Panaceum przeciwko klątwie

Było o klątwie, a teraz będzie o panaceum przeciwko klątwie.

Jestem z natury racjonalistką, wychowaną w rodzinie od pokoleń ateistycznej, nigdy nie chodziłam na religię ani do kościoła, nie ciągnęło mnie również do latania na miotle. Kiedy uznałam, że astrologia „działa” było to odkrycie zupełnie rozumowe i nawet do głowy mi nie przyszło, że to jakiś okultyzm czy nie daj Boże magia. Uczyłam się tego zawodu w normalnej szkole, siedząc w normalnej ławce, normalny nauczyciel stał przy tablicy i rysował na niej kredą to, co nam wykładał. Przed lekcjami nie było żadnych medytacji, jogi, wizualizacji ani innych odlotów. Interpretując horoskopy nie odczynialiśmy żadnych rytuałów ani obrzędów. Nikt nam nie mówił, że mamy wróżyć, przepowiadać przyszłość czy wygłaszać jakieś ostateczne „werdykty”. Powiedziano nam, że astrologia to bardzo użyteczne narzędzie, ale żadnych cudów spodziewać się po niej nie należy, bo klient sam musi dojść do swojego własnego rozumu, my możemy tylko wskazać mu kierunek poszukiwań. Była to astrologia humanistyczna, skierowana na życzliwe wpieranie ludzi w rozwoju, a nie na zabijanie ich ferowaniem mrocznych i rzekomo nieuniknionych wyroków zapisanych w gwiazdach.

Nasz rektor rozdając z pogodnym uśmiechem dyplomy pożegnał nas słowami, że jeśli chcemy być prorokami, to musimy skończyć zupełnie inny kurs.

Wszystko było tam normalne aż do bólu. I to mi jako racjonalistce w pełni odpowiadało.

Spokojnie robiłam swoje, a życie wydawało mi się proste aż do dnia, kiedy podłączyłam się do Internetu i mogłam swobodnie i bez ograniczeń surfować po sieci. Był to piękny dzień, ale jak wiadomo rzeczywistość, tak samo jak Księżyc, ma swoją ciemną stronę. No i podkusiło mnie poznać kolegów po fachu.

Co było dalej wiadomo.

Muszę podkreślić jeszcze raz i z całą mocą, że absolutnie nigdy nie bawiłam się w magię, ani nie urzekały mnie żadne sztuczki z psychomanipulacją. Wiedziałam coś tam o metodach zabezpieczania się przed wrednymi magami, ktoś wspominał mi o metodzie lustra, ale ponieważ koledzy opowiadali mi o częstych przypadkach odbijania się klątw, powracających do nadawcy, miałam nadzieję, że to wystarczy. Wierzyłam, że jestem na tym świecie bezpieczna i że nic mi nie grozi. Nie czułam więc potrzeby opancerzania się przed czymkolwiek.

Ale z drugiej strony wiedziałam również, że sporo ryzykuję, ponieważ wdawałam się w potyczki z ludźmi naprawdę złymi i miałam świadomość, że te osoby nie zawahają się sięgnąć po najgorsze metody. Uważałam jednak (i uważam do dziś), że zło należy pokazywać, demaskować i piętnować. No i się dorobiłam.

Do dziś nie mam pojęcia, kto brał udział w tym spisku, czy było to spontaniczne działanie jednej osoby, czy było ich więcej i ile osób na tym w ostatecznym rachunku ucierpiało. Nie wiem, bo nie interesują mnie plotki, dworskie intrygi ani życie salonowe. Nie bywam na żadnych imprezach i nie utrzymuję stosunków z żadnymi osobami „ze świecznika”. Robię swoje i nic więcej mnie nie interesuje.

A teraz opowiem dokładnie, jak się uratowałam.

Tu od razu donoszę, że nigdy nie cierpiałam na:

  • żadne zaburzenia ani choroby psychiczne,
  • nie mam i nie miałam padaczki,
  • nie słyszę „głosów”,
  • nie miewam halucynacji ani wizji mistycznych,
  • nigdy nie wywoływałam duchów,
  • nie mam i nigdy nie miałam żadnych kontaktów z demonami,
  • nie praktykowałam czarnej, białej ani żadnej innej magii,
  • nigdy nie uprowadziło mnie na pokład UFO (a przynajmniej nic mi o tym nie wiadomo),
  • nie mam i nigdy nie miałam jakichkolwiek zaburzeń neurologicznych,
  • nigdy nie zdarzyło mi się, żebym po przebudzeniu ze snu nie wiedziała gdzie jestem i co robię,
  • nigdy nie doznałam paraliżu sennego
  • i nie lunatykuję.

Po prostu jestem beznadziejnie nudno normalna i zdrowa aż do bólu. Nie doznałam też żadnego poważnego urazu głowy (zwykłe guzy chyba się nie liczą). Natomiast od dzieciństwa cierpiałam na chroniczną, nawracającą depresję, więc doskonale potrafię odróżnić atak depresji od tego, co mi się przytrafiło.

Aha, i jeszcze jedno – kiedyś „przez przypadek” (którego jak wiadomo nie ma) na pewnym 10-dniowym wyjeździe psychoterapeutycznym (gestalt) mieszkałam w jednym pokoju z psychiatrą. Gdybym miała świra, to na pewno bym się wtedy o tym dowiedziała, jako że emocje były tam obrabiane ostro, a pani doktor była szczera aż do bólu.

Jak to możliwe, że nagle coś tak dziwnego stało się z moją do bólu normalną głową? Nie da się wyjaśnić tego żadnymi traumatycznymi przeżyciami, np. spowodowanymi śmiercią kogoś bliskiego, bankructwem, chorobą w rodzinie ani niczym innym, ponieważ po prostu ich nie było. Nie zdarzyło się zupełnie nic, co mogłoby mnie wytrącić z równowagi i spowodować stan neurotyczny.

Kiedy jazgot w mojej głowie osiągnął poziom, którego nie dało się wytrzymać zrozumiałam, że dzieje się coś bardzo, ale to bardzo złego i że żaden lekarz mi na to nie pomoże. Byłam absolutnie pewna, że psychiatra uzna to za atak schizofrenii lub jakiejś innej ostrej psychozy i że zamknie mnie w domu bez klamek, gdzie nikt nie będzie mi w stanie pomóc ani nikt mnie stamtąd nie wyciągnie (może oglądałam za dużo horrorów z wrednymi psychiatrami w roli głównej i nie zamierzam ukrywać, że „Lot nad kukułczym gniazdem” jest dla mnie filmem kultowym. Elektrowstrząsy? Lobotomia? Brrr, nie, dziękuję!). Znałam też metody zamykania w szpitalach psychiatrycznych dysydentów w Rosji, więc sama myśl o doktorach z kaftanami sprawiała, że oblewałam się lodowatym potem.

Nie miałam najmniejszego zamiaru brać jakichkolwiek psychotropów (czyli mózgojebów), które po jakimś czasie rozwaliłyby mi psychikę i wątrobę, a których działanie polegałoby wyłącznie na chemicznym i krótkotrwałym oszukiwaniu mózgu. Postanowiłam, że nikt nie zrobi ze mnie ćpuna (nawet legalnego) ani wariata.

Wiedziałam też, że żadna siła nie zaciągnie mnie do kościoła. Na samą myśl o kościelnych egzorcyzmach i o egzorcystach czułam śmiertelne przerażenie. Ci księża byli tak demoniczno-diaboliczni, że wprost wpadałam w panikę na ich widok. O nie! Wszystko tylko nie to, co „normalni” ludzie robią w takim przypadku!

W tej sytuacji musiałam wziąć swoje sprawy we własne ręce.

I tu przekonałam się, jak dobroczynną planetą jest mój patron Pluton!

Jest to moc, która za żadne skarby się nie podda i niczego się nie ulęknie.

W tamtym czasie miałam wrażenie, że moja głowa nie należy już do mnie. Ktoś wlazł do niej i przejął nad nią władanie. Jakieś demony z piekła rodem robiły mi we łbie rozpierdziuchę, a ja nie mogłam pozbierać myśli ani przed nimi uciec. Katastrofa!

Jak wspomniałam w poprzedniej notce zaczęłam błagać Boga i Anioła Stróża o pomoc i ratunek i w tym momencie zobaczyłam przed oczami okładkę Nieznanego Świata, a w nim artykuł o duchowym uzdrawianiu. To już było coś, czego mogłam się uchwycić. Problem jednak w tym, że nie byłam w stanie skupić się na tyle, żeby systematycznie przeszukać moje nieznanoświatowe archiwum. To zdecydowanie przerastało moje siły.

Resztką sił powlekłam się do mieszkającej niedaleko koleżanki, a ona widząc mnie w takim stanie troszkę się zaniepokoiła. Opowiedziałam jej, że mam depresję (a co miałam jej powiedzieć – że diabeł siedzi w mojej głowie i drze mordę jak opętany?) i że potrzebuję pomocy. Wspomniałam o artykule w Nieznanym Świecie, a ona „przez przypadek” (którego jak wiadomo nie ma) wyjęła z szuflady ulotkę grupy, której szukałam. Zadzwoniłam tam i umówiłam się na najbliższe spotkanie.

Nie wiem jak dożyłam do tego dnia, bo niewiele z tego pamiętam. Odliczałam kolejne dni i powtarzałam sobie, że to na pewno mi pomoże. Wreszcie przyszła sobota, na którą tak czekałam, więc wsiadłam w autobus i ruszyłam na spotkanie z przygodą. Na miejscu pobłądziłam. Ktoś ponumerował pokoje w taki sposób, że nie mogłam znaleźć w tym żadnego sensu i latałam jak szalona po długich korytarzach. Byłam prawie gotowa się poddać, gdy zobaczyłam idącego w moim kierunku starszego, sympatycznego pana z laską. Sam mnie spytał, czego szukam i czy może mi pomóc. Ufff, ulżyło mi nieco, więc nieco speszona wyjaśniłam, że szukam takiej grupy, która zajmuje się uzdrawianiem… a on na to, że właśnie tam idzie. Wziął mnie pod rękę i ruszyliśmy razem. Wprowadził mnie do sali, w której siwa pani układała na stole książki, a po kątach siedzieli ludzie w każdym wieku. Oddał mnie pod opiekę siwej kobiety, a ona powiedziała, że zaraz przyjdzie pani Maria, która mi opowie wszystko, co powinnam wiedzieć i „wprowadzi mnie w nauki”. Diabeł w mojej głowie musiał się nielicho wystraszyć wibracji, które panowały w tym pomieszczeniu, bo nagle ucichł, a ja odetchnęłam z ulgą, że mogę choć przez chwilę pomyśleć logicznie i trzeźwo.

