Dlaczego Astromarii ogień się nie ima ;)


Przeniesione ze starego bloga (2008-01-15 02:02:24)

Otóż dlatego, że Astromaria umie chodzić po ogniu.

Już dawno miałam o tym napisać, ale jakoś zawsze mi to wylatywało z głowy. No i teraz kilka zdarzeń (a zwłaszcza to noworoczne) przypomniało mi o tej sprawie.

Nie będę się znęcać nad biednymi sceptykami ani nabijać się z ich sposobów „racjonalnego” wyjaśnienia tego zjawiska, tylko po prostu je opiszę, z punktu widzenia uczestnika tej „magicznej” imprezy.

Jeśli ktoś mi tu napisze, że w to wierzy lub nie wierzy, to powiem mu jedno: „wierzyć to można w życie pozagrobowe”, a chodzenie po ogniu jest zjawiskiem, którego KAŻDY może osobiście doświadczyć, a więc dokonać jego weryfikacji, jak najbardziej naukowej i racjonalnej. A wtedy WIARA nikomu do niczego nie będzie potrzebna, ponieważ zamiast niej posiądzie WIEDZĘ. Czego (czyli więcej wiedzy) wam serdecznie życzę, amen…

Zdarzyło się to wkrótce po ukończeniu przeze mnie uczelni dla Harrych Potterów, gdzie uczono nas różnych rzeczy (na przykład zginania łyżeczek wzrokiem, co też tu opiszę), ale o chodzeniu po ogniu najwyraźniej zapomniano. Skoro tak, musiałam uzupełnić edukację na własną ręką. Zorganizowałam więc odlotową imprezę dla przyjaciół z rzeczonej szkoły.

Mieszkałam wtedy tuż pod Warszawą, w przepięknym miejscu, nad jeziorkiem Łacha, wśród zielonych łąk i lasów. Z jednej strony jeziorko, z drugiej Wisła, wprost wymarzona sceneria do praktykowania magii. Żeby było ciekawiej: na środku podwórka stała miniatura piramidy Cheopsa…

Jako nauczyciela polecono mi Lecha C. psychologa ze Śląska. Psycholog był taki zupełnie zwyczajny, miał mgr przed nazwiskiem i wcale nie wyglądał na Wielkiego Maga.

Pierwszego dnia zorganizował nam sesję rebirthingu na świeżym powietrzu. Wynieśliśmy śpiwory i karimaty, ułożyliśmy się na nich wygodnie na zielonej trawie, sierpniowe słoneczko przyjemnie nas ogrzewało i w tej scenerii oddychaliśmy świeżym, pachnącym łąką powietrzem. Tak intensywnego zapachu trawy i ziół nie czułam chyba nigdy wcześniej. No, może we wczesnym dzieciństwie…

Wieczorem była mała sesja psychoterapeutyczna, dzięki której zrozumieliśmy, na czym polegają nasze problemy dnia codziennego.

Następnego dnia, z samego rana, cała zgraja czarowników wybrała się nad Wisłę zbierać materiał na stos. Zajęło nam to sporo czasu, ponieważ potrzeba było naprawdę dużo drewna. Po obiedzie nastał wreszcie ten moment, na który wszyscy z takim napięciem czekali.

Mistrz ceremonii wraz z męską częścią brygady zbudowali na plaży ogromny stos i podpalili go, po czym wszyscy zasiedliśmy w kółku, wokół Lecha, który wygłosił krótki wykład wyjaśniający, na czym polega magiczna sztuka, którą za chwilę będziemy praktykowali, a przede wszystkim jakie są zasady bezpieczeństwa. Podstawową zasadą okazało się „dogadanie się” ze swoim Aniołem-Stróżem i uzyskanie jego zgody na wkroczenie do kręgu. Jeśli ktoś wcześniej nie miał okazji uświadomić sobie obecności swojego Duchowego Opiekuna oraz siły, z jaką on go chroni, teraz miał niepowtarzalną okazję doświadczyć tego wyraźnie i ponad wszelką wątpliwość.

