KOSMICZNA BAJECZKA II

Autor: Obywatel

wersja dla tych, którym trudno wyjść poza chrześcijański paradygmat pojęciowy

Istnieje wiele bajeczek, które próbują w taki czy inny sposób wyjaśniać lub (próbować wyjaśniać) to, jak powstał wszechświat, czym jest Byt i co my do tego wszystkiego mamy. Bajeczki rodzą się z potrzeby narracji, właściwej ludziom różnych kultur i społeczeństw. Bajeczki mają w sobie również pewien pierwiastek mitu. Opowiadanie różnych bajeczek odsłania bowiem przed nami ukryte, nieuświadomione pragnienie dotarcia do bajeczki, od której wszystko się zaczęła. Jakby powiedział Mircea Eliade, w kulturze tradycyjnej każda narracja jest tylko zniekształconym odbiciem Pierwszej Narracji – czyli bajeczki która pojawiła się na samym początku, bajeczki która jest ostateczna. Mit to właśnie owa Pierwsza Narracja, nieskażona przez zniekształcenia, przekazana w najczystszej formie. Bruno Schulz dobitnie wyłożył to w swoich licznych opowiadaniach, między innymi w „Republice Marzeń”, więc nie będę po nim powtarzał. Dla lepszego odbioru mojej bajeczki warto po prostu odrzucić potoczne rozumienie „mitu” jako czegoś fałszywego i z gruntu zabobonnego i skierować się w stronę fenomenologicznego ujęcia narracji mitycznej jako próby wyjaśnienia tego, co niewyjaśnialne.

Kosmiczna Bajeczka” autorstwa Astromarii dla wielu pozostaje z pewnością niezrozumiała. Kiedy czytam różne komentarze na tym blogu, wydaje mi się, że po pierwsze większość jej nie przeczytała, a po drugie, nawet gdyby ktoś ją przeczytał, można z łatwością domyśleć się jego reakcji. Dzieje się tak dlatego, że wbrew temu, co niektórzy twierdzą, zostaliśmy całkowicie ukształtowani przez pewne wzory kulturowe właściwie pewnemu kręgowi w którym się znajdujemy i choćbyśmy nie wiem jak daleko od nich uciekali, te są w nas mocno zakorzenione.

Pomyślałem o tym, że ja też przecież mogę opowiedzieć bajeczkę – tylko odrobinę bardziej „przyswajalną” dla tych, którzy pojęcie Boga i w ogóle pojęcie Istoty Nadrzędnej utożsamiają z pojęciem chrześcijańskim i nijak nie dają sobie rady z „odkojarzeniem” pewnych pojęć. Dotyczy to głównie rozmaitych nawiedzonych ateistów, którzy przeszli w przeszłości istne piekło i odeszli od religii, a mimo to nadal kieruje nimi lęk i uprzedzenie, każące „z automatu” ignorować samą ideę istnienia wyższej, inteligentnej istoty tylko dlatego, iż owo pojęcie kojarzy się ze znienawidzonym „Bogiem”.

Innym motywem powstania bajeczki były moje rozważania na temat aktualnej kondycji duchowej człowieka. Jedyny wniosek do jakiego doszedłem to ten, że „ktoś coś spieprzył na jakimś etapie”, ale tak naprawdę nie wiadomo kto i na jakim.

