Życie po śmierci

Naprawdę, nie mam siły do tych tępych sceptyków. Im się wydaje, że ich argumenty są racjonalne, w przeciwieństwie do nawiedzonego gadania takich jak ja. Szczególnie kocham panią Susan Blackmore, która jest chora na dziecinne zaprzeczanie, a wszystkie bez wyjątku dowody naukowe przez nią przedstawiane brzmią tak: „jestem przekonana”, „nie wydaje mi się”, „nie wierzę”, „musi być jakieś inne wyjaśnienie”, „musielibyśmy ustalić jakieś metody badawcze” itp. Powalająca argumentacja, naprawdę…

W sobotę na Reality TV obejrzałam program o doznaniach z pogranicza śmierci. Szlaki dla badań naukowych tego tematu przetarł Raimund Moody, ale oczywiście tak naprawdę odkrył on przysłowiową Amerykę, bo temat jest równie stary jak ludzkość. Podobne rzeczy pisał już Platon, a przed nim istniały jeszcze starsze pisma wyjaśniające zagadnienie śmierci i duszy.

No ale dzisiejsza nauka niczego nie może uznać za prawdę, jeśli nie odkryje tego sama. Z tego powodu paru energicznych i dociekliwych lekarzy zakasało rękawy, opracowało program badań spełniających kryteria naukowości i zabrało się do roboty. Idzie im nieco opornie, ale już osiągnęli kilka spektakularnych rezultatów.

Oczywiście niczego nie wyjaśnili naukowo, bo prędzej piekło zamarznie, niż nauka uzna istnienie duszy. Jednak bez względu na to, czy to, co z człowiekiem dzieje się w stanie śmierci klinicznej da się wyjaśnić naukowo, czy też nie, przypadki, z którymi się zetknęli wystarczą, żeby obalić wiarę lekarzy w teorię, że źródłem świadomości jest mózg.

Wygląda na to, że w tym przypadku, dokładnie tak samo, jak w przypadku astrologii, nauka stosuje niewłaściwe myślenie. Wygląda na to, że mózg ma ze świadomością niewiele wspólnego. Raczej jest on „dekoderem”, a nawet wręcz tłumikiem, filtrującym bodźce ze środowiska. Działa on na podobnej zasadzie, jak okulary przeciwsłoneczne, ograniczające dostęp zbyt intensywnego światła słonecznego do oczu. Gdyby do naszej świadomości dochodziły wszystkie bodźce z otoczenia, prawdopodobnie dostalibyśmy bzika od nadmiaru informacji.

Ale wracając do naszych lekarzy… Żeby zbadać, co dzieje się w czasie umierania trzeba było najpierw ustalić, w którym momencie można człowieka uznać za martwego. Zgodzono się, że te kryteria orzekania śmierci, które oficjalnie obowiązują lekarzy są właściwe. A więc żeby stwierdzić zgon musi wystąpić brak tętna, zatrzymanie oddechu i rozszerzenie źrenic. Ponadto wiadomo, że w przypadku zatrzymania akcji serca, po 8 sekundach zanika również elektryczna aktywność mózgu. Pacjent jest nieprzytomny, nie zdradza żadnych parametrów życiowych i nie reaguje na światło ani bodźce bólowe. Dla lekarzy jest martwy, ale jest jeszcze możliwość przywrócenia go do życia dzięki reanimacji.

W filmie pokazano kilku pacjentów, którzy zagrali na nosie naukowcom i ich teoriom.

