Krokodyle łzy, czyli niechęć do życia w zdrowiu

Co jakiś czas dostaję listy od osób cierpiących na różne przewlekłe i zdaniem lekarzy nieuleczalne choroby lub zmagających się z przygniatającymi życiowymi problemami. Osoby te opisują swoje fatalne położenie, swoją niemoc i coraz bardziej zanikającą nadzieję na odmianę losu. Pytają mnie, co robić i jak wyjść z tego zaklętego kręgu cierpienia.

W młodości leciałam do takich ludzi z pomocą, przekonywałam, dodawałam otuchy i robiłam wszystko, co w mojej mocy, żeby im jakoś ulżyć, tchnąć nadzieję i wyrwać ich z marazmu. Dziś wiem, że byłam wprost niewyobrażalnie głupia i pewnie robiłam więcej złego niż dobrego. Nie zauważałam przy tym (bo nie chciałam?), że moje słowa i wysiłki są zupełnie daremne.

Z wiekiem nabrałam więcej rozumu, a niedawno pozbyłam się reszty złudzeń co do ludzi i ich straszliwych cierpień.

Oto przykład: pisze do mnie klientka przez gg (nie po raz pierwszy w tej samej sprawie), że ma problemy osobiste i w pracy. Wie doskonale, że sama jest ich przyczyną, bo już do tego wspólnie doszłyśmy poprzednio, ale nie potrafi się opanować ani powstrzymać tej autodestrukcji i brnie w nią coraz głębiej. W końcu udało jej się doprowadzić szefa do ostateczności. Mimo, że jest znakomitym fachowcem szef zapowiedział, że ją zwolni.

Tłumaczę kobiecie, że powinna trochę przystopować i zająć się własną psychiką, bo w niej tkwi przyczyna problemów. Jeśli nie chce poddać się psychoterapii (rozumiem, że niektórych przeraża perspektywa publicznego maglowania swojego życia), to przynajmniej radzę zapisać się na kurs jogi, tai chi, karate itp. Proponuję też medytację (jest wiele metod do wyboru) lub duchowe uzdrawianie metodą Bruno Gröninga. Kobieta niby czyta, co piszę, a ja staram się wyrażać jasno i dobitnie. Tak sobie od dłuższego już czasu piszemy i nagle ona zadaje mi te same pytania, na które już wyczerpująco i szczegółowo odpowiedziałam – na przykład: „a czy pani to pomogło? A na co to pani pomogło”? Jest to dla mnie jasny sygnał, że tak naprawdę nie interesuje jej rozwiązanie problemu, lecz ma potrzebę pozawracać głowę. Widocznie lubi swoje kłopoty i ani myśli się z nimi rozstawać. Pożegnałam się więc słowami: „proszę jeszcze raz bardzo dokładnie przeczytać naszą rozmowę, a ja niestety muszę się zająć innymi sprawami”.

Obawiam się, że nie przeczytała.

Inna panna napisała do mnie, że cierpi i że lekarze jej nie pomagają, ale ma nadzieję, że ja znam jakieś magiczne sposoby radzenia sobie ze złym losem. Owszem znam, nawet wypróbowałam je na sobie, ale w naszym kraju większość ludzi jest sparaliżowana lękiem przed szatanem i zgubą duchową, więc wszędzie węszą sektę straszliwą, która uwodzi ludzi. Tacy każdą radę odrzucą czyniąc znak krzyża (wielka szkoda, że im ten święty krzyż jakoś nie przywrócił zdrowia ani szczęścia).

Na Gronie zebrała się grupa ludzi cierpiących na depresję. Narzekają, płaczą, jęczą. Gdy podpowiedziałam im, że istnieje metoda duchowego uzdrawiania i że sama tym sposobem wyleczyłam się z poważnej depresji, wszyscy rzucili się na mnie z furią, że naganiam ludzi do sekty. Ciemna energia, jaką emanowali przeraziła mnie śmiertelnie i poczułam się wręcz zaszczuta… Więcej tam nie zajrzałam i nie zajrzę. Nikt nie spytał o szczegóły lub o bliższe informacje.

Ich wybór, może jeszcze za mało wycierpieli. Jak będą naprawdę mieli dosyć, to może coś zrobią. Sama taka byłam i czekałam na cud, który zrobi się sam. I byłam bardzo rozgoryczona, że nie chciał się zrobić. Jak już naprawdę miałam dosyć, znalazłam drogę do harmonii. Jest więc nadzieja, że inni też znajdą.

Teraz takim ludziom piszę: „wybór należy do pani, ja za panią życia nie przeżyję, jeśli chce pani wyzdrowieć, to pani to zrobi, a jeśli nie, to pani sprawa”.

