Skąd się biorą tyrani

Rozmowa Anny Bikont z Alice Miller

Gazeta Wyborcza, 29/30 maja, 1999

Alice Miller, psychoterapeutka i autorka bestsellerów, od kilkudziesięciu lat mówi to samo: żeby nie bić dzieci. Ponieważ bici na ogół aprobują bicie. Analizowała dzieciństwa wielkich tyranów. Bici byli Stalin, Hitler, Ceausescu, Mao. Jej wykład na sesji „Jak kochać dziecko?” słuchacze nagrodzili owacją na stojąco.

Nie mówię, że wszyscy bici muszą bić – powiedziała mi dzień wcześniej. – Wszystkie krowy są zwierzętami, ale nie każde zwierzę jest krową. Znam takich, którzy byli bici i nie biją. Mówię tylko, że wszyscy, którzy biją, byli w dzieciństwie bici. Tak jak zawsze ten co gwałci, był przedmiotem gwałtu. Jeden z pacjentów, mówił mi tak: „Dawałem mu klapsy, nie pomagało, to biłem mocniej”. Zapytałam: „Jak długo pan go już bije?”. „Od początku. Dziś syn ma 12 lat i cały czas nie widać rezultatów”. Zapytałam, czy może sobie wyobrazić, że kupił sobie odkurzacz, który się zaciął, i on od 12 lat go kopie z nadzieją, że zacznie działać. Roześmiał się, to znaczy, że coś do niego dotarło.

Z reguły im dzieci są bardziej krnąbrne, tym bardziej są bite. Matki mówią mi: „Ja go biłam, jak był mały”. Za tym stoi dość powszechne przeświadczenie, że jak mały, to nie czuje i można wszystko z nim zrobić. Najgorsze jest właśnie znęcanie się nad dziećmi do trzeciego roku życia. Wtedy kształtuje się mózg. W dorosłym życiu stajemy się tym, co wtedy przeżyliśmy.

Alice Miller jest piękną, elegancką kobietą koło osiemdziesiątki. Mówi nienaganną polszczyzną. Zanim zgodziła się udzielić wywiadu „Gazecie”, przepytała mnie ze znajomości swoich książek. Zastrzegła, że nie życzy sobie żadnych pytań osobistych. Polska Żydówka, która przeżyła Holocaust w Warszawie (ujawniła na seminarium, że studiowała filozofię na tajnych kompletach u Tatarkiewicza i Kotarbińskiego), po wojnie zajmowała się psychoterapią w Niemczech, dziś mieszka w Szwajcarii. W Warszawie, gdzie żyje jej siostra, była po raz pierwszy od pięćdziesięciu lat.

Powtarza Pani w swoich książkach, że dziecko poniżane, prześladowane, bite ma gorzej niż więzień obozu koncentracyjnego. Mówi to Pani po to, żeby prowokować, czy myśli Pani tak naprawdę?

– Myślę tak naprawdę. Takie stwierdzenie wydaje się nam przesadne, bo cierpienia ludzi w obozach są nam znane, a cierpienia małych dzieci nie. Więźniowi nikt nie kazał kochać prześladowcy, a dziecko ma kochać i szanować ojca, który je bije. Więzień wie, że cierpi i jest w grupie innych cierpiących. Dziecko bite jest osamotnione, a jego cierpienie nie jest uznawane przez społeczeństwo. Mówi mu się, że to, co się z nim robi, jest dla jego dobra. Ma uwierzyć, że osoba, która się nad nim znęca, kocha je i zasługuje na szacunek. Dziecko nie może reagować w naturalny sposób – za złość, krzyk, płacz zostanie znowu zbite. W ten sposób uczy się je, żeby nic nie czuło. Dziecku pozostaje tylko zaciśnięcie zębów, by nie okazać bólu, czyli wyparcie się samego siebie i identyfikacja z prześladowcą. W przeciwieństwie do dorosłego dziecko nie może sobie recytować z pamięci wierszy, by nie stracić rozumu. Więc pytam Panią, czyje położenie jest gorsze, więźnia obozu koncentracyjnego czy dziecka?

– Przytacza Pani statystyki: 60 procent terrorystów niemieckich okazało się być dziećmi pastorów. Rozumiem zatem, że lepiej, jeśli wychowaliśmy się w rodzinie bijącego alkoholika o niskim statusie społecznym niż w rodzinie bijącego pastora?

– Możliwe, że tak, bo w przypadku pastora dochodzi cały ładunek hipokryzji. Dziecko jeszcze bardziej zmuszane jest do myślenia, że to, co mu się przydarza, jest dobre i święte.

Toż to mały Adolfek, syn państwa Hitlerów

W książce „Zniewolone dzieciństwo. Ukryte źródła tyranii”, która w tych dniach wyszła w Polsce, Alice Miller opisuje, jak postanowiła zająć się biografią Hitlera: „Empatia, to znaczy wczucie się w przeżycia dziecka, ocenianie i rozumienie jego losu, odrzucenie perspektywy dorosłych, jest moim narzędziem podejrzenia, czy potrafię się zdobyć na empatię wobec dziecka, które wyrosło na największego ze znanych mi zbrodniarzy”.

Cytuję Alice Miller wiersz Wisławy Szymborskiej „Pierwsza fotografia Hitlera”:

„A któż to jest ten dzidziuś w kaftaniku?
Toż to mały Adolfek, syn państwa Hitlerów!
Może wyrośnie na doktora praw?
Albo będzie tenorem w Operze Wiedeńskiej?(…)
Dokąd te śmieszne nóżki zawędrują, dokąd?”

– Pani zdaniem już wtedy, kiedy Adolfek był bobasem, było przesądzone, dokąd te nóżki zawędrują? Nie mówię oczywiście o skali poczynań, ale o kierunku rozwoju.

– Tak, jego droga była już wtedy przesądzona. Ojciec go niemiłosiernie bił, codziennie, od urodzenia. Ojciec, pół-Żyd…

– Domniemany pół-Żyd.

– Tak, ale to nie miało znaczenia. Przeciwnie, te niedopowiedzenia, podejrzenia tylko zagęszczały atmosferę. Babka Adolfka ze strony ojca była przez 14 lat utrzymywana przez swojego byłego pracodawcę, Żyda z Grazu, w czasie pobytu u niego zaszła w ciążę. Jej syn Alois został dobrym urzędnikiem celnym, ale domniemanie, że może być Żydem, w jego oczach niweczyło całą pozycję, na którą tak ciężko zapracował. Stąd przecież wzięło się maniakalne przekonanie Hitlera, że trzeba oczyścić Niemcy z żydowskiej krwi, tropiąc ją do trzeciego pokolenia wstecz. Żydzi reprezentowali upokarzaną, dręczoną biciem część jego ja, tę, którą chciał wszelkimi sposobami usunąć z tego świata.

Hitler wychowywał się z ciotką Johanną, siostrą matki, garbatą i cierpiącą na schizofrenię. Jej zachowanie musiało w nim wzbudzać paniczny lęk. Stąd wyrok eutanazji, który jako führer wydał na ludzi chorych umysłowo. Gdy miał jedenaście lat jego ojciec zakatował go niemal na śmierć.

Dziecko kocha rodziców, bo ta miłość jest mu niezbędna do życia. Wypiera gniew, który zamienia się w nienawiść do słabych. Niemcy stały się dla Hitlera symbolem niewinnego dziecka, które chciał obronić. Przed ojcem, przed ciotką.

– A kochająca matka – o jakiej piszą biografowie Hitlera – nic tu nie może pomóc?

– Choć go kochała, nie stanowiła dla niego żadnej podpory, ponieważ nie reagowała, kiedy ojciec go bił. Była zbyt wystraszona. Tak samo chowani byli Adolf Eichmann czy Rudolf Hess. Nie znali współczucia, tak jak dla nich nikt nie miał współczucia, gdy byli dziećmi.

Zwyczajna tresura

W swojej książce Alice Miller zauważa, że ojciec Rudolfa Hessa nie chciał go z pewnością wychować na komendanta Oświęcimia, ale jako gorliwy katolik chciał, biciem i upokorzeniem, wykreować go na misjonarza. Dzieciństwem Eichmanna, który był przymuszany do bezwzględnego posłuszeństwa i zaprzeczania własnym uczuciom, tłumaczy Miller to, że podczas swojego procesu mógł on bez specjalnych emocji słuchać wstrząsających zeznań świadków, kiedy jednak zapomniał wstać przy odczytywaniu wyroku i zwrócono mu na to uwagę, zaczerwienił się ze wstydu.

– Ale faszyzm to nie tylko Hitler, Eichmann czy Hess. Żeby taka ideologia mogła panować, potrzebne było wprzęgnięcie w jej służby dobrych kilku milionów ludzi. Daniel Goldhagen w swojej głośnej książce „Gorliwi kaci Hitlera. Zwyczajni Niemcy i Holocaust” próbuje udowodnić, że każdy zwykły Niemiec mógł się zamienić w oprawcę. Wszyscy byli bici od urodzenia?

– Wszyscy. Hitler nie znalazłby tylu zwolenników, gdyby te dzieci były inaczej chowane. To pedagogika końca XIX i początku XX wieku umożliwiła ludobójstwo. Wówczas w Niemczech powszechnie maltretowano dzieci. Pokutuje to zresztą do dziś, ale rzadko kiedy tresurę zaczyna się tak wcześnie i prowadzi tak systematycznie. Na dwa pokolenia przed dojściem Hitlera do władzy te metody wychowania doprowadzono do perfekcji. Goldhagen pisze, że część oprawców nie była poddana indoktrynacji. Nie potrzebowali jej, ponieważ osoba, która zmuszana jest idealizować upokorzenia zaznane w dzieciństwie, przez całe życie uważa, że kary cielesne są zbawcze. Pamięć ciała zachowuje instrukcje, jak ranić innych. Jestem przekonana, że tylko osoby, które doznały psychicznego i fizycznego okrucieństwa, mogą stać się oprawcami. Co więcej – rodzicie wymierzają kary, nie pamiętając, że byli identycznie karani. To jest istota przymusu powtarzania własnego losu.

Dzieci doktora Schrebera

W swoje książce Miller opisuje, jak wychowywano dzieci według zaleceń Daniela Schrebera, którego książki miały w Niemczech około 40 wydań i przedstawiały system wychowania dziecka od jego przyjścia na świat. Schreber twierdził, że krzyki to tylko fanaberie, przejaw uporu, który stanowczo trzeba złamać. Noworodek miał być poddawany wojskowemu drylowi i bity przy pierwszym płaczu, aż oduczy się płakać. Przytulanie i okazywanie emocji uznawał Schreber za przejaw słabości, który może spaczyć charakter na całe życie. Uczył, jak ćwiczyć dziecko w sztuce rezygnowania. Opisywał sceny z własnego domu, jak to kazał niani położyć sobie dziecko na kolanach, samej jeść gruszkę i nie dać dziecku ani kawałka. Jednak się ugięła, podała kęs gruszki malcowi i została natychmiast zwolniona z pracy.

– Z takich niemowląt wyrastali oprawcy w obozach śmierci – mówi Alice Miller. – Jeden syn doktora Schrebera popełnił samobójstwo, drugi zakończył życie jako chory psychicznie. Miał paranoję. Freud napisał o nim, że żywił homoseksualne uczucia do ojca, ponieważ w jego urojeniach powtarzał się straszliwy lęk przed Bogiem, który go prześladował. A przecież to wcale nie było urojenie, on tak się bał ojca.

– Czy na podstawie różnic w stylu wychowania można wytłumaczyć, dlaczego Niemcy były podatne na faszyzm, a Rosja na komunizm?

– Pewnie tak. Nie wiem, jak w Rosji wyglądało wychowanie. Ale czy zna Pani jakieś inne powody, które by tłumaczyły faszyzm w Niemczech?

