Każda wiara wymaga świętych męczenników

Jak widać – ateistyczna również. Co ciekawe – zatrważająco wysoka śmiertelność wśród wyznawców nie tylko nie odstrasza ich od wiary, ale paradoksalnie – jeszcze ich przyciąga. Oto fenomen, który trudno pojąć.

Kościół ma na swym koncie niezliczone ludzkie istnienia. Ludzie ci ginęli nie tylko masowo, ale  i w wielkich męczarniach. I co? Ano nico. Nie tylko nie odstraszyło to dawnych wyznawców, ale nagoniło nowych. Żadne tłumaczenia nie są w stanie przekonać „wierzących”, że są członkami zbrodniczej instytucji, która ma na sumieniu więcej ofiar, niż Hitler ze Stalinem razem wzięci. I chodzi w tym przypadku nie tylko o ofiary historii. Chodzi również o te, których stale przybywa również dziś. Na przykład o tych, którzy giną jako ofiary AIDS (prezerwatywy są grzeszne!), zakazu aborcji czy wreszcie jako naiwne, świeżo nawrócone owieczki, dające się zarzynać w krajach, gdzie chrześcijan nie lubią i nie chcą.

OK, to oczywiste w przypadku religii, która stworzyła kult cierpienia, męczeństwa i ofiary z życia.

Ale ateizm przecież tego nie tylko nie rozumie, ale wręcz taką postawę potępia. Dla ateisty złożenie ofiary z życia za wiarę jest idiotyzmem.

Czyżby?

Naprawdę?

A ja sądzę, że jest inaczej.

Ateiści też są gotowi poświęcić życie, byle tylko udowodnić, że mają rację. O mój Boże, jaką znowu rację? Wiara jest ślepa i nie chodzi w niej o rację, lecz o gotowość złożenia życia w ofierze na ołtarzu przekonań. PRZEKONAŃ, a nie rozumu czy dowodu naukowego.

Przekonania jak wiadomo są… tylko przekonaniami. Czyli niczym nie uzasadnionymi wierzeniami. Można oczywiście wierzyć głęboko i żarliwie w swoje przekonania, tak głęboko i tak żarliwie, że aż przestaje się dostrzegać, że to tylko przekonania, a nie twarde fakty poparte mocnymi i nie budzącymi wątpliwości dowodami naukowymi.

Takim PRZEKONANIEM jest wiara w medycynę akademicką i jej „naukowość”, a co za tym idzie – wiara w niesłuszność medycyny „nienaukowej”, czyli (a pfuj) ludowej, szarlatańskiej i przesądnej.

Naukowość to jest coś, co jest rzekomo udowodnione rzetelnymi i nie budzącymi wątpliwości dowodami.

Leczenie nowotworów homeopatią, akupunkturą, masażem, hipnozą, modlitwą, medytacją, transem voo-doo, energią przekazywaną przez terapeutę lub pobieraną bezpośrednio ze Źródła, dietą, psychoterapią, śmiechem, ziołami, zaklęciami szamańskimi, szeptami, przelewaniem jajka, placebo i witaminami jest nienaukowe.

Jest nienaukowe, bo takie rzeczy robiły przed wiekami znienawidzone, ciemne wiejskie czarownice.

Naukowe jest wlewanie bezpośrednio w żyły człowieka chemicznych trucizn, od których pacjent wymiotuje, ma biegunki, łysieje i nie jest w stanie utrzymać się na własnych nogach. Naukowe jest naświetlanie go bombą kobaltową, chociaż wiadomo, że radioaktywność jest czynnikiem rakotwórczym sama z siebie.

Wszystko to jest naukowe, bo przeciwne naturze i samemu życiu. Również dlatego, że nigdy nie było praktykowane przez te obmierzłe, wiejskie czarownice.

Nienaukowe jest w końcu wyzdrowienie, które zawdzięczamy tym wszystkim przesądom, w przeciwieństwie do zgonu, spowodowanego przez naukowe i racjonalne postępowanie, ordynowane przez profesorów w białych fartuchach.

