W co wierzysz, to masz

Na jednym z pierwszych wykładów z psychologii nasza wykładowczyni powiedziała: „jeśli masz na twarzy napisane ‘kopnij mnie’, nie dziw się, że wciąż cię kopią. Nie miej o to do nikogo pretensji. Jeśli ci się to nie podoba, poddaj się psychoterapii, co zmieni twoje nastawienie i sprawi, że kopiący pójdą gdzie indziej”.

Nawet akademicka psychologia zauważyła „magiczną” zasadę, że zawsze otrzymujesz to, czego się spodziewasz.

W życiu spotyka cię tylko to, w co wierzysz, a szczególnie to, czego się boisz.

Wszystko na tym świecie jest wibracją, włącznie z materią, której częstotliwości są tak niskie i gęste, że aż przybierają tak zwartą postać. Od dawna też wiemy, że nasze mózgi generują fale o różnej częstotliwości. Udowodniono, że mózgi, podobnie jak kamertony, dostosowują swoje częstotliwości do fali dominującej w otoczeniu. Nic więc dziwnego, że łatwo możemy „zarazić się” emocjami innych ludzi. Tak właśnie działa na nas energetyka tłumu, który może sprawić, że nawet najrozsądniejszy i najbardziej pokojowo nastawiony do świata człowiek w tłumie fanatyków sam stanie się agresorem zdolnym do irracjonalnej przemocy.

Kiedy uczyłam się medytacji, bardzo trudno było mi osiągnąć stan alfa, ale gdy przystąpiłam do doświadczonej grupy, osiągałam ten stan natychmiast. Tak mi się to podobało, że z radością biegłam na każde zajęcia. Dlatego, jeśli chcesz nauczyć się medytować nie trać czasu na samodzielne eksperymenty i znajdź grupę, która ci w tym pomoże.

Mistycy mówią, że nasze dusze również wibrują w określonej częstotliwości, zależnej od stopnia ich rozwoju i świadomości. Dlatego ludzie o podobnym światopoglądzie zawsze się odnajdują, nawet w największym i anonimowym tłumie. Nie zdawałam sobie sprawy z tego, jak to działa do momentu, gdy mi to uświadomiono. Od tej pory zrozumiałam, dlaczego pewne rzeczy zdarzały mi się dziwnie często, a inne nigdy lub rzadko i dlaczego na swojej drodze spotykałam zawsze podobny rodzaj ludzi.

Wszyscy żyjemy w tym samym świecie, ale jednocześnie każdy z nas żyje w swojej własnej rzeczywistości i spotykają go dobre lub złe rzeczy właściwe tylko dla niego.

Urodziłam się w rodzinie od pokoleń ateistycznej i żyłam w niewinnym przekonaniu, że wszyscy wokół mnie są tacy sami i wyznają taki sam, laicki światopogląd. W pewnym sensie tak właśnie było, ponieważ moi rodzice obracali się w środowisku ludzi podobnych do siebie. Nikt mi nie powiedział, że większość rodaków to katolicy, że ateizm jest źle widziany i że można z tego powodu paść ofiarą prześladowań. Pewnie dlatego nigdy żadnych szykan ani nękania nie zaznałam (z nękaniem zetknęłam się dopiero wtedy, gdy podłączono mnie do Internetu, który jest rajem dla różnego rodzaju fanatyków i psotnych trolli).

Nie przypominam sobie, żeby ktokolwiek wypytywał mnie w dzieciństwie o światopogląd moich rodziców, a zwłaszcza, żeby się dziwił lub mnie dyskryminował. Bywałam w domach różnych moich koleżanek i kolegów i nigdy nie odczułam, że jestem traktowana w jakiś szczególny sposób, nawet tam, gdzie na ścianach wisiały święte obrazy i krzyże. Nie wierzyłam w religijne prześladowanie, nie oczekiwałam go i nigdy go nie doświadczyłam. Natomiast z opowieści świeżo upieczonych ateistów wiem, że stale przytrafiają im się przykre incydenty. Spodziewają się ich i boją, więc je przyciągają.

