Moja praca zaliczeniowa z psychologii, która wywołała straszliwy skandal w mojej uczelni

WSTĘP, CZYLI KILKA SŁÓW WYJAŚNIENIA
Rozpaczliwie szukając w moich przepastnych zbiorach pewnego dzieła Wilhelma Reicha użyłam programu Desktop i znalazłam, ale nie to, czego szukałam…

Zamiast Reicha wykopałam swoją zapomnianą nieco pracę semestralną z psychologii (z połowy lat 90-tych), stanowiącą kolejny dowód na to, że nie szanuję żadnych autorytetów ani świętości. Moje dzieło tym różni się od prac pozostałych studentów, że nie ograniczyłam się w nim do grzecznego, bezmyślnego i pełnego nabożnego szacunku omówienia (czytaj: streszczenia) klasycznej książki Erica Berna „W co grają ludzie”, lecz ją po prostu ostro „zjechałam”.

Mój wykładowca, którego bardzo lubiłam i szanowałam, po zapoznaniu się z treścią mojego dzieła przybladł nieco, po czym orzekł, że chociaż absolutnie nie może się zgodzić z moimi wnioskami, jednak musi wyrazić swój podziw oraz szacunek dla odwagi i niekonwencjonalnego podejścia do tematu.

Inni nie byli tak litościwi. Jedna z moich koleżanek orzekła, że chyba musiałam mieć wyjątkowo ciężkie dzieciństwo i szkołę pod górkę, przez co zupełnie pokręciło mi się w głowie.

Dziś, po dziesięciu latach, i po przeczytaniu kilku kolejnych książek Alice Miller, widzę, że jednak miałam rację.

Być może dziś napisałabym to trochę inaczej, ale obawiam się, że znacznie ostrzej i bardziej bezkompromisowo (widać z wiekiem nie łagodnieję, lecz wręcz przeciwnie). Głęboko wierzę, że historia przyzna mi kiedyś rację.

Najmocniej przepraszam osoby nie znające książki Erica Berne’a ani zasad jego analizy transakcyjnej. Nie cytowałam wszystkiego, z czym polemizuję, ponieważ tekst był przeznaczony dla profesjonalistów. Dla nie znających tematu ten tekst będzie pewnie nie do końca zrozumiały. Ale właśnie sprawdziłam w księgarniach internetowych – książka jest, została wydana w 2007 roku przez PWN, więc zainteresowani mogą ją nabyć. W omówieniu znalazłam taką oto informację: „Obecne, piąte wydanie pracy, zawiera zmiany w terminologii i ujęciu tematu, oparte na głębszych przemyśleniach autora, dalszych lekturach oraz nowym materiale klinicznym”. Nie wiem, jak bardzo nowa wersja różni się od starej, ale możliwe, że dość znacznie. Ja dysponowałam wydaniem sprzed kilkunastu lat.

A oto moje dzieło w oryginale, bez żadnych skrótów i przeróbek:

Motto:
Co się stało z cudownym początkiem, gdy wszyscy sami byliśmy poezją? Jak to możliwe, że wrażliwe elfy stają się mordercami, narkomanami, przestępcami, zboczeńcami, okrutnymi dyktatorami, moralnie zdegenerowanymi politykami? W jaki sposób stali się „chodzącą krzywdą”? Widzimy ich wokół siebie: smutnych, przerażonych, wątpiących, zmartwionych, przygnębionych, pełnych niewyrażonej tęsknoty. Z pewnością utrata wrodzonego potencjału jest największą tragedią, jaka może nas wszystkich spotkać. [John Bradshaw]

Przeczytałam książkę „W co grają ludzie?” Erica Berne’a, mając nadzieję, że (zgodnie ze słowami naszej szanownej wykładowczyni) będę śmiać się serdecznie z tego, w co gram ja i moje otoczenie. „Procedury i rytuały” rzeczywiście mnie rozbawiły, zwłaszcza, że ich nie lubię i unikam. Jednak rozdział poświęcony „Grom” nieco mnie zaniepokoił. Gry są rzeczywiście świetnie opisane i znakomicie demaskują pewne patologie życia codziennego. Zgrozą przejmuje mnie myśl, że niektóre z tych gier doczekały się już prawnego uznania, jak np. „Drewniana noga” czy „Ubóstwo”, a „Dłużnik” stał się „grą narodową” w większości zamożnych państw świata.

Kiedy szukałam pracy, próbowałam skorzystać z pomocy Biura Pośrednictwa Pracy, ale ku mojemu zdumieniu szybko się zorientowałam, że komuś, kto naprawdę chce pracować, nie mają tam nic do zaoferowania. Urzędniczka ograniczała się wyłącznie do przekładania moich papierów z pudełka do pudełka i „odfajkowywania” na liście mojej comiesięcznej obecności.

Z ostrą formą gry w Drewnianą nogę w wersji Niepoczytalność również zetknęłam się bezpośrednio, kiedy pewna osoba z mojej rodziny, z rozpoznaniem psychozy maniakalno-depresyjnej zaczęła korzystać ze wszystkich należnych jej przywilejów, łamiąc prawo i normy obowiązujące w społeczeństwie. Bardzo dobrze zdawała sobie sprawę ze swej nietykalności, bo wielokrotnie, całkiem trzeźwo i logicznie, o tym mówiła. Kiedy policja zaczęła jej deptać po piętach, schroniła się w ramionach swego psychiatry, do spotkania z którym wcześniej nie można jej było namówić. Policji powiedziano: „Czego się można spodziewać po osobie niepoczytalnej?” I na tym się sprawa zakończyła, choć niewiele brakowało, by wszystkie konsekwencje materialne poniosła rodzina, no bo przecież ktoś musi za to wszystko zapłacić. I w końcu ktoś za to płaci, ale nigdy nie ten, kto zawinił. Tak oto gra doczekała się prawnego usankcjonowania, a my jesteśmy bardzo dumni ze swego humanitaryzmu. Szkoda tylko, że w naszym społeczeństwie niepoczytalni mają więcej praw, niż zwykli obywatele.

Gra w Sąd (w prawdziwej prawnej wersji) ewoluuje na naszych oczach. Kiedyś sąd służył do wymierzania sprawiedliwości – każdy, kto czuł się skrzywdzony mógł tam dopominać się o swe prawa. Dziś można wyróżnić wersję gry w Prawnika, która polega na tym, że nie ten ma rację kto ma rację, tylko ten, kto ma lepszego adwokata. Korzystają na tym mafiozi, śmiejąc się w nos całemu społeczeństwu, najgorzej na tym wychodzą ich ofiary, które nie dość, że nie mają szansy uzyskania satysfakcji, to jeszcze często w sali sądowej padają ofiarą przestępstwa prawnego (dotyczy to zwłaszcza ofiar gwałtu).

Inną usankcjonowaną grą jest zabawa w wyciąganie funduszy na rozmaite badania medyczne, różne leki itp. podczas gdy od dawna znane są sposoby unikania wielu chorób. Na świecie żyje mnóstwo ludzi, którzy, uznani przez medycynę za przypadki nieuleczalne, sami przejęli sprawy w swe ręce i uwolnili się od raka, cukrzycy, alergii, nadciśnienia i innych chorób. Tę grę można by nazwać „Należy nam się”, oczywiście za darmo, cudowna pigułka. Łykasz raz i spokój. Możesz jeść tłuste kiełbasy i torty, tarzać się w każdej rozpuście, a cudowna pigułka da ci zdrowie szybko, łatwo i przyjemnie.

Eric Berne był bardzo dobrym obserwatorem, lecz (być może jest to znak naszych czasów) popełnił ten sam błąd, co współczesna medycyna. Skoncentrował się na objawach, nie próbując nawet dociekać przyczyn patologii. Nie można leczyć choroby, nie znając jej przyczyny; usunięcie objawów przypomina zmiatanie śmieci pod dywan. Dlatego analiza transakcyjna, podobnie jak psychoanaliza, nie przynosi spodziewanych efektów terapeutycznych. Oto, co pisze na ten temat John Bradshaw: Chociaż przez wiele lat posługiwałem się analizą transakcyjną jako główną metodą terapeutyczną, podczas pracy nigdy nie koncentrowałem się na poszczególnych etapach rozwojowych dziecka wewnętrznego, dzięki którym może się ono przystosowywać i przetrwać. Teraz jestem przekonany, że brak szczegółowego opracowania etapów rozwojowych jest słabą stroną terapii stosujących analizę transakcyjną.

Nie dość, że toksyczni rodzice wywołują w dziecku stałe poczucie winy, które kładzie się cieniem na całym jego późniejszym dorosłym życiu, to jakby tego było mało, terapeuta, u którego pacjent szuka pomocy, mówi mu: „Jesteś brzydkim chłopcem i powinieneś się wstydzić, popatrz w co ty grasz”. Nie chciałabym mieć takiego terapeuty.

Alice Miller: Problemów nie można rozwiązać za pomocą słów, lecz tylko przez doświadczenie, i to nie wyłącznie doświadczenie neutralizujące, lecz przez ożywienie wczesnego lęku (smutku, gniewu).

W tej pracy postaram się zanalizować niektóre, wybrane gry, pod kątem ich „toksycznego” rodowodu. Berne przyznaje, że gier uczymy się od rodziców, ale niektóre jego wnioski są niepokojące, szczególnie kuriozalne wydaje mi się nazywanie depresji lub uczucia poniżenia „korzyścią” z gry, nawet jeśli miałoby to przywrócić rodzinną homeostazę.

Spróbuję udowodnić, że gry wcale nie dają prawdziwej radości ani satysfakcji. Są one wynikiem pewnych wyuczonych, a właściwie wymuszonych reakcji naszych skrzywdzonych „wewnętrznych dzieci”. John Bradshaw: Metoda Kurtza – zwana terapią hakomi – odnosi się bezpośrednio do materiału rdzenia (ang. core material). To rdzeń określa, jak zorganizowane jest nasze wewnętrzne doświadczenie. Złożony z najwcześniejszych odczuć, przekonań i wspomnień, ukształtował się w odpowiedzi na naciski okresu naszego dzieciństwa. Jest nielogiczny i prymitywny, bo tylko w ten sposób magiczne, bezbronne, potrzebujące i pozbawione ograniczeń dziecko mogło wypracować strategię przetrwania.

Po ukształtowaniu materiał rdzenia staje się filtrem dla wszelkich nowych doświadczeń. To wyjaśnia, dlaczego niektórzy ludzie nieodmiennie wybierają ten sam typ niszczących związków; dlaczego dla niektórych życie jest pasmem powtarzających się nieszczęść i krzywd oraz dlaczego tak niewielu z nas nie potrafi się uczyć na własnych błędach.

Ową skłonność do powtarzania przeszłości Freud nazwał „przymusem powtarzania”. Znana współczesna terapeutka Alice Miller nazywa to „logiką absurdu”.

Ktoś, kto był wychowywany przez totalitarnego rodzica był jako dziecko bez szans na obronę. Mógł tylko kulić się w sobie i próbować stworzyć mechanizmy obronne, które pomogą mu przetrwać. Te mechanizmy w późniejszym życiu stają się kajdanami, które przeszkadzają rozwinąć pełnię człowieczeństwa. Taki człowiek nie ma w sobie wzorca zdrowego Dorosłego, a co gorsze – nosi w sobie wzorzec Rodzica, ukształtowany na wzór swego własnego ojca czy matki. I ten właśnie model dochodzi do głosu w sytuacjach stresowych – teraz on jest ojcem i on wreszcie ma władzę. Sposób reagowania zależy od tego, jaki typ charakteru zdołaliśmy wykształcić w dzieciństwie. Pomocą w diagnozowaniu może być teoria charakterów Wilhelma Reicha.

Susan Forward pisze: Nasi rodzice sieją w nas mentalne i emocjonalne ziarna – ziarna, które rosną wraz z nami. W niektórych rodzinach są to ziarna miłości, szacunku i wolności. Niestety, w wielu innych są to ziarna strachu, obowiązku czy winy.

(…) Kiedy dorastałeś, zasiane ziarna rozrosły się w niewidoczne chwasty, które zaatakowały twoje życie tak dalece, że nie potrafisz sobie tego nawet wyobrazić. Ich pędy mogły zaszkodzić twoim uczuciowym związkom, karierze, życiu rodzinnemu; to one z pewnością zdusiły w tobie pewność siebie i poczucie własnej wartości.

A oto przegląd „Gier”:

GDYBY NIE TY
Przyznaję, że pani White rzeczywiście nie umie radzić sobie ze swym neurotycznym lękiem i despotyczny mąż prawidłowo wypełnia swą rolę; rzeczywiście, po to został wybrany przez panią White na męża. Ale dalsze wnioski są moim zdaniem błędne.

