Czy należy wyrzucić do śmietnika telewizor?

Mam zdumiewająco dużo znajomych (skądinąd inteligentnych ludzi), którzy wyznali mi z dumą, że wyrzucili telewizor do śmieci i wreszcie są szczęśliwi.

Przykro mi, jeśli liczycie na pochwały, to nic z tego. Nie pochwalam żadnego fanatyzmu ani skrajnych postaw. W moim świecie nie ma rzeczy dobrych ani złych. Każda rzecz jest trochę dobra i trochę zła, w różnych proporcjach, a telewizja niczym się od nich nie różni. Wszystko zależy od tego, w jaki sposób i do czego danej rzeczy używamy. Jak wiadomo: młotkiem można wbić gwóźdź lub zabić mamusię, ale to nie młotek jest winien, jeśli użyjemy go do tego drugiego celu.

Gdyby ktoś uniemożliwił mi dostęp do TV byłabym bardzo zła i stanęłabym na głowie, żeby go odzyskać. Nie to, żebym była uzależniona od tego medium, ale bez zaspokajania swojej ciekawości świata nie potrafię żyć.

Dziś np. obejrzałam sobie świetny film dokumentalny Jamesa Camerona (tego od „Titanica”) zatytułowany „Zaginiony grób Jezusa” („The Lost Tomb of Jesus”). Oczywiście, jest to film wraży i „kontrowersyjny”, a na jednej stronie katolickiej nazwali go „tytaniczną pomyłką”. Jakże by nie miał być „pomyłką”, skoro obala kilka katolickich dogmatów i wierzeń uświęconych tradycją, dowodząc że: Jezus nie wstąpił z ciałem do nieba (skoro są szczątki, to widać powłokę cielesną zostawił na ziemi), że jego matka Maria nie była dziewicą (przykro mi, ale Jezus miał dwie siostry i czterech braci, o czym zresztą mówią Ewangelie, z czego dwaj – Jakub i Szymon – przeszli do historii) oraz że Maria Magdalena nie tylko nie była ladacznicą (cóż za ohydna i oburzająca potwarz wymyślona przez zboczonych, mizoginicznych ojców Kościoła!), ale apostołką, kapłanką, uczennicą Jezusa i… jego żoną oraz matką ich syna. No i jeszcze to, że spadkobiercą duchowej szkoły Jezusa nie był św. Paweł (złodziej i uzurpator), lecz rodzony brat Jezusa, Jakub.

Gdyby nie telewizja i takie kanały jak np. Planete nie wiedziałabym nic o próbach cenzurowania Internetu czy o zagrożeniach ze strony GMO.

Do czego jeszcze służy mi to pudełko?

A na przykład do śledzenia nowych trendów, a zwłaszcza zagrożeń, pojawiających się w Matrixie.

Na przykład – któregoś pięknego wieczoru Fakty TVN podały taką oto mrożącą krew w żyłach wiadomość: przeprowadzono „rzetelne” badania „naukowe” i okazało się, że witaminy oraz mikroelementy nie działają, a niekiedy nawet szkodzą, więc kupowanie ich jest wyrzucaniem pieniędzy w błoto, a zażywanie szkodzeniem swojemu zdrowiu.

Taka wiadomość zawsze zapala mi czerwoną lampkę w mózgu, więc natychmiast zadaję sobie pytanie, co te skur…. knują. Oczywiście, na odpowiedź trzeba troszkę poczekać albo poszukać jej tam, gdzie nawiedzeni „paranoicy” ogłaszają różne spiskowe teorie dziejów.

Tym razem nie musiałam nawet szukać, bo samo do mnie przyszło. Najpierw na zaprzyjaźnionym chomiku znalazłam dramatycznie brzmiący apel, żebyśmy się bronili, bo Unia chce nas wytruć zakazując dostępu do medycyny naturalnej i zabraniając zażywać… naturalne witaminy. Pomyślałam sobie, że to co najmniej lekka przesada… Ale było tam kilka linków, więc kliknęłam. Następnego dnia dostałam tę samą wiadomość w mailu, pochodzącą z trzech różnych, niezależnych od siebie źródeł. Dziś rano – kolejną, od jakiejś nieznanej mi dobrej duszy. To jest temat na osobną notkę, więc teraz nie napiszę nic więcej, bo muszę jeszcze tę sprawę szczegółowo zbadać. Ale już widzę, że rzeczywiście coś się szykuje i że wygląda to zupełnie jak zapowiedź miłego pana Iluminata, którego pełną miłości do ludzkości przemowę przedstawiłam tutaj.

