Było o klątwie, a teraz będzie o panaceum przeciwko klątwie.
Jestem z natury racjonalistką, wychowaną w rodzinie od pokoleń ateistycznej, nigdy nie chodziłam na religię ani do kościoła, nie ciągnęło mnie również do latania na miotle. Kiedy uznałam, że astrologia „działa” było to odkrycie zupełnie rozumowe i nawet do głowy mi nie przyszło, że to jakiś okultyzm czy nie daj Boże magia. Uczyłam się tego zawodu w normalnej szkole, siedząc w normalnej ławce, normalny nauczyciel stał przy tablicy i rysował na niej kredą to, co nam wykładał. Przed lekcjami nie było żadnych medytacji, jogi, wizualizacji ani innych odlotów. Interpretując horoskopy nie odczynialiśmy żadnych rytuałów ani obrzędów. Nikt nam nie mówił, że mamy wróżyć, przepowiadać przyszłość czy wygłaszać jakieś ostateczne „werdykty”. Powiedziano nam, że astrologia to bardzo użyteczne narzędzie, ale żadnych cudów spodziewać się po niej nie należy, bo klient sam musi dojść do swojego własnego rozumu, my możemy tylko wskazać mu kierunek poszukiwań. Była to astrologia humanistyczna, skierowana na życzliwe wpieranie ludzi w rozwoju, a nie na zabijanie ich ferowaniem mrocznych i rzekomo nieuniknionych wyroków zapisanych w gwiazdach.
Nasz rektor rozdając z pogodnym uśmiechem dyplomy pożegnał nas słowami, że jeśli chcemy być prorokami, to musimy skończyć zupełnie inny kurs.
Wszystko było tam normalne aż do bólu. I to mi jako racjonalistce w pełni odpowiadało.
Spokojnie robiłam swoje, a życie wydawało mi się proste aż do dnia, kiedy podłączyłam się do Internetu i mogłam swobodnie i bez ograniczeń surfować po sieci. Był to piękny dzień, ale jak wiadomo rzeczywistość, tak samo jak Księżyc, ma swoją ciemną stronę. No i podkusiło mnie poznać kolegów po fachu.
Co było dalej wiadomo.
Muszę podkreślić jeszcze raz i z całą mocą, że absolutnie nigdy nie bawiłam się w magię, ani nie urzekały mnie żadne sztuczki z psychomanipulacją. Wiedziałam coś tam o metodach zabezpieczania się przed wrednymi magami, ktoś wspominał mi o metodzie lustra, ale ponieważ koledzy opowiadali mi o częstych przypadkach odbijania się klątw, powracających do nadawcy, miałam nadzieję, że to wystarczy. Wierzyłam, że jestem na tym świecie bezpieczna i że nic mi nie grozi. Nie czułam więc potrzeby opancerzania się przed czymkolwiek.
Ale z drugiej strony wiedziałam również, że sporo ryzykuję, ponieważ wdawałam się w potyczki z ludźmi naprawdę złymi i miałam świadomość, że te osoby nie zawahają się sięgnąć po najgorsze metody. Uważałam jednak (i uważam do dziś), że zło należy pokazywać, demaskować i piętnować. No i się dorobiłam.
Do dziś nie mam pojęcia, kto brał udział w tym spisku, czy było to spontaniczne działanie jednej osoby, czy było ich więcej i ile osób na tym w ostatecznym rachunku ucierpiało. Nie wiem, bo nie interesują mnie plotki, dworskie intrygi ani życie salonowe. Nie bywam na żadnych imprezach i nie utrzymuję stosunków z żadnymi osobami „ze świecznika”. Robię swoje i nic więcej mnie nie interesuje.
A teraz opowiem dokładnie, jak się uratowałam.