Tak czy owak, życie małżeńskie nauczyło ją jednego: że wszyscy mężczyźni są podli i despotyczni. Jak się potem okazało, postawa ta była związana z jej dawniejszymi fantazjami, w których widziała siebie jako ofiarę seksualnej agresji mężczyzny (…)

Korzyść psychologiczną wewnętrzną z gry stanowi jej bezpośredni wpływ na ekonomię psychiczną (libido) (…) zaspokajając zarazem potrzeby masochistyczne, jeśli takie istnieją. Terminu masochizm używamy tu nie w znaczeniu rezygnacji z własnych dążeń, lecz w jego klasycznym sensie podniecenia seksualnego w sytuacjach deprywacji, upokorzenia lub bólu.

No proszę, jaka ta pani White zepsuta! Nie dość, że gra w wygodną dla siebie grę GNT, ma brzydkie fantazje, a do tego jeszcze przejawia skłonność do dewiacji seksualnych. A jakie ma z tego korzyści? Że unika przeżywania lęków neurotycznych – zgoda, ale trudno mi uwierzyć, że ktokolwiek o zdrowych zmysłach może sprawiać sobie przyjemność fantazjami o brutalnym i upokarzającym seksie. Tylko męski szowinista może przypuszczać, że kobiety o niczym innym nie marzą, jak tylko o tym, by je gwałcono, bito i upokarzano, bo to sprawia im przyjemność.

Jest tylko jedno wytłumaczenie tej sytuacji – jest to przymus powtarzania bolesnych sytuacji z dzieciństwa. Gdybyśmy mogli zapytać panią White o jej stosunki z rodzicami, na pewno powiedziałaby nam, że jej ojciec był despotą, którego śmiertelnie się bała i że została przez niego wykorzystana seksualnie jako mała dziewczynka. Nawet Freud nie mógł uwierzyć w to, co od wieków działo się w „szczęśliwych i wzorowych” rodzinach, traktując opowieści swych pacjentek o kazirodztwie jako ich seksualne fantazje wynikające z kompleksu Elektry. Dziś jednak ten temat przestał być tabu, mówi się o tym coraz głośniej i coraz więcej na ten temat wiemy. Tego, że wszyscy mężczyźni to despotyczni dranie pani White nauczyła się w rodzinnym domu, a życie małżeńskie tylko ją w tym utwierdziło.

Harvey Jackins tak napisał: Osoba owładnięta dawnymi cierpieniami mówi nieskładnie, działa nieskutecznie, nie umie poradzić sobie z trudną sytuacją oraz doświadcza potwornych cierpień, nie mających nic wspólnego z chwilą obecną.

Inne stwierdzenie Berne’a również zjeżyło mi włosy na głowie: Gry wywodzą się z dzieciństwa, czy też dziecięcych prototypów, warto więc doszukiwać się tych wczesnych pokrewieństw przy dokonywaniu formalnego opisu. Małe dzieci grają w GNT nie rzadziej niż dorośli, a jej dziecięca odmiana tym tylko się różni od dorosłej, że zamiast zakazującego męża występuje w niej prawdziwy rodzic.

No i mamy wyjaśnienie, to dzieci są winne, bo grają w gry, w których … są ofiarami! Jak można w ogóle coś takiego wymyślić, o jakiej grze dziecięcej tu może być mowa? Oddajmy głos Susan Forward, zajmującej się terapią ofiar przemocy w rodzinie: Rodzic, którego zachowania nie można przewidzieć jawi się dziecku jako przerażający bóg.

(…)

Dziecko jest zdane na łaskę i niełaskę swych boskich rodziców i tak jak starożytni Grecy nigdy nie wie, kiedy uderzy następny piorun. Niestety, dziecko toksycznych rodziców zdaje sobie sprawę, że piorun wcześniej czy później uderzy. Ten strach jest głęboko zakorzeniony i rośnie wraz z dzieckiem. W sercu dorosłego człowieka, który był kiedyś źle traktowany, a teraz jest nawet człowiekiem sukcesu, żyje małe dziecko, które czuje się bezsilne i przestraszone.

Nigdy nie uwierzę, że człowiek o zdrowych zmysłach może zadawać sobie cierpienie i czerpać z tego przyjemność lub satysfakcję. Wchodzenie w niezdrowe układy partnerskie, narażanie się na ból i upokorzenia świadczy o toksycznej spuściźnie dzieciństwa i wymaga terapii.

Berne zdaje się być głęboko przekonany, że w dzieciach tkwi wrodzone zło, które nie tępione wyrasta jak chwasty, a do rodziców należy czujne obserwowanie, czy aby jest ono pod kontrolą. Najlepiej oczywiście, by wszyscy rodzice byli specjalistami od gier. To właśnie dzieci inicjują gry, sprytnie wciągając w nie nieświadomych rodziców. Przykład z bolącym brzuszkiem ma być na to najlepszym dowodem: Ten przykład pokazuje całkiem jasno, że małe dzieci rozmyślnie inicjują gry. Kiedy jednak staną się utrwalonymi wzorcami bodźców i reakcji, ich pochodzenie zatrze się w mrokach czasu, a ich ukryta natura zniknie w oparach społecznych. (…) Doświadczenia kliniczne ujawniły, że gry są z natury naśladowcze i że pierwotnie ustanawiane są przez Dorosły (neopsychiczny) aspekt osobowości dziecięcej. Skoro stan ego Dziecka może zostać ożywiony u dorosłego gracza, jego talent psychologiczny jest wprost uderzający, a zdolność manipulowania ludźmi godna pozazdroszczenia. Dlatego ów dorosły aspekt stanu ego Dziecka nazywa się potocznie „Profesorem” (psychiatrii). (…) Z tych to powodów w formalnej analizie gry znajduje się zawsze próba opisu jej dziecięcego prototypu.

I już znamy całą prawdę: znów się okazało, że wszystkiemu winne są dzieci. Po prostu paskudni, mali Profesorowie! Dorośli dają sobą manipulować, są za mało przebiegli, by rozgryźć te cyniczne gierki i pozwalają, by się one utrwaliły. Naprawdę, biedni ci dorośli.

Mówiąc poważnie, cały ten wywód jest dokładnie postawiony na głowie. Mike poczuł się po prostu zazdrosny o to, że okazano względy jego bratu, a jemu nie. On też chciał być ważny. To całkiem niewinna manifestacja naturalnej potrzeby zwrócenia na siebie uwagi i nic więcej. Wyciąganie z tego generalnych wniosków na temat genezy gier (zwłaszcza w ich najbardziej toksycznym wymiarze) jest nieporozumieniem. W oparach społecznych zginie raczej pamięć o rodzicielskich nadużyciach; nazywa się to wyparciem. Dziecko idealizuje swych rodziców, bo od nich zależy jego istnienie. Prędzej uwierzy we własną podłość niż przyzna, że rodzic zachował się niegodnie. Zastanawiam się również nad tym, czy można mówić o Dorosłym stanie ego u trzyletniego dziecka.

SPRYT
Zastanówmy się teraz, czy gra w Spryt może dać graczowi rzeczywiste zadowolenie. Czy ryzyko odrzucenia przez otoczenie lub wytoczenia procesu o odszkodowanie za poczynione straty warte jest korzyści wynikających z samego tylko bałaganienia i uzyskania przebaczenia?

Ten fragment zaczerpnęłam z książki „Ciało zna odpowiedź” Martina Siemsa, a dotyczy on teorii charakterów Wilhelma Reicha. Jest to opis charakteru masochistycznego:

Podstawowym uczuciem masochisty jest brak wolności. O jego życiu decyduje żona, matka, dzieci, jego praca, wszystko co możliwe, tylko nie on: „Zawsze spotyka mnie coś złego”, „Nie jestem nic wart” oraz „Nie jestem wolny”. Życie jest dla niego drogą krzyżową, niesie więc swój krzyż z pokorą, lecz nie jest to prawdziwa pokora, gdyż pod nią aż kipi od gniewu. Gniew ten jednak należy ukrywać i nie wolno wyrażać go wprost. Utrwalił się on biernie jako jedno wielkie „nie” w ciele. Pod cierpieniem wyczuwa się dumę. Dumę z tego, że można wszystko wytrzymać.

(…)

Gdy spotkasz masochistę, poznasz go po narastającej w tobie irytacji. W jakiś sposób uda mu się ciebie rozzłościć i w dodatku będziesz się wstydził swojego gniewu. Przecież taki miły, a przy tym cierpiący człowiek nie powinien budzić gniewu. Być może niechcący nadepnie ci na nogę, jękniesz z bólu, a on zacznie się uniżenie i płaczliwie usprawiedliwiać. Próbując wytrzeć twój but niechcący wybrudzi ci palto. Jeżeli teraz wybuchniesz – utwierdzisz go w jego podstawowym uczuciu, że życie jest padołem płaczu.

Jak zrodziła się taka postawa? Masochiście okazywano miłość tylko wtedy, gdy był grzeczny i posłuszny. Najczęściej był manipulowany i besztany, i to wcale nie przez autorytarną, lecz przez serdeczną, tyle, że nadopiekuńczą matkę, która nie pozwalała dziecku na swobodę i wyrażanie własnej woli. Jednak (…) masochista nie mógł się zbuntować – jego lęk przed odrzuceniem przez matkę był zbyt wielki. Dlatego zdławił w sobie agresję i chęć rebelii. (…)

Musi się on nauczyć wyrażać gniew, bawić się, poruszać i podejmować decyzje. (…) Zreformowany masochista może mieć ogromne poczucie humoru. Kto tak wiele wycierpiał, by wreszcie zrozumieć, że to wszystko było stworzoną przez niego samego grą, ten ma się z czego śmiać.

Tak więc naciśnięcie guzika z napisem „antyteza gry w Spryt” wcale tak szybko z White’a nie zrobi Dorosłego.

KOPNIJ MNIE
W tę grę również grają masochiści:

Jeżeli ludzie z otoczenia gracza powstrzymują się przed zadaniem mu ciosu (…), jego zachowanie staje się coraz bardziej prowokacyjne, dopóki nie przekroczy granic i nie zmusi ich do wypełnienia zobowiązania. Ten typ reprezentują mężczyźni odtrącani, porzucani i zwalniani z pracy.

Odtrącenie, porzucenie i wyrzucenie z pracy jako nagroda? Takie stawianie sprawy pachnie cynizmem. Znam tragiczną ofiarę tej „gry”. Moja koleżanka Ania (dziś ma 41 lat), jako dziecko była katowana przez ojca furiata i pomiatana przez matkę pozbawioną ludzkich uczuć. Kiedy Ania była jeszcze w szkole podstawowej, matka, aby ukarać ją za nieposłuszeństwo (sprzeciw wobec wychowania religijnego), wezwała karetkę psychiatryczną i kazała, związaną w kaftan bezpieczeństwa, zawieźć do szpitala psychiatrycznego. Wyciągnęła ją stamtąd, po długich staraniach, matka jej przyjaciółki, bo rodziców jej los przestał interesować. Teraz Ania chodzi po świecie z napisem na czole „nie rób mi krzywdy”. Wygląda jak mniszka, cały czas przeprasza, że żyje i aby usprawiedliwić swoją obecność na tej ziemi pracuje, prawie za darmo, pomagając bezdomnym i chorym. Kiedy wracała wieczorem do domu, została napadnięta i zgwałcona. Taką otrzymała wypłatę w tej grze – można to nazwać korzyścią, jeśli ktoś tak chce.

ALKOHOLIK
W najważniejszej roli występuje Alkoholik (on) – pan White. Główną rolą wspomagającą jest rola Oskarżyciela, którą najczęściej gra osoba odmiennej płci, zazwyczaj partner w małżeństwie”. (…) Dziś wydaje się, że wypłata w Alkoholiku (…) pochodzi ze strony, na którą większość badaczy zwraca najmniej uwagi. (…) Procedurą prowadzącą do rzeczywistego momentu kulminacyjnego jest kac.

I znowu wypłatą, czyli nagrodą jest cierpienie. I znów spytam, czy normalny człowiek może czerpać radość z bólu i ciągłego słuchania oskarżeń? Czytamy dalej:

Pewien pacjent, ilekroć odwiedzał swego psychiatrę po alkoholowej bibie, obrzucał sam siebie najgorszymi obelgami. (…) Transakcyjnym celem picia, oprócz przyjemności, jaką sprawia ono pijącemu, jest stworzenie sytuacji, w której Dziecko może być poważnie złajane nie tylko przez wewnętrznego rodzica, lecz także przez wszystkie osoby z otoczenia, spełniające funkcję rodzica.

Korzyści: (…) „Alkoholik” jako gra – samooskarżenie. (…) Egzystencjalna: „Każdy chce mnie skrzywdzić”.

