Na Ziemi żyjemy w Matrixie, ale w zaświatach to dopiero jest Marix do sześcianu!

Pod tekstem o aborcji rozpętała się bardzo ciekawa, ale zupełnie nie dotycząca tematu dyskusja o reinkarnacji i sensie życia na Ziemi. Na prośbę czytelników przenoszę ją do nowego wątku, żeby łatwiej ją było znaleźć.

Kilka lat temu obejrzałam brazylijski film „Nasz Dom”, który powstał na podstawie zapisków Chico Xaviera przekazanych mu z zaświatów. Wizja życia po śmierci przedstawiona w filmie jest zachwycająca: po tamtej stronie panuje miłość, zrozumienie i harmonia bez granic, a scenografia jest po prostu urzekająca: piękna natura, cudowne kwiaty, krystalicznie czysta woda i budynki godne bogów, którymi stajemy się po śmierci.

Ale ja cały czas miałam bardzo nieprzyjemne uczucie, że nasz ziemski Matrix jest niczym w porównaniu z tym zaświatowym. Tam iluzja jest tak obezwładniająca, że aż przerażająca. Żyjąc na tym padole łez i bólu mamy szansę się przebudzić, a tam takiej szansy nie ma. Tam jest jedna wielka pralnia mózgów i duchowa „ćpalnia”. Więcej pisać nie będę, resztę można przeczytać w dyskusji.

Życzę wszystkim szczęśliwego Końca Świata!

Umarł król, niech żyje król!

21 grudnia wypada data od dawna zapowiadanego końca świata, więc składam wszystkim serdeczne życzenia, żeby stary świat jak najszybciej skonał, bo śmierć starego to jednocześnie narodziny nowego.

Kiedy jeden cykl się kończy, zaczyna się następny. Twój własny koniec świata zdarza się każdej nocy, kiedy zasypiasz, a kiedy się budzisz rano twój świat zaczyna się od nowa. Kiedy umrzesz narodzisz się ponownie i tak bez końca. Chyba, że Bóg będzie miał dość i zakończy tę zabawę.

Prawdę mówiąc – bardzo bym chciała, żeby obecny świat się skończył, ale im bliżej 21 grudnia, tym bardziej w to wątpię. Nie spełniły się żadne piękne obietnice z channelingów, zapowiadające cudowną przemianę ludzkości i wszechświatowe oświecenie. Wybaczcie, ale ja nie tylko nie widzę tego oświecenia, ale raczej zdaje mi się, że ciemność widzę, ciemność! A raczej… ciemnotę! Taką „oświeconą”, na miarę młodych, znakomicie wykształconych… analfabetów z wielkich miast, dokładnie takich, jakich sobie wyobrażałam myśląc o Erze Wodnika. Wodnik nie ma nic wspólnego z miłością! Miłość to cecha odchodzącej właśnie Ery Ryb, a archetyp Wodnika to „wiedza”. Tak, jak Ryby nie przyniosły prawdziwej miłości, lecz jej karykaturę, tak i Wodnik nie przyniesie prawdziwej wiedzy, lecz jedynie jej namiastkę. Racjonalizm stanie się nową religią dla plebsu, a nieukowcy będą jej kapłanami. Ludzie będą przekonani, że są znakomicie wykształceni, lecz w rzeczywistości będą aroganckimi dyletantami – co widać, słychać i czuć już dziś. Nie będzie ludzi renesansu, lecz specjaliści w wąskiej dziedzinie wiedzy: specjalista od oka, od palca, od kół samolotu, od wkręcania jednej śrubki, od kadr itp. Co gorsze, zniknie wolność wyrażania własnej opinii, a co jeszcze gorsze – prawo do podejmowania suwerennych decyzji w jakiejkolwiek sprawie, nawet dotyczącej życia osobistego. Wszystko będą rozstrzygali eksperci i doradcy, a jedyną rolą obywatela będzie przestrzeganie zasad, ustalonych przez władze. Liga broni, liga radzi, liga nigdy was nie zdradzi. Nie będzie narodów, państw, ras ani jakichkolwiek różnic między ludźmi, z płciowymi włącznie. Jednym z haseł Wodnika jest „wolność, równość i braterstwo” – jakże więc można by było tolerować taką nierówność, że jedna płeć chodzi w ciąży, rodzi i karmi piersią, a druga nie? Na posiadanie dziecka trzeba będzie mieć pozwolenie, a dziecko będzie wydawane w leasing. Jeśli rodzice się nie sprawdzą zostaną zastąpieni innymi.

Straszna wizja?

A pewnie, że straszna!

Obawiam się jednak, że klamka zapadła. Mimo licznych ostrzeżeń ludzkość się nie przebudziła i nie wyzwoliła spod jarzma, które stopniowo jej nakładano.

I nie pytajcie mnie, proszę, gdzie jest Bóg i jak mógł do tego dopuścić. Bóg nie ma z tym nic wspólnego. Bóg nawet (podobno) zesłał tu Zbawiciela, ale jak widać nawet to poświęcenie nie pomogło.

Ludzkość sama jest bogiem i to ona kreuje swoją rzeczywistość.

Świat stał się własnością banksterów i korporacji z powodu głupoty wyborców – tylko idiota wciąż powtarza ten sam błąd, przez dziesięciolecia wybierając tych samych złodziei i mafiosów i nie wyciąga żadnych wniosków z tego, że kolejne wybory nie przynoszą zmian. Gdyby na tej planecie żyły istoty oświecone, żaden bandzior nie byłby w stanie nimi manipulować ani tym bardziej przejąć nad nimi władzy. Niestety, wyszło na to, że ludzkość jest stadem owiec, a skoro tak, to musi mieć pasterza.

