Dlaczego zarówno religia jak i ateizm są zgubne dla duszy?

Zwykle nie umieszczam na swoim blogu żadnych „gotowców” w postaci fragmentów książek, ale czasem temat jest tak ważny, że robię wyjątek. Dziś będzie relacja astralnego podróżnika, Roberta Monroe, który spotkał na swojej drodze dwie zmarłe osoby (a może raczej duszyczki). Jedna z nich nie miała pojęcia o tym, że zmarła, a druga, mimo że świadoma tego, co się jej przytrafiło, „utknęła” w martwym punkcie, ponieważ  spodziewała się zupełnie innego scenariusza niż ten, który się rozegrał.

Jest rzeczą oczywistą, że żaden ateista nie uwierzy w tę relację, ponieważ jest ona niezgodna z wiedzą naukową. Podobnie, nie uwierzy w nią żaden katolik, bo jest niezgodna z nauczaniem Kościoła. I tym sposobem, zarówno jedni, jak i drudzy, zasilają szeregi dusz, które nieświadome tego, co się z nimi dzieje rozpaczliwie pożądają ciała fizycznego, w którym mogliby kontynuować takie życie, jakie prowadzili dotąd. Niekiedy udaje im się „ukraść” ciało, należące do innej duszy. I tak właśnie dochodzi do większości opętań. Kościelne egzorcyzmy z reguły są nieskuteczne, ponieważ księża wypędzają duszę do piekła, czyli do do miejsca, którego ona panicznie się boi i gdzie za żadne skarby nie chce iść.

(…) Z początkiem cyklu snu wydostałem się z ciała, wychodząc poza fazę mniej niż zazwyczaj i uważnie kontrolując wszystko, co robię. Stwierdziłem, że znajduję się dokładnie tam, gdzie tego oczekiwałem, o ile rzeczywiście chciałem podjąć przerwany wątek na nowo – w obszarze szarości tuż poza punktem wyjścia z czasoprzestrzeni. Natychmiast odebrałem sygnał i zostałem pociągnięty w stronę domu na przedmieściach wielkiego miasta. Dom ten w mglisty sposób sprawiał wrażenie znajomego – szeroki i przestronny, lecz równocześnie całkowicie pozbawiony umeblowania. Poprzez frontową ścianę przeniknąłem do środka i w foyer natknąłem się na siwowłosą, niewysoką kobietę w wieku około pięćdziesięciu lat. Wędrowała po całym domu od pokoju do pokoju, a kiedy rozłożyłem ręce zagradzając jej drogę, wydawała się zaskoczona moją obecnością oraz tym że zwracam na nią uwagę.

„Czy przyszedłeś, aby ponownie zawiesić obrazy?” – zapytała.

Zaprzeczyłem i dodałem, że moje zainteresowanie zwraca się raczej ku jej osobie.

„Zdjęli wszystkie obrazy i wynieśli z domu. Z mojego domu! Teraz nikt nawet ze mną nie rozmawia”.

Zapytałem ją, dlaczego tu została. Dlaczego nie opuściła tego miejsca?

„To mój dom. Przynależę tutaj. I nie obchodzi mnie, że nikt nie zwraca już na mnie uwagi”.

Zapytałem ją, czy nie wyczuwa, że coś jest inaczej.

„Tylko to, że nikt nie robi tego, o co go proszę. Wszyscy ignorują mnie, zupełnie jakby mnie tutaj nie było”.

Zapytałem, czy pamięta moment umierania.

„Umierania? Oczywiście, że nie! Byłam chora, ale polepszyło mi się. W jednej minucie leżałam, a w następnej wiedziałam że wstałam i chodzę po domu”.

Zauważyłem, że nikt jej nie widzi, i że jest zupełnie sama. Podrzuciła głowę w górę.

„Nigdy mnie nie widzieli. Nigdy nie zwracali na mnie uwagi, nawet wtedy, gdy w pobliżu był William. Teraz, kiedy odszedł, ignorują mnie zupełnie”.

„Założę się, że nie będziesz mogła podnieść tego krzesła w jadalni” – powiedziałem. – „Twoja ręka przejdzie przez nie na wylot. Spróbuj!”