Przymus powtarzania upokarzających przeżyć z dzieciństwa każe alkoholikowi narażać się na obelgi, a nawet lżyć siebie samego.

Nie zamierzam bronić alkoholików, ani podtrzymywać ich w zamiarze picia. Alkoholik jest koszmarem dla swej rodziny, a zwłaszcza dla dzieci, może być niebezpieczny dla otoczenia i dla siebie samego i dlatego powinien się leczyć. Z praktyki wiemy, że tego nie zrobi, dopóki „nie wypije tyle, ile jest mu przeznaczone”, jak twierdzą w klubach AA. Winę za ten stan rzeczy ponoszą bliscy alkoholika, gdyż grają w tę grę z wielkim zaangażowaniem, nie pozwalając mu ponieść konsekwencji własnego postępowania i ukrywając jego picie przed światem.

O przyczynach alkoholizmu napisano bardzo dużo, a pogląd na tę chorobę zmienił się zasadniczo. Cezary E. Urbański we wstępie do książki Johna Bradshawa „Powrót do swego wewnętrznego domu” pisze tak: Jest to choroba utraty kontaktu ze swą własną tożsamością, uczuciami, choroba egocentryzmu, bezsilności i strachu. Spowodowana krzywdami doznanymi w dzieciństwie i chorym myśleniem, które można zmienić.

John Bradshaw, znający problem z własnego doświadczenia, pisze: Skrzywdzone dziecko wewnętrzne jest główną przyczyną nałogów i zachowań kompulsywnych. Już będąc nastolatkiem stałem się alkoholikiem. Mój ojciec, także alkoholik, porzucił mnie fizycznie i emocjonalnie, gdy byłem jeszcze dzieckiem. Czułem, że nie zasługuję na to, by poświęcał mi swój czas. Ponieważ ojciec był nieobecny, gdy kształtowały się moje zachowania, nie czułem się z nim związany i nigdy nie doświadczyłem, co znaczy być kochanym i cenionym przez mężczyznę. Dlatego naprawdę nigdy nie kochałem siebie jako mężczyzny. (…) Począwszy od piętnastego roku życia, aż do trzydziestki nałogowo piłem i brałem narkotyki. 11 grudnia 1965 roku wypiłem swój ostatni kieliszek. Pozbyłem się także nałogu zażywania środków odurzających, niemniej nadal zachowywałem się jak nałogowiec. Nałogowo paliłem, pracowałem i jadłem.

(…)

Pracowałem 25 lat z alkoholikami i narkomanami, w tym 15 lat z młodocianymi przestępcami-narkomanami. (…) Odkryłem, że czynnikiem łączącym te wszystkie przypadki było ich skrzywdzone dziecko wewnętrzne. Jest ono nieustannym źródłem wszelkich nałogów i zachowań kompulsywnych. Gdy przestałem pić alkohol, zacząłem zmieniać sobie nastrój w inny sposób. Pracowałem, jadłem i nałogowo paliłem, by zaspokoić potrzeby skrzywdzonego dziecka wewnętrznego.

(…)

Oprócz tego istnieje wiele innych sposobów zmian nastroju. Chciałbym się skoncentrować na następujących nałogach: aktywności, poznawania, odczuwania oraz posiadania rzeczy.

· Nałóg aktywności obejmuje pracę, robienie zakupów, seks oraz rytuały religijne. (…)
· Nałóg poznawania jest skutecznym sposobem na unikanie uczuć. (…)
· Uczucia także mogą być nałogiem. Sam byłem przez wiele lat gniewoholikiem. Pod wściekłością krył się mój ból i wstyd. Kiedy się wściekałem, czułem się silny i potężny, a nie bezbronny i bezsilny.

TERAZ CIĘ MAM, TY SUKINSYNU
Już miałam nadzieję, że tym razem oberwie się matce White’a, ale nie; znów winny był White, bo wypracował tę grę w dzieciństwie. Tu właściwie nic złego się nie stało – hydraulik zawinił i słusznie oberwał. Może to być forma gniewoholizmu – patrz wyżej.

Postawę taką nazywa się odreagowywaniem na otoczeniu; czasem przyjmuje ona bardziej destrukcyjne formy niż w tym przypadku. Bardzo wielu ludzi wybiera sobie zawód, pozwalający im odreagowywać na otoczeniu doznane w dzieciństwie krzywdy. W książce Johna Bradshawa jest opisany przypadek Maggie, córki brutalnego alkoholika, który bił jej matkę:
Kiedy zgłosiła się do mnie na terapię miała za sobą dwa nieudane małżeństwa z brutalnymi mężczyznami i wiele innych, upokarzających związków. Kim była z zawodu? Adwokatką, specjalizującą się w sprawach o stosowanie przemocy wobec kobiet!

Podejrzewam, że matka White’a grała z nim w „tym razem cię przyłapałam”, co dawało jej okazję by pałać świętym oburzeniem. Kiedyś sądzono, że dzieci mają wrodzoną skłonność do grzechu i że rodzice muszą być niezmiernie czujni, by im nie popuścić. Będzie o tym jeszcze mowa w dalszej części mojej pracy.

PATRZ, CO PRZEZ CIEBIE ZROBIŁEM
To ulubiona gra mojej teściowej. To prawda, że dzieci uczą się jej w domu; jest ona bardzo rozpowszechniona, zarówno w formie łagodnej, jak i bardzo toksycznej. Ponieważ jej celem jest wywołanie poczucia winy i wstydu, jej źródeł należy się doszukiwać w wychowaniu bazującym na kontrolowaniu dzieci przy pomocy poczucia winy. Jest bardzo zaraźliwa.

KOZI RÓG
Jest to bardzo niebezpieczna gra, mogąca doprowadzić do schizofrenii, szczególnie, gdy matka gra w nią z dzieckiem. Znam pewne stare małżeństwo, w którym żona wywołała schizofrenię u swego męża właśnie w ten sposób. Nie jestem pewna, czy dobrze zrozumiałam, ale chyba znów winą za schizofrenię Berne obarcza dziecko. Jest to najwyższa forma patologii rodzinnej, dla której nie ma usprawiedliwienia. Bez względu na to, jakich urazów w przeszłości doznała matka, nie można usprawiedliwić jej postępowania. Leczenie schizofrenii powinno chyba raczej dotyczyć rodziny (rodziców) pacjenta, a nie jego samego.

UDRĘCZONA
Jest to nieszczęsna ofiara perfekcjonizmu w wychowaniu, którego źródeł również należy szukać w przeszłości, ale nie w taki sposób, jak czyni to Berne. Jeśli rodzice wymagają od swego dziecka doskonałości i nigdy nie są zadowoleni, dziecko się stara jak może, lecz nie jest w stanie ich usatysfakcjonować. Wtedy opuszcza ręce i rezygnuje. Susan Forward nazywa to „Zasadą trzech P: Perfekcjonizm, Przekładanie na potem i Paraliż”: Ojczym Paula wpoił mu potrzebę bycia doskonałym – Perfekcjonizm. Strach Paula, że nie zdoła zrobić czegoś perfekcyjnie doprowadzał go do odkładania roboty – Przekładanie na potem. Niestety, im więcej prac Paul odkładał, tym bardziej go one przygniatały, a jego rosnące jak lawina lęki ostatecznie nie pozwalały mu w ogóle zabrać się do pracy – Paraliż.

Nic więc dziwnego, że pani White trafiła do szpitala, zamiast poddać się psychoterapii i odpuścić sobie.

PATRZ, JAK BARDZO SIĘ STARAŁEM
Tu Berne słusznie stwierdza: Rodzice powinni dociec dwóch rzeczy: które z nich nauczyło dziecko tej gry i w jaki sposób utrwalają ją u niego.

Tym razem winni są dorośli. Można się domyślać, że jednak sprawa nie jest aż tak prosta. Prawdziwa przyczyna ginie w mrokach rodzinnej niepamięci. Tak czy inaczej mamy tu do czynienia z wywoływaniem poczucia winy i unikaniem odpowiedzialności za swe postępowanie. Jest to toksyczna i zaraźliwa gra, wymagająca terapii.

KOCHANIE
I tu znów Berne stawia sprawę na głowie: Poślubiła go, ponieważ wiedziała, że będzie jej w ten sposób służył – eksponował jej braki, oszczędzając jej tego kłopotliwego obowiązku. Rodzice przyzwyczaili ją do tego, gdy była dzieckiem.

Nie sądzę, by eksponowanie własnych braków było czyimkolwiek obowiązkiem, ani żeby właściwą rzeczą było posługiwanie się do tego celu partnerem. Jeśli to według Berne’a jest nagrodą, to coś tu nie gra.

Przyczyna jest ta sama, co w grze GNT, tyle, że (najprawdopodobniej) z despotyczną matką i bez wykorzystania seksualnego. Ale i tak kamień spadł mi z serca, że grę zainicjowała matka, a nie dziecko.

ALEŻ TO OKROPNE
Jest to druga ulubiona gra mojej teściowej, która jest najszczęśliwsza wtedy, gdy coś sobie złamie. Ma wtedy temat do niekończących się opowieści o tym, jak to przywieźli ją do szpitala, a wtedy do izby przyjęć zbiegli się wszyscy lekarze z wszystkich oddziałów, wszystkie pielęgniarki i praktykujący studenci. Ordynator czule gładził ją po głowie, pielęgniarki płakały, kilku lekarzy z troską oglądało jej nogę, nie mogąc wyjść z podziwu, jakie to nadzwyczajne złamanie, a jeden stażysta to nawet zemdlał z wrażenia. Potem, gdy już leżała w sali po operacji, trzy pielęgniarki stale siedziały przy jej łóżku czule głaszcząc ją po rączce i po główce, karmiąc ją, całując i opowiadając bajki.

Wilhelm Reich nazywa to charakterem oralnym (cytat z książki „Ciało zna odpowiedź” M. Siemsa):

Osoba o charakterze oralnym natychmiast wywołuje współczucie i chęć niesienia pomocy. (…) Jego tematem jest pożywienie w najszerszym tego słowa znaczeniu, a więc wszystko, co jest związane z zaspokajaniem potrzeb i otrzymywaniem. Pierwotnym uczuciem jest: „Nie dam sobie rady” oraz „I tak nie dostanę tego, czego potrzebuję”. Dramat oralny pojawia się jako drugi, tuż po dramacie schizoidalnym. Niemowlę leży w łóżku i płacze; potrzebuje czegoś, lecz nikt nie nadchodzi, (…) nie otrzymuje tego, co jest mu potrzebne. Płacze bardzo długo, lecz w końcu rezygnuje. Tak powstaje podstawowy system przekonań, który osoba oralna niesie w sobie przez całe życie: „Świat jest miejscem, w którym nigdy nie dostaje się tego, co jest niezbędne”.

(…)

Tak więc typ oralny tworzy osobowość, która skłania ludzi do okazywania pomocy. Zrezygnował z samodzielnego dokonania czegokolwiek i teraz wspiera się na innych lub nawet narzuca się im. Jego głównym tematem jest zaspokajanie potrzeb, jego świat jest zdeterminowany przez pytanie, gdzie i w jaki sposób może zaspokoić swe potrzeby. Zawsze będzie szukał kogoś, kto mu pomoże, kto będzie gotów wysłuchać go i pocieszyć.

Ten głód dotyczy uczuć, więc może się zdarzyć, że człowiek będzie szukał ich zaspokojenia w taki chory sposób – pod skalpelem chirurga, mając (nieuzasadnioną) nadzieję, że ten nie ma nic innego do roboty, jak tylko rozczulać się nad pacjentem, którego kroi.

WADA
Jest to najbardziej karygodna i prymitywna manifestacja zupełnego braku poczucia własnej wartości. Nie dość, że rodzice nie zadbali o wykształcenie w dziecku tej cechy, to jeszcze na pewno sami pogardliwie wyrażali się o innych, mając nadzieję, że poniżając innych wywyższą siebie. Jest to złudna nadzieja – nie tędy droga. Można współczuć, ale współżyć z kimś takim się nie da.

Alice Miller tak o tym pisze: Pogarda dla mniejszego i słabszego jest najlepszą obroną przed ujawnieniem własnego poczucia niemocy, jest przejawem odciętej słabości. Ten, kto jest naprawdę silny, zna swoje poczucie słabości i nie musi demonstrować mocy przez upokarzanie innych.

GRY SEKSUALNE
Prześledźmy takie elementy analizy gier, jak: Cel: podstępna zemsta. Korzyści: Wewnętrzna psychologiczna – wyrażenie nienawiści i projekcja poczucia winy.