Naukowa i jak najbardziej racjonalna jest również ślepa wiara w to, że medycyna pomaga, a zabobony szkodzą.

Choćbyśmy nie wiem jakie dowody przedstawili w postaci statystyk, jasno dowodzących, że pacjenci homeopatów zdrowieją, a pacjenci onkologów umierają, to i tak żadnego racjonalisty nie przekonamy. Bo racjonalista „zracjonalizuje” każdy przypadek uzdrowienia jako „samoistną remisję”, co według nich „po prostu się zdarza” lub błędną diagnozę (o wstydzie – najczęściej stawianą przez wielką medyczną sławę). Takich przypadków nie wolno liczyć do statystyk, bo nie są to przypadki wyleczenia przez oficjalną medycynę.

Tak moi drodzy. Widziałam naprawdę niezliczone przypadki uzdrowienia z chorób, uznawanych przez medycynę za „nieuleczalne”. Niestety, ŻADEN z nich nie został odnotowany w statystykach ani medycznych podręcznikach. Wszystkie one zostały zakwalifikowane jako niewłaściwa diagnoza lub samoistne cofnięcie się objawów chorobowych.

Dzięki tak pojętemu „racjonalizmowi” medycyna akademicka ma 100% sukcesu w leczeniu, a „szarlataneria” 0%.

Na ołtarzu świętej wiary w naukową („racjonalną”) medycynę składane są (składają się same?) również bardzo sławne osoby. Ich wielki autorytet przekonuje maluczkich, że nowotwory są chorobami nieuleczalnymi i że nie ma innego wyjścia, niż posłusznie poddać się zaleceniom onkologów. Gdyby była jakakolwiek inna alternatywa, to przecież sławny i jakże zasłużony profesor nie umarłby, lecz skorzystał z tej oferty.

Ale właściwie czym ja się przejmuję?

Jak odkrył Darwin selekcja naturalna dba o to, żeby osobniki nieprzystosowane ginęły, dając szansę tym, które górują nad nimi swoim rozumem i umiejętnością radzenia sobie w trudnych warunkach. Nie ma więc straty, jest korzyść. Proponuję zgłaszać ofiary medycyny do Nagrody Darwina. Wszak, zgodnie z regulaminem, same wyeliminowały swoje geny z puli światowej.

70 myśli nt. „Każda wiara wymaga świętych męczenników

  1. Eliszka, taki urok internetu ;). Siedzimy, kazda po swojej stronie klawiatury, nie widzimy wyrazu swoich twarzy, nie słyszymy tonu glosu. Jedyne co dochodzi do mnie te zdania na ekranie komputera. Trudno mi nie traktować ich doslownie.
    Ja równiez nie jestem typem dzialaczki, nie mam ambicji zbawiania swiata i wyobraz sobie, ze spokój mego ducha jest dla mnie prirytetem. I naprawde nikogo nie wypycham na barykady. Gdyby każdy osiągnął to co Ty, czyli posprzątal u siebie, to swiat byłby znaznie lepszym miejscem.

  2. Astromario, o Budapeszcie wiem, widać Węgrzy nie ulegli „hucpie” farmaceutów:)) Na googlach o książce też jest info, ale – czy to rzeczywiście dociera do wszystkich zainteresowanych tematem w tym zalewie idiotyzmów, jaki oferuje również rynek wydawniczy?
    Jeśli masz jakichś chętnych do współpracy – proszę o kontakt na priv. Wyjaśnię swoją wizję (otwartą na poszerzenie).