„To śmieszne!” – wykrzyknęła. – „Oczywiście, że mogę je podnieść. Zaraz ci pokażę”.

Próbowała kilkakrotnie, lecz za każdym razem jej dłoń przechodziła przez oparcie krzesła. Spojrzała na mnie ze zmieszaniem w oczach.

„Ja… ja nie wiem, co się dzieje. Myślałam, że to coś w rodzaju halucynacji, kiedy człowiek się starzeje. Ale… ty też spróbuj”.

Zademonstrowałem jej, iż moja dłoń tak samo jak jej przenika przez oparcie krzesła. Sprawiała wrażenie szczerze zdumionej.

„Masz ten sam problem!”

Ludzie mają ten problem, wyjaśniłem, kiedy ich fizyczne ciała umierają.

„Ale… ale ja przecież żyję!”

„Umiera jedynie ciało, powiedziałem. Jedynie ciało. Nie ty.”

Przez dłuższą chwilę zachowywała milczenie, lecz nie sprawiała wrażenia nadmiernie wstrząśniętej. W końcu spojrzała na mnie z niepokojem.

„Czekałam na powrót Williama, ale on nie wraca. I tak bardzo kocham mój dom. Wybudował go właśnie dla mnie. Nie chcę go opuszczać”.

Zasugerowałem, abyśmy wspólnie wybrali się na poszukiwanie Williama.

„Och nie, nie możemy tego zrobić! On odszedł pięć lat temu”.

Powtórzyłem moją propozycję dodając iż sądzę, że powinniśmy jednak spróbować. Spojrzała mi prosto w oczy.

„Czy ja… naprawdę nie żyję?”

Skinąłem głową.

„A czy ty jesteś… aniołem? Wcale nie przypominasz anioła. Wyglądasz całkiem normalnie”.

Zapewniłem ją, że jestem po prostu przyjacielem. Postąpiła krok do tyłu.

„Nie spotkałam cię ani razu! Wcale nie jesteś przyjacielem! Musisz być jednym z diabłów!”

Słysząc to nawet nie próbowałem jej przekonywać, że jest inaczej. Powiedziałem, że jest mi przykro, iż ją zaniepokoiłem i zacząłem się oddalać.

„Poczekaj! Poczekaj, proszę!”

Odwróciłem się i stanąłem bez ruchu. Obrzuciła mnie analitycznym spojrzeniem.

„Gdybyś rzeczywiście byt pomocnikiem Szatana, to raczej nie pozbyłabym się ciebie tak łatwo, prawda?”

Odparłem, że nie mam pojęcia, jako że nigdy nie spotkałem diabła.

„Byłam taka samotna… Czy naprawdę możemy odnaleźć Williama?”

Odparłem, że możemy spróbować. Sięgnąłem po jej dłoń i zacząłem unosić się ku sufitowi.

„Nie potrafię tego zrobić! Nie wiem jak! Twoja dłoń jest prawdziwa – czuję ją – ale nie umiem tak po prostu unosić się w powietrzu!”

Delikatnie uścisnąłem jej dłoń i już po chwili zaczęła z łatwością się wznosić. Z podniecenia aż się rozpromieniła.

„Och, jakie to zabawne! To tak właśnie wygląda bycie martwym? Proszę, proszę! A teraz chodźmy odszukać Williama. Czy będzie zaskoczony?”

Powoli zaczęliśmy wysuwać się bardziej i bardziej poza fazę. Pamiętałem poprzedni punkt, w którym się spotkaliśmy, wiele lat temu. Miało to miejsce w wydzierżawionym domu w okręgu Westchester, w którym chwilowo mieszkałem. Wciąż błądziła po tym domu w wiele miesięcy po swojej fizycznej śmierci. Wtedy zrezygnowałem z kontaktu i wycofałem się. Teraz wiedziałem co robić.