Czy jakakolwiek zdrowa psychicznie i duchowo kobieta może szukać podstępnej zemsty na przypadkowo spotkanym na przyjęciu mężczyźnie i czerpać z tego przyjemność? Czy „wyrażenie nienawiści i projekcja poczucia winy” mogą stanowić rzeczywistą korzyść?

W jednym z telewizyjnych programów „Na każdy temat” wystąpiły ofiary kazirodztwa – trzy kobiety, napastowane seksualnie w dzieciństwie przez swych ojców lub braci. Żadna z nich nie potrafiła stworzyć udanego związku z mężczyzną, ich życie małżeńskie było koszmarem. Jedna z nich, zgwałcona jako siedmioletnia dziewczynka przez swego przyrodniego, nastoletniego brata opowiadała, że w marzeniach widziała torturowanych mężczyzn, że bardzo lubiła grać w „nóż”, bo wyobrażała sobie przy tym, że ostrze wbija się w ciało znienawidzonego faceta, a nie w piasek. Wyszła za mąż tylko po to, by mieć dziecko, ale broń Boże nie syna, gdyż każdy mężczyzna jawił się jej jako zbrodniarz.

Nie są to wcale perwersje seksualne, wynikające z jakiegoś wrodzonego „zboczenia”, lecz tragiczne skutki nadużyć wobec dzieci.

JAK SIĘ STĄD WYDOSTAĆ
Lepsza znana i bezpieczna niewola, niż nieznana wolność. Wielu rodziców podkopuje w swych dzieciach wiarę we własne siły, ponieważ panicznie boją się ich odejścia. Nie znam się na więziennictwie, ale trudno mi uwierzyć, by więzień posuwał się do sabotowania możliwości wyjścia na wolność. Pacjentom psychiatrycznym (i niemieckim imigrantom) może się to zdarzyć, bo perspektywa samodzielnego radzenia sobie we wrogim i obcym świecie może być przerażająca dla kogoś, kto nie ma dość wiary we własne siły i możliwości. Tu przynajmniej mają dach nad głową, wikt i opierunek za darmo.

CIEPLARNIA
Zły psychoterapeuta może doprowadzić do uzależnienia się od terapii – często zdarza się to w psychoanalizie. Pacjent przestaje robić postępy, a zamiast tego zaczyna odczuwać przyjemność z ciągłego absorbowania świata swymi przeżyciami (patrz charakter oralny). Psychoterapia prowadzona przez niekompetentnego lub zaburzonego terapeutę może być okazją do różnych nadużyć. Zdarza się też, że pacjent, który nie zaznał w domu rodzinnym miłości i troski szuka zaspokojenia tych potrzeb właśnie u terapeuty lub guru, oczekując, że stanie się on jego zastępczym, dobrym rodzicem. Nie jest wtedy zdolny do właściwego ocenienia jego kompetencji ani umiejętności.

Alice Miller w „Dramacie…” tak o tym pisze: Każdy proces terapeutyczny, a szczególnie konfrontacja z wczesnymi urazami, wymaga kompetentnego i uczciwego towarzyszenia jej. Dysponując taką obroną pacjent może wykorzystać wszystkie możliwości, jakie stwarza mu dorosłe życie, podobnie jak swoje zdolności i siłę oraz cały uzdrawiający potencjał, aby przepracować swój żal nad poniesionymi stratami. Nie grozi mu wówczas, że utknie w stanie regresji i uzależni się od „mistrzów”, jak dzieje się to nie tylko w różnych sektach, ale również w niektórych, tak zwanych „ośrodkach terapeutycznych”, które wykształciły struktury typowe dla sekt.

Komuś, kto ma tendencję do zachowywania się jak bezradne i porzucone dziecko, grozi że znajdzie sobie ojca i opiekuna takiego, jak wielebny Jim Jones, założyciel Świątyni Ludu (The People’s Temple). Ciekawą rzeczą jest to, że był on wcześniej dyrektorem Komisji Praw Człowieka i laureatem nagrody im. Martina Luthera Kinga. O jego Świątyni pisano w prasie, że jest to raj na ziemi i najcudowniejsza wspólnota świata. David Boadella pisze: Kiedy Jim Jones osiągnął punkt zwrotny, hierarchia była gotowa do wykonania jego „białej nocy”, rewolucyjnego samobójstwa, które przedtem na próbę kilka razy rytualnie odegrano. Uzbrojeni strażnicy zajęli miejsca wokół pawilonu, by nikt nie próbował uciekać. Dr Schacht, wraz ze swoim wysoko cenionym zespołem medycznym, przyniósł kadź i zaczął mieszać winogronowy napój z cyjankali (…) Ludzie ustawili się w kolejce, by wyssać ostatni posiłek.

Gry, które teraz opiszę można chyba nazwać Antycieplarnia.

Przemocy w psychoterapii poświęcona jest książka Davida Boadelli „Toksyczni terapeuci, przemoc religijna, sekty”. Czym może grozić przystąpienie do grupy psychoterapeutycznej, bez uprzedniego sprawdzenia kompetencji i cech osobistych lidera, może świadczyć ten fragment, zatytułowany „Pogląd pewnego lidera grupy na gwałtowność”: Przemoc daje rezultaty… Wszystko dzieje się samoczynnie. Nigdy nikogo się do niczego nie zachęca. Ludzie przychodzą z nadzieją na przeżywanie gwałtowności i chcą tego. W każdym jest gwałtowność, praktycznie nie ma pod tym względem wyjątków. Boją się jej, ale i są zachwyceni. Sami to robią. Nigdy nikomu nie każe się walczyć – jeżeli, to trzeciego albo czwartego dnia, kiedy wszystko jest już zaakceptowane.

Jeżeli człowiek sobie w czymś popuści, to osiąga to, czego chce. Jeżeli popuści sobie w walce, to znaczy, że z tego najwięcej korzysta.. Jeżeli powalczy z pełnym oddaniem, to później jest już czysty.

…W trakcie najgwałtowniejszego incydentu, jaki się w mojej grupie wydarzył, człowiek doznał samadhi. Chciał zabić kogoś. O, on go zabijał, zabijał go, a grupa nie mogła go powstrzymać. Wyrwał się i dopadł tej osoby; powiesił ją na ścianie… i nikt go nie mógł powstrzymać. Walili go, kopali i nic go nie powstrzymało. I wtedy powiedziałem po prostu: „Przestań. Skieruj energię do środka”. I wtedy po prostu doznał samadhi.

W wielu grupach terapeutycznych mówi się o „zabiciu ego”, które przeszkadza swymi sztuczkami w osiągnięciu spojrzenia niewinnego dziecka. Jest to bardzo dobra rada dla osób o charakterze psychopatycznym, ale doświadczenie uczy, że psychopata nigdy nie wyrazi gotowości poddania się terapii. Zabijanie ego u osób o słabej osobowości może być bardzo niebezpieczne. Tak o tym mówi Osho: Dobrze jest mieć ego, ponieważ inaczej nie będziesz miał w życiu kręgosłupa. Każdy cię zmiażdży. Jeśli nie będziesz miał w życiu ego, pozostaniesz nieistnieniem, będziesz wykorzystywany, gnębiony, torturowany. Każdy człowiek, każdy Adolf Hitler stanie się twoim pasterzem, a ty będziesz owcą.

Są niestety rodzice, którym ego dziecka bardzo przeszkadza w rozwinięciu ich talentów pedagogicznych, więc stosują zasadę „przełamywania uporu”. Po tym zabiegu dziecko staje się uległe jak baranek i nie sprawia żadnych kłopotów wychowawczych. Nie stawia oporu również w dorosłym życiu, stając się łatwym łupem toksycznych terapeutów i partnerów życiowych.

GŁUPI
Pewna dobrze mi znana chora na cyklofrenię osoba zwykła mawiać: „Nie mów mi nic, ja już mam mózg zlasowany tymi lekami, więc i tak nic z tego nie zrozumiem”. Niektórzy wolą dać sobie zniszczyć mózg, niż podjąć ryzyko odpowiedzialnego życia. Agresywnie wypowiadane hasło Spróbuj tylko mi coś zrobić (w domyśle: nikt nie ma prawa niczego dobrego ani mądrego ode mnie oczekiwać, mam to prawnie zagwarantowane) zapewnia jej bezkarność. To forma gry w Drewnianą nogę. Uraz psychiczny musiał być bardzo wczesny i bardzo silny, ale nie podejmuję się tego interpretować. Sporo w tym wszystkim jest zwykłego cwaniactwa, bo inteligencji jej nie brakuje.

———-

Tyle na temat gier. Dużo bliższa mojemu sercu jest książka „Toksyczni rodzice”. Była to moja pierwsza lektura na temat dysfunkcyjnych rodzin, która w taki śmiały i bezpośredni sposób opisuje dramat, rozgrywający się w rodzinie. Książki które czytałam przedtem były bardzo naukowe, pełne wątpliwości, przypuszczeń i „nie do końca potwierdzonych” diagnoz. Potem znalazłam jeszcze „Dramat udanego dziecka” Alice Miller i wiele innych.

Słabością metody Berne’a jest nie tylko to, o czym już wspominałam, czyli brak właściwej diagnozy, ale wręcz straszne pomylenie pojęć. Berne przypisuje dziecięcemu zepsuciu zbyt wielką rolę. John Bradshaw tak o tym pisze: W większości przypadków fizycznego nękania, z jakimi się zetknąłem, brutalni rodzice wierzyli, iż dziecko rozmyślnie zachowywało się złośliwie. (…) Skłonność do zapuszczania się na zakazane tereny często uznawana była za przejaw perwersji charakterystycznej dla dzieci. Dowodzono, że jest ona skutkiem grzechu pierworodnego. Doktryna ta była głównym źródłem wielu okrutnych i represyjnych praktyk wychowawczych. Nie istnieją jednak żadne naukowe dowody przemawiające na korzyść poglądu, że dzieci są w jakikolwiek sposób naturalnie zdeprawowane.

Alice Miller w „Dramacie udanego dziecka” jako przykład takich praktyk podaje wychowanie, jakie odebrał młody Hermann Hesse. Jego rodzice i dziadkowie byli misjonarzami i mieli obsesję na punkcie „zepsucia”. Tak pisze Hesse w „Duszy dziecka”: Gdybym miał sprowadzić te wszystkie uczucia i ich pełną udręki walkę do jakiegoś podstawowego uczucia i nazwać je jednym jedynym słowem, nie znalazłbym innego, jak lęk. To był lęk, lęk i niepewność, które odczuwałem we wszystkich godzinach zaburzonego dziecięcego szczęścia: lęk przed karą, lęk przed własnym sumieniem, lęk przed porywami duszy, które odczuwałem, jako zakazane i przestępcze. Dalej autorka pisze: Dziennik matki Hessego i obszerna korespondencja rodziców z różnymi członkami rodziny, opublikowana w 1966 roku, pozwalają nam prześledzić pełną cierpienia drogę chłopca. (…) Często się zdarza, że zdolności dziecka (intensywność uczuć, głębia doznań, ciekawość, inteligencja i przytomność która zawiera w sobie również uzasadnioną krytykę) konfrontują rodziców z konfliktami, przed którymi chronią się przeróżnymi normami i przepisami. W takiej sytuacji przepisy muszą zostać ocalone kosztem rozwoju dziecka. Prowadzi to do jedynie pozornie paradoksalnej sytuacji, że również rodzice dumni ze swego utalentowanego dziecka, podziwiający je nawet, z powodu własnego cierpienia odrzucają, tłumią lub wręcz niszczą to, co w nim najlepsze, albowiem najbardziej autentyczne.

Do czego mogą się posunąć dla dobra dziecka „cnotliwi” rodzice świadczy następujący fragment: Maria Hesse, matka wybitnego poety i pisarza Hermanna Hesse opisuje w swych dziennikach, jak łamano jej wolę, kiedy miała cztery lata. Kiedy z kolei jej syn miał cztery lata, cierpiała szczególnie mocno z powodu jego przekory i zwalczała ją z różnym skutkiem. Mając 15 lat Hermann Hesse został oddany do zakładu dla umysłowo chorych i epileptyków, aby tam „wreszcie poradzono sobie z jego krnąbrnością”. (…) Rodzice postawili mu jasny warunek: tylko jeśli się „poprawi” będzie mógł opuścić zakład, tak więc chłopiec „poprawił się”. W późniejszym, poświęconym rodzicom wierszu widać wyparcie i idealizację; Hesse oskarża siebie za to, że przysporzył rodzicom tyle kłopotów „swoim charakterem”.

(…)

Mimo wielkiej popularności, jaką cieszyły się jego książki, ogromnych sukcesów i Nagrody Nobla, Hesse, będąc dojrzałym człowiekiem, cierpiał z powodu tragicznego stanu oddzielenia od swego prawdziwego Ja, który lekarze określają jako depresję.

