Za młoda by umierać

Źródło

Ewa Leszczyńska

Sylwestra i Nowy Rok 2001 spędzałam z kochaną rodziną i przyjaciółmi w Karkonoszach. To był dobry czas: narty, spacery, rozmowy. Odzyskałam poczucie równowagi, której brakowało mi w ostatnich miesiącach. Pomimo bowiem świadomości, iż w krótkim czasie mojego dorosłego życia spełniły się moje marzenia i oczekiwania, od pewnego czasu odczuwałam dziwny niepokój i wrażenie braku perspektyw. Ogarniały mnie co chwilę wątpliwości, czy przeniesienie się z miasta na wieś, do którego doprowadziłam przed dwoma laty, w równym stopniu odpowiada mojej rodzinie. Czy praca, która do niedawna mnie satysfakcjonowała jest rzeczywiście tym co powinnam robić?

Pomna doświadczeń przyjaciela, który po spełnieniu marzenia swojego życia jakim było opłynięcie świata jachtem, nie mógł sobie przez dłuższy czas znaleźć miejsca i nowego celu, uznałam, że mój stan jest przejściowy i, że muszę to przetrwać. Wracałam więc pełna optymizmu do naszego nowego, pięknego domu w cudownej okolicy. Całe to misternie zbudowane pozytywne myślenie zaczęło jednak na powrót ustępować jeszcze większemu poczuciu zwątpienia i niepewności. Do tego dołożył się fakt znacznego powiększenia się, dosłownie w ciągu paru dni po powrocie, drobnej zmiany w mojej piersi, którą miesiąc wcześniej wykryła mammografia i usg. Zaniepokojona zgłosiłam się do szpitala, gdzie zrobiono mi biopsję. „To nowotwór złośliwy”- oznajmił lekarz. Poczułam jakby świat zaczął się walić. Zrozpaczona, zapłakana zadzwoniłam do męża, który natychmiast przyjechał do szpitala. Jeszcze tego samego dnia lekarz wysłał mnie na chemioterapię, która miała trwać trzy miesiące, po których czekała mnie operacja i następne trzy miesiące chemii.

Nigdy nie zapomnę momentu, w którym po wyjściu ze szpitala mówiłam do męża, iż jestem za młoda, żeby umierać, że przecież chcę dożyć takiego wieku, aby cieszyć się wnukami. Przez pierwsze dwa tygodnie byłam w szoku; wszyscy płakaliśmy w rodzinie, nie wiadomo było co robić, jak się z tą myślą pogodzić. Wreszcie stwierdziłam, że trzeba poradzić się psychologa – żeby się jakoś psychicznie podnieść i próbować coś zrobić, walczyć. Znajomi polecili mi bardzo dobrą psycholog, od której dostałam kilka książek opisujących metody treningu psychologicznego rozpropagowane przez amerykańskiego onkologa Carla Simonthona, a w Polsce w oparciu o jego doświadczenia przez dr Mariusza Wirgę. Ten program leczniczy stosowany z powodzeniem już niemal 30 lat w USA i w coraz większej ilości krajów polega na przyswojeniu sobie przez pacjentów technik pozytywnego wpływania na swoje zdrowie, mobilizowania nie wykorzystanych dotychczas możliwości psychicznych, pozwalających aktywnie uczestniczyć w procesie zdrowienia nawet w przypadku tak poważnej diagnozy, jak „rak”, czy choroby układu krążenia. Zafascynowana tą lekturą, postanowiłam zgodnie z tytułem jednej z nich „Zwyciężyć chorobę”, stosując się ściśle do zawartych w niej wskazań. Wiedząc już nieco więcej na temat powstawania nowotworu, codziennie prowadziłam trening mający na celu wyobrażanie sobie w jaki sposób mój organizm walczy z tą chorobą. Co więcej analiza przyczyn choroby, której pojawienie się ma według Simontona ścisły związek z naszą filozofią i trybem życia, pozwoliła mi odkryć, że moje wcześniejsze niepokoje, niemożność pogodzenia się z różnymi sytuacjami, kłopoty w pracy, mogły doprowadzić do powstania choroby. Amerykanie zbadali również, iż na pojawienie się choroby mogą wpłynąć także pozytywne emocje, chociażby takie jak przeprowadzka.

Jednym ze wskazań metody Simontona jest też to, żeby człowiek zastanowił się, co może zrobić w swoim życiu, co ma zmienić, żeby wyjść z psychicznej pułapki w której się znalazł. Ja stwierdziłam, że muszę w ogóle zrezygnować z pracy – byłam w tak dobrej sytuacji, że nie musiałabym pracować (ostatecznie jednak, po półrocznym urlopie bezpłatnym, zdecydowałam pozostać w pracy); wyjaśniłam też z rodziną wszelkie nieporozumienia.