Kiedy dorosłam spotykałam na swojej drodze wyłącznie ludzi niewierzących lub zbuntowanych przeciwko swojej religii i Kościołowi. Nie musiałam tych ludzi szukać ze świecą: sami się zjawiali, więc żyłam w przekonaniu, że tylko tacy istnieją na świecie.

Jak sięgam pamięcią, zawsze ciągnęło mnie do tajemnic tego świata. Ateistyczno-racjonalistyczne wychowanie nie zabiło we mnie metafizycznej ciekawości. Na szczęście moi rodzice niczego mi nie zabraniali. Czytywałam ezoteryczne pisma i książki, aż w końcu zapragnęłam zająć się tym profesjonalnie. Skończyłam szkołę psychotroniczną i podjęłam działalność jako astrolog. Nigdy w życiu nie przyszłoby mi do głowy, że ta praca może wiązać się z jakimkolwiek zagrożeniem ze strony szatana, demonów lub innych sił nieczystych. W mojej osobistej przestrzeni te byty po prostu nie istniały, podobnie jak smoki i rusałki.

Nie nauczono mnie strachu przed nimi, więc się ich nie bałam.

Jeśli nie wiesz o istnieniu demonów, na pewno nigdy ich nie spotkasz. Ale jeśli ktoś ci o nich powie, a ty w nie uwierzysz, a szczególnie jeśli się wystraszysz, wtedy na pewno demony wyjdą ci na spotkanie, zaatakują cię, a może nawet cię pokonają.

Kiedy po raz pierwszy przeczytałam, że kogoś „opętało” za sprawą astrologii lub kart tarota, pomyślałam sobie, że albo autor artykułu zwariował, albo cofnęliśmy się w mroki średniowiecza i prasa zaczyna szerzyć zabobony. Wprawdzie powiedziano mi już o demonach, szatanach i innych egregorach, ale wiem też, że dopóki sama na to nie pozwolę, żaden mnie nie skrzywdzi ani nie wystraszy. Dlatego ignoruję zagrożenia z ich strony, robię swoje i wciąż pozostaję bezpieczna.

Kilka lat temu mieszkałam w dzielnicy, uchodzącej za bardzo niebezpieczną. Wciąż czytałam, że na sąsiedniej ulicy pobito spokojnie wracających do domu studentów, a nawet dowiedziałam się z TV, że w pobliskiej siłowni wybuchła gangsterska strzelanina. Moja koleżanka stanowczo odmówiła złożenia mi wizyty, właśnie z powodu zagrożenia ze strony bandytów. A ja wracałam do domu bardzo późną nocą i nigdy nic mi się nie stało. Podobnie bezpiecznie czuli się moi dorastający synowie, mimo, że nosili długie włosy, co na dresiarzy działa jak czerwona płachta na byka. Nie oczekiwaliśmy napadu, nie baliśmy się, bo wierzyliśmy w swoje bezpieczeństwo oraz opiekę Siły Wyższej. I rzeczywiście, przez całe 6 lat mieszkania tam byliśmy bezpieczni.

Jeśli chcesz żyć w spokojnym, racjonalnym świecie nigdy nie igraj ze swoją podświadomością. Podświadomość to takie dziwne, autonomiczne stworzenie, które bardzo łatwo może się wymknąć spod racjonalnej kontroli i napytać ci poważnych kłopotów. To nie diabły i demony stanowią zagrożenie. Zagrożenie polega na tym, że twoja własna podświadomość może je wytworzyć i wpędzić cię w tarapaty.