  3. @Yovanka: „Poza tym uważam, że jeśli ktoś ma wiedzę i wybiera sam, jest wolny. Nie uważam, że tę wolność, by uszczęśliwiać na siłę kogokolwiek, powinno się ograniczać.”
    Uf, ulżyło mi. 😉 Nie chciałabym zostac uszczęsliwiona na siłe np. przymusową homeopatia.
    No cóż mój stosunek do medycyny akademickiej nie jest az tak negatywny jak Twój, zaś mój stosunek do medycyny alternatywnej nie jest az tak optymistyczny. Pewnie dlatego, ze spotkalam się z głupotami i przekrętami też w tej alternatywnej oraz z pozytywnymi rzeczami tez w tej akademickiej.
    Informacja to dobry pomysł. Najlepiej, niecenzurowana, nieskrępowana, niepropagandowa, niezwiązana z reklamodawcami informacja, połączona z wolnością wyboru. Pozostaje ewentualny problem obiektywizmu., bo kazdy ma jakieś tam swoje subiektywne filtry.

  4. Spoko, terror homeopatii z całą pewnością nam nie grozi, ponieważ tę metodę leczenie stosują tylko ludzie świadomi, a ludzie świadomi nikomu niczego nie narzucają ani nie zabraniają.

    Medycyna akademicka jest opanowana przez ludzi o przeciętnym sposobie myślenia i dlatego jest lansowana jako jedynie-słuszna. Tak więc jeśli grozi nam jakiś leczniczy terror, to tylko ze strony medycyny akademickiej. Są kraje, gdzie ludzi przymusowo poddaje się chemioterapii lub leczeniu psychiatrycznemu. O ile rozumiem, że chory psychicznie nie zawsze może podjąć świadomą decyzję, o tyle chory na raka z głową raczej problemów nie ma, nie rozumiem więc, dlaczego ogranicza się jego prawo do samostanowienia.

    O próbie wprowadzenia przymusu leczenia homeopatycznego świat jak dotąd nie słyszał. Wręcz przeciwnie, trzeba było stoczyć prawdziwy bój o zalegalizowanie tej metody leczenia.

    W tym blogu stale piszę o tym, że nie ma rzeczy zawsze i wyłącznie dobrych ani rzeczy zawsze i wyłącznie złych. To nie homeopatia zabija (jeśli kogokolwiek w ogóle zabiła), lecz zły lekarz. Medycynie akademickiej też zdarzają się sukcesy. Są nawet całe działy medycyny akademickiej będące praktycznie jednym wielkim sukcesem, jak np. chirurgia urazowa i rekonstrukcyjna.

  5. Rungarak – obiektywizm to przedstawianie faktów. Bez komentowania. Jeśli przedstawię metodę leczenia zdalnego pewnego bioenergoterapeuty, który wszystkie choroby leczy przy pomocą narysowanej na kartce spirali, w której centrum stawia buteleczkę ze śliną pacjenta – to po co „wywnętrzanie się”, że to idiotyczne? Jesli komuś trafia to do przekonania, gdy ma do wyboru dziesiątki innych informacji w jednym miejscu – jego wolna wola.
    Jeśli chodzi o medycynę alternatywną, także (jak każdy) spotkałam w niej sporo oszustów, niektórych lansowanych w tv czy prasie. O ich wynikach (żadnych) oraz zbijaniu kasy wiem conieco, sprawdzali to ludzie, którym ufam.
    Medycyna akademicka odstręcza mnie podejściem do człowieka jako do maszyny – wystarczy posmarować trybik, wymienić zapadkę i przesmarować. Ponieważ wewnętrznie na taką metodykę się nie godzę, stąd mój opór. Tym bardziej, że ‚maszyna’ nie jest całkowicie i w każdym szczególe znana mechanikom:))
    Ale w transplantacjach, metodzie in vitrio, czy medycynie ratunkowej akademicy są niezastąpieni. I przed takimi lekarzami chylę czoło. Żaden homeopata nie spowoduje, że odrośnie noga:))

  6. W ogóle to jest tak, że nie ma jednej metody dobrej dla wszystkich. Jak ktoś jest uprzedzony lub przynajmniej nieprzekonany do jakiejś metody leczenia, to mu ona nie pomoże.

    W końcu to psychika decyduje o wszystkim. O życiu i śmierci też.