Mój stan psychiczny poprawiał się z dnia na dzień. Znakomity w tym udział mieli także przyjaciele, znajomi i przede wszystkim mąż, dziecko i cała pozostała rodzina. Każdy pomagał na swój sposób. Jedni dzwoniąc co chwilę, aby zając mnie rozmową, inni wyszukując lekarstwa, które mogłyby mi pomóc. Jeszcze inni przysyłając książki o alternatywnych sposobach leczenia. Wśród tych ostatnich moją uwagę zwróciła książka o makrobiotyce. Przysłała mi ją koleżanka, która kupiła ją z myślą o ojcu umierającym na „raka”. Jemu nie pomogła, gdyż nie chciał i nie miał już siły walczyć z chorobą. Mnie jednak dała kolejną nadzieję, szczególnie po opisach przypadków wyleczenia za przyczyną makrobiotyki z zaawansowanych stadiów nowotworów. Nigdy wcześniej nie słyszałam o makrobiotyce, gdyż nigdy nie interesowały mnie żadne diety ani sposoby żywienia. Oczywiście makrobiotyka to nie tylko dieta, lecz styl życia, w którym pożywienie ma jednak duży udział. Zgodnie z teorią makrobiotyki, która swoimi korzeniami sięga starożytnej filozofii i medycyny Wschodu pojawienie się choroby jest wyrazem zakłócenia równowagi pomiędzy organizmem, a środowiskiem zewnętrznym. Leczenie naturalnym pożywieniem ma więc na celu przywrócenie tej równowagi. Różni się więc zasadniczo od tradycyjnej medycyny, która zajmując się leczeniem określonego organu, usuwa tylko objawy, a nie interesuje się przyczynami powstawania choroby.

Dla człowieka odżywiającego się w sposób tradycyjny lecznicza dieta makrobiotyczna wydaje się niezwykle drastyczna. Jest ona bowiem oparta o jedzenie praktycznie tylko pełnoziarnistych zbóż, roślin strączkowych oraz niewielkiej ilości gotowanych warzyw, morskich glonów (działających antytoksycznie) i pasty miso (ta fermentowana przez wiele miesięcy soja reguluje m.in. procesy hormonalne). Niedozwolone jest jedzenie nabiału, mięsa, tłuszczu, słodyczy, cukru i soli. Wszystkie produkty nie mogą zawierać konserwantów. Nie mając nic do stracenia postanowiłam z dnia na dzień przejść na tą dietę, chociaż rodzina i zaprzyjaźnieni lekarze twierdzili, że oszalałam, że na pewno mi to nie pomoże, a tylko się wycieńczę przed operacją. Na szczęście okazało się, iż w Warszawie mieszka Andrzej Turczynowicz, konsultant do spraw makrobiotyki, do którego pojechałam, aby uzyskać szczegółowe zalecenia żywieniowe i upewnić się że niczym nie ryzykuję. W istocie schudłam w ciągu trzech tygodni 10 kilogramów, co jednak jest normalne, gdyż organizm w pierwszym rzędzie wyrzuca wszelkie nadmiary, w tym i toksyny w dużej mierze przyczyniające się do powstawania nowotworów. Byłam wtedy bardzo osłabiona, co jednak mogło być wynikiem poddawania mnie silnej chemioterapii, po której zaczęły wypadać mi włosy. Pomimo mojego stanu starałam się, zgodnie z zaleceniami makrobiotyki codziennie ćwiczyć i chodzić na długie spacery z psem.

Stosowanie diety przychodziło mi bez żadnych problemów. Stwierdziłam, że mogę wytrzymać bez tego wszystkiego, co do tej pory tak bardzo lubiłam jeść. Jednak dla uspokojenia rodziny, co jakiś czas zjadałam kawałek ryby czy indyka, bo tylko takie mięso makrobiotyka wyjątkowo dopuszcza. Od Andrzeja Turczynowicza dowiedziałam się też o istnieniu masażu shiatsu, będącego rodzajem akupresury, którą zalecają makrobiotycy jako wspomagającą metodę służącą do odblokowania kanałów energetycznych w organizmie. Razem z mężem wzięliśmy udział w warsztatach shiatsu, ucząc się go, po to aby nawzajem się masować. Rezultaty były zdumiewające. Mąż, który mnie masował po prostu nie mógł uwierzyć, że tak bardzo poprawiało to mój nastrój.

Przez cały ten czas prowadziłam swoistą walkę z czasem. Operacja zbliżała się nieubłaganie, a ja uwierzyłam, że dzięki treningowi psychologicznemu, diecie makrobiotycznej i masażowi shiatsu nie dam się chorobie i chirurgom. Wierzyłam, że jeżeli będę stosować się restrykcyjnie do wszystkich zaleceń, to zdążę przed operacją doprowadzić się do równowagi, a co za tym idzie do zniszczenia przez mój własny organizm nowotworu. Z takim nastawieniem udałam się w kwietniu na operację z przeświadczeniem, że badanie śródoperacyjne (jeszcze raz sprawdza się wycinek w czasie operacji i w zależności od wyniku podejmuje się decyzję o zakresie ingerencji) nie wykaże istnienia nowotworu, dzięki czemu będzie to operacja oszczędzająca. Dla lekarzy diagnoza była zdumiewająca – stwierdzono, że nie ma tych złośliwych komórek – usunięto tylko mały guzek, a oszczędzono pierś i wszystkie węzły chłonne. Lekarze w pierwszej chwili nie chcieli wierzyć, uznali, że to cud, ale pierwsze słowa , które usłyszałam od nich, to: „pomyłka w laboratorium trzy miesiące wcześniej”. Nota bene dopiero po operacji dowiedziałam się, iż w polskich szpitalach intra, czyli badanie śródoperacyjne nie jest normą. Prawdopodobnie więc, gdyby nie mój młody wiek oraz przytomność ordynatora i znajomości wśród lekarzy obudziłabym się bez piersi.

