Kolejny misjonarz się znalazł

Nie wyznaję żadnej religii, ale przyznam się po cichu, że bardzo bliski mi jest buddyzm. Mam wręcz uczucie, że urodziłam się buddystką.

Od zawsze miałam wrażenie, że mnóstwo wiedzy przyniosłam już na ten świat i wcale nie musiałam się tego uczyć ani nigdzie mozolnie szukać. Nie potrzebowałam lektur, wykładów ani kursów, wystarczyło, że ktoś coś powiedział lub że natknęłam się „przypadkowo” na jakieś treści i to sprawiało, że moja świadomość spontanicznie odzyskiwała zakodowaną gdzieś w głębi duszy wiedzę.

Na przykład, kiedy po raz pierwszy poszłam na wykład nauczyciela buddyzmu wiedziałam właściwie wszystko, co on przekazywał i nic mnie nie zdumiewało ani nie bulwersowało. Byłam wręcz zdumiona i nieco zgorszona faktem, że dla niektórych osób ta wiedza była obca, a nawet odbierali ją z niechęcią (wiadomo – to nie nasza tradycja, a więc nieprawda i diabelstwo). Ja wręcz przeciwnie – czułam wielką radość, że mogę obcować z prawdą.

W buddyzmie szczególnie mi bliskie jest podejście do kwestii Boga, ponieważ dokładnie w taki sposób zawsze postrzegałam ten problem.

Może Bóg jest, a może go nie ma. Nikt z ludzi nie spotkał Boga ani z nim nie rozmawiał, a jeśli twierdzi, że to robił, to po prostu zwyczajnie kłamie. Mógł co najwyżej uciąć sobie miłą pogawędkę z własnym ego („ach, jakiż ja jestem cudowny, sam Bóg ze mną gada”), z astralną istotą lub – w nieco mniej przyjemnym przypadku – z zabłąkanym (dobrym lub złym) duchem.

Należy zadać sobie pytanie: jakie znaczenie dla mnie, w codziennym, praktycznym życiu, może mieć fakt istnienia lub nieistnienia Boga? Po co mam łamać sobie głowę nad jałowymi i do niczego nie prowadzącymi rozważaniami, skoro, nawet jeśli założymy, że Bóg istnieje, to i tak nie znajdziemy odpowiedzi na pytanie, skąd on się wziął? Czy został stworzony przez jakiegoś innego, jeszcze wyższego Boga, czy też może sam stworzył siebie (lol)? A jeśli jest jakiś nad-Bóg, to kto stworzył jego? I tak dalej… Nie ma takiego mądrego, który wie cokolwiek pewnego na ten temat, a więc wszystko co o tym możemy sądzić to wyłącznie kwestia wiary w słowa kapłanów.

Fakt niemożności znalezienia (a nawet nie szukania) odpowiedzi na podobne pytania wcale nie burzy i nigdy w życiu nie burzył mojego spokoju wewnętrznego ani poczucia szczęścia.

Jako osoba medytująca doszłam do tego, że nie odczuwam lęków, bólów egzystencjalnych ani stanu emocjonalnego niepokoju. Można powiedzieć, że jest to poczucie szczęścia. Nie euforii, którą niektórzy mylnie ze szczęściem utożsamiają (ile czasu da się wytrzymać i nie zwariować lub nie paść trupem od nieustającego uczucia euforii?), lecz stan spokoju i wewnętrznej harmonii. Uważam, że to naprawdę dużo. Doceniam to, gdy wracam myślą do dawnych czasów, kiedy żyłam w stanie wewnętrznego pomieszania, a co gorsze cierpiałam na przewlekłą depresję.

Osiągnęłam to wszystko bez religii, bez odwoływania się do pomocy Jezusa i bez płaszczenia się przed jakimkolwiek domagającym się uwielbienia i hołdów bóstwem. Owszem, nie wykluczam, że Bóg (nie Jehowa, lecz „Inteligentny Wszech-umysł” bądź „Doskonały Kreator”) istnieje i że miał z tym coś wspólnego. Bardzo możliwe, że mi po prostu pomógł, ponieważ wcześniej ustanowił takie, a nie inne duchowe prawa, które działają jak dobry program komputerowy. I w tym programie jest przewidziane, że ten, kto medytuje lub stosuje inną metodę duchowego uzdrawiania otrzymuje zdrowie i wewnętrzny spokój. To jest uważam podejście racjonalne i godne Europejczyka w XXI wieku.