    W moim najgłębszym przekonaniu każda choroba lęgnie się w głębi psychiki. Nie tylko rak. Ale rak szczególnie. On po prostu „pożera” człowieka, bo tak naprawdę pożera go jakiś problem emocjonalny. Gdyby pogadać szczerze z chorym można by się dowiedzieć skąd to się wzięło. I podejrzewam, że taka szczera retrospekcja niejednemu uratowałaby życie. Bez leków. Bez operacji.

    Homeopatia ma tę przewagę nad innymi metodami, że (dobrze stosowana przez naprawdę dobrego i świadomego lekarza) pozwala przywrócić równowagę całemu organizmowi, w tym równowagę emocjonalną.

    W ogóle to są 2 rodzaje homeopatii: jedna stosuje określone lekarstwo na określoną chorobę, a druga szuka leku dla człowieka. Konkretnego, tego jednego, jedynego. Ta pierwsza niewiele różni się od alopatii: jest jeden lek na jedną chorobę, sprawa prosta jak konstrukcja cepa. W tej drugiej trzeba przeprowadzić długi wywiad, zabawić się w psychoanalityka i ogólnie trochę się umysłowo pogimnastykować. I na jednej wizycie się nie kończy. Takie leczenie jest kompleksowe i usuwa wszelkie problemy – fizyczne, ale przede wszystkim psychiczne.

    Widziałam wywiad z wybitną niemiecką lekarką-pediatrą, leczącą homeopatią. Na początku była straszliwym wrogiem tych „zabobonów”, ale kiedy (jako osoba mająca władzę) chciała pogonić homeopatów w diabły, dała się przekonać, żeby przyjrzeć się ich pracy. I to ją przekonało. Dawniej przepisywała antybiotyki, teraz nie daje żadnych, a mimo to dzieci są zdrowe. Oprócz tego, że przestały się przeziębiać „wyzdrowiały” również emocjonalnie i poznikały im objawy ADHD.

  7. Znam przykład raka, który pasuje jak ulał do teorii chorób, spowodowanych psychiką, wręcz „na życzenie”. Ale też zastanawiam się, w jaki cudowny sposób kilka znanych mi, bardzo wiekowych osób raka uniknęły, chociaż mają za sobą niesamowite przeżycia w KL Auschwitz. Można mieć dystans do świata i siebie, ale tam ogrom tragedii był wg mnie przytłaczający i długotrwały. Znam też przez rodzinę środowisko AK. Mimo Powstania Warszawskiego, represji w więzieniu PRL- nowotworów przez lata, gdy były te przeżycia świeże – nie było. Oczywiście rozumiem, że jeśli ciężki uraz psychiczny może być przyczyną nowotworu, nie znaczy to, że każdy w ten sposób „zaowocuje”. Jednak w niektórych nowotworach za przyczynę uważa się wirusy, a te zwykle są aktywne przy złym odżywianiu czy wyniszczeniu organizmu. Nie ma chyba więc jednej reguły dra H czy G.

  8. To nie o to chodzi. Jeśli ktoś przeżył coś potwornego, np. obóz, ale uznał, że było, minęło i nie wraca do tego pamięcią, nie „przetrawia”, to będzie zdrowy. Ale jeśli pozostał w nim nieuleczony gniew i jakieś niewybaczenie tego, co mu zrobiono, to wtedy tworzy się podstawa do powstania raka. Każdy uraz, którego się nie zaleczyło, który siedzi w podświadomości i dręczy, złości, jątrzy jest wylęgarnią problemów. Czasem trudno do tego dotrzeć, bo człowiek się do tego nie przyznaje sam przed sobą, a co dopiero przed innymi. Albo się zakłamuje, że on wszystko wybaczył, a tak naprawdę to w nim wrze. To „wrzenie” wywala potem w postaci guzów. Obawiam się, że niektóre osoby wyleczone metodą Gersona mogą mieć nawroty. Bo dieta i wzmacnianie organizmu to jedno, a psychika i jej problemy to drugie.