Po operacji miałam mieć jeszcze trzy miesiące chemii i być pod stałą obserwacją. Chemii uniknęłam, ale przez cały rok byłam pod obserwacją. Dziś jestem zdrowa. Wierzę w to, że nie była to pomyłka w laboratorium i, że w wyzdrowieniu pomogła mi szybka reakcja w momencie zauważenia zmiany, a przede wszystkim, że pomógł mi trening psychologiczny, makrobiotyka, modlitwa i silna wiara w to, że wyzdrowieję, że ja się tej chorobie nie dam. Cały czas stosuję dietę, oczywiście nie tak restrykcyjnie, bo nie ma takiej potrzeby – ona zresztą jest znacznie łagodniejsza w tej postaci nieleczniczej. Myślę, że dzięki niej nie tylko jestem bardziej spokojna, zrównoważona, ale także chroniona przed nawrotem choroby. Staram się też w miarę możliwości prowadzić zalecany przez makrobiotykę tryb życia.

Po tych wszystkich doświadczeniach jestem silniejsza psychicznie. Choroba dała mi szansę na dokonanie pewnych przewartościowań, na spojrzenie na moje życie z innej perspektywy, pozwalającej ustalić co jest w nim najważniejsze. Mam swoją nową skalę wartości i wiem, że byle co nie jest mnie w stanie wytrącić z równowagi. Postanowiłam się pewnymi rzeczami w ogóle nie przejmować. Staram się, żeby nie istniały. Ta sytuacja sprawiła, że bardziej przeniosłam się w świat ducha. Martwi mnie natomiast, że lekarze w Polsce mają bardzo mało wiary w dodatkowe metody leczenia. Przecież każda metoda wspomagająca leczenie daje wiarę pacjentowi, że sam też może coś zrobić, że sam może wpłynąć na swoje zdrowie. Oczywiście nie jest to takie proste, bo na dziesięciu pacjentów tylko jeden chce aktywnie walczyć o swoje zdrowie. Reszta biernie poddaje się tradycyjnemu leczeniu, uznając lekarzy niemal za cudotwórców. Rzadko kto potrafi zrezygnować z czegoś, co mu szkodzi. Ale trzeba wierzyć, że to się zmieni i że także w Polsce lekarze zaczną proponować chorym wspomagające metody leczenia, tak jak to ma miejsce w Europie zachodniej i Stanach. Dadzą tym samym pacjentowi dodatkową nadzieję i wiarę, że sam może także coś dla siebie zrobić.

Będąc w szpitalu miałam wrażenie, że lekarze cały czas dążą do cięcia, do operacji – są doskonałymi chirurgami, ale nie patrzą na chorego całościowo – widzą tylko jednostkę chorobową, a nie jej przyczynę. Mąż był świadkiem sytuacji, jak młoda dziewczyna wychodząc z gabinetu na zatłoczony korytarz usłyszała za sobą słowa lekarza, który krzyknął za nią: „Wie pani, to jest jednak nowotwór złośliwy!” Jest to dowód na to, że nie wszyscy lekarze posiadają naturalną zdolność do przekazywania tak ważących słów w sposób delikatny. Tego powinny uczyć Akademie Medyczne. Tak długo jak tego nie będzie, nie zmieni się stosunek lekarzy do szpitalnych psychologów, postrzeganych jako nieszkodliwych wariatów, których nierzadko w ogóle nie zatrudnia się na oddziałach onkologicznych. Co więcej będą nadal zdarzały się przypadki psychicznego ranienia pacjentów i tak już pokrzywdzonych przez los. W moim szpitalu była psycholog, która dotarła do mnie po operacji. Wtedy jednak jej pomoc nie była mi już potrzebna. Ona była mi potrzebna, gdy się dowiedziałam o chorobie. Mam żal do lekarzy, że w momencie postawienia diagnozy nawet nie próbują skierować chorego do psychologa, czy zwrócenia uwagi na alternatywne, wspomagające metody leczenia. Nie zawsze bowiem zdarzają się tacy pacjenci, którzy sami do tego dojdą.

Mam nadzieję, iż moja historia odzyskiwania zdrowia i szczęścia zainspiruje kogoś do podjęcia walki nie tylko z chorobą, ale też z codziennymi przeciwnościami i z własnymi niemożnościami, które do choroby mogą doprowadzić. Wiem, że warto.

31 myśli nt. „Za młoda by umierać

  1. Martwi mnie natomiast, że lekarze w Polsce mają bardzo mało wiary w dodatkowe metody leczenia. Przecież każda metoda wspomagająca leczenie daje wiarę pacjentowi, że sam też może coś zrobić, że sam może wpłynąć na swoje zdrowie. Oczywiście nie jest to takie proste, bo na dziesięciu pacjentów tylko jeden chce aktywnie walczyć o swoje zdrowie. Reszta biernie poddaje się tradycyjnemu leczeniu, uznając lekarzy niemal za cudotwórców.

    Otóż to. Jak zaraz ktoś tu wypali, ze ją uratowała chemioterapia to chyba padnę. Kobieta wykonała zadanie na piatkę i dlatego przezyła kontrolowane zabójstwo. Chemia była zbędna, ale cieszę sie, ze kobitka tak mocno uwierzyła w siebie, że wyszła obronną ręką z chemioterapii.

  2. Iza ! Ja tez padam po tym perwersyjnie obludnym tekscie majacym tylko jedno na celu czyli wzbudzenia „wiary” w wyniki i osiagniecia „szybkosci” zastosowania noza i chemoterapii i tylko po to, zeby rzeczywiste leczenie oslabic.

