Codex Alimentarius i GMO – ciąg dalszy

Wreszcie przeczytałam teksty w „Nieznanym Świecie”: wstępniak redaktora naczelnego Marka Rymuszki zatytułowany „Skandal!” oraz artykuł Elżbiety Balińskiej „Orwell na talerzu”.

Wszystko zaczyna mi się układać w logiczną całość.

Najpierw, od wielu już lat, czytałam niezliczone doniesienia o tym, jakim straszliwym zabobonem jest homeopatia i jakim trzeba być kretynem, żeby wierzyć w to, że można się leczyć samą wodą, bo przecież cała ta kuracja jest niczym innym, jak leczeniem… wodą z mózgu (chętnie służę przynajmniej dwoma nazwiskami psychopatów, prowadzących tę oszczerczą kampanię).

W tym samym mniej więcej czasie rozpętano histerię wokół szkodliwości leczącej nowotwory vilcacory. Onkolodzy darli sobie włosy z głowy lamentując, że pacjenci umierają im masowo na skutek rozszerzania się tego groźnego i zgubnego przesądu. Można było odnieść wrażenie, że zachodzi istny holokaust spowodowany przez to andyjskie ziółko. Szkoda tylko, że panowie onkolodzy nie poinformowali, ilu pacjentów w tym samym czasie uśmiercili oni sami, tyle tylko, że w majestacie nauki.

Gdy umrze jeden pacjent leczony przez rzekomego „szarlatana” podnosi się wrzask, jakby wymordowano całe wielkie miasto, a kiedy na onkologii pacjenci mrą jak muchy, jest to tylko sucha i naukowa statystyka.

Kiedy zajęłam się problemem GMO, tego cudownego, naukowego „błogosławieństwa” dla ludzkości, mającego nas wyzwolić od robactwa i chorób atakujących naszą żywność oraz od wstrętnej, szkodzącej nam chemii, przy pomocy której broniliśmy się przed tymi plagami byłam szczerze zdumiona, a nawet zaszokowana tym, co odkryłam. Według zapewnień entuzjastów „naukowego postępu” nowe warzywa i owoce miały mieć więcej witamin, być trwalsze, smaczniejsze i dzięki nim miał zapanować raj na ziemi. Kto miał jakiekolwiek wątpliwości, zaliczany był do antynaukowej, zabobonnej ciemnoty hamującej rozwój światłej nauki i postępu. Tymczasem okazało się, że te „cudowne” rośliny nie tylko nie spełniają pokładanych w nich nadziei, ale są wręcz katastrofą, zarówno dla środowiska, jak i dla uprawiających je rolników.

Jeszcze groźniejsze są modyfikowane genetycznie zwierzęta.

Gdy dojdzie do wycieku ropy naftowej, po jakimś czasie nawet największa plama zostanie zmyta przez wodę, a następnie rozłożona przez naturalne bakterie i mikroorganizmy. Dotyczy to również każdego innego rodzaju chemicznego skażenia.

Gdy przekształcone genetycznie organizmy biologiczne wydostaną się na wolność i wymkną się spod kontroli, skutki mogą być przerażające. Zanieczyszczenia biologiczne, w przeciwieństwie do chemicznych, nie tylko z biegiem czasu nie znikają, ale wręcz się namnażają.

Pierwszym przykładem są sztucznie skrzyżowane w laboratorium pszczoły-zabójcy, nękające Amerykę. Miały być biologicznym cudem, produkującym rekordowe ilości miodu, ale w rzeczywistości okazały się nieproduktywne, za to niezwykle wprost płodne, agresywne i zabójcze. Ich atak kończy się śmiercią, a ich ilość stale wzrasta, mimo ogromnych wysiłków, mających na celu powstrzymanie ich ekspansji.

Film „Życie wymyka się spod kontroli” dowodzi, że nie ma żadnej możliwości utrzymania biologicznego żywiołu pod kontrolą. Rośliny „uciekają” z eksperymentalnych pól zarówno w postaci pyłku, zapładniającego niemodyfikowane uprawy, jak i jako dojrzałe nasiona, roznoszone przez wiatr. Oczywiście, nie ma zagrożenia ze strony tak dużych zwierząt jak np. krowy, bo w razie ucieczki bardzo łatwo je namierzyć, złapać i odprowadzić „do domu”. Ale już np. owady, gryzonie (myszy, szczury itp.) czy ryby nie podlegają takiej kontroli. Co więcej – okazało się, że modyfikowane odmiany odznaczają się większą ekspansywnością w środowisku niż naturalne, co doprowadza do zaniku odmian tradycyjnych.