Prawda jest taka, że wiele osób podświadomie boi się wyzdrowieć lub „znormalnieć”. Każdy, kto zajmuje się uzdrawianiem lub psychoterapią zetknął się z tym fenomenem. Czasem sukces wydaje się już osiągnięty, wszyscy się cieszą i ku przerażeniu terapeuty pacjent cofa się do punktu wyjścia. Nagle zdał sobie sprawę, że będzie musiał prowadzić samodzielne życie i w pełni odpowiadać za siebie. Ta perspektywa wydaje mu się przerażająca.

Na przykład człowiek od wielu lat jeżdżący na wózku inwalidzkim. Wszyscy widzą, że jego sytuacja jest tragiczna: kaleka, do końca życia przykuty do wózka, nigdy nie wstanie i nie zagra z kolegami w piłkę… ale ma rentę, a rodzina zapewnia mu opiekę i wszystko za niego załatwia. Korzysta też z wielu innych przywilejów. Jeśli wstanie z wózka będzie musiał iść do pracy i sam wszystkiego pilnować. Spadną na niego problemy, o które do tej pory nie musiał się troszczyć i będzie musiał stawić czoła życiu, którego w ogóle nie zna.

Takie choroby jak anoreksja, bulimia, psychozy czy alkoholizm pozwalają ludziom żyć i działać „w pijanym widzie”, nie dopuszczając do świadomości tego, co dzieje się wokół. Ich choroba sprawia, że umysł mają zamglony i skoncentrowany na cierpieniu, a wszyscy wokół są o nich głęboko zatroskani. Cały świat kręci się wokół nich i ich problemów.

Dziś napisałam pewnej bulimiczce: „Ja wiem, że brzmi to idiotycznie, ale proszę się dobrze wsłuchać w swój głos wewnętrzny, a dokładniej poczuć swoją reakcję na myśl o znalezieniu się w nowej, zdrowej sytuacji. I proszę o zupełną uczciwość, bo nikt na panią nie patrzy ani nie ocenia, jedynym świadkiem tego procesu jest pani sama. Oszukiwanie siebie nie ma sensu, prawda?

Każda choroba, której nie możemy się pozbyć daje nam jakieś korzyści. Te korzyści są większe, niż te, które możemy czerpać ze zdrowia i sprawności.

Stanem naszego zdrowia i naszą życiową sytuacją niepodzielnie rządzi podświadomość. To ona decyduje o tym, czy wyjdziemy z choroby, nędzy, poniżenia, nałogu itp. Nasze „rozumowe” deklaracje nie mają znaczenia, a nasze łzy bólu i cierpienia są parawanem, za którym ukrywamy prawdę.

Proszę wiec odpowiedzieć sobie zupełnie szczerze, jakie korzyści czerpie pani ze swojej choroby, przed czym umożliwia ona ucieczkę, z jakiej odpowiedzialności panią zwalnia itp. To jest pani osobista spowiedź, więc może pani być zupełnie szczera. Nikt pani za to nie potępi ani nie wyśmieje, chyba, że zrobi to pani sama”.

Znam pewną osobę, chorą na cyklofrenię. Wszyscy sądzili, że ona nie wie, co się z nią dzieje i że nie potrafi zapanować nad swoją psychiką. Rodzina, sterroryzowana przez psychiatrów i ich naukowe wywody, nie potrafiła zauważyć, że ona czerpie ze swojej choroby ogromne korzyści i świetnie się bawi kosztem bliskich. Uznano za normę, że co miesiąc, w dniu wypłaty wydaje całą swoją pensję na jakieś głupstwa. Przez jedno popołudnie gra rolę milionerki, którą stać na wszystko. Funduje nieznajomym osobom posiłki w drogiej restauracji i kupuje wszystkim luksusowe prezenty, po mieście jeździ taksówkami, nawet jeśli ma przemieścić się na róg sąsiedniej ulicy i zakłada firmy, inwestując resztę pieniędzy w „złote interesy”. Oczywiście do domu wraca spłukana i w stanie głębokiej depresji, wymagającej hospitalizacji. W tej sytuacji rodzina musi płacić za nią czynsz, rachunki za prąd, gaz i wodę, spłacać jej długi i jeszcze wziąć ją na utrzymanie do następnej wypłaty, której oczywiście znowu nikt nie zobaczy, bo historia powtarza się co miesiąc.

Kiedy ktoś jej się naraził pisała na niego liczne donosy na policję i do prokuratury, zmuszając „wrednego” krewniaka do stałego składania zeznań, najczęściej w godzinach pracy, czym podpadał swojemu szefowi.

Kiedy jej ojciec odwiedził ją w szpitalu, zastał swoją rzekomo pogrążoną w głębokiej depresji córkę wesoło śpiewającą: „jak dobrze być wariatem i za nic nie odpowiadać, tralala”. Nie muszę chyba dodawać, że nie było takiej siły, która zmusiłaby ją do leczenia i przyjmowania leków. Jedyny lek, jaki łykała, a raczej pochłaniała pełnymi garściami to prozac. Brała go nawet w stanie manii, bo jeszcze bardziej nakręcał jej stan maniakalnej euforii, którą tak bardzo lubiła.