——

Dawno temu (a właściwie ani „dawno”, ani „temu”, bo sprawa działa się poza czasem i przestrzenią, czy też, jak kto woli, ciągle się dzieje na pewnej płaszczyźnie, nigdy nie skończona i nigdy nie zaczęta) Wyższa Inteligencja zaplanowała stworzenie wszechświata. Tak naprawdę żadne pojęcia dobrze tego nie oddadzą, bo niczego nie zaplanowała i niczego nie stworzyła (do tego potrzebny byłby jej czas, a tego, jak wiadomo, nie „było”), ale powiedzmy tak umownie. Inteligencja „zrobiła” to, bo zrobić to niejako musiała. Będąc inteligencją samą, nie miała żadnego punktu odniesienia – żadnego „lustra”, żadnej manifestacji. Proces zaszedł niejako automatycznie, a przypominał bardziej coś w rodzaju rozmnażania się przez podział i pączkowanie, niż „wyłonienie się z bezkresu chaosu czystych Idei”. Przyczyna nie jest znana, bo prawdopodobnie jej nie było. Inteligencja najwidoczniej nie mogła istnieć sama dla siebie i w sobie. „Dzieło Stworzenia” zaszło tak, jak zachodzą naturalne procesy w przyrodzie. Nie „przypadkiem” więc, ale i nie za pomocą jakiegoś odgórnego „planu”.

Inteligencja po prostu zmultiplikowała siebie tak, by samej sobie jawić się jako zespół bytów. Wszystkie one z osobna miały Jej cechy, a Ona dzięki temu poznawała samą siebie. Odkryła, że w swojej naturze nie była dobra ani zła – była po prostu nieskończonym potencjałem. Dzięki temu, że odbijała się w mikrokosmosie każdej swojej części, wszechświat robi wrażenie organizmu zintegrowanego.

Tak, można powiedzieć że jest to pogląd o korzeniach panteistycznych, jednak nikt z tych, którzy wiedzą czym jest panteizm, nie powie że „bajeczka jest panteistyczna”. Nie jest.

We wszechświecie panuje wolna wola, więc Inteligencja jako taka (nadal dość „mocna” w samej sobie), nie „ingeruje” świadomie w żadne procesy. W naturalny sposób „wszelki duch” dąży po prostu do równowagi. Kiedy coś ją zakłóca, następuje naturalny proces dążący do jej przywrócenia. Jak homeostaza i działania układu odpornościowego walczącego z drobnoustrojami.

To szerokie tło opowieści, można je właściwie pominąć. Nas interesować będzie pewien jej fragment, którzy w szczególny sposób narzuca się energii skupionej w pobliżu tak zwanej planety Ziemia. Postarajmy się teraz na chwilę zapomnieć w ogóle o poprzednich akapitach i opowiedzieć wszystko od nowa. Tamtego nie było, precz, sio!

Pewnego razu istota zwana Pambukiem (zapis fonetyczny poparty empirią) postanowiła stworzyć świat. Nie było wtedy czasu ani przestrzeni, ale miały się pojawić. Pochodzenie istoty nie jest do końca jasne, ale liczne źródła utrzymują, że jest ona osobą. Bycie osobą nie przeszkadza jej w byciu wszechobecną, ale to już detal. Nie przeszkadza jej to również przyjmować postaci gorejącego krzaka lub grzmotu, ani też chwytać proroka Ezechiela „ręką”. Pambuk, jak dobrze wiadomo, jest nieodgadniony i nieodgadnione są jego zamysły. Wychodzi na to, że jest istotą bez biografii, która posiada zdolność transformacji.

Pambuk według źródeł „wystarczał samemu sobie”, ale nie mógł sobie odmówić odrobiny zabawy. Stworzył materię, świat i zwierzęta, podkreślając że owe wytwory żyją własnym życiem na zasadzie opisanej przez Umberto Eco w eseju „Dzieło Otwarte”. Są naznaczone ręką rzemieślnika, ale nie noszą jego cech.