Na przykład pewien mężczyzna doznał ataku serca na łące. Karetka zawiozła go do szpitala w stanie śmierci klinicznej. W szpitalu zastosowano reanimację i przywrócono pacjentowi życie, jednak nie odzyskał on przytomności i zapadł w śpiączkę, która trwała przez cały tydzień po wypadku. Gdy krzątał się koło niego pielęgniarz, pacjent nagle otworzył oczy i przytomnie powiedział: „Znam cię, byłeś przy mnie w czasie akcji reanimacyjnej, wyjąłeś moją sztuczną szczękę i schowałeś ją do szuflady”. Pielęgniarz wyznał, że go dosłownie zamurowało. Rzeczywiście uczestniczył w akcji reanimacyjnej i rzeczywiście schował tę szczękę w sposób opisany przez pacjenta, ale przecież przez cały ten czas był on „martwy”, a przynajmniej głęboko nieprzytomny, a potem pogrążony w śpiączce. W jaki sposób mógłby więc widzieć cokolwiek? Jednak pacjent stanowczo upierał się przy tym, że „wyszedł z ciała” i stał z boku, patrząc na działania lekarzy. Był w stanie opisać kto przeprowadzał reanimację, gdzie stał, co mówił i co konkretnie robił.

Inna kobieta, niewidoma od urodzenia, mówiła o tym, że nigdy nie widziała światła ani kolorów, nie widziała dosłownie niczego. W jej snach nie było obrazów, a tylko dźwięki, słowa, zapachy i smaki. Kiedy pytano ją, czy widzi ciemność odpowiedziała że nie, że nie widzi zupełnie nic. W dość młodym wieku uległa wypadkowi i w ciężkim stanie zabrano ją do szpitala. W czasie akcji reanimacyjnej doświadczyła stanu śmierci klinicznej. Po odzyskaniu przytomności kobieta opowiedziała, że poczuła nagle, że jakaś siła wyszarpnęła ją z ciała. Co było najbardziej zdumiewające okazało się, że stoi w sali reanimacyjnej i widzi wszystko, co dzieje się wokół. Rozpoznała grawerowaną obrączkę na swoim palcu i kilka innych osobistych drobiazgów i domyśliła się, że ciało leżące na stole należy do niej. Patrzyła na lekarzy i pielęgniarki, którzy krzątali się wokół niej, a potem wydostała się na zewnątrz pomieszczenia. Widziała światło słońca, lecące ptaki i bawiące się dzieci. Dowiedziała się wreszcie, co to znaczy widzieć.

Inna kobieta, kompozytorka, żona i matka, usłyszała od lekarzy straszną diagnozę: olbrzymi, nieoperacyjny tętniak u podstawy mózgu, w miejscu do którego bardzo trudno się dostać bez uszkodzenia całego mózgu. Nikt nie chciał jej operować z powodu znikomej szansy powodzenia zabiegu. Było praktycznie pewne, że w czasie zabiegu tętniak pęknie, co z całą pewnością skończy się śmiercią. Zdesperowana pacjentka, matka małych dzieci, postanowiła się nie poddawać i znaleźć specjalistę, który podejmie ryzyko. I w końcu jej się udało. Znalazła neurochirurga, który podjął się tego trudnego zadania. Wymagało ono precyzyjnego planowania i poważnych przygotowań.

Lekarze postanowili oziębić jej ciało do 10 stopni, żeby zupełnie zatrzymać metabolizm mózgu. Potem trzeba było spuścić całą krew przez tętnicę udową, a następnie nawiercić otwór w czaszce i precyzyjnymi narzędziami zablokować tętniaka. Praktycznie znaczyło to, że pacjentka została wprowadzona w stan śmierci klinicznej.