Żeby nie kończyć tak pesymistycznie napiszę, że być może mamy jeszcze jakąś szansę. Prezydent Boliwii, który wystąpił na zgromadzeniu ONZ powiedział, że ten szczególny dzień to koniec „czasu poza czasem” i początek prawdziwego czasu; koniec Macha (męskiej hegemonii) i początek Pacha (odzyskania należnego miejsca dla żeńskiej energii); koniec samolubstwa, początek braterstwa; koniec skrajnego indywidualizmu i początek wspólnoty.

Moralez wyznał, że naukowcy dobrze wiedzą, że ta symboliczna data oznacza koniec antropocentryzmu, a początek życia nastawionego biocentryzcznie; koniec nienawiści, początek miłości, koniec zakłamania, początek życia w prawdzie; koniec smutku, początek radości; koniec podziałów, a początek jedności. Dodał, ze to są tematy, które muszą być rozwijane.

Zaprosił na uroczyste międzynarodowe spotkanie 21 grudnia 2012 r. Powiedział, że ta data to początek równowagi i harmonii dla Matki Ziemi – że dużo by tu opowiadać o mądrości jego indiańskich braci z Meksyku, Gwatemalii, Ekwadoru i Boliwii, ale nakreślił punkty debaty dotyczącej ich wiedzy.

Więcej na maya.net.pl

Z astronomicznego punktu widzenia dzień 21 grudnia 2012 roku jest szczególny o tyle, że nie tylko wypada w nim przesilenie zimowe, czyli wejście Słońca do kardynalnego znaku Koziorożca, to jeszcze ten punkt kardynalny (0 stopni Koziorożca), a więc również Słońce, znajdą się na równiku galaktycznym, czyli w samym centrum Drogi Mlecznej. Ten moment można uznać za symboliczny moment rozpoczęcia Ery Wodnika. Majowie wiedzieli o tym, ale nie przewidywali żadnego końca świata. Ich kalendarz zapowiada ważne wydarzenia w przyszłości, mające mieć miejsce setki lat od tej daty. Miejmy nadzieję, że z Centrum Galaktyki popłynie w stronę Ziemi silne promieniowanie kosmiczne, mogące otworzyć na prawdę nawet najbardziej zabetonowane i niereformowalne umysły.

Jeśli tak się stanie, to wspaniale, a jeśli nie, to cóż mi pozostaje?

Spędziłam urocze wakacje na niebieskiej planecie. Było super, jak w hollywoodzkim horrorze, ale dla mnie ta zabawa dobiega końca. Nie wykupię biletu na następny turnus, bo już mi się znudziło. Kolejne wcielenie mam nadzieję przeżyć w innej rzeczywistości, gdzie oświeceni są grupą dominującą, a ludzkie owce mniejszością.

W innym wymiarze, w dalekiej galaktyce, w środku Universum, żyje grupa nieśmiertelnych istot zwanych Władcami Czasu. Posiadają wszelkie atrybuty doskonałości, są wszechmocni, wszechwiedzący, sprawiedliwi i wszechmiłujący. Pilnują oni całego stworzenia. Są odpowiedzialni za utrzymanie ewolucji wszystkich form życia w całym swoim dominium. Co jakiś czas któryś z nich jedzie na wakacje.
Pewnego razu przyszła wreszcie kolej na Seta.

Set udał się do agencji podróży, by znaleźć dla siebie miejsce na spędzenie zasłużonego urlopu.

– No cóż, panie Set – rzekł agent – mamy wolne miejsca na dalekich krańcach naszego systemu gwiezdnego, na ,,Czerwonej” planecie. Może pan tam leżeć do góry brzuchem i cieszyć się wszystkimi przyjemnościami życia.

– Byłem tam ostatnio i jest tam wspaniale, ale wolałbym coś bardziej egzotycznego – odparł Set.

– To może będzie panu odpowiadała ,,Zielona” planeta w sektorze gwiezdnym 401. Można tam odpoczywać w idealnym spokoju i ciszy. Ostatnio jest to bardzo popularne miejsce.

– Nie – odrzekł Set – wolałbym okolicę, w której mógłbym stawić czoło jakimś wyzwaniom.

– To spodoba się panu spiralna galaktyka Nyx 73, w której będzie pan pełnił rolę ,,bóstwa przewodniego i opiekuńczego” – dla wszystkich istot tej galaktyki, bardzo przyjemne wczasy.

– Nie o to mi chodzi – odparł Set – na co dzień istoty, którymi się opiekuję uważają mnie za Boga, którym przecież nie jestem i nawet mnie czczą. Wolałbym coś bardziej aktywnego, niepowtarzalnego, egzotycznego, co stanowiłoby prawdziwe dla mnie wyzwanie.

Agent zastanowił się przez chwilę i powiedział:

– Myślę, że mam coś takiego. W odmiennym wymiarze, na dalekich krańcach kosmosu znajduje się bardzo mały sektor gwiazd zwany ,,Drogą Mleczną”. Nie wiadomo skąd wzięto taką nazwę. Jest w nim ,,Niebieska” planeta. Można tam bawić się z samym sobą i innymi Władcami Czasu, którzy spędzają tam swój urlop. Główną rozrywką jest ,,zabawa w chowanego”. Jest tam bardzo popularna. Zanim pan tam pojedzie, musi pan zdecydować, ile wcieleń chce pan otrzymać i jaką rolę odgrywać w danym życiu. Ponieważ w naszym wymiarze nie istnieje czas i jest pan nieśmiertelny, może pan dostać tyle żyć, ile pan zechce. Zaraz po pierwszym wcieleniu na niebieskiej planecie, zapomni pan, kim jest, aby mógł pan szukać siebie za każdym razem – w każdym życiu od nowa. Pomiędzy życiami musi pan wybrać, w co się chce bawić w następnym życiu. Musi pan także wybrać dla siebie płeć i rasę. W każdym życiu są bardzo fajne gry i zabawy zwane rodziną lub relacjami. Te dopiero potrafią człowieka rozśmieszyć!