Życzę miłych snów, wyśpijcie się dobrze, bo kolejna notka może pozbawić Was snu na dłużej…

18 myśli nt. „Czy należy wyrzucić do śmietnika telewizor?

  1. Ostatnio pisał o tej sprawie „Nieznany świat” Ale…

    Ostatnio wydają dzieła (niestety, jak zawsze przebrane – kolejna manipulacja) Lema. No i dzięki temu powtórzyłem sobie lekturę „Kongresu futurologicznego”. Wtedy mnie „oświeciło” – te wszystkie informacje, ci iluminaci, banki, aspartam, witaminy, samochody na wodę, zamiana biegunów w 2012 i inne teorie spiskowe to tylko nowe neo-super-hipermaskony udające prawdziwe ocykany. Podniecamy się tym wszystkim, a to tylko kolejny preparat, żebyśmy myśleli że się obudziliśmy. I żebyśmy nie szukali dalej.

    Apropos „wyboru” dzieł Lema – gdzie są „Astronauci”? „Obłok Magellana”? „Hormon agatotropowy”? „Sezam”? Gdzie znikła „Podróż dwudziesta szósta” z Dzienników Gwiazdowych? Jakim prawem to się cenzuruje? Ja i owszem mam większość tego na półce, ale młode pokolenie pewnie się nawet nie dowie że takowe dzieła istniały… 😦 Ostatnie wydania są z lat sześćdziesiątych a nawet pięćdziesiątych.

  2. PS: „ta sprawa” to zakaz witamin, ziół i obowiązkowe napromieniowywanie żywności, cobyśmy szybciej wyzdychali. Za szybko pisałem.

  3. Taaaa, „Kongres futurologiczny” to lektura obowiązkowa i każdemu każę to koniecznie przeczytać. Genialne! U mnie leży zawsze pod ręką, chociaż książka prawie się rozpada ze starości.
    Nie wiedziałam, że GW tak potraktowała dzieła Lema. Ja mam stare wydania, więc nie kupowałam, jak widzę – słusznie.
    A z tymi witaminami, to po prostu w głowie się nie mieści, nie sądziłam, że zdecydują się na tak bezczelne posunięcia. Od lat walczą z homeopatą, to fakt, ale żeby posunąć się aż do zakazania wszelkiej medycyny naturalnej, z witaminami i podobno warzywami, to skandal. Ciekawa jestem, czy owce ruszą w końcu swoje tyłki, czy dalej będą pokornie milczeć?

  4. To nie GW, dzieła Lema są tak traktowane od dawna. Tekstów trącących socrealizmem albo nie do końca wprawnym warsztatem pisarskim młodego Lema nie wydaje się od kilkudziesięciu lat.

    Koncesja na przydomowe ogródki i zakaz domowych wędlin (to było z rok temu, jakoś ucichło) – to najprawdopodobniej w pełnej ogródków działkowych Polsce nie przejdzie. A przynajmniej nie w 2010. Tu jeszcze nie „zgniły Zachód”, gdzie „świeże mleko da mleczarnia” (apropos: mleko „prosto od krowy” już jest w UE nielegalne).

    Zresztą, wlazłem głębiej w temat – wygląda jednak na sztucznie spreparowany. Ktoś tu chyba znów sobie robi reklamę.

  5. Mleko prosto od krowy najpierw zostało zakazane w USA. Pisał o tym Szalony kowboj. Unia idzie zawsze w ślady USA (bo ma być przecież NWO). W filmie o aspartamie (linki do filmów są w prawym panelu bloga – to informacja dla niewtajemniczonych) mowa jest o fluorowaniu wody i dodawaniu różnych świństw do żarcia, o czym konsumenci nie mają pojęcia. U nas o fluorowaniu wody gada się co najmniej od 20 lat, ale jakoś na szczęście to nie przeszło. Mój kolega, bywający często w USA, od co najmniej 10 lat mówi o amerykańskim „gównianym” żarciu, o fluorze i o tym, że coś się za tym kryje. Natomiast „prawdziwe” mleko w butelce po Coli można kupić na bazarku koło mnie, ale trzeba wstać o bladym świcie, bo potem nie ma. Możliwe, że za parę lat będzie krążyć policja mleczno-warzywna i ganiać babcie z bańkami i marchewką…

    A znasz tę stronę? Myślę, że lepiej być czujnym i dmuchać na zimne, niż żeby miało się okazać, że za naszymi plecami wprowadzili jakieś ograniczenia. Zresztą psychopaci od lat toczą świętą wojnę przeciwko medycynie naturalnej i nawet o tym pisałam na stronie i gdzieś w blogu.