Tu od razu donoszę, że nigdy nie cierpiałam na:
- żadne zaburzenia ani choroby psychiczne,
- nie mam i nie miałam padaczki,
- nie słyszę „głosów”,
- nie miewam halucynacji ani wizji mistycznych,
- nigdy nie wywoływałam duchów,
- nie mam i nigdy nie miałam żadnych kontaktów z demonami,
- nie praktykowałam czarnej, białej ani żadnej innej magii,
- nigdy nie uprowadziło mnie na pokład UFO (a przynajmniej nic mi o tym nie wiadomo),
- nie mam i nigdy nie miałam jakichkolwiek zaburzeń neurologicznych,
- nigdy nie zdarzyło mi się, żebym po przebudzeniu ze snu nie wiedziała gdzie jestem i co robię,
- nigdy nie doznałam paraliżu sennego
- i nie lunatykuję.
Po prostu jestem beznadziejnie nudno normalna i zdrowa aż do bólu. Nie doznałam też żadnego poważnego urazu głowy (zwykłe guzy chyba się nie liczą). Natomiast od dzieciństwa cierpiałam na chroniczną, nawracającą depresję, więc doskonale potrafię odróżnić atak depresji od tego, co mi się przytrafiło.
Aha, i jeszcze jedno – kiedyś „przez przypadek” (którego jak wiadomo nie ma) na pewnym 10-dniowym wyjeździe psychoterapeutycznym (gestalt) mieszkałam w jednym pokoju z psychiatrą. Gdybym miała świra, to na pewno bym się wtedy o tym dowiedziała, jako że emocje były tam obrabiane ostro, a pani doktor była szczera aż do bólu.
Jak to możliwe, że nagle coś tak dziwnego stało się z moją do bólu normalną głową? Nie da się wyjaśnić tego żadnymi traumatycznymi przeżyciami, np. spowodowanymi śmiercią kogoś bliskiego, bankructwem, chorobą w rodzinie ani niczym innym, ponieważ po prostu ich nie było. Nie zdarzyło się zupełnie nic, co mogłoby mnie wytrącić z równowagi i spowodować stan neurotyczny.
Kiedy jazgot w mojej głowie osiągnął poziom, którego nie dało się wytrzymać zrozumiałam, że dzieje się coś bardzo, ale to bardzo złego i że żaden lekarz mi na to nie pomoże. Byłam absolutnie pewna, że psychiatra uzna to za atak schizofrenii lub jakiejś innej ostrej psychozy i że zamknie mnie w domu bez klamek, gdzie nikt nie będzie mi w stanie pomóc ani nikt mnie stamtąd nie wyciągnie (może oglądałam za dużo horrorów z wrednymi psychiatrami w roli głównej i nie zamierzam ukrywać, że „Lot nad kukułczym gniazdem” jest dla mnie filmem kultowym. Elektrowstrząsy? Lobotomia? Brrr, nie, dziękuję!). Znałam też metody zamykania w szpitalach psychiatrycznych dysydentów w Rosji, więc sama myśl o doktorach z kaftanami sprawiała, że oblewałam się lodowatym potem.
Nie miałam najmniejszego zamiaru brać jakichkolwiek psychotropów (czyli mózgojebów), które po jakimś czasie rozwaliłyby mi psychikę i wątrobę, a których działanie polegałoby wyłącznie na chemicznym i krótkotrwałym oszukiwaniu mózgu. Postanowiłam, że nikt nie zrobi ze mnie ćpuna (nawet legalnego) ani wariata.
Wiedziałam też, że żadna siła nie zaciągnie mnie do kościoła. Na samą myśl o kościelnych egzorcyzmach i o egzorcystach czułam śmiertelne przerażenie. Ci księża byli tak demoniczno-diaboliczni, że wprost wpadałam w panikę na ich widok. O nie! Wszystko tylko nie to, co „normalni” ludzie robią w takim przypadku!
W tej sytuacji musiałam wziąć swoje sprawy we własne ręce.
I tu przekonałam się, jak dobroczynną planetą jest mój patron Pluton!