– Na ten temat napisano tysiące książek: bezrobocie, poczucie zagrożenia…

– Hitler bezrobocie szybko zlikwidował. Zresztą bezrobocie nie prowadzi do przemocy. Jeśli ktoś tak twierdzi, dyskryminuje ludzi biednych. Znam bezrobotnych rodziców, którzy nie biją dzieci. Geny? Zawsze zdaję genetykom to pytanie: dlaczego akurat 30 lat przed dojściem Hitlera do władzy urodziło się tyle osób ze złymi genami? Przecież to absurd.

Pytam, czy wojnę w Jugosławii też jest w stanie wytłumaczyć na gruncie swojej teorii, i słyszę, że Serbowie wyjątkowo okrutnie wychowują dzieci. Gdy znów próbuję oponować, mówiąc, że może nie jest to jedyne wyjaśnienie, słyszę: – Powtarza mi Pani to, co wszyscy piszą, to niech Pani też to napisze zamiast ze mną rozmawiać.

Przechowane w podświadomości

Alice Miller opowiada o Stalinie, zrodzonym z ojca alkoholika i matki psychotyczki, też strasznie bitym w dzieciństwie.

– Był potem kochany przez miliony i cały czas bał się spisku. A on się bał, że ojciec go zabije. Tak samo Hitler był paranoicznie lękliwy. Jak inaczej wytłumaczyć ten ich strach?

Już nie próbuję wtrącać, że bali się niebezpodstawnie, bo taki los dyktatorów, że często giną wskutek spisku. Alice Miller traktuje swoją teorię jak posłannictwo, nie znosi dyskusji. Choć jestem wyjątkowo zgodnym rozmówcą – tak jak ona uważam, że pierwsze trzy lata życia decydują o naszym życiu, że nie wolno dzieci bić, że to bici biją. Nie wydaje mi się tylko, że świat można wytłumaczyć za pomocą jednej teorii.

– Mao Zedong był niemiłosiernie chłostany przez ojca, który mówił: „Muszę z ciebie zrobić mężczyznę”. Mao do końca życia idealizował ojca i wymordował 30 milionów ludzi. Niech Pani mi to wytłumaczy innymi czynnikami, z całym szacunkiem dla socjologii.

W domu Ceusescu była straszna bieda. W jednej izbie dziesięcioro dzieci, ojciec alkoholik. Rodzice nazwali go Nicolae, zapominając, że jednemu synowi już wcześniej dali to imię. Był bardzo bity. Któregoś razu, a miał wtedy 13 lat, poszedł na dworzec w Bukareszcie ukraść walizkę. Złapali go, a że w walizce było pełno literatury marksistowskiej, posadzili go w więzieniu z politycznymi. Tam poznał swoich przyszłych partyjnych towarzyszy. Zdobył ich szacunek, gdyż ochoczo mordował koty, które były więzienną plagą.

– Jeżeli maltretowane dziecko ma przetrwać – tłumaczy Alice Miller – musi wyprzeć wiedzę o tym, co się z nim dzieje. Ale wspomnienia ukryte w podświadomości skłaniają je do powtórzeń. To co Ceaisescu przeżył w dzieciństwie, zaaplikował całej Rumunii. Wprowadził tam straszną biedę i zakaz spędzania płodu.

Zupełnie inaczej był wychowany Gorbaczow – w rodzinie, która dawała dzieciom miłość. Kiedy jego ojciec się dowiedział, leżąc ranny w lazarecie, że syn nie chodzi do szkoły, bo nie ma w co się ubrać, kazał żonie sprzedać owce i kupić mu buty i wiatrówkę. Nie jest przypadkiem, że Gorbaczow nie trzymał się władzy za wszelką cenę.

Jedno z amerykańskich pism spytało mnie, czy dzieci z Kosowa nie staną się w przyszłości mordercami. Myślę, że nie. Przecież matki trzymają je w ramionach, cały świat chce im pomóc. One swoje przeżycia mogą przerobić, uzewnętrznić, przelać na papier.

– Austriacki pisarz Peter Handke zatrwożył swoich czytelników i przyjaciół, opowiadając się po stronie Miloszevicia. Pisze Pani o ciężkich doświadczeniach Handkego z dzieciństwa. Czy łączyłaby Pani te fakty?

– Możliwe, ale nie chcę mówić o trudnych sprawach żywych.

Na wykładzie Alice Miller opowiadała o badaniach nad maltretowanymi dziećmi rumuńskimi.

Tomografia komputerowa wykazała zmiany w ich mózgach. Partie mózgu odpowiedzialne za kontrolę emocji były o 20-30 procent mniejsze niż u innych dzieci, co naukowcy wyjaśniają niszczeniem połączeń nerwowych przez hormony wydzielane w stresie.

– Małpy hodowane przez atrapy są agresywne i nie umieją dbać o potomstwo – mówiła. – Dlaczego sądzić, że te same prawa nie dotyczą potomstwa człowieczego?

Przytaczała badania nad 400 Niemcami, którzy działali w ruchu antynazistowskim bądź ratowali Żydów. Stwierdzono, że jedynym elementem odróżniającym ich od nazistów był sposób wychowania. W domach przyszłych antynazistów kary cielesne były rzadkie i związane z konkretnym przewinieniem. U oprawców ojciec sięgał po pas nie wtedy, kiedy dziecko zawiniło, ale kiedy był pijany albo rozdrażniony.

Świadek może pomóc

– Nie tylko Hitler miał traumatyczne relacje z ojcem. Podobnie było z Brunonem Schultzem albo Franzem Kafką. Co decyduje, czy cierpienie dziecka przetworzy się na literaturę, na zadawanie cierpienia innym czy na akty autodestrukcji? Czy ten decydujący moment też sytuuje Pani w dzieciństwie?

– Jeżeli w domu dziecko pozna coś innego niż okrucieństwo, to nie stanie się Hitlerem. Wystarczy, że będzie ktoś, kogo nazywam świadkiem pomocnym albo pomocnikiem „ to może być starsza siostra, brat, babcia, ktoś, kto lubi dziecko – by nie stało się zbrodniarzem. Także dorosłym pomóc może poznanie człowieka oświeconego, przyjaznego. Kafka miał bardzo ciężkie dzieciństwo, ale w wieku dojrzewania nawiązał serdeczny kontakt z siostrą, która go kochała, rozumiała, popierała. Dlatego nie stał się zbrodniarzem. Ale umarł na gruźlicę w wieku 40 lat. Dlaczego?

– Chce Pani powiedzieć, że gruźlica to autoagresywna choroba?

– Prawdopodobnie tak było w tym przypadku. Milena, jego przyjaciółka w ostatnich latach życia, go rozumiała, ale to go nie uratowało, co mnie dziwi. Może dlatego, że nie wystarczy rozumieć obecnie życia, trzeba zrozumieć, co się stało w dzieciństwie. Kafka napisał do ojca list, w którym opisywał swoje cierpienia (drukowany pośmiertnie), i błagał matkę, by go ojcu przekazała, sam nie miał odwagi. Matka nigdy tego nie zrobiła. To znaczy, że cierpienie syna jej nie interesowało.

Ojciec Dostojewskiego był okrutny, zabijał poddanych. Ale matka go bardzo kochała. Dostojewski nie stał się zbrodniarzem, miał za to epilepsję.

Świadek może pomóc, sprawić, że dziecko stanie się artystą, poetą, pisarzem. Żeby jednak naprawdę wyzdrowiało, musi przy czyimś wsparciu przypomnieć sobie wyparte doświadczenia z dzieciństwa, uprzytomnić sobie, jaką krzywdę mu zadano. Świadków poznanych w okresie dorosłości nazywam świadkami oświeconymi i piszę swoje książki w nadziei, że ta grupa się poszerzy. Kierowana tą samą nadzieją daję też Pani ten wywiad.

Stopniowo coraz lepiej

– Pani słowa są bardzo ważne w Polsce, gdzie poseł partii chrześcijańskiej publicznie chwali się, że bije własne dziecko, a w telewizji ktoś opowiada z przekonaniem, że sam był bity i wyrósł na porządnego człowieka, więc tak też wychowuje córkę. Ale czy przeczytanie książki lub wywiad może pomóc, skoro dziecięce przeżycia są zepchnięte głęboko w podświadomość?

– Tak. Kiedyś w Londynie przyszedł do mnie po wywiadzie czarny student i powiedział, że był maltretowany fizycznie i seksualnie. Zapytałam, skąd to wie, bo bardzo często dzieci wypierają takie przeżycia. On się dowiedział o tym z moich książek, wcześniej wzrastał w przekonaniu, że to, co z nim robiono, mieściło się w naturalnym porządku świata.

– Wiek XX, wiek Holocaustu, to wiek wyjątkowo okrutny, a przecież dzieci cywilizacji zachodniej traktowano generalnie lepiej niż w poprzednich wiekach.

– Naprawdę Pani uważa, że dzieci były wychowywane w trosce i szacunku?

– Nie wszystkie, ale jednak nie tak okrutnie jak wcześniej. O metodach stosowanych w XVIII wieku można przeczytać w książce „Czarna pedagogika”, na którą się Pani powołuje. Potem było stopniowo coraz lepiej. Bunt lat 60 obrodził w społeczeństwie amerykańskim i zachodnim liberalnymi metodami wychowawczymi, relacje zaczęto opierać na miłości, a nie na posłuszeństwie.

– Często myli się zaniedbanie z wolnością. Wiele dzieci zostało wtedy zaniedbanych.

– Ale też spora jest liczba dorosłych wychowanych na podręcznikach dobrodusznego, permisywnego Spocka. Czy świat stał się od tego lepszy?

– Dzieci wychowane z szacunkiem nie pójdą zabijać mniejszości narodowych, o tym mogę zapewnić. W Niemczech metody wychowawcze bardzo się zmieniły i odmieniło to społeczeństwo. Uważam, że największy wpływ wywarli Amerykanie stacjonujący tam od wojny. Oni pokazywali inny styl, rozbijali utarte poglądy.

Miałam w Niemczech pacjentkę, której matka była nazistką. Jechała z nią zaraz po wojnie pociągiem, czarny Amerykanin chciał dać dziewczynce czekoladkę, matka zabroniła ją przyjąć. Powtarzała: „Jak mogła zwyciężyć armia, której oficerowie trzymają nogi na stole”. Niemcy byli przekonani, że tylko surowe wychowanie pozwoli wygrać wojnę, a następne pokolenie już nie miało powodu w to wierzyć.

We wszystkich swoich książkach Alice Miller powtarza, że zawsze jest adwokatem dziecka, które widzi w pacjencie. W książce „Pamięć wyzwolona. Jak przerwać łańcuch toksycznego dziedzictwa” zarzuca dorosłym, że wykorzystują dziecko jako zbiorniki niechcianych emocji, protezy zaburzonego poczucia wartości, przedmiot władzy i przyjemności. Freudowi zarzuca, że przypisuje dziecku instynkty: seksualne i agresji, oskarżył bezbronne dziecko, a stanął w obronie dzierżących władzę rodziców. W książce „Dramat udanego dziecka. Studia nad powrotem do prawdziwego Ja” rodzicom przypisuje odpowiedzialność za perwersje seksualne dzieci, ich nerwice natręctw, alkoholizm czy depresje.

– Czy to nie okrucieństwo – pytam – oskarżanie rodziców, którzy przecież strasznie cierpią, widząc, co dzieje się z ich dziećmi chorymi na anoreksję czy depresję?

– A Pani naprawdę sądzi, że decydują złe geny?

– Sądzę, że choroba psychiczna może być skutkiem defektu mózgu. Morderca może mieć wrodzone zaburzenia mózgu, które powodują, że nie czuje empatii, nie jest w stanie wyobrazić sobie, co dzieje się z drugim człowiekiem.

– Przychodzimy na świat z jakimiś skłonnościami, talentami, mamy też za sobą historię dziewięciu miesięcy, ale to, co się dzieje z nami dalej, zależy od środowiska, czyli na początku – od rodziców. Ja im chcę pomóc, a nie oskarżać. Próbuję ich informować, żeby im dać szansę. Tylko musząc przejść przez ból ujawnienia tego, co sami przeżyli w dzieciństwie, i co oddają swoim dzieciom. To mają mi za złe.