  9. Astromario – problem chyba jest szerszy. Wydaje mi się, że to np. brak miłości. Wewnątrz. Nie zgodzę się, że jeśli nie zachorowali – to zapomnieli. Nie zapomnieli. Znam osobę (teraz po 80), która meldując się w Berlinie w latach osiemdziesiątych na widok niemieckiego posterunku policyjnego straciła przytomność i przez kilka dni była zupełnie „nie do życia”.
    Ale to oczywiście takie moje dywagacje. Wg mnie ani Gerson ani Hamer nie znaleźli jedynych przyczyn, ale chwała im za to, co odkryli przynosi efekty i jest rozpowszechniane.
    Nagłe ciężkie zachorowania np na emeryturze (szczególnie mężczyzn) świadczyłyby nie tyle o skrywanym cierpieniu, a o braku poczucia, że się jest potrzebnym. Stąd może także sporo zachorowań kobiet w wieku menopazalnym, tych, które tracąc atrybut pociągających, czują się u końca drogi.
    Oczywiście mam na uwadze osoby bez pasji:))
    Hipoteza – jak wiele innych – do obalenia:))

  10. Właśnie dlatego napisałam, że człowiek sam wybiera życie lub śmierć. Dopóki jest młody, zwykle jest szczęśliwy albo przynajmniej ma nadzieję na szczęście. A kiedy się zaczyna starzeć, to się okazuje, że nie ma po co żyć – dzieci wylatują z gniazda, rodzice po raz pierwszy po latach zostają sami (jeśli w ogóle ich małżeństwo przetrwało) i jeśli do tego już nie pracują, to po raz pierwszy po tych latach muszą popatrzeć sobie w oczy. I wtedy dopiero się okazuje, że są sobie obcy. Ona czuje się nieatrakcyjna, bo u nas ceni się w kobietach tylko ich seksualność, on też już nie ogier, celu w życiu nie ma i… miłości też zero. No i klapa. Mało kto ma jakąś pasję, którą mógłby rozwijać na emeryturze. Najgorzej mają rozwiedzeni mężczyźni. O ile kobieta jest zaradna, sprzątnie, zrobi zakupy, ugotuje, o tyle facet na ogół czeka, aż jakaś niewolnica go obsłuży. A jak jej nie ma, to ginie marnie. No i okazało się (co badali francuscy psychologowie), że dorosłe dzieci chętnie odwiedzają matkę, a ojca nie.

    Kiedy brakuje celu w życiu, śmierć staje się bardzo prawdopodobna. Ale nie musi to być rak. To może być zawał, wylew, cokolwiek.

  11. Zgadzam się, Astromario, ale – skąd w Agacie Mróz, młodziutkiej matce zgoda na śmierć? Nie chodzi mi o zaczepienie kogoś personalnie, ale o przykład. Miała sporo wiary i ogrom chęci wyjścia z choroby.
    Zakażenie poporodowe – ileż kobiet umierało kiedyś. Młodych, mających cel w życiu. Organizm miał czas przygotować się do walki o życie przez prawie 9 miesięcy! Akurat młodych chorych i umierających zawsze jest wiele. To mnie zastanawia, jakby jednak była to karma dla bliskich.