Wiadomo że Pambuk stworzył sobie do pomocy zastępy anielskie – chciał prawdopodobnie, na wzór Tolkienowskiego Eru Iluvatara, w chłodne niebiańskie noce słuchać ich przepięknych głosów. Jednak jeden z tych głosów śpiewał fałszywie, zupełnie jak Melkor – nie wiadomo czy to dlatego, że Pambuk stworzył coś niedoskonałego (sam był doskonałością) czy dlatego, że w swojej doskonałości przewidział on miejsce dla przeciwwagi. Coś poszło nie tak, choć podobno doskonali nie mają prawa się mylić i, jak śpiewał Jacek Kaczmarski:

Chóry śpiewały, milczał głos
Który powinien wszystko wyjaśnić
Szły tłumy białe
Nad umowną krawędź przepaści

Zaaranżowano strącenie w otchłań Lucyfera (to ten niepokorny aniołek), który sam przyznał sobie we władanie królestwo piekielne. Nie wiadomo skąd się ono wzięło, bo Lucyfer nie będąc bogiem nie mógł niczego stworzyć (źródła mówią, że manicheizm to herezja), ale tak już się stało. Widać było zawsze obecne w planach Wszechmocnego.

Ów tymczasem, być może rozczarowany porażką, zapragnął czegoś materialnego i namacalnego. Stworzył człowieka, według źródeł, „na swój obraz i podobieństwo”. Człowiek był wyposażony w zestaw full wypas nadający się idealnie do rajskiej egzystencji. Potem Pambuk pomyślał, że przyda się człowieczyca, no i uczynił jak zamierzał. Kazał biegać ludziom po raju nago – podniecało go to, że nie mógł się powstrzymać i podglądał ich, gdy gzili się na miękkiej trawce.

Człowiek nie był jednak doskonały – Pambuk z premedytacją „władował” mu pod maskę skłonności do dewiacji i ulegania pokusom. Najwidoczniej pomyślał, że oto będzie się coś działo. Na wszelki wypadek wyposażył go w cały zestaw skłonności do agresji, co miało dodatkowo uatrakcyjnić zabawę (wiadomo, że Lucyfer nic człowiekowi dać nie mógł, skłonności do „złego” musiał więc zasiać sam Pambuk). Tak oto rozpoczęła się pierwsza edycja kosmicznego Big Brothera w której Adam i Ewa zostali nominowani do opuszczenia domu. W tym okresie stwórca zaczął zdradzać objawy rozdwojenia jaźni lub choroby dwubiegunowej. Źródła podają, iż powiedział on: „oto człowiek stał się taki jak MY”.

Pambuka cieszył też incydent z Kainem i Ablem – podobało mu się do tego stopnia, że postanowił Kaina nie karać, lecz naznaczyć go znamieniem tak, aby nikt nie mógł Adamowego syna zabić. Biorąc pod uwagę, że Pierwsza Para oraz dwójka ich dzieci stanowiła całą populację Ziemi, Kain musiałby się nieźle nabiegać w poszukiwaniu tych, którzy chcieliby mu zrobić coś złego.

Fakt, jakoś tak za mało tego ludu tutaj – pomyślał Pambuk i dał rozkaz człowiekowi, by ten mnożył się na wzór króliczy (liczne źródła parafialne powielają ten pogląd do dziś). Nie wyciągnął nawet konsekwencji za akt kazirodztwa, który był zapewne konieczny do multiplikacji materiału genetycznego.

Potem działy się różne cuda i dziwy – Pambuk postanowił rozkręcić reality show na całego i postawił sobie za punkt honoru wywołanie kilku krwawych jatek. W tym celu wybrał sobie najpierw pewne ludzkie plemię i z sobie tylko znanych powodów faworyzował je ponad inne. Akcja się rozwinęła – Pambuk na przemian to doświadczał swój lud ile fabryka dała, to znów pozwalał mu triumfować nad wrogiem. Podczas spotkania z Mojżeszem dał ludziom zbiór jedenastu… przepraszam, dziesięciu praw, do których poczynił monstrualne adnotacje. Pech chciał, że do dnia dzisiejszego owe przypisy nie przetrwały. Wieść gminna niesie, że na przykład „Nie zabijaj” było wyłącznie tytułem kodeksu, który zawierał liczne paragrafy typu: „chyba że istnieje uzasadniona konieczność”, „chyba że to dotyczy zwierząt”,  „chyba że jest wojna”. Zdumiewające jest, że pokoleniowa wiedza o owych treściach przeżyła same źródła i do dziś prawa Pambuka są przestrzegane łącznie z niepisanymi adnotacjami.

