśli właściciel nie zgłosi, że się wprowadził, gmina nie ściągnie podatku, bo nie ma do tego żadnego prawa. Jest to zatem rozwiązanie jedynie dla tych, którzy mają w planach budowę domu lub dopiero co się budują. W praktyce póki właściciel domu nie złoży do urzędu gminy zawiadomienia o zakończeniu budowy, to podatku nie ma obowiązku płacić i nic mu wtedy nikt zrobić nie może. A co za problem przedłużać formalnie budowę domu? Wiem, że jest to tylko czasowe rozwiązanie, no ale zawsze jest to coś. Co więcej, podatek należy płacić od pierwszego zasiedlenia, więc póki sami nie zgłosimy tego do urzędu, to jak skontrolują nas, że mieszkamy w naszym nowym domku? W praktyce nikt żadnego urzędnika nie wyśle w teren, żeby sprawdził czy rzeczywiście tam mieszkamy. Kłopot w tym, że donieść na nas może „życzliwy” sąsiad. Jest tu jednak jeden haczyk – jak wyjdzie na jaw, że dosyć długo ukrywaliśmy się przed tym podatkiem (mieszkając np. kilka lat bez zgłaszania tego do urzędu), to mogą na nas nałożyć kary finansowe wraz z odsetkami od tych zaległych, nieopłaconych podatków.
Ostatnio dowiedziałem się od kolegi adwokata, że podatki są tylko obowiązkowe dla biednych i średnio zamożnych, tj. dla większości z nas (chodzi o podatek dochodowy, czyli popularny PIT lub CIT). W przepisach są bowiem takie kruczki prawne, że gdy osiąga się pewien bardzo, bardzo wysoki dochód, to wtedy nie obowiązują Ciebie żadne podatki. Ten przywilej jest jednak dostępny tylko dla bogatych Polaków, tj. prezesów potężnych firm, banków itd. O tym się jednak głośno nie mówi. Nawet jeśli jesteś ciut biedniejszy od ultrabogaczy, to też nie musisz płacić za dużo. Dzięki czemu? Dzięki ulgom podatkowym np. na różnego rodzaju instytucje charytatywne. A kto powiedział, że taką instytucję nie może prowadzić np. Twój znajomy czy daleka kuzynka? Tak właśnie działają przekręty podatkowe na najwyższych szczeblach – kasa zostaje w jednym kręgu, tak aby nie trafić do Skarbu Państwa. Kto więc utrzymuje system podatkowy? Biedni i średniozamożni, czyli ¾ naszego społeczeństwa.

@Walirlan dobrze napisał, że podatki są haraczem. Jaka jest między nimi różnica? Tylko taka, że haracz jest nielegalny, bo nie ma do niego ustawy, a podatek jest legalny, bo mamy do niego konkretny przepis. Dla mnie tak naprawdę to żadna różnica, tylko okradanie ludzi w białych rękawiczkach.

Jak się nie dać komornikowi?

Jeśli ktoś wie, że ma mieć zlicytowaną jakąkolwiek nieruchomość, to sposobem na skuteczne i teoretycznie nieskończone odwlekanie sprzedaży jest …. nieodbieranie pism sądowych ani komorniczych. Generalnie zasada jest taka, że jak nie odbierzemy pism sądowych czy urzędniczych po dwukrotnym awizowaniu, to listy z pismami wracają do sądów lub urzędów i traktowane są jako doręczane. Podobnie jest gdy odmówimy przyjęcia takiego pisma. Ogólnie rzecz biorąc nie polecam zostawiać pism sądowych bez odbioru lub odmawiać ich przyjęcia. W sprawie egzekucyjnej z nieruchomości jest jednak inaczej. Jeśli wiemy już, że wydany został wyrok na podstawie którego komornik może zlicytować Ci dom, działkę, mieszkanie lub jakąkolwiek inną nieruchomość, to nie odbieraj od niego, ani od sądu żadnej następnej korespondencji. Przed każdą sądową licytacją istnieje obowiązek doręczenia dłużnikowi pisma z zawiadomieniem o terminie tej właśnie licytacji. Co jednak jeśli pismo nie trafi do rąk dłużnika, tj. nigdy on go nie odbierze, zignoruje awizo, wyjedzie na wakacje, na stałe za granicę? Wtedy nie działa ogólna zasada, że niedoręczone pisma trafiają z powrotem do sądu i traktowane są jako doręczone. Wtedy licytacja jest skutecznie zablokowana i póki dłużnik nie odbierze pisma (bądź ktokolwiek z jego rodziny), póty licytacji nie będzie. Jest to jedyny wyjątek pozwalający na nieodbieranie pism sądowo – komorniczych w pełni legalnie i bez żadnych prawnych konsekwencji? Co to więc nam daje, ano to że nieruchomość nigdy nie zostanie zlicytowana, a więc cały czas będzie własnością dłużnika. To z jakich powodów dłużnik nie odbierze pisma, nikogo nie powinno obchodzić – możecie się wyprowadzić gdziekolwiek, wynająć to mieszkanie i czerpać zyski z najmu (zaznaczcie jednak najemcy, żeby nie odbierał żadnych pism sądowych i mówił doręczycielowi, że nie wiem gdzie jest właściciel mieszkania). Jeśli nawet ktoś odbierze za Was pismo o terminie licytacji, to w żadnym wypadku nie pojawiajcie się na niej w sądzie – no chyba, że sami odebraliście pismo i własnoręcznie pokwitowaliście jego odbiór. Sądy i komornicy nie szukają takich dłużników, szczególnie jeśli dowiedzą się, że dłużnicy przebywają za granicą. W praktyce znam jeden przypadek, gdzie dłużnik sobie pojechał na wakacje na zachód Europy i siedzi na takich wakacjach już od 2-3 lat, a licytacja jego nieruchomości odbyć się nie może i nigdy się raczej już nie odbędzie. Gościu sobie jeździ po Europie, wynajmuje to mieszkanie, ma z niego kasę, a sąd zrobić nic nie może, bo ma związane ręce.