– Znam rodzinę, gdzie ojciec ostro bił dzieci, powtarzając przy tym, że „prawdziwy mężczyzna nie płacze”. Jeden syn został wybitnym działaczem społecznym, drugi alkoholikiem. Nie chcę przez to powiedzieć, że należy bić dzieci, żeby produkować działaczy społecznych, tylko że losy bitych dzieci nie są może aż tak przesądzone.

– Wrodzone talenty mogą tu grać dużą rolę.

– Ameryka żyje sprawą masakry dokonanej przez dwóch uczniów w Littleton. Obaj pochodzili podobno z rodzin liberalnych, otwartych, szanujących podmiotowość dziecka.

– To nieprawda. Śledzę tę sprawę w Internecie. Tam jest głęboka patologia. To rodzice twierdzą, że wszystko było u nich w porządku. Jak oni mogą tak mówić, skoro jeden z tych chłopców opowiadał, że chce wybić całe miasto? Jak rodzicie mogą nie słyszeć, co mówi ich dziecko?

– Czy jest Pani za penalizacją bicia dzieci?

– Stanowczo tak.

W furii i na zimno

Po rozmowie z Alicją Miller byłam umówiona na kolację w gronie przyjaciół. Zaczęłam rozmowę o biciu. W gronie czterech osób byłam jedyną, która nie była bita jako dziecko. Moją przyjaciółkę biła matka. Znam ją, charakterna pani, ale w dobrym stylu dystyngowanej damy.

– Tłukła mnie z furią, z całej siły, za drobne przewinienia, za spóźnienie, pyskowanie, a potem obiecywała prezenty, kupowała mi nowe sukienki. Do tej pory, jak mama mówi, że mi coś kupi w prezencie, to cała sztywnieję.

Przyjaciółka uderzyła swojego syna tylko raz w złości. On jej to do tej pory przypomina i ona do tej pory to rozpamiętuje.

Gdy podsumowałam: „Troje bitych dzieci na czworo”, znajomi zaczęli się wycofywać. „Nie, nie, ja po prostu dostawałem jakieś klapsy – powiedział ten, który chwilę wcześniej przyznał, że spuszczano mu lanie pasem. A drugi próbował mnie przekonać, że był lepiej bity, bo nie w furii, ale następnego dnia, na spokojnie. Powiedziałam, że zdaniem Alice Miller właśnie takie bicie sieje największe spustoszenie w psychice dziecka, bo żeby przyjąć obraz sprawiedliwie karzącego ojca, musi ono zatracić kontakt ze swoim bólem i gniewem. – To prawda – wyznał – pamiętam te noce przerażenia i od rana oczekiwanie na głos ojca: „Marku, proszę cię na chwilę do mnie”. Chwilę potem Marek dodaje, że przecież nie da się chować dzieci (ma ich dwoje) bez klapsów. Gdy oponuję, pyta: – I nigdy nie masz ochoty przylać swoim dzieciom? Odpowiadam przecząco, a on patrzy na mnie z niedowierzaniem.

38 thoughts on “Skąd się biorą tyrani

  1. Mario, dziękuję za ten wywiad.
    Moje dzieci są dorosłe, ale mam wnuki. Przyglądam się, naszym reakcjom/ tzn. dziadków/ i zachowaniom dzieci.
    Alice Miller jest wielka, wzorce wyniesione z domu są potężną matrycą, wg której odbieramy świat i tych, których kochamy również.
    Dla siebie … będę się starała być bardziej wyrozumiałą i łagodną dla swoich wnuków, dla ich żywiołowości, energii, która ich rozsadza czasami i trudno zachować tę mądrą, kochającą wyrozumiałość.
    Dla jasności, bez cienia hipokryzji.. w mojej rodzinie nikt nie bił i nie bije dzieci, ale to za mało… chodzi o większą cierpliwość w wychowaniu, prowadzeniu, o miłość okazywaną z głębi kochanjącego serca.

  2. Rację ma dziennikarka, że nie cały swiat i nie całą tyranię da się tak wytłumaczyć. Że są przyczyne karmiczne, ew. nieodgadnione przyczyny o wyższej, kosmicznej randze. Nie znamy ich, ale to, że ich nie znamy, nie usprawiedliwia naszej ignorancji.

    Ale to ni cholery nie umniejsza dokonań Alice Miller na polu współczesnej psychologii. Właściwie nie wiem czy powinienem ją nazywać psychologiem, bo psychologia jako taka zawsze budziła coś w rodzaju sprzeciwu u mnie. Alice Miller to jedyna autorka, którą czytałem bez wyrazu obrzydzenia na twarzy. Owszem, jak każdy psycholog, generalizuje bardzo, ale jej praca jest niebywała, a jej odkrycia warte refleksji. Ona jest raczej misjonarzem ludzkości, takim terapeutą… bardziej religijnym, bym powiedział. Bo ma posłannictwo którego się trzymać będzie do końca życia. Zresztą, byli więźniowie Auschwitz często tak mają – zwykle targa ich w jakąś skrajność, bo doświadczyli synonimu okrucieństwa tak potwornego, że trudno się dziwić.

    Smutnym jest jednak, że świat miał już wystarczająco dużo czasu, żeby dokładnie wgryźć się w jej poglądy… i co zostało? Zostało w publicznej świadomości kilka sloganów pod tytułem “haha, ciężkie miałeś zabawki w dzieciństwie”. Albo “bezstresowe wychowanie”.

    Do dziś ludzie “zwykli” przypisują dzieciom tę “polimorficzną perwersyjność”, twierdząc że są podstępne i wredne. Pewna moje znajoma np. kupiła sobie kiedyś książkę “Toksyczni Rodzice” Susan Forward, przeczytała, naburmuszyła się jakby (chociaż nie wydaje się, żeby stosowała jakąś przemoc domową – ją po prostu zawsze oburza coś, co odbiega od jej światopoglądu), ale zastanowiła nad książką. Tyle że niedługo potem kupiła sobie “Małego Tyrana” – i już się nagle okazało, że Forward pisze bzdury, bo dziecko to jednak jest podstępne.

    Jeszcze jakby dodać do tego poglądy Naszych Kochanych Moherów (z którymi wielu przeciwników “NWO” che iść walczyć ramię w ramię) które uważają, że nic tak dobrze dziecku na otrzeźwienie nie robi jak parę klapsów, to mamy smutną refleksję że do zbudowania normalnego społeczeństwa jest nam, ludziom Zachodu, daleko. Piszę: ludziom Zachodu, bo nie da się ukryć, że to my właśnie wymyśliliśmy sobie usprawiedliwienie dla bicia dzieci na zasadzie racjonalnego, heglowskiego porzadku tezy-antytezy-syntezy. Tezą początkową były uwarunkowania kulturowe, tak jak to jest w kulturach niezachodnich często, zwykły przymus powtarzania – nie da się go ganić, bo jest naprawdę głęboko nieuświadomiony. Antytezą były teorie wrażliwych ludzi, którzy chcieli aby dzieci w ogóle nie dotykać (podpatrzyli to np. u Samoańczyków w latach ’70) ani nie zwracać im uwagi. Więc logiczną wydaje się synteza, która mówi dziś w tak zwanej “konwencjonalnej świadomości” że owszem, bicie dwa-trzy razy dziennie to patologia, bicie “bez powodu” to też patologia, ale… “bez bicia w ogóle to sie nie da”. Prawda?

    Wiecie, zanim nastąpiła ekspansja europejczyków na taką skalę, można było zaobserwować jak się wychowuje dzieci w różnych kulturach. Antropologowie dostarczali przeóznego materiału. I o biciu, czy nie biciu decydowały zwykle rożne względy tradycyjne, rzadko typowo “racjonalne” w naszym wydaniu. Górale prali dzieciory, aż halny niósł trzaskanie gołej dupy o nieheblowany stół 9dalej zresztą piorą, teraz uważając to za wyraz ich tożsamości). Arapeshowie bali się wszelkiej agresji, więc ich dzieci wzrastały w poczuciu bezpieczeństwa. Współcześni, zachodni europejczycy na bicie i nie bicie mają setki naukowych lub mniej naukowych argumentów. Wszak czy znajdzie się u nas teoria, która nie doczeka się zwolenników?

  3. Nie powinniśmy zapominać też o równie dotkliwym, “psychicznym biciu” – wyśmiewanie, upokarzanie, poniżanie itd. Bardzo ważną rzeczą jest też wspomniane w przelocie w wywiadzie zaniechanie – czyli po prostu nie robienie pewnych rzeczy dla dobra dziecka. Efekty może nie są wyraźne, poważne jak w przypadku bicia, ale upośledzają rozwój dziecka, skutki takiego traktowania są bardziej subtelne, nie tak łatwe do wychwycenia. Zresztą samo psychiczne znęcanie się nad dziećmi, zaniechanie jest trudniejsze do zauważenia, zdiagnozowania.

    Jeśli chcielibyście zaznajomić się z podobnymi ideami, jakie promuje Alice Miller, to możecie zapoznać się z antypedagogiką – nurtem w wychowaniu, w który A.M. wniosła duży wkład. Tylko błagam, zajrzyjcie do książek, bo w internecie większość informacji wygląda jakby była przeklejona z wikipedii – wszędzie praktycznie to samo ;) Ten nurt w wychowaniu, pedagogice budzi dużo emocji, więc naprawdę radzę nie opierać się na internecie.

  4. @ Obywatelu, nie tylko górale uważają bicie dzieci za wyraz swojej tożsamości. Niestety, jest to cechą wszystkich prawicowców. Bo to jest ich tradycja, dana im od Boga samego. Nie raz i nie dwa słyszę takie deklaracje.

    Ale zauważ też pewną prawidłowość: każda piękna idea przekształca się w swoją karykaturę. Jak na początku tłukli te biedne dzieciaki i jak powszechnie wykorzystywali je seksualnie, tak teraz mamy tendencję totalnie odwrotną. Państwo karze za przemoc w rodzinie i za pedofilię (nawet pchając się bez pardonu w zupełnie prywatną sferę). Skutek: ojciec boi się przytulić dziecko, żeby go nie posądzono o zboczone ciągoty, a niebite dzieci są chowane bez jakiejkolwiek dyscypliny, przez co teoria “niebicia” jest powszechnie wyśmiewana. I ośmieszana.

    Ludzie robią dosłownie wszystko, co w ich mocy, żeby tylko nie postępować rozsądnie i nie kroczyć ścieżką umiarkowania i rozsądku. Ludzie zawsze muszą postępować skrajnie i przesadnie. Stale przerzucamy się z jednej skrajności w drugą. To jakaś zbiorowa paranoja.

  5. @ Baba.Jaga: wykazano, że znęcanie się nad dziećmi, również psychiczne (bo są domy, gdzie się dziecka nie dotyka, ale się stosuje wyrafinowane tortury psychiczne) powoduje fizyczne zmiany w mózgu. Takie dzieci mają zaburzoną integrację półkul mózgowych. Ci wszyscy okrutnicy to ludzie o lewopółkulowej orientacji. Oni są logiczni, ale całkowicie pozbawieni empatii i sumienia.

    Zgadzam się, że książki Alice Miller trzeba przeczytać w całości. Bez tego nie można mieć wyobrażenia, o co chodzi w jej batalii.

  6. No właśnie Mayu, jest jak mówisz, bo to faktycznie wszystko działa jak heglowska triada. Tylko że jakoś w większości przypadków nie dochodzimy do syntezy. Albo dochodzimy do niej, ale że jest wielu lubiących biało-czarne myślenie, zaraz ten ewolucyjny skok się cofnie i wrócimy do skrajności. Bo to zawsze tak jest, kiedy się tylko w tym nowym “płynnym”, ponowoczesnym świecie pojawia jakiś poważny problem, większość lamentuje nad tym, jakie to teraz czasy i że trzeba wrócić do czegoś tam. A nowe warunki wymagają nowych sposobów rozwiązywania problemów.