Wkrótce zjawiła się pani Maria, zaczekałyśmy jeszcze chwilę na przybycie nowych osób, po czym z krzesełkami wyszłyśmy na korytarz. Tak wyglądało szkolenie. Grupy nie było stać na wynajęcie osobnej sali i trzeba było robić to w korytarzu.

Pani Maria streściła nam życiorys Bruno Gröninga, wspomniała o licznych uzdrowieniach, których dokonywał, o kłodach, jakie rzucały mu pod nogi oficjalne władze odpowiedzialne za zdrowie narodu i o tym, że gdy w końcu zabroniono mu uzdrawiać pod karą więzienia wiadomo było, że jest to wyrok śmierci. Uzdrowiciel o tak potężnej energii musi się jej pozbywać, przekazując ją chorym, w przeciwnym wypadku dokona ona zniszczeń w jego organizmie. Przed śmiercią Bruno postanowił nauczyć ludzi, jak mogą się uzdrawiać sami, bez pomocy bioenergoterapeuty. Tę metodę stosują do dziś ludzie na całym świecie, bo jest ona bezpieczna, skuteczna, a co najważniejsze – zupełnie darmowa. Polega ona na pobieraniu uzdrawiającego „prądu bożego”. Nazwano to prądem, ponieważ energia ta powoduje mrowienie w rękach, przypominające nieco drażnienie prądem elektrycznym.

Należy usiąść na krześle, kręgosłup ma być wyprostowany, na udach układamy dłonie odwrócone wewnętrzną stroną do góry i wyciszamy się, zamykając oczy. Nie wolno krzyżować nóg ani rąk! Można (a nawet należy) słuchać ulubionej, relaksującej muzyki, modlić się lub marzyć o pięknych rzeczach. Nie powinno się myśleć o chorobach, kłopotach ani żadnych rzeczach, których chcemy się pozbyć ze swojego życia (każda myśl jest modlitwą). Dobrze jest mieć świadomość tego, że ten uzdrawiający prąd pochodzi od Boga i że Bóg nie jest osobą, lecz przenikającym wszystko Absolutem.

Pani Maria wspomniała jeszcze o tym, że obecnie naszym światem władają siły ciemności, ale to my sami mamy władzę decydowania o tym, czy będziemy służyć im, czy wybierzemy wędrówkę z Bogiem po stronie światła i miłości. Powiedziała, że jesteśmy jak odbiorniki radiowe, które same dostrajają się do odbioru audycji. Jedni słuchają wieści prosto z piekła, a inni przeciwnie, odbierają boską harmonię. Tak przejawia się wolna wola każdego człowieka.

Aby metoda była skuteczniejsza możemy w wyobraźni wyrzucać nasze choroby i wszelkie problemy do wielkiego, czarnego worka na śmieci, a potem go zawiązać na mocny supeł i wysłać do jakiejś czarnej dziury, która go pochłonie i zneutralizuje.

Metodę tę powinno się praktykować rano i wieczorem, ale jeśli ktoś jest osłabiony lub ma wielkie kłopoty, może to robić praktycznie w każdych okolicznościach: w czasie rozmowy, przy oglądaniu telewizji, w kinie itp., a na zakończenie miłym gestem jest podzielenie się nadmiarem energii z całym światem. Należy ją przekazać swoim bliskim, całej planecie, zwierzętom i ludzkości.

Zapoznałam się z metodą, potem było wspólne pobieranie „prądu” i z tym wróciłam do domu. Początkowo trudno mi było zmusić się do dyscypliny i systematyczności, ale postanowiłam być konsekwentna. Siadałam do praktyki dwa razy dziennie, poza tym ciągnęłam energię również w innych okolicznościach. I już po niedługim czasie odczułam ulgę. Raz było lepiej, a raz nawet gorzej, ale czułam, że coś się dzieje, a to zachęcało mnie do wytrwałości. Kiedy czułam się gorzej przypominałam sobie o tzw. „bólach regulacyjnych”. Powiedziano nam, że gdy uzdrawiająca energia natrafia w organizmie na miejsce chorobowo zmienione czuje tam opór i musi się przez niego przebić. Wtedy pojawiają się bóle, mdłości i biegunka, ale należy je traktować jako dobry znak. Oznaczają one rychłe uzdrowienie. Pocieszona tym sposobem praktykowałam dalej i w końcu odniosłam pełny sukces.

W mojej głowie zapanowała cisza i boski spokój, a moje życie uległo przemianie. Znikła również, będąca zmorą mojego życia, wspomniana wyżej depresja i od 8 lat nie ujawniła się ani razu!

(Opublikowane na starym blogu 2006-06-21 23:21:00)

Inne moje teksty o Bruno Gröningu:

BHP czarnego maga – ku przestrodze!

Bruno Gröning

Bruno Gröning jeszcze raz

Bruno Gröning – życie i działalność

85 thoughts on “Panaceum przeciwko klątwie

  1. Monroe jest dla mnie tym ,który przekonał mnie,że kiedy zamkne oczy w tym wcieleniu,
    to dalej mam wybór i zabawa nigdy się nie skończy!!!! :)
    W tej zabawie każdy z nas jest “skarbem”. Każdy z nas decyduje jaką drogą i z jakimi prezentami doświadczeń wraca do “DOMU”. :)

  2. Ja Jestem – Prace Monroe są namacalnym dowodem na to że śmierć nie istnieje. Dodał bym jeszcze do tego relacje osób po przebytej śmierci klinicznej oraz wszystkie udokumentowane przypadki reinkarnacji. Z książek Monroe najmocniejsze wrażenie zrobiła pierwsza pozycja z jego wyjść poza ciało. Natomiast te następne już mnie nie interesowały w takim stopniu. Moim zdaniem w dalekich podróżach autor był na smyczy niskich bytów. [ moje subiektywne zdanie ]
    - ROBERT A. MONROE – PODRÓZE POZA CIAŁEM – http://www.oobe.pl/ksiazki_online/Podroze_poza_cialem_R.A.Monroe/012-ind.htm

  3. Monroe zrobił coś więcej, to był dosyć bogaty facet i założył Insytut http://www.monroeinstitute.org/ w którym badał z innymi ludzmi zjawisko OBE. Jeden z prostych eksperymentów: w jednym pokoju leży osoba która wchodzi w OBE a w drugim pokoju Monroe umieszcza wysoko na scianie kartke z napisem. Zadaniem osoby która nie wie co jest na kartce napisane jest w stanie OBE przejść do drugiego pokoju i odczytać to co jest na kartce. Nie zawsze to sie udawało ale w wiekszośći przypadków tak. Monroe stosował naukowe podejście czyli np: dany eksperyment powtarzamy sto razy jeżeli w 80% przypadków efekt będzie pozytywny możemy uznać, że zjawiasko zaistniało. Jest cała masa dokumentacji zrobiona na ten temat ale zakute racjonalistyczne łby nawet nie chcą tego czytać.

    Pare lat temu leżałem sobie i odpoczywałem w godzinach popołudniowych, nie spałem byłem świadomy i przytomny. Nagle moje ciało zaczeło drgać, poczułem ogromne ciepło, wibracje i wiele innych rzeczy, spanikowałem i wszystko ustało. To był dla mnie szok i to wydarzenie zmieniło całe moje życie. Zrozumiałem, że jestem energią która wibruje w określonej częstotliwości. Wibracje to była zmiana częstotliwości wyjście w astral. Nie praktykuje OBE, wole medytacje. Moja ciekawość jest tak wielka, że siedziałbym w OBE od rana do wieczora i kompletnie olał życie w realu i tego się boje. Bo znam siebie i od razu uzależniłbym się od podróży astralnych. To jedyne co grozi człowiekowi praktykującemu OBE. To jest dla ludzi którzy mają samodyscypline i potrafią zachować proporcje nad czy ja właśnie usilnie pracuje.

    @TheEndi
    Też mam coś przeciwko klątwie:

  4. @ Marcus – właściciel stacji radiowej, ceniony biznesmen no i założyciel instytutu.Jest to mi znane, natomiast co do persony, to podchodzę z lekkim z sceptycyzmem. Oczywiście będę czytał i zgłębiał wiedze każdego, nawet samego Lucka, jeśli bym tylko coś pozytywnego dla siebie i dla innych z tego wyniósł. My całkowicie nie znamy świata realnego, jest on przez całe tysiąclecia tak zakłamany a cóż dopiero świat astralny, gdzie większość nawet o nim nie słyszała, że coś podobnego istnieje. Real oraz astral w naszym świecie, przypuszczam ,ze nawet w całym układzie słonecznym, jest opanowany przez ciała cienie, które nie weszły w światło, te z kolei są kontrolowane przez negatywne wyższe byty, które rozpinają parasol nad całą hodowlaną fermą. Nieświadome duszyczki w padają w kołowrót narodzin i śmierci. Do puki się nie przebudzą będą pod działaniem i pełną dominacją w/w bytów. Odnośnie OBE zalecał bym daleko idącą ostrożność. Musimy być do tego bardzo dobrze przygotowani, z głęboką wiarą w najwyższego, z wielka siłą, bez strachu i z wyciszonym umysłem. Bo myślą w astralu możemy budować wszechświaty, ale też z nie przygotowanym umysłem możemy wpaść w nie lada kłopoty. [nie musicie w/w kwestii sie ze mną zgadzać ]

  5. Zgadzam się z poszukiwaczem, nie wiemy, co tam na nas może czyhać. Czasem miło się zaczyna, ale kończy niekoniecznie.

  6. @Poszukiwacz

    Tak jak napisałem wyżej nie praktykuje OBE miałem tylko jedno doświadczenie które opisałem. Natomiast czytałem książki ludzi praktykujących i mają oni podobne doświadczenia mimo, że nie są ze sobą powiązani.

    “Real oraz astral w naszym świecie, przypuszczam ,ze nawet w całym układzie słonecznym, jest opanowany przez ciała cienie, które nie weszły w światło, te z kolei są kontrolowane przez negatywne wyższe byty, które rozpinają parasol nad całą hodowlaną fermą”

    No właśnie – przypuszczam …, dzięki Monroe wiemy, że ktoś może zbierać nasz lusz, czyli jak na fermie. Gby Monroe i inni nie eksplorowali astrala to nasza wiedza byłaby uboga. Dzięki temu możemy więcej niż przypuszczać. Polecam czytać czyjeś doświadczenia wygodnie w fotelu z kawą w kubku nie musimy tam włazić jak nie chcemy i tak tam wejdziemy po śmierci.