Prawa naturalne i zwyczajowe

Prawa te przejawiają się tylko co jakiś czas w przepisach prawa polskiego, ale nigdy nie są i nie będą źródłem prawa w Polsce. Innymi słowy, w jakimkolwiek procesie sądowym czy sprawie urzędniczej nie można skutecznie powoływać się na prawa naturalne czy prawa zwyczajowe, chyba że wprost wynikają z ustaw lub umów międzynarodowych. Zupełnie inaczej jest w anglosaskim systemie prawnym, gdzie można skutecznie z tych dwóch praw korzystać i wygrywać dla siebie procesy. Jednym sposobem wdrożenia praw naturalnych do naszego systemu prawnego jest takie tworzenie ustaw, aby były one jak najbardziej bliskie prawom naturalnym. Tu jest o tyle prościej, że projekt ustawy mogą zgłosić sami obywatele (minimum 100 tys. obywateli) – jak ustawa będzie dobrze napisana, to powinna przejść przez cały Sejm i Senat. Ja bym dodał jeszcze do tego, że trzeba byłoby ją odpowiednio nagłośnić w mediach, żeby ludzie w końcu obudzili się i uwierzyli, że sami mogą pisać sobie prawo.

Prawo spadkowe

Jak pisałem już we wcześniejszych komentarzach, polskie prawo spadkowe jest dosyć złożone, a prawa czy obowiązki spadkobierców w dużym stopniu zależą od konkretnej sytuacji związanej z rodziną i całym spadkiem (stąd nie ma i nie będzie jednej cudownej rady dla każdego).

Zacznijmy od zachowku – jest to takie coś, co należy się najbliższej rodzinie zmarłego, jeśli nie zostali oni dopuszczeni do dziedziczenia. Innymi słowy jest to prawo do żądania części spadku od osoby, która go dostała. Przykładowo zmarły miał żonę i dwóch synów, ale cały spadek przepisał sąsiadce (bo miał taki kaprys), wtedy to właśnie żona jak i synowie mają prawo żądać zachowku od tej sąsiadki. Zachowek wynosi 2/3 tego co normalnie przypadłoby Ci w spadku, gdybyś dziedziczył (czyli np. jesteś żoną, która nie dostała nic w spadku, bo mąż przepisał wszystko na córkę – wtedy możesz żądać 2/3 tego co byś miała, gdybyś dziedziczyła razem z córką bez testamentu, a więc 2/3 z ½, czyli zachowek wynosi 2/6, a więc 1/3). Od wielkości zachowku są pewne wyjątki, ale to nie na ten temat. Sprawa z zachowkiem jest o tyle ciekawa, że jeśli jesteś spadkobiercą i nikt od Ciebie tego nie żąda, to nie musisz nic płacić (nawet jak ktoś będzie 10 razy dziennie marudził, że należą mu się pieniądze po zmarłym). Póki więc nie założy sprawy w sądzie, póty nie warto nic płacić. Co więcej, ludzie wymyślają sobie kosmiczne zachowki, po to żeby ściągnąć od spadkobiercy jak najwięcej kasy – wtedy jak ktoś taki założy sprawę do sądu, wystarczy podnieść przed sądem, że żądana kwota jest za duża i sąd ustali ją za pośrednictwem biegłego. Oczywiście zrobi to na koszt tego, kto dochodzi zachowku. W praktyce może być tak, że koszt takiego biegłego i całej sprawy sądowej będzie tak duży, że z otrzymanego zachowku nie będzie już niczego, albo trzeba będzie od sprawy dopłacić. Stąd pozwy o zachowek nie są zbyt częste. Co więcej, żądać zachowku można tylko przez 5 lat (kiedyś były to 3 lata), od chwili ogłoszenia testamentu w danej sprawie (czy to przez sąd czy notariusza). Tak więc jeśli minie te 5 lat i nikt się nie upomina od Ciebie jako od spadkobiercy żadnego zachowku, to po tym czasie nie musisz nic już nikomu płacić, nawet jak założy sprawę sądową.