    „Po operacji miałam mieć jeszcze trzy miesiące chemii i być pod stałą obserwacją. Chemii uniknęłam, ale przez cały rok byłam pod obserwacją. Dziś jestem zdrowa. Wierzę w to, że nie była to pomyłka w laboratorium i, że w wyzdrowieniu pomogła mi szybka reakcja w momencie zauważenia zmiany, a przede wszystkim, że pomógł mi trening psychologiczny, makrobiotyka, modlitwa i silna wiara w to, że wyzdrowieję, że ja się tej chorobie nie dam. Cały czas stosuję dietę, oczywiście nie tak restrykcyjnie, bo nie ma takiej potrzeby – ona zresztą jest znacznie łagodniejsza w tej postaci nieleczniczej. Myślę, że dzięki niej nie tylko jestem bardziej spokojna, zrównoważona, ale także chroniona przed nawrotem choroby. Staram się też w miarę możliwości prowadzić zalecany przez makrobiotykę tryb życia.”

    W Niemczech mafia puscila preparat z jemioly majacy poprawic „komfort” psychiczny pacjenta przy rownolegle stosowanej chemioterapii, a wlasciwie chodzi tu o „komfort” sumienia lekarza majacego jeszcze jakies watpliwosci czy zastrzezenia dotyczace tego perfidnie ukartowanego mordu na raty.

    Aha ! Marzenia o poplynieciu jachtem lacznie z morzem szampana i z przegryzaniem go kawiorem „sprzedaje sie” tez bardzo dobrze przy szkoleniu cymbalow od polis ubezpieczeniowych, tylko wczesniej trzeba je samemu sprzedawac swojej rodzinie oraz wciagnac jeszcze innych marzycieli szerokiej wody.

    Lodowaty prysznic do wytrzezwienia z tych marzen przychodzi wczesniej czy pozniej i zawsze jest brutalny, tak jak chemoterapia.

  3. Można to krótko skomentować – lekarze niszczą zdrowie, a prawnicy prawo.

  4. Stawol ! Oba te „wolne” zawody stworzyli pejsaci po to, zeby wolno im bylo wykanczyc gojow bezkarnie w jednym tylko celu : przejecia wladzy na ludzkoscia i Natura.

  5. Stawol, dlatego coraz więcej ludzi nie słucha się ani jednych ani drugich.

  6. Tom czyżby? Patrząc na ataki na Astromarię to szczerze wątpię…

  7. 27/06/2012 @ 09:12Nieustraszona powiedział/a

    „Stawol ! Oba te “wolne” zawody stworzyli pejsaci po to, zeby wolno im bylo wykanczyc gojow bezkarnie w jednym tylko celu : przejecia wladzy na ludzkoscia i Natura.”

    To zbytnie uproszczenie.

    Wszystkie ludy miały swoich znachorów. To normalna sprawa. Żydzi tak samo.

    Natomiast jeśli chodzi o nowoczesną medycynę tą które nazywa się naukową a która jest FAŁSZYWĄ ŚCIEŻKĄ faktycznie głównie rozwijali i wypaczali ludzie pochodzenia żydowskiego. Ale znowu nie wpadajmy w fikcję, nie tylko oni się do tego przyczynili.

    Rzecz polega na głupocie ludzkiej która zamiast wierzyć Bogu psuje się a potem szuka pomocy u człowieka i trafia w rączki rakarzy.

    Należałoby po pierwsze zrobić porządek w sobie i wtedy żaden lekarz nie groźny.

    Pamiętajmy też że w przypadkach różnych wypadków ta medycyna jednak może ratować życie. Nie mówię że to jest zdrowe, że jest opłacalne, ale jednak tak jest.

  8. @ Etymos: po co nam tłumaczysz takie banalne rzeczy, czy my tego bez ciebie nie wiemy? Po raz kolejny apeluję: zanim zaczniesz się wymądrzać poczytaj ten blog, a będziesz wiedział, że ani razu nie wygłosiłeś żadnej odkrywczej nauki. Kiedyś w podstawówce mieliśmy taką śmieszną czytankę z rosyjskiego (to była jedyna ciekawa i śmieszna czytanka, więc zapamiętałam ją na całe życie). Nazywała się „Znamienityj pławiec Pietkin” i opowiadała w śmieszny sposób o znakomitym radzieckim pływaku, który w czasie wakacji postanowił popływać w morzu. Ledwie zbliżył się do wody rzucił się ku niemu jakiś mądrala, napalony straszliwie, żeby uczyć go pływać. Pietkin rżnął głupa, a tamten udzielał mu podstawowych rad. Boki zrywać.

    Nie wiem, skąd tu przybyłeś, ale my nie potrzebujmy instruktora ani od spraw zdrowego życia, ani tym bardziej od Boga. Misjonarze generalnie mają tu szlaban, jeśli więc przyszedłeś tu po to, żeby głosić Ewangelię lub dowolne inne słowo boże, to zmykaj zanim cię ludzie ostro pogonią.

    Gdybyś zadał sobie choć odrobinę trudu, żeby przynajmniej przewinąć tematy bloga od góry do dołu, to byś tam zobaczył ten tytuł: https://astromaria.wordpress.com/2012/06/05/chrzescijanstwo-widziane-oczami-biografa-rothschildow/

  9. No to ciach babke w piach !, a tak sie przeciez pieknie wszystko zapowiadalo i tylko trzeba bylo walczyc z „wiara” w uzdrowienie, no i jeszcze pojsc do psychologa dla wzmocnienia woli „walki” , bo taka typowa historyjka w stylu hollywodzkim i wyciskajaca morze lez.