  7. @ Marcus – moje gratulacje 100% wiedzy co znajduje sie po drugiej stronie. Tak naprawdę to do końca nie wiadomo co znajduje się po naszej stronie a cóż dopiero w astralu. Pozostaje nam jedynie gdybanie i przypuszczanie.
    Z cytatu powyżej – [Oczywiście będę czytał i zgłębiał wiedze każdego, nawet samego Lucka, jeśli bym tylko coś pozytywnego dla siebie i dla innych z tego wyniósł.] Także czytam przy kawie,herbatce i piwku. Obemaniakow też przerabiałem ba nawet były okazje by wyjść.

  8. @Poszukiwacz
    Oczywiście, że nie wiemy wszystkiego ale dzięki eksploracji astralnej możemy dowiedzieć się troche więcej. Ja jednak preferuje medytacje, my przyślismy z tego świata duchowego weszliśmy w tą fizyczną foremke i to nie pierwszy raz. Więc ta pamięć gdzieś głęboko w świadomości jest tylko trzeba się do niej dokopać. Każdy ma swoje własne metody percepcji tego kim naprawde jest. Monroe miał takie ja mam inne ale szanuje to co robił.

    A u Lucka to troche gorąco na zgłebianie wiedzy hehehe!!! Sorry jestem dziś upierdliwy bo mam dobry humor, pozdrawiam. Najlepszego z okazji świąt.

    “W książce Alexandra Hislopa The Two Babylons (Dwa Babilony) podano następujące wyjaśnienie: „Co oznacza sam wyraz Easter [angielski odpowiednik polskiego „Wielkanoc”]? Nie jest to nazwa chrześcijańska. Od razu rzuca się w oczy jej chaldejskie pochodzenie. Easter to nic innego jak Asztarte, jeden z tytułów Beltis, królowej nieba, której imię, (…) znalezione przez Layarda na pomnikach asyryjskich, brzmiało Isztar. (…) Takie są dzieje Wielkanocy. Popularne zwyczaje związane dziś z tym świętem wystarczająco potwierdzają historyczne świadectwo jego babilońskiego pochodzenia. Gorące, oznaczone krzyżem bułki w Wielki Ratek oraz kraszanki na Paschę, czyli Wielkanoc, były częścią składową zarówno obrzędów chaldejskich, jak i dzisiejszych” (Nowy Jork 1943, ss. 103, 107, 108;).

  9. @Marcus

    Czy mógłbyś podesłać mi na mejla całość tego opisu Wielkiej Nocy? Może zdążę skleić jaką notkę z tym materiałem na mój blog… Dzięki z góry i przepraszam Marię za offtop… ;-)

  10. Nasze życie jest wielką niewiadomą, dla tych których motorem życia jest lęk..(ja też często się do nich zaliczam).
    Tak naprawde ten lęk,to ukryty lęk przed samym sobą.Monroe pokazywal to w swojej trylogi.Czesto,”Lot nad kukułczym gniazdem”dzicinnym gniazdem., pozwala spojrzec głebiej i poczuć że pod lękiem zawsze czeka na NAS MIŁOŚC,ta którą jesteśmy. Jest pieśnią naszego serca.:) Zintegrować ją w sobie,znaczy przebudzić się,poczuć się wyzwolonym. :)

    Między bulem a szczęściem

    Między bulem a szczęściem,jest tyle przestrzeni.
    Nie czas o którym myślisz,lecz chwila TA, to zmieni.
    TA chwila w której jestes,ten moment który czujesz.
    Wypełnia każdą przestrzeń i wszechświat nasz buduje.

    Tak wielkie masz pragnienia,tak wielkie plany snujesz,
    ktoś śmieje się gdzieś w głębi,ktoś płacze gdy planujesz.
    TY chwytasz małe rączki,do nieba skierowane.
    W tym geście do modlitwy,tak często wymuszanej

    Myslaleś że sróż anioł,myślales że potrzeba,
    w leku,zawładnie sercem i pieśnią co do nieba?
    Ten czas,ty sam wybrałeś,twój czas…..i miejsce swoje.
    Spojrz w siebie i poczuj….. powiedz :
    OJCZE! JA JUZ SIE SIEBIE,NIE BOJE. :)
    ja jestem

  11. @ Marcus – oczywiście szanuję to co robił Monroe przecierając szlaki w nieznane. Szanuje również to co robią inni wykształceni ludzie z stopniami naukowymi i którzy opowiedzieli sie po przeciwnej stronie. To że niektórzy pogubili się w tym gąszczu zafiksowanego świata, to nie powód żeby nie dostali szansy na zmianę postępowania. Każdy powinien ja dostać, ja tą szansę tez dostałem i zacząłem innymi oczami patrzeć na to co nas otacza. Tak sie zastanawiam – widzieć więcej – wiedzieć więcej – to jest dar czy przekleństwo ? Dochodzę jednak do wniosku, że raczej to drugie. – Również serdecznie pozdrowiam oraz wszystkiego dobrego z okazji świąt.

  12. @Marcus

    Dzięki. :-) Na melja odpowiem za jakiś czas, bom zombie…;-)

    @Ja Jestem

    Piszesz piękne słowa, a ten powyższy wiersz, dał mi dużą otuchę. Mam spore problemy po odstawieniu antydepresantów (już o tym pisałem) i bólem pleców i przez to nie śpię prawie wcale. Dopadają mnie w nocy tak potworne lęki, że muszę się nieźle natrudzić, żeby się uspokoić i jestem już pewien, że coś/ktoś się do mnie ewidentnie podłącza, z zamiarem dojenia… Dopiero, kiedy wykrzeszę w sobie uczucie miłości, strach znika, ale jestem kompletnie rozbity i wykończony, przez co pojawiają się także myśli depresyjne… Twoje słowa, a dokładnie ostanie zdanie: “OJCZE! JA JUZ SIE SIEBIE,NIE BOJE.”, napawa mnie nadzieją. Jest w nim smutek, ale i radość. Dziękuję. :-) Właśnie przerabiam swoje dzieciństwo w głowie…

  13. @Ja Jestem

    …i jeszcze jedno (mam nadzieję, że się nie obruszysz…)… Piszemy “ból”, bo wymienia się na “boli”. Wybacz, że zwracam Ci uwagę, ale to dość duży błąd. Jeszcze raz dziękuję. :-)

  14. Ludzie nie wierzą w astrale i wampiry, a to błąd! Odrzucając wiedzę na ten temat skazują się na cierpienie, bo jeśli nie bierzesz pod uwagę takiej możliwości, jak wampiryzm nie podejmiesz właściwych kroków zaradczych. Tak właśnie “racjonalizm” przyczynia się do błądzenia w ciemności. Zabobony nie zawsze są zabobonami, bardzo często jest w nich głęboka, empiryczna mądrość.

  15. Dwa Babilony po polsku – http://www.alberto.pl/2babilonyahislopzapowiedz.htm

    “Święta Wielkanocne (Easter)

    Popatrzmy teraz na Easter (święta Wielkanocne). Co oznacza termin Easter sam w sobie? Nie jest to nazwa chrześcijańska, lecz ma pochodzenie Chaldejskie. Easter to nic innego jak Astarte, jeden z tytułów Beltis, królowej nieba. Kult Bel’a, czyli Baal’a, czyli Moloch’a i Astarte czyli Ishtar, został bardzo wcześnie wprowadzony do Brytanii wraz z Drusami, “kapłanami gajów”.

    Dziś jeszcze praktykowane jest w Brytanii przeskakiwanie czyli przejście przez ogień. Jest to faktycznie część starożytnego kultu Baal’a i osoba, na którą padł los niegdyś była palona w ofierze. Zapłacenie fantu wykupuje ofiarę. Jeśli więc Baal był czczony w Brytanii, to nie trudno uwierzyć, że jego współmałżonka Astarte była również uwielbiana przez naszych przodków, i że od Astarte’y, której imię w Niniwie była Ishtar, religijne uroczystości kwietniowe, tak jak to dziś jest praktykowane, zostały nazwane imieniem Easter – ten miesiąc, wśród naszych pogańskich przodków, był nazywany miesiąc-Easter.

    Festiwal, o którym czytamy w historii Kościoła, pod nazwą Easter, w trzecim lub czwartym wieku był całkiem innym festiwalem niż ten, jaki się obecnie obchodzi w Kościele Rzymskim, i w tamtym czasie nie był znany pod nazwą Easter. Był nazywany Pascha, lub Passover (Przejście, Ominięcie) i mimo, że nie ustanowiony przez Chrystusa ani przez Apostołów, był bardzo wcześnie obchodzony przez wyznawców Chrześcijaństwa, na wspomnienie śmierci i zmartwychwstania Chrystusa.

    Ten festiwal oryginalnie zbiegał się z czasem Żydowskiej Paschy, kiedy Chrystus został ukrzyżowany, okres, który, w dniach Tertuliana, pod koniec drugiego wieku, jak wierzono przypadał na 23 marca. Festiwal nie był bałwochwalczy i nie był poprzedzony Wielkim Postem. Okres czterdziestu dni abstynencji Wielkiego Postu został bezpośrednio zapożyczony od czcicieli bogów Babilońskich. Taki czterdziestodniowy Wielki Post “na wiosnę roku”, jest ciągle obchodzony przez Yezidis, Pogańskich czcicieli Diabła w Kurdystanie, którzy przejęli go od swoich wcześniejszych mistrzów z Babilonu. Taki czterdziestodniowy Wielki Post był przestrzegany na wiosnę przez Pogan Meksykańskich ku czci słońca. Był też obchodzony w Egipcie ku czci Adonis’a lub Osiris’a, wielkiego boga pośrednika. Wśród Pogan post ten był niezbędnym okresem przygotowawczym do corocznego festiwalu przypominającego śmierć i zmartwychwstanie Tammuz’a, obchodzonego poprzez płacz i radość, występujące na przemian. W Palestynie obchodzony był w miesiącu Tammuz czyli w czerwcu, w Egipcie w połowie maja, w Brytanii w kwietniu.

    Celem pogodzenia Pogaństwa z nominalnym Chrześcijaństwem, Rzym zastosował swoją utartą politykę zmieszania obchodu Chrześcijańskiego i Pogańskiego, wprowadzając zręczną poprawkę do kalendarza. Opatowi Dionysius’owi Mniejszemu przypisuje się przesunięcie o cztery lata, daty ery Chrześcijańskiej, czyli narodzin Chrystusa. Przez ignorancję czy przez zamyślony plan, narodziny Pana Jezusa wypadły cztery lata później niż prawdziwe.