Jeśli chodzi o dziedziczenie długów – niewiele osób wie, że długi to też spadek. Nie mamy w naszym prawie rozgraniczenia, że dziedziczy się tylko to co majętne i wartościowe (domy, samochody, działki, biżuterię). Wszystkie pozostawione i niespłacone długi zmarłego muszą być uregulowane przez tego kto stał się spadkobiercą i przyjął spadek. Jak ominąć obowiązek płacenia zaległości za zmarłego? Najprościej odrzucić spadek (jest na to 6 m-cy od chwili, gdy dowiedzieliśmy się że jesteśmy spadkobiercami). Jeśli jednak w ciągu tych 6 m-cy nie odrzucimy spadku, to automatycznie go nabywamy. Od jesieni 2015 r. jest jednak o tyle lepiej, że jak nie odrzucimy spadku i go nabędziemy w powyższy sposób, to następuje tzw. nabycie z dobrodziejstwem inwentarza, czyli z ograniczeniem odpowiedzialności za długi spadkowe. Przykład: zmarły zostawił nam samochód warty 10 tys. zł i dług na 20 tys. zł – jak nabywamy spadek z dobrodziejstwem inwentarza, to musimy spłacić tylko 10 tys. zł długu, a nie całość. Jak nabędziemy spadek wprost, to musielibyśmy zapłacić całą zaległość. Do jesieni 2015 r. w przepisach było tak, że jak w ciągu 6 m-cy od śmierci spadkodawcy nie odrzucisz spadku lub nie przyjmiesz go z dobrodziejstwem inwentarza, to nabywałeś spadek właśnie wprost – czyli za dług odpowiadało się bez ograniczenia. Np. samochód był warty 10 tys. a dług 30 tys., to płaciłeś cały ten dług. Ludzie często nie wiedzieli o długach zmarłego i nabywali spadek wprost, albo nie wiedzieli w ogóle że muszą składać jakieś tam oświadczenie przed notariuszem czy sądem o nabyciu lub odrzuceniu spadku, mijało 6 m-cy i nabywali z automatu spadek wprost i grzęźli w długach. Teraz jest o tyle lepiej, że nawet jak są długi, to wszystkiego nie trzeba spłacać, tylko tyle ile dostało się od zmarłego prawdziwego majątku.

Nie każdy wie, że od nabytego spadku trzeba zapłacić podatek (tak jak od darowizny). Ale jest sposób, aby w ogóle go nie płacić. Jeśli spadkobiercą jest małżonek, zstępni (dzieci, wnuki itd.), wstępni (rodzice, dziadkowie itd.), pasierbowie, rodzeństwo, ojczym i macocha, to nie płacą oni podatku od spadku niezależnie od wartości spadku, który dziedziczą. Ale jest jeden warunek – muszą oni zgłosić fakt nabycia spadku na formularzu do swojego urzędu skarbowego (jak w spadku jest nieruchomość, to do urzędu gdzie ta nieruchomość się znajduje) – termin na to to 6 m-cy od uprawomocnienia się postanowienia o stwierdzenia nabycia spadku lub wydania notarialnego poświadczenia dziedziczenia. Jak ktoś się zagapi i podatku nie zapłaci, to skarbówka prędzej czy później się o niego upomni i doliczy odsetki za zwłokę. A płacić podatek kilkuprocentowy od np. chałupy wartej 300 tys. zł plus odsetki, na pewno nie jest fajne.

@magdaOneWay pytała się o kwestię długów ZUS zmarłej mamy – praktyka jest taka, że ZUS ściga często długi już przedawnione. Przedawnienie takich długów wynosi 5 lat – jeśli w tym czasie (tj. 5 lat od powstania długu), ZUS się nie odezwie słowem, nie założy sprawy spadkowej, to dług się przedawnił i nie mogą skutecznie dochodzić jego realizacji, nawet przed sądem. Chyba, że wystraszony dłużnik lub spadkobierca zgodzi się na ugodę czy zapłaci choćby 1 zł, wtedy jest ugotowany i płacić musi już do końca i wszystko, bo przyznał się do długu. Podkreślę, że te 5 lat przedawnienia dotyczy jednak składek wymagalnych po 1 stycznia 2012 r. Starsze składki objęte są wciąż 10-letnim terminem przedawnienia. A zatem nawet w 2017 roku ZUS może w świetle prawa ubiegać się o zaległe, niezapłacone składki z roku 2007. Oczywiście ZUS sobie czeka do ostatniej chwili, żeby naliczać odsetki, ale wtedy można odpowiedzieć mu, że do tej pory nie było żadnych wezwań do zapłaty – jak minie te 10 czy 5 lat to wtedy dajemy sobie spokój i piszemy, że dług się przedawnił. Jak nie minęło tyle czasu, a dług się nie przedawnił, to zawsze można skorzystać z tego, że przyjęło się spadek z dobrodziejstwem inwentarza i zapłacić tyle, ile się faktycznie od zmarłego dostało. A jeśli się nic nie dostało, to wtedy też nic z długu nie spłacamy. Tak więc @magdaOneWay, jeśli Twoja mama zmarła przed 2012 r., a minęło już ponad 10 lat, to niech ZUS spada na drzewo – szczególnie jeśli w tym czasie nie założył Ci żadnej sprawy sądowej 🙂