A psychiatrzy nie tylko nie pomagali, lecz zmuszali krewnych do ponoszenia pełnej odpowiedzialności za czyny ich pacjentki i wprawiali ich w coraz głębsze poczucie winy.

Oczywiście osoba ta zawsze żałośnie się skarżyła na swoją straszną chorobę i łzawo pytała każdego, kiedy wreszcie medycyna nauczy się to leczyć.

Akurat, durny kto by w to uwierzył.

(Opublikowane na starym blogu 2006-08-31 01:34:06)

Jedna myśl nt. „Krokodyle łzy, czyli niechęć do życia w zdrowiu

  1. Komentarze przeniesione ze starego bloga:

    marcello 2006-09-02 17:02:51 83.11.232.182

    po przeczytaniu artykułu i wszystkich komentarzy jednak biorę stronę Marii i Anahelli – owszem, sprawy odżywiania nie da się zlekceważyć, ale nasze babki „wiedźmy” były chyba trochę bliższe prawdy, bo nie mając wiedzy o mikroelementach żyły jednak dość długo i bez większych kłopotów pamiętając, że „w zdrowym ciele zdrowy duch”. A zatem jak mawiał jeden mój znajomy – bądźmy szczęśliwi i zadowoleni a bida niech się wścieknie 😉 Pozdrawiam

    mbaj mbaj@interia.pl 2006-09-01 14:28:33 85.158.196.15

    A ja bardziej bym się skłaniał do teorii największego wpływu żywienia na nasz stan zdrowia. I Chodzi mi zarówno o to co jemy (łącznie z faszerowaniem się chemią pod postacią lekarstw czy dodatków do żywności) jak i to, czego nie jemy (np. uzupełnienie mikroelementów i pierwiastków, niezbędnych do prawidłowego funkcjonowania organizmu i jego składowych).

    anahella anahella@gazeta.pl 2006-09-01 01:28:40 195.90.102.58

    „Umienie” bycia szczesliwym to tez jest dar. Mozna sie tego nauczyc, ale trzeba na to albo dobrej rodziny, ktora tego nauczy, albo czasu albo wysilku, albo wszystkiego na raz. Jestesmy wychowywani w poczuciu, ze szczescie to grzech. Kiedys pewna znana dziennikarka powiedziala w TV, ze miala najszczesliwsze dziecinstwo pod sloncem, byla rozpieszczana i prawdziwie kochana. Ktos z moich bliskich… oburzyl sie.

    astromaria 2006-09-01 00:39:55 81.219.50.234

    Wiesz, ona chyba NIE UMIE być szczęśliwa. Chyba w ogóle nie wie, co to jest szczęście i spokój duszy i nie umiałaby się w nim odnaleźć. Przykre jest tylko to, że nie chce słuchać słów prawdy, a jeszcze smutniejsze jest to, że cierpią jej dzieci. Jakby nie chciała, żeby one miały choć trochę lepiej niż ona. Ta osoba, o której pisałam też rani wszystkich, również swoje dzieci, a na każdą próbę przemówienia jej do sumienia odpowiada: „Takie jest życie i nic na to nie poradzisz”.

    MaSzowa 2006-08-31 22:13:43 83.6.235.217

    Mam znajomą, która skarży się na najróżniejsze choroby, niektóre tak dokuczliwe, że z bólu nie może się ruszać. Nie mam podstaw, by nie wierzyć w to, że ból jest prawdziwy, ale najdziwniejsze było to, że po wykonaniu wielu różnych badań kolejni lekarze wysłali ją do neurologa i zalecali leczenie depresji. A przecież bolał ją kręgosłup, miała problemy z wątrobą i nerkami, miewała straszne migreny… Więc depresja to tak rujnująca choroba ? Słuchając opowieści o dzieciństwie i młodości mojej znajomej ( och, czego tam nie było – wyrodna matka, wiecznie pijany i zaglądający jej w majtki ojczym, awantury, siniaki, przyrodnia siostra, która zawsze wszystko miała lepsze i ładniejsze ), doszłam do wniosku, że ona choruje na „brak uwagi”. Nie powiedziałam jej tego, wiem, jaka była oburzona na lekarza wydającego skierowanie do neurologa, stwierdziła, że chcą z niej zrobić wariatkę. Wolałam nie sprawdzać, jak zareaguje na diagnozę postawioną przez księgową ;)). Usiłowałam z nią rozmawiać, nakłonić do pogodzenia się z rodziną, bo z własnymi dziećmi też ma same problemy. Po kilku próbach, niezmiennie wywołujących burzę, wycofałam się i dałam spokój. Teraz z daleka obserwuję, jak pogrąża się coraz bardziej w autentycznym sypaniu sobie soli na jątrzące się rany. Ona po prostu nie chce być zdrowa – to dla mnie niepojęte !