    Początkowo post poprzedzający święta Wielkanocne był trzy-tygodniowy, osiągając sześć tygodni, czyli czterdzieści dni w roku 519, na mocy dekretu Soboru w Aurelii za czasów Hormisdas’a, Biskupa Rzymu. Kilka dni później Dionysius wprowadził wspomnianą poprawkę do kalendarza. Wprowadzenie nowego kalendarza spotkało się z żywym oporem. Różnica pomiędzy Chrześcijańską Paschą i Pogańskimi świętami Wielkanocnymi (Easter), narzuconymi przez Rzym, wynosiła cały miesiąc, i tylko użycie przemocy i przelewu krwi, zapewniło zastąpienie Chrześcijańskich obchodów związanych z Żydowską Paschą, przez festiwal Babilońskiej bogini.

    Zwyczaje, które towarzyszą obchodom tego święta potwierdzają jego Babiloński charakter. Bułeczki Wielkiego Piątku i farbowane świateczne jajka występowały w Chaldejskich rytuałach. Takie same placki ofiarowywano królowej niebios, bogini Astarte, 1500 lat przed erą chrześcijańską. Mówi o tym prorok Jeremiasz: “Synowie zbierają drwa, ojcowie rozpalają ogień, a żony ich ugniatają ciasto, aby czynić placki królowej niebios.” (Jer.7:18)

    W Japonii, Chinach, Egipcie, Grecji, Babilonie, poświęcone jajka używane były w religijnych rytuałach. Wierzono, że z jaja ogromnej wielkości, które spadło z nieba do rzeki Euphrates, przetoczonego przez ryby na brzeg i wylęganego przez gołębie, wyszła Venus, która następnie nazwana została Syryjską Boginią, to znaczy Astarte. Odtąd jajko stało się symbolem Astarte’y czyli Easter. Mistyczne jajo Astarte’y symbolizuje arkę w czasach potopu, w której cała rasa ludzka została zamknięta. Rzymski Kościół zaadoptował to mistyczne jajo Astarte’y i poświęcił je jako symbol zmartwychwstania Chrystusa.”

  16. @ LogoPedant

    Bul -> zobacz jak to słowo z błędem ortograficznym podwójnie działa. :)
    “Właśnie przerabiam swoje dzieciństwo w głowie” – Wiem co to znaczy moge to współczuć.
    To czego nauczał Bruno Grüning jest bardzo skuteczne i uzdrawia.Według mnie chodzi tu o czystą świadomość ona leczy.
    Nie ocenia,nie karze,po protu jest.Jest nie wyczerpalna i ona jest wszystkim. :)
    A dotrzeć do niej można wtedy, gdy wyciszasz umysł.
    Frank Kinslow – “Quanten Heilung” ja z tej strony dotarłem do tego co opisuje nasza Gospodyni i Bruno Grüning. :)
    Nie chce zamęczać WAS moimi wierszami :) ale ten wiersz który napisałem bardzo mi pomogł kiedyś w dotarciu do mego wypartego i zapomnianego dziecięcego JA, z którym i tak trzeba się spotkać, ukochać i zintegrować w miłości bezwarunkowej. :)

    Peśń od serca pachnie tak jak mleko.

    Zapomniane promienie slońca które mnie dotykają.
    I te chmury na niebie które mnie rospoznają.
    I to szczęscie zrodzone z mym pierwszym oddechem,
    wykrzyczane bólem stalo sie moim echem.

    W tej malutkiej chwilce mej rzeczywistosci stoje.
    Dziwnie patrze w przyszlość,odwrócic się boje.
    Czuje małe dziecko,gdzieś za mna daleko,
    bezradne i skurczone pachnie tak jak mleko.

    Mówi do mnie lękiem, mówi do mnie płaczem,
    mówi do mnie przytul, kiedy znów zobacze
    roześmiane serce ,roześmianą dusze.
    pokaż mi twe słońce, Ja go widzieć musze.

    Gdybym był czarodziejem,gdybym tworzył cuda,
    wziął bym je na ręce może mi sie uda.
    Przytulić Je mocno,szepnąć ciepłe słowa.
    I pieśń mojego serca,przecież jest gotowa.
    To nie dorosłość jest naszym spełnieniem.
    Tylko pieśń od serca,jest naszym zbawieniem.
    ja jestem

    Ps.Polecam również ksążke John Bradshaw – “Powrót do swego wewnętrznego domu” :)

  17. @Ja Jestem

    Jeszcze raz dziękuję. :-)

    Dziś śnił mi się ojciec, toksyczny, już nieżyjący, który zdeterminował moje życie i to spod jego wpływów, wyzwalałem się nieustannie, co udało mi się jakiś czas temu, jednak miał mi coś do powiedzenia…. Dziwny był ten sen, bo ojciec podszedł do fotela, na którym codziennie pracuję i mnie przytulił, tak, jakby nigdy nie umarł. Jakby był… Zaczął mnie pocieszać i szeptać do ucha, że mnie kocha. Robił to czule, co dla niego było rzadkie, ale na tyle długo, że fizycznie poczułem ciepłe powietrze, które zaczęło łaskotać mnie w ucho i szyję. To mnie obudziło, choć cały czas miałem wrażenie, że nie śpię…

    Dotarłem dziś do przyczyny moich lęków, przez które nie mogę spać. Pojawiają się w momencie zasypiania i pogłębiają w chwili, kiedy mam zapaść w sen, podrywając mnie prawie na równe nogi. Po ciele rozlewa mi się autentyczny strach i muszę się, wręcz fizycznie otrząsnąć, aby się go pozbyć. Ten, paniczny lęk, wynika z mojego strachu przed poddaniem się, przed śmiercią i całkowitym zaufaniem, które tak bardzo staram się w sobie rozbudzić. Wiarą, że bez względu na rozwój wydarzeń w moim życiu, ale także na świecie, będzie dobrze. Wiarą, że Światło mi pomaga i pomoże w zdrowieniu. Dotarłem do punktu, w którym zdefiniowałem problem i będę teraz nad nim pracować intensywniej, bo tylko ode mnie zależy, czy zaufam całkowicie…

    Czasem, łapię się na tym, że sam do siebie gadam, jakby słowami Stwórcy: Chłopie! Wyluzuj! Ja Cię tu leczę, a Ty przeszkadzasz! Usiądź wygodnie, zrelaksuj się i uwierz. O resztę zadbam ja. ;-) Ech, mówię Wam ludziska, że czasem, to mam wrażenie, jakbym najwyższy szczyt górski zdobywał i z jakiś powodów, zjeżdżał na dupie, co jakiś czas jak Syzyf, zamiast zaopatrzyć się w wiarę i po prostu tam wejść… ;-)

  18. VAV EL
    Administrator – kilka fragmentów książki Victora Sancheza “Nauki don Carlosa”: –

    Energia

    Dla don Juana i jego ucznia Carlosa świat nie składa się z postrzeganych przez nas przedmiotów, stałych i namacalnych, lecz raczej z pól energii. Jest to pogląd zgodny z najnowszymi teoriami fizyki. Pojęcie energii to temat przewodni donjuanowskiej myśli i praktyki, nie tylko z racji częstego pojawiania się na kartach dzieł Castanedy, lecz również dlatego, że energia jest zarazem punktem wyjściowym i docelowym każdego działania, jakie podejmuje wojownik.
    Don Juan twierdzi, że świat idei w niewielkim stopniu wpływa na życie ludzi. To raczej energia lub osobista moc, energia, jaką dysponujemy, decyduje o wszystkim: o tym, co możliwe i co niemożliwe. W Journey to Ixtlan powiada on: “Człowiek jest niczym więcej jak wypadkową swej osobistej energii…” (III-172).