@bartekblog Jeśli uważasz, że nie popełniłeś wykroczenia, to miałeś pełne prawo odmówić przyjęcia mandatu. Sprawa trafia wtedy do sądu, ale jeśli nie dostałeś choćby jednego zawiadomienia o terminie rozprawy i sąd wydał wyrok, to jest to podstawa do jego podważenia (nawiasem mówiąc, jaki sędzia wydaje wyrok w takiej sprawie, nawet nie tyle bez przesłuchania osoby rzekomo popełniającej wykroczenia, co bez sprawdzenia czy taka osoba została w ogóle powiadomiona skutecznie o rozprawie). Nie wiem ile czasu minęło już od wydania tego wyroku, bo jeśli do 21 dni to można składać apelację i podważyć cały wyrok opierając się na tym, że został on wydany niezgodnie z przepisami (bo nie powiadomili Cię o rozprawie). Jeśli jednak minęło już te 21 dni, to wtedy składa się skargę o wznowienie postępowania w sprawie – opierając się także na tych samych przesłankach. To jest taki ogólny zarys postępowania, jeśli chcesz szczegółów to musisz napisać mi na prywatnego maila, który możesz dostać od Marii.

Lavo

Państwo, korporacja, obywatel i inne fikcje prawne – Piotras w PorozmawiajmyTV

Tu jest zajawka rozmowy:

a tutaj całość

Państwo, korporacja, obywatel i inne fikcje prawne – Piotras

Komentarz polskiego prawnika do Przekrętu wszechczasów – cz. 4

Podatek katastralny

Zacznijmy od prostego pytania – po co ktoś zamierza wprowadzić podatek katastralny i na czym on dokładnie polega? Podatek ten to nic innego jak kolejna danina państwowa nakładana po to, aby wydębić od ludzi kolejne pieniądze. Oficjalnie podatek ten ma podreperować słabe polskie budżety samorządowe. Jeśli jednak będziemy iść tym tropem i dodamy do tego ten durny i wyimaginowany dług publiczny, który się ciągle powiększa, to tym sposobem możemy do końca świata łatać dziury budżetowe samorządów z pieniędzy zwykłych obywateli. Co bowiem stoi na przeszkodzie „władzy”, żeby wymyślić nowy podatek? Przecież już teraz funkcjonują podatki od posiadania psa, kota, ba nawet od deszczu czy śniegu (tak, to jest prawda – poszukajcie w sieci).

Podatek katastralny to pewna modyfikacja istniejącego już podatku od nieruchomości, z tą tylko różnicą, że jest on znacznie, znacznie gorszy. Na chwilę obecną płaci się podatek od nieruchomości, którego wysokość jest uzależniona od powierzchni domu, mieszkania czy działki. Nawiasem mówiąc, skoro nieruchomość jest moją własnością i zapłaciłem za nią niemałe pieniądze, łącznie z podatkami i wynagrodzeniem notariusza, to po co mam jeszcze płacić coroczny podatek do kasy samorządu, czyli de facto do delegatury terytorialnej z centralnej władzy? Dla mnie totalny bezsens, no ale jak już kiedyś wspomniałem – obowiązek podatkowy wynika wprost z Konstytucji i jest on tak ogólnie sformułowany, że można tworzyć coraz to nowe podatki. Jedyne rozwiązanie to zmiana Konstytucji, gdzie nie byłoby tego obowiązku, na co jednak się nie zanosi, bo u „władzy” zostają zawsze lemingi i nijak ich nie przekonasz, że podatki to totalna bzdura (ostatecznie z podatków „władza” ma swoją pensję i to całkiem przyzwoitą, więc jaki byłby sens dla nich odcinania tak dochodowego źródła utrzymania?) Może, gdyby ci ludzie mieli większą moralność, to by coś się zmieniło, ale póki co na to nie liczmy.

Podatek katastralny może być wprowadzony w Polsce do 2020r. , mają go już m.in. Czesi, Litwini, Łotysze, Niemcy. No tak, ale u nich płace i poziom życia są lepsze, niż w naszym kraju. Podatek ten miałby być naliczany nie od powierzchni nieruchomości, lecz o jej wartości. Przykładowo więc mała klitka w centrum dużego miasta może spowodować naliczenie znacznie wyższego podatku, niż duży dom na wsi – bo ceny nieruchomości miejskich są znacznie wyższe, niż tych poza miastem. Różnica pomiędzy obecnym podatkiem od nieruchomości, a ewentualnym podatkiem katastralnym jest ogromna. Przykładowo, mamy 100 metrowe mieszkanie, które kosztuje 350 tys. zł Obecnie płacimy podatek tylko od wielkości tego mieszkania, czyli od tych 100 m – mniej więcej od 200 do 300 zł (stawki podatkowe są inne w każdym mieście, bo są to podatki lokalne). Jeśli wszedłbym kataster, to zapłacimy nie kilka stówek, lecz 7 tys. zł rocznie – przy założeniu, że podatek wyniesie 2% od wartości nieruchomości. Różnica jest chyba aż nazbyt widoczna.