Alice Miller pisze dalej: W większości wypadków cierpienie doznane w dzieciństwie zostaje emocjonalnie odcięte, tworząc ukryte źródło nowych, czasem bardzo subtelnych upokorzeń w następnym pokoleniu. Dysponujemy tu najprzeróżniejszymi mechanizmami obronnymi, takimi jak wyparcie (np. własnego cierpienia), racjonalizacja („moim obowiązkiem jest wychować dziecko”), przeniesienie („to nie ojciec, ale mój syn mnie zranił”), idealizacja („ojciec bił mnie tylko dla mojego dobra”) itd., a przede wszystkim mechanizmem przemiany biernego cierpienia w aktywne formy zachowania.

A we wstępie do „Dramatu…” mamy taki oto fragment: Doświadczenie uczy, że w walce zaburzeniami psychicznymi na dłuższą metę dysponujemy tylko jednym środkiem: jest nim proces odkrywania emocjonalnej prawdy o jedynej, niepowtarzalnej historii naszego dzieciństwa.

Zakończę moją pracę cytatem z Wilhelma Reicha: Kto jest wrogiem? Wrogiem jest sama zakaźna zgnilizna, bez względu na to, gdzie się znajduje, a nie jakaś szczególna grupa, państwo, naród, rasa czy klasa społeczna. Odwracano uwagę od trucizny we własnym obozie, a szukano jej wyłącznie w cudzym. Wrogiem jest przebiegłość toksycznego charakteru we wszystkich obozach, na prawo i lewo, w wysokich i niskich warstwach społecznych, w każdej szkole, rodzinie, grupie, klasie społecznej i narodzie na ziemi. Rozwiązaniem jest… bezwzględne, bezlitosne przekazanie do powszechnej wiadomości pełnej prawdy o zadżumieniu wokół i w domu… To twoje opanowanie w obliczu ukrytego zła samo jest złem, niczym więcej, jak wykrętem. Wrogiem jest twoja utajona sympatia do zabójcy Życia.

Na ten sam temat Alice Miller wypowiada się tak: Człowiek, który nauczył się uczciwie, nie okłamując się, postępować ze swymi uczuciami, nie potrzebuje stroić ich w ideologie, nie stanowi więc zagrożenia dla innych. Niezliczone formy które przyjmują zataczające coraz szersze kręgi nacjonalizmy, wyraźnie pokazują, że mamy do czynienia zawsze z tym samym obłędem, którego motywy wywodzą się z wypartych uczuć i wspomnień przywódców, i które nie mają nic wspólnego z racjonalnymi przyczynami. Nienawiść do życia i fascynacja zniszczeniem wspólne są wszystkim nacjonalistom. Mają oni jednolity, ponadnarodowy mundur, pochodzący z tego samego źródła: takiej samej historii doznanych w dzieciństwie okrucieństw, których albo się w ogóle nie pamięta, albo bagatelizuje, a wiedza o nich do niedawna wypierana była przez społeczeństwo.

Cieszę się, że wiedza o „emocjonalnym zadżumieniu” staje się coraz powszechniejsza, choć wiele jeszcze czasu upłynie, nim wszyscy zdobędą się na uczciwość w kwestii własnej historii. Przykazanie „Czcij ojca swego i matkę swoją” nie pozwala wielu ludziom przyjrzeć się własnym rodzicom. Często się zdarza, że zamiast kary, spotyka tych ludzi nagroda, w postaci „należnego im szacunku” ze strony dzieci i wnuków. Zakłamanie sprawia, że toksyczność dalej infekuje kolejne pokolenia. Jest to spowodowane lękiem przed ogniem piekielnym – lepiej cierpieć tu, na ziemi, niż na tamtym świecie.

Bibliografia:
W co grają ludzie – Eric Berne
Toksyczni rodzice – Susan Forward
Dramat udanego dziecka – Alice Miller
Powrót do swego wewnętrznego domu – John Bradshaw
Toksyczni terapeuci, przemoc religijna, sekty – David Boadella
Ciało zna odpowiedź – Martin Siems
Psychologia ezoteryki – Osho

—–

PS. dopisany do tej pracy dziś: Oto kilka cytatów z prac Alice Miller, ilustrujących problem odwrócenia ról, czyli obciążenia psychologiczną winą dzieci, a nie rodziców, którzy dopuścili się różnego rodzaju nadużyć wobec własnego potomstwa. Dla mnie jest to niepojęte. Przecież dorośli wyrastają z dzieci, a nie odwrotnie, jakże więc dziecko może być demonem zła, a człowiek dorosły aniołem? Czyżby bicie i upokarzanie, zwane „procesem wychowawczym” prowadziło do takiej cudownej przemiany?

Ale oddaję już głos samej Alice Miller:

Ponad 100 lat temu, oskarżając dziecko a chroniąc rodziców, Zygmunt Freud poddał się, bez zastrzeżeń, dominującej postawie moralnej, przerzucając winę na dziecko i wybielając rodziców. Podobnie było z jego następcami. W moich trzech ostatnich książkach położyłam akcent na to, że chociaż psychoanaliza bardziej się otworzyła na fakty okrucieństwa i nadużyć seksualnych wobec dzieci, i że usiłuje ona zintegrować te dane w swoich teoretycznych opracowaniach, to próby te są nadal w olbrzymim stopniu hamowane przez Czwarte Przykazanie. I tak jak dawniej, rola rodziców w rozwijaniu się symptomatologii u dzieci nadal jest w sposób aktywny wyciszana i błędnie interpretowana. Nie mogę wiedzieć czy owo tzw. poszerzanie horyzontów naprawdę przemieniło większość terapeutów, ale na podstawie publikacji mam wrażenie, że jednak tradycyjna moralność wciąż ich ogranicza.

(…)

Już Zygmunt Freud, lecz jeszcze bardziej Melanie Klein, Otto Kernberg i ich następcy, podobnie jak Heinz Hartmann ze swoja psychologią Ego oderwanego od rzeczywistości, wszyscy oni obarczyli noworodka ciężarem tego, co dyktowało im ich własne wychowanie w duchu czarnej pedagogiki: przekonaniem, że dziecko jest z natury swej złe i „polimorficznie perwersyjne”.

(…)

W książce Evas Erwachen (2001), przedstawiłam swoją krytykę psychoanalizy wspierając się konkretnym przykładem. Pokazałam, że nawet Winnicott, którego bardzo poważam jako człowieka, nie mógł pomóc swemu koledze, analitykowi Harry´emu Guntrip´owi, gdyż nie był w stanie zobaczyć nienawiści matki wobec małego Harry´ego. Ten przykład pokazuje dobitnie ograniczenia psychoanalizy, które mnie w swoim czasie doprowadziły do odejścia z Towarzystwa Psychoanalitycznego i szukania mojej własnej drogi, co na zawsze mnie ustawiło w pozycji odrzuconej heretyczki. Nie ma nic przyjemnego w byciu odrzuconą i niezrozumianą, lecz z drugiej strony, pozycja heretyczki przyniosła mi wielkie korzyści.

Ta nowa wolność pozwoliła mi, między innymi, przestać chronić rodziców, którzy burzą przyszłość swoich dzieci. Pozwalając sobie na odczucie tego, przekroczyłam wielkie tabu. To „wykroczenie przeciw” jest objęte tabu nie tylko w psychoanalizie, lecz również w dzisiejszym społeczeństwie ciągle w takim samym stopniu jak niegdyś, co sprawia, że w żadnym wypadku nie wolno upatrywać źródła przemocy i gwałtu w rodzinie ani w instytucji „rodzicielskiej”.

(…)

Dostępnych jest wiele świadectw matek i ojców na forum „ourchildhood”, którzy szczerze i otwarcie dzielą się doświadczeniami, w jaki sposób to, co przeżyli w dzieciństwie, uniemożliwiało im dawanie miłości ich własnym dzieciom. Jeśli skorzystamy z tego źródła wiedzy i nauki, zrozumiemy, do czego prowadzi idealizacja rodziców i nic nas już nie skłoni do tego, by noworodka nazywać płaczącym potworem. Zamiast tego zaczniemy rozumieć jego świat wewnętrzny, brać pod uwagę samotność i niemoc maleńkiego dziecka, które wzrastało obok rodziców, odmawiających mu wspierającej i kochającej komunikacji.

Będziemy mogli zobaczyć wtedy w płaczu noworodka uzasadnioną i logiczną reakcję na okrutną postawę jego rodziców – najczęściej nieuświadomione, lecz prawdziwe i dające się skonstatować w faktach okrucieństwo, którego istnienia społeczeństwo nadal nie chce uznać. Nie przejawia się ono jedynie poprzez bicie (choć około 85% populacji świata zaznało bicia w dzieciństwie). Wyraża się również poprzez brak uwagi i komunikacji, przez ignorowanie dziecięcych potrzeb i psychicznych cierpień, poprzez pozbawione sensu i perwersyjne kary, poprzez nadużycia seksualne, wykorzystywanie bezinteresownej miłości dziecka, poprzez szantaż emocjonalny, zburzenie wiary w jego własne zdolności i poprzez rozliczne formy nadużywania władzy. Ta lista nie ma końca.

(…)

Jest powszechnie wiadomo, że kościołom i rządom zależy na hamowaniu rozwoju ludzkiego i utrzymywaniu jednostek w zależności od rodzicielskich postaw. Mniej natomiast wiadomo na temat ceny, jaką ludzkie ciało płaci za ten stan rzeczy. Dokąd moglibyśmy dojść gdybyśmy zechcieli obnażyć występki rodziców? I czym stałyby się ich postacie gdyby ich władza nie mogła być dłużej sprawowana?

Dlatego też rodzice jako instytucja cieszą się nadal totalną nietykalnością. Jeśli kiedykolwiek się to zmieni (co jest postulatem zawartym w mojej książce) będziemy w stanie poczuć, co nam uczyniło rodzicielskie maltretowanie. Wtedy lepiej zrozumiemy sygnały, jakie wysyła nam nasze ciało i będziemy mogli żyć w zgodzie z nim – nie jako kochane dzieci, którymi nigdy nie byliśmy i nigdy się nie staniemy, lecz jako otwarci, świadomi i być może kochający dorośli, którzy nie boją się już swojej własnej historii, gdyż poznali ją w całości.

—–

Gorąco polecam teksty Alice Miller (i o Alice Miller) ze strony Koniec milczenia, a szczególnie te dwa: rozdział IV z książki ZAKAZANA WIEDZA oraz recenzję Glivinetti’ego Panu Freudowi już dziękujemy.

18 myśli nt. „Moja praca zaliczeniowa z psychologii, która wywołała straszliwy skandal w mojej uczelni

  1. Teorie Hellingera też są kontrowersyjne, wiele ludzi podchodzi do guru całkowicie bezkrytycznie. Jest pionierem, ale czy pionier nie może się mylić?

  2. Eric Berne nie jest prekursorem. Jego metoda wywodzi się z freudowskiej teorii psychoanalizy, która zakłada, że to dzieci są złe, a rodzice dają się im manipulować (upraszczam nieco, ale gdy dokładniej się przyjrzeć temu, co głosił Freud na to właśnie wychodzi). Obecne metody psychoterapii odwracają problem: to dziecko jest ofiarą rodziców, którzy z kolei są ofiarami swoich rodziców, a nie odwrotnie. Czyli, jeśli chcemy uzdrowić człowieka, nie należy go wyśmiewać, pokazując mu w co gra, lecz odkryć, dlaczego on zaczął grać. A zaczął po to, żeby przetrwać w toksycznej rodzinie. Bez grania zginąłby. Gdy klient zostanie uzdrowiony, nie będzie czuł potrzeby grać w cokolwiek, bo będzie żył uczciwie i prawdziwie.

  3. Dziękuję Ci bardzo, Astromario, za ten wpis, za umieszczenie tu swojej pracy. To na pewno przypadek ;p, że trafiłam na ten tekst właśnie dzisiaj, w dniu kiedy zaczęłam staż w przedszkolu. Spotkałam się z postacią Alice Miller na studiach, ale niestety została ona potraktowana, jak teraz widzę, dość powierzchownie i marginalnie. Wiesz, zamiast do istoty, to przeklepywanie wyświechtanych formułek i cudzych zdań na temat jej pracy, poglądów, jak to niestety bywa na studiach (a chyba zwłaszcza na szacownych uniwersytetach z długoletnią tradycją i wysoką pozycją w rankingach).

    To niesamowite, jak to wszystko stoi na głowie. Od jakiegoś czasu w coraz większe zdziwienie i szok wprawia mnie sposób, w jaki dorośli, ‚dojrzali’ ludzie traktują i tresują…ups…wychowują dzieci. Przyglądam się też sobie i – mogłabym powtórzyć – z coraz większym zdziwieniem i szokiem zauważam, że ja także odruchowo zaczynam chwilami tak postępować… normalnie błędne, szaleńcze koło.