To jest też celem każdego buddysty. Buddysta nie szuka cierpienia w nadziei, że zagwarantuje mu to szczęście po śmierci, lecz stara się osiągnąć stan szczęśliwości, czyli spokoju wewnętrznego, tu i teraz, a więc za życia. Taki stan spokoju i zdrowia psychicznego daje gwarancję, że możemy być pożyteczni dla całego świata i nieść pomoc innym, którzy tego stanu jeszcze nie osiągnęli. Człowiek spełniony nie wszczyna konfliktów, a tym bardziej wojen, lecz służy wsparciem i pomocą wszystkim czującym istotom. Mówiąc inaczej – jest pożyteczny dla całego świata.

Żyję więc spokojnie i mam nadzieję pożytecznie, ale dla niektórych moja harmonia wewnętrzna ani pokój panujący wokół mnie nie są jakąkolwiek wartością godną podziwu. Wręcz przeciwnie. Ludzie ci żyją w przekonaniu, że im gorzej dzieje się w czyimś życiu, im więcej w nim bólu i nieszczęść wszelakich, tym bardziej jest on drogi bogu, a nawet święty.

I z tego powodu zawsze znajdzie się jakiś misjonarz, pragnący mnie nawrócić na swoją, a jakże, lepszą od mojej, wiarę.

Wprawdzie wyraża podziw dla mojej erudycji, z pewnym niedowierzaniem konstatuje, że jestem kobietą wyzwoloną i nie czuję się ani trochę gorsza od mężczyzn (a niby czemu miałabym się tak czuć?), mile łechce moją kobiecą dumę sugerując, że na pewno mam udaną i zgodną rodzinę i niewątpliwie miły sposób bycia, ale…

„Tu na pewno nie skończyłaś tylko na lekturze. Pewnie były jakieś wykłady, specjalne programy, może jakieś praktyki pod okiem mentora czy animatora” – i staje się dla mnie jasne, o co chodzi. On już wie, że jestem taka, jaka jestem, bo tkwię w jakiejś sekcie, we władzy toksycznego guru.

Dalej wyznaje, że wprawdzie żonę ma „trudną”, dziecko chore i właśnie stracił pracę, a wiatr wieje mu w oczy, ale co tam, on wie, że Jezus go kocha, i co więcej, w przeciwieństwie do mnie ma niezbitą pewność gdzie pójdzie… po śmierci! A więc jest szczęściarzem i z całej duszy pragnie i mnie tym samym uszczęśliwić.

Kiedy pytam podobnego misjonarza, czy te spotykające go doczesne nieszczęścia są przejawem bożej miłości, najczęściej dowiaduję się, że Bóg tak go hartuje i że to dla jego dobra, a tak w ogóle to jemu to nie przeszkadza.

Na pytanie, a co z życiem tu i teraz odpowiada, że życie doczesne nie ma żadnej wartości. Ważne jest jedynie życie wieczne, w niebie, po prawicy samego pana Jezusa.

Mówię więc, że chętnie nauczę go techniki uzdrawiania, dzięki której jego żona zamieni się w istotę pełną słodyczy i miłości, czyli w ideał kobiety chrześcijańskiej i że tu i teraz, a nie po śmierci, znajdzie dobrą pracę. Ale jego to nie interesuje. On jest głęboko przejęty moim dobrem i pragnieniem, żebym i ja zakosztowała tej słodkiej nadziei, jaką daje wiara w obcowanie z Jezusem w niebie. Po śmierci oczywiście. Z tego powodu deklaruje, że zajmie się mną z należytą uwagą, bo będzie się za mnie modlił, w modlitwie powierzy mnie swojemu bogu, a on już będzie wiedział, co ze mną zrobić.

Odpowiadam więc, że jestem osobą dorosłą, w pełni poczytalną i że sama potrafię wybrać swoją duchową ścieżkę. Dodaję ku przestrodze, że odczynianie za moimi plecami dowolnych rytuałów bez mojej wiedzy i zgody pachnie mi czarną magią.

A on na to, że od razu widać, że przeżyłam w życiu jakąś potworną traumę, że ktoś mnie skrzywdził, zadał mi gwałt psychiczny narzucając mi siłą religię i skutkiem tego mam w sobie mnóstwo nienawiści do całego świata, a do Biblii i Kościoła w szczególności.

Ot, psycholog się znalazł.

Odpowiadam więc, że pochodzę z rodziny ateistycznej, nikt nie poddawał mnie żadnego rodzaju indoktrynacji, a Biblii to nawet w domu nie było.

Zaniepokojona nieco jego misjonarskimi zapędami piszę grzecznie:

„Ośmielę się asertywnie wyrazić swoją wolę: bardzo proszę, nie powierzaj mnie swojemu Jehowie. Nie módl się za mnie i nie próbuj robić ze mnie jego owieczki. Ja sobie tego po prostu zdecydowanie nie życzę i mam do tego prawo.