  12. Czytam z zainteresowaniem te domniemania, dywagacje, na temat powstania choroby i jej rozwoju.
    Było o niewybaczonym, noszonym w sobie urazie, o trudności wyzbycia sie go. I tu bym sie skłaniała jednak do uwikłań karmicznych, ponieważ to jest coś w rodzaju matrycy, rdzenia, trwałej struktury, przeżytej traumy w poprzednich wcieleniach, która jest powielana i na nowo odtwarzana. To coś w rodzaju silnego nawyku, można porównać do chodzącej za nami melodii motywu muzycznego, który nucimy, mimo, że wcale nam się nie podoba, a nawet drażni, wbrew naszej woli, jakby żył własnym życiem, nic nie robiąc sobie z naszej woli, pasożytując na nas i żywiąc sie naszą energią.
    Wg Eugeniusza Fajdysza, ziarna karmy zostają spalone dopiero w boskim ogniu mądrości, do krtórej trzeba dojrzeć.
    Znałam małżeństwo, które trzymała przy życiu nienawiść i żądza odwetu, w momemncie, kiedy jedno się usunęło ‚z bezpośredniego placu boju’, jaby ta zła energia skumulowała sie w nim i eksplodowała. Rak zżarł w piorunującym tempie.
    Co do sportów wyczynowych i młodych ludzi. Uważam, że sama rywalizacja jest złym motywem, obciążającym psychikę. Dzisiaj wyniki są tak wyśrubowane, że przyjemność uprawiania sportu chyba na starcie już między bajki można włożyć. Tak mi się
    wydaje. Lubię lekkąatletykę, oglądam te najważniejsze mecze, skoki, bo Adaś Małysz, teraz Justyna Kowalczyk, ale urazowośc tych sportów jest ogromna, również w sferze psychicznej, nie tylko fizycznej, bo to jest widoczne i dla mnie … przerażające.

    Nie chciałabym żeby moja wnuki np. obrały takie pasje.
    Zgoda, pasja trzyma przy żyiu, ale taka bardziej zbieżna z naturą, z jej wibracją, harmonią…
    Można odnaleźć ‚pasje’ również w przemijaniu, już bez tego pręgierza rywalizacji, potrzeby udowadniania czegokolwiek i komukolwiek.

  13. Eliszko – zgadzam się z Twoim stosunkiem do sportu. Uważam, że to niezdrowa, wsparta nacjonalizmem i niezdrową ambicją rywalizacja, która wyzwala, niestety, pychę. Niekoniecznie u medalistów, ale często u kibiców. Już nie jest dla nas ważne, by podziwiać najlepszych (jeden najlepszy? nie ma takiego, skoro wyniki dzielą milisekundy), ale by „nasz” wygrał. Dążenie do zajęcia miejsca na podium wymaga katorżniczej pracy, chęci bycia wyjątkowym i oczekiwanie za to podziwu, sławy, kasy. Pojmuję, że bez rywalizacji i błyskotek (medale i flesze aparatów) nie byłoby olimpiad, zawodów, mitingów, to normalne, że każdy chce konfrontacji z innymi, ale teraz sport przybrał formę maszynki, mielącej i ciało i umysł. Medaliści są często sezonowi, a w reprezentacjach danego kraju występują ‚innostrancy’.
    Skoro wszyscy jesteśmy jednością, rywalizacja jednostki sama w sobie ma zagadkowy sens. (Który to etap świadomości?) Wg mnie nikt z nas nie jest najlepszy i lepszy od innych, każdy człowiek ma swój atut/talent/dar/, który czyni go wyjątkowym i potrzebnym innym.
    Jedynym darem, którego mamy nadmiar, który utrudnia korzystanie z atutów jednostki i nie docenia naszej jedności jest destruktywne krytykanctwo. Daje ono poczucie bycia lepszym w pogrążaniu innych.
    Chyba zboczyłam nieco z tematu:))

  14. Wprawdzie w mojej rodzinie nikt nigdy nie chorował na raka, ale w mediach od bardzo wielu lat panuje taka „rakowa” psychoza, że zaczęłam się tym interesować. Czytałam o tym sporo, zresztą problemy profilaktyki zdrowotnej zawsze były mi bliskie, bo starałam się bardzo być odpowiedzialną żoną i matką 🙂

    Na temat przyczyn powstawania raka jest naprawdę niezliczona ilość teorii i tyleż sposobów jego leczenia. Dość mało wspominaliśmy tu o czynnikach zewnętrznych, takich jak skażenie środowiska różnymi czynnikami (radioaktywność, skażenia chemiczne, np. różne konserwanty do drewna stosowane w budownictwie itp.), a one też zabijają.