Wczoraj przed snem (cóż za głupota!) oglądałam film zrobiony przez Roberta Tekieli, dzielnego pogromcę groźnych sekt (a raczej wiernego sługę i wyrobnika demonicznych sił, zanieczyszczających świat niskimi i ciemnymi wibracjami lęku). Zawsze uważałam tego faceta za fanatyka, opętanego przez chore idee i agenta ciemnej strony mocy. I faktycznie. Po zapoznaniu się z jego twórczością odczułam przykre skutki wchodzenia w nierozsądny kontakt z niskimi wibracjami. Nie cierpię na żadne lęki i nie boję się ciemności. Jestem nocnym Markiem, więc siedzenie przy komputerze do bladego świtu jest dla mnie rzeczą normalną. Oglądając film Roberta Tekieli nie czułam ani śladu lęku, a jednak zaraz po zakończeniu tego „seansu”, aż do położenia się do łóżka, miałam przykre odczucie, że atmosfera w pomieszczeniu stała się gęsta i lepka.

Oglądanie tego typu filmów, czytanie religijnych bzdur (chrześcijaństwo jest religią strachu i cierpienia!) oraz słuchanie wykładów ludzi o niskich wibracjach duchowych obniża i twoje własne wibracje. Jeśli więc chcesz uniknąć problemów, trzymaj się od pogromców sekt i kościelnych egzorcystów tak daleko, jak to tylko możliwe. Nie od dziś wiadomo, że kościelne egzorcyzmy nie tylko nie „wypędzają diabła”, ale co gorsze, doczepiają do egzorcyzmowanego całe mnóstwo chrześcijańskich egregorów.

Na tym właśnie (i niczym innym) polega magiczna ochrona przed duchowym zagrożeniem.

Tutaj pisałam o opętaniach.

20 myśli nt. „W co wierzysz, to masz

  1. „trzymaj się od pogromców sekt i egzorcystów”

    Zależy co się rozumie przez „egzorcystę”. Znam parę osób (uzdrowicieli) które jak trzeba, odprowadzą niepożądanego ducha na jego właściwe miejsce. Bo czasami jednak trzeba… jeśli takowy duch kogoś już dopadł.

    Kościelni egzorcyści mają natomiast tę wadę, że gonią „diabła” do „piekła”.. i co ma ten biedny diabeł potem zrobić??? Ucieka z piekła jak szybko się da i… opętuje z powrotem. Ech 😦 A jak się poczyta Biblię to można tam jeszcze doczytać że sprowadza w dodatku kilku kolegów. Więc oczyszczony w ten sposób od diabłów człowiek ma „jedyne” wyjście – trzymać się stale pod ochrona egregora już do końca życia i po wieki wieków amen. Bo inaczej „szatan” znów go dopadnie.

  2. Przed maturą bałem się wojska. Panicznie się bałem, bo wydawało mi się że jej nie zdam, że nei dostanę się na żadne studia, a nie mam na tyle silnych znajomości, żeby się przed tym jakoś rozsądnie uchronić. Całe dwa meisiące zżerał mnie strach, potem jeszcze dopadał w innych formach. Ale maturę zdałem, na studia się dostałem, a WKU nie przysłało mi nawet kwitka wzywającego do stawienia się.

    Kiedy byłem mały, wydawało mi się, że świat jest pięknym i bezpiecznym miejscem, zaś ludzie są przyjaźnie nastawieni i nic nie mogą mi zrobić. Mimo wszystko nie plątalem się po różnych „zakazancyh” dzielnicach. W ryj dostałem w szkole, za odstające uszy, albo za coś podobnego, sam już nie pamiętam.

    Kiedyś odprowadzałem dziewczynę mojego znajomego na nocny autobus, pocieszając ją (bo się właśnie ostro pożarli) i próbując dodać jej otuchy. Na przystanku na totalnym zadupiu, gdzie pies z kulawa nogą nie zagląda i chyba nawet domów nie ma, musiał pojawić się dresik, który najpierw prosił o szluga, a później spuścił mi pare kopniaków, bo czemu nie.

    Ech, takie mam doświadczenia na razie z afirmacjami.