Następnie Lech wziął gitarę i zaintonował prostą piosenkę-mantrę, którą po chwili wszyscy radośnie śpiewaliśmy. Nie pamiętam dokładnie jej słów, ale pamiętam przesłanie: umacniała w nas przeświadczenie, że ogień jest dobry, a chodzenie po nim w pełni bezpieczne. Piosenka składała się z niewielu słów i była monotonna, więc wykonywaliśmy ją zupełnie automatycznie, dzięki czemu bardzo szybko wpadliśmy w rodzaj transu. Oczywiście, nikt z nas nie miał pojęcia, że jest to trans. Po prostu śpiewaliśmy coś nudnego zupełnie automatycznie i tyle.

Nie wiem, ile czasu to trwało, ale do spalenia tak wielkiej góry drewna potrzeba było go dość dużo. W każdym razie, zanim skończyliśmy zdążył zapaść zmrok. Wtedy Lech wstał, wziął grabie, rozbił resztę płonących polan, odrzucił te, które się nie spaliły, a resztę wygrabił w równy „dywanik” z żarzącego się popiołu. Było już ciemno, więc gdy wiał wietrzyk, nasz dywanik rozświetlał się efektownie na czerwono.

Patrząc na tę czerwień zastanawiałam się, czy odważę się po tym przejść…

Gdy Lech skończył zaprosił wszystkich na plażę i ustawił nas w rządku, po czym przypomniał główną zasadę: przed wejściem w ogień należy uzyskać zgodę Opiekuna. A więc: stoimy i czekamy, w myślach pytając, czy już nam wolno przejść, czy jeszcze nie. Jeśli nie czujemy wyraźnej zgody, nie wolno się ruszyć. Trzeba dalej stać i czekać.

To czekanie było jednym z najbardziej metafizycznych przeżyć w moim życiu. Z natury jestem w gorącej wodzie kąpana (mam Księżyc w ognistym Lwie w opozycji z Marsem), więc stanie i czekanie jest dla mnie torturą…

Grzecznie, choć niecierpliwie czekałam, a w tym czasie inni włączali się kolejno do zabawy. Było mi coraz bardziej głupio, że tak stoję i nic, podczas gdy oni radośnie szaleją, śmiejąc się i krzycząc, że to świetna zabawa. Prawie zwątpiłam, że w ogóle tę zgodę uzyskam, gdy nagle… pyk i blokada znikła. To było naprawdę fantastyczne uczucie. Przedtem byłam autentycznie zablokowana, czułam totalny brak przyzwolenia, i nagle poczułam, że wszelkie przeszkody zostały usunięte!

Ruszyłam więc raźnie przed siebie. Spytacie pewnie, co czułam. Otóż – nic specjalnego. Węgielki pod stopami migotały nieco groźnie, ale zupełnie nie parzyły. Sierpniowe wieczory są chłodne i stopy zdążyły mi nieco zmarznąć, więc ta wędrówka była przyjemna, jak rozgrzewająca kąpiel w ciepłej wodzie.

Brykaliśmy tak radośnie aż do chwili, gdy żar zupełnie zagasł i wystygł, po czym udaliśmy się do domu, prosto do łazienki, żeby umyć czarne od sadzy stopy. Prawie całą noc opowiadaliśmy sobie w podnieceniu, co kto czuł i jak to przeżył. Tylko jedna koleżanka miała niewielki bąbel na stopie, reszta uczestników była nienaruszona. Widocznie biedaczka zaliczyła falstart, wskakując w żar zanim wydano jej na to przyzwolenie.

Dlaczego chodzenie po ogniu jest możliwe?

Nie wiem za bardzo, ale wiem jedno: nasze możliwości są nieograniczone i każdy z nas jest w stanie „czynić cuda”, a wiara naprawdę góry przenosi. Moc naszej psychiki jest niezbadana i kryje wiele tajemnic.

Zgodnie z obietnicą na zakończenie wspomnę jeszcze krótko o zginaniu stalowych (nie aluminiowych!!!) łyżeczek.