Jedyną szansą na uniknięcie katastru jest jak zwykle społeczeństwo. Polacy w kwestii podatku katastralnego są jednak nadzwyczaj aktywni, no i na całe szczęście choć raz. Każda próba podjęcia debaty na ten temat kończyła się dużą burzą, głównie w sieci, bo oficjalne media na ten temat milczały. Dodam także, że nikt nie ma prawa zmusić Polski do wprowadzenia tego typu podatku (żadna UE, ani inna międzynarodowa organizacja) – przepisy unijne nie mogą bowiem ingerować w kwestie podatkowe danego państwa członkowskiego aż tak szczegółowo. Jeśli politycy będą mówić, że Unia każe wprowadzić podatek katastralny, to zwyczajnie będą kłamać albo będą totalnymi głąbami. Oficjalnie więc, póki obowiązuje Konstytucja w brzmieniu takim, jaki mamy, „władza” może sobie nakładać podatki ile wlezie i jakie wlezie. Z drugiej strony, jeśli przeholuje z takimi daninami publicznymi, to ludzie się wkurzą (może w końcu) i się zwyczajnie zbuntują. Kłopot w tym, że obecna „władza” robi sobie co chce, tworzy nowe ustawy w nocy, na przysłowiowym kolanie i tak naprawdę ma gdzieś wszelkie regulacje (nie jestem ani zwolennikiem, ani przeciwnikiem żadnej partii, bo dla mnie trzeba ich wrzucić do jednego wora i wysłać na Antarktydę, żeby sobie sami sobą rządzili nawzajem). Generalnie jak zwykle zależy wszystko od nas – jeśli nie pozwolimy, żeby tak durny podatek został wprowadzony, to go nie wprowadzą (tak jak chcieli podpisać ACTA, ale im nie wyszło bo się ludziska wkurzyli).

Dodam jeszcze, że przeciwników podatku katastralnego jest dosyć sporo (także wśród prawników i ekonomistów) – a dlaczego? Dlatego, że Polaków nie stać na coroczne płacenie po kilka tysięcy złotych do kas samorządów. Weźmy np. emerytów którzy dostają 800 zł na rękę – to z czego mieliby niby uzbierać na taki podatek np. 5 tys. zł? Jeśli cudem wprowadziliby ten podatek, to ludzie migrowaliby do mniejszych, tańszych mieszkań – a może jest to celowe działanie, żeby bogaci mieli szansę wykupywać sobie co cenniejsze nieruchomości?

Podpisy, pieczątki i dowody osobiste

Zacznijmy od tego czym jest podpis – jest to pełna forma imienia i nazwiska danej osoby, jak ktoś ma dwa imiona to do ważności podpisu nie musi wypisywać tego drugiego imienia. Tym samym parafka, nieczytelny bazgroł czy samo nazwisko podpisem nie jest i nigdy nie będzie. O tym uczyli już nas na 3 roku studiów, a prawnicy i sędziowie zdaje się, że często o tym zapominają. Co to nam dale w praktyce? Ano tyle, że oświadczenia woli powinny być podpisywane, a nie oznaczane parafą czy innym bazgrołem na jakiejkolwiek umowie. Skoro więc nie ma prawidłowego podpisu na umowie (tj. czytelnego z pełnym imieniem i nazwiskiem – bez zdrobnień typu Jaś, Marysia), to wtedy i oświadczenie woli jest wadliwe. Skoro oświadczenie woli jest wadliwe, to możemy się na nie powołać i doprowadzić do unieważnienia całego zobowiązania. Warto o tym pamiętać.

Jeśli zaś chodzi o urzędników, to zgodnie z art. 107 § 1 kodeksu postępowania administracyjnego, pod decyzją należy złożyć własnoręczny podpis z podaniem imienia, nazwiska i stanowiska służbowego osoby upoważnionej do wydania decyzji. Brak któregokolwiek z tych elementów powoduje, że wydana decyzja jest z mocy prawa nieważna, a jak nieważna to i niewiążąca – wystarczy wskazać to w odwołaniu od decyzji, w której brak jest podpisu lub jest on źle zrobiony. Urzędnik nie robi łaski, że się prawidłowo podpisze na jakimkolwiek dokumencie przez siebie wydawanym, on ma obowiązek to zrobić i to bez przypominania drugiej strony. Praktyka jest jednak taka, że w urzędzie zasiadają cyborgi w większości przypadków i prawie wszyscy o prawie wiedzą tyle, co ja np. o całej fizyce kwantowej, czyli nic. Jak się urzędnik będzie buntował, to warto przytoczyć mu powyższą regulację prawną, niech sobie sprawdzi. Odnośnie kwestii pieczątki, to żadna pieczątka nie ma mocy prawnej. Nigdzie w przepisach nie znajdziecie regulacji, która nadawałaby jakąkolwiek moc prawną pieczątki – nawet ta na wyroku sądowym jest tyle warta, co nic. Najważniejszy w przepisach jest prawidłowo postawiony podpis, a nie pieczątka. Nie wiedzieć czemu ludzie mają stracha przed pieczątkami albo przed ich brakiem. Weźmy przykład w mojej rodzinie nawet – niektóre osoby muszą mieć pieczątkę z banku czy poczty, żeby uwierzyć że opłacili jakiś tam rachunek – a co to daje? Nic, bo pieczątki to taka dekoracja, której się wszyscy boją nie wiedzieć czemu. A to, że na pieczątce jest imię i nazwisko urzędnika czy sędziego, a na niej bazgroł, to też nic nie znaczy – nie ma to mocy prawnej. Bo podpis musi być własnoręczny, a nie z komputera czy pieczątki.