    Weź takich kuratorów sądowych: większość z nich to jacyś degeneraci, a w sumie to degeneratki umysłowe – często same z rozbitych, nieszczęśliwych rodzin. Rozbijają rodziny za to, że tatuś nie wykąpał dziecka. Zabierają małego chłopca albo dziewczynkę do “bidula”, bo, nie wiem, babci się przysnęło a miała iść do szkoły. A w “bidulu”, jak to w “bidulu” – prawo dżungli, osamotnienie i dziecko, które wcześniej miało względnie normalną rodzinę, ma szansę wyrosnąć tam na prawdziwego mordercę.

    Oczywiście nie twierdzę, że kuratorzy nigdy nie mają racji, zabierając dzieci narkomanom czy innym takim. Ale w domu dziecka wcale nie czeka ich lepszy los. A już na pewno nie jest rozwiązaniem sianie paniki i wtrącanie każdego takiego dziecka do “bidula” jak leci.

  7. Niestety, Obywatelu, państwo rośnie w siłę, a to oznacza coraz większe ograniczanie sfery prywatnej. Niektórzy (prawica) żądają zupełnego nie wtykania nosa w prywatne sprawy. A często oznacza to wychowanie w “tradycyjnych wartościach”, czyli tresurę, terror i katowanie (patriarchalny bóg nad nami i takiż ojciec w rodzinie). Lewica przeciwnie, uważa, że dla dobra rodziny i jej najsłabszych członków państwo musi interweniować i ingerować. I teraz właśnie, od skrajnych wartości prawicowych zmierzamy w stronę lewicowego przegięcia. W Anglii już zainstalowano kamery w domach rodzin “patologicznych”, a niedługo będą one pewnie we wszystkich. Prywatność jest nam odbierana w imię wyższych wartości. Straszy się nas terroryzmem i przemocą domową… a przecież zło zawsze było, jest i będzie i nie zlikwidują go żadne kamery. A już na pewno nie zlikwiduje go odbieranie rodzicom dzieci, bo takie postępowanie jest jeszcze gorsze. Ludzi powinno się edukować, a nie prześladować i traktować jak zboczeńców czy przestępców.

  8. Rok 1943. Wojna światowa trwa od paru lat. Atak na Pearl Harbor wciągnął w wojnę także Amerykę. Wtedy właśnie Amerykanie spróbowali zajrzeć w przyszłość. Uznali, że prognozy sporządzone przez sztabowców, specjalistów wywiadu i analityków gospodarczych warto wesprzeć pracą psychologów. W tym celu poproszono najbieglejszych psychologów z Harvardu, aby stworzyli portret psychologiczny Adolfa Hitlera i na tej podstawie przewidzieli jego zamierzenia na przyszłość. Specjaliści odtworzyli krok po kroku życiorys Hitlera. Powstał liczący ponad tysiąc stron raport harvardzkich specjalistów. Fachowcy poznali gorzkie dzieciństwo Hitlera, syna brutalnego pijaka i nadopiekuńczej, wcześnie zmarłej matki. Zdiagnozowali kompleksy, fobie, seksualne frustracje i perwersyjne obsesje pełnego obaw i strachu człowieka.

  9. Wiesz, państwo posadzi paru ludzi do więzień, wyśle dzieci do domów dziecka i może już powiedzieć, że POMOGŁO. A rolą państwa jest POMAGAĆ przecież. I walczyć ze złem. :)

    Państwo działa dokładnie jak medycyna alopatyczna – idzie po najmniejszej linii oporu.

  10. No tak, dla naszego dobra, bo my tacy głupi jesteśmy, że bez kontroli na pewno zrobilibyśmy sobie krzywdę.

    Precz z państwem!!! Na stare lata staję się anarchistką!!! Jestem Ziosia-siamosia i ja chce siama!

  11. byłam bita przez matkę za wszystko i wszystkim, piękne kwiaty na udach po trzepaczce do dywanów i wstyd na wf-ie, ojciec katował mnie psychicznie a karę wymierzał jak rasowy kat z odczytaniem przewinień i fanfarami, było też coś więcej …
    mam córkę, ma 5 lat, gdzieś miesiąc temu doprowadziła mnie do takiego stanu, że para poszła mi uszami, patrząc jej w oczy klepnęłam ją w tyłek, była histeria …
    porozmawiałyśmy o tym na spokojnie, powiedziałam jej co się we mnie wtedy działo i dlaczego tak zrobiłam…
    dzieci bite nie muszą bić

  12. Nie muszą, Alice Miller o tym mówi wyraźnie. Nie każdy mści się na niewinnych dzieciach za swoje cierpienie.

  13. tylko, że ja nie miałam “świadka”, nikogo tylko ja, siostra nie wytrzymała tego, “wykoleiła” się…
    co innego mnie przeraża we mnie, nie potrafiłam tego nazwać i proszę: “Pamięć ciała zachowuje instrukcje, jak ranić innych. Jestem przekonana, że tylko osoby, które doznały psychicznego i fizycznego okrucieństwa, mogą stać się oprawcami.” słów mi brak, wiem, wszystko jest po coś ale to boli.

  14. Sorki :) wypłakałam się, jak komuś pobrudziłam rękaw to zwracam za pralnie ;)
    Bicie to nie wszystko ale od czegoś trzeba zacząć, mam w pracy “wzorowe” matki, które przechwalają się jak to dały w dupę swojemu dzieciakowi, bo gówniarz się zesikał bawiąc się bez pamięci u cioci na urodzinach, a jaki wstyd!

  15. Nie wszyscy ludzie nadaja sie na rodzicow. Dziecko “zrobic” jest latwo o wiele trudniej dobrze wychowac. Zaliczam sie do tego grona osob ktore dzieci nie chca miec bo wiem, ze ja sie do tego nie nadaje.Znam osoby ktore maja dzieci bo tak wypada, bo juz czas, bo babcia i dziadek czeka na wnuki, bo na starosc ktos mi musi podac szklanke z woda itp. Jezeli nie ma prawdziwej potrzeby na bezwarunkowa milosc do dziecka i swiadomosci wielkiej odpowiedzialnosci za jego wychowanie i unikanie ewentualnego “kaleczenia” psychicznego i fizycznego to nie ma co sie za dzieci zabierac. Jezeli chcemy jezdzic samochodem to musimy przejsc specjalistyczne szkolenie i zdac egzamin i tak jest w wielu dziedzinach zycia. Niestety za wychowanie dzieci biora sie czesto osoby nie przygotowane bez podstawowej wiedzy na ten temat a skutki takich “eksperymentow” moga byc oplakane.
    Z drugiej strony ci co nie chca miec dzieci czesto (szczegolnie w Polsce) sa narazeni na spoleczne niezrozumienie i naciski ze strony czlonkow rodziny np. jakies ciocie klocie. Czesto slysze od “cioci kloci”, ze jeszcze pewnie nie dojrzalem do roli rodzica i dlatego nie chce miec dzieci. Dla mnie to nie jest argument bo ja dojrzalem do tego wlasnie aby ich nie miec. Nie biore sie za cos co mnie nie interesuje i czemu nie podolam tylko dlatego, ze TAK WYPADA i moj starszy kolega mowi mi, ze on w moim wieku to juz mial dwojke dzieci, a ja na to – i co z tego!!!
    Tak wiec chciane i wychowywane z pasja dziecko bedzie szczesliwe. Jezeli ktos ma ta pasje,prawdziwe checi i talent do bycia dobrym rodzicem to powinien nim zostac.Bycie rodzicem to jest misja a nie bulka z maslem a dziecko to nie zabawka albo piesek. Reszta niech trzyma sie od tego z daleka aby nie tworzyc przyszlych emocjonalnych kalek, ktore beda “produkowac” nastepne pokolenie toksycznych rodzicow. A ciocie klocie niech zajmuja sie robieniem na drutach albo ogladaniem “Klanu” w TVP.

  16. @ Marcus: dramatem tego świata jest to, że fajni i mądrzy ludzie nie chcą mieć dzieci, natomiast ci najbardziej nieodpowiedzialni mnożą się jak króliki. Ale ja ci się nie dziwię, nikt rozsądny nie powoła dziecka do TAKIEGO świata. Do świata, w którym psychopaci trują ludzi przymusowymi szczepionkami z rtęcią, aspartamem, opryskami z nieba… i takiego, w którym wybuchają bezsensowne wojny, gdzie jedni zdychają z przeżarcia, a inni konają z głodu. Poczekajmy, może po tym mitycznym 2012 roku rzeczywiście coś się zmieni, a jak nie, to lepiej będzie wymrzeć bezpotomnie. Ja o wnuki nie proszę, wręcz przeciwnie, apeluję o rozwagę i przyjrzenie się światu, w którym te dzieci miałyby żyć.

  17. Mario, wyjęłaś mi z ust słowa, to prawda mądrzy, dojrzali ludzie, odpowiedzialni, podejmują decyzję, nie sprowadzają dzieci bezmyślnie, że tak to ujmę.
    Co do roku 2012, to wydaje mi się, że on będzie odbiciem ‘wibracji’ tych, którzy w niego wejdą/ dożyją/.
    Czas żniw już się rozpoczął i tylko ślepi i głusi tego nie dostrzegają, lub nie chcą widzieć.
    Bogowie rządzący dzisiejszym światem przerażają i tylko świadomość może nas i nasze dzieci uratować.
    Tak, tu na Ziemi możemy jeszcze opowiedzieć się po właściwej stronie, w tzw. zaświatach bowiem trafimy do ‘podobnych ‘ sobie, jeżeli jeszcze stwórca da nam taką szansę, bo zdaje się, że naczynie się przelewa…

    Bardzo ważna jest rola kobiety, zawsze była ważna, gdyż odbiera subtelniejsze wibracje łatwiej, szybciej. Zachowanie kobiet pokazuje tendencje wibracji energetycznych świata. Dzisiejszy ‘obraz kobiety’ nie napawa optymizmem/ przynajmniej ten medialny/.
    ech, szkoda mówić

  18. Pierwszy kontakt z pracami pani Alice Miller mialam na studiach i bylo to przedstawiona jako ciekawostka, a nie material obowiazkowy. Ale z ciekawosci przecztalam, poniewaaz strasznie intersowal mnie wplyw dziecinstwa na ksztaltowanie sie osobowosci. Jednak Pani Miller w wielu zaganieniach z wychowaniem jest takze “radykalna” ( w przeciwnym slowa znaczeniu), tzn. wiele rzeczy , przedtawionych w ksiakach ma sie nijak z praktyka . Jestem to zrozuzmiele, poniewaz sama nie ma dzieci i jako takiej praktyki.

    Sama osobiscie moge to przyznac szczerze, ze bylam bita przez mojego ojca, TAK OJCA , nigdy nie nazwalabym go tata.Ale cale szczescie, ze mialam oprcie w mamie, chociaz nigdy nie zapobiegala tym incydentom.
    Nasza rodzina bylo jako ta porzadna , przykladowa, wiele osob z mojej bliskiej rodziny nie wierzy,ze bylam bita, w moim przypadku jeszcze dochodzilo znecanie sie psychiczne.
    Tak wogole to mam jeszcze siostre, na ktora nigdy nie zostala podniesiona reka i nigdy moj ojciec nie odwazyl sie ja ponizac itd.

    Przykre ale prawdziwe, napewno pod tym wplywem uksztaltowal sie moj charater , ktory jest bardzo “mocny”, wiem , ze kiedys taki nie byl, przeszlam naprawde psychiczna transformacje w moim zyciu, jak zrozumialam dlaczego to sie dzieje.

    Sama zgadzam sie , ze na dziecko takze powinno konczyc sie jakis kurs, jesli nie zda sie trudno , nie mozna miec dziecka.