    Ciekawa jestem kosztow tej „walki”, bo choc z calym zaangazowaniem nalukowym bogow w bieli i ich bogata retoryka dotyczaca „cudow” nowoczesnej medycyny, to jednak taka „nowoczesna walka” o zdrowie musi duzo kosztowac, no bo badania laboratoryjne, koszt sprzetu medycznego, oplacanie personelu , koszty utrzymania czystosci i portier szpitalny musza zarobic tez kase…, dochodza jeszcze do tego wysokie koszta „pejsatych” badaczy od „lekow” i caly ich marketing w drukach czy „referentow” big farmy…

    Normalnie koncza sie podobne historyjki z happy end, ale nie zawsze, bo w „Love story ” bohaterka” walczaca z „rakiem” tez przegrala w przeciwienstwie do roznych tez „bohaterskich”, bo uczciwych adwokatow, dziennikarzy czy szeryfow w roznych bajkach hollywodzkich…

    Zycie jak widac, to nie hollywood tylko dno piekla na ziemi i bohatersko wykreowana „gwiazda” od walki z rakiem musiala poniesc kleske, a co najgorsze ze osoby biorace z niej przyklad moga albo poszly zachecone taka reklama chemii i skalpela juz do piachu !!!
    O to przeciez chodzi koszernej mafii majacej w mackach mendia i zeitungi, ktore dodatkowo nakrecaja ten smiertelny „interes” !!!
    Podobnie bylo w 2009 roku, kiedy to wszystkie pejsate mendia w Germanii rozsiewaly panike przez swiniaka i namawialy do masowych szczepien !

    Plakaty z kichajacym nosem i zacheta do szczepien byly nawet rozwieszone w sraczach przy autostradach !!!

    Najlepszym psychiatra i skierowanym tylko do dochtorow powinno byc ich wlasne sumienie, pomimo tego, ze na studiach im wmawiano obojetnosc zawodowa, robiono „testy” na zwierzetach, bo tak musi byc dla „dobra” pacjentow, ze pacjenci musza masowo i w wielkich cierpieniach umierac na wskutek chemioterapii czy innych nowoczesnych narzedzi tortur, bo majac oczy nie widza cierpien ludzi, ktorzy z zaufaniem przyszli do nich po pomoc.

    Maja tez uszy i nie slysza jekow katowanych poprzez chemie i skalpel w bestialski i koszerny sposob ludzi, nie slysza i dlatego nie chca zrozumiec blagan zwyklych ludzi o pomoc humanitarna bez dodatkowych szkod na zdrowiu doprowadzajacych do utraty zycia , o zrozumienie potwornego strachu przed smiercia tych, ktorzy bedac juz schwytani w macki koszernej mafii podswiadomie i prawdziwie czuja go i tu zaden psycholog czy psychiatra oplacany tez przez mafie nie pomoze, tylko uzalezni nastepna ofiare psychotropami tworzac dodatkowa narkoze na jawie.

  10. @ Maria: takie teksty wklejamy w zdrowotnym Hyde Parku lub pod stroną „Szczepienia”.

    Znam ten tekst, bo krąży od kilku dni po Facebooku. Próbowałam ustalić autora lub jego źródło, ale nadaremnie. Przemyślę, czy dać go na stronę główną bloga, ale najpierw muszę przestudiować materiały sejmowe.

  11. Kefir puknij Ty się w głowkę! Mario, naprawdę zaczynam Ci współczuć. Kuźwa zaszczuwają Cię z każdej strony. Proszę Cię jednak abyś nie wchodziła w polemikę z Kefirem! Mam wrażenie, ze on jakiś opętany jest. Nie wiem przez co, albo przez kogo, ale tak się normalny człowiek nie zachowuje!

  12. Iza – a czy kobieta, która dokonałaby aborcji i popiera to, nie jest opętana? jak to mawiają – kto bez grzechu..

  13. Ja nie popełniłam aborcji i nie potępiam kobiet, które to zrobiły. To jest sprawa miedzy nimi a Bogiem. Kobiety od zawsze dokonywały aborcji. I nic na to nie poradzisz. Biedne kobiety nie kupują środków wczesnoporonnych na allegro. Wchodzą do wanny z gorącą wodą, skaczą ze stołu i czy z innej wiekszej wysokości. Albo rodzą i mrożą zwłoki a potem kiszą w beczkach. Niektóre palą w piecach, albo wyrzucaja na smietnik. Czy Astromaria albo ja jesteśmy temu winne?

  14. typowa feministyczno – neo-lewicowo – NWO retoryka.. nawet dobór słów i argumenty te same. a rzekomo tak walczycie z tym.

  15. Kefir: za szczerego serca Ci wybaczam. Nie musisz mnie przepraszać, ale Astromarię powinieneś! Utknąłeś w jakimś amoku pod tytułem: kto się nie zgadza z Kefirem2010 jest za NWO, jest feministą, lewicowcem, okultystą… coś pominęłam? Idź chłopie ochłoń, przejdź się… bo naprawdę „nie wiesz co czynisz”.