Set się zainteresował:

– To brzmi wspaniale. Proszę mi jeszcze powiedzieć o innych grach i zabawach, w których mogę uczestniczyć, podczas gdy będę próbował odnaleźć siebie.

– Och, jest ich bardzo dużo. We wszystkich może pan wziąć udział podczas swych wakacji.

Bardzo popularna jest ,,zabawa w wojownika”. W tej zabawie może pan zobaczyć, ile razy można pana zabić w bitwie albo w innych okolicznościach, w których pomaga pan innym sprawdzić to samo. To bardzo zabawna gra, a najzabawniejsze jest w niej to, że wszyscy traktują ją serio. Większość bierze w niej udział około 600 razy, ze względu na specjalny program, takie wewnętrzne przepisy dla wczasowiczów na niebieskiej planecie, które nazywają się – Karma. Mówię panu, można umrzeć ze śmiechu, taka fajna zabawa.

Jest też ,,zabawa w kupca” lub ,,biznesmena”. Pokazuje, ile razy można się wzbogacić, a później wszystko stracić. Bardzo interesująca, pyszna rozrywka.

W czasie turnusu może pan także zagrać w grę ,,władca i poddani”, lub ,,polityk i wyborcy”, gdzie wymyśla i ustala pan sam reguły własnej gry, dla innych wczasowiczów. Musi pan jak największą ilość poddanych lub wyborców, czyli innych wczasowiczów, wywieść w pole. Nieźle się można przy tym ubawić.

Bardzo ekscytujące są zabawy w ,,złodzieja”, ,,człowieka mafii”, lub ,,dyktatora”, musi pan w jak najkrótszym czasie maksymalnie okraść i zabić tylu wczasowiczów ile się da. Z powodu wewnętrznych przepisów – Karma – później role się odwracają i przez kilkaset wcieleń, bierze pan udział w grze w ,,biedaka”, gdzie inni wczasowicze pana okradają, gnębią i zabijają. Naprawdę bardzo ekscytujące.

A co by pan powiedział na zabawę w woła roboczego? Polega ona na tym, że robi się to samo codziennie przez osiem godzin przez około pięćdziesiąt lat i dostaje się za to tyle pieniędzy, by nakarmić rodzinę i od czasu do czasu się upić. Dość popularna gra wśród wczasowiczów.

Jeśli wybierze pan płeć żeńską, może pan sprawdzić, ile razy potrafi posprzątać dom i ugotować, zanim zużyje pan swoje ciało. Nie bardzo rozumiem, ale mam wrażenie, że ta gra ma także pomóc innym urlopowiczom w zabawie, którą nazywają ,,narodzinami”.

Jedną z najpopularniejszych rozrywek jest, niech pan słucha uważnie, zabawa, która trwa równocześnie z innymi zabawami. Nazywa się ,,zabawą w ofiarę i cierpiętnika”. Tu się pan dopiero uśmieje! Boki zrywać zobaczy pan, ile zwykłych sytuacji potrafi pan przekształcić w tragedię – całe tysiące! Ile razy może pan umrzeć na jakąś chorobę, ile razy spowodować, że będzie pan, jak mówią, nieszczęśliwy. Zdaje się, że przy tej grze trzeba tak wytrenować umysł, by potrafił negatywnie oceniać i osądzać różne rzeczy. Ja w ogóle nie mogę jej pojąć. Zdaje się, że wysyłają urlopowiczów do specjalnych szkół, by się jej dobrze nauczyli. Ale pierwsze nauki pobiera się u tych wczasowiczów, którzy bawią się w rodziców. Jak pan trochę poćwiczy, to na pewno pan się zorientuje, o co w niej chodzi.

Ale jest jeszcze lepsza: ,,zabawa w studiowanie” – zobaczy pan w niej, ile teorii filozoficznych można włączyć do swej kolekcji podczas jednej gry w odnajdywanie siebie. Jeśli stanie się pan w niej dobry, może przekształcić się w ,,grę w profesora”, lub jeszcze lepiej ,,zabawę w guru”, w której uczestnik myśli, że jest oświecony, i pomaga innym urlopowiczom bawić się w studiowanie.

Lecz najbardziej wyrafinowaną zabawą, która trwa w trakcie innych zabaw na niebieskiej planecie jest, gra w ,,religię” i duchowość, w trakcie której trzeba wierzyć w coś czego nie ma, zamiast szukać samego siebie. Niektórzy urlopowicze tak zafascynowani są tą niesamowitą grą, że łączą się w grupy tzw. wyznawców i konkurują ze sobą, robią specjalne obrzędy i jakieś inne dziwne rzeczy których nie rozumiem, czasami się zabijają, dla czegoś co sami wymyślili a nie istnieje. Naprawdę zadziwiająca i wciągająca na wiele set, a nawet tysiące wcieleń gra. Prawdziwy rarytas!

– Jednakże niech pan uważa! Gra w religię i duchowość dlatego jest tak wyrafinowana, gdyż kryje się w niej wyjście i zakończenie urlopu na niebieskiej planecie, gdy już pan uzna, że wystarczy wyzwań i zabaw i odnajdzie pan samego siebie i znudzi się to już panu, ciągłe szukanie siebie, to z powodu programu Karma, odrodzi się najpierw pan jako nauczyciel, który wyzna prawdę innym wczasowiczom, lecz ci nie będą słuchać jedynie pana zabiją! Potem będą czcić pana jako proroka i mesjasza. To będą ci którzy dopiero co rozpoczęli urlop na niebieskiej planecie i ,,zabawę w chowanego”. Po prostu dlatego nie będą zainteresowani pana prawdą, bo będzie im to psuło całą zabawę i skończyli by zbyt wcześnie wypoczynek i nie poznaliby innych fajnych gier.