Pambuk lubił zabawę – sprawiało mu psychopatyczną przyjemność patrzenie na wyrzynające się nawzajem plemiona Izraela, przeżywał Exodus niczym „Underground” Kusturicy, ostro kibicował „swoim” kiedy waliły się mury Jerycha. W tajemnicy spiskował za plecami jednych w interesie drugich – na przemian, by zabawa zbyt szybko się nie skończyła. Trwało to przez wieki.

W tym czasie Pambuk lubił sprawdzać, czy ludzie są mu posłuszni. Co prawda żyli oni własnym życiem, jednak musieli przyznać, że conieco mu zawdzięczają. Stawiał ich więc przed trudnymi wyborami – skoro należeli do niego, to mógł wszak robić z nimi co chce. Abrahamowi włos zjeżył się na głowie kiedy zażądano od niego złożenia ofiary z jego syna, Izaaka na górze Moria. Nie tylko dlatego, że żądanie było nacechowane absurdem – również dlatego, że miało to być całospalenie, które w myśl żydowskich wierzeń, odbiera szansę na zmartwychwstanie. Skończyło się na strachu i deklaracji niesamowitego posłuszeństwa. Pambuk śmiał się setnie w duchu z tych idiotów, którzy byli gotowi zabić własnego syna w imię służby takiemu degeneratowi jak on.

Zachowania Pambuka cechowała kompulsywność i porywczość – kiedy prowadzone przez ludzi wojenki nie szły zgodnie z planem, sam interweniował za pomocą ognistych kul i błyskawic. Swoją mętną wolę przekazywał staruszkom, których lud zwał potem prorokami.

Pambuk lubił tego, którego ludzie zwali Szatanem. Lubił grać z nim w squasha i pić gin z tonikiem gdzieś pośród chmur. Rozumieli się dobrze, ale żaden z nich nie lubił oddawać pola – dało się wyczuć ducha rywalizacji. Pambuk był co prawda na lepszej pozycji, ale dawał przeciwnikowi czasem wygrywać po to, by zmiażdżyć go druzgocąco w drugiej partii. Do historii przeszła zabawa w „udręki Hioba”. Pambuk zalożył się z Lucyferem, że ten oto człowieczek jest na tyle ograniczony umysłowo, że wytrwa przy Stwórcy choćby nie wiadomo co się stało. Cierpienia spadały na Hioba (Joba) jedno za drugim – Szatan uśmiechał się złowieszczo gdy widział jak Pambuk kładzie do piachu siedem córek i siedmiu synów pobożnego człowieka, które co prawda niczym nie zawiniły, ale cóż, life is brutal.

Po wielu wyniszczających wojnach na bliskim wschodzie, Pambuk ze smutkiem odnotował, że wraz z ekspansją Imperium Rzymskiego, robi się na tym świecie coraz nudniej. Co prawda popierał on dążenia Cezarów, nie przypuszczał jednak, że ich celem jest utrzymywanie względnego ładu, nie zaś nieustanne podboje. Nie było już tak łatwo podburzać jednych przeciw drugim.

Zniechęcony sytuacją postanowił zagrać strategicznie. Gwałcąc jedną z żydowskich kobiet, zesłał na świat swojego potomka, w którym widział podżegacza nowej rebelii. Synek miał jednak gadane po matce i inteligencję po tatusiu –  zamiast przygotować powstanie przeciw Rzymowi, zaczął gadać coś o miłowaniu bliźniego. To musiało być dla Pambuka bardzo irytujące. Ale przewidział taki obrót spraw i grał na czas.