    Tyle chodzi mordercow po tym swiecie i psycholi, ze naprawde, trzeba siegnac do zrodel i sprobowac to naprawawic w pierwszej komorce spoleczniej, czyli rodzinie.

    Na koniec sama mam dziecko , chociaz nie planowane ;), nie bije i nigdy nie beda bila, bicie jest oznaka slabosci wg mnie.

  19. @ POli: a znasz klasyczną książkę Susan Forward “Toksyczni rodzice”? Susan pisze, że matka, która nie bije, ale toleruje bicie przez męża też jest współwinna. Ona pewnie też była ofiarą przemocy ze strony swojego ojca i stąd jej lęk przez przeciwstawieniem się agresji męża. Ale jako osoba dorosła powinna mieć dość rozumu i dojrzałości, żeby położyć temu kres. To jest straszne, jak to przechodzi z pokolenia na pokolenie. Dobrze, że jesteś tą pierwszą w rodzinie, która zerwała z tą “tradycją”. Ja też to zrobiłam. Mnie nie bito, ale moja matka znęcała się nade mną psychicznie i była bardzo “wrzaskliwą” osobą. W domu stale słychać było wściekły, pełen potwornej złości wrzask. Do dziś wpadam w przerażenie, kiedy ktoś przy mnie krzyczy ze złością.

  20. Maria, moja matka caly czas jest pod wplywem mojego ojca, jest to dziwne, poniewaz jest naprawde inteligentna i myslaca osoba. Wiec wogole nie rozumiem tego stanu. Nieraz jak sie wkurze i napomne cos o moim dziecinstwie i prawdzie przy rodzinie to mowi, ze to nie prawda i dlategto byl konflikt w naszym domu , poniewaz ja mam podobny charakter do mojego ojca :))) Komedia. Wszystkiego wypiera sie. Wiec dalam sobie spokoj, nich zyje sobie w swojej bajce , ja ide dalej przed siebie. Widze,ze to ja wykancza, ale ona nie slucha mnie i innych. Moj ojciec jest naprawde toksyczna osoba rozsiewajaca negatywna energie doodkola i terrozyzuje psychicznie doodkola i nieszanuje nikogo ani niczego.

  21. Trafiłem dziś na art o edukacji.
    Co nieco związane jest to z notatką.

    “Dobre oceny psują ludzi”
    http://portalwiedzy.onet.pl/4868,11116,1582704,1,czasopisma.html

    Ze wstępu:
    “Człowiek rodzi się jako egoista, a współczesny system oceniania uczniów tylko utwierdza go w przekonaniu, że musi dbać jedynie o siebie – uważa Ken Blanchard, amerykański badacz specjalizujący się w tematyce przywództwa. Zamiast uczyć bezinteresowności szkoła promuje chciwość.”

    Nieco dalej:

    “Często mylimy wartość z ceną.

    Wpaja nam się bezsensowne przekonanie, że wszystko da się zmierzyć: od kilku pokoleń mamy obsesję na punkcie uzyskiwania wymiernych wyników, już od przedszkola.

    Z przedszkola na Wall Street?

    Czy istnieje większy egoista niż małe dziecko? Czy jest ktoś bardziej skoncentrowany na sobie samym niż maluch w wieku przedszkolnym? A wie pan, dlaczego tak jest?

    Dlaczego?

    Bo bezinteresowność nie jest wrodzona, trzeba się jej nauczyć. Tymczasem my już od dawna nie uczymy nikogo bezinteresowności. Wręcz przeciwnie, przekonujemy każdego, że inni – począwszy od rodziców po dyrektora – będą go cenić i kochać tym bardziej, im więcej zdobędzie punktów, pieniędzy, władzy…”

    I dalej:

    “A co pan by zrobił? Pochwaliłby swoje dziecko za złe stopnie?

    Jeśli kocham moje dziecko, potrafię oddzielić moje uczucia od jego wyników w szkole. Moja miłość jest bezwarunkowa: kochamy ludzi za to, kim są, za to, że są wyjątkowi, a to, co posiadają, wiedzą czy potrafią, jest na dalszym planie.

    W ten sposób promuje pan przeciętność.

    Jeśli okazuję mojemu dziecku miłość tylko wtedy, gdy przynosi ze szkoły dobre stopnie lub wbija gole podczas meczu, to doprowadzę do tego, że ono będzie niewolnikiem swoich osiągnięć: będzie potrzebować coraz więcej pieniędzy, coraz więcej władzy i sukcesów, aby być z siebie zadowolonym. Codziennie będzie wychodzić z domu z zamiarem osiągnięcia coraz lepszych wyników. A jeśli ich nie osiągnie po dobroci, prawdopodobnie będzie próbować zdobywać je na siłę.”

    Polecam przeczytać całość.

  22. Tak jest, niestety. Uczymy się rywalizacji zamiast miłości i współpracy. Ale prawda jest taka, że geniusze nie miewają dobrych ocen. Geniusz jest doskonały tylko w jednej dziedzinie, a reszta go nie interesuje. Rywalizacja zabiła pewnie niejeden geniusz.

  23. Tak sobie wpadłam z blipa, a że czytałam książkę A.M. parę miesięcy temu -zdążyłam wykształcić dystans. Wcale nie uważam,że jej teoria i teoria Freuda się wykluczają. Te teorie ze sobą polemizują na pewnych płaszczyznach. Dziecko nie jest takie znowu niewinne, wiem bo przeca byłam dzieckiem i wiem jakie głupie pomysły mi przychodziły do głowy. Ale też nie rozumiem, jak dziecko może uspawiedliwiać rodzica, który go krzywdzi. Może dlatego, że ja się nigdy nie bałam klapsa, dostałam kilka razy ale że nie pomogło, moja mać(bita w dzieciństwie, oj bardzo) postanowiła ze mną rozmawiać i o dziwo poskutkowało. Myślę,że wielu rodziców postępuje po prostu bezmyślnie, nie zastanawia się nad tym co robi, nie myli, jak to się teraz mówi “kreatywnie”. Często widzę w tym złą wolę,ale nie tylko. Czasem rodzice podświadomie winią dziecko za swoje nieudane życie. Bo po urodzeniu dziecka kończy się sielanka, nie każdy człowiek jest na to gotowy. Na te zmiany, które odczuwa jako te złe na gorsze(i wcale nie jest powiedziane,że bardziej jedna czy druga płeć – każda inaczej)

    Alice Miller jako twórczyni tej teorii nie jest obiektywna oczywiście, ale też jej teoria nie tłumaczy skąd się ta przemoc u licha wzięła. Ktoś to musiał zacząć, nie? Trudno uwierzyć,że masa ludzi uwierzyła w banialuki z jakiejś książki o wychowaniu. To musiało siedzieć głębiej… Poza tym to nie chodzi o same klapsy, to chodzi o manipulowanie dzieckiem. Nie trzeba dziecka bić, by skopać mu psychikę, czasem słowa ranią więcej niż bicie, wiemy o tym doskonale.

    Reasumując, badania nad przyczynami przemocy trzeba nadal prowadzić. Jedno jest pewne – jest ich więcej niż myślimy. Chwilowo znamy tę o zmianach w mózgu, o biciu w dzieciństwie i o elementach wrodzonych(upraszczam). A co ze szkołą? Wiemy jak potrafią dopiec koledzy. To też powoduje frustrację, nawet u osoby z dobrego, kochającego domu. A frustracja prowadzi do przemocy, czy też wobec innych, czy też wobec samego siebie.

  24. Lawinko, ja też byłam dzieckiem, poza tym miałam siostrę prawie w tym samym wieku (niecałe 2 lata różnicy) i absolutnie nie przypominam sobie, żebym prowokowała seksualnie ojca lub matkę. W teorii Freuda chodzi o seks (kazirodczy i pedofilski), a nie o jakieś wybryki typu nieposłuszeństwo itp. Wprawdzie kiedyś wyjechałam z oświadczeniem, że “jak dorosnę to się ożenię z tatą”, ale to wszystko. I naprawdę nie miałam nic zdrożnego na myśli. Matka mało nie pękła ze śmiechu jak to usłyszała.

    Jeśli chodzi o lanie – ty się nie bałaś, inni są tym przerażeni. Ja nie byłam bitym dzieckiem, oberwałam tylko 2 razy w życiu i oba te razy pamiętam jako akt chamskiej i bezpodstawnej agresji. To był dla mnie prawdziwy szok i być może jeszcze nie wybaczyłam tego, co oczywiście odbija się teraz na moim zdrowiu (na szczęście niegroźnie, ale upierdliwie, za przeproszeniem).

    Sama widzisz, że w twoim przypadku bicie nie pomogło, a rozmowa owszem. Czyli rozmowa jest skuteczniejsza od przemocy. A przemoc to nie tylko bicie, to również poniżanie i agresja słowna. Słowa niszczą tak samo, a może nawet gorzej niż razy.

    Skąd się wzięło to chore podejście do dzieci?

    Ja sądzę, że z Biblii (ST) i religii. Pisałam o tym na blogu w innych notkach.

    Teorii jest wiele, naukowcy odkrywają stale coś nowego. Bardzo ciekawe są prace Stanleya Milgrama i Phillipa Zimbardo. Jest też w sieci kilka filmów z ich udziałem jako ekspertów (linki są z boku bloga), np. “Pięć kroków do tyranii”.

    Obecnie znana staje się pewna badaczka, której nazwisko wyleciało mi z głowy, która bezlitośnie krytykuje wszystkie ogólnie szanowane i obowiązujące teorie psychologiczne i robi to bardzo przekonująco.