Na sam koniec wczasów odrodzi się pan niedaleko miejsca zwanym Bodhgaja i pod drzewem bodhi zrozumie pan, że to definitywny koniec urlopu i nie ma sensu więcej ,,zabawiać się w chowanego” i czas wracać do pracy, będzie pan nauczał innych urlopujących Władców Czasu, którzy też już będą blisko końca turnusu i tak jak pan będą już mieli dużo za sobą atrakcji i zabaw. Powie im pan całą prawdę, tym razem pana nie zabiją, tylko będą zainteresowani i najpierw pojedyńczo pan, a później inni małymi grupkami, będziecie opuszczać niebieską planetę.

– I co pan na to, panie Set? Jeśli pan się zapisze dostanie pan pierwsze 450 wcieleń gratis od firmy. Lecz od razu zastrzegam żeby w pełni doświadczyć wszystkich wyzwań, zabaw i gier na niebieskiej planecie trzeba przeżyć minimum około 6000 wcieleń w różnych kombinacjach, niektórym nieśmiertelnym tak się spodobała ,,zabawa w chowanego”, że musieliśmy zapisywać na dodatkowe turnusy, wprost nie mogą się nachwalić, jest to bowiem rodzaj nowego aktywnego wypoczynku, który ostatnio zdobywa sobie rzesze wiernych wielbicieli, coś w rodzaju ekstremalnych sportów.

Gwarantujemy doskonałą iluzję, że przez pierwsze kilka tysięcy wcieleń, nie rozpozna pan, kim naprawdę jest, by nie psuć wyśmienitej zabawy. Jedynie musi pan podpisać zgodę, że w trakcie turnusu na niebieskiej planecie, będzie pan przestrzegał wewnętrznego regulaminu i programu o nazwie – Karma. To tylko uatrakcyjni całą zabawę.

Zachwycony Set:

– To brzmi wspaniale! Prawdziwie egzotyczne wakacje! Proszę mnie zapisać na wczasy na niebieskiej planecie. To musi być cudowne przeżycie, szukać samego siebie, przez tyle wcieleń!

ANTHONY BRASKO

“WCZASY NA NIEBIESKIEJ PLANECIE”

Z bloga zenforest

No więc jak to jest z tymi opętaniami? Stawiam kropkę nad i.

Nie mogę być taka niedobra, żeby zostawić was bez odpowiedzi na fundamentalne pytania postawione w tej notce: dlaczego służący bogu ludzie, tacy jak wierni, a nawet sami kapłani, doznają opętań, nierzadko prowadzących do samobójstw i dlaczego wypędzanie demonów w imię tegoż boga jest zupełnie nieskuteczne.

Niedawno świat dowiedział się o samobójstwie żony sławnego pastora, a przypadek Anneliese Michel jest szeroko znany i wciąż, mimo upływu prawie 36 lat od tamtych wydarzeń, dyskutowany. Ja pisałam o tym w tej notce, a na pewnym bardzo popularnym blogu ten temat został poruszony wczoraj, aczkolwiek w zupełnie innym kontekście niż tutaj.

Jako osoba wyzwolona zarówno z religii jak i z pseudo-racjonalizmu mogę sobie pozwolić na komfort oceniania tych wypadków zupełnie politycznie niepoprawnie, a więc niezgodnie zarówno z tym, czego naucza Kościół, jak i z tym, co sądzą o tym (i podają do wierzenia swoim parafianom) guru sekty racjonalistycznej.

Otóż moim zdaniem ten „bóg” jest tak tragicznie nieudolny z prostej przyczyny – ponieważ nie jest on bogiem. Jest to „bóg” całkowicie fałszywy, wykreowany przez religię i na potrzeby kapłanów. I to w jego imię, a nie w imię Boga prawdziwego popełniono te wszystkie zbrodnie i nadużycia, z których Kościół musi się dziś tak mocno tłumaczyć.

Zgodnie z sentencją znaną z nauczania Jezusa: „Po owocach ich poznacie”, Bóg, jako byt doskonały, wydaje wyłącznie dobre owoce: szczęścia, zdrowia i harmonii.

„Bóg” który wydaje owoce nieszczęścia: choroby, opętania, konfliktu i wojny nie jest, bo nie może być, Bogiem prawdziwym. Bóg, który nie chroni swoich wyznawców przed szatanem, demonami czy dowolnymi innymi harcami sił nieczystych nie jest Bogiem (przez duże „B”), lecz bogiem (bożkiem, przez małe „b”).

Wszystkie nieszczęścia tego świata biorą się z tego, że ludzie zostali odcięci przez kapłanów od prawdziwej boskości i zniewoleni przez fałszywe wyobrażenie tego bytu jako osoby, o zgrozo, płci męskiej („bóg osobowy”), podczas gdy w rzeczywistości jest to byt niewyobrażalny z ludzkiego punktu widzenia. Jest to Kreator Wszystkiego, Wszech-Umysł, Źródło Pierwotne…

Bóg jest wszystkim, przejawia się we wszystkim i wszystko jest Bogiem.

Gdyby wierni odkryli drogę do prawdziwego Boga, owczarnia pańska całkowicie by się wyludniła. Nikt nie dawałby na tacę ani nie korzystał z pośrednictwa kapłanów, ponieważ ludzie zwracaliby się z każdą potrzebą bezpośrednio do Boga i otrzymywaliby wszystko, lub prawie wszystko, o co poproszą. Ludzie staliby się wolni, szczęśliwi i zrealizowani.

Ale cóż wtedy stałoby się z kapłanami?

Poszliby na zieloną trawkę lub musieliby zacząć uczciwie pracować, co dla tej kasty nierobów jest zupełnie nie do pomyślenia!

Dlatego kapłani musieli dokonać cynicznej podmiany i w miejsce prawdziwego Boga podstawić fałszywego.