Utrzymywałem powolny ruch na zewnątrz, ponieważ przypuszczałem, że gdzieś po drodze William zostanie zwabiony tą przynętą i odbierze ją ode mnie. Ona jednak trzymała się mnie pewnie i z podnieceniem wykrzykiwała komentarze, kiedy przenikaliśmy przez wewnętrzne pierścienie Terytoriów Systemów Przekonań. William zaczynał mi imponować. Musiał znajdować się o wiele dalej niż to obliczyłem, opierając się na radiacji, jaką od niego wyczuwałem. Powinien być gdzieś tutaj. Lecz teraz jedynym miejscem, w którym mógł się znajdować, były fazy zewnętrzne. Dobrze ukrył swoje postępy przed żoną, to akurat było pewne.

Miałem właśnie zapytać ją o coś więcej na temat Williama, kiedy nagle zorientowałem się, że nie czuję już uścisku jej dłoni. Odwróciłem się natychmiast, ale towarzysząca mi kobieta zniknęła. Nie wyczuwałem choćby śladu jej radiacji. Przyszło mi do głowy, iż William rzeczywiście musi być bardzo dobry, skoro znajdował się tak daleko w zewnętrznych pierścieniach. Powróciłem do ciała fizycznego chcąc spokojnie to wszystko przemyśleć.

Kilka tygodni później spróbowałem ponownie. Sam proces zaczynał stawać się tak bardzo swojski i bezproblemowy, że czasami miałem kłopoty z wyraźnym określeniem, kiedy właściwie opuszczam swoje ciało. W dużym stopniu było to jak łagodne przenikanie z jednego stanu istnienia w drugi, podobne do zasypiania

i pozostawania przez cały ten czas świadomym. Wciąż wahałem się przed wykorzystywaniem do „krótkich skoków” metody szybkiego przełączania. Byłoby to bowiem tak, jakby chcąc dostać się z Newark do Kennedy wsiadało się na pokład Concorde’a!

W głębszym obszarze szarości oczekiwał na mnie kolejny sygnał. Wydawał się jednak zbyt prosty; zacząłem się zastanawiać, czy aby przypadkiem źle go nie odczytuję. Chciałem właśnie udać się w stronę sygnału, kiedy nagle usłyszałem czyjeś wołanie. Odwróciłem się i ujrzałem dziwaczną poświatę. Po chwili przybrała ona kształt niewielkiego mężczyzny w średnim wieku, o ostrych rysach twarzy. Jego wargi wykrzywione były w wyrazie niezadowolenia.

„Hej, ty – dokąd tak pędzisz?”

Wiedziony ciekawością, ale nie bez pewnej dozy ostrożności, zbliżyłem się do niego.

„Dokąd pędzisz?”

„Cześć”.

„W pogoni za tajemnicami wszechświata, czyż nie tak?”

„No cóż, chyba można by to tak określić”.

„Powodzenia! Ja mam wystarczająco trudne chwile nawet bez szukania czegokolwiek”.

„Co się właściwie stało?”

„Co się stało? Wziąłem i umarłem, oto co się stało!”

„A cóż w tym widzisz takiego złego?”

„Nic, z wyjątkiem tego, że z pewnością nie byłem do tego przygotowany”.

„Może nigdy nie jesteśmy na to przygotowani”.

„Ja mogłem być, ale nikt mi nie powiedział! Nikt mi nie powiedział, że tak to właśnie będzie wyglądało! Te dranie wrzeszczący o wrotach do niebios, ogniu piekielnym i wiecznym potępieniu – nawet nie wiedzieli, o czym właściwie gadają! W każdym razie życzę ci powodzenia, ale swoją drogą mogli mi powiedzieć jak to naprawdę jest, zamiast częstować taką furą bzdur!”

„Słuchaj, jaki właściwie masz problem?”

„Jaki problem? Rozejrzyj się dookoła – to jest właśnie problem!”

„Przecież nie ma tu niczego, co można by zobaczyć. Tylko zwykła, głęboka ciemność”.

„O tym właśnie mówię! Nie ma tu niczego, absolutnie niczego! Czy wiesz, że jesteś pierwszą osobą, jaką tu spotykam? Wszędzie pustka – ale to całkowita pustka – i nagle pojawiasz się ty!”

„Przykro mi, że jesteś rozczarowany”.

„Jesteś taki jak ja, co?”

„Jak ty? Co masz na myśli?”