  3. No właśnie, ja mam podobne doświadczenia. Dwa lata temu zaczęłam pracować z afirmacjami, pozytywnym mysleniem, medytowałam i rozwijałam się duchowo. Prosilam Boga o pozytywne doświadczenia i wierzylam ze to co mnie spotyka, jest dobre. Niestety to właśnie w tym czasie wyjechałam do pracy, w której doznałam inwigilacji i wielkich stresów, wkręcilam sie w zwiazek z dużo starszym facetem który okazał się alkoholikiem – nigdy nie przypuszczałam że mogę być do tego stopnia ślepa. Być może nie wierzyłam zbyt mocno, nie wiem. W gruncie rzeczy zgadzam się z Astromarią, że myślami i nastawieniem możemy wykreować rzeczywistość, ale to wszystko chyba jednak nie jest takie proste :/ być może dlatego że często świadomie nie zawsze wiemy, co dla nas jest dobre w danym momencie?

  4. @ pik33: masz rację, zapomniałam tam wyraźnie napisać, że chodzi o egzorcystów kościelnych, a nie wszelkich jacy są. Zaraz poprawię ten błąd. I masz rację, że pobożnych ludzi najczęściej opętują chrześcijańskie egregory, a nie duchy czy diabły. Zaraz o tym coś napiszę, chociaż na egzorcyzmach nie znam się zbyt dobrze.

    @ obywatel: matury trudno nie zdać. Szkoła wytwarza psychozę przedmaturalnego strachu, prawdopodobnie w najlepszych zamiarach: żeby się lenie uczyły. Ale jak wiemy dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane. Co do woja: nie mogli ci nic przysłać, skoro dostałeś się na studia (ale przyznaję, że moi synowie regularnie dostawali wezwania, mimo że studiowali i dostarczali na czas stosowne zaświadczenia). Taka mała paranoja. Prawdopodobnie czasy się po prostu zmieniły i teraz w wojsku jest większy porządek i cywilizacja.

    Co do obrywania po nosie: szkoła to takie miejsce, gdzie chyba sam anioł z nieba nie mógłby się czuć bezpiecznie. Chyba nie ma człowieka, który w szkole nie oberwałby za uszy (za duże, za małe, za czyste, za brudne…) albo za cokolwiek innego. Szkoła powinna być zakazana, hehe 😛

    A dresik? Czy aby na pewno nie czaił się w twojej duszy jakiś ukryty lęk? Ja też w podstawówce oberwałam parę razy w nos od jakichś żuli, ale to pewnie dlatego, że moja matka miała obsesję na punkcie zagrożenia przez chuliganów. Ją to strasznie niepokoiło, tak bardzo, że tym żyła, infekując lękiem całe otoczenie.

    Coś afirmowałeś?

    @ skorupiak: z afirmacjami sprawa wcale nie jest taka prosta, jak twierdzą podręczniki. Próbowałam to robić i nic. Żadnego rezultatu. Prawdopodobnie nie byłam w stanie w te afirmacje uwierzyć. Podświadomość wcale nie jest taka głupia i swój „rozum” ma, nie przyjmie więc za dobrą monetę takiego wmawiania cudów. Znam kilka osób, które zajmują się huną i nie widzę, żeby im się dobrze wiodło. Owszem, kasują kasę za prowadzone kursy, na których wmawiają ludziom, że cuda są możliwe, ale na tym koniec. Góry złota na głowę im nie spadają ani ich życie osobiste niczym nie imponuje.

    Jeśli chodzi o medytację – nie wiem, jaki jej rodzaj uprawiałaś. Ja stosuję nie tyle medytację (chociaż wcześniej próbowałam TM i buddyjskiej), co metodę duchowego uzdrawiania Bruno Groninga (według KK to bardzo, strasznie groźna i destrukcyjna sekta). Medytacja daje rezultaty… po 20 latach regularnej praktyki, hehe 😉

    A ten facet, z którym się związałaś: czy przypadkiem nie miałaś w bliskiej rodzinie problemów z pijącym (albo uzależnionym od czegokolwiek innego) bliskim krewnym? To mi wygląda na nieprzerobiony problem DDA albo coś w tym stylu.
    —–
    Ja w tym tekście bardziej podkreślam pewną „nieświadomość” istnienia zagrożeń (i wynikający z tego brak lęku), niż dobre skutki pozytywnych afirmacji. Z afirmacjami nie mam dobrych doświadczeń, więc ich nie zalecam. Ale duchowe uzdrawianie bardzo zmieniło moje życie, odwracając złe fatum. Ale przyznaję, że znam przynajmniej jeden przypadek dojścia do wielkiej kasy wyłącznie przy pomocy wizualizacji.