    Jest np. metoda leczenia głodówką i pół-głodówką, czyli jadaniem surowych owoców, warzyw i soków. Jest metoda Simontonów, stawiająca głównie na czynniki psychiczne i lecząca psychoterapią.

    Nie będę tu robić pełnego przeglądu, ale wydaje mi się, że nie ma jednej uniwersalnej przyczyny, takiej samej dla wszystkich, lecz jest to indywidualna sprawa. A może nawet zespół różnych przyczyn. Karmy oczywiście nie da się wykluczyć, tyle tylko, że jest to trudne do „naukowego” zweryfikowania.

    Co do Agaty Mróz – nie mam pojęcia, dlaczego zachorowała. Zupełnie nie znam dziewczyny, nie wiem nic na temat jej psychiki ani życiorysu. Może miała niezdrową potrzebę rywalizowania, a może była bardziej wrażliwa niż inni na promieniowanie radioaktywne (to przecież pokolenie dzieci Czarnobyla). A w ogóle to chyba słaby rocznik, bo ta miotaczka, która ostatnio umarła też urodziła się w tym samym roku. Mój najmłodszy syn też jest z tego rocznika i okazem zdrowia nie jest, bo ma np. problemy z zastawką.

    Jeśli chodzi o jej ciążę, to obawiam się, że nie tylko jej nie wzmocniła, ale wręcz zabiła. Nie wystawia się skrajnie wyniszczonego organizmu na taki wysiłek. Pisałam o tym w blogu.

  15. Przed chwilą zajrzałam na plotkarski portal ‚pomponik’…
    Obok idiotyzmów świata warszawki preczytałam tragiczną.
    Trwa walka o życie aktorki Gabrieli Kownackiej.
    Srodowisko stara sie wspomóc ją materialnie, organizując koncerty.
    Przeraziła mnie wzmianka, że koszt miesięczny leczenia aktorki, to 12 tys. złotych.
    to sie w mojej głowie nie mieści

  16. Też widziałam tę wiadomość. I zastanawiałam się, czy rodzina posłusznie wykonuje polecenia lekarzy, czy może kombinuje coś na własną rękę. Dla mnie jest to niezrozumiałe, że ludzie są tak bierni i posłuszni oficjalnym trendom.

    Może to jest jakaś selekcja naturalna? Może następuje „wymieranie dinozaurów” o mentalności nie przystającej do nowych czasów? Niektóre źródła tak właśnie twierdzą, że wszyscy ci, którzy nie są w stanie sprostać nowym czasom i nowym wibracjom, w które wkroczyła Ziemia będą musieli zginąć. W końcu człowiek jest istotą energetyczną i wibruje w określony sposób. Kto nie da rady podnieść swoich częstotliwości ten nie zdoła się dostroić do obecnych warunków i będzie chorował, a nawet umrze.

  17. Nie zaglądałam parę dni więc trochę się spóźniam z odpowiedzią:)
    Rungarak, na początku zaznaczam, że szanuje prawo do własnej opinii i nie rozumiem skąd ta wątpliwosć.
    Twoje pytania: po pierwsze zmieniam lekarza lub terapię, po drugie jesli zabieram sie do jakiegokolwiek leczenia to wykazuję chęć wyzdrowienia czyli mam pozytywne nastawienie a więc lek działa:)
    Oczywiscie nie uważam, że moja wiara wchodzi w reakcję chemiczną z lekarstwem, jednak uważam, że ma ona poważny wpływ na wyzdrowienie. Lek niesie ze sobą pewne substancje, które mają pomóc organizmowi zwalczyć chorobę. Owe związki muszą być wychwycone przez odpowiednie receptory, aby dotarły tam gdzie trzeba i zaczęły działać. Jeżeli jestem negatywnie nastawiona, czyli zniechęcona, smutna, bez nadziei na wyleczenie to owe receptory nie pracują jak trzeba i zamiast wychwycić całosć leku wyłapią tylko połowę lub mniej, ponieważ moje stany duchowe mają odzwieciedlenie w obecnosci różnych substancji chemicznych we krwi (np.wzrost poziomu adrenaliny w odpowiedzi na stres) co może własnie zaburzać pracę receptorów. Dlatego napisałam, że moja wiara przyspiesza moje wyzdrowienie, jest swego rodzaju katalizatorem, co nie znaczy kompletnego braku reakcji organizmu na lek.
    Tak to widzę, a na dodatek ten mój spóźniony wpis wygląda jak dinozaur, ponieważ dyskusja poszła dalej:) Zrobiłam go tylko gwoli wyjasnienia szanując Twoją opinię:)