  25. Prawdopodobnie wielu ze mna sie nie zgodzi. Uwazam jednak, ze… mężczyzna nie powinien wychowywac dzieci. Dlaczego? Ano dlatego, ze nie po to zostal stworzony. Musicie wiedziec, ze tak jak “matką” jest sie z natury, tak “ojciec” jest w duzej mierze instytucja społeczna. Co mam na mysli? To, ze nie w kazdej kulturze isnieje cos takiego jak “ojciec”, w pewnych natomiast pelni on marginalna role w opiece nad dziecmi, a potomstwem zajmuja sie glownie kobiety we wspolnocie lub w przypadku awunkulatu-wujkowie dzieci. Te spolecznosci, gdzie ojcowie biologiczni nie pelnia zadnej roli w rodzinie (lub niewielka) sa z reguly spol. matrylinearnymi-czyli takimi, gdzie to kobiety dziedzicza dobra materialne, gdzie nie przejmuja nazwiska po mężu i gdzie generalnie, rola kobiety jest doceniana, szanowana, a czasem sama kobieta jest czczona jako dawczyni życia (“bóg”). Powiecie pewnie, ze to nie znaczy jeszcze, ze tak jest wlasciwie i ze nie wyobrazacie sobie zycia swoich dzieci bez ojca. Rozumiem. Jestem jednak zdania, ze tylko kobiety moga wlasciwie wychowac dzieci, gdyz to my, kobiety, stwarzamy je z wlasnych cial-podczas porodu np. wytwarzane sa pewne mieszanki hormonalne, ktore sprawiaja, ze matka jest jakby “na haju”- odpowiada to za mniejsze odczucia bólu oraz takim doznaniom, jak poczucie upojenia miłoscia, czułościa, potrzebą opieki nad nowo narodzonym- cos, czego mężczyzni rzadko doswiadczaja, nieprawdaz? To po pierwsze. Po drugie – mężczyzna jest stwarzany przez kobiete i niewazne, czy jestes jego żoną, kochanką, czy nawet córką- dla niego bedziesz zawsze reprezentowac Matke. Jak niewielu dojrzałych mężczyzn widziałam, którzy podchodzili do swych dzieci z czułościa i zrozumieniem, jak niewielu ! Czy nie rozumiecie, że zdarza sie, iż mąż jest zazdrosny o własne dziecko-jest zazdrosny o to, ze zona poswieca czas dziecku, a jego zaniedbuje! Moj były był zazdrosny nawet, kiedy bawiłam się z psem! I wy chcecie, by oni godnie wychowywali dzieci, z miłoscia i poświęceniem!? Przeciez to oni są dużymi dziecmi i zawsze nimi pozostana!I nie mówie tego z zawiścia, po prostu tak jest- mężczyzni są naszymi synami. W Indiach świeżo upieczonym żonom zdarza sie slyszec: “Obyś miala dziesięcioro dzieci i oby twoj mąż stal się jedenastym”. Jest to przepowiednia tego, do czego przewaznie dochodzi po pewnym czasie w małżenstwie- kobieta zaczyna darzyc swojego mężczyzne takim uczuciem, jakim darzy swoje dzieci. Obecnie jednak za sprawą religii patriarchalnych i “boga ojca” kobiety zbyt mocno identyfikuja sie z rolą córki- skutkuje to tym, ze w towarzystwie mężczyzn czują się jak ‘ małe dziewczynki’- dają sobą pomiatac i krzywdzic siebie i swoje potomstwo, zamiast miec dumna swiadomosc tego, jak wielka maja wartosc i jak boskimi stworzeniami są. Niewazne jednak ile jeszcze Biblii powstanie spod pióra mizoginicznych literatów, bajka o kobiecie powstajacej z mężczyzny moze zdarzyc sie tylko w patologicznej wyobrazni. To kobieta jest stworzycielka zycia. Mężczyzna natomiast? Mężczyzna też stwarza- rzeczy martwe. Technologia, samochody, transport, kolej, przemysł, komputery, ba! nawet zwyczajne rowery- to wszystko zostalo stworzone przez męski umysł. Mężczyzna jest doskonaly w papraniu sie w materii- może stworzyc z niej rzeczy zapierajace dech w piersiach. Jednak to, co żywe- stwarza samica i tak jak mężczyzna jest geniuszem w stwarzaniu technologicznych nowinek, tak kobieta jest geniuszem w swej empatii i stwarzaniu relacji międzyludzkich. Prawdą jest też, ze mężczyzna z reguły nie odczuwa żadnej potrzeby “robienia dzieci” (no, moze “robienia” tak, ale nie posiadania); przytoczę tu słowa pewnej amerykanskiej feministki, A. Dworkin: powiedziala ona, ze podczas licznych jej odczytow i wystapien publicznych nigdy jej sie nie zdarzyło, aby powstał jakis mężczyzna i spytal z troską w głosie “jak mam pogodzic życie rodzinne z kariera?”. Rozumiecie? Teraz: kobiety w spoleczenstwie powinny w sposob zorganizowany wychowywac wspólnie dzieci oraz powinny stanowic władzę ustawodawczą (gdyż kieruja sie z reguły sercem i wspólczuciem), mężczyzni swoja inteligencja i siła fizyczną powinni służyc społeczenstwu i postępowi- władza wykonawcza. Pani Maria ma rację-jesli społeczenstwo zaczyna wyznawac męskiego boga-to wszystko staje sie możliwe. Po prostu wszystko staje na głowie. Wtedy możliwe staje sie bicie i torturowanie słabszych i bezbronnych. Wszystko od religii się zaczyna.
    Teraz- pani Mario, czy zamierza pani dokonczyc tekst o mapach Swiadomosci? To bardzo interesujaca lektura. Pozdrawiam.

  26. Jestem bardzo ciekawa, co by się stało, gdyby jakaś tajemnicza siła wyłapała wszystkich psychopatów i wraz ze wszystkimi wydaniami Biblii, Koranu i Talmudu wystrzeliła ich na jakąś bezludną (i na wszelki wypadek pozbawioną zwierząt) planetę, a tu, na ziemi, zostaliby tylko normalni ludzie. Pewnie wkrótce padłyby wszystkie rządy, a polityka znikła. Ciekawa jestem, jak ułożyłyby się stosunki damsko męskie. I reszta rzeczy również. Pisarzy SF zapraszam do zabawy – spróbujcie opisać taki świat.

  27. Nareszcie coś dla mnie. Nie chcę z takim radykalizmem, nie bronię również mężczyzn (w dzisiejszych czasach to już wszak nie wypada), ale jeśli odwołuje się do pewnej dziedziny wiedzy, to należałoby wiedzieć, do czego się odwołwuje:

    To, ze nie w kazdej kulturze isnieje cos takiego jak “ojciec”, w pewnych natomiast pelni on marginalna role w opiece nad dziecmi, a potomstwem zajmuja sie glownie kobiety we wspolnocie lub w przypadku awunkulatu-wujkowie dzieci. Te spolecznosci, gdzie ojcowie biologiczni nie pelnia zadnej roli w rodzinie (lub niewielka) sa z reguly spol. matrylinearnymi-czyli takimi, gdzie to kobiety dziedzicza dobra materialne, gdzie nie przejmuja nazwiska po mężu i gdzie generalnie, rola kobiety jest doceniana, szanowana, a czasem sama kobieta jest czczona jako dawczyni życia (“bóg”).

    Wikipedia to bardzo kiepskie źródło wiedzy na tematy antropologiczne. Nie ma zresztą już takich kultur, które ISTNIEJĄ po dzień dzisiejszy i ciągle hołdują tym samym wartościom. To, co wyżej, to już niestety tylko literatura. Globalizacja zmieniła wszystko. Ale:

    Awunkulat to nie system pokrewieństwa lecz system “rezydencji małżeńskiej” – po prostu para młoda po ślubie przeprowadzała się do rodziny wuja (ojca lub matki – to już zależało od systemu pokrewieństwa). Zresztą, tak czy owak był on zjawiskiem bardzo rzadkim, zanotowano kilka jego przypadków, ale wskutek działalności misjonarzy wśród przeróżnych ludów nie ostał się już chyba nigdzie. To po pierwsze.

    Po drugie, nie mylmy matrylinearności z domniemywanym przez niektórych lecz przez nikogo nie dowiedzionym matriarchatem. To w ogóle co innego. Matrylineraność dotyczy tylko systemu pokrewieństwa, nie wpływa to natomiast znacząco na sam system społeczny. Chodzi tylko o to, że dziecko było traktowane jako pochodzące “z rodu matki” i jemu przynależne. Fakt, bywało tak (np. na Trobriandach), że ojciec biologiczny się dla rodu nie liczył, ale nigdy nigdzie nie został zakwestionowany status mężczyzny. Kobieta niezależnie od systemu pokrewieństwa w danej kulturze była traktowana jako istota w pewnym sensie podrzędna, a w matrylinearyzmie ojcowie rzadko w ogóle poczuwali się do ojcowstwa – woleli prowadzić wojny czy rozmyślac nad “ważniejszymi sprawami”, a nie “tracić czas” na zajmowanie się dzieckiem. Żydzi należą do pokłosia kultur matrylinearnych, a jednocześnie są przerażająco patriarchalni.

    Kobiety zyskiwały w każdym społeczeństwie szacunek dopiero po menopauzie – wtedy przestawały należeć do sfery liminalnej, nie kojarzyły się już z demonami. Stawały się matronami, doświadczonymi w życiu staruszkami, które “dobrze znały sekrety zycia”. Przed menopauzą rola kobiety jest mniej więcej podobna do naszych wszelkich stereotypowych wyobrażeń. Jest ona w tradycyjnej kulturze przedmiotem wymiany (niezależnie od systemu pokrewieństwa) i choćby była głową rodziny, nie zawsze decyduje o najważniejszych sprawach. A z pewnością nie ma żadnego głosu w kwestiach, które są domeną mężczyzn (czyli właściwie wszędzie poza rodziną – religia, wojny, polityka, tajne stowarzyszenia…).

    Na Trobriandach za czasów Malinowskiego czyli ok. 1914-16 (bo na jego relacjach ciągle opierają się te wszystkie ochy i achy na temat matrylinearyzmu), znaleziono pewną poszlakę co do tego, skąd się wziął taki system pokrewieństwa. Otóż ówcześni Trobriandczycy nie kojarzyli stosunku seksualnego z faktem, iż kobieta zachodzi w ciążę. Mężczyźni z kobietami gzili się jakby nigdy nic, a dzieci po prostu “się rodziły”. Przy dość sporej rozwiązłości w tej sferze obyczajowej w tamtych rejonach, trudno byłoby nawet ustalić ojcowstwo. Pewne było więc jedynie macierzyństwo – skoro ojcowie nie zdawali sobie na sprawy z tego, że są ojcami, jak mogliby wpływać na los rodziny? Mąż danej kobiety po prostu przyjmował rolę “opiekuna” dziecka, który czasem miał coś do powiedzenia, a czasem nie miał.

    To tak w kwestii przeróżnych antropologicznych opowiastek o “dobrych dzikusach” których tyle krąży po świecie. Nie, nie łudźmy się, że pierwotne partriarchalne społeczeństwa żyły zawsze w pełnej harmonii z naturą, czciły kobiece bóstwa i nie prowadziły wojen.

  28. Och, ręce opadają… Studiowalam socjologię, Obywatelu, i zdaję sobie sprawę, ze Wikipedia jest wątpliwym zródlem wiedzy. Z czasem człowiek ma to szczęscie-lub może raczej pecha- ze niekiedy dochodzi do słusznej konkluzji, iż same szkoły i uczelnie są równie wątpliwym zródłem wiedzy! Ale to już temat na osobną opowieśc. Kłótnie na tematy antropologiczne prowadzone są od dawna. Teoria mówiąca o tym, iż stosunku płciowego nie kojarzono z rodzeniem dzieci jest jedna z najśmieszniejszych, według mnie. No ale każdy ma prawo do kucia własnych teorii i ja to szanuję.

    Pani Mario! Pytałam, czy ma Pani zamiar pracowac nad dalszym ciągiem map świadomosci. Czy może juz dalszy ciąg gdzieś Pani zamieściła, a ja to przeoczyłam?
    Pozdrawiam.

  29. Och, ręce opadają… Doprawdy?

    Co do wiedzy można nie być pewnym niczego (fakt, zwłaszcza w antropologii), ale nie można sobie dowolnie używać dowolnych pojęć. Teorii nie chcę kuć, przestrzegam przez rozprzestrenieniem informacji rodem z wikipedii (zajrzyj na hasło “matrylinearny system pokrewieństwa” i zobacz jak bardzo jest podobne do części Twojego wywodu – nawet styl). Owszem, mozemy sobie powiedzieć że to, czego nas uczono na uczelniach to bzdura i w ogóle odrzucić całą tę wiedzę, tylko że wtedy nie mamy żadnej innej wiedzy na której moglibyśmy się oprzeć. Za to mamy stosy dyrdymałów powielanych przez różnych kulturoznawców, które trafiają dziś na podatny grunt dyskursu feministycznego. Dyskursu, który dawno już przestał byc walką o równe prawa płci, stając się narzędziem walki politycznej i rywalizacji o władzę.

    Teoria Malinowskiego co do Trobriandczyków może brzmieć śmiesznie. Fakt, nie da się udowodnić że myśleli oni w taki czy inny sposób, ale “śmieszny” wydźwięk tych twierdzeń jest śmieszny właśnie dzięki naszej dzisiejszej wiedzy. Istniały takie kultury, których członkowie nie zauważali tej z pozoru oczywistej korelacji. Dlaczego? Dlatego, że de facto jest to trudne do zauważenia, jeśli przyjmujemy że już za młodu kobieta ma wielu partnerów seksualnych a prawo grupy nie jest tak restrykcyjne co do instytucji małżeństwa. Przypomnę, że ci ludzie nie znali akademickiej biologii, ich wiedza była ściśle intuicyjna. Jak było naprawdę, tego oczywiście najstarsi górale nie wiedzą, ale nie wiem gdzie znów “wyśmiewa” się z taką pasją tę teorię? Może wśród socjologów?