Żeby jednak rozczarowani tym oszustwem wierni nie pouciekali z organizacji religijnej kapłani korzystają ze straszaka, który trzyma ich owczarnię w ryzach.

Stali czytelnicy tego bloga znają pojęcie „egregora”.

Jak wiemy wszystko jest energią. Każda myśl i każda emocja jest energią. Nawet materia jest energią, tyle tylko, że bardzo skoncentrowaną i nisko wibrującą.

Egregor to byt energetyczny, który tworzy każda ludzka zbiorowość. Im więcej ludzi jest zaangażowanych w jakiś rodzaj aktywności, im bardziej emocjonalnie się w nią angażują i im dłużej się tej aktywności poświęcają, tym potężniejszy jest egregor, który tworzą. Rzecz jasna religia również tworzy egregora. Im jest starsza i liczniejsza tym potężniejszy jest jej egregor.

Zadaniem religijnego egregora jest pilnowanie wiernych, tak samo jak robi to pies pasterski ze stadem owiec. Pamiętacie z lekcji religii te sielskie obrazki z Jezusem wśród śnieżnobiałych owieczek? Tak właśnie kapłani traktują wiernych. Są oni ich własną owczarnią pańską!

Tak, jak każda zbiegła ze stada owieczka musi być przez psa odnaleziona i przyprowadzona z powrotem do stada, tak każdy wierny, który zapragnie wyzwolenia z religijnych kajdan musi wrócić (skruszony i przerażony) na łono swojego Kościoła. Zadaniem egregora jest zastraszanie i nękanie każdego, kto ośmieli się szukać wolności i niezależności poza swoją grupą religijną.

Anneliese Michel, uczciwa i wrażliwa dziewczyna, została cynicznie oszukana i paskudnie wykorzystana. Z poświęceniem wykonała ogromną, bolesną pracę, ale nie dla Boga (jak wierzyła), lecz dla Kościoła. Po jej śmierci kościoły na całym świecie wypełniły się wiernymi. I wypełniają się do dziś, bo pamięć o tej tragicznej historii wciąż jest odświeżana – jak choćby na wspomnianym poczytnym blogu, straszącym ludzi szatanem i opętaniem, jeśli się nie zwrócą w stronę boga (szkoda tylko, że tego przez małe „b”).

Nie twierdzę, że wszyscy ludzie skupieni w Kościele są ludźmi głupimi i pozbawionymi wyższej świadomości. Jest wśród nich wielu uczciwych i bliskich doskonałości ludzi, którzy doskonale rozumieją przypowieść Jezusa o owocach, dzięki czemu nie podlegają opętaniom, a ich modlitwy są wysłuchiwane.

Niestety, większość daje się oszukiwać i wykorzystywać – jak owce, które się strzyże, doi, a w końcu zarzyna dla mięsa i skór (patrz: Wschodnia bajka).

Przeczytaj też: Egzorcyzmy

Jeszcze o przyczynach raka

Przy okazji poszukiwania terapii na raka musieliśmy się również zastanowić nad jego przyczynami. Nie można leczyć choroby, jeśli się nie wie, co ją spowodowało. Hipotez było wiele i terapii również niemało. Ale jest jeszcze jeden trop, który uważam za ważny, a został on zupełnie pominięty.

Nie od dziś wiemy, że media mają zły wpływ na swoich widzów i słuchaczy. „Dobra wiadomość to żadna wiadomość”.

Media z lubością informują o strzelaninach, katastrofach, wojnach, zamachach, kryzysie ekonomicznym, wzroście zachorowalności na choroby „nieuleczalne” i wszelkich innych plagach egipskich. Słuchając radia mam wrażenie, że komuś bardzo zależy na tym, żeby ludzie uwierzyli w kryzys i żeby wpadli z tego powodu w depresję lub wręcz manię samobójczą. Każdy serwis informacyjny zaczyna się od powtarzania matry: „kryzys obejmuje cały świat”, „jest to największy kryzys gospodarczy jakiego doświadczyliśmy kiedykolwiek”. I tak w kółko. Dlatego ostatnio w ogóle nie włączam radia (chyba że jest to LastFM).

Telewizja z kolei uwielbia straszyć chorobami. Oczywiście, w trosce o nasze zdrowie. Chodzi tylko o to, żebyśmy się zbadali. Zalecają nam macanie piersi, jako domowy sposób wykrywania zmian. Tomografy, mammografy i inne cuda techniki czekają na nas, dlaczego więc nie przychodzimy i się nie badamy? Panowie, prostata! Macie w sobie taką straszną bombę z opóźnionym zapłonem, jakie to niebezpieczne, trzeba stale sprawdzać, czy nie zaczęła tykać! A choroby serca? Nie znasz dnia ani godziny, gdy dopadnie cię zawał…

Siła wyższa człowieku. Nie masz na nic wpływu. Jaki ten świat jest straszny i niesprawiedliwy, nie dość, że cegła z dachu może ci spaść na głowę lub samochód wjechać ci w zadek, to jeszcze w twoim własnym ciele kryje się mnóstwo zagrożeń, które tylko czekają na to, żeby cię zabić.

Bla bla bla…

A nasza biedna planeta? Jacy my jesteśmy straszni! Trujemy ją, podgrzewamy jej klimat, zatruwamy wody, powietrze i glebę, przez nas giną zwierzątka w lesie i topią się misie polarne! Cóż za grzech śmiertelny! Powinniśmy się sami czym prędzej wyeliminować, żeby dać szansę naturze, tak przez nas udręczonej! Jeśli tego nie zrobimy dobrowolnie, wyręczą nas w tym zatroskani Iluminaci, którzy już zamówili trumny dla każdego.

Był jeden facet, który za dużo czytał o zbrodniach człowieka wobec natury. Nie tylko czytał, ale brał to sobie do serca. Tak się tym przejął, że aż… umarł.