Ja osobiście nie brałam w tym udziału (z powodu nie posiadania łyżeczki), ale byłam naocznym świadkiem. W czasie jednego z kursów wyjazdowych znany okultysta (również Lech) zorganizował seans dla uczestników obozu. Wszyscy chętni zostali zaproszeni późnym wieczorem do dużej sali, gdzie zainstalowano specjalne oświetlenie oraz aparaturę muzyczną. Z głośników wydobywało się potężne, szamańskie bębnienie, a światła migały, sprawiając, że mózgi uczestników wpadły w stan dezorientacji. Mistrz kazał wszystkim pląsać w kółku, przemawiając czule do łyżeczek i namawiając je, żeby się grzecznie wygięły i cały czas delikatnie je głaskać. Z powodu ciemności nikt swojej łyżeczki nie mógł widzieć, nie miał więc pojęcia, w jakim znajduje się ona stanie.

Gdy w końcu zapadła cisza i zapalono światła każdy mógł przyjrzeć się swojemu dziełu.

Większość stała z rozczarowaną miną – ich łyżeczki wyglądały zupełnie normalnie. Ale kilka osób, w tym większość dzieci, podskakiwało radośnie do góry, prezentując wszystkim kompletnie pogięte sztućce.

Od razu informuję, że nie były to osoby podstawione. Byli to moi znajomi, którzy dali się na to namówić zupełnie spontanicznie i przystąpili do próby bez żadnego przygotowania. Ludzie ci byli totalnie zaskoczeni rezultatami. Nigdy nie podejrzewali siebie o podobne uzdolnienia, a jednak udało im się. I do dziś są tym bezgranicznie zdumieni.

7 myśli nt. „Dlaczego Astromarii ogień się nie ima ;)

  1. Komentarze przeniesione ze starego bloga:

    steinbock steinbock@gazeta.pl 2008-01-19 01:45:50 83.10.58.76

    Dzięki! Czytałam już sporo Twoich tekstów, ale tego o zbereźnym braciszku jeszcze nie 😛

    astromaria —> steinbock 2008-01-19 01:05:07 77.79.204.133

    Ten pan to „Zbereźny braciszek” opisany na blogu ezo w kilku odcinkach (w archiwum są linki do wszystkich notek). Podobno przyczyniłam się do zesłania tego zacnego i pełnego cnót zakonnika na zadupie, gdzie nie ma dostępu do uciech, które były jego udziałem, gdy wykonywał z poświęceniem posługę duszpasterską w Zabrzu, polegającą na uwodzeniu dzieciatych mężatek ze swojej parafii.

    steinbock steinbock@gazeta.pl 2008-01-19 00:36:54 83.10.58.76

    astromaria: > Sorki, nie kumam, o jakiego pana pytasz? O tego, któremu nie wyszły czary 😉

    astromaria —> steinbock 2008-01-19 00:04:30 77.79.204.133

    Sorki, nie kumam, o jakiego pana pytasz?

    steinbock steinbock@gazeta.pl 2008-01-18 20:26:42 83.4.134.237

    Łaaał! Zrobiło się jeszcze ciekawiej :DDDDD A czy można sobie gdzieś poczytać o tym panu? P.S. Podziwiam Cię, Astromario. Po ogniu zdarzyło mi się chodzić, po lodzie – nie odważyłabym się 🙂

    Obywatel 2008-01-18 09:29:24 195.69.80.11 212.191.172.6

    Witmy ojca Mirosława, dawno tu ojca nie było. 🙂 🙂 🙂 Szatan żyje, proszę ojca, ja mam na to dowody. 🙂 MUHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHA!!!!!!!!! Har-Mageddon nadchodzi!!! 🙂 🙂 Strzeżcie się jedzenia jabłek! Mniach, Heil Eris. Lepiej niech ojciec uważa na siebie, bo my tu mamy coś znacznie potężniejszego od magii bożka Jahwe. Oj, lepiej niech sie ojciec pilnuje. :p 😛

    astromaria 2008-01-17 23:50:39 77.79.204.133

    Czarny magu, o. Mirosławie, twoje czary są kiepściejsze, niż te, które magowie babilońscy zaprezentowali Mojżeszowi. Po prostu powiem wprost: żałosne partactwo do dupy, a nie magia i klątwy. Włos z głowy mi nie spadł. Mieszkanie jest nietknięte, nie ma w nim śladów ani ognia, ani wody, a przeziębienie już mi przeszło. Ale jeśli dalej będziesz rzucał klątwy, to ostrzegam: ja jestem pod specjalną ochroną. Jedna osoba już kiedyś próbowała mnie zgładzić przy pomocy czarnej magii. I wiesz, gdzie ona teraz jest? Jeśli nie wiesz, poszukaj sobie wpisu pt. „BHP czarnego maga”. I strzeż się. A co do tego, co mogłam od ciebie otrzymać: wiem, że jesteś niewyżyty, ale nie jesteś jedyny, są od ciebie lepsi.