    Teoria martiarchatu również jest dość śmieszna zważywszy na tezy, jakimi sie ją popiera. Bachofen siedział przy biurku i wymyślił to, co pasowało mu do ewolucjonistycznej koncepcji, bez żadnych badań – dziś niektóre społeczeństwa próbuje się naginać do etykietki “matriarchat”, ale jako takiego nigdzie go jeszcze nie stwierdzono (Tuaregowie byli ostatnią nadzieją, ale okazało się że tam kobiety wcale nie mają aż tak dużo do gadania). Mimo to Ty z uporem maniaka piszesz sążnisty post w którym utożsamiasz system pokrewieństwa z władzą w rękach kobiet. Po socjologu więcej się spodziewałem. Każdy może kuć własne teorie, ale Twój post miał niewiele wspólnego ze swobodnym “kuciem” – to była raczej dość agresywna jatka.

    Może wyjaśnijmy – kult kobiecych bóstw co do którego są przesłanki z dawnych lat, wcale nie musiał oznaczać struktury społecznej zorganizowanej wokół kobiet. Znamy społeczeństwa zbadane przez etnografów, w których występowały takie kulty a pomimo to były ściśle patriarchalne.

    Teorię matriarchatu traktuję w kategoriach mitu, który służy jako grunt pod radykalny feminizm. To znaczy, wygrzebuje się ją na potrzeby pewnych środowisk, a przemawia za nią jeszcze mniej argumentów niż za teorią ewolucji. Zresztą są one sprzęgnięte ze sobą, bo mają to samo podłoże.

    Żeby było jasne w 100%:

    Nie jestem przeciwnikiem walki kobiet o równe prawa (choć z perspektywy przeciętnego meżczyzny wywalczyły one sobie prawa niemal ponadprzeciętne), jestem przeciw dyskryminacji i panoszeniu się męskiego ego w każdej sferze życia. Jestem też przeciwnikiem tworzenia fikcyjnych konstruktów w nauce i używania ich do populistycznych celów.

  30. Istniały takie kultury, których członkowie nie zauważali tej z pozoru oczywistej korelacji. Dlaczego? Dlatego, że de facto jest to trudne do zauważenia, jeśli przyjmujemy że już za młodu kobieta ma wielu partnerów seksualnych a prawo grupy nie jest tak restrykcyjne co do instytucji małżeństwa.

    Jeśli ci ludzie obserwowali jelenie w lesie, krowy na łące i świnie w zagrodzie, to chyba mogli zauważyć, że zwierzęta te zajmują się taką dziwną aktywnością, po której na świat przychodzą młode. I mogli to przez analogięs kojarzyć z tym, co sami robią w sianku lub krzakach.

  31. Jeszcze mi taka myśl wpadła do głowy: jak któryś chłopek był wyjątkowo tępy, to mógł zamknąć maciorę w chlewie i w nieskończoność, a raczej bez skutku czekać na prosięta. Ale gdyby przez przypadek wpuścił tam pana wieprza, to by się okazało, że prosięta się po jakimś czasie pojawiły. I co – nie skojarzyłby jednego z drugim? Nie sądzę, żeby nasi przodkowie byli aż tak tępi. Tępi to są tylko nałkowcy, którzy takie rzeczy wymyślają na zasadzie “jak sobie mały Kazio wyobraża historię ludzkości”.

  32. Nie żeby tępi. I wcale nie powiedziałem, że wszyscy. Takie relacje dotyczą akurat specyficznie rejonu Trobriandów i kilku innych społeczeństw, w innych zaś korelacja między stosunkiem a macierzyństwem była znana. Pewnie, to rodzaj intuicyjnej wiedzy, wiedzy naturalnej, ale zauważ: jesli kobieta miała wielu partnerów, to skąd ma wiedzieć kto jest ojcem? Trobriandczycy przyjęli zapewne ten typ rozumowania. Tam występowały zresztą liczne przypadki kazirodztwa (pomimo tego, że było to objęte zakazem) i w ogóle było bogate życie seksualne. Instytucja ojca mogłaby być więc wywiedziona z jakiegoś systemu i narzucona odgórnie (np. mąż kobiety będzie ojcem dziecku), ale akurat tam nie była.

    Nie wiem nic o naszych “przodkach”, nie wrzucałbym wszystkich do jednego worka – badania antropologów dotyczą raczej XIX i XX wieku i kultur które wtedy istniały. Nie wiążę też matrylinearyzmu z nieświadomością tego, skąd się biorą dzieci. Takie przypadki (rzadkie) po prostu były, a etnografia zna wiele “cudów i dziwów”. Tyle że te cuda i dziwy wpływają negatywnie na obraz “szlachetnego dzikusa” który żył zawsze w zgodzie z naturą, był wegetarianinem (co za bzdura), ekologiem, feministą i kim tam jeszcze życzyłoby sobie go widzieć dzisiejsze społeczeństwo. “Dobrego dzikusa” wymyślił Rousseau, dla niego stan dzikości to był stan takiej czystości umysłu, wyrwanie się z cywilizacji i możliwość prawdziwie logicznego myślenia. Dziś “dobry dzikus” z wyobrażeń mysli już irracjonalnie i jest potencjalnym członkiem Greenpeace’u.

  33. Hehe, jest zasadnicza różnica między stwierdzeniem, że lud nie wiedział skąd się biorą dzieci, a stwierdzeniem, że nie wiadomo, kto jest ojcem.

  34. Moj komentarz nie miał byc wywodem na temat koncepcji socjologicznych. Był raczej pisany na prędce i pod wpływem emocji zrodzonych po przeczytaniu artykułu na temat ojca gwałcącego swoją córkę. Pod pojęciem “społ.matrylinearne” miałam na myśli ‘matriarchalne’- tutaj wkradł się błąd, więc możecie już się przestac nadymac, Obywatelu, i sprobowac się wyluzowac. Sprawa załatwiona. Jeśli zaś chodzi o szanowną Wikipedię, to własnie sprawdziłam. Okazuje się, że jest tam dokładnie to, co wy, Obywatelu, twierdzicie. Pod hasłem “matriarchat” kryje się mniej więcej: owszem, istnieje cos takiego, jak matrylineaż, matrylokalnośc, awunkulat; tak, można znalezc jeszcze gdzieniegdzie matriarchalne społecznosci, tudzież pozostałosci tradycji matriarchalnych, ale generalnie matriarchatu nie było, nie ma i nigdy nie będzie. Nigdy! NIGDY! PRZENIGDY!!! (W oddali słychac szyderczy śmiech). Sprawdziłam w kilku językach, wszędzie mniej więcej to samo. Cholera, ciekawe, kto redaguje takie teksty..? Hmm…Pewnie kobiety.
    Teraz: wdałam się w taką oto dyskusję, choc już jakiś czas temu postanowiłam nie wdawac się w takie ‘naukowe’ sprzeczki. Okazuje się, że ‘nauka’, ktorej głównym kryterium winien byc obiektywizm, wcale obiektywna nie jest, różne dylematy można widziec pod różnym kątem, przez co obraz zupełnie się zmienia, a poza tym czasem w rozmowie to człowiek człowiekowi wilkiem, tak jak zombi zombi zombi. I na dowód mogłabym sama sobie zaprzeczyc, czy raczej temu, o czym tak namiętnie starałam się wszystkich przekonac, i stwierdzic, ze mężczyzna jest wręcz stworzony do wychowywania potomstwa, gdyż natura także jego obdarzyła sutkami i możliwościa karmienia mlekiem (tak, mężczyzna może karmic mlekiem), a poza tym w naturze przeciez występuja zwierzeta, ktore łączą się w pary i wspólnie wychowują potomstwo. Kto ma rację tutaj? Pewnie ja. Oba założenia mogą wydac się prawdziwe, zależy pod jakim kątem spojrzec i co konkretnie uznac za ‘dowód’.
    Teraz-tak jak nauka nie zawsze bywa ‘obiektywna’, tak też często niewiele ma wspólnego z prawdą. Chcemy tu mówic o historii człowieka bazując na tym, czego nauczyliśmy się w szkołach i co jest powszechnie wiadome. W szkołach nie wyjaśniono nam jednak, skąd się wzięly liczące 1000 lat modele samolotów znalezione w Ameryce Płd, reliefy przedstawiające helikopter i inne maszyny w starożytnych egipskich świątyniach czy nieludzkich wymiarów ludzkie szkielety datowane na tysiące lat wstecz lub metalowe obiekty wykonane z precyzja lasera mające prawdopodobnie ponad 2 miliony lat. Czy w takich okolicznosciach możemy my-cieniasy i marne ‘wyedukowane’ mieszczuchy- z zadartymi nosami próbowac przekonac jeden drugiego do swojej osobistej wersji historii (choc nie tylko swojej, bo przeciez wyuczona w szkolach i powtarzana wśród mądrych kolegów), zarzucając sobie nawzajem populizm i głupotę? Wiedzy oczywiście odrzucic nie możemy, bo zostaniemy z niczym, musimy jednak umiec też przyznac sie do nie-wiedzy w swietle chociażby przykładowych artefaktów, które istniec zgodnie z logiką i historią nie powinny!
    Teraz-te cholerne baby latały po krzakach i gziły się ze wszystkimi jak popadnie! Przez to mężczyzna nie tylko nie mógł skojarzyc stosunku z narodzinami, ale tez nie mógł stwierdzic ojcostwa! Wredne baby! Za dużo seksu! A tak na powaznie, to chciałabym zwrócic uwagę na ciekawe badania socjologiczne pana Jamesa W. Prescotta, który właśnie to sobie postanowił zbadac- związek poliandrii i charakteru systemu społecznego. Pan Prescott prezentuje wyniki swoich badan, gdzie stwierdza: w społ., gdzie liczne stosunki intymne kobiet są niedozwolone i piętnowane występuje tez wysoki odsetek przęstępstw, niewolnictwo jest praktykowane, kobiety mają niższy status, dzieci są wychowywane chłodno i karane często, niedomagania natury seksualnej są częste, wystepuje grozny bóg w wierzeniach, wysoki odsetek narkomanii i alkoholizmu, silnie rozwinięty militaryzm itd. Natomiast w społ., gdzie kobiety mają wolnosc w sferze seksualnej wszystkie te wskazniki są dużo niższe lub w ogóle nie występują. Pan Prescott ma tez b.ciekawe spojrzenie na pozytywny wpływ czułosci na rozwój mózgu dziecka, czułości, ktorej dzieciom w patologicznym, zgniłym moralnie patriarchacie brakuje – oczywiscie pomijając te wieczory, gdy tatus kładzie się do łóżka z własną córką. Nielegalne stosunki kazirodcze występowały nie tylko wśród prymitywnych Triobriandczyków, ale występuja też w naszej kulturze, o czym mówi m.in. artykuł, do którego komentarze tutaj zamieszczamy.
    Według mnie teoria zakładająca istnienie matriarchatu jest tak prawdziwa, jak prawdziwy jest patriarchat. Czy ludzie zyli tam szczęsliwie i bezproblemowo? Może tak, może nie. Nie wiemy tego, dlatego po prostu, że nas tam nie było. Mając na uwadze niewytłumaczalne fakty i dziwne zjawiska, ktore miejsca nie powinny miec, lepiej jest raczej miec otwarty umysł i byc przygotowanym na to, ze prawda może wyglądac zupelnie inaczej, niz się tego możemy spodziewac. Pozdrawiam.

  35. Gwoli wyjaśnienia: antropologię ciężko nazwać “nauką” w klasycznych sensie (spór geistewissenschaften kontra naturwissenscahtften wciąż jest żywy i ta druga ciągle rości sobie prawa do miana “nauki”). Socjologowie posługują się bardziej ścisłymi kryteriami, ja jednak jestem antropologiem i w mojej dziedzinie twardy grunt ustepuje imponderabiliom. Bo to – było nie było – nauka o człowieku, a skomplikowanego jestestwa człowieka nie da się sprowadzić do zestawu prawideł ogólnych.

    Nie zaprzeczam, uczelnie podają nam raczej sfabrykowany obraz historii człowieka, ale cóż zrobić – to jedyny, który udało im się zaakceptować. Jak było “naprawdę”, tego nie dowiemy się być może nigdy, ale ile razy słyszę jakieś dyskusje na temat matriarchatu to nie omogę się oprzeć wrażeniu że są one raczej znakiem czasów i próbą ugruntowania nowego dyskursu. Podobnie jak wyobrażenia o dobrych dzikusach, których funkcja zmienia się wraz z epokami.