Ciekawa kwestia pojawia się także z dowodami osobistymi. Dajmy na to, że zatrzymują nas policjanci, tak dla rutynowej kontroli 😉 i proszą o dowód osobisty, albo że jesteśmy w urzędzie i też nas o ten dowód proszą. Zgodnie z obowiązującymi regulacjami, dowód należy wtedy okazać, a nie wręczyć policjantowi czy urzędnikowi grzecznie do rączki. A co znaczy okazać? Trzymać w swojej ręce i pomachać typkowi przed oczami, niech się sam męczy i spisuje co mu tam potrzeba. Jak się będzie burzył, że nie dostał dowodu do ręki, to powiedzcie mu, że w przepisach jest wprost sformułowanie „obowiązek okazania dowodu”, a nie „obowiązek wręczenia, czy podania komuś do ręki dowodu”. Dowód jest Twoją prywatną własnością, a nie czymś co można sobie przekazywać z rąk do rąk. Policjant i urzędnik na stówę nie będzie wiedział o co chodzi i będzie się rzucał, że odmawiasz wykonania obowiązku okazania dowodu i będzie Ci groził grzywną czy inną karą. Co wtedy zrobić? Najlepiej nagrać wszystko na komórkę lub mieć świadka takiego zdarzenia. Poprzysyłają Wam wtedy jakieś pewnie kary czy wezwania do sądu, ale sprawa jest do wygrania (no chyba, że pobiliście funkcjonariusza na służbie, to wtedy gorzej) – wystarczy powołać się na przytoczoną przeze mnie argumentację i wskazanie, że okazanie dokumentu, to nie jest jego wręczenie – zgodnie z zasadami logiki oraz znaczenia gramatyki j. polskiego. Oczywiście możemy wręczyć swój dowód i nie wdawać się w dyskusję z młotami policyjnymi i urzędniczymi, bo w rzeczywistości okazanie dowodu, a nie wręczenie im go do rączki, będzie dla nas bardziej uciążliwe, niż gdy ten dowód zwyczajnie im damy na chwilę.

Odpowiedzi na inne pytania z cz.2 i 3

@Walirlan

Odnosząc się jeszcze do kwestii małżeństwa, psychopaci urzędniczy mogą zabierać rodzicom ich dzieci, jeśli zostanie zagrożone dobro dziecka, a i wtedy tylko, gdy mają ku temu wyrok sądowy. Kwestia dobra dziecka jest jednak bardzo ogólna i ocenna, stąd mamy takie przypadki, że zabiera się dzieci z dobrej, ale biednej rodziny, a tam gdzie się leją ale są bogaci, dzieciaki płaczą w poduszkę. Problem leży w złej konstrukcji przepisów prawa rodzinnego i zmierzania ku modelowi szwedzkiemu, tj. tam za zwykłego klapsa czy nakrzyczenie na dziecko, mogą już je zabrać. Oczywiście, aby urzędnik zabrał dziecko musi o tym wiedzieć, a więc musi istnieć ktoś kto go o tym poinformuje np. uczynna sąsiadka. Oczywiście, jak dzieci są bite, poniżane, czy wykorzystywane w jakikolwiek sposób, to jestem za tym aby im pomagać i odbierać je od takich „rodziców” – no ale każda sytuacja jest inna, a urzędnicy zasłaniają się sztywnymi przepisami i procedurami – nie ma w nich empatii i prawdziwej chęci pomocy. Ja jestem zdania, że jak ktoś chce pomóc to znajdzie zawsze sposób, a jak nie chce, to znajdzie zawsze wymówkę. To czy dzieci są zrodzone z formalnego czy nieformalnego związku, nie ma żadnego znaczenia. Tu znaczenia ma bowiem kwestia władzy rodzicielskiej, a ta jest w gruncie rzeczy niezależna od tego, czy rodzice mają ze sobą ślub cywilny czy też nie.