    Kim jesteśmy?
    W The Fire From Within Castaneda podejmuje temat naszej prawdziej natury. Pisze on, że w rzeczywistości człowiek jest polem energii czy “świetlistym jajem” Stwierdzenie to pociąga za sobą doniosłe następstwa w całym systemie ćwiczeń i technik wyłożonych przez don Juana.
    Nietrudno uzmysłowić sobie, że wszystko, co robimy, wymaga energii; bez koniecznego nakładu energii nie dojdzie do skutku nic, czy będzie to bieg w maratonie Mexico City, zerwanie ze starym nałogiem czy choćby wstanie rano z łóżka.
    Mimo że energię ma każdy, przekonujemy się, że cały zapas energii przeciętnej osoby zostaje przez nią zużyty na codzienne czynności, które w całości zdeterminowane są przez jej przeszłość. Cała nasza energia w zwykłym życiu z założenia wydatkowana jest w obrębie znanego; nie pozostaje nam nic na penetrację obszarów nieznanego. Każde nowe przedsięwzięcie z naszej strony, jeśli wykracza poza utarty sposób postępowania, wymaga nakładu “wolnej” czy dostępnej energii. Stąd biorą się tak ogromne trudności w przeprowadzaniu życiowych zmian czy stwarzaniu sytuacji odbiegających od “normalnego” zachowania danej osoby: brakuje na to energii-
    Z drugiej strony, na drodze do wiedzy wszystko wiąże się z energią. Wojownik zdaje sobie sprawę, że wyprawa w nieznane, ze wszystkimi zmianami, jakie za sobą pociąga, zakłada nie tylko wysoki poziom ogólnej energii, ale również duży zapas “dostępnej” energii. Dlatego bacznie rozważa on wszystko, co ma związek z energią. Stanowi to sekret świetlistych istot. Jesteśmy energią i nasze postępowanie pociąga za sobą utratę lub zachowanie energii życiowej. Każdy czyn wzmacnia lub osłabia naszą energię, stąd wojownik zwraca szczególną u-wagę na charakter swoich działań. Zawsze ma na względzie doskonałość, optymalne wykorzystanie energii.
    Oto jak przedstawia się sedno sprawy: jeśli przestaniemy postrzegać siebie jako ego i przyjmiemy, że jesteśmy polem energii, zmianie ulegnie nie tylko nasze widzenie rzeczywistości, lecz również sposób postępowania. Jako ego odczuwamy potrzebę podejmowania niezliczonych działań, które mają na celu jego obronę i potwierdzenie. Jeśli zaś jesteśmy polami energii, musimy zwracać uwagę na to, jak tę energię wydatkujemy – czy rośnie ona, czy maleje. Dlatego naszym czynom przyświecać będzie zasada właściwego wykorzystania energii, doskonałości, która jest również zwana pieczęcią wojownika.
    Podam na to prosty i konkretny przykład: Oto mąż, którego ego reaguje złością i frustracją na to, że żona nie czekała na niego z obiadem, kiedy wrócił do domu z pracy. Jako ego czuje się obrażony, ponieważ ego wymaga od innych ludzi hołdów i bezwzględnego przyjęcia za prawdę swoich o sobie wyobrażeń. Dlatego mężczyzna ten będzie krzyczał i groził swojej żonie, domagając się uznania przez nią tego, iż ego jej męża jako niezwykle ważne zasługuje na szacunek. Jeśli to osiągnie, żona rozpłacze się lub poprosi o wybaczenie i zacznie w pośpiechu, “w nerwach”, przyrządzać obiad. W ten sposób jej ukryte przesłanie do ego jej męża (nie jego prawdziwej jaźni) będzie brzmiało: “Tak, wierzę, że istniejesz i jesteś realne; wierzę też, że wszystko, co mówisz o sobie, jest prawdą.”
    Dzieje się tak, gdyż ilekroć ego nie uzyska potwierdzenia od otoczenia (co zdarza się niemal bez przerwy), zaczyna wątpić w swą realność i czuje się zagrożone. Dlatego za pomocą środków zdeterminowanych przez swą indywidualną historię będzie manipulować rzeczywistością i ludźmi ze swojego otoczenia, dopóki nie wy-musi na nich oświadczenia, że ono, ego, istnieje. Będzie złościć się, obrażać, popadać w depresję, a nawet grozić samobójstwem tak długo, aż uzyska pożądane potwierdzenie. Wiedząc, że jest tworem pozbawionym substancji, ego domaga się nieustannie afirmacji od innych ludzi – z nawyku oddających się podobnemu zajęciu – którzy je akceptują i zachowują się tak, jakby rzeczone ego istniało i reprezentowało prawdziwą jaźń osoby. Tylko w ten sposób może ego się oszukiwać i utwierdzać w przekonaniu, że istnieje, choć w gruncie rzeczy wie, że jest podszyte nicością.
    Można tego uniknąć, gdy postępujemy zgodnie z wiedzą o naszej prawdziwej naturze.
    Bohater naszej opowieści zareagowałby inaczej, gdyby postrzegał siebie jako pole energii. Wówczas naczelną jego troską byłoby optymalne spożytkowanie posiadanej energii. Zdawałby sobie wtedy sprawę, że złość pochłania ogromną ilość energii, nie przynosząc w zamian nic oprócz osłabienia, kiepskiego stanu zdrowia i ogólnie lichego życia. Toteż, zamiast marnować bezużytecznie swą energię, rozważyłby inne rozwiązania: mógłby spokojnie czekać na obiad albo pomóc żonie w jego przygotowaniu.
    Indywidualna moc
    Don Juan szczególnie podkreśla to, że to, co robimy, co jesteśmy w stanie zrobić, co nam się przytrafia, i odwrotnie, to, czego nie robimy, nie jesteśmy w stanie zrobić i co nam się nie przydarza, zależy tylko i wyłącznie od naszej indywidualnej mocy. Jest to spójne z podstawową zasadą postępowania wojownika: doskonałością. Doskonałość w tym przypadku oznacza uporczywe poszukiwanie najlepszego sposobu użycia własnej energii. W związku z tym, że w istocie stanowimy pola energii, możemy przyjąć następujące założenia:
    Wszystko, co istoty żywe robią, i wszystko, co im się przytrafia, jest zdeterminowane przez ich poziom energii lub indywidualną moc.
    Poziom energii wszelkich istot zależy od trzech kluczowych czynników: ilości energii, z jaką zostały poczęte, sposobu jej wydatkowania od chwili narodzin oraz wykorzystywania jej obecnie.
    Sposób, w jaki zwykła osoba gospodaruje swymi zasobami energii nie jest dziełem przypadku ani wynikiem wyboru; zdeterminowany jest raczej przez jej przeszłość.
    Choć zazwyczaj mężczyźni i kobiety zużywają całą swą energię na wykonywanie nawykowych czynności podyktowanych przez sumę osobistych doświadczeń, możliwe jest przeprowadzenie następujących zasadniczych zmian w ich sposobie funkcjonowania: przesunięcie, zachowanie lub zwiększenie energii.
    Wszystko, co odnosi się do ludzi w związku z indywidualną mocą, ma zastosowanie do wszystkich żywych istot, gdyż wszystkie one stanowią pola energii.
    Wszystko, co istoty żywe robią i wszystko, co im się przytrafia, jest zdeterminowane przez ich poziom energii lub indywidualną moc. Ludzie sądzą przeważnie, że wydarzenia w ich życiu zdeterminowane są przez czynniki, na które oni sami nie mają wpływu – albo dlatego, że dzieją się poza nimi, albo dlatego, że podobno wynikają z charakteru, stanowią cechę właściwą danej osobie (jej ego). Stąd często słyszymy ludzi narzekających na pecha, jakby była to jakaś siła niezależna od nich samych. Uważają oni, że los się na nich uwziął i wszystko jest przeciwko nim. Albo jeśli uznają, że sami są źródłem problemów, wyrażają się tak, jakby nic nie mogli na to Poradzić: “Taki już jestem”. “Mam słabą wolę”. “Cza-sem mnie ponosi”. Podobnie trudnym do wytłumaczenia zjawiskiem jest podejmowanie nierealistycznych decyzji i popadanie w rozpacz, gdy nie udaje się obrócić ich w czyn, co pochłania ogromne ilości energii.
    Skoro wczoraj byłem święcie przekonany, że wstanę rano i zrobię ćwiczenia, dlaczego dziś nie mam na to najmniejszej ochoty? To tak jakby się miało do czynienia z dwiema osobami. W takiej sytuacji mówi się zwykle: “Kłopot w tym, że nie mam silnej woli”. Stwierdzenie to nie odbiegałoby zbytnio od prawdy, gdybyśmy wzorem czarownika rozumieli “wolę” jako zapas dostępnej energii. Przeciętna osoba mimo to uważa, że “siła woli” jest cechą osobowości, którą posiada się lub nie i której nie można “dowolnie” rozwijać.
    Don Juan widzi to inaczej. Wszystko, co nam się zdarza, zależy od naszej indywidualnej mocy, i również wyłącznie od nas zależy, czy posiadamy tę moc czy nie. Zdrowie lub jego brak, szczęście lub pech, miłość, którą darzymy i jesteśmy obdarowywani, drzwi, które stoją przed nami otworem, drzwi przed nami zamknięte, wszystko to kwestia energii, jaką dysponujemy. W zasadzie można powiedzieć, że osoby o wysokim poziomie energii prowadzą pełne, zdrowe życie (o ile energia nie wymyka im się spod kontroli), natomiast życie osób z małym zasobem energii (zdecydowanej większości) często jest szare i smutne. Nie jest przesadą stwierdzenie, że ten, kto ma energię, może osiągnąć wszystko, natomiast ten, komu jej brak, pozostanie biedny – choćby nawet opływał w dostatki
    .
    Kształtowanie się indywidualnej mocy
    Poziom energii wszelkich istot zależy od trzech kluczowych czynników; ilości energii, z jaką zostały poczęte, sposobu jej wydatkowania od chwili narodzin i wykorzystywania jej obecnie. Każdy człowiek dziedziczy jakieś cechy swoich przodków, przede wszystkim rodziców, ale również dziadków i jeszcze starszych pokoleń. Najsilniej jednak daje się odczuć wpływ najbliższych przodków. Obejmuje on nie tylko cechy fizyczne czy fizjologiczne, ale także “energetyczne”.
    Ważne jest po pierwsze, jakim zasobem energii dysponują rodzice, a po drugie, jaka jej część przechodzi na nową istotę, którą powołują do życia w chwili poczęcia. W rozmowie z Carlosem Castanedą dowiedziałem się, że don Juan tłumaczy to tak: jeśli poczęciu towarzyszyły wielka namiętność, nowej istocie przekazana zostaje duża ilość energii i rodzi się ona “silna”. Dla odróżnienia, gdy do poczęcia dochodzi wśród wysoko “cywilizowanych” ludzi, po wielu latach małżeństwa, przy włączonym telewizorze, czy jak określił to Carlos, w wyniku “nudnego” zbliżenia, poziom energii w chwili narodzin będzie odpowiednio niski.
    Na szczęście, dziedziczenie nie jest jedynym czynnikiem determinującym nasz zasób energii w życiu. Kształtuje go również sposób, w jaki dziedzictwo to, skromne czy bogate, wykorzystujemy. Tak więc, ten kto w chwili narodzin posiadał niewielki zasób, lecz umiejętnie nim gospodaruje, będzie w lepszej sytuacji niż ten kto ma sporo energii, lecz nad nią nie panuje. W pierwszym przypadku – choć wcale nie muszą tego w ten sposób wyrazić – osoby o niskim poziomie energii wstępują na drogę wojownika, która pozwala im powiększyć energię. W drugim przypadku, ktoś rodzi się z dużym zapasem energii, lecz trwoni go na zachcianki i zaspokojenie własnej próżności, co nadweręża jego zasoby. Tacy ludzie niemal bez wysiłku dostają to, czego pragną, albo manipulują swoim otoczeniem nie dając nic z siebie. Przywykli do tego, że są kochani, lecz sami nie potrafią kochać. Łatwość, z jaką zaspokajają swe pragnienia sprzyja przy tym lenistwu i rozprzężeniu. Mogą rządzić innymi, ale pozostają niewolnikami swych słabości.
    Idealnym stanem byłoby mnóstwo energii, całkowita kontrola i trzeźwość. Ale wymaga to więcej pracy niż talentu. Nie ma tu reguł, a w końcowym rozrachunku decyduje nie tyle wyjściowy poziom energii co indywidualny wysiłek.
    Przy okazji rozważań o energii trzeba wspomnieć o konieczności dokonania oceny wydatków energii w przeszłości i teraźniejszości, i ustalenia, czy zachodzi między nimi jakiś związek. Trzeba odpowiedzieć sobie na pytania: “Z jaką ilością energii przyszedłem na świat i jak ją wykorzystałem w dotychczasowym życiu?” z jednej strony, z drugiej zaś: “Na co obecnie spożytkowuję moją energię i jakich mogę dokonać zmian?” Z drugiego pytania płynie nauka, że warunki narodzin i przeszłego życia z góry niczego nie przekreślają. Możemy gospodarować naszą energią inaczej, odbudować ją albo zwiększyć.
    We władzy przeszłości
    Sposób, w jaki osoba gospodaruje swoimi zasobami energii nie jest dziełem przypadku ani wynikiem wyboru; zdeterminowany jest raczej przez jej przeszłość. Choć my, współcześni ludzie, szczycimy się swą wolnością, to tak naprawdę nasze możliwości wolnego wyboru ograniczają się tylko do wąskiego zakresu ogółu naszych działań. Pomijając nawet funkcje i czynności wynikające z uwarunkowań biologicznych, możemy się przekonać, że to, co robimy, w całości zdeterminowane jest przez indywidualny życiorys – bagaż osobistych doświadczeń. Składają się nań pochodzenie społeczne, narodowość, płeć, osobowość, wyznanie, ideologia polityczna kompleksy i urazy, które razem wzięte przesądza-ją o treści i jakości naszego codziennego życia. Gdy wydaje nam się, że o czymś decydujemy, w istocie wprawiamy w ruch ciąg działań, do których zaprogramowała nas przeszłość – tak jak maszyna, która wykonuje tylko to do czego została zaprojektowana. W ten sposób zdeterminowane są nasze poglądy, pragnienia, wybory, ograniczenia, słabości i uzdolnienia. Nie wybieramy osób, z którymi rozmawiamy i z którymi nawiązujemy stosunki, miejsc, które odwiedzamy, i miejsc, których unikamy. Dyktuje to nam nasza osobista przeszłość, która wyraża się przez strukturę ego.
    Ego i indywidualny życiorys są ze sobą ściśle powiązane, tak dalece, że pierwsze jest pochodną drugiego. To ego dzień w dzień każe nam pielęgnować osobistą przeszłość i postępować zgodnie z jej nakazami. Dzięki temu życiorys zostaje umocniony, a wynikające z niego ego uzyskuje w ten sposób samopotwierdzenie. Do wyboru mamy tylko opcje zawarte w wąskim zakresie, jaki narzuca nam nieustająca projekcja naszego indywidualnego życiorysu.
    Można wysnuć stąd wniosek, że wykorzystanie naszej energii – innymi słowy, całość podejmowanych działań – przesądzone jest przez osobistą przeszłość i w procesie tym wola zwykle nie bierze udziału. To bardzo rozrzutny sposób gospodarowania energią, który na dodatek nie przynosi zadowolenia. Wystarczy spojrzeć na ludzkie twarze na ulicy, w metrze, czy w samochodach stojących w korkach ulicznych.