Gdy operacja trwała pacjentka nagle usłyszała bardzo nieprzyjemny dźwięk, który skojarzył jej się z gabinetem dentystycznym, a konkretne z borowaniem zęba. Po chwili poczuła, że znajduje się w sali operacyjnej i… siedzi na ramieniu lekarza, patrząc na jego poczynania. Urządzeniem wydającym ten okropny dźwięk było wiertło przebijające jej czaszkę. Obok stało pudło z narzędziami, wyglądającymi tak samo jak te, które jej ojciec trzymał w swoim garażu: była tam wiertarka i wiertła różnej wielkości. W pewnym momencie kobieta zobaczyła cudowne światło, które zachęcało ją do wejścia. Pulsowało miłością i poczuciem bezpieczeństwa. Poszła za nim i zobaczyła jakieś postacie, a potem usłyszała głos babci. Po chwili zobaczyła, że stoją obok niej jej krewni: babcia i młodo zmarły wujek. Stali tam, uśmiechali się i zapraszali ją do siebie. Było jej wśród nich dobrze jak w niebie i poczuła ochotę, żeby zostać w tym cudownym miejscu na zawsze. Ale oni powiedzieli: „musisz wracać, twoje dzieci czekają na ciebie”. Wcale nie miała na to ochoty, ale oni nalegali. Wujek wziął ją pod rękę i odprowadził ku wyjściu. Spojrzeli na dół, gdzie leżało jej ciało, a lekarze w dalszym ciągu coś przy nim robili. Poczuła, że to ciało jest obce i nie chciała do niego wracać. Jednak wujek wciąż ją namawiał. Spytała: „jak mam tam wejść?”, a on odparł: „po prostu skocz, tak jak do basenu”. Wciąż się wahała, a wtedy wujek popchnął ją w dół. Poczuła się jak w czasie skoku z trampoliny, a potem poczuła, że jest cała zesztywniała. Lekarze pochylali się nad nią i pytali, jak się czuje. Operacja się udała, tętniak został zamknięty, a ona mogła wrócić do normalnego życia.

To cudowne światło występuje we wszystkich relacjach z pogranicza śmierci. Pojawia się też tunel, a na jego drugim końcu czekają wcześniej zmarli krewni, witający umierającego. Jedna z kobiet była zachwycona tym nowym stanem, ale po chwili uświadomiła sobie, że nie może zostawić dzieci, bo jej mąż jest na morzu, a na krewnych nie można liczyć. Oświadczyła więc stanowczo, że musi wracać. Wywołało to w zaświatach wielką konsternację. Jednak ona się uparła. Wtedy – jak to opisała – rozpętała się burzliwa dyskusja, po czym uznano, że może odejść i skierowano ją z powrotem na ziemię.

Medycyna twierdzi, że to wszystko jest niemożliwe, ponieważ mózg pozbawiony dopływu tlenu bezpowrotnie obumiera już po 4 minutach. A jednak opisano dobrze udokumentowane przypadki, że ludzie przebywali w stanie śmierci klinicznej dużo dłużej, niektórzy nawet kilka godzin, po czym wracali do życia i cieszyli się pełną sprawnością, zarówno fizyczną, jak i umysłową.

Sceptycy zawsze negują wszystko, co przeczy ich wierzeniom, jednak nie potrafią niczego racjonalnie, a zwłaszcza przekonująco uzasadnić. Po prostu nigdy nie przedstawiają żadnych konkretnych dowodów. Zawsze są to tylko słowa bez treści, jak te, które płynnym strumieniem leją się z ust wspomnianej na początku Susan Blackmore. Dokładnie to samo robią jej koledzy.

Jest wielu lekarzy, którzy znają ten problem i uważają, że nie da się utrzymać wiary w to, że świadomość jest związana z mózgiem. Wszystko wskazuje na to, że jest od niego zupełnie niezależna i że może istnieć bez niego.

Polecam też niezwykłą relację Mellen-Thomas’a Benedicta. Oto dla zachęty wstęp do jego opowieści:
„Mellen-Thomas Benedict jest artystą-witrażystą, który przeżył doświadczenie bliskiej śmierci. W gruncie rzeczy zmarł na półtorej godziny i w tym czasie wyszedł z ciała i wstąpił w Światło. Ponieważ ciekawił go wszechświat, został zabrany daleko w niezmierzone głębie egzystencji, a nawet poza nie, do energetycznej Pustki Nicości przed Wielkim Wybuchem. Znawcy takich przeżyć uznają tę relację za jedną z najbardziej znaczących”.

(Opublikowane na starym blogu 2006-06-12 01:05:05)

Jedna myśl nt. „Życie po śmierci

  1. Komentarze przeniesione ze starego bloga:

    astromaria 2006-06-13 18:23:08 82.160.202.242

    Zakute pały tłumaczą to działaniem środków medycznych, zastosowanych w czasie reanimacji, ale przecież podobne incydenty zdarzały się ludziom, którzy ulegli wypadkowi drogowemu, kiedy lekarzy jeszcze przy nich nie było. Inne tłumaczenie to skutki niedotlenienia mózgu. Ale to już jest totalnie bez sensu. Mój syn doznał spontanicznego wyjścia z ciała. Spał sobie we własnym łóżku i nie miał kaca, trawki też nie palił. Nagle usłyszał świst i z przerażeniem zobaczył swoje własne ciało leżące w dole, a on patrzył na nie z góry, spod sufitu. Mimo, że wiedział, że takie rzeczy są możliwe przeraził się okrutnie i nagle znalazł się z powrotem w ciele, a serce waliło mu z przerażenia jak bęben. Syn mojej koleżanki stale doznaje takich efektów i jest tym już mocno zmęczony. Niestety, z braku kasy nie może poszukać kogoś, kto mógłby mu w tym pomóc.

    Astro 2006-06-13 15:41:18 83.8.4.19

    Niewątpliwie jakiś związek świadomości z mózgiem istnieje. Jest to raczej sprawa bezdyskusyjna. Można natomiast dyskutować o „hierarchii”, tzn. rozważać czy świadomość ma rację bytu dzięki mózgowi czy jest zgoła odwrotnie. Pokażę na przykładzie zmysłu wzroku jak widzę ten związek. Dno oka wyłożone światłoczułą siatkówką, swoistym „radarem” zbierającym informację z padającego na nią światła, przekształcającym ją w bodźce nerwowe, jest tym dla kory mózgowej w potylicznej części mózgu, której te bodźce wysyła, czym owa część mózgu jest dla świadomości. Tak jak odbieranie bodźców nerwowych przez mózg uzależnione jest od sprawności narzędzia jakim jest oko, tak odbieranie wrażeń dyktowanych nam przez mózg uzależnione jest od kondycji mózgu. To wszystko oczywiście dopóty, dopóki świadomość ma związek z ciałem. Jak pokazują podane przez Ciebie przykłady, w chwili rozwodu świadomości z materią, ta pierwsza kontynuuje percypowanie rzeczywistości zewnętrznej już bezpośrednio, nie filtrowanej możliwościami mózgu. Widzenie mózgiem, świadomość wspomina wówczas jak podwodny marynarz widoki z peryskopu – narzędzia pożytecznego na morzu, jednakże absolutnie zbędnego na otwartym lądzie. Można również częściowo rozluźnić te więzy np. poprzez medytację. Nie umiem pojąć ludzi materialistycznie tłumaczących wrażenia z pogranicza śmierci „halucynacjami” mózgu broniącego się w ekstremalnej sytuacji. W świetle zebranej masy danych (np. incydent ze sztuczną szczęką) jak i beznadziejności oraz braku sensu tej „obrony”, muszę nazwać ich zakutymi pałami.

    astromaria 2006-06-13 12:10:16 82.160.202.242

    No więc właśnie, nie wierzmy autorytetom, lecz własnemu rozsądkowi. Moje teksty czytują nie tylko ludzie świadomi tego, że przysługuje im prawo do samodzielnego myślenia. Zaglądają tu również osoby uważające autorytety za świętość i to im klaruję, że autorytet też człowiek, więc może się mylić. Tak więc niech autorytety nauczają, że mózg jest źródłem świadomości, a my pozostaniemy przy swoim. A co do Blackomore i buddyzmu oraz wiary w mity… każda religia ma mity dla prostaczków i wersję dla zaawansowanych, katolicyzm również. Europejscy i amerykańscy buddyści przyjęli raczej wersję dla zaawansowanych, czyli bez mitów i demonów. Nie rozumiem tylko, dlaczego ta cała Susan, skoro jest taka oświecona, w każdej wypowiedzi leje samą wodę, zamiast rzucić kilka mięsistych konkretów. Czyżby konkrety miała wyłącznie na sprzedaż za kasę?

    marcello 2006-06-13 10:40:56 83.11.249.233

    Aha, przypomniałem sobie, że miałem jeszcze coś dopisać o pani Blackmoore. Tohu Wabohu napisał, że jest buddystką, zasady buddyzmu (i kilku odmian wschodnich) są mi już znane – czytałem kiedyś długo i uważnie artykuły z jakiegoś Gabinetu Astropsychologii – 😉 😉 haha – i jedną z tych zasad jest nie wierzyć autorytetom i żadnym uczonym, ani też mądrym księgom, tylko samemu sprawdzać i tak dochodzić do wiedzy. Się zgadzam. Tyle tylko, że może ta pani podeszła do tematu zbyt dosłownie. Nie chcę jej krytykować, mam na myśli to, że mogła paść ofiarą skrajności, w końcu i panująca w naszej ojczyźnie postać religii katolickiej ze swoimi dogmatami powstała na skutek zbyt dosłownego odbioru słowa pisanego. Między innymi. Taka metoda poznawcza nie jest zła, ale istnieje jeszcze coś takiego jak wymiana wiedzy i swoich doświadczeń pomiędzy ludźmi. Całkiem dobrowolnie. Dzięki temu szybciej się uczymy i nasza wiedza ulega niewspółmiernemu – do samodzielnego – wzbogaceniu. Sprawy oszustów i wprowadzania w błąd pomijam, bo jest to wpisane w nasz rozwój. Tak ma być.

    marcello 2006-06-13 09:55:49 83.11.234.153

    Po przetrawieniu – nie wiem, może jeszcze nie całkowitym – tematyki złożoności istoty ludzkiej, wydaje mi się, że świadomość tak jak ją powinno się rozumieć – czyli nie „medyczna przytomność” – ma charakter energetyczny. Jest cały czas i nie zanika. Elementem, który odpowiada za synchronizację ciała fizycznego i ciała energetycznego (zespołu ciał subtelniejszych) jest procesor-mózg. Odbiera dane z obszaru informacji, przetwarza, wprowadza ciało fizyczne w stan działania, zapisuje wyniki i wysyła do Wyższej Jaźni. Widzenie naukowe mózgu jako narządu odbioru bodźców albo siedliska świadomości jest wg mnie niepełne, zalatuje egoizmem gatunkowym albo manipulacją ideologiczną. Bo przecież jak mózg umrze, to CZłOWIEK I JEGO śWIADOMOść TEż – a ostatnio mamy coraz więcej dowodów na to, że to chybiona teoria. W końcu etap ewolucyjny glizdy mamy za sobą. 😉

    Tohu-Wabohu 2006-06-13 01:52:04 83.31.253.235

    No wlasnie, chodzi o to, ze istnieje zwiazek pomiedzy cialem a swiadomoscia ale jedno sie nie da sprowadzic do drugiego. Kiedys J. Eccles (wspolnie z Popperem) napisal gruuuuba rozprawe The self and its brain – Jazn i jej mozg – nie odwrotnie! Eccles jest katolikiem, Popper ateista. Jak widac roznymi drogami chadza nauka. Blackmore jest buddystka zen, nie sadze, aby wierzyla w cokolwiek z buddyjskich mitow – ale o ile wiem – medytuje.

    astromaria 2006-06-13 01:20:59 82.160.202.242

    No widzisz, porządne walnięcie młotkiem w rękę lub dowolną inną część ciała (o, na przykład w splot słoneczny) też pozbawia świadomości. I człowiek wtedy zapada w czarną nicość. Podobnie rzecz ma się z narkozą – zasypiasz i nie masz pojęcia, co ci robią. Ale jak wytłumaczyć to, że pacjent bedący w stanie śmierci klinicznej, gdy w jego mózgu zanika aktywność elektryczna, wszystko widzi, słyszy i zapamiętuje? No jak to wyjaśnić, jeśli wierzy się, że świadomość jest w mózgu? Muszę przyznać, że mnie ciężko zszokowałeś, wręcz znokautowałeś informacją, że Blackmore jest buddystką. Skoro tak, to dlaczego w telewizji gada takie głupoty????

    Tohu-Wabohu 2006-06-13 01:14:20 83.31.253.235

    Kurde, moze jestem malo ezoteryczny, ale umialbym wykazac zwiazek mozgu ze swiadomoscia. Jak sie kogos walnie mlotkiem w glowe to zapada on w nieswiadomosc. To samo nie dziala np. z reka, chyba, ze przekroczy sie pewien prog bolu, wtedy sie traci przytomnosc na skutek szoku nerwowego (dlatego tak czesto umierali pacjenci zanim wynaleziono dobre znieczulenia). Istnieje wiec SCISLY zwiazek swiadomosci z mozgiem i ukladem nerwowym, ale zgadzam sie, ze nie mozna dowiesc nieistnienia swiadomosci, a twierdzenie, ze umysl jest produktem mozgu jest pewnym naduzyciem. Po prostu nie ma adekwatnej metody naukowej zeby to badac, probuje sie tym zajmowac kognitywistyka ale to jest dziedzina w powijakach ktora zreszta czerpie z wielu roznych nauk i probuje laczyc ich wyniki a to stwarza problemy metodologiczne. Co do Susan Blackmore – polecam jej ksiazke Maszyna Memowa. Blackmore jest buddystka i ma dosyc – jak na naukowca – uduchowiona wizje swiata, nie taki diabel straszny jak sie okazuje.

    astromaria 2006-06-12 12:29:48 82.160.202.242

    Myślę podobnie jak Marcello. To nie jest przypadek ani zwyczajna głupota, to celowe działanie. Kiedy patrzę na panią Blackmore, to mam wrażenie, że nie jest ona człowiekiem, chociaż ma ludzkie ciało. Ta kobieta jest w jakiś sposób na bardzo głębokim poziomie nienormalna. Nawet kolor jej włosów (to starzejąca się baba, którą raczej trudno uznać za zbuntowaną i sfrustrowaną nastolatkę) świadczy o tym, że ma ona problemy z czuciem tego, co jest grane na tej planecie. Kiedyś widziałam świetny cyrk u Ewy Drzyzgi, aż żałuję, że tego nie nagrałam. Występujące tam stworzenia wyglądały jak postacie z bajki dla dzieci: był tam zasuszony pan Jaszur, pękaty pan Ropuch z wielkim wolem i inne gado-płazy. Pół sali tak wyglądało. Kiedy opowiedziłam o tym koleżance obejrzała powtórkę programu i była pod wrażeniem. Stwierdziła, że teraz widzi, co jest grane. Ci panowie to najsławniejsi polscy onkolodzy…

    marcello 2006-06-12 11:18:43 83.11.241.49

    Ja myślę, że są opłacani przez tych, którzy właśnie za „wszelką cenę” chcą udowodnić? przekonać ludzi? że coś takiego jak duchowość nie istnieje. Argumentacja typowa dla ciężkiej materii. Przypomina mi to paradoks gaszenia ognia przez dmuchanie na niego. Ale im bardziej siły babilonu dmuchają w to ognisko pod swoimi stopami, tym lepiej się to fajczy. Kto mieczem wojuje…Chyba nie ma co się za bardzo tym przejmować, w końcu to ich wolny wybór.

    anahella anahella@gazeta.pl 2006-06-12 01:24:05 80.72.40.122

    A mnie szlag jasny trafia, gdy naukowcy zajmuja sie dusza. Po cholere to robia? Nie moga zajac sie zyciem doczesnym? Robia eksperymenty, ktorym potem sami zaprzeczaja. Ale widac ktos im za to placi, na szczescie te eksperymenty nie sa oplacane z mojego ZUS-u.

Proszę się nie awanturować z powodu moderacji - patrz: strona "Komentowanie bloga" (na górze). Wolną dyskusję prowadzimy w Hyde Parku, a o zdrowiu w Zdrowotnym Hyde Parku.

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s