W CAŁEJ TEJ AWANTURZE Z GMO ORAZ Z PRAWEM DO KORZYSTANIA Z NATURALNEJ MEDYCYNY CHODZI WYŁĄCZNIE O JEDNO: O WIELKĄ KASĘ. KTO MA ŻYWNOŚĆ, TEN MA KONTROLĘ NAD CAŁYM ŚWIATEM.

Tradycyjne rośliny są „zasobami otwartymi”: każdy kto je raz nabył może je samodzielnie rozmnażać, wysiewać, sadzić, modyfikować i sprzedawać. Ale rośliny modyfikowane genetycznie są objęte patentami, które należą do określonych firm czy osób. I za te patenty trzeba płacić.

Skoro posiada się patent, za który zapłaciło się niemałe pieniądze, to oczywiste jest, że chciałoby się, aby ta inwestycja nie tylko się zwróciła, ale jeszcze lepiej, żeby na siebie zarobiła. I to możliwie najwięcej i w jak najkrótszym czasie.

Jak zmusić ludzi, żeby płacili za coś, co mogą mieć za darmo?

Należy albo opatentować wszystkie rośliny, jakie mają jakiekolwiek praktyczne zastosowanie, a więc zboża, warzywa, owoce i zioła (i takie próby były podejmowane, jednak zakończyły się prawną klęską), albo doprowadzić do tego, żeby naturalne odmiany znikły ze świata lub stały się nielegalne.

Jak je zdelegalizować?

Najlepiej rozpętując histeryczną nagonkę mającą przekonać ludzi, że są trujące, szkodliwe dla zdrowia lub przynajmniej bezwartościowe i zakazać ich hodowli oraz spożywania.

Produkcja witamin jest tania. Nie da się na niej zbić majątku. Skoro nie da się opatentować powszechnie używanych zbóż, warzyw, owoców i ziół (w tym przypraw), to należy zakazać ich spożywania. A jeszcze lepiej skazić, zatruć i napromieniować całą żywność, żeby pozbawić ją jakichkolwiek wartości odżywczych. Gdy pozbawione witamin i składników mineralnych organizmy odmówią posłuszeństwa i zapadną na liczne, śmiertelne choroby, będzie można je długo i drogo leczyć chemią, naświetlaniami i ciąć skalpelami, aż nic z nich nie zostanie. Po czym zakopie się je w ziemi, zaliczając naukowo do „medycznej statystyki umieralności”. Brzmi to jak ponura bajka, ale okazało się nie być bajką, lecz rzeczywistością.

Łezka w oku się kręci, gdy wspomnieć tych wszystkich zasłużonych dla ludzkości pionierów nauki i medycyny, którzy odkrywali witaminy i ich zbawienną rolę dla naszego zdrowia. W dzieciństwie pasjonowałam się opowieściami o tych badaczach i nawet w najbardziej szalonych snach nie sądziłabym, że dożyję czasów, w których ich odkrycia zostaną nie tylko zanegowane, ale wręcz uznane za niebezpieczne i wywrotowe.

Ludzie, nie wierzcie w te bzdury, od których ostatnio zaroiło się na stronach internetowych i w czasopismach dla bezmózgowców. Ta kampania przeciwko witaminom i medycynie naturalnej jest spiskiem żądnych pieniędzy oraz władzy psychopatów. Nie bądźcie owcami, nie wierzcie rzekomym medycznym „autorytetom” (o posłuszeństwie będzie kolejna notka), tylko zacznijcie samodzielnie myśleć i poszukiwać prawdy.

Gorąco namawiam do obejrzenia filmów o GMO oraz do kupienia listopadowego „Nieznanego Świata” i do samodzielnego przemyślenia tego wszystkiego.