    Grażyna 2008-01-17 22:13:28 83.10.202.26

    Chodzenia po wodzie uczy inny Lech (z nad morza) 😀

    adis155 adis155@wp.eu 2008-01-17 19:58:38 80.55.202.52

    Dzięki za tekst, Astromario. Pozdrawiam. PS. Czyżby Wielki Powrót?

    o. M. 2008-01-17 18:41:20 83.16.34.50

    Astromarii ogień się nie ima? Pożyjemy, zobaczymy! Kobieto, żałuj, że nie skorzystałaś z mojej propozycji. Teraz już tylko możesz zapomnieć o tym czego tak bardzo chciałaś! A wierz mi, że masz czego żałować, bo nikt nigdy Ci tego nie dał, co mogłaś ode mnie otrzymać!

    astromaria 2008-01-15 21:02:09 77.79.204.133

    Po wodzie nie umiem, ale za to po lodzie chodzę jak złoto (a moja koleżanka ma minę, jakby zaraz miała dostać ataku serca) :))))

    steinbock steinbock@gazeta.pl 2008-01-15 15:56:10 83.10.83.199

    No to zostało Ci już tylko chodzenie po wodzie 😉 Pozdrawiam serdecznie.

  2. Ha! Mnie tez sié kiedys udalo zgiác lyzeczké. Wykorzystalam sposób podany w filmie „Matrix”. Byl tam chlopiec, który tlumaczyl to Neowi. Wyjasnial mu, ze ma sié poczuc jednosciá z lyzeczká i ze to on sié wygina a nie lyzeczka.
    Dokladnie nie pamiétam ale tak sié jakos na tym skupilam i mi wyszlo 😀

  3. @ mova11: zdjęcia pewnie nie masz? I łyżeczki również? Takie rzeczy należy uwieczniać, żeby mieć dowód, że to prawda, a nie bajki.

  4. Bardzo ciekawa opowieść, kiedyś poznałam człowieka, też po psychologii, który mówił, że takie kursy prowadzi, i że każdy się może tego nauczyć..

    Generalnie pokazuje to, że ludzkie możliwości są nieskończone, trzeba tylko w nie uwierzyć

    Czego wam i sobie życzę 🙂

  5. Ja nauczyłem się zginać łyżeczkę na kursie huny. Choć to była całkiem inna metoda niż ta co została opisana wyżej. Polegała na wykorzystaniu energii(mana). Nie wiem czy film czy foto to dowód dla niedowiarków? Ludzie powiedzą że to fotomontaż albo co gorsza jakieś siły demoniczne. Ludzie mają swoje poglądy które z rzeczywistością nie wiele mają wspólnego. Wiara to nie wiedza ale ludzie tego wcale nie rozumieją. Szkoda

  6. „Siły demoniczne” 😀

    Jeszcze by na Ciebie nasłali egzorcystę hehe ;]

  7. Racjonalista nie uwierzy, nawet jeśli zobaczy, a katolik powie, że to szatańska sztuczka. Tym czasem to zwykłe prawa natury, tyle tylko, że nieznane nauce. Zawsze pękam ze śmiechu, kiedy oglądam na Discovery próby „racjonalnego” wyjaśnienia „oszustw” szamanów i joginów. Wyjaśnienia są tak głupie, że nawet autystyczny Jasio po całej serii szczepionek z rtęcią by się uśmiał, ale dla nich to „nałka” i rzecz święta.

Proszę się nie awanturować z powodu moderacji - patrz: strona "Komentowanie bloga" (na górze). Wolną dyskusję prowadzimy w Hyde Parku, a o zdrowiu w Zdrowotnym Hyde Parku.

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s