    Ale inną niezwykłą rzeczą jest to, jak bardzo zwiększająca się ogólnie świadomość człowieka, zmienia jego sposób patrzenia na tak różne sprawy. Kiedy stajemy się coraz bardziej świadomi, uważni dostrzegamy tak wiele rzeczy, które wcześniej też tam były, my patrzyliśmy w tamtą stronę, ale po prostu nie widzieliśmy ich.

    Uważam też, że generalnie rzecz biorąc lepiej jest pracować nad uważnością, świadomością w szerszym znaczeniu niż skupiać się na jakiejś jednej dziedzinie. Wtedy, gdy świadomość przychodzi – jest totalna, tzn. niejako z automatu ludzie stają się świadomi także we wszystkich aspektach życia. Tak jest moim zdaniem bardziej efektywnie, naturalnie i prosto (a także w pewnym sensie bezpieczniej). Jeśli odwołamy się do istoty, tego co najważniejsze w człowieku i dla człowieka, zamiast pokazywać mu: o patrz, ci panowie/panie okłamują cię na tej stronie ustawy, to – ponieważ istota przenika wszystko – będzie on potrafił bez wysiłku sam wyczytać kłamstwo między wierszami.

    A wracając do dzieci, rodziców. Kiedy próbowałam zareagować jakoś inaczej w momencie, kiedy dziecko traktowano okropnie, ale było to sankcjonowane społecznie, utarte zachowanie (aż cisną się na usta słowa: wyssane z mlekiem matki), napotykałam na…hmm…beton, mur czy coś w tym rodzaju, by było to nieprzyjemne zderzenie. I był to chyba mur psychiatryka, bo ludzie mieli wyraz twarzy, jakby chcieli się popukać w głowę w odpowiedzi na moje słowa, zachowanie. Zresztą tego doświadczyłam i doświadczam nie tylko w związku z tym tematem, obszarem🙂 Jak przeczytałam w pewnej książce:
    ” Trudno zachować zdrowego ducha w domu wariatów, którzy twierdzą, że to oni właśnie są zdrowi”
    Dobre, co? Ta książka to był romans, co świadczy dobitnie o tym, że dobrze jest czytać naprawdę różną literaturę i nie sądzić książki po okładce, tak jak nie oceniać ludzi powierzchownie.

    Jeszcze raz dziękuję za wpis i bibliografię. Myślałam właśnie ostatnio, żeby odświeżyć trochę wiedzę ze studiów, ale teraz dochodzę do wniosku, że to nie jest najlepszy pomysł, że lepiej wziąć kurs na coś innego🙂

    Pozdrawiam serdecznie,
    Baba Jaga (i proszę mną nie straszyć dzieci, bo to kultura zrobiła ze mnie złą kobietę :D)

  4. @ Baba.Jaga: my wszyscy rodzimy się zupełnie normalni. Mamy wrodzone doskonałe poczucie sprawiedliwości, dobra i sensu, ale zostajemy poddani „wychowaniu”, które oducza nas tego wszystkiego. Oduczają nas sprawiedliwości, logiki, samodzielnego myślenia, prawości… wszystkiego tego, co dobre i szlachetne. Na miejsce tego narzucają nam „wartości”: moralne, chrześcijańskie, racjonalistyczne… Jeśli nie chcemy się na to zgodzić nazywają to krnąbrnością, grzechem pierworodnym, młodzieńczym buntem, a nawet tworzą takie szkoły psychologiczne jak psychoanaliza czy analiza transakcyjna – wszystko po to, żeby nas jeszcze bardziej pognębić i odebrać nam prawo (w imię nauki czy religii) do bycia sobą i życia w prawdzie. Pamiętam z dzieciństwa ten bunt przeciwko zakłamywaniu rzeczywistości i niesprawiedliwości. Nie wiem, jak to się stało, że zachowałam tę pamięć, bo zwykle ludzie ją tracą i zastępują prawdami nabytymi w procesie wychowania. Może to dlatego, że mnie nie bito. To dawało mi odwagę, żeby sprzeciwiać się matce i „pyskować”.

    Kurczę, pamiętam też przerażenie mojego nauczyciela psychologii, który oceniał mają pracę. Podejrzewam, że gdzieś w głębi duszy zgadzał się ze mną, ale w końcu dostał magistra za to właśnie, że grzecznie przyswajał wiedzę zgodną z zalecanymi programami… biedny, nie wiedział, co ma z tym zrobić. Ocenił więc samodzielność i niekonwencjonalność i przymknął oko na niezgodność z „kanonem”.

    A Alice Miller jest super. Jej ostatnia książka mnie nie zachwyciła, ale wcześniejsze porządnie przeryły moje „dobre wychowanie” i dały mi poczucie wolności. Dzięki niej wiem, że to ja mam rację, a nie „stary doktor”, którego wszyscy traktują jak Boga.

    Mam nadzieję, że znasz ten tekst: http://radtrap.wordpress.com/2010/10/19/zygmund-freud-i-diaboliczne-zniewolenie/

  5. Nie, nie trafiłam na ten artykuł jak dotąd. Dzięki🙂 I chyba naprawdę muszę sobie trochę poczytać Alice Miller, żeby mieć mniej momentów zwątpienia, co do tego kto tu jest stuknięty🙂 Takie wątpliwości, zagubienie i niepewność czasem dają w kość… Jeszcze raz dzięki.

  6. O ja też polecam Alice Miller. Dzięki niej tak wiele zrozumiałam. Dzięki niej zaopiekowałam się „malutką Izunią” w środku mnie. Zrozumiałam ile krzywd mi wyrządzono, szczególnie matka – którą idealizowałam. Najwazniejsze jednak, że mam szansę przerwać ten przeklęty krąg. Że mam szansę być szczerą w relacjach z dziećmi. Pozwolić im być sobą. Gdy dziecko mówi mi – mamo jesteś niesprawiedliwa nie wpadam w święte oburzenie. Dokonuję analizy sytuacji – i gdy skarga dziecka jest zasadna przepraszam je. Mnie, jako dziecka, żadne z rodziców nie przeprosiło.

  7. Dziesiec lat temu przeczytalam jakies szesc ksiazek Alice Miller, wtedy to byly chyba wszystkie jej ksiazki.I utwierdzily mnie w przekonaniu, ze chyba nie jestem taka zla matka jak myslalam. Poniewaz mialam juz kompleksy bo inni stosowali sie do jakichs metod wychowawczych, a ja nie stosowalam zadnych. Wszyscy mowili , ze jestem zbyt tolerancyjna dla dzieci, a ja probowalam sie tylko wczuwac, co dzieci mysla i czuja, poniewaz ja jako dziecko czulam sie zawsze niezrozumiana. Po Alice Miller przeczytalam ksiazke od Arno Gruen „Wahnsinn der Normalitet” tzn. „Obsesja normalnosci”.To tez psycholgiczna ksiazka, ale juz z posmakiem spirytualizmu.I to bylo to czego potrzebowalam do pelniejszego poznania prawdy. Po latach przerabiania psychologii wiedzialam ,ze tej dziedzinie czegos brakuje, ze to jeszcze nie jest kompletna prawda. Dlatego zaczelam czytac o Buddyzmie.Przerobilam chyba wszystkie jego kierunki od Tao, Zen, Tantra itd, itp.I stwierdzilam , ze to jest psychologia na najwyzszym poziomie. Mozemy posiasc cala psychologie od A do Z,lecz relacje z drugim czlowiekiem uzdrowimy dopiero wtedy gdy uzdrowimy swoja Dusze.

  8. Witam, jestem mlodym ojcem i bardzo poruszyl mnie ten tekst a trafilem tu przypadkowo szukajac w necie czegos o grach Berne’a. Nie jestem psychologiem, chociaz w rodzinie jest jeden, ale wydaje mi sie ze duzo rozumiem. Generalnie jestem zaskoczony ze kiedys uwazano ze to dzieci krzywdza rodzicow, to jakas paranoja. Ciesze sie ze ludzie zaczynaja rozumiec ze to rodzice krzywdza swoje dzieci, chcialbym aby otwarcie mowilo sie o tym ze toksycznosc moze byc przekazywana z pokolenia na pokolenie, chcialbym aby uswiadamiano przyszlych rodzicow o tym aby nie popelniali bledow swoich rodzicow, aby byli krytyczni wobec ich metod wychowawchysz, aby wiedzieli ze tkwi w nich czastka swoich rodzicow i musza byc tego swiadomi. Jak to zrobic? Nie wiem…

    Smutny wnioek jest taki ze 99% spoleczenstwa jest jakos skrzywiona przez rodzicow i to ze ta negatywna energia nie uwalania sie gwaltownie jest wynikiem mechanizmow obronnych ktore wytowrzylismy w okresie dziecinstwa. Wszyscysmy obroslismy w mechanizmy obronne, czy Swiat szczerych uczuc jest jeszcze w ogole mozliwy – taki Swiat bez gier?

  9. Jak powiedział Gandhi: jeśli pragniesz zmiany, sam stań się zmianą. Jedna osoba nie zmieni świata, w każdym razie nie od razu, ale może zapoczątkować proces, który go zmieni.

    W szkole uczą nas, że Freud był największym psychologiem w świecie. Ja od razu go „znielubiłam” (moja matka miała książki Freuda, a moja siostra je podkradała i czytała mi co lepsze fragmenty). Wiele, wiele lat później (praktycznie niemal na starość) zrozumiałam, że tzw. „wielcy ludzie” to w rzeczywistości w większości potwory i degeneraci, którzy zamiast działać dla dobra ludzkości działali w interesie ciemnych sił. I tak nasz znajomy Freud należał do satanistycznej sekty, dlatego jego nauki poniżały ludzi, zamiast im pomagać stawać się lepszymi. Praktycznie zrobił z ludzi zwierzęta, o najniższych instynktach i zboczonych skłonnościach, podobnie jak powszechnie czczony Darwin, który zrobił z nas małpy, a nie boskie dzieci.

    Od razu spieszę donieść, że nie jestem chrześcijanką i że moja wiedza nie wywodzi się z kościelnych nauk. Pochodzę z rodziny agnostyków, nigdy nie chodziłam na religię i wszystko czego się dowiedziałam jest efektem samodzielnych studiów. Dziś wiem, że wszędzie jest jakaś cząstka wiedzy: część znają religie, inną część ateiści, a jeszcze inne części znajdują się w innych źródłach. Trzeba więc czytać wszystko, pozostawać otwartym na nieznane, ale w nic bezkrytycznie nie wierzyć. Wszystko trzeba samodzielnie przemyśleć, przetrawić i sprawdzić w praktyce.

    Gdyby wszyscy ludzie tak postępowali fałszywa nauka runęłaby jak domek z kart, a ludzie mogliby żyć w świecie szczerych uczuć, zamiast toksycznych gier.

  10. znalazlam to dzisiaj przypadkowo wiec zacytuje bo tutaj ten temat pasuje
    http://wyzsza-perspektywa.pl/
    teraz wiem dlaczego uciekam przed wlasna matka

    Wszyscy rodzice mają nadzieję i ta nadzieja niszczy ich dzieci. Musisz uwolnić się od swoich rodziców – podobnie jak dziecko pewnego dnia musi wyjść z łona matki. (…) Pewnego dnia dziecko musi uwolnić się od oczekiwań rodziców. Tylko wtedy staje się ono istotą niezależną. Staje na własnych nogach. Staje się naprawdę wolne. Jeżeli rodzice są czujni i wykazują zrozumienie, będą pomagać dziecku, by stało się wolne tak szybko, jak to jest możliwe. Tacy rodzice nie będą warunkowali dzieci w ten sposób, by społeczeństwo mogło je wykorzystywać, lecz pomogą dzieciom stać się osobami wypełnionymi miłością. Narodzi się wówczas zupełnie inny świat. (…) Chce wam powiedzieć, abyście kochali swoje dzieci. Nigdy jednak nie próbujcie za ich pośrednictwem realizować własnych nadziei. Kochajcie swoje dzieci tak bardzo, jak tylko możecie. Przekażcie im uczucie, że kochacie je bezwarunkowo, a nie z jakiegoś określonego powodu. Kochajcie mocno wasze dzieci i przekażcie im uczucie, że akceptujecie je takimi, jakimi są. One nie muszą spełniać żadnych określonych wymagań. Ta miłość ma być bezwarunkowa. Wtedy może powstać zupełnie nowy świat. Ludzie zaczną w naturalny sposób wykonywać rzeczy, które lubią. Będą podążać w kierunku zgodnym z ich wnętrzem. (…) Moi przyjaciele chrześcijanie powiedzieli mi, że podstawą chrześcijaństwa jest rodzina. Rodzina jest jednak także źródłem wszelkiego rodzaju nerwic, psychoz, chorób psychicznych oraz problemów społecznych. Stanowi również podstawę na której rozwija się współzawodnictwo, powstaje instytucja państwa, a w konsekwencji wybuchają wojny. Musimy zrozumieć że rodzina nie ma już przed sobą przyszłości. Wyczerpała się bowiem jej niezbędność i użyteczność. Nie tylko chrześcijanie, ale wszyscy zostaliśmy przekonany że rodzina wnosi istotny wkład do życia społecznego. W rzeczywistości jest jednak zupełnie inaczej. Będe dokonywał analizy tego zagadnienia krok po kroku, ponieważ rodzina stanowi jeden z najpoważniejszych problemów społecznych.