„Umarłeś – po prostu umarłeś – i nie wiesz, co do cholery dalej robić!”

„To nie jest zupełnie tak…”

„Och, daj spokój. Jesteś albo martwy, albo nie!”

„Jestem całkowicie pewny, że nie jestem”.

„Że nie jesteś martwy?”

„Właśnie”.

„A więc co ty tu właściwie robisz, do diabła?”

„To raczej długa historia”.

Spojrzał na mnie z wyraźnym oburzeniem.

„Nie byłbyś tutaj, gdybyś nie był martwy!”

„To trochę bardziej skomplikowane”.

„Więc opowiedz mi o tym. Hej, już wiem! Ktoś cię przysłał!”

„Nie, nikt mnie nie przysłał. Po prostu tędy podróżowałem. Powiedz mi, jak to się stało, że umarłeś?”

„Oni mnie do tego zmusili, oto jak to się stało! Leżałem w szpitalu całymi tygodniami… Chciałem do domu, lecz trzymali mnie tam bez końca i tylko wtykali we mnie wszystkie te rurki i igły. Tak więc pewnej nocy po prostu je wszystkie powyrywałem. Było to na nocnej zmianie – nocami nigdy nikt nie przychodził zobaczyć, jak się czuję, dasz wiarę?”

„I co się stało potem?”

„Zacząłem kaszleć, a potem przestałem. Pomyślałem – no dobra, czas zwlec się z tego łóżka i wynieść stąd na dobre. Musiałem chyba podskoczyć, bo przeniknąłem przez sufit i przez cały czas się unosiłem, dopóki nie znalazłem się tutaj. Wiesz, kiedy tak przenikałem przez ten sufit, to już wiedziałem, że nie żyję. Całkiem sprytnie, co?”

„Owszem. Może powinieneś udać się razem ze mną”.

„Chciałbyś mi pomóc? Ty? Dlaczego?”

„To powinno być lepsze niż pozostanie tu na zawsze”.

„Ależ to się wszystko cholernie pomieszało! Nie ma nieba… nie ma piekła. Nic. Po prostu pustka!”

„Pozwól więc, że ci pomogę. Ujmij mnie za rękę”.

„Nie! Za każdym razem, kiedy ktoś usiłował mi pomóc, wynikały z tego jedynie kłopoty! Wynoś się stąd!”

„Nie zmuszam cię do niczego. Próbuję być jedynie pomocny”.

„I trzymaj swoje łapy z daleka! Zjeżdżaj!”

„Dobrze, już dobrze. Jak sobie życzysz”.

„No dalej, już cię tu nie ma! I zmuś kogoś, żeby powiedział ci prawdę! Nie daj się nabrać na żadną pustą gadaninę! Nikt mi nie powiedział… a mogliby! Wysłuchałbym – ale nie! Teraz muszę połapać się w tym wszystkim sam, a niech mnie diabli jeżeli wiem, jak to zrobić! Nie wiem nawet od czego zacząć…”

Wycofałem się, a dziwaczna poświata zaczęła blednąc. Kiedy powróciłem tam później, już jej nie było. Od tamtej pory wciąż się zastanawiam, w jaki sposób uzyskał pomoc. Czasami co za dużo, to niezdrowo.

[Robert Monroe – „Najdalsza Podróż”, Rozdział IX: „Trudna droga” (fragment)].

54 myśli nt. „Dlaczego zarówno religia jak i ateizm są zgubne dla duszy?