    Co do ogródków działkowych – w Warszawie toczy się prawdziwa wojna o ogródki. Władza chce wszystkie zlikwidować, pod pretekstem, że stolica to nie wiocha i tłumacząc, że miejskie tereny są zbyt drogie na to, żeby uprawiać na nich groszek i sałatę, a Związek Działkowców dzielnie się broni. Obawiam się jednak, że nie ma szans.

  6. Tak, byłem na stronie. Ale jest jeszcze „ciemna strona księżyca”.

    W czasopiśmie „Nieznany świat” jest mnóstwo reklam preparatów „naturalnych”. Jakieś grzybki, kuracja sokiem z drzew, czego tam jeszcze. Zainteresowała mnie ta kuracja oczyszczająca owym sokiem, wszedłem tam gdzie trzeba, no i… nie zarabiam tyle 😦

    Kwitnie rynek preparatów reklamowanych w czasopismach „alternatywnych”, a kosztujących niesamowite pieniądze. Ktoś to produkuje i sprzedaje – tak naprawdę takie same mechanizmy jakie działają w przypadku leków i firm farmaceutycznych, działają też na rynku preparatów alternatywnych.

    Citrosept, który w Ameryce Południowej sprzedawany jest za grosze, bo i jego produkcja kosztuje grosze, używany jest tam do dezynfekcji obór. U nas buteleczka 10 ml kosztuje 30 złotych. Takich przykładów jest więcej.

    Kompleksowy lek homeopatyczny, którego wytworzenie kosztuje jakieś grosze, w aptece jest dostępny za kilkadziesiąt złotych.

    To jest walka – koncerny farmaceutyczne vs koncerny „alternatywne”. Oba rodzaje koncernów ciągną od nas kasę, ot i tyle. Jedni zwalczają drugich – „medycyna klasyczna truje” – „medycyna naturalna szkodzi”.

    Apropos miejskich terenów i działkowców – mamy zdaje się kryzys. To jest najprawdopodobniej tylko przedsmak tego, co będzie. Za rok, dwa, może być taki bum, że ceny gruntów spadną… do ułamka dzisiejszych. I jedyną wartością ziemi będzie to, że na niej rośnie coś jadalnego. 2012 zbliża się szybkimi krokami, energetyka planety zmienia się coraz szybciej i po prostu nie będzie na niej miejsca dla spekulantów.

    „Upadł, upadł Wielki Babilon” – ” i zapłakali kupcy całego świata nad jego upadkiem” – „przeto wyjdź z niego, ludu mój, abyś nie miał udziału w jego upadku” – to się dzieje na naszych oczach, właśnie teraz.

  7. Wyrzuciłem telewizor, bo Internet daje mi praktycznie to samo – tylko 10 razy szybciej i do tego – zamiast ogladac wiadomosci czy inne bzdety z nadzieja, ze a nuz cos sie trafi, wyszukuje informacje ktora mnie interesuje i voila 😉

    Nie mowiac, TV przez net tez idzie oglądać 😛

  8. Próbowałam oglądać TV przez internet, ale prawdę mówiąc szybko się zniechęciłam. Być może dlatego, że moja znajomość światowego języka nie jest wystarczająco dobra, żeby korzystać z telewizji zagranicznych i wszystko rozumieć. Polska oferta jest praktycznie żadna, a do tego droga (za darmo udało mi się znaleźć tylko pornosy, a to mnie niespecjalnie kręci). Ale może źle szukałam? Jeśli tak, to podpowiedz mi, jak to zrobić 🙂

  9. wyczekuję na wyniki badań tego projektu prawnego. no i notkę. niby chciałbym zareklamować sprawę, ale w linkach i doniesieniach brak jest jakiegoś konkretu, który przekonałby „przeciętnych zjadaczy chleba”, czy chociażby bardziej sceptycznych ludzi. powiedzmy, że sprawa tak przedstawiona obiektywnie się nie broni – można jej zarzucić wspieranie sprawy niektórych producentów, jak podał pik:

    „W czasopiśmie “Nieznany świat” jest mnóstwo reklam preparatów “naturalnych”. Jakieś grzybki, kuracja sokiem z drzew, czego tam jeszcze. Zainteresowała mnie ta kuracja oczyszczająca owym sokiem, wszedłem tam gdzie trzeba, no i… nie zarabiam tyle 😦

    Kwitnie rynek preparatów reklamowanych w czasopismach “alternatywnych”, a kosztujących niesamowite pieniądze. Ktoś to produkuje i sprzedaje – tak naprawdę takie same mechanizmy jakie działają w przypadku leków i firm farmaceutycznych, działają też na rynku preparatów alternatywnych.”

  10. Babilon ezoteryczny jeszcze nie upadł, nie widać żeby zadrżał choćby fundament. Wydawać by się mogło, że wiedza uznawana za tajemną, jest znacznie bardziej dostępna niż kiedyś. Ale to są tylko pozory, tak naprawdę „mistrzowie” czyli osoby prowadzące kursy, piszące książki, nie są zainteresowane przekazywaniem jej w całości. Kursantom pokazuje się jedynie wierzchołek góry, a bywa że celowo są wprowadzani błąd.

    Zdarzyło mi się odbyć parę kursów, ale od pewnego czasu nie przekazuję wszystkim, ciekawostek, o których udało mi się dowiedzieć tu i ówdzie. Najbardziej irytujące są panowie i panie, które jakże chętnie dowiedziały by się czegoś więcej na temat, o którym pierwszy raz słyszą (ezoteryka to temat rzeka nie sposób wiedzieć wszystko, czasami można zaskoczyć kogoś kto ma duży staż i wiedzę). Jednakże te same osoby, udzielają na twoje pytania skąpych informacji.

    Kiedy komuś odpowiadam, to mam nadzieję, że ta druga osoba, również podzieli się tym co wie. Niestety tak nie jest.
    Najczęściej skąpią wiedzy osoby, które zarabiają na ezoteryce.
    Chyba zabiorą, ją grobu.
    Dlatego wymieniam się wiadomościami z ludźmi bez babilońskiej maniery-wiedza tylko dla wielkich magów z wyżyn społecznych.

  11. Ludzie prowadzący kursy to bardzo interesująca menażeria. Właśnie przed chwilą rozmawiałam z koleżanką, która wróciła z kursu u pewnego znanego uzdrowiciela. Kiedy zapytała go o jakąś interesującą ją kwestię najpierw udawał, że nie wie o co chodzi, a kiedy go przycisnęła wyciągnął rękę po kasę. Jak maszynka do udzielania odpowiedzi: wrzucasz monetę, wyskakuje odpowiedź.

    Niektórzy astrolodzy płaczą, że jakiś ich mistrz opracował jakąś genialną metodę prognozowania, ale była ona tak wyrafinowana, że zabrał ją do grobu. Tak sobie myślę, że są dwa tropy:
    1. Guzik a nie metoda, wszystko to jest tylko współczesny mit;
    2. Metoda była rzeczywiście dobra, ale gdyby dostała się w niepowołane ręce mogłaby uczynić więcej złego niż dobrego.
    Drugi przypadek znaczyłby, że miał jak najgorsze zdanie o swoich uczniach, więc na ich miejscu bym się nie chwaliła, że byłam jedną z nich.

  12. Ech, kursy 🙂 Miałem okazję jeden czy drugi zaliczyć, ciekawe doświadczenia. Ot po prostu – jakaś wiedza co prawda zawsze z takiego kursu zostaje, ale obserwacje „wewnątrzkursowe” bywają czasem jeszcze ciekawsze.

    Prowadzący jest na ogół jednym z „ezoteryków komercyjnych” – zyli ludzi którzy koszą szmal na ezoterycznyvh kursaci i gadżetach. Większość uczestników zaś to „ezoterycy ucieczkowi”. Uciekają od realu.

    Z ezoteryki ucieczkowej jest kilka wyjść: można „wytrzeźwieć” i stać się ezoterykiem naprawdę, można zostać jednym z „ezoteryków komercyjnych”, można skończyć na oddziale zamkniętym albo – i to jest 90% przypadków – można wrócić pod ochronny płaszcz kościoła i do końca życia zwalczać „te cholerne sekty”.

    —————————

    „mistrz opracował jakąś genialną metodę” – trzeci trop: kanałował i być może nawet nie zdawał sobie sprawy.