Linki po polsku:
Codex Alimentarius – czy na pewno wiesz o co tu naprawdę chodzi?
Życie wymyka się spod kontroli cz. 1/6
Esoteric Agenda (cały film z napisami)
Cud terapii Gersona
Aspartam – rakotwórcza słodycz
Świat według Monsanto
GMO: jak wywołać światowy głód i na tym zarobić
GMO: nauka przegrywa z zyskiem

Percy Schmeiser kontra Monsanto
Alternatywny Nobel za walkę z GMO

Globalny napad z bronią w ręku
Koncerny agrochemiczne powinny ponosić karę za skażenie GMO
GMO jak obcy

Linki po angielsku:
Dr Matthias Rath – lekarz od lat walczący o prawa i zdrowie pacjentów
Health Freedom Threats: Codex, FDA, Vaccinations, GMOs
Codex Alimentarius Summarized in 7 Points
Rima Laibow – lekarka, podobnie jak doktor Rath walczy ze spiskiem koncernów farmaceutycznych
Freedom of Health Choice
Codex Alimentarius Info & Videos
Dr Mercola

7 myśli nt. „Codex Alimentarius i GMO – ciąg dalszy

  1. Namieszam.

    Po lekturze NŚ zacząłem szukać. I nic nie znalazłem, nie licząc histerii w pewnych środowiskach. Znalazłem te wytyczne z owego Codexu. Nakazuje on jedynie trzymanie się wysokich standardów w oznaczaniu substancji wprowadzanych na rynek. I dobrze. Sam wydawałem nie raz, nie drugi, pieniądze na „preparaty naturalne”, które w końcu okazały się przereklamowanym g….

    „Citrosept”, reklamowany w NŚ jako „antybiotyk na wszystko”. Owszem, ale nie w dawce 8 kropelek !!! Wystarczy wziąć parę opracowań i zobaczyć w jakich dawkach citrosept działa bakterio- i grzybobójczo. 8 kropelek to po prostu cholernie drogie placebo. Za to już 8 kropelek blokuje enzymy w jelicie grubym i lekarze mieli w szpitalu niejedną ofiarę „nieszkodliwego, naturalnego leku” którego ubocznym efektem jest wielokrotny wzrost stężenia innych leków we krwi. Przy okazji za 10 ml wyciągu z grejpfruta, którego koszt produkcji to pojedyncze grosze, żądano 30 złotych.

    „Vilcacora” może i wspomaga leczenie nowotworów, ale co poniektórzy „znachorzy” kazali przy tym rzucić medycynę akademicką. Tymczasem medycyna ta mimo jej wad ma osiągnięcia i to duże. Proponuję przypomnieć sobie co oznaczał rak kilkadziesiąt lat temu, a co dziś.

    Witaminy A i D to całkiem konkretne trucizny, których duże przedawkowanie prowadzi do śmierci, mniejsze zaś do poważnych chorób. Tymczasem „znachorstwo” czasem zaleca potężne dawki owych witamin jako lek na różne schorzenia… potem taki chory trafia do lekarza klasycznego nie tylko ze swoją chorobą ale z hiperwitaminozą.

    „Rewelacyjna dieta oczyszczająca” z soku z drzew @ 150 PLN za niedużą puszkę… podejrzewam że oczyści przede wszystkim kieszeń kupującego. Podobną terapię można złożyć z rodzimych ekologicznych produktów 10 razy taniej.

    „Kudzu”, ziółko wspomagające leczenie nałogów. To ziele rośnie a Ameryce masowo jako chwast i nie mogą go wytępić. Tymczasem parę kapsułek kosztuje w aptece, oj kosztuje… chyba że ktoś wie, że te kapsułki produkuje też nasz Herbapol, 5 razy taniej. Nikt przy tym nie wie czy to aby w ogóle działa.

    Koloidalne srebro, 100 ppm, koszt produkcji kilka groszy, cena w aptece kilkadziesiąt złotych.

    Mogę więcej takich przykładów.

    Byłem kiedyś u „wziętego” bioenergoterapeuty. Wyglądało to tak: podpis na papierku że nie mam pretensji gdy nie zadziała albo zaszkodzi, długa kolejka, potem – „mach, mach, mach”, recepta do apteki alternatywnej, 50 złotych, do widzenia. Dzienny przerób tego pana to kilkudziesięciu pacjentów.