Nie wiedzielibyśmy nic o jego doświadczeniach gdyby pozostał martwy, ale na szczęście wrócił z tamtego świata i osobiście powiedział o tym, co tam odkrył. Lekturę tego tekstu polecam każdemu, kto uważa człowieka za rakową narośl na cierpiącym ciele naszej biednej planety.

W 1982 doświadczyłem śmierci spowodowanej nieuleczalnym nowotworem, którego nie można było zoperować, a z kolei jakakolwiek chemioterapia zrobiłaby jedynie ze mnie warzywo. Lekarze dawali mi sześć do ośmiu miesięcy życia. W latach 70-tych interesowałem się informacją, czytając o kryzysie nuklearnym, ekologicznym i innych, stopniowo traciłem nadzieję i ogarniało mnie zniechęcenie. Ponieważ nie miałem podstaw duchowych, zacząłem wierzyć, że natura pomyliła się i że prawdopodobnie byliśmy rakiem na naszej planecie. Nie widziałem rozwiązania żadnego z problemów, które sami stworzyliśmy sobie i naszej planecie. Uważałem wszystkich ludzi za raka i dostałem raka. Właśnie to mnie zabiło. Uważaj, jaki masz pogląd na życie. Może się on odbić na tobie, zwłaszcza jeśli jest negatywny. Mój był bardzo negatywny. To właśnie doprowadziło do mojej śmierci. Wypróbowałem różne rodzaje alternatywnych metod leczenia, ale nic nie poskutkowało.

A jak mogło poskutkować, skoro w życiu realizuje się tylko to, w co wierzymy? Jeśli pacjent ma niewłaściwe podejście do własnego życia, to żadna terapia mu nie pomoże. Ale sposób myślenia można zmienić nawet będąc już na tamtym świecie i… wrócić dzięki temu do świata żywych. Mellen-Thomas wrócił specjalnie po to, żeby opowiedzieć o swoich doświadczeniach i uświadomić podobnie myślącym ludziom, że robią wielki błąd. Całość możecie przeczytać na Astraldynamics, gorąco zachęcam do lektury!

Kiedy już święty męczennik za ateistyczną wiarę znajdzie się na tamtym świecie…

czekać go może kolejny szok. Zamiast trafić tak po prostu do ziemi, czyli do niebytu może znaleźć się zupełnie gdzie indziej. Oto film, który widziałam na RealityTV i który polecam gorąco każdemu, kto boi się wyprawy do innego wymiaru.

PS. Zamieściłam ten film tutaj nie po to, żeby czytelnicy tego bloga mogli zapoznać się z naukowym (racjonalistycznym) wyjaśnieniem zjawiska doznań z pogranicza śmierci, lecz po to, żeby zapoznali się z relacjami osób, które doświadczyły tych przeżyć osobiście. Dla mnie wyjaśnienia naukowców i księży nie mają żadnego znaczenia i oglądając takie filmy całkowicie je ignoruję. Mam swój własny rozum i nie potrzebuję pomocy „mądrali” w interpretowaniu rzeczywistości.

Tu jest playlista, dla tych, którzy mają problemy z odtworzeniem tych filmów.

Opętanie

Opętanie to nie przesąd, jak sądzą sceptycy-racjonaliści, ani sprawka szatana, jak wierzą parafianie.

Sceptycy odrzucają wiarę w Boga, w życie po śmierci i wszelkie formy duchowości, a więc zaprzeczają również istnieniu nieśmiertelnego pierwiastka, jakim jest ludzka dusza. Wydaje im się, że człowiek jest niczym więcej niż stworzonym z białka i kości ciałem, które porusza się, myśli, czuje i działa racjonalnie bez żadnej przyczyny, a gdy białko ulegnie rozkładowi po śmierci ciała, nic po człowieku nie zostaje.

Większość katolików wierzy w szatana bardziej niż w Boga. Ludzie ci są przekonani, że Szatan ma moc większą niż Bóg, który jest wobec sił zła bezsilny. To właśnie ta ich wiara tworzy zło, które materializuje się i szkodzi ludziom. Na szczęście szkodzi ono głównie tym, którzy w nie wierzą i je kreują. Pozostali mogą być spokojni – skoro w szatana nie wierzą, nic im z jego strony nie grozi.

Co więc opętuje ludzi?

Za prawie wszystkie formy opętania odpowiedzialne są duchy. Czasem, chociaż rzadko, opętują demony.

Opętujący duch jest duszą zmarłego, który nie wierzył w Boga i nieśmiertelność duszy (a więc był ateistą) lub wierzył w boga okrutnego, karzącego i mściwego oraz w surowość sądu ostatecznego, który może człowieka skazać na wieczne potępienie (w to właśnie wierzą chrześcijanie). Ktoś, kto wierzy w takie szkodliwe przesądy za żadne skarby nie przyjmie do wiadomości faktu własnej śmierci i nie wyruszy na spotkanie z nią, ponieważ panicznie się jej boi. Woli więc pozostać wśród żywych i udawać, że nic się nie zmieniło.

Większość duchów opętujących to dusze ludzi, którzy nie wierzyli w „życie po śmierci”, a więc materialiści, ateiści i sceptycy lub którym za życia wiele brakowało do ideału „cnoty”, a więc pijacy, rozpustnicy, złośliwcy, przestępcy, mordercy i wszelkiej maści wredne typy. Nic więc dziwnego, że nie spieszą się na spotkanie z Bogiem. Zamiast tego wolą podczepić się pod jakąś słabą osobę i namawiać ją do tego, co tak lubili za życia, a więc do picia, rozwiązłości seksualnej, złośliwości, okrucieństwa, a nawet morderstwa.