Jest to moc, która za żadne skarby się nie podda i niczego się nie ulęknie.
W tamtym czasie miałam wrażenie, że moja głowa nie należy już do mnie. Ktoś wlazł do niej i przejął nad nią władanie. Jakieś demony z piekła rodem robiły mi we łbie rozpierdziuchę, a ja nie mogłam pozbierać myśli ani przed nimi uciec. Katastrofa!
Jak wspomniałam w poprzedniej notce zaczęłam błagać Boga i Anioła Stróża o pomoc i ratunek i w tym momencie zobaczyłam przed oczami okładkę Nieznanego Świata, a w nim artykuł o duchowym uzdrawianiu. To już było coś, czego mogłam się uchwycić. Problem jednak w tym, że nie byłam w stanie skupić się na tyle, żeby systematycznie przeszukać moje nieznanoświatowe archiwum. To zdecydowanie przerastało moje siły.
Resztką sił powlekłam się do mieszkającej niedaleko koleżanki, a ona widząc mnie w takim stanie troszkę się zaniepokoiła. Opowiedziałam jej, że mam depresję (a co miałam jej powiedzieć – że diabeł siedzi w mojej głowie i drze mordę jak opętany?) i że potrzebuję pomocy. Wspomniałam o artykule w Nieznanym Świecie, a ona „przez przypadek” (którego jak wiadomo nie ma) wyjęła z szuflady ulotkę grupy, której szukałam. Zadzwoniłam tam i umówiłam się na najbliższe spotkanie.
Nie wiem jak dożyłam do tego dnia, bo niewiele z tego pamiętam. Odliczałam kolejne dni i powtarzałam sobie, że to na pewno mi pomoże. Wreszcie przyszła sobota, na którą tak czekałam, więc wsiadłam w autobus i ruszyłam na spotkanie z przygodą. Na miejscu pobłądziłam. Ktoś ponumerował pokoje w taki sposób, że nie mogłam znaleźć w tym żadnego sensu i latałam jak szalona po długich korytarzach. Byłam prawie gotowa się poddać, gdy zobaczyłam idącego w moim kierunku starszego, sympatycznego pana z laską. Sam mnie spytał, czego szukam i czy może mi pomóc. Ufff, ulżyło mi nieco, więc nieco speszona wyjaśniłam, że szukam takiej grupy, która zajmuje się uzdrawianiem… a on na to, że właśnie tam idzie. Wziął mnie pod rękę i ruszyliśmy razem. Wprowadził mnie do sali, w której siwa pani układała na stole książki, a po kątach siedzieli ludzie w każdym wieku. Oddał mnie pod opiekę siwej kobiety, a ona powiedziała, że zaraz przyjdzie pani Maria, która mi opowie wszystko, co powinnam wiedzieć i „wprowadzi mnie w nauki”. Diabeł w mojej głowie musiał się nielicho wystraszyć wibracji, które panowały w tym pomieszczeniu, bo nagle ucichł, a ja odetchnęłam z ulgą, że mogę choć przez chwilę pomyśleć logicznie i trzeźwo.
Wkrótce zjawiła się pani Maria, zaczekałyśmy jeszcze chwilę na przybycie nowych osób, po czym z krzesełkami wyszłyśmy na korytarz. Tak wyglądało szkolenie. Grupy nie było stać na wynajęcie osobnej sali i trzeba było robić to w korytarzu.