    astromaria 2006-08-31 21:54:50 81.219.50.234

    Nie wiem, czy każdy. Być może są wyjątki. Zdarzają się wypadki rzucenia na kogoś klątwy (to wcale nie są żarty, na mnie też taką rzucono), zdarza się też, że ktoś zachorował pod wpływem cudzej sugestii. Jest wiele możliwości. Ale zdecydowana większość chorób ma swoją przyczynę w psychice. Jednak nie znaczy to wcale, że łatwo jest wytopić jej mentalną przyczynę. Problem w tym, że ludzie są zupełnie nieświadomi działania własnej podświadomości, że nie mają zupełnie pojęcia o tym, że choroby z reguły mają podłoże psychiczne i że lekarze też tego nie wiedzą. Mało kto jest na tyle uczciwy, żeby zacząć szukać oszusta w sobie samym. Znam przypadki samowyleczenia nawet z tak strasznej choroby jak schizofrenia. Lekarze przyznają, że ok. 1% pacjentów wychodzi z tej choroby bez ich pomocy. Na przykład udało się to Johnowi Forbesowi Nashowi, bohaterowi filmu „Piękny umysł”. Polecam książki Lousy Hay i Thorwalda Dethlefsena, oni wyjaśniają to dokładnie.

    kaskada kaskada25@wp.pl 2006-08-31 20:58:49 212.76.33.122 10.79.17.9

    Czy uważa Pani, że każy jest sam ospowiedzialny za swoją chorobę?

    astromaria 2006-08-31 11:57:59 81.219.50.234

    To nie obsesja, u nas naprawdę KK wyprał ludziom mózgi i z niektórymi nie można się dogadać. Maile, które dostaję są najlepszym na to dowodem. Wczoraj jeden kazał mi iść do spowiedzi i przyjąć komunię, ale widocznie uznał, że to i tak mi nic nie pomoże, bo będę na wieki potępiona, trafię do piekła, i diabły będą się nade mną znęcały do końca czasów. Śmieszą mnie takie przejawy naiwnej religijności, ale taki jest nasz naród (na szczęście nie cały). Na forum dyskusyjnym na Onecie, w „Portalu wiedzy” (hehe, WIEDZY) wpisy typu: „pomódl się i wyspowiadaj, bo Bóg cię ukaże”. Horror naprawdę. Za oceanem jest inna sytuacja, bo to jest społeczeństwo wielonarodowe i wielokulturowe, a każda z tych kultur ma swoją religię. Ale zanim zapanowała tam tolerancja dla innych światopoglądów krew lała się strumieniami, były zamachy i samosądy. My jesteśmy monoreligijni i chyba długo nic się nie zmieni. Ludzie uważają, że Polska jest krajem katolickim i takie bzdety piszą mi w listach i w księdze gości. Amen. A te wszystkie bulimie i anoreksje też biorą się właśnie z tego, wiem to z listów od tych dziewczyn. Jeśli rodzice robią córce śmietnik religijny w głowie, jeśli jej nie traktują jak osobę, tylko tworzą fikcyjną rzeczywistość, straszą piekłem, podejmują za nią decyzje i pozbawiają ją prawa do decydowania o sobie, nic dziwnego, że nie radzi ona sobie w życiu i woli się do niego odciąć.

    mbaj mbaj@interia.pl 2006-08-31 10:06:13 85.158.196.15

    Jesteśmy grześni, więc dobry i sprawiedliwy Bóg zsyła na nas choroby i cierpienie. Jak możemy sobie SAMI pomóc, skoro choroba czy nieszczęście to kara od Boga? No i ta choroba i to cierpienie to droga do wybawienia. Pewnie w wielu, niestety, pokutuje taki sposób myślenia Do tego można dołączyć niemoralne wręcz w Polsce bycie szczęśliwym: zawsze trzeba znaleźć powód do złości, agresji, narzekania. Spędziłem ponad 1/2 roku w Kanadzie i muszę przyznać, że amerykańska propaganda ‚keep smiling’ naprawdę działa. Ludzie są pogodniejsi i przyjaźniej nastawieni do drugiego człowieka. Może by od tego zacząć także u nas? A może Amerykanie nie są tak wyprani mentalnie przez KK? (a ja ciągle o jednym, to chyba jakaś obsesja :).

Proszę się nie awanturować z powodu moderacji - patrz: strona "Komentowanie bloga" (na górze). Wolną dyskusję prowadzimy w Hyde Parku, a o zdrowiu w Zdrowotnym Hyde Parku.

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s