    —–

    Jeśli chcemy żeby medycyna alternatywna naprawdę nabrała znaczenia to trzeba najpierw „wyjąć belkę z oka swego”. To raz. Dwa: już nie podniecam się histerią a’la Nexus, bo to też tylko napędzanie klientów koncernom, tyle że „alternatywnym”.

    trzy: trzeba obserwować świat, żeby nie obudzić się z ręka w nocniku. Pięć razy popatrzeć z różnych stron. Pamiętacie tę hecę z „zagłodzonym artystycznie psem”? Dobra nauczka dla naiwnych: nikt nikogo nie zagłodził. Psa sfotografowali, wypuścili i spreparowali historyjkę. Nie pierwszy już raz. Może ktoś pamięta „koty bonsai”. Też był wrzask.

    PS. Czy ktoś ma jakieś linki na temat koncesjonowania przydomowych ogródków w UE?

  2. PS: poprawka, rozpędziłem się:

    „blokuje enzymy w jelicie grubym” – oczywiście chodziło o jelito cienkie.

    —-

    Spora grupa leków i innych substancji rozkładana jest przez enzymy jeszcze w jelicie cienkim i do krwiobiegu dostaje się ich odpowiednio mniej. Lek zażyty po citrosepcie dostaje się do krwi w znacznie większej, czasami kilkakrotnie większej dawce, a rzecz dotyczy m.in leków przeciwko nadciśnieniu. Efekt potrojenia dawki leku obniżającego ciśnienie łatwo sobie wyobrazić.

    Nowe przepisy wymusiły na producencie citroseptu wydrukowanie ostrzeżenia o interakcjach. Parę lat temu ich nie było.

  3. To, że u nas w Polsce panuje totalny bałagan, bezprawie i anarchia w tej dziedzinie nie znaczy jeszcze, że wszędzie w cywilizowanym świecie jest tak samo.

    Cywilizowana Europa już dawno uregulowała te prawy i tam każdy ma prawo korzystać z medycyny alternatywnej, mając przy tym gwarancję, że nie padnie ofiarą szarlatana. Mało tego – za usługi tego typu specjalistów przysługuje zwrot kosztów leczenia, taki sam, jak w przypadku medycyny oficjalnej.

    Wszyscy homeopaci to lekarze. Tak jest zresztą również u nas. Zakazano praktykowania homeopatii osobom po kursach i słusznie, bo to leczenie musi prowadzić lekarz, który wie, czy terapia przebiega właściwie i co zrobić, jeśli tak się nie dzieje. Dlatego totalne zwalczanie homeopatii świadczy o psychopatii tych, którzy to robią.

    W Europie ziołolecznictwo również odbywa się w gabinetach lekarskich i pod okiem lekarza, a nie na bazarze.

    U nas w Polsce ludzie nie ufają lekarzom, zwłaszcza onkologom i ich metodom ani polskiemu prawu (np. dotyczącemu aborcji) i dlatego każdy kuruje się sam, dopóki się nie doprowadzi do stanu agonalnego. A potem robi się nagonkę na medycynę alternatywną i tragiczne skutki korzystania z jej „cudów”.

    Jeśli onkolog opluwa vilcacorę oferując w zamian wyłącznie ciężką chemię, naświetlania i skalpel, to nic dziwnego, że pacjent idzie do szarlatana albo zamawia ziółka pocztą, nic nie mówiąc swojemu medykowi. Gdyby była współpraca, gdyby lekarz szanował wolę pacjenta, a nie traktował go jak barana i tumana, którego trzeba przymusić (w jego mniemaniu „przekonać) do jedynie słusznej metody, to wszystko wyglądałoby inaczej.

    Skutki naszej mentalności wyraźnie widać za granicą. Nasze rodaczki, które mają dostęp do darmowej aborcji wolą pójść na bazar do jakiegoś Chińczyka czy Turka i kupić tajemniczy specyfik na spędzenie płodu lub skorzystać z usług podziemnego gabinetu, niż pójść do poradni i załatwić to po ludzku. Po takiej „terapii” lądują w szpitalu z ciężkim zatruciem, krwotokiem lub innymi objawami. A wtedy robi się propagandową wrzawę, jakby to była wina jakichś „zielarzy” lub innych „szarlatanów”, podczas gdy jest to wyłącznie przejaw polskiej ciemnoty.