  5. Jeszcze apropos „duchów”.. po prostu – pobożnych ludzi opętują pobożne diabły, wszystko to się trzyma w ramach jednego systemu przekonań, patrz: Focus25 – jedynym prawdziwym wyjściem z sytuacji jest zmiana systemu przekonań a to trudne. Czytałem gdzieś o kimś kto próbował pogodzić chrześcijaństwo z wschodnimi sztukami walki i jakoś godził póki nie poszedł z tym do spowiedzi. Wtedy go dopadło… rezultat: rzucił tai chi i został przy chrześcijaństwie. Teraz „daje świadectwo” temu, jakim diabelstwem jest tai chi.

    Siedząc w ezoteryce czas jakiś znam sporo ludzi którzy po jakimś czasie ezoterycznej aktywności tak dostali „w łeb”, że nawrócili się (na katolicyzm, jakby ktoś miał wątpliwości na co) i teraz zajmują się aktywnie zwalczaniem „sekt” i wszelkich innych przejawów „new age’owego diabelstwa”.

    —–

    Apropos nieskuteczności afirmacji.. problem jest taki… skoro ktoś jest – biedny, maltretowany, chory, co tam kto chce zmienić afirmacjami – to znaczy że ma w sobie kod, wzór energetyczny, który mu to zapewniał. I teraz próbuje to ruszyć afirmacjami… a wtedy stary wzór stawia opór i im więcej ktoś afirmuje tym bardziej dostaje w łeb. Sam osobiście szukam metod na przełamanie paru wzorów, ale tak naprawdę odpowiednie metody są łatwo dostępne i właśnie w tej chwili gdy to piszę, uświadamiam to sobie. Po pierwsze metoda Bruce’a Moena przekształcania ograniczających przekonań, po drugie metoda oceny korzyści z ograniczających przekonań („jakie korzyści odnoszę z tego że jestem biedny? chory? samotny? głupi? poniewierany? co tam kto ma do przepracowania”), po trzecie Uzdrawianie Pola Życia według Ewy May… i zdaje się operację należy przeprowadzić w dokładnie odwrotnej kolejności, tzn. najpierw uzdrawianie, potem analiza zysków, potem przepracowanie metodą Moena, na koniec afirmacje – sprawdzę bo akurat mam problem z którym pracuję, afirmuję, a na razie wyników brak.

  6. ”jakie korzyści odnoszę z tego że jestem biedny? chory? samotny? głupi? poniewierany?” – otóż to!!! Człowiek niby cierpi, niby pragnie zmiany, ale tak się przyzwyczaił do roli ofiary i takie wbrew pozorom czerpie z tego „zyski”, że podświadomość idzie mu na rękę i go w tym stanie zatrzymuje. Nawet paraliż daje pewne korzyści. W ogóle to jest tak, że nie istnieje nic, co byłoby złe, ani nic co byłoby dobre. Każda sytuacja daje jakieś zyski i jakieś straty.

    Przykład: sparaliżowany twierdzi, że pragnie pełni zdrowia, ale gdyby wyzdrowiał rodzina przestałaby się o niego troszczyć, odebrano by mu zagwarantowaną przez prawo dożywotnią rentę, straciłby wiele świadczeń i przywilejów. Musiałby iść do pracy (codziennie wstawać wcześnie rano, dojeżdżać, być do dyspozycji itp.), a przecież pracę można stracić i co wtedy? Musiałby się o siebie troszczyć sam: zrobić zakupy, ugotować, pozmywać, posprzątać, zarobić na rodzinę… Jak podświadomość dokona bilansu zysków i strat, może się okazać, że jej się to wyzdrowienie nie opłaci.