  16. Kefir2010, co Cię boli? Po co wpadasz na cudzy blog, żeby obrażać gospodynię i jej gości? Zapraszał Cię ktoś? Skoro nie masz nic mądrego do powiedzenia, to idź pojeść hamburgera w MacKwaku, kup czipsy i pooglądaj telewizje, tam same kolesie po fachu występują

  17. Kilka dni spędziłam w Polsce. W moim mieszkaniu czekało na mnie zaproszenie z Centrum Usług Medycznych FADO:
    „Rok urodzenia daje Pani nowe możliwości. Po raz pierwszy mogę bowiem Panią zaprosić na bezpłatną mammografię (prześwietlenie piersi) wykonywaną w ramach Populacyjnego Programu Wczesnego Wykrywania Raka Piersi, finansowanego przez Narodowy Fundusz Zdrowia…” Dalej bzdety i na koniec;”W mammobusie oczekuje na Panią miła niespodzianka, przygotowana przez naszego Partnera, firmę kosmetyczną Z….”.
    Jedna z polskich sąsiadek przyznała mi się, że wykryto u niej raka piersi, 5 lat temu amputowano jej jedną pierś, że wcześniej systematycznie chodziła na usg piersi i mammografię, a guzka i tak wyczuła sama. Szkoda słów co jeszcze mówiła.
    Wróciłam do Dublina a tu przy centrum handlowym stoi nowiusieńki mammopojazd: http://www.breastcheck.ie
    Dziewczyny, akcja jest zmasowana.

  18. Niedługo na tej planecie zostaną sami mądrzy, bo głupi dadzą się wymordować. Syjonistyczne elity również zostaną zlikwidowane, bo stały się zbyt widoczne i na nich skupi się rosnąca nienawiść głodnych i poniżonych. Nie denerwujcie się, wszystko będzie dobrze. Nikt tych ludzi nie zmusza do badań, leczenia, operacji ani do picia Coli. Robią to wszystko z własnej, nieprzymuszonej woli. Każda próba powstrzymania ich przed szkodzeniem sobie wywołuje ich agresję, więc nie warto się narażać na pobicie, niech robią co chcą. Jeśli jest im pisane zmądrzeć, to zmądrzeją, a jeśli nie, to trudno. Taka karma. W następnym życiu będą mieli kolejną szansę.

  19. Myśle podobnie. Bo co jeszcze można zrobić. Prowadziłem blog, poświęciłem wiele godzin na zbieranie różnych informacji, przetłumaczyłem kilka tekstów z angielskiego ale to i tak nic w porównaniu z tym ile czasu poświęca tej robocie np. Red.

    Zamiast tego mogłem w tym czasie z dupą siedzieć na kanapie i czytać relaksujące książki.

    W pracy się ze mnie nabijają, że przepłacam za żarcie organiczne. W moim towarzystwie urodziło się ostatnio kilku dzieciaków, szczepią je na potęgę a moje gadki idą na nic.

    Prędzej czy później człowiek przyjmuje takie stanowisko jak powyżej opisała Astromaria, bo inaczej można zwariować.

    A można pomyśleć i ostrzej: w dupie z nimi, niech zdychają jak chcą. Informacje są dostępne. Nikogo na siłe zbawiać mi się nie chce. Z drugiej strony, wiedzę którą mam cieżko zdobyłem i mogę się z nią dzielić tylko jak widzę, że ktoś naprawdę jest zainteresowany. Inaczej to strata czasu. Na moim blogu jest prawie wszystko od A do Z. Powtarzać mi się nie chce i ciągle pisać o tym samym.

  20. @Marcus
    Mam dokładnie takie same zdanie i doświadczenia. Bliską osobę z rodziny próbowałam delikatnie skierowac na tor zmiany diety pod kątem poprawienia dolegliwości z którymi się boryka i które bardzo ją męczą, tak że żal mi jej i chciałabym ją wspomóc. Nie mówiłam nic szokującego ani żadnych „herezji” z jej punktu widzenia. Nie powiedziałam: „znam dietę cud, która sprawi, że ozdrowiejesz!”, nie obiecywałam gruszek na wierzbie. Tylko próbowałam delikatnie zasugerować, ze są także inne sposoby i można spróbować zmieniać własną dietę i się obserwować. W końcu co jej zależy i tak jeść musi, więc nic jej to nie będzie kosztowało. Jaka była reakcja? Otóż nawet nie pozwoliła mi zdania dokończyć, nie była nawet zainteresowana, tylko od razu ucięła: „Ale to nic nie da!” i było słychać zdenerwowanie w głosie. Kobieta nie wysłuchała do końca, ale już wiedziała, że to lipa. I wiesz, co? Jakiś krótki czas mnie to żarło, a potem z kolei ja poczułam się „wyleczona” z dobrych intencji pomagania ludziom (zresztą co jest wybrukowane dobrymi intencjami o tym mówi przysłowie). To już nawet nie jest betonowy umysł – to jest umysł jak schron przeciwatomowy. I na co ja się mierzę, ja chcę to przebić!?? Czy ja zwariowałam?? A poza tym trzeba pozwolić ludziom samym dochodzić do pewnych rzeczy. Ja na przykład jestem cholerykiem i lubię szybkie działanie, ale jak ktoś jest flegmatykiem to nie można go popędzać tylko trzeba uszanować jego tempo i go nie popędzać. Najgorzej jest uszczęśliwiać kogoś na siłę, więc zupełnie straciłam zainteresowanie oświecaniem ludzi 🙂 A poza tym „chcącemu nie dzieje się krzywda”. A i tak widzę, że pewne rzeczy już w tej osobie zakiełkowały, bo zrozumiała, ze jedzenie cukru jest niezdrowe i nieobojętne dla organizmu i przestała doprawiać zupy wszelkimi „vegetami” i innego rodzaju polepszaczami, bo jak sama zauważyła, ma po tym problemy żołądkowe, więc pomalutku chyba i tak dojdzie 🙂
    A jak kogoś nie znam i nie wiem jak reaguje na te wszystkie „teorie spiskowe” i alternatywne leczenie to stosuję metodę Kałużyńskiego, mianowicie rzucam półżartem, półserio jakieś hasło i po reakcji od razu widzę, czy grunt jest podatny, czy raczej lepiej się nie wychylać z takimi tematami 🙂