Nie zostanę jego wyznawczynią ani wielbicielką. Mam również przekonanie, że ani twoje, ani niczyje inne modlitwy w mojej intencji nie okażą się skuteczne.

Powiem bez ogródek – doceniam twoją troskę i niewątpliwie dobre intencje, ale ja ich nie potrzebuję.

JESTEM OSOBĄ DOROSŁĄ, ZDROWĄ NA UMYŚLE, DOSKONALE ŚWIADOMĄ TEGO, CO CZYNIĘ I JAK ŻYJĘ I SAMA W PEŁNI ODPOWIEDZIALNIE PODEJMUJĘ DECYZJE ZWIĄZANE Z WYBOREM MOJEJ DROGI DUCHOWEJ.

Proszę nie traktować mnie jakbym była zbłądzoną owieczką, osobą niepoczytalną, nieświadomą lub upośledzoną moralnie i duchowo.

Moja decyzja nie należenia do owczarni pańskiej jest w pełni świadoma, odpowiedzialna i ostateczna.

Nie życzę sobie żadnych modłów, bo uważam je za ODCZYNIANIE OBRZĘDÓW MAGII wbrew mojej jasno wypowiedzianej woli.

Mam nadzieję, że uszanujesz moją wolę i zostawisz mnie w spokoju.

Z góry dziękuję i życzę powodzenia”.

A on na to:

„Mario. Bardzo dużo w Tobie złości, nienawiści do ludzi. Możesz to sobie nazywać jak chcesz, ale o jakim pokoju i harmonii chcesz mówić innym skoro sama nosisz tyle negatywnych emocji. Jakieś stare urazy zostawiły w tobie tak potworny ślad, że nie chcesz się do nich przyznać przed sobą i nazywasz to wolnością. A w gruncie rzeczy jesteś bardzo wrażliwą i mądrą kobietą. Twoją wolę oczywiście uszanuję”.

Nie poszłam za nim, nie skorzystałam z urzekającej szansy nawrócenia, więc wniosek jest prosty – brak we mnie miłości, za to mnóstwo nienawiści. Ot, logika…

Obawiam się, że na tym się nie skończy. Wkrótce pewnie nastąpi dalszy ciąg religijnego molestowania.

<!–
document.writeln(”);
//–>

4 myśli nt. „Kolejny misjonarz się znalazł

  1. coz pozostaje mi, jako odnajdujacemu w naukach Buddy szcescie, powiedziec. bardzo podoba mi sie ten tekst, szczegolnie pierwsza czesc.
    pozdrawiam!

  2. Zaciekawiła mnie ta strona choć dopiero co w nią zajrzałem. Podoba mi się Twoja pewność siebie, trzeźwość ocen i trafność polemik. Sam chciałbym uzyskać spokój wewnętrzny i równowagę duchową. Może głębsze poznanie Twej filozofi pozwoli mi się do tego zbliżyć?… zaglębiam się w dalszą lektórę.

  3. Witam!
    Jestem osobą wierzącą w Boga (albo „boga”, pseudoboga wg ciebie), katolikiem… Jednak posiadam także wątpliwości.
    Powiem szczerze, że czym dłużej czytam tego bloga tym bardziej sie boję! Może dlatego, że to w co wierzyłem do tej pory było tylko jakimś złudzeniem, kłamstwem. Mam tylko nadzieje, że odnajdę kiedyś Prawdziwego Boga. Czy to w modlitwie, wydarzeniach, które przyjdą, ludziach, których spotkam itd. Życzę tego wszystkim, którzy Go poszukują!

  4. A czego tu się bać? Skoro Bóg jest twoim rodzicem, to przecież cię kocha.

    Wiem, wiem, są patologiczni rodzice, mordujący swoje dzieci, ale przecież oni są tylko ludźmi, a ludzie są niedoskonali. Jeśli Bóg jest naprawdę BOGIEM, to musi być doskonały, prawda? W przeciwnym wypadku nie byłby Bogiem, lecz istotą z krwi i kości.

    Lęk jest narzędziem zniewolenia. Nie niewoli cię Bóg, lecz religia. To religia boi się utraty „pogłowia”, bo to oznacza utratę dochodów i władzy.

W tym blogu komentarze są równie ważne jak teksty na stronie głównej, dlatego bardzo proszę o trzymanie się tematu! Wolną dyskusję prowadzimy w Hyde Parku, a o zdrowiu w Zdrowotnym Hyde Parku. Jeśli Twój komentarz się nie ukazał przeczytaj zasady komentowania bloga (patrz strony na górze bloga). Komentarze nie na temat będę kasować, a awanturników banować!

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s