Pani Maria streściła nam życiorys Bruno Gröninga, wspomniała o licznych uzdrowieniach, których dokonywał, o kłodach, jakie rzucały mu pod nogi oficjalne władze odpowiedzialne za zdrowie narodu i o tym, że gdy w końcu zabroniono mu uzdrawiać pod karą więzienia wiadomo było, że jest to wyrok śmierci. Uzdrowiciel o tak potężnej energii musi się jej pozbywać, przekazując ją chorym, w przeciwnym wypadku dokona ona zniszczeń w jego organizmie. Przed śmiercią Bruno postanowił nauczyć ludzi, jak mogą się uzdrawiać sami, bez pomocy bioenergoterapeuty. Tę metodę stosują do dziś ludzie na całym świecie, bo jest ona bezpieczna, skuteczna, a co najważniejsze – zupełnie darmowa. Polega ona na pobieraniu uzdrawiającego „prądu bożego”. Nazwano to prądem, ponieważ energia ta powoduje mrowienie w rękach, przypominające nieco drażnienie prądem elektrycznym.
Należy usiąść na krześle, kręgosłup ma być wyprostowany, na udach układamy dłonie odwrócone wewnętrzną stroną do góry i wyciszamy się, zamykając oczy. Nie wolno krzyżować nóg ani rąk! Można (a nawet należy) słuchać ulubionej, relaksującej muzyki, modlić się lub marzyć o pięknych rzeczach. Nie powinno się myśleć o chorobach, kłopotach ani żadnych rzeczach, których chcemy się pozbyć ze swojego życia (każda myśl jest modlitwą). Dobrze jest mieć świadomość tego, że ten uzdrawiający prąd pochodzi od Boga i że Bóg nie jest osobą, lecz przenikającym wszystko Absolutem.
Pani Maria wspomniała jeszcze o tym, że obecnie naszym światem władają siły ciemności, ale to my sami mamy władzę decydowania o tym, czy będziemy służyć im, czy wybierzemy wędrówkę z Bogiem po stronie światła i miłości. Powiedziała, że jesteśmy jak odbiorniki radiowe, które same dostrajają się do odbioru audycji. Jedni słuchają wieści prosto z piekła, a inni przeciwnie, odbierają boską harmonię. Tak przejawia się wolna wola każdego człowieka.
Aby metoda była skuteczniejsza możemy w wyobraźni wyrzucać nasze choroby i wszelkie problemy do wielkiego, czarnego worka na śmieci, a potem go zawiązać na mocny supeł i wysłać do jakiejś czarnej dziury, która go pochłonie i zneutralizuje.
Metodę tę powinno się praktykować rano i wieczorem, ale jeśli ktoś jest osłabiony lub ma wielkie kłopoty, może to robić praktycznie w każdych okolicznościach: w czasie rozmowy, przy oglądaniu telewizji, w kinie itp., a na zakończenie miłym gestem jest podzielenie się nadmiarem energii z całym światem. Należy ją przekazać swoim bliskim, całej planecie, zwierzętom i ludzkości.
Zapoznałam się z metodą, potem było wspólne pobieranie „prądu” i z tym wróciłam do domu. Początkowo trudno mi było zmusić się do dyscypliny i systematyczności, ale postanowiłam być konsekwentna. Siadałam do praktyki dwa razy dziennie, poza tym ciągnęłam energię również w innych okolicznościach. I już po niedługim czasie odczułam ulgę. Raz było lepiej, a raz nawet gorzej, ale czułam, że coś się dzieje, a to zachęcało mnie do wytrwałości. Kiedy czułam się gorzej przypominałam sobie o tzw. „bólach regulacyjnych”. Powiedziano nam, że gdy uzdrawiająca energia natrafia w organizmie na miejsce chorobowo zmienione czuje tam opór i musi się przez niego przebić. Wtedy pojawiają się bóle, mdłości i biegunka, ale należy je traktować jako dobry znak. Oznaczają one rychłe uzdrowienie. Pocieszona tym sposobem praktykowałam dalej i w końcu odniosłam pełny sukces.
W mojej głowie zapanowała cisza i boski spokój, a moje życie uległo przemianie. Znikła również, będąca zmorą mojego życia, wspomniana wyżej depresja i od 8 lat nie ujawniła się ani razu!
(Opublikowane na starym blogu 2006-06-21 23:21:00)