  21. Tak jest moi drodzy za de Mello „nie uczy się świni śpiewu”, a za Jezusem „nie rzuca się pereł przed wieprze”. Ja tam czasem się udzielam haha, i zawsze spotykam się z agresją. Poruszam święte tabu, uświęcone myśli i koncepcje i już ze mną na stos :)).Agresji nie przyjmuję, odsyłam przesyłki :)) ale mam kumpla który wyszedł z ortodoksyjnego katolicyzmu :)). Widzę w nim jeszcze walkę, bo zastanawia się nad rozmową z teologiem katolickim, bo mu wszystko przestało grać w katolicyzmie hahah. Ja mu odradzam, bo może się skonfliktowac wg GNM i rozchorować:). Jednak dialog z nim nie polegał na narzucaniu tematu, on chyba musiał być gotowy, bo sam rozmowę przerzucał na pewne kwestie. Ja natomiast odpowiadałam mu, że szanuję jego religię, nie wiem naprawdę jak jest naprawdę, ale moje doświadczenie wykazuje że……

  22. @Alex

    „(…) A jak kogoś nie znam i nie wiem jak reaguje na te wszystkie “teorie spiskowe” i alternatywne leczenie to stosuję metodę Kałużyńskiego, mianowicie rzucam półżartem, półserio jakieś hasło i po reakcji od razu widzę, czy grunt jest podatny, czy raczej lepiej się nie wychylać z takimi tematami”

    Dokładnie to jest dobra metoda. Nic na siłę.

    Co do blogów alternatywnych to ich istnienie ma o tyle sens, że nowo wybudzony ma w nich oparcie i wie, że nie jest sam i nie zawariował. Tak jak ja miałem oparcie w blogu Astromarii, pomimo, że już dużo wcześniej sam do pewnych rzeczy doszedłem to cały czas czułem się jak bym stąpał po niepewnym gruncie. Dopiero to całe towarzystwo „Astromaryjne” które tu spotkałem ponad trzy lata temu dało mi silne podstawy żebym uwierzył w to w co już wiedziałem ale wierzyć mi się do końca w to nie chciało.
    Aczkolwiek sam autor takiego alternatywnego bloga może czuć się już zmęczonym powtarzaniem oczywistych dla niego komunałów. Dlatego nie dziwię się Astromarii kiedy w jej komentarzach można znaleźć ton złości czy irytacji i czasami bywa ostra.

    @Iza40

    „(…) ale mam kumpla który wyszedł z ortodoksyjnego katolicyzmu”

    Ja wychodziłęm z tego parę lat i to czasami jest długi proces. Teraz się nie boję a kiedyś srałem w gacie, że jak sięgnę po literaturę ezoteryczną to mnie diabeł opęta.

  23. Marcus, Alex, Astromaria tak napisała w jedenj ze swoich notek („Swiat jest innym, niż myślisz”):
    „Niestety, z uwagi na psychologię człowieka i to jak zbudowana jest ta planeta, prawdę najlepiej trzymać wyłącznie dla siebie na swoim własnym prywatnym poziomie. Jest praktycznie niemożliwym, aby czysta prawda, która jest często niewygodna lub nie do ogarnięcia dla innych, stanowiła temat do dyskusji w szerokim gronie. W takim przypadku, prawie zawsze zetkniemy się z osobami, które usilnie będą starały się zdyskredytować informacje, które odbiegają od schematów światopoglądowych. Wygodniej i lepiej dla każdego z nas jest żyć swoimi przekonaniami i nie dzielić się nimi z innymi. Oczywiście byłoby wspaniale dzielić się, ale szanse na to, że zostaniemy zrozumiani przez wszystkich, są minimalne. Nie warto także stawiać sobie za cel, próby przekonania innych do naszych poglądów. W rzeczywistości, to inni mogą łatwiej przekonać nas, że nie mamy racji. Tak działa ten system.

    Celem jest własne przebudzenie. To TY stanowisz cel tej gry. Żaden człowiek nie ma dostatecznych możliwości i sił aby “ratować z letargu” innych ludzi. Musimy martwić się o własne przeznaczenie”.
    I ja od dziś przestaję rozmawiać z innymi o tym, co wiem. jak będa gotowi, to posłużę im jako przyklad. Po prostu.

  24. Kalandrafel ! W moim „przypadku” potwierdzam obserwacje z nieprzyjemnosci wybudzania spiacych i czasami zastanawiam sie, czy lezy to w „metodzie” walenia glowa o sciane z …betonu, no bo jak tu dojsc do kogos, ktory jest wiezniem swojego wlasnego „rozumu” czyli narzuconych mu sila schematow czy „wierzen” wbrew jakiekolwiek logice ?

    Zaczelam tez „siac” ziarna watpliwosci u „moich” oponentow, mowiac, ze przeciez sami tego w co „wierza” nie wymyslili i nie sprawdzili PRAKTYCZNIE czyli swoja ignorancja faktow sami doprowadzaja sie do ruiny ekonomicznej i zdrowotnej traciwszy czesto mlode jeszcze zycie.