  1. Czytam ‚Rewolucje w medycynie’autorstwa dr med Matthiasa Kampa o fenomenie uzdrawiania przez Bruno Groeninga
    …” Badanie naukowe mają swój sens, jeżeli prowadzone są z własciwym nastawieniem.
    Naukowiec, który odkłada na bok moralność, etykę i głęboki szacunek przed całym stworzeniem, który stał sie niewolnikiem swojej wyobraźni i próżności i dąży tylko dla osobistej sławy, albo pozwala robić z siebie pomocnika przemysłu i interesów politycznych, stanowi zagrożenie dla społeczeństwa. Wtedy teorie naukowe zamieniają sie w sztywne dogmaty, a nowa wiedza, która stara sie zmienić istniejący stan rzeczy jest zażarcie zwalczana.
    To nieodpowiedzialne, że nauka zamyka sie przed wspaniałymi świadectwami siły ludzkiego ducha, tylko dlatego, że dziś jeszcze metody naukowe nie potrafią ich zmierzyć.
    To graniczy z kryminałem, gdy nadal z powodu uporu, zysku, renomy, inwestuje sie miliardowe sumy w czysto organiczno zorientowaną medycynę.
    Najważniejsze obszary ludzkiego bytu są po prostu ignorowane i wyłączone z większości badań naukowych.
    To sprzyja działalności szarlatanów, którzy ciągną zyski z ogólnej niewiedzy i zwątpienia wielu ludzi.

    i dalej
    OSZUSTWO! tak pomyślał sekretarz generalny Franc. Akademii Nauk w Paryżu, gdy zaprezentowano mu i gremium renomowanych naukowców, pierwszy gramofon. Myślał, że ma przed sobą brzuchomówcę, rzucił sie na mężczyznę, ścisnął mu gardło z zamiarem zdemaskowania, a maszyna dalej mówiła…
    W 1910r na kongresie niemieckich neurologów i psychiatrów w Hamburgu została zapowiedziana dyskusja o psychoanalizie.Prof W.Weygandt uderzył w stół i krzyknął wzburzony ‚ To nie jest temat dla naukowego zebrania. To jest sprawa dla policji’.

    Powinno sie być bardzo ostrożnym ze stosowaniem słowa ‚niemożliwe’poza matematyką. Jeszcze w poprzednim pokoleniu niemożliwa była bomba atomowa, lądowanie na księżycu, sztuczne płuco, czy transplantacja nerek.
    i dalej
    ” Uzdrowienie może sie odbywać opierając sie na sile znajdującej się w ramach bożego porządku natury, a nie naruszania jego praw.
    To nie są cuda, tylko dlatego, że nauka, na dzisiejszym poziomie z trudem lub wogóle nie potrafi ich wyjaśnić.

    I jeszcze jedna bardzo wymowna kwestia :” Prawo grawitacji jest jedno dla wszystkiego, lecz inaczej ‚ zadziała’ na kamień, inaczej na ziarno.”

  2. To wszystko wynika z zatwardziałego ateizmu, który jest jeszcze bardziej szkodliwy, niż religijność. Ja zupełnie nie rozumiem i nigdy nie zrozumiem, co jest godnego potępienia w placebo lub leczeniu sugestią? Dlaczego „właściwe” i godne uznania jest wyleczenie kogoś chemią, nawet jeśli wywołuje ona straszne skutki uboczne, a na potępienie zasługują wszelkie inne formy przywracania zdrowia, również te, które nie powodują żadnych problemów ubocznych.

    Ale to jest typowy fanatyzm dogmatyków: jest tylko jeden sposób, nasz sposób, a każdy inny jest niesłuszny.

    Mam przerażającą książkę, która się nazywa „Błędy medycyny”. Autorzy opisują w niej niewyobrażalne wprost bestialstwa, których w dziejach ludzkości dopuszczali się lekarze, tylko dlatego, że wolno im było robić z pacjentem wszystko, co uważali za słuszne. Lekarz miał takie prawa, „bo wiedział”, a pacjent musiał mu się poddać, bo nie znał się na medycynie. Szczególnie straszny jest rozdział o psychiatrii.

  3. Nie wiem, czy było tutaj na blogu coś o badaniach dr Michaela Newtona dotyczących życia ‚po’.
    Coś w stylu R.A. Moody’ego, ale znacznie obszerniejsze. Obie książki są dostępne online:

    Trochę czasu zajmuje przeczytanie całości, ale warto. Po lekturze można nabrać wrażenia, że my się tutaj na Ziemi strasznymi pierdołami jednak zajmujemy 😉

Nie mam żadnego wpływu na moderację, więc proszę się nie awanturować w tej sprawie - patrz: strona "Komentowanie bloga" (na górze). Wolną dyskusję prowadzimy w Hyde Parku, a o zdrowiu w Zdrowotnym Hyde Parku.

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s