  13. Dokładnie. Definicja ezoteryki mówi, że działa ona w ukryciu i jest ścieką osobistego rozwoju duchowego. Jeśli ktoś organizuje kursy za kasę i z tego żyje, to jest to d. a nie ezoteryk.

    Kiedyś takie dziedziny jak tarot czy astrologia były zastrzeżone tylko dla wtajemniczonych, bo mądrzy ludzie wiedzieli, że przekazanie tych narzędzi w niepowołane ręce jest jak wręczenie małpie brzytwy. Dlatego nauczyciel sam szukał i starannie dobierał swoich uczniów pod względem moralności i odporności psychicznej. Nie do pomyślenia by było, żeby dał ogłoszenie i przyjmował każdego, kto ma i da kasę. A dziś tak to właśnie wygląda. Kurs może skończyć każdy, kto się zgłosi. Jedyne kryterium pozostania w grupie „mistrza” to pokora i zgodność z jego „linią” przekazu. Jeśli się nie stawiasz, jeśli traktujesz nauczyciela z bałwochwalczym podziwem, a co gorsze – bywa nawet tak, że jeśli świadczysz mu usługi seksualne, bo i takie przypadki są mi znane – wtedy jesteś prymusem i jego protegowanym. Zasady moralne się nie liczą. I potem są takie sytuacje, jakie można zobaczyć na niektórych forach dyskusyjnych, listach mailingowych czy komentarzach w blogach, gdzie szaleją ludzie sprawiający wrażenie jakichś szaleńców bożych lub wręcz opętańców, ale nic im nie można wytłumaczyć, bo oni są przekonani, że kontynuują Świętą Tradycję Wielkiego Mistrza, a co więcej – mają jego błogosławieństwo.

    A potem mówi się, że wszyscy astrolodzy i tarociści to jacyś potworni „okultyści”, wymagający egzorcyzmowania.

    Na pewno nie WSZYSCY. Ale niektórzy, ci najbardziej „porąbani”, na pewno.

  14. Nie twierdzę, ze wszystkie kursy ezoteryczne i prowadzący są źli.
    Rozumiem, że ktoś wiedzę związana z astrologią, tarotem czy inną dziedzina zdobywał w pocie czoła i dlatego teraz nie ma zamiaru przekazywać jej za pół darmo, albo darmo.
    Na kursach jest możliwość nawiązania kontaktu z innymi ludźmi, zapytania o rzeczy, które trudno znaleźć w książkach, ponieważ wynikają one z praktyki, a nie teorii.
    Ale już nie rozumiem skąd ta irytacja na kursanta, który płaci i który zadaje pytania związane z tematem kursu?

    Rynek szkoleń ezoterycznych, mistrzów, niewiele się różni od rynku szkoleń marketingu, finansów…
    Dobrze zdawać sobie sprawę z paru punktów, ciemniejszej strony rynku:

    1. Dość spokojnie podeszłabym do kwestii przekazywania wiedzy tajemnej, która może się dostać w niepowołane ręce. Tzn. zależy o kim mowa. Najczęściej prowadzone są kursy z wiedzy podstawowej lub ewentualnie trochę rozszerzonej-a wiedzę tą łatwo znaleźć w książkach, tylko kursant myśli, że u mistrza więcej się dowie.
    Taki wykładowca, który niechętnie odpowiada na ponadprogramowe pytania, musi mieć niezły zgryz z kursantem, który przyszedł już z podstawowa wiedzą, a teraz ma zamiar go bombardować pytaniami.
    Figa z makiem.

    2.Jak to zrobić, żeby to był kurs ezoteryczny, ale żeby ludzie za wiele się nie dowiedzieli z mojej dziedziny, a wyszli z poczuciem uchylonego rąbka tajemnicy i nabrania mocy umysłu?
    To proste robi się kursy na tematy ogólnie dostępne w Internecie, gazetach, które są do wykonania samodzielnie w domu, nie potrzeba do tego rady fachowca.

    Przykład: ćwiczenia tybetańskie. Są na ten temat książki, materiały w internecie. Nie potrzeba instruktora, który pokazał by jak to się robi, bo są to bardzo proste cwiczenia.
    A jednak są szkolenia za parę stówek.