    O “wrednych babach” nigdzie nie pisałem, wszędzie widzisz mizoginię? Że zacytuję:

    Cholera, ciekawe, kto redaguje takie teksty..? Hmm…Pewnie kobiety.

    Gdyby redagowały kobiety, byłoby “po kobiecemu”, czyli zgodnie z ichnią wersją rzeczywistości i ok? Zesztą, wikipedia ma pełno adminek-kobiet, nie bój się o to. Czy ktoś zrozumie że pewne fakty nie zależą od tego, kto o nich pisze? Twierdzenie Bachofena jak na razie się po prostu NIE BRONI. Jest konstruktem, można je domniemywać, ale by je udowodnić choćby w nikłym stopniu potrzeba jakichkolwiek przesłanek. JAKICHKOLWIEK. Mocniejszych niż figurki z neolitu. Jasne, możemy zawsze podważyć “głupią nałkę”, co to nic o niczym nie wie, ale żeby ją podważyc wypadłoby mieć kontragrumenty, czyż nie? Dopóki tych nie ma, domniemane przejście z matriarchatu do patriarchatu jest spekulacją. Można mówić najwyżej o odwrocie od kultu bóstw żeńskich na rzecz bóstw męskich. Jeśli masz jakieś dane, może jakies tajemne jukrywane przed społecznością naukową artefakty, albo ślady czy źródła, które pomoga zakwestionować dotychczasowe poglądy n matriarchat to opowiedz o nich. Ja z przyjemnością wyłsucham, bo w odróżnieniu od “nałkowców” nie mam klapek na oczach.

    Co do Prescotta: to prawda stara jak świat. Tyle że znów mylenie pojęć, które nie przystoi scjologowi: poliandria dotyczy małżeństwa, jest to możliwość zawierania przez kobietę w kulturze związków małżeńskich z wieloma mężczyznami. To co innego niż swoboda seksualna. Poliandrię spotykano bardzo, bardzo, bardzo rzadko. Tak, oczywiście, pisali to męzczyźni, wredne szowinistyczne świnie niegodne istnienia na tym łez padole. Prescott też byl mężczyzną, ale pewnie z tych “lepszych”? Stosunek płci do roli społecznej badała też Margaret Mead, jakoś nikt jej rozważań na polu antropologii nie zakwesionował w całości. Przecież dzisiaj w katedrach nauk społecznych zasiadają głównie kobiety. Dlaczego więc nie forsują teorii matriarchatu? Dlaczego spekulacje o niej można usłyszeć głównie od kulturoznawców, zamujących się wyłącznie “kulturą wysoką”?

    W zachodnim społeczeństwie kobiety wywalczyły sobie kulturowo w pewien sposób swobodę seksualną – można powiedzieć że tę jako pierwszą, w XIX wieku (ach te femmes fatales), ale rozwijało się to powoli. Teraz co? Mamy mniej wojen? Mniej psychopatów w rządach? Mniej chciwości, korupcji? Żebym nie był złośliwy: Condoleeza Rice czy Angela Merkel to dla mnie takie same psychopatki jak Barosso, Bush, czy Sarkozy.

    Pamiętasz ze studiów może Hegla? Teza-antyteza-synteza. Jeśli przyjąć, że matriarchat kiedyś był, to patriarchat powinien być jego zaprzeczeniem a obecnie zmierzać powinniśmy w kierunku syntezy, prawda? Nie zmierzamy, wahadło znów wychyla się na skrajną pozycję, teraz kobiety chcą władzy, postępują w sposób chamski, zachowują się gorzej od większości mężczyzn. Chcą być bardziej męskie od nich, straszą siłą fizyczną i intelektualną, na manifestach nosza transparenty “mam cipkę” – jakby nikt tego nie wiedział. Jako że do tej pory heglowski schemat realizował się w historii, mam podstawy by przypuszczać, że wieszczony przez Witkacego “babomatriarchat” nadchodzi właśnie teraz, czyli że nie było go wcześniej. Do syntezy pewnie jeszcze daleka droga. Do prawdziwgo równouprawnienia, wzajemnego zrozumienia zarówno podobieństw jak i różnic. ZROZUMIENIA a nie tłuczenia się po mordach.

    Na koniec o “prymitywnych Trobriandczykach” (fuj): pewnie oburzyłabyś się wyjątkowo, gdybym powiedział że nie zawsze mężczyźni byli inicjatorami tych stosunków kazirodczych? I że wcale nie musiały być one związane z molestowaniem? Ich wystepowanie zależało głównie od tego, w jaki sposób uzasadniano kulturowo zakaz kazirodztwa. A że nikt nie odwoływał się do biologii, to raczej pewne, nikt nie mówił o potencjalnie złej puli genów dziecka będącego owocem takiego stosunku, to uzasadnienia były różne, lepsze lub gorsze. Wśród niektórych indian występowało rytualne kazirodztwo, było ono przywilejem wodzów, utożsamianych z bogami.

    Masz moje słowo na to, że mam zawsze otwarty umysł na najbardziej nieprawdopodobne teorie, dlatego np. z zapartym tchem czytałem “Zakazaną Archeologię” Cremo i Thompsona. Tam są pewne przykłady, pewne źrodła, a pozycja jest dobra merytorycznie i starannie napisana. Nikt nie miesza w niej pojęć i nie próbuje naginać żadnej rzeczywistości do swojej teorii. Zanim więc będę skłonny odebrać mężczyznom prawa rodzicielskie i w ogóle wyeskterminować cały mój gatunek, chciałbym wiedzieć, czy aby na pewno całe “zło tego świata” jest winą wojowniczego Marsa, który podstępem zaszlachtował piękną i wrażliwą Wenus…

  36. Drogi Obywatelu, jako ze antropologię ciężko nazwac nauką, gdyz zajmuje sie człowiekiem, który wymyka się naukowym metodom badawczym i na zawsze byc moze zostanie zagadką do końca niezbadaną… to po co w ogole prowadzic jakiekolwiek dyskusje? Jakkolwiek dziekuje Ci, ze wyjaśniles mi, czym antropologia jest, a czym nie jest, gdyz ja wczesniej tego nie wiedzialam. Jak Boga kocham.
    Rozumiem, ze wciąż bedziesz bronił oficjalnego podejscia do tematu matriarchatu, jego bytu lub niebytu i ja Ci bronic nie będę. Tzn. ja bronic bronienia Ci nie będę. Bo gdybym Ci broniła bronienia, to znaczy, że sama bym broniła, a Tobie nie dała, a to by było nie fair.
    Prawda jest taka, że społeczenstwa matriarchalne istniały i wciąż istnieją na świecie w bardziej lub mniej zmienionych formach. Nie, nie podam żadnego konkretnego przykładu takiego społeczeństwa, gdyż nie chcę wdawac się w dyskusje, nie mam na to czasu. Kto zajmuje się tematem, ten wie. Dowodów jest sporo i nie są to tylko figurki z neolitu.
    Trzeba pamiętac, że ‘matriarchat’ nie oznacza “władzy ” kobiet, tak jak ‘patriarchat’ oznacza władzę mężczyzn. Przez to nie możemy stosowac dokładnie takich samych kryteriów do obu systemów.

    Pytasz, czy widzę wszędzie mizoginizm. Nie, nie wszędzie. Kiedy spaceruję parkiem, to nie widzę. Tzn. widzę, ale nie mizoginizm. Prawdopodbnie dlatego, że w parku są same drzewa i niewielu mężczyzn. No, oprócz tych trzepiących pod krzakiem kapucyna, ale oni są raczej nieszkodliwi. Wydaje mi sie więc, że jako że w parku są same drzewa, to nie ma tam przejawów mizoginizmu. Bo ja jeszcze drzewa mizogina nie widziałam, jak Bóg mi świadkiem, i nie mam pojęcia, jak to to miałoby wyglądac. Pewnie zrzucałoby na głowę kasztany czy żołędzie każdej przechodzącej pod nim kobiecie. To by było straszne. Gorzej jednak miałyby babki w gorętszych klimatach. Pomyśl, jak by to było dostac kokosem w łeb ?

    Tak, tak, wiem. Nie to że mam koślawe poczucie humoru, to jeszcze mylę pojęcia naukowe. Masz rację, poliandria to wielożenstwo, czego nie należy utożsamiac z szeroko pojętą swobodą seksualną kobiet. Pan Prescott analizował kilkadziesiąt kultur pod kątem życia seksualnego, wśrod nich znalazły się pewnie takie, wśrod których istniała tak poliandria, jak i tzw. swodoba seksualna. Odsyłam do jego prac, które są bardzo interesujące (chociażby jego studium orgazmu) i warte chociażby przejrzenia (Prescott jednak nie zajmował sie ‘stosunkiem płci do roli społecznej’ jak Mead, nie rozumiem więc, dlaczego piszesz o nich obu w jednym kontekscie i twierdzisz “Mead też” – przecież ja nic nie pisalam o roli społecznej, a badania Prescotta wspomniałam tylko z powodu Twojej uwagi dotyczącej swobody seksualnej ‘dzikich’).

    Poza tym, tak-zdaję sobie sprawę, że inicjatorami stosunków kazirodczych u Triobr. nie zawsze byli mężczyzni. Tak to jednak jest, że w naszej kulturze są nimi prawie wyłącznie mężczyni. O czym to może swiadczyc?
    Nie wydaje mi się też, żebys musiał odbierac mężczyznom prawa rodzicielskie. Uwierz mi, że większosc oddałaby je Tobie bez większych oporów w zamian za możliwosc realizacji swoich pasji czy powrotu do uganiania się za spódniczkami. Brzmi to może cynicznie, ja sama chciałabym, żeby mężczyzni dla odmiany stali się łagodnymi istotami potrafiącymi godzinami wpatrywac się w lico swojego śpiącego dziecka. Rzeczywistosc jednak wygląda troszkę inaczej, dlatego też uważam, że wychowywaniem dzieci powinny zajmowac się tylko kobiety. Nie pojedynczo, zamknięte w domach i czekające na męża z wypłatą, ale w sposób zorganizowany, grupowo i przy wspierającej społecznosci. Tutaj jednak należałoby troszkę zmienic system społeczny, co jak dotąd pozostaje marzeniem ściętej głowy, gdyż wielu bardzo zależy na tym, aby jednostki pozostawały odseparowane od siebie w możliwie jak najmniejszych komórkach i, broń Boże, aby ludzie-a szczególnie kobiety-nie zrzeszały się i nie organizowały we wspólnych działaniach na rzecz dobra grupy, jak i samej jednostki. Jeśli rzeczy jednak potoczą się tak, jak dotąd, to nie będziesz też musiał eksterminowac całego swojego ‘gatunku’. Gatunek wyeksterminuję się sam, czy to poprzez wciśnięcie nuklearnego guzika, czy całkowite zatrucie ekosystemu. I przechodząc w zaświaty pociągnie za sobą nas, ‘gatunek drugiej kategorii’.
    Cieszę się, że “Zakazana archeologia” się spodobała. Mnie także.
    Pozdrawiam.

  37. Z uporem, a byc może też z jakąś zboczoną satysfakcją, kontynuuję mylenie pojęc. Chyba to lubię. (Wielomałżeństwo naturalnie, nie “wielożeństwo”.)

Rozmowy na dowolne tematy prowadzimy tu: https://astromaria.wordpress.com/hyde-park/ i https://astromaria.wordpress.com/zdrowotny-hyde-park/ KOMENTARZE NIE NA TEMAT BĘDĘ KASOWAĆ! UWAGA!!! Jeśli Twój komentarz się nie ukazał przeczytaj https://astromaria.wordpress.com/komentowanie-bloga/

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

WordPress.com Logo

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Twitter picture

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s