    A co do tych nawróceń – egregory pilnują owczarni pańskiej i świetnie wywiązują się ze swoich zadań. Też obserwuję takie cudowne nawrócenia. A wszystkie one są podszyte lękiem i strachem. Czyli nic pozytywnego.

  7. Jestem obserwatorem i cieszę się że inni też.Dziwne sprawki tej rzeczywistości przysłnoniły obraz świata i prawdziwego celu,szukajmy a znajdziemy oby dziecko które jest;nie zginęło.

  8. Właśnie wczoraj koleżanka pokazała mi książkę „Proś a będzie ci dane” Esther i Jerry’ego Hicks.
    Tam jest, jak na mój gust, przekonująco wytłumaczone, dlaczego najczęściej nasze życzenia nie są spełniane, mimo że teoretycznie mogłyby, gdybyśmy na to pozwolili. Wszystko zależy od naszego nastawienia do otrzymywania tego, o co prosimy – każda prośba ma dwa końce ( jak ten przysłowiowy kij ) i wygląda mniej więcej tak: „chcę być zdrowa – nie chcę chorować”. Człowiek odruchowo koncentruje się na tym, co mu bardziej doskwiera i wciąż myśli o tym, że nie chce chorować, zamiast o tym, by być zdrowym. I jakim cudem ma dostać to zdrowie, jeśli myśli wyłącznie o chorobie?( co z tego, że ją od siebie odgania – i tak tylko o niej myśli )
    Ale najbardziej mnie dziwi fakt, że akurat tego samego dnia zapoznawałam się z tą książką, gdy tutaj już czekał ten post, o którym wiem dopiero dziś. Jakim cudem to się akurat tak zbiegło w czasie?

  9. Hmmm.

    Lubię to podejście, pewnie dlatego też je mam. ^^

    Poznajcie prawdę a prawda was wyswobodzi, jak to ponoć jezus rzekł.

  10. @ Maszowa: No tak, bo jak cierpisz, to po prostu cierpisz. Taki a nie inny jest twój stan. Trudno wyobrazić sobie dobrostan w sytuacji, kiedy człowieka coś boli i ten ból absorbuje całą jego uwagę. Albo kiedy ktoś wpada w długi, jest tym tak zdenerwowany, że nawet w nocy o tym śni. I jak tu się odprężyć? Całe ciało jest zesztywniałe, aż mięśnie bolą, wiec jak można wejść w stan alfa i zobaczyć krainę mlekiem i miodem płynącą? Cała sztuka to nauczyć się ignorować swoje stresy i bóle.

    A dlaczego ten wpis tu czekał? A dlatego, że mnie ostatnio dopadła synchroniczność. Jak tylko coś pomyślę, to zaraz ktoś mi o tym mówi lub pisze w komentarzach 🙂

  11. I teraz następuje pytanie za miliard punktów… 😉

    Czy istniejemy, czujemy, ruszamy się, postrzegamy też tylko dlatego, że wierzymy-wyrażamy wolę?

    Odnośnie afirmacji i robienia czegokolwiek w kierunku tego, żeby było lepiej…
    Nic dobrego z tego nie wynika, jeśli nie mamy odpowiedniej wiedzy.

    W skrócie…

    Jeśli np. afirmujesz „jest dobrze” w celu, żeby było dobrze, to osiągniesz często odwrotny rezultat. Czemu?
    Ano temu, że wykonywanie takiej afirmacji daje jasno do zrozumienia podświadomości: „jest ŹLE i wykonuję afirmację po to, żeby było dobrze”.
    Afirmacje działają na poziomie nieświadomym i trzeba wpłynąć na ten poziom umysłu właśnie. A nieświadomy umysł podczas nieumiejętnej afirmacji odbiera sygnał: TERAZ JEST ŹLE, POTEM BĘDZIE DOBRZE.

    Rzeczywistość jest TERAZ i nagina się do tego, co w naszym umyśle jest prawdą TERAZ, nie do tego co chcemy, żeby nią było.

    Wystarczy stać się teraz takimi, jakimi chcemy być teraz.