    Mapa marzeń jest ostatnim krzykiem mody. Wszystko zaczęło się od paru artykułów w gazetach. Ludzie zaczęli o tym pisać w internecie-jak to się robi, jak długo trzeba czekać na realizację. Prosta i nieskomplikowana rzecz do wykonania.
    Ale są już tacy co zwęszyli łatwy interes. Jest duże zainteresowanie, ludzie o to pytają, więc nie będzie problemu z zebraniem grupy.

    Tylko dlaczego mam wydawać na coś 200zł jeżeli to samo mogę zrobic w domu? Efekt będzie ten sam.
    Chwyt marketingowy jest taki, że grupa wzmacnia twoją mapę marzeń , co się przekłada na szybkość realizacji.

    3. W części przypadków kursów ezoterycznych, najwięcej zyska na nich „mistrz-wykładowca”. Takie kursy to nie tylko możliwość zarobienia pieniędzy, ale także nawiązania wielu cennych kontaktów zawodowych. Zwłaszcza jeżeli wykładowca był miły a ty zielony w astrologii, albo innej dziedzinie…i nie wiesz, że tak naprawdę dowiedziałeś się nie wiele.

    4. Uwaga na wyciąganie dat przez niektórych „Mistrzowi” możesz się wydać ciekawym przypadkiem i dlatego bedzie chciał się dowiedzieć, jak u ciebie działa ten aspekt, tylko że ty nic więcej w zamian za zdradzenie swojej tajemnicy nie dostaniesz. Daty są równiez wyciągane po to, żeby w razie czego usadzić cię na zajęciach, to w razie gdybyś był zbyt dociekliwy i buntowniczy.

  15. Kurs ma jedną zaletę – w przeciwieństwie od podręcznika jest „żywy” i umożliwia zadawanie pytań. Podręcznik podaje suche regułki i często jest tak, że początkujący staje wobec jakiegoś problemu w horoskopie i nie wie, jak go zinterpretować. Wykładowca może pokazać, jak to „ugryźć”. Czasem jest to metoda „na chłopski rozum”, która kursantowi nie przyjdzie sama do głowy. Bo w astrologii liczy się nie tylko sztywna zasada, ale i intuicja.

    Podobnie na kursie tarota: człowiek rozkłada karty i gapi się w nie jak sroka w gnat nie wiedząc, jak to rozumieć. A wykładowca zagląda przez ramię i coś dopowiada od siebie, dodając otuchy (jeśli jest miły i życzliwy, a nie psychopatyczny i „umniejszający”). I tym sposobem intuicja się otwiera.

    To jest dobra strona kursów.

    Są też „mistrzowie”, którzy ładują się energią kursantów. To ci, którzy lubią atmosferę napięcia i kłótni. Nie mogą zacząć wykładu, dopóki jest miła atmosfera. Jak zrobi się „piekło” można zaczynać. Z takimi też miałam do czynienia.

    Teraz wykładowcy mają ciężko, właśnie z powodu podręczników. Fachowiec woli napisać to, co wie w formie książki, bo jeśli zostanie wydana na całym świecie, zarobi kupę kasy. Na kursach tyle by nie zarobił. I właśnie niedawno w jakimś wielkim forum czytałam gorzkie żale kobiety z korporacji, która wydała na kurs ponad 2000 zł, a potem się okazało, że dokładnie to samo znalazła w książce za kilkadziesiąt zł. Trudno się dziwić, że była wściekła.

    A jaką korzyść ma kursant, który podaje swoje dane astrologowi? Zwykle liczy na to, że usłyszy darmową interpretację swojego horoskopu. U nas wszyscy wpychali przed nos wykładowcy swoje dane i horoskopy piszcząc „teraz ja, teraz mój horoskop”. Bla bla 😛

  16. Bardzo dobry tekst i prawdziwe wnioski.

    Jak ktoś obżera się fast foodami, a potem łyka garściami witaminy, to z całą pewnością marnie skończy. Witaminy w tabletkach to „ostatnia deska ratunku”, gdy z powodu błędów żywieniowych lub na skutek jakiejś choroby zaczynamy mieć ostre objawy awitaminozy. Po ich ustąpieniu czym prędzej należy wrócić do zdrowej i naturalnej diety.

Nie mam żadnego wpływu na moderację, więc proszę się nie awanturować w tej sprawie - patrz: strona "Komentowanie bloga" (na górze). Wolną dyskusję prowadzimy w Hyde Parku, a o zdrowiu w Zdrowotnym Hyde Parku.

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s