    W świecie cały czas toczy się wojna między jasną i ciemną stroną. Każda stagnacja prędzej czy później prowadzi do nadużyć lub do skostnienia. Wina leży zarówno po jednej, jak i po drugiej stronie. Medycyna konwencjonalna ma mnóstwo grzechów na sumieniu i gdyby ludzie nie podejmowali walki z tym systemem, już dawno bylibyśmy trupami. Dobrze, że atakują „szarlatani” i walczą o swoje, dobrze, że wymuszają ustępstwa. Dobrze też, że medycyna alternatywna poddana jest uregulowaniom. Trup się ściele, stosowane są chamskie metody (po obu stronach), ale zwykle ta wojna kończy się zwycięstwem umiarkowanego rozumu. Dlatego ja ją popieram.

    Czas wreszcie potrząsnąć tym wszystkim. To, co robią koncerny farmaceutyczne zagraża nam wręcz zagładą. Medycyna i farmacja coraz bardziej stają się przynoszącym złote zyski biznesem, a ludzie traktowani są jak owce do ostrzyżenia. Medycyna w ogóle wychodzi z generalnie złych założeń, ale to jest już zupełnie inna sprawa. Te wszystkie obawy nie są wyssane z palca, tam naprawdę coś się szykuje. Brońmy się i nie dajmy się. Przy okazji i druga strona zostanie przywołana do porządku.

  4. PS. Nagonka na homeopatię i witaminy jest faktem. Nie wierzę, że to „przypadek”. Jest to doskonale zorganizowana akcja, a to znaczy, że nasze prawa są zagrożone.

  5. Wszyscy homeopaci i zielarze mieli by być lekarzami?
    Nie podoba mi się ten pomysł, nie każdy może studiować medycynę, a są świetni zielarze, homeopaci, którzy radzą sobie w tym temacie lepiej niż nie jeden lekarz po studiach.
    Zgadzam sie jednak, że homeopaci, zielarze czy ogólnie szeroko pojęta medycyna naturalna powinna być kontrolowana. Pytanie tylko przez kogo?

  6. Zielarze nie, tylko homeopaci. Do zielarza zwykle chodzi się z niezbyt groźnymi chorobami, a do homeopaty trafiają ludzie poważnie chorzy.

    Może dobrze by było podzielić homeopatię na dwa działy: profesjonalny i profilaktyczny, taki od drobnych przypadłości. Nie wiem, jak to działa w Europie, ale na pewno zostało to ustanowione na jakichś zasadach, które sprawdzają się w praktyce. Nie musimy wyważać otwartych drzwi, możemy przecież skorzystać z doświadczeń innych.

    Ponieważ u nas jest taka straszna nagonka na homeopatię, istniała realna groźba zakazania tej metody leczenia, mimo że zajmują się tym lekarze z co najmniej II stopniem specjalizacji (a to „racjonalistyczne” chamstwo potraktowało ich jak jakichś ciemnych znachorów), wielu specjalistów wyjechało na zachód. Między innymi lekarz, który leczył moją rodzinę.

  7. Z homeopatią nie ma żartów. Panuje zupełnie fałszywe przekonanie o braku efektów ubocznych tej metody (nie licząc tych „antysekciarzy” co to twierdzą że z lekiem homeopatycznym zjada się diabła). Tymczasem leki homeopatyczne o wysokich potencjach jak najbardziej -m o g ą- zaszkodzić. Kiedyś miałem kontakt ze specjalistą homeopatą i przy okazji „liznąłem” trochę wiedzy o tego rodzaju leczeniu.

    Moja opinia – homeopatia powinna być kierunkiem studiów na akademiach medycznych, tudzież przedmiotem nauczania obowiązkowym dla każdego lekarza, bo też należy walczyć i z innym mitem – że homeopatia jest „niekompatybilna” z allopatią, czyli zwykłą, klasyczną medycyną.

    Jeśli chodzi o „homeopatię profilaktyczną” to wystarczy zajść do porządnej apteki zajmującej się homeopatią. W każdym większym mieście powinna się taka znaleźć – farmaceuta doradzi jakiś kompleks homeopatyczny na popularne drobne przypadłości. Ze względu na niskie potencje składników takiego kompleksu, takie leki na ogół mają też i niewielką siłę działania, ale też i na ogół nie zaszkodzą

    Nie wiem co prawda, jak jest w innych krajach, ale w Wielkiej Brytanii są szpitale homeopatyczne.

Nie mam żadnego wpływu na moderację, więc proszę się nie awanturować w tej sprawie - patrz: strona "Komentowanie bloga" (na górze). Wolną dyskusję prowadzimy w Hyde Parku, a o zdrowiu w Zdrowotnym Hyde Parku.

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s