    Takie rozne „zakute lby” trzeba brac na „fermentacje” mowiac im, ze jesli majac wolna „wole” zgadzaja sie na wszystko, co im pejsaci wetkna pod oczy,uszy i nos placac jeszcze za to, to nic dziwnego, ze pozniej beda plakac, poprzez wlasna naiwnosc, ktorzy, jak male dzieci „wierza” w swietego Mikolaja przynoszacego prezenty tym „grzecznym”, bo stosujacych sie do zabiegow „trenerow” duszy w domu , szkole czy na religii.

    Wedlug rzymskiej starej zasady : Chcacemu nie dzieje sie krzywda , bo skoro „chcacy” dorosly chce miec rozne zabawki dla duzych dzieci, to musi tylko grzecznie pracowac, pracowac i jeszcze raz pracowac placac podatki i skladki na „pewnosc” jutra czy emeryture, bo mu tak przeciez slodkopierdzaco obiecywano i zapewniano przysiegajac na biblie, ze to dla jego dobra i sam nie musi sobie lamac swojej i tak „wierzacej” we wszystko duszyczki pragnacej przez to miec „swiety” spokoj od roznych „wariatow” opowiadacym im jakies „okrutne teorie spiskowe” !

    Podobna sytuacja byla w Niemczech przed druga wojna swiatowa, kiedy to w masowej hipnozie „wierzono” i przyklaskiwano temu „ich” przywodcy z wasikiem prowadzacego ich do „wielkich” Niemiec z wysylaniem milionow niemieckich gojow na rzez gojow slowianskich, ze spiewem na ustach i z ….blogoslawienstwem Watykanu , a z wieloma popami z drugiej strony.
    Po ostrym wybudzeniu Niemcow pytano sie ich, dlaczego przyklaskiwali masowo Hitlerowi kolaborujac z nim , a oni odpowiadali slodko i naiwnie, ze przeciez nie ….wiedzieli.

    Dlatego glupi slepo „wierzac” I placac czesto wlasnym zyciem musi sam tez zaplakac , wczesniej czy pozniej, o ile mu sie nie rozpocznie „switanie” w jego wlasnej glowie pod wplywem wczesniej slyszanych ostrzezen, bo Hitler wcale wojny jeszcze nie przegral i tak jak zaplanowal wielki oboz jewropejski lacznie z kartelem naftowo – chemicznym, to takim go teraz tu opisujemy , pomimo „milczenia owiec” zahipnotyzowanych propaganda sukcesu … czyli sukcesu Hitlera i jego nastepcow na wszystkich frontach walki morderczymi dla gojow..

    Polecam obejrzenie zdjec Hitlera, po zdjeciu jego maski „samobojczej” dla glupich mas, bo on sobie jeszcze dlugo zyl cieszac sie swoim „szczesciem” z rodzina i z wygranej dla mafii wojny prowadzonej do dzisiaj !!!

  25. Tak się składa, że mam tą książkę 🙂 Będę musiał poszukać tych fragmentów. Zawsze jednak miałem wrażenie, że Wojtyle ciasno było w tych okowach katolicyzmu. Później już się przyzwyczaił do tego przyciasnego ideologicznego sweterka. Resztę zrobili kardynałowie wokół, Wojtyła był i czuł się osamotniony. Ale jednak forsował idee: Tylko Chrystus w osobie Jezusa z Nazaretu.

  26. Przekonując innych zwykle przekonujemy przede wszystkim siebie samych, żeby się utwierdzić w swoich nowych poglądach. A kiedy te poglądy stają się ugruntowane, tracimy potrzebę dyskutowania. Kiedy odchodzimy od Kościoła musimy sobie wciąż powtarzać, że Kościół i jego bajki są be, kiedy przechodzimy na wegetarianizm musimy sobie powtarzać, że mięso jest be, a dieta bezmięsna cacy. Kiedy budzimy się z Matrixa chcemy, żeby inni byli z nami, więc budzimy ich na siłę. Niestety, takie działanie może być zgubne, bo ściąga na nas gniew śpiochów, którym jest dobrze w tym śnie. Kiedy rano w niedzielę ktoś robi hałas i na siłę zrywa cię z łóżka wkurzasz się i rzucasz w niego ciężkim przedmiotem – wiedzą coś o tym moje koty, które o świcie nie raz zostały potraktowane pistoletem wodnym, żeby się uciszyły.

  27. Z książki Wojtyły to mi się podoba najbardziej:

    „Teza 28:
    Dlaczego człowiek z taką łatwością stworzył sobie duszę? Ponieważ nie została stworzona z niczego, lecz z istniejącej materii: w zwierzęcej duszy rozwijało się filogenetycznie to, co otrzymała ona od swych rodziców, przodków, od małp i [w tym procesie] mogła się jedynie ulepszać”.

    Skomentować się tego nie da, w każdym razie ja wymiękam.

W tym blogu komentarze są równie ważne jak teksty na stronie głównej, dlatego bardzo proszę o trzymanie się tematu! Wolną dyskusję prowadzimy w Hyde Parku, a o zdrowiu w Zdrowotnym Hyde Parku. Jeśli Twój komentarz się nie ukazał przeczytaj zasady komentowania bloga (patrz strony na górze bloga). Komentarze nie na temat będę kasować, a awanturników banować!

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s