Życie po śmierci

Naprawdę, nie mam siły do tych tępych sceptyków. Im się wydaje, że ich argumenty są racjonalne, w przeciwieństwie do nawiedzonego gadania takich jak ja. Szczególnie kocham panią Susan Blackmore, która jest chora na dziecinne zaprzeczanie, a wszystkie bez wyjątku dowody naukowe przez nią przedstawiane brzmią tak: „jestem przekonana”, „nie wydaje mi się”, „nie wierzę”, „musi być jakieś inne wyjaśnienie”, „musielibyśmy ustalić jakieś metody badawcze” itp. Powalająca argumentacja, naprawdę…

W sobotę na Reality TV obejrzałam program o doznaniach z pogranicza śmierci. Szlaki dla badań naukowych tego tematu przetarł Raimund Moody, ale oczywiście tak naprawdę odkrył on przysłowiową Amerykę, bo temat jest równie stary jak ludzkość. Podobne rzeczy pisał już Platon, a przed nim istniały jeszcze starsze pisma wyjaśniające zagadnienie śmierci i duszy.

No ale dzisiejsza nauka niczego nie może uznać za prawdę, jeśli nie odkryje tego sama. Z tego powodu paru energicznych i dociekliwych lekarzy zakasało rękawy, opracowało program badań spełniających kryteria naukowości i zabrało się do roboty. Idzie im nieco opornie, ale już osiągnęli kilka spektakularnych rezultatów.

Oczywiście niczego nie wyjaśnili naukowo, bo prędzej piekło zamarznie, niż nauka uzna istnienie duszy. Jednak bez względu na to, czy to, co z człowiekiem dzieje się w stanie śmierci klinicznej da się wyjaśnić naukowo, czy też nie, przypadki, z którymi się zetknęli wystarczą, żeby obalić wiarę lekarzy w teorię, że źródłem świadomości jest mózg.

Wygląda na to, że w tym przypadku, dokładnie tak samo, jak w przypadku astrologii, nauka stosuje niewłaściwe myślenie. Wygląda na to, że mózg ma ze świadomością niewiele wspólnego. Raczej jest on „dekoderem”, a nawet wręcz tłumikiem, filtrującym bodźce ze środowiska. Działa on na podobnej zasadzie, jak okulary przeciwsłoneczne, ograniczające dostęp zbyt intensywnego światła słonecznego do oczu. Gdyby do naszej świadomości dochodziły wszystkie bodźce z otoczenia, prawdopodobnie dostalibyśmy bzika od nadmiaru informacji.

Ale wracając do naszych lekarzy… Żeby zbadać, co dzieje się w czasie umierania trzeba było najpierw ustalić, w którym momencie można człowieka uznać za martwego. Zgodzono się, że te kryteria orzekania śmierci, które oficjalnie obowiązują lekarzy są właściwe. A więc żeby stwierdzić zgon musi wystąpić brak tętna, zatrzymanie oddechu i rozszerzenie źrenic. Ponadto wiadomo, że w przypadku zatrzymania akcji serca, po 8 sekundach zanika również elektryczna aktywność mózgu. Pacjent jest nieprzytomny, nie zdradza żadnych parametrów życiowych i nie reaguje na światło ani bodźce bólowe. Dla lekarzy jest martwy, ale jest jeszcze możliwość przywrócenia go do życia dzięki reanimacji.

W filmie pokazano kilku pacjentów, którzy zagrali na nosie naukowcom i ich teoriom.

Na przykład pewien mężczyzna doznał ataku serca na łące. Karetka zawiozła go do szpitala w stanie śmierci klinicznej. W szpitalu zastosowano reanimację i przywrócono pacjentowi życie, jednak nie odzyskał on przytomności i zapadł w śpiączkę, która trwała przez cały tydzień po wypadku. Gdy krzątał się koło niego pielęgniarz, pacjent nagle otworzył oczy i przytomnie powiedział: „Znam cię, byłeś przy mnie w czasie akcji reanimacyjnej, wyjąłeś moją sztuczną szczękę i schowałeś ją do szuflady”. Pielęgniarz wyznał, że go dosłownie zamurowało. Rzeczywiście uczestniczył w akcji reanimacyjnej i rzeczywiście schował tę szczękę w sposób opisany przez pacjenta, ale przecież przez cały ten czas był on „martwy”, a przynajmniej głęboko nieprzytomny, a potem pogrążony w śpiączce. W jaki sposób mógłby więc widzieć cokolwiek? Jednak pacjent stanowczo upierał się przy tym, że „wyszedł z ciała” i stał z boku, patrząc na działania lekarzy. Był w stanie opisać kto przeprowadzał reanimację, gdzie stał, co mówił i co konkretnie robił.

Inna kobieta, niewidoma od urodzenia, mówiła o tym, że nigdy nie widziała światła ani kolorów, nie widziała dosłownie niczego. W jej snach nie było obrazów, a tylko dźwięki, słowa, zapachy i smaki. Kiedy pytano ją, czy widzi ciemność odpowiedziała że nie, że nie widzi zupełnie nic. W dość młodym wieku uległa wypadkowi i w ciężkim stanie zabrano ją do szpitala. W czasie akcji reanimacyjnej doświadczyła stanu śmierci klinicznej. Po odzyskaniu przytomności kobieta opowiedziała, że poczuła nagle, że jakaś siła wyszarpnęła ją z ciała. Co było najbardziej zdumiewające okazało się, że stoi w sali reanimacyjnej i widzi wszystko, co dzieje się wokół. Rozpoznała grawerowaną obrączkę na swoim palcu i kilka innych osobistych drobiazgów i domyśliła się, że ciało leżące na stole należy do niej. Patrzyła na lekarzy i pielęgniarki, którzy krzątali się wokół niej, a potem wydostała się na zewnątrz pomieszczenia. Widziała światło słońca, lecące ptaki i bawiące się dzieci. Dowiedziała się wreszcie, co to znaczy widzieć.