Kiedy synuś dorósł, Pambuk dał w łapę komu trzeba i zadbał o to, żeby śmierć Jezusa oglądały tłumy zgromadzone przed radioodbiornikami. Cieszył go widok legionistów rzymskich batożących pokrwawione plecy „mesjasza”. Wcześniej bowiem ogłosił poprzez różnych swoich pośredników, iż dawny okres jego rządów był okresem błędów i wypaczeń, a cały nasz kraj stanął nad przepaścią i uczynił poważny krok naprzód. Nowa polityka miłości przyjęła się i ku uciesze Pambuka, rozsierdziła Nerona, który rozpoczął masowe prześladowania.

Pambuk znudzony długowiecznością Imperium, pomógł mu wydać ostatnie tchnienie i przerzucił się na północ Europy. Wiedząc o tym, że w wielu miejscach świata ludzie nie są mu posłuszni, już wcześniej przezornie za pośrednictwem niejakiego Konstantyna postanowił stworzyć aparat do walki z odmiennością światopoglądową. Udało się – przez ponad dziesięć wieków aparat ów był nadrzędną siłą polityczną, ekonomiczną i militarną świata.

Reszta bajeczki jest znana wszystkim czytelnikom – zarówno „oświeconym” materialistom, jak i wieloletnim członkom Kółka Rybackiego sp. z.o.o. założonego około roku 35 n.e. z inicjatywy niejakiego Petrusa.

Pewne pytania nasuwają się wręcz od razu: czy porównując obie te bajeczki można powiedzieć, że stanowią dwa warianty opowieści o TYM SAMYM wydarzeniu? Czy aby na pewno można powiedzieć, że Wyższa Inteligencja i Pambuk to dwie manifestacje tego samego i nieprawdą jest, że jedna jest raczej pierwotna wobec drugiej?

Proszę wszystkich radykalistów światopoglądowych oraz resztę „cnotliwych i dobrych ludzi” o rozważenie sobie tego w zakamarkach własnej duszy.

Dziękuję za uwagę.

104 myśli nt. „KOSMICZNA BAJECZKA II

  1. Atlantyda została zniszczona. Jedna z wersji głosi, że to na skutek „gniewu bogów”. A co tak wkurzyło tych bogów? MODYFIKACJE GENETYCZNE, dokonywane przez ludzi!!! Centaury, minotaury, zwierzęta z ludzkimi głowami i ludzie ze zwierzęcymi – wszystko to można zobaczyć na tabliczkach. Człowiek wykradł bogom sztukę tworzenia GMO, ale był głupi i nieodpowiedzialny. Dlatego dalsze istnienie ludzkości stało się bardzo niebezpieczne. Czy czegoś wam to nie przypomina?

  2. Czy ktos tu jeszcze zaglada?
    Dla tych co chca oszczedzic £ lub $ na zakupie pieciu tomow ksiazki, znalazlem „Material RA” za darmoche w sieci w pdf.
    http://www.llresearch.org/library/the_law_of_one_pdf/the_law_of_one_pdf.aspx

    a tutaj troche po polsku
    http://www.dobreksiazki.pl/b7060-przewodnik-po-materiale-ra.htm
    http://ra-material.blogspot.com/2007/08/oddziaywania-przychodzce-spoza-naszej.html
    Powiem tak, ze wszystkich tego typu channelingów ten brzmi dla mnie najbardziej wiarygodnie. Moja intuicja i rozum w tym przypadku ida razem.

  3. Zgadzam się w zasadzie, jeśli pominąć chrześcijańskie naleciałości z powodu wiary Carli (a może wszystkich z tej grupy), to jak dla mnie jest to bardzo sensowny channeling.

W tym blogu komentarze są równie ważne jak teksty na stronie głównej, dlatego bardzo proszę o trzymanie się tematu! Wolną dyskusję prowadzimy w Hyde Parku, a o zdrowiu w Zdrowotnym Hyde Parku. Jeśli Twój komentarz się nie ukazał przeczytaj zasady komentowania bloga (patrz strony na górze bloga). Komentarze nie na temat będę kasować, a awanturników banować!

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s