Wracając do spadku w małżeństwie, to państwo może położyć łapę tylko wtedy, gdy żyjący małżonek odrzuci cały spadek i nie ma już kto dziedziczyć po zmarłym (np. wtedy, gdy w spadku jest więcej długów, niż majątku – tzw. aktywów). Będzie też tak, gdy małżonek który pozostaje przy życiu zostanie wydziedziczony lub uznany za niegodnego dziedziczenia (np. wtedy, gdy zabił swojego małżonka, po to by zyskać spadek) – wtedy państwo położy łapę na majątku, ale też tylko wtedy gdy nie będzie już żadnej rodziny zmarłego lub wszyscy z takiej rodziny zrzekną się spadku. Generalnie więc spadek trafia do gminy ostatniego miejsca zamieszkania zmarłego, gdy nie ma żadnego spadkobiercy lub nikt nim nie chce być. Jak nie wiemy gdzie zmarły mieszkał ostatnio, to wtedy spadek idzie do Skarbu Państwa. Oczywiście zawsze można spadek przepisać w testamencie na rzecz gminy czy Skarbu Państwa.

Jeśli chodzi o rentę po zmarłym małżonku, to już tę kwestię wyjaśniłem. W konkubinacie takie coś niestety nie przejdzie, trzeba mieć status małżonka. Tu więc związek cywilny się opłaca, szczególnie jeśli jeden małżonek pracuje, drugi nie pracuje, a potem ten pracujący umrze.

@Katka

Pytałaś się czy człowieka można odciąć od wody tak leganie? Nie można, bo mamy ustawę która zakazuje tego typu działań – nie wolno też np. eksmitować na bruk bez zapewnienia lokalu socjalnego przez gminę (jeśli ktoś taki lokal odrzuci, bo mu się nie podoba, to już będzie jego problem i można go wywalać na bruk).

Jeśli chodzi o szczepionki, to moim zdaniem ich nakazywanie komukolwiek to zwykłe barbarzyństwo i łamanie praw człowieka. Na blogu opisano już dokładnie jak z tym walczyć, więc powtarzać się nie będę. W razie czego można napomknąć lekarza czy natrętną pielęgniarkę, że przymus w Polsce i Europie nie obowiązuje w tym zakresie, więc jak chcą wylądować w Trybunale Praw Człowieka, to proszę bardzo – niech mają świadomość, że zabulą niezłą sumkę. Niestety na tego typu ludzi działa chyba tylko i wyłącznie strach, nie licząc pieniędzy.

@Piotras i @Astromaria

Odnośnie komornika, który nie ma umowy będącej podstawą do egzekucji. W naszym prawie jest tak, że tytułem egzekucyjnym (czyli podstawą do wszczęcia egzekucji przez komornika) może być tylko konkretny dokument wskazany w Kodeksie postępowania cywilnego. Jest takich dokumentów 11:

  1. orzeczenie sądu prawomocne lub podlegające natychmiastowemu wykonaniu, jak również ugoda zawarta przed sądem,
  2. orzeczenie referendarza sądowego prawomocne lub podlegające natychmiastowemu wykonaniu,
  3. wyrok sądu polubownego lub ugoda zawarta przed takim sądem,
  4. ugoda przed mediatorem,
  5. inne orzeczenia, ugody i akty, które z mocy ustawy podlegają wykonaniu w drodze egzekucji sądowej,
  6. akt notarialny, w którym dłużnik poddał się egzekucji i który obejmuje obowiązek zapłaty sumy pieniężnej lub uiszczenia rzeczy oznaczonych co do gatunku, ilościowo w akcie oznaczonych, albo też obowiązek wydania rzeczy indywidualnie oznaczonej, lokalu, nieruchomości lub statku wpisanego do rejestru gdy termin zapłaty, uiszczenia lub wydania jest w akcie wskazany (oświadczenie dłużnika może być złożone także w odrębnym akcie notarialnym),
  7. akt notarialny, w którym dłużnik poddał się egzekucji i który obejmuje obowiązek zapłaty sumy pieniężnej do wysokości w akcie wprost określonej albo oznaczonej za pomocą klauzuli waloryzacyjnej, gdy akt określa warunki, które upoważniają wierzyciela do prowadzenia przeciwko dłużnikowi egzekucji na podstawie tego aktu o całość lub część roszczenia, jak również termin, do którego wierzyciel może wystąpić o nadanie temu aktowi klauzuli wykonalności (oświadczenie dłużnika może być złożone także w odrębnym akcie notarialnym),
  8. akt notarialny, w którym właściciel nieruchomości albo wierzyciel wierzytelności obciążonych hipoteką, niebędący dłużnikiem osobistym, poddał się egzekucji z obciążonej nieruchomości albo wierzytelności, w celu zaspokojenia wierzyciela hipotecznego, jeżeli wysokość wierzytelności podlegającej zaspokojeniu jest w akcie określona wprost albo oznaczona za pomocą klauzuli waloryzacyjnej, i gdy akt określa warunki, które upoważniają wierzyciela do prowadzenia egzekucji o część lub całość roszczenia, jak również wskazany jest termin, do którego wierzyciel może wystąpić o nadanie temu aktowi klauzuli wykonalności,
  9. akt notarialny, w którym niebędący dłużnikiem osobistym właściciel ruchomości lub prawa obciążonych zastawem rejestrowym albo zastawem, poddaje się egzekucji z obciążonych składników w celu zaspokojenia zastawnika, jeżeli wysokość wierzytelności podlegającej zaspokojeniu jest w akcie określona wprost albo oznaczona za pomocą klauzuli waloryzacyjnej, i gdy akt określa warunki, które upoważniają wierzyciela do prowadzenia egzekucji o część lub całość roszczenia, jak również wskazany jest termin, do którego wierzyciel może wystąpić o nadanie temu aktowi klauzuli wykonalności.
  10. wyciąg z zatwierdzonej przez sędziego-komisarza listy wierzytelności, zawierający oznaczenie wierzytelności oraz sumy otrzymanej na jej poczet przez wierzyciela jest tytułem egzekucyjnym przeciwko upadłemu, po zakończeniu lub umorzeniu postępowania upadłościowego.
  11. Prawo bankowe reguluje zaś wystawianie bankowych tytułów egzekucyjnych.