Inna kobieta, kompozytorka, żona i matka, usłyszała od lekarzy straszną diagnozę: olbrzymi, nieoperacyjny tętniak u podstawy mózgu, w miejscu do którego bardzo trudno się dostać bez uszkodzenia całego mózgu. Nikt nie chciał jej operować z powodu znikomej szansy powodzenia zabiegu. Było praktycznie pewne, że w czasie zabiegu tętniak pęknie, co z całą pewnością skończy się śmiercią. Zdesperowana pacjentka, matka małych dzieci, postanowiła się nie poddawać i znaleźć specjalistę, który podejmie ryzyko. I w końcu jej się udało. Znalazła neurochirurga, który podjął się tego trudnego zadania. Wymagało ono precyzyjnego planowania i poważnych przygotowań.

Lekarze postanowili oziębić jej ciało do 10 stopni, żeby zupełnie zatrzymać metabolizm mózgu. Potem trzeba było spuścić całą krew przez tętnicę udową, a następnie nawiercić otwór w czaszce i precyzyjnymi narzędziami zablokować tętniaka. Praktycznie znaczyło to, że pacjentka została wprowadzona w stan śmierci klinicznej.

Gdy operacja trwała pacjentka nagle usłyszała bardzo nieprzyjemny dźwięk, który skojarzył jej się z gabinetem dentystycznym, a konkretne z borowaniem zęba. Po chwili poczuła, że znajduje się w sali operacyjnej i… siedzi na ramieniu lekarza, patrząc na jego poczynania. Urządzeniem wydającym ten okropny dźwięk było wiertło przebijające jej czaszkę. Obok stało pudło z narzędziami, wyglądającymi tak samo jak te, które jej ojciec trzymał w swoim garażu: była tam wiertarka i wiertła różnej wielkości. W pewnym momencie kobieta zobaczyła cudowne światło, które zachęcało ją do wejścia. Pulsowało miłością i poczuciem bezpieczeństwa. Poszła za nim i zobaczyła jakieś postacie, a potem usłyszała głos babci. Po chwili zobaczyła, że stoją obok niej jej krewni: babcia i młodo zmarły wujek. Stali tam, uśmiechali się i zapraszali ją do siebie. Było jej wśród nich dobrze jak w niebie i poczuła ochotę, żeby zostać w tym cudownym miejscu na zawsze. Ale oni powiedzieli: „musisz wracać, twoje dzieci czekają na ciebie”. Wcale nie miała na to ochoty, ale oni nalegali. Wujek wziął ją pod rękę i odprowadził ku wyjściu. Spojrzeli na dół, gdzie leżało jej ciało, a lekarze w dalszym ciągu coś przy nim robili. Poczuła, że to ciało jest obce i nie chciała do niego wracać. Jednak wujek wciąż ją namawiał. Spytała: „jak mam tam wejść?”, a on odparł: „po prostu skocz, tak jak do basenu”. Wciąż się wahała, a wtedy wujek popchnął ją w dół. Poczuła się jak w czasie skoku z trampoliny, a potem poczuła, że jest cała zesztywniała. Lekarze pochylali się nad nią i pytali, jak się czuje. Operacja się udała, tętniak został zamknięty, a ona mogła wrócić do normalnego życia.

To cudowne światło występuje we wszystkich relacjach z pogranicza śmierci. Pojawia się też tunel, a na jego drugim końcu czekają wcześniej zmarli krewni, witający umierającego. Jedna z kobiet była zachwycona tym nowym stanem, ale po chwili uświadomiła sobie, że nie może zostawić dzieci, bo jej mąż jest na morzu, a na krewnych nie można liczyć. Oświadczyła więc stanowczo, że musi wracać. Wywołało to w zaświatach wielką konsternację. Jednak ona się uparła. Wtedy – jak to opisała – rozpętała się burzliwa dyskusja, po czym uznano, że może odejść i skierowano ją z powrotem na ziemię.

Medycyna twierdzi, że to wszystko jest niemożliwe, ponieważ mózg pozbawiony dopływu tlenu bezpowrotnie obumiera już po 4 minutach. A jednak opisano dobrze udokumentowane przypadki, że ludzie przebywali w stanie śmierci klinicznej dużo dłużej, niektórzy nawet kilka godzin, po czym wracali do życia i cieszyli się pełną sprawnością, zarówno fizyczną, jak i umysłową.

Sceptycy zawsze negują wszystko, co przeczy ich wierzeniom, jednak nie potrafią niczego racjonalnie, a zwłaszcza przekonująco uzasadnić. Po prostu nigdy nie przedstawiają żadnych konkretnych dowodów. Zawsze są to tylko słowa bez treści, jak te, które płynnym strumieniem leją się z ust wspomnianej na początku Susan Blackmore. Dokładnie to samo robią jej koledzy.

Jest wielu lekarzy, którzy znają ten problem i uważają, że nie da się utrzymać wiary w to, że świadomość jest związana z mózgiem. Wszystko wskazuje na to, że jest od niego zupełnie niezależna i że może istnieć bez niego.

Polecam też niezwykłą relację Mellen-Thomas’a Benedicta. Oto dla zachęty wstęp do jego opowieści:
„Mellen-Thomas Benedict jest artystą-witrażystą, który przeżył doświadczenie bliskiej śmierci. W gruncie rzeczy zmarł na półtorej godziny i w tym czasie wyszedł z ciała i wstąpił w Światło. Ponieważ ciekawił go wszechświat, został zabrany daleko w niezmierzone głębie egzystencji, a nawet poza nie, do energetycznej Pustki Nicości przed Wielkim Wybuchem. Znawcy takich przeżyć uznają tę relację za jedną z najbardziej znaczących”.

(Opublikowane na starym blogu 2006-06-12 01:05:05)