    Jak złowić energię
    Zazwyczaj mężczyźni i kobiety zużywają całą swą energię na wykonanie nawykowych czynności podyktowanych przez sumę osobistych doświadczeń, możliwe jest przeprowadzenie następujących zasadniczych zmian w ich sposobie funkcjonowania: przesunięcie, zachowanie lub zwiększenie energii. Możliwość przesunięcia energii pozornie zaprzecza naszym wcześniejszym ustaleniom – że wykorzystanie przez nas energii jest z góry określone przez naszą przeszłość. Jeśli jest z góry określone, jak można to zmienić? W rzeczywistości jest to możliwe, choć zdarza się rzadko. Sprzeczność zostaje przezwyciężona w praktyce.
    Zaczyna się ona od obrania szczególnej formy działania, wykonywania czynności, które z punktu widzenia ego wydają się dziwaczne. Możemy je nazwać czynami celowymi, lub nie-działaniami oderwanymi od przeszłości, które w rezultacie poszerzają pole naszych możliwości. Wytrwałe wykonywanie działań niezwykłych prowadzi do zaburzenia schematów wydatkowania energii, a co za tym idzie, do ich “rozluźnienia”. Kiedy to następuje, łatwiej nam przesunąć energię na nowe, oszczędniejsze z punktu widzenia zużycia energii, zajęcia. Z chwilą gdy przeznaczamy energię na mniej marnotrawne zajęcia, powstaje nadwyżka energii, która z kolei umożliwia nam dalsze zmiany w gospodarowaniu energią. Z czasem zacznie się to przejawiać w tym, że coraz więcej rzeczy w naszym życiu przestanie być niemożliwe – możliwe stanie się zerwanie z nałogiem picia czy palenia, wyzbycie się złości, znalezienie czasu na wsłuchanie się w pieśni drzew czy ptaków. Jeśli będziemy wytrwali, nasza sfera możliwości życiowych i percepcyj-nych tak się rozszerzy, że zaniknie tendencja do postępowania pod dyktando naszej osobistej przeszłości. Gdy to się dokona, będzie można powiedzieć, że osoba wymazała swój życiorys i wyzwoliła się spod jego wpływu. Zmiany te, oczywiście, są możliwe przy pewnym poziomie energii. Bez tego nic nie da się zrobić. Jeśli to zrozumiemy, stanie się dla nas jasne, że do każdego nowego działania potrzebny jest wzrost energii. Osiągnąć to można przez wyeliminowanie najbardziej “energochłonnych” nawyków i zastosowanie zaoszczędzonej energii do działań wykraczających poza codzienną rutynę. Jeśli jednak skupimy się tylko na przesunięciu energii nie starając się jej powiększyć czy zachować, wyniki będą raczej skromne. Kluczem do całej sprawy wydaje się przyrost indywidualnej mocy czy dostępnej energii. Lecz na tym jeszcze nie koniec.
    Na tym etapie naszych rozważań nietrudno zrozumieć, dlaczego nie można podjąć nowego czy niepowszedniego działania bez koniecznej do tego “wolnej” energii. Jako że całość naszej energii już jest rozdzielona zgodnie z nakazami przeszłości, skąd możemy zaczerpnąć dodatkowej energii? Oczywiście ze Słońca i z Ziemi, które stanowią nasze główne źródła energii. Niemniej, nasz stosunek do Słońca i do Ziemi jest również zdeterminowany przez życiorys i ograniczamy się do przyjmowania ich energii wyłącznie w pożywieniu. Wiemy jednak, że pochłanianie większej ilości jedzenia nie przyniesie nam wzrostu energii, choć lepsze odżywianie się może w tym pomóc.
    Na ogół nie znamy innych sposobów czerpania energii ze Słońca i z Ziemi niż jedzenie. Możliwe jest uzyskanie dodatkowej energii bezpośrednio z tych źródeł za Pomocą specjalnych ćwiczeń. W innych kręgach kulturowych wypracowano rozmaite techniki czy rytuały Prowadzące do wzrostu energii. Choć niektóre z tych praktyk są mi znane (przedstawię je w dalszych rozdziałach), muszę zaznaczyć, że nie spełniają swej roli, jeśli nie mamy dość wolnej energii koniecznej do wykorzystania ich jako rzeczywistych “łączników ze źródłem”. Jeśli chcemy mieć więcej energii, wpierw musimy mieć choć trochę dostępnej energii. To miał na myśli Jezus mówiąc, że temu, co ma, zostanie pomnożone a temu, co nie ma, zostanie odebrane nawet to trochę, co ma. Mamy do czynienia z kolejną sprzecznością. Można to jednak wytłumaczyć odwołując się do różnicy (pokrótce omówionej wcześniej) między zwykłą energią i energią, która jest “dostępna”.
    Wiadomo, że ludzie różnią się poziomami swej energii. Wiadomo też, że całość energii przeciętnych osób zostaje pochłonięta przez codzienne czynności i nawyki. Bez reszty! Gdybyśmy mogli jakoś zdobyć więcej energii, niż jej wydatkujemy, albo zużyć mniej niż zwykle, dysponowalibyśmy “wolną” czy “dostępną” energią. Stanowiłaby ona naszą właściwą indywidualną moc -potrzebną do wykonywania działań nie podyktowanych osobistą przeszłością, w tym przyswajania energii ze Słońca i z Ziemi, która stanowi podstawę wolnego życia.
    Jeśli do gromadzenia energii musimy wpierw posiadać zapas dostępnej energii, jak uzyskać tę podstawową energię? Odpowiedź brzmi: możemy ją ocalić. Dokładnie tak. Ludzkie istoty uzyskują “wolną” energię przez ocalenie tego, co już posiadają, przez ograniczenie wydatkowania energii na powszednie czynności.
    Metoda jest prosta, lecz przynosi dalekosiężne skutki. Jeśli zawiesimy niektóre uporczywe nawyki myślowe czy czynnościowe, uwolniona w ten sposób energia stanie’ się dla nas dostępna, a dzięki niej będziemy mogli wkroczyć na obszar nieznanego – wyrwać się spod władzy naszych życiorysów.
    Nie sposób jednak wstrzymać wszystkich czynności życia i nie wszystkie, które da się wstrzymać, pochłaniają energię. Dlatego też wojownik musi sporządzić zestawienie wydatków energii. Dzięki temu, za pomocą techniki śledzenia, może dowiedzieć się, jak zużywa swoja energię, a następnie opracować strategię przesunięcia jej na inne cele. W ten sposób zwiększy on zapas osiągalnej energii. Z tego wykazu adepci mogą wybrać te codzienne czynności, które nie są niezbędne dla życia, a przy tym szczególnie wyniszczające (anty-energetyczne) i dążyć do ich czasowego lub ostatecznego wyeliminowania. W dziale poświęconym poradom praktycznym przedstawię konkretne na to sposoby. Rzecz jasna, do skutecznego zwalczenia natręctw i nawyków, podsycanych przez osobistą przeszłość, potrzebna jest pewna ilość energii. Jest to prawda w odniesieniu do wszelkiego rodzaju nawyków: żywieniowych, emocjonalnych, myślowych i duchowych.
    W praktyce trudno jest zerwać z czynnością, która z racji swego charakteru pochłania sporo naszej energii. Nie możemy przestać, gdyż brakuje nam koniecznej do tego energii.
    Istnieje jednak wyjście z tej pozornie beznadziejnej sytuacji. Wiąże się to z wykorzystaniem czegoś, co nazywam “minimalną przestrzenią wolności”.
    Ta “minimalna” przestrzeń, to obszary naszego życia – pozornie mało znaczące – w których możliwe jest celowe działanie wolne od wpływu osobistej przeszłości. Jako przeciętni ludzie nie możemy, oczywiście, od razu zerwać z takimi nawykami jak palenie papierosów, złoszczenie się czy użalanie nad sobą. Możemy jednak zmienić drobiazgi, takie jak pozycja, w której śpimy, albo miejsce, i spać, na przykład, na podłodze. Możemy Przez dwa tygodnie obserwować swoją pierwszą myśl po przebudzeniu się rano i ostatnią myśl przed zaśnięciem. Jeśli jak to często ma miejsce, stwierdzimy, że źle wpływają na naszą energię, możemy świadomie je zmie-nić i pomyśleć co innego. Posługując się zestawieniem wydatków energii, można odkryć rozliczne drobne czynności, które natychmiast pozwolą nam zaoszczędzić trochę energii. Uzyskana w ten sposób energia umożliwi nam wzmożenie wysił. ków i poszerzenie zakresu nawyków, które uprzednio z braku energii, znajdowały się poza naszym zasięgiem. W ten sposób energia pomnaża energię. Do nawyków pochłaniających energię należą: palenie papierosów, alkoholizm, kłócenie się, zbyt długie spanie, nadmierne rozmyślanie, osądzanie innych, krytykowanie, potępianie, narzekanie, utożsamianie się z fantazjami zaczerpniętymi z kina, telewizji czy gazet. Na osobną uwagę zasługują emocje i poczucie własnej ważności. Stanowią one dwa fundamentalne obszary zużywające mnóstwo naszej energii i jak za chwilę zobaczymy, są ze sobą związane.
    Emocje
    Istnieje różnica między emocjami a uczuciami. Rozróżnienia tego można dokonać dość łatwo; otóż, uczucia są naturalną reakcją na to, co postrzegamy, podczas gdy emocje rodzą się w nas pod wpływem myśli, rozumu (który u przeciętnej osoby nie jest zresztą zbyt rozumny). Uczucia nie pochłaniają energii, natomiast na emocje marnotrawimy ogromne jej ilości.
    Elementarne uczucia smutku i radości po prostu powstają z racji naszego bycia w świecie. Na przykład, ciało przeczuwając swoje ostateczne przeznaczenie, daje nam o tym znać w postaci smutku lub melancholii, co nie jest ani bolesne, ani “energochłonne”, ale leczy nas z wszelkiej małostkowości i przywraca równowagę wewnętrzną. Podobnie prawdziwa radość płynie z głębi serca – nie wywołana sztucznie przez żart czy komedię powstaje nie za pośrednictwem rozumu, lecz wskutek bezpośredniej percepcji czegoś, co budzi nasz uśmiech. Nie trzeba myśleć, aby poczuć radość na widok nowo narodzonej istoty, kolibra spijającego nektar czy drzewa tańczącego na wietrze, albo gdy ktoś obdarzy nas pieszczotą lub uściskiem.
    Z kolei emocje rodzą się w nas nie pod wpływem percepcji, lecz myśli; nie mogą zaistnieć, jeśli nie ma w nas myśli. Ponieważ odsuwamy postrzeganie na dalszy plan, emocje, niestety, utrudniają nam sprawne poruszanie się w rzeczywistości. Typowymi emocjami są gniew, zazdrość, uraza, zawiść, użalanie się nad sobą, depresja. Żadna z nich nie może powstać bez udziału odpowiednich myśli. Kto może się złościć nie myśląc? Aby się rozzłościć, musimy wpierw wmówić sobie, że ktoś nas źle potraktował, skrzywdził, czy coś w tym rodzaju. Jeśli ktoś w to nie wierzy, niech spróbuje wzbudzić w sobie złość bez słów lub myśli.
    Weźmy na przykład zakochanego młodzieńca, który czuje zazdrość widząc, jak jego dziewczyna rozmawia z innym mężczyzną i uśmiecha się do niego. Proste fakty wyglądają następująco: Kobieta (jego dziewczyna) rozmawia z mężczyzną (nieznajomym) i uśmiecha się. Czy to wystarczy do wytworzenia się zazdrości, emocji pochłaniającej tak wiele energii? Nie! Kochanek, pod wpływem osobistej przeszłości (może obejrzał zbyt wiele filmów, wysłuchał zbyt wielu piosenek o miłości czy był świadkiem braku uczuć między swoimi rodzicami) na widok swej dziewczyny zajętej rozmową i uśmiechniętej, zaczyna snuć uporczywe rozmyślania: “Ona nie ma powodu mnie zdradzać. Tylko moja osoba powinna wywoływać w niej uśmiech. Ja nigdy jej nie zdradzam, Przynajmniej tak ostentacyjnie. Ona nie ma dla mnie szacunku”. To właśnie tego rodzaju tok myślowy, nie same fakty, jest odpowiedzialny za tak bolesne i energo-chłonne doświadczenie zazdrości. Nieważne, czy w rzeczywistości dziewczyna rozmawia z krewnym, kolegą czy kochankiem; zazdrość rodzi się w wyobraźni zazdrosnego młodzieńca.
    Kiedy zaleje nas fala emocji, realny świat ginie w oddali; im więcej sami ze sobą rozmawiamy, tym mniej widzimy. Oderwani od rzeczywistości, jak możemy sobie z nią poradzić? Możemy sięgnąć po gwałtowne środki, zatrzeć ostatnie ślady piękna czy miłości, które w przeciwnym razie by się zachowały, i nadal uważamy się za ofiarę. Oto, w jaki sposób tracimy energię. Dlatego warto wstąpić na drogę wojownika i znieść jej trudy.
    Jak reszta naszych codziennych działań, emocje lubią się powtarzać i zdeterminowane są przez indywidualny życiorys. Każdy ma właściwe mu “nawyki emocjonalne”, charakterystyczne dla siebie sposoby marnotrawienia energii i osłabiania jaźni. Gdy dobrze się przyjrzeć, nietrudno dostrzec, że konflikty i problemy emocjonalne w naszym życiu mają skłonność do nie kończących się cyklicznych nawrotów. Nawet jeśli zmienimy otoczenie, ludzi, z którymi się stykamy, stare problemy znów dają znać o sobie.
    Dotyczy to wszystkich emocji. Są zgubne i samorodne.
    Poznaliśmy jednak sekret, który właściwie wykorzystany, może oddać nam nieocenione usługi: emocje nie mogą powstać bez udziału myśli; co więcej, nie mogą powstać bez udziału odpowiednich myśli.
    Odsłania to przed nami sposób na zachowanie energii. Gdybyśmy kiedykolwiek znaleźli się na granicy wzburzenia emocjonalnego, po prostu wprawiamy się w stan Wewnętrznej Ciszy i emocja nie może wówczas zaistnieć. Jeśli to rozwiązanie przekracza jeszcze nasze możliwości, możemy spróbować zmiany treści naszego dialogu wewnętrznego. Możemy ułożyć piosenkę ze słowami naszych myśli; wymyśleć rymy; czytać w myślach na wspak; pomyśleć coś w obcym języku; przećwiczyć tabliczkę mnożenia albo zaśpiewać kołysankę. W każdym przypadku rezultat będzie ten sam: bez odpowiednich myśli emocja nie powstanie.
    Poczucie własnej ważności
    Choć w tym rozdziale nie zajmujemy się bezpośrednio poczuciem własnej ważności ani sposobami na jego ograniczenie bądź wyeliminowanie, mimo to kilka słów komentarza jest tu jak najbardziej na miejscu, gdyż, jak wynika z zestawienia wydatków energii, pochłania ono zazwyczaj ponad 90% naszej energii, nie dając w zamian nic, może oprócz chorób, samotności, osłabienia i marnego życia.
    Większa część naszej osobistej energii trwoniona jest na czynności związane z poczuciem własnej ważności, które dalece wykracza poza zwykłą próżność. W naszym rozumieniu na zapatrzenie w siebie składają się wszystkie zabiegi ego, które mają na celu umocnić jego rzeczywistość, co służy samopotwierdzeniu ego i przekonaniu go, że naprawdę istnieje.
    Nie wnikając na razie w szczegóły, przyjrzyjmy się kilku podstawowym czynnościom związanym z poczuciem własnej ważności. Najszerszy ich zakres dotyczy obrony ego. Zastanówmy się, ile energii zużywamy: ile tracimy na własną obronę, na dbanie o swój wizerunek, na wpływanie na to, jak nas widzą inni, na pozyskanie akceptacji, na obronę przed krytyką, na wykazanie, że jesteśmy najlepsi, albo nic nie warci, najpiękniejsi, najsilniejsi, czy z drugiej strony, najbardziej nieszczęśliwi, niezrozumiani, wrażliwi, okrutni, pokrzywdzeni – zawsze “naj”. Oto, jacy czujemy się ważni! Jesteśmy przykuci, jak określa Castaneda, do odbicia swojego “ja” którego zasadniczym elementem jest nasz wizerunek’ jaki podsuwamy innym. I na ten właśnie wizerunek idzie najwięcej naszej energii.
    Toteż wykorzenienie czy osłabienie zapatrzenia w siebie staje się naczelnym zadaniem wojownika. Nie ma to nic wspólnego z moralnością; wojownik nie kieruje się moralnymi abstrakcjami, lecz zasadą doskonałości. Stanowi pole energii i postępuje zgodnie z tą wiedzą.
    Choć własne znaczenie to podstawowy obszar, na którym może dojść do zaoszczędzenia energii, zmagania z nim i techniki jego zwalczania jako pierwsza z form nie-działania omówione są osobno.
    Wszystko, co odnosi się do ludzi w związku z indywidualną mocą, ma zastosowanie do wszystkich żywych istot, gdyż wszystkie one stanowią pola energii. Don Juan często wspomina o istnieniu zwierząt, których magia udaremnia wszelkie próby upolowania ich przez myśliwych. Moc swą czerpią stąd, że w przeciwieństwie do zwykłych zwierząt nie mają przyzwyczajeń. Daje im to lekkość, swobodę i nadzwyczajną siłę. Byłoby wielkim szczęściem, zdaniem don Juana, napotkać taką istotę.
    Widzimy więc, że zasada indywidualnej mocy ma również zastosowanie do zwierząt. Można powiedzieć, że okazy, którym “sprzyja szczęście”, mają po prostu więcej energii. Wiodą bogatsze, intensywniejsze życie niż ich pobratymcy. To samo odnosi się do roślin i innych żywych istot. Na przykład, drzewo może posiadać tak ogromną energię, że nawet odpoczynek w jego cieniu czy konarach wywoła dobroczynny skutek.
    Podobne prawidłowości zachodzą również w świecie ludzi. Ten, kto wyzbywa się przyzwyczajeń i posiada wysoki poziom energii, przemienia się tym samym w magiczną istotę, która nie podąża ślepo za stadem. Decyduje o swoim zyciu, przeznaczeniu, okolicznościach – dzięki tej szczególnej mocy, którą ma na swych usługach, lecz której również niestrudzenie musi służyć. – http://www.kodczasu.pl/viewtopic.php?t=1526