    Po pierwsze rodzina jest rodzajem więzienia, w którym kontroli zostają poddane dzieci oraz żona. Jest to zwarta grupa więźniów, którą paradoksalnie uważa się za świętość. (…) Każda rodzina programuje dzieci stosownie do swych ograniczonych poglądów. Jeżeli urodziłeś się (przykładowo) w rodzinie chrześcijańskiej, będziesz programowany w myśl chrześcijańskich koncepcji. Nie pojawią się w tobie podejrzenia, że chrześcijańskie uwarunkowania mogą być niewłaściwe, że mogą powstrzymywać twój rozwój. (…) Jestem przekonany, że dopóki istnieje rodzina, ten świat nie będzie wolny od wpływów religii, od podziałów państwowych ani od wojen. Rodzina bowiem stanowi podstawę tych wszystkich zjawisk. (…) Dziecko jest w ten sposób programowane od chwili narodzin. (…) Oczywiście chrześcijaństwo, jako największa na świecie religia, robi to najbardziej skutecznie, w przebiegły sposób. Używa się najnowocześniejszych technik programowania. Misjonarze chrześcijańscy studiują psychoanalizę i inne metody psychologiczne. (…) Wszystkie wojny mają swe źródło w rodzinie. W przeszłości w wielu krajach istniała tradycja, że z każdej rodziny przynajmniej jeden syn musiał pójść do armii, bronić swego narodu i strzec jego honoru. W Tybecie każda rodzina musiała oddać najstarszego syna do klasztoru. (…) Dzieci traktowane były jak towar, jak pieniądze, które składasz na ofiarę do klasztoru! Takie praktyki podzieliły świat na zwalczające się obozy religijne, polityczne, narodowe, rasowe. Wszystkie te podziały wynikają z programowania, które zaczyna się w rodzinie. To programowanie prowadzi do raniących doświadczeń, które przyjmują wymiar globalny. Rodzina zaszczepia w tobie ambicje, pragnienia, chęć osiągania sukcesów. Te aspiracje wywołują napięcie i lęk. Rodzina chce, abyś stał się kimś sławnym, kimś znanym w całym świecie, osobą najbogatszą, lub prezydentem kraju. (…) Rodzina jest źródłem wszelkich patologii. Podoba mi się wizja świata, w którym rodzina zostałaby zastąpiona przez wspólnotę. Jest to sytuacja zdrowsza pod względem psychicznym. We wspólnocie bowiem dzieci nie są własnością rodziców.

    Źródło: Fragment książki Osho – Księga mężczyzn.

    Bardzo wielu rodziców traktuje swoje dzieci dosłownie jak żywe przedmioty, robiąc im w ten sposób wielką psychologiczną krzywdę. Takie są fakty, to nie jest wcale fikcja ale chora codzienność, która jest tematem tabu. Zjawisko to występuje zarówno w rodzinach patologicznych, jak i takich które są nazwane tzw „dobrymi domami”. Narzucają im jak mają postępować, narzucają wizje i poglądy na temat życia, które uważają za jedyne słuszne. Zarówno rodzice, jak i system edukacji, czy religia traktuje dzieci jako środek do spełniania własnych ambicji, celów, nie licząc się zupełnie z ich zdaniem, dziecko jest zmuszone dostosować się do wymagań otoczenia i systemu społecznego, które tłamszą jego wrodzoną wolność. Gdy dziecko podrośnie, staje się takie samo jak ich rodzice: proces się wzmacnia bo to syn czy córka będzie miała później swoje dzieci, i wychowa je tak, jak zostało wychowane: w sposób nie mający nic wspólnego z prawdziwą miłością i troską. Rodzina jest zatem absolutnie podstawowym źródłem zła: podziałów, konfliktów oraz ślepej rywalizacji. Zadbajmy o zupełnie inne wzorce: kochajmy bezwarunkowo i pomagajmy dzieciom w pełni uniezależnić się i stać się naprawdę wolnymi, szczęśliwymi ludźmi, którzy zasiedlą ten świat i uczynią go wspaniałym miejscem do życia dla każdego bez wyjątku.

  11. Lubię Osho, ale tym razem grubo przesadził – czyżby pisał tę książkę po zatruciu talem w teksańskim więzieniu? To, co tu napisał brzmi zupełnie jak manifest NWO! Zlikwidujmy rodzinę, narody, religie, a na świecie zapanuje raj!

    Czyżby?

    Niestety, to jest kolejna skrajność i ekstrema! Ludzkość zawsze podąża jakąś ekstremalną ścieżką: od matriarchatu do patriarchatu, od szowinizmu narodowego do całkowitego zakazu kultywowania tożsamości narodowej (dziś tego właśnie doświadczamy!), od religii do ateizmu itp. itd.

    Nie tędy droga! W końcu musimy znaleźć złoty środek. Nie poprzez krwawą i brutalną rewolucję, lecz stopniową i pokojową ewolucję! Nie każda rodzina jest patologiczna, są rodziny pełne miłości i dające dzieciom wolność. Nawet gdyby to była prawda w 99%, to i tak nie znaczy to wcale, że rodzina jako taka jest patologią. Są dzieci, które potrafią zerwać z rodzinną patologią czy tradycją i odnaleźć siebie. W tym blogu jest mnóstwo gości, którzy przeszli taką ścieżkę ku wolności i wyzwolili się np. z tradycji religijnej (a ja z ateistycznej).

  12. Nigdy nie odbierałem Freuda tak ostro, chociaż faktycznie zrobił z nas zwierzęta kierowane jedynie popędem, ale przecież są i dzisiaj naukowcy, którzy twierdza, ze miłość to tylko wytwór natury mający na celu przytrzymanie przy sobie kobietę i mężczyznę na czas wychowania potomstwa, czyli co? Można i tak?

    A moze wszyscy powinnismy byc „psychologami” czyli posiadac jakas obiektywna wiedze o czlowieku i ludzkiej psychice, co nami kieruje i dlaczego jest tak a nie inaczej, wyobrazam sobie swiat na ktorym zyja sami tacy „psycholodzy”. Czy wtedy nie śmialiby sie oni komus w twarz, gdyby ten zaczal stosować wobec nich jakieś chwyty rodem z książek „Wywieranie wpływu, techniki manipulacji”. Cały marketing, PR legły by w gruzach, przedstawiciele handlowi zostaliby sprowadzeni do roli dostawcy towaru, a negocjacje i inne bzdury? Moze powinniśmy od tego zaczynać a nie od dodawania czy pisania?

    Czy świat takich „psychologów” byłby otwarty i zdystansowany, normalny, szczęśliwy? Jak psycholog rozmawiałby z psychologiem? Analizuje czy po prostu gada. Jak to jest, gdy wiem dlaczego to robisz? To może nie gadajmy w ogóle bo nic nie zmienisz, jesteś zaprogramowany i już. Jeżeli w ogóle geny determinują psychikę albo ta ma wpływ na geny to rekombinacja DNA potrwa zbyt długo aby zniwelować skutki błędów wychowawczych naszego PRARODZICA.

    wreszcie:

    Jak zapewnić dziecku szczęśliwe i beztroskie dzieciństwo, a jednocześnie nie dać mu wpaść pod samochód czy w ręce pedofila? Wyuczona bezradność, skłonność do ryzyka, gdzie jest zloty środek? Skąd czerpać cierpliwość niezbędną w wychowywaniu i nie iść na skróty, gdy dzisiejszy świat pędzi, bo przecież tyle jest do zrobienia. A może beztroskie dzieciństwo to mit, bo przecież katalog trosk zmienia się z pokolenia na pokolenie?

    A może odpuścić i totalny buddyzm, tu i teraz, nie oczekuj, nie wymagaj, pozwól żyć i umrzeć tak jak się chce, zapewnij wikt i opierunek, ale jednak jakieś ramy temu dziecku narzucić trzeba, ono musi przecież „jakieś” być. Jak sprawić, aby nie utraciło wrodzonego potencjału?

  13. Co to znaczy: trudnosc przebudzenia wg Uspienskiego, chodzi o jakies „ostateczne poznanie”?

  14. Dlugo sie zastanawialam, co spowodowalo ten pierwszy podzial w ludzkosci czyli ciagla walke plci miedzy ludzmi ?
    Czytalam na na Abudant Hope , ze stary testament sluzyl do robienia polityki i tzw. Zydzi nie maja zadnej religii.
    Podam pozniej link do tego artykulu, zeby mozna poczytac , jak powstal stary testament.

    Moje skojarzenie jest takie, ze wlasnie w tej diabelskiej ksiedze dokonano pierwszego podzialu i to nam na na „religii” wpojono, ze jakoby Jahwe stworzyl Adama z gliny, no i wiadomo co dalej.

    Zeby sie chlopu samemu nie nudzilo dorobil z jego zebra Ewe , ktora tak „zgrzeszyla”, ze wszystkie kobiety oprocz „grzechu pierworodnego” dla obu plci, musialy ten „grzech” juz jako kobiety przez tysiace lat odcierpiec i to szczegolnie przez bole porodowe.
    Oczywiscie zawsze juz musiala byc potulna dla swojego pana na cale zycie, bo „grzech” jako wine trzeba odpokutowac przez nastepne pokolenia kobiet wierna sluzba za darmo.

    I tu jest ten poczatek totalnej paranoi , bo jesli by tak napisac rownolegle stary testament na przyklad dla bydla rogatego, to mozna by zaczac tak : Jahwe stworzyl niebo i ziemie….. Pomyslal, ze cos brakuje na jego podobienstwo w hodowli bydla i stworzyl na poczatku z gliny byka.

    Tchnal w byka ducha i pomyslal, ze przydala by mu sie towarzyszka i wyjawszy spiacemu bykowi zebro wykombinowal z niego krowe ! Odtad mieli zgodnie pasc sie na lakach i produkowac cieleta. Krowa, jak to glupia krowa podleciala raz do kupki pachnacego ziolami siana na brzegu laki i zaryczala na byka, zeby przyszedl sie z nia posilic.

    Obojgu ziolowe sianko dla odmiany smakowalo ! Jahwe sie wkurwil, bo sianko bylo przeznaczone do spalenia i produkcji dymu, ktorym sie rozkoszowal.

    Wezwal byka i krowe na dywanik. Zezarli siano razem, ale krowa zaczela i trzeba bylo ja i nastepne pokolenia krow ukarac za niesubordynacje, bo byk byl stworzony jako pierwszy i to on powinien decydowac, co ma sie zrec.

    Chcieli jeszcze zmylic wkurwionego Jahwe i zeby nie rozpoznal, ktore z nich jest bykiem, a ktore krowa i zaslonili dupy lisciami.

    Jednak nieustepliwy „stworca” wywalil byka i krowe z rajskich lak i powiedzial, ze teraz o swoja trawe musza zatroszczyc sie sami ryjac i siejac w ziemi . Glupia krowa musiala szczegolnie sie napracowac i rodzic cieleta, bo byk sie byczyl jak mogl z zemsty za to, ze tez zezarl ziolowe siano zaproponowane przez krowe i przez to stracil bycze zycie na lace.

    Czasami cos tam poryl na lace, ale nigdy nie zapomnial krowie, ze przez nia wylecieli z laki. Jahwe zazyczyl tez sobie wyrownanie rachunkow za pozarte siano z ziolami w postaci zabijania i palenia cielat, bo zapach tego dymku szczegolnie go krecil ! Zeby mu tego dymu nie zabraklo zatrudnil nieco swoich fachowych dozorcow i rzeznikow do hodowli bydelka, zeby ciagle cos mu dymilo pod nosem…

    Byki i krowy zachecone zapaszkiem dymu ze spalonych cial tez rozsmakowaly sie w jedzeniu mieska i zaczely zabijac zwierzeta z innych hodowli.
    Specjalni hodowcy, dozorcy i rzeznicy nie wzruszali sie jekami i odglosami bolu zabijanego bydla i innych zwierzat, ale za to bardzo pokochali takie zielone papierki otrzymywane od Jahwe w nagrode za dobra rzeznicza prace i produkcje dymu.