    …proste 😉

  12. Pod wpływem tej dyskusji i lektury „Proś a będzie ci dane” spróbowałam myśleć „w odpowiednim kierunku” ;)) – że chcę być zdrowa. I właśnie sobie uświadomiłam podstawowy błąd, jaki wcześniej robiłam: w dziecinny, zaczerpnięty z bajek sposób spodziewałam się jakiegoś efektownego „buumm” i nagłego zwrotu akcji! A przecież nie tak trzeba na to patrzeć. Czasem leczenie jest bolesne i długotrwałe, ale czy ktoś mi obiecywał, że spełnianie życzeń nie będzie bolało?
    I jeśli tak na to spojrzeć – właśnie spełnia się moje życzenie. ;))

  13. @ Maszowa: tylko nie „chcę”… bo jedynym skutkiem będzie to, że będziesz CHCIEĆ. Jeśli już, to „jestem” zdrowa.

    Jeśli masz poważny problem ze zdrowiem, napisz do mnie na priv. Z odzyskiwaniem zdrowia jest tak, że im starszy stan chorobowy, tym dłuższe leczenie. Ale jeśli to nowa dolegliwość, możesz się jej pozbyć szybko.

  14. A jeszcze „jestem zdrowa” może nie zadziałać, bo podświadomośc powie sobie po prostu.. „co ty pie…, przecież ja wiem że ja jestem chora”.

    W tej sytuacji można użyć takiego czegoś: „Z każdą chwilą jestem zdrowsza”.

  15. Witam, jak zwykle szalenie interesujący tekst, bardzo dziękuję. Również lektura komentarzy daje do myślenia. Mam pytanie, może trochę obok tematu, ale bardzo zainteresowała mnie wzmianka Astromarii: „Znam kilka osób, które zajmują się huną i nie widzę, żeby im się dobrze wiodło. Owszem, kasują kasę za prowadzone kursy, na których wmawiają ludziom, że cuda są możliwe, ale na tym koniec. Góry złota na głowę im nie spadają ani ich życie osobiste niczym nie imponuje.”
    Czy huna z zasady nie działa? Moja wiedza na ten temat nie jest zbyt rozległa, ale z tego, co czytałam, jest to dość spójny i sensowny system…. więc jeśli TO nie działa, to co może zadziałać? Borykam się z pewnym problemem osobistym, który niesamowicie mnie męczy. Po licznych niepowodzeniach stwierdzam, ze nie mam „po prostu pecha”, ale coś głęboko siedzi w mojej podświadomości i uprzykrza życie…depresja nawraca. Nie umiem w żaden racjonalny sposób dotrzeć do przyczyn, myślałam więc o zasięgnięciu pomocy huny, ale przyznam, ze brak mi wiary. Nie wiem, co mogłoby pomóc, próbowałam jogi (art of living), psychoterapii, obecnie biorę leki przeciwdepresyjne i juz trochę ręce mi opadły.
    Jestem laikiem w dziedzinie „okołoduchowej”, proszę mi wybaczyć te rozważania.
    Serdecznie pozdrawiam!

  16. Mam książki o hunie, kiedyś bardzo się tym interesowałam, ale w końcu nic nie wyszło z mojego flirtu z tą sztuką. Nie będę oceniać ani huny ani ludzi, którzy się nią zajmują, bo nie siedzę w tym temacie. Może lepiej zadajmy pytanie komuś, kto się huną zajmuje, co udało mu się dzięki tej metodzie osiągnąć i jak tego dokonał.

    O ile rozumiem twoim problemem jest nawracająca depresja. Jeśli tak, to mam dobrą wiadomość, ponieważ sama cierpiałam na chroniczną depresję, która u mnie zaczęła się już w dzieciństwie i którą wyraźnie widać w moim horoskopie (trudne aspekty Saturna i Plutona ze Słońcem, Księżycem i władcą horoskopu). Mój przypadek jest dowodem na to, że horoskop nie jest wyrokiem i że wszystko można pokonać, jeśli się tylko chce.