  19. @Logopedant p.69
    Bardzo piękny i znaczący sen.
    Rodzimy się do kazdego życia z jakimiś intencjami, postanowieniami, lekcjami do przerobienia. Ty, jak wynika z Twoich dotychczasowych wpisów, na to zycie postanowiłeś dac sobie popalić ;) – stąd też także ojciec, jak napisałeś – toksyczny. On widocznie zgodził się wziąć udział w twoich lekcjach, zgodził się być “narzędziem” w Twoich rozgrywkach ze sobą. Na wyższym poziomie jest Istotą, która tak naprawdę Cię kocha i po to przyszedł do Ciebie, zeby Ci to uswiadomić :).
    Bo tak naprawdę nie przydarza się nam nigdy nic, na co kiedyś nie wyraziliśmy zgody, na co nie pozwoliliśmy, czego na głębszym poziomie sobie nie “zażyczyliśmy” – wszystko dzieje się nam zgodnie z naszą, najczęściej nieuświadomioną niestety, wolą.
    Mnie uświadomienie sobie tego dało dużo optymizmu i wiary.
    Pozdrawiam Cię :)

  20. Ciemne moce zawsze znajdą sposób na to, żeby nas przekonać do dobrowolnego niesienia jakiegoś koszmarnego krzyża. Jest to oczywiście podstęp, taki sam jak zgoda na wzięcia przez UFO i traumatyczne badania przez ufoli. Czas pokazać im figę.