  18. Czesc Ruganek,

    Ja jestem chetny na wspolprace za darmo…mam duzo czasu i kilka lat poszukiwan na Internecie prawdy o zdrowiu i polityce (w szczegolnosci o pieniadzu)w jezyku angielskim i troche polskim.

    Pozdrawiam,

    Stan

  19. Przeczytałem wszystkie uwagi. Moje zdanie jest takie. Jest dobra medycyna akademicka, ale też nie szkodzi medycyna naturalna. W niektórych przypadkach pomaga medycyna naturalna jeżeli jest w stanie zmusić organizm do samoobrony, a w innych przypadkach medycyna akademicka jest nieodzowna. Jedna medycyna i druga walczy o jedno o kapitał. Byłem na wielu pokazach medycyny naturalnej, najczęściej są to oszuści, zdziercy walczący tylko o własny zysk, a nie o człowieka, tak samo jak przemysł farmaceutyczny. Dwie konkurencje z sobą walczą. Jest więc bezsprzeczne, że zawsze zdrowe odżywianie daje szansę na zdrowe życie, ale też musimy pamiętać o zdrowiu ducha. Nigdy się nie gódźcie na pobieranie waszych narządów po tzw. śmierci. Nie wierzcie w to, że narządy są pobierane po śmierci, takie narządy są nikomu nie potrzebne. Narządy muszą być pobrane,jeżeli jeszcze człowiek, żyje, a serce musi być wzięte jak jeszcze bije, wasze narządy są warte 2 mil. USD, to jest dopiero biznes. Za taką kwotę uśmiercą każdego człowieka nawet całkowicie zdrowego. Medycyna akademicka to chemia, a medycyna naturalna dzisiaj to też chemia – nawozy chemiczne, opryski chemiczne, GMO – mutacje genetyczne aktywne, konserwacje chemiczne

  20. Masz rację, najważniejszy jest stan ducha. Wszystkie choroby, z rakiem na czele, to choroby wynikające z pokręconej psychiki, więc chemią się tego nie wyleczy. Ale terapia sokowa poprawia też stan psychiki – opisano wiele przypadków, kiedy po terapii Gersona ludzie całkowicie zmieniali sposób myślenia i stosunek do życia. Tu jest jeden z nich: https://astromaria.wordpress.com/2011/07/05/profesor-oxfordu-i-terapia-dr-gersona/

    O pobieraniu narządów pisałam tutaj (u Kefira jest mój tekst z innymi dodatkami): https://astromaria.wordpress.com/2013/01/26/z-okazji-dnia-transplantacji-czwarty-raz-o-eutanazji-czyli-jak-usmiercic-jednego-czlowieka-zeby-pobrane-od-niego-czesci-zamienne-dac-innemu-czlowiekowi/

    O GMO jest strona na górze bloga.

W tym blogu komentarze są równie ważne jak teksty na stronie głównej, dlatego bardzo proszę o trzymanie się tematu! Wolną dyskusję prowadzimy w Hyde Parku, a o zdrowiu w Zdrowotnym Hyde Parku. Jeśli Twój komentarz się nie ukazał przeczytaj zasady komentowania bloga (patrz strony na górze bloga). Komentarze nie na temat będę kasować, a awanturników banować!

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s