    Obecnie mogę powiedzieć, że nie miałam nawrotu depresji ani razu od początku 2002 roku, a więc chyba można uznać, że zostałam wyleczona. Osiągnęłam to dzięki metodzie duchowego uzdrawiana wg. metody Bruno Groniga.

    Oczywiście, szukając informacji na ten temat dowiesz się ze stron kościelnych, że to groźna sekta, a ze stron racjonalistycznych, że to szkodliwy przesąd.

    Ja powiem tylko tyle – sekta ma guru, kosi kasę i wymaga przynależności do grupy. Tu dostajesz wszystko ZUPEŁNIE ZA DARMO (!) i praktykujesz w domu (jeśli chcesz, możesz przychodzić na spotkania, na których wygłaszane są fajne i ciekawe wykłady na tematy duchowe, ale to jest zupełnie dobrowolne). Jedyna opłata jaką uiściłam to dobrowolna składka w wysokości 5 zł na wynajęcie sali, w której odbywał się wykład. A „guru” zmarł w 1959 roku i nie ma następcy. Co do przesądu – jeśli jest skuteczny w uzdrawianiu, to niech żyją przesądy. Mnie pomogło nie tylko na depresję, ale przy okazji pozbyłam się kilku problemów nie tylko zdrowotnych, ale i życiowych, to była można powiedzieć cała seria prawdziwych cudów. Nigdy bym nie uwierzyła, że coś takiego może mi się przydarzyć, bo jako osoba saturniczno-plutoniczna byłam urodzoną pesymistką i uważałam siebie za straszliwego pechowca.

    Jeśli potrzebujesz jakichś dodatkowych informacji, możesz napisać do mnie na priv. W prawym panelu bloga jest guziczek do wysyłania poczty. Oczywiście trzeba zamienić [malpa] na @.

  17. Dziękuję za odpowiedź. Tak, mam depresję, mam skłonność do lęków, mam problemy z relacjami międzyludzkimi, a w zasadzie ich brak…i nie umiem tego przeskoczyć. Chętnie zapoznam sie z ta metodą i w razie czego, bedę pytać. Potrzebne mi jest coś „dla opornych”, bo mam w sobie silny sceptycyzm, który uważam za cenny (trudno mnie zbajerować bajkami), ale tez utrudnia wchodzenie w wiele procesów;)
    pozdrawiam bardzo serdecznie!

  18. Sceptycyzm… to właśnie było to, co mnie blokowało. Pochodzę w rodziny racjonalistycznej, mój ojciec straszliwie wyśmiewał „latanie na miotle”, religijne zabobony i wszelkie „nawiedzenie”. Wierzył wyłącznie w materię i „czysty przypadek”. Cokolwiek zdumiewającego się zdarzyło, dla ojca był to wyłącznie „przypadek” i zawsze pokrętnie wyjaśniał to jakimiś „racjonalizmami”.

    Teraz myślę, że ta klątwa była najlepszą rzeczą, jaka mi się w życiu przydarzyła. Gdyby nie ona, to do dziś nie wierzyłabym w duchowe uzdrawianie i inne takie „cuda”. A tak, wobec perspektywy utraty życia, musiałam przełamać swój racjonalizm i spróbować coś robić.

    Na początku nie mogłam spokojnie usiedzieć, bo „głos rozsądku” stale mi mówił, że zachowuję się jak głupia, zabobonna masa. Coś w środku potwornie się ze mnie naśmiewało. Ale „przez rozum” postanowiłam, że się nie dam i wytrwałam. W końcu zarówno „głos rozsądku” jak i wewnętrzny „wyśmiewacz” zamilkły i zaczął się proces zdrowienia.

    Życzę pokonania racjonalizmu 🙂

Nie mam żadnego wpływu na moderację, więc proszę się nie awanturować w tej sprawie - patrz: strona "Komentowanie bloga" (na górze). Wolną dyskusję prowadzimy w Hyde Parku, a o zdrowiu w Zdrowotnym Hyde Parku.

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s