Nic, co nie jest wymienione powyżej, nie jest podstawą do egzekucji. Umowa jest zazwyczaj podstawą do wydania wyroku z nakazem zapłaty, a następnie do opatrzenia go klauzulą wykonalności. Sama umowa zostaje w aktach sądowych, stąd komornik fizycznie jej nie ma przy czynnościach egzekucyjnych. Jest prawo do obrony przed takimi nakazami, ale tylko gdy dłużnik zechce się bronić – otrzymuje on bowiem nakaz zapłaty i ma 14 dni na wniesienie sprzeciwu bądź zarzutów do nakazu. Jak tego nie zrobi, to nakaz się uprawomocnia i machina egzekucyjna rusza, jak zrobi i odwołanie jest uzasadnione, to nakaz upada i nie ma żadnej egzekucji. Czyli prawo dłużnika do obrony jest, ale tylko jak dostanie nakaz zapłaty do domu – jest on oczywiście nieprawomocny, przynajmniej przez te 14 dni – czyli do końca terminu na wniesienie odwołania od nakazu.

Jeśli komornik robi coś nielegalnie, to radzę od razu to udokumentować (np. nagrać telefonem), a potem złożyć skargę na czynności komornika (masz na to 7 dni od momentu tej czynności) bezpośrednio do sądu, przy którym ten komornik działa. Skarga jest darmowa i opisujemy ją własnymi słowami np. to, że nie jesteśmy dłużnikiem, a komornik nam coś zajął, albo że działa bezprawnie. Kłopot w tym, że nawet jak skarga chwyci, to może minąć trochę czasu zanim nam oddadzą nasze nieprawnie zabrane rzeczy. Ale wtedy możemy ubiegać się o odszkodowanie od Skarbu Państwa (bo np. zabrali nam samochód na pół roku, a jesteśmy taksówkarzami). Oczywiście trzeba też obsmarować w osobnej skardze komornika – skarga idzie do izby komorniczej i wszczynają mu dyscyplinarkę.

@rjarek

Odnośnie tekstu Dydymusa, to jest on bardzo zbliżony do tekstów nieustraszonej na tym blogu. Pojawia się tam kwestia prawa morskiego, gdzie u nas prawo to jest rozumiane wyłącznie jako prawo regulujące stosunki morskie np. między statkami, armatorami i ogólnie rzecz biorąc wodami terytorialnymi RP. Koncepcja Dydymusa może jest i dobra, ale ja będę twierdził tak jak Piotras – co nam to daje w praktyce? Pójdę do urzędu i powiem, że nie zaginąłem na morzu albo powiem to komornikowi pukającemu do drzwi? U nas nie ma nawet takich regulacji prawnych i spojrzą na nas jak na obłąkanych. Ja bym był ostrożny w porównywaniu systemów prawnych i słów w nich zawartych, nasz język jest językiem słowiańskim, a nie anglosaskim (wywodzącym się z dialektów barbarzyńskich) – stać dosłowne tłumaczenie na polski wyrazów angielskich, za wiele nam nie da w naszym kraju. Też jestem za prawem naturalnym związanym z zakazem krzywdzenia innych, ale ono nie zadziała w tej rzeczywistości, jeszcze nie teraz. Dobrze napisał Piotras – daj ludziom takie dwie zasady, a pozarzynają się w ciągu kilku tygodni, jeśli nie dni. Gdyby była większa świadomość, to by to zadziałało, a tak można zrobić sobie ogromną krzywdę. Generalnie cały tekst Dydymusa rozumiem i nawet go podzielam w pewien sposób, ale odczuwam go jako typowo filozoficzny. Możemy bowiem wykluczyć się ze społeczeństwa, zniknąć – ale jak się utrzymamy i zarobimy na jedzenie? Bo kraść chyba nie będziemy. Ale o tym już dyskutowaliśmy w poprzednich komentarzach.

Uff, to chyba byłoby na tyle w tej części. W nowym roku wymyślę coś do kolejnej. Gdybym nie odpowiedział na jakieś zadane wcześniej pytania, to przypomnijcie mi o tym w komentarzach. Dużo tego jest, a samo pisanie tych tekstów też sporo czasu zajmuje, więc przepraszam. Co złego, to nie ja 🙂

Lavo