    Koncze juz to fantazjowanie, bo jeszcze jakis zoolog w nie uwierzy.., bo skoro ludzie uwierzyli w podobne opowiesci o swoim „stworzeniu ” w kosciolach, to nic dziwnego, ze jest teraz, jak jest .

    Stworzenie wzajemnej wrogosci miedzy kobieta i mezczyzna zaburzylo rownowage yin-yang i musial powstac patriarchat do dalszego manipulowania i handlu ludzmi.

    Do tego byl potrzebny wzmocniony czynnik meski czyli agresji, kiedy to madrosc, lagodnosc i uczuciowosc kobieca zostala kompletnie stlamszona i kiedy to kobiety zostaly zdegradowane do niewolniczego zycia pod kierunkiem agresji meskiej „usprawiedliwionej grzechem Ewy” !

    Slowo „niewiasta” powstalo od niewiedzy.

    Kobiety, ktore otrzymaly w przekazie z czasow poganskich wiedze o naturalnym leczeniu byly przesladowane i niszczone jako „czarownice” i zreszta ta inkwizycja trwa nadal prowadzona przez te same sily, ktore doprowadzily tez do niszczenia Ziemi jako tez glownego yin. Dewastacja, zatrucie i nadmierna eksploatacja Ziemi, to tez najglebsze uderzanie w yin, bez ktorego nie moze powstawac nowe zycie. Zycie tez nie moze sie utrzymac bez wody – yin.

    Niszczenie naturalnego yang – promieni slonecznych, to chemtrails lacznie z zatruwaniem natury!

    Wybuchy bomb atomowych tez naruszyly powaznie rownowage energetyczna na Ziemi i tu chyba nikt nie ma watpliwosci, kto je wyprodukowal !

    Jeszcze niedawno bylam tymi faktami porazona, ale cale szczescie, ze ludzkosc sie budzi i juz blokuje szalencow i ich oblakanych pomocnikow !

  15. Odpowiem po kolei:

    (…) ale przecież są i dzisiaj naukowcy, którzy twierdza, ze miłość to tylko wytwór natury mający na celu przytrzymanie przy sobie kobietę i mężczyznę na czas wychowania potomstwa, czyli co? Można i tak?

    To zdanie sugeruje, że dzisiaj nauka się nie myli, a naukowcy głoszą samą prawdę. To jest oczywiście nieprawda, to tylko wybieg, którym nauka i naukowcy zabezpieczają swoje interesy. Stworzono kult „najnowszych badań” i „nowoczesnej nauki” i hipnotyzuje się tym owczarnię, żeby wierzyła, że najnowsze = najsłuszniejsze i najprawdziwsze. W rzeczywistości dzisiejsza nauka bazuje na wczorajszych osiągnięciach, tyle tylko, że nieco przystosowanych do mentalności i wiedzy współczesnego człowieka (np. sprytnie przemianowano wszystko, co ma związki z nazizmem i III Rzeszą lub komunizmem). My wiemy to (a raczej wierzymy w to), co nam powiedzą w szkole i na uczelni. Raczej nie mamy zwyczaju negować tego, co nam utytułowani uczeni mówią, bo przecież oni mają tytuły profesorskie, więc są mądrzejsi. Dlatego większość ludzi nie ma zielonego pojęcia o tym, że dzisiejsza genetyka to wczorajsza eugenika. Po wojnie odkręcono tabliczki z napisem „Katedra Eugeniki” i przykręcono nowe, z napisem „Katedra Genetyki”.

    Od czasów Darwina obowiązuje zakaz wierzenia w Boga, miłość i moralność. Zamiast tego musimy przyjąć system wartości wykreowanych przez ateistyczną naukę. A więc zamiast miłości mamy zwierzęce pożądanie lub zwierzęcy instynkt nakazujący opiekowanie się potomstwem. Małżeństwo to nie miłość i szacunek, lecz chemia – hormony, takie jak oksytocyna sprawiają, że czujemy przywiązanie i potrzebę czułości. A potomstwem zajmujemy się nie z powodu uczuć wyższych, lecz dlatego, że tak zaplanowała natura, bo samolubny gen po prostu chce przetrwać za każdą cenę. Tak więc nie jesteśmy ludźmi, lecz jedynie fizycznym opakowaniem dla owego genu, który pragnie się powielać. Zaprawdę, zaprawdę, jakże współczesna nauka jest naukowa!

    A moze wszyscy powinnismy byc „psychologami” czyli posiadac jakas obiektywna wiedze o czlowieku i ludzkiej psychice, co nami kieruje i dlaczego jest tak a nie inaczej, wyobrazam sobie swiat na ktorym zyja sami tacy „psycholodzy”. Czy wtedy nie śmialiby sie oni komus w twarz, gdyby ten zaczal stosować wobec nich jakieś chwyty rodem z książek „Wywieranie wpływu, techniki manipulacji”. Cały marketing, PR legły by w gruzach, przedstawiciele handlowi zostaliby sprowadzeni do roli dostawcy towaru, a negocjacje i inne bzdury? Moze powinniśmy od tego zaczynać a nie od dodawania czy pisania?

    Tak, to byłoby wyjściem, ale władza do tego nie dopuści. My mamy być tylko stadem tępych baranów, którymi władza manipuluje i steruje jak jej wygodnie, a nie świadomymi istotami. Władza ma pełną wiedzę o psychologii, co daje jej niesłychaną przewagę nad masami. Tej wiedzy nie posiadają nawet profesorowie psychologii ze zwykłych uczelni. Czy zwykły człowiek słyszał o Tavistock Institute? Obawiam się, że większość ludzi nigdy nie słyszała tej nazwy, a to właśnie tam (i nie tylko tam, bo takich ośrodków jest więcej, bardziej znany jest Stanford University) prowadzi się badania i eksperymenty nad ludzką psychiką. Dzięki wiedzy tam uzyskanej media mają taką niesamowitą władzę nad ludźmi! Korzystają z tego również korporacje, agencje reklamy i przemysł, między innymi spożywczy, który pomaga delikatnie ogłupiać masy dzięki stosowaniu przeróżnych „polepszaczy” dodawanych do napojów i żywności.

    Każdemu, kto chce się dowiedzieć, w jaki sposób manipuluje się ludźmi polecam popisy panów Derrena Browna i Keith’a Barry (są na YouTube). Takich tricków nie zna nawet policja – dla kogo więc przeznaczona jest ta wiedza?

    Każdy obywatel, we własnym, dobrze pojętym interesie, powinien skończyć kurs NLP, ale nie po to, żeby manipulować innymi, lecz po to, żeby poznać metody, jakimi inni manipulują nami. Kto zna te sztuczki, sam nabrać się nie da.

    Czy świat takich „psychologów” byłby otwarty i zdystansowany, normalny, szczęśliwy? Jak psycholog rozmawiałby z psychologiem? Analizuje czy po prostu gada. Jak to jest, gdy wiem dlaczego to robisz? To może nie gadajmy w ogóle bo nic nie zmienisz, jesteś zaprogramowany i już.

    Wszystko zależałoby od tego, czy dany człowiek jest szczery, czy przeciwnie, spragniony manipulacji. Manipulant oczywiście próbowałby swoich nieuczciwych sztuczek, ale jego rozmówca znając te metody mógłby od razu je rozpoznać i zastosować adekwatną linię obrony. To wytrąciłoby manipulantowi broń z ręki, ale oczywiście zawsze znajdą się tacy mistrzowie, którzy wyprowadzą w pole nawet zawodowego psychologa i policjanta (psychopaci!!!)

    Jeżeli w ogóle geny determinują psychikę albo ta ma wpływ na geny to rekombinacja DNA potrwa zbyt długo aby zniwelować skutki błędów wychowawczych naszego PRARODZICA.

    Jak dowiódł dr Bruce Lipton to nie geny rządzą nami, lecz my rządzimy genami. Oczywiście, wyjątkiem jest niewielki procent społeczeństwa z autentycznie i trwale uszkodzonymi genami. Nie jest prawdą, że jakiś gen determinuje raka piersi czy prostaty. Każdy, kto ma taki rzekomo wadliwy gen może uniknąć choroby, ponieważ, jak dowiódł Bruce Lipton duch góruje nad materią, a nie odwrotnie. Problemy psychiczne wywołane przez wychowanie dają się leczyć dzięki psychoterapii, a jeszcze lepiej dzięki duchowemu uzdrawianiu.

    Jak zapewnić dziecku szczęśliwe i beztroskie dzieciństwo, a jednocześnie nie dać mu wpaść pod samochód czy w ręce pedofila? Wyuczona bezradność, skłonność do ryzyka, gdzie jest zloty środek? Skąd czerpać cierpliwość niezbędną w wychowywaniu i nie iść na skróty, gdy dzisiejszy świat pędzi, bo przecież tyle jest do zrobienia. A może beztroskie dzieciństwo to mit, bo przecież katalog trosk zmienia się z pokolenia na pokolenie?

    Pisałam o tym, że ani lanie, ani bezstresowe wychowanie nie są receptą na sukces. Dziecko musi mieć zdrową dyscyplinę, bo bez niej traci poczucie bezpieczeństwa. A więc trzeba wyraźnie określić prawa i obowiązki, stosownie do wieku dziecka. Do ich respektowania nie jest potrzebne lanie ani inne kary fizyczne. Kiedy dziecko jest małe to rodzic musi pilnować, żeby nie zrobiło sobie krzywdy. Kiedy jest starsze trzeba z nim rozmawiać i wielokrotnie powtarzać, że nie wolno wybiegać na ulicę ani iść za nieznajomym, że nie wolno przyjmować prezentów, cukierków ani zaproszenia do domu nieznajomej osoby. Można mu powiedzieć, że to jest niebezpieczne, bo ludzie porywają dzieci.

    Świat pędzi i to jest nieprzypadkowe. Systemowi zależy, żeby rodzice nie mieli czasu dla dzieci żeby oddali je na wychowanie „profesjonalistom” w żłobkach, przedszkolach i szkołach. Oczywiście, nie wszyscy mogą sobie pozwolić na długi urlop wychowawczy, ale każdy rodzic powinien się zastanowić, co jest dla niego ważniejsze: kariera i kasa czy rozwój ich dzieci.

    A może odpuścić i totalny buddyzm, tu i teraz, nie oczekuj, nie wymagaj, pozwól żyć i umrzeć tak jak się chce, zapewnij wikt i opierunek, ale jednak jakieś ramy temu dziecku narzucić trzeba, ono musi przecież „jakieś” być. Jak sprawić, aby nie utraciło wrodzonego potencjału?

    Mniej wychowywać, a bardziej pielęgnować i wspierać wrodzony potencjał. Dzieci nie są po to, żeby spełniać ambicje rodziców, lecz po to, żeby realizować własne cele i talenty. Mój dziadek mawiał często: „nie ma trudnych dzieci, są tylko trudni rodzice”.

    Co to znaczy: trudnosc przebudzenia wg Uspienskiego, chodzi o jakies „ostateczne poznanie”?

    Chodzi o przebudzenie z iluzji, wyrwanie się z Matrixa. Zamiast pędzić przez życie, bo wszyscy tak robią, bo przecież trzeba mieć mieszkanie, samochód i plazmę trzeba się przebudzić i uczciwie odpowiedzieć sobie na pytanie „kim jestem” i „jaki jest cel mojego istnienia”. A kiedy człowiek zada sobie to pytanie, zaczyna rozumieć, że wszystko wokół jest oszustwem. Żyjemy w iluzji, dopóki się nie przebudzimy.

    W tym blogu sporo jest materiałów „przebudzających”, np. filmy wymienione z boku bloga (oj, trzeba uzupełnić ich listę).

  16. Chciałbym Cię poznać Astromario. Musisz być bardzo interesującą osobą i czuję że wniosłabyś bardzo dużo dobrego do mojego życia. Hmmm, czuję miłość. Dziękuję Ci🙂

  17. Nie wiem, czy powinnam zatwierdzić ten komentarz, bo jeszcze ktoś mógłby pomyśleć, że napisałam go sama😀

    Dzięki.

W tym blogu komentarze są równie ważne jak teksty na stronie głównej, dlatego bardzo proszę o trzymanie się tematu! Wolną dyskusję prowadzimy w Hyde Parku, a o zdrowiu w Zdrowotnym Hyde Parku. Jeśli Twój komentarz się nie ukazał przeczytaj zasady komentowania bloga (patrz strony na górze bloga). Komentarze nie na temat będę kasować, a awanturników banować!

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s