    Mam prawie napisany tekst o karmie, Jaszczurach i Jahwe, ale tak się waham, czy wypada wyjeżdżać z takim ciężkim tematem w święta. Wprawdzie pozwalam sobie miejscami na sarkazm i prześmiechy, ale naród teraz jest zadumany, bo krwiożercze bóstwa wmówiły mu, że przelew krwi go zbawi i że na wiosnę trzeba się smucić i dołować.

  21. O karmie i Jahwe !!! To jest wręcz doskonały tekst na świeta !!!

    Za jaką cholere (karme) musiałem celebrować dwadzieścia lat męki Pańskiej po kościołach? Ale za to teraz bardziej doceniam wartość przebudzenia (nie oświecenia bo do tego mi daleko). Pamiętam jeszcze dwa lata temu miałem poczucie winy (stare programy) opuszczenia kościoła (pomimo tego,że opuściłem go 15 lat wcześniej) i wtedy rozpisywałem się krytycznie na jego temat, to mnie oczyściło. Dzisiaj już mi się nie chce, bo mam to gdzieś, tzn. stare oprogramowanie się już wypaliło, nie ma żalu ani niechęci jest w tym temacie obojetność, nie ma emocji i tak trzymać.

  22. Te”klimaty” przedświąteczne, pisanki, baranki, kiełbaski a już na bank tłumy w sklepach nie nastrajają ani świątecznie ani refleksyjnie. Czysta komercja, a po co ludziom tyle dobra na te 2 dni tego nigdy nie zrozumiem.
    To wygląda tak, jak by wojna miała wybuchnąć, albo coś jeszcze gorszego.
    Jeszcze w międzyczasie cudem wygospodarowanym idą ludziska wyspowiadać się z grzechów do księdza i alleluja!

    Angua – czytałam odważne dusze Schwartza i śmiem sądzić w kontekście tego co napisałeś, że czasem należałoby to koszmarne nauczanie “umiłowanej” duszy przerwać i powiedzieć NIE.
    Bo jedynie mądrość może “oczyścić” i zmienić złą karmę, a mądrość i miłość nie jest tożsama z wszystko wybaczającą dobrotliwością.

    Widziałam w swoim środowisku, jak rodzice toksyczni zmieniali się w zgryźliwych, zrzędzących, schorowanych starców i spodziewali się a nawet domagali miłości i szacunku od swoich dorosłych już dzieci. Z pustego i Salomon nie naleje.

    The Endi i wiele i wielu z nas nie doznając mądrej, bezpiecznej miłości, jako dzieci musi budować ją w sobie, jak ten Syzyf z jego snu.
    Przebudzenie, samoświadomość są bezcenne, bo mogą przerwać to nieszczęsne domino karmicznych doświadczeń – na lepsze, przyjaźniejsze.
    I nie będziemy musieli budzić się z bólu, czy bulu…

    Pisz Mario ten tekst spokojnie.

    W te dni świąteczne przyda się chwila refleksji nie tylko nad
    wciąż i wciąż odtwarzaniem “męki pańskiej”, bo co tu świętować ?
    Boję się myśleć, jakby korporacja kościelna potraktowała Jezusa, gdyby tak naprawdę pojawił się drugi raz na naszej planecie.

  23. Pewnie, że daj ten tekst. Naród czytający Twój blog – przynajmniej ta część niezbanowana ;) chyba już nie wierzy w zbawienną moc przelanej krwi.

  24. @Angua

    Dziękuję. Bardzo się cieszę, że otrzymuję od Ciebie, i innych życzliwych osób, tak mądre słowa. Wszystkie biorę sobie do serca i czerpię z nich moc. Dziś lepiej spałem. Pozdrawiam. :-)

    @Astromaria

    To tym bardziej wrzucaj tę notkę. Trzeba natychmiast zmienić stan umysłu, zadumanego narodu! :mrgreen:

  25. Witam, Za dużo na tę chwilę by czytać komentarze, a w żadnym artykule nie ma. Więc zapytam tutaj. Jak długo tak siedzimy stosując metodę Bruno Greaninga. O 9 i 21-ej najlepiej, przez jaki czas?

  26. W stanie zagrożenia praktykowałam po 20 minut + pobieranie prądu w czasie oglądania TV, w kinie, podczas ploteczek z koleżankami, a nawet w autobusie. Potem można zmniejszyć intensywność. Sam poczujesz, ile ci trzeba. Nic na siłę, ale nie można też pobierać za mało, bo nie pomoże.

  27. Dziękuję, że w tak bezpretensjonalny sposób podzieliłaś się swoimi doświadczeniami z nauką Bruno Groninga. Każde Twoje słowo ,które czytałam wywoływało uśmiech na mojej twarzy i potwierdzało to co sama czuję. Dziękuję w imieniu swoim i tych, którzy potrzebują takiego wzmocnienia wiary i poczują spokój w sercu.

  28. @ Hanna: dziękuję za te słowa. Ta metoda uratowała mi życie, więc postanowiłam opowiedzieć o tym innym. Mam nadzieję, że ktoś w podobnej sytuacji znajdzie te rady i przejdzie na stronę życia.

  29. Ostatnio, jak wspominałam miałam problemy ze spaniem. Budziłam sie w ciągu nocy co godzinę, szału można było dostać, Udawało mi się zasnąć albo nie i czuwanie nocne. Próbowałam medytacji, miałam płytkę z muzyczką pod ręką. Zaczęły się te problemy w związku z prawie terminalnym stanem męża po wyjęciu nerki, Zaglądałam po prostu czy żyje,,, i mi się gdzieś w komórki wbiło, w podświadomość, czy co.
    Zdeterminowana i zmęczona / o 4rano już wstawałam bo nie mogłam wyleżęć w łóżku/ zaczęłam stosować kody uzdrawiające, prosiłam Bruna o pomoc i uzdrawiający prąd,, stosować matrycę i nie chcę zapeszyć, ale już trzecią noc mam w miarę przespaną/ tzn, obudziłam się raz do łazienki i pobudka o 5,30/ prawie norma i szczęście. :)

  30. ja rowniez,jak marcus uwolnilem sie z macek czarnych belzebubow,przeszedlem wiele roznych drog i w wielu sprawach podzielam poglady roberta monroe,sadze ze tym ktory nam pomoga jest nadswiadomosc,nasze wyzsze ja czy tak zwane “ja tam”,ktore czesto bierzemy za boga.metoda silvy,afirmacje,huna, – wierzymy i czesto to dziala.bruno groening tez powiedzial ze bruno nie jest konieczny,wystarczy wiara.moim zdaniem wiara ze sie stanie,nie wiara w boga.bog to zupelnie inny rozdzial,niezbadany,wielka niewiadoma,nic co z nim zwiazane nie jest pewnikiem,dlatego uwazam ze kazdy tutaj porusza sie po omacku.a juz kazdy ktory mowi ze bog go tu przyslal z misja,albo ma niewlasciwy przeglad sytuacji albo ma inne intencje.czy nie jest to absurdalne ze my,ludzie tutaj a bog gdzies tam,odlaczeni,nie moze bezposrednio dzialac tutaj,musi miec posrednikow,daje nam jakies dobre rady,sami nie rozumiejac swojego polozenia budujemy sobie rozne teologie,rozwoje duchowe,sciezki zycia.nie chce tutaj oskarzac tzw.nauczycieli duchowych,(poza nauczycielskim urzedem kosciola rzymsko pedofilskiego) jednak uwazam ze wielu z nich,tych o czystych intencjach kontakt z nadswiadomoscia uznalo za kontakt z bogiem,budujac przekaz ze znantch sobie pojec,niekiedy czerpiac wybiorczo z roznych religii.pewnie wielu wezmie mnie za pyszalka badz heretyka,jednak uwazam ze ktos kto mowi czy mysli ze jakis bog pokara mnie czy tez mnie opusci,lub w jakikolwiek inny sposob pominie mnie za to ze nie bardzo w niego wierze,nie ma racji,poniewaz moj bog jest wielkim niewiadomym,nie karze,nie potrzebuje mojej wiary w niego,jesli jest to jest przy mnie tak samo gdy w niego wierze jak tez gdy nie wierze.moj bog istnieje tak samo jak twoj.trzeba wyzwolic sie z idei boga bo zawsze bedziemy bladzic,jemu nie jest potrzebna nasza wiara,przywiazanie,poklony,modlitwy.musimy obserwowac,uczyc sie,poznawac,obecne pojmowanie boga tylko nas zatrzymuje,a my musimy znalezc droge wyjscia z marazmu zycia w ludzkim ciele.

Rozmowy na dowolne tematy prowadzimy tu: https://astromaria.wordpress.com/hyde-park/ i https://astromaria.wordpress.com/zdrowotny-hyde-park/ KOMENTARZE NIE NA TEMAT BĘDĘ KASOWAĆ! UWAGA!!! Jeśli Twój komentarz się nie ukazał przeczytaj https://astromaria.wordpress.com/komentowanie-bloga/

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

WordPress.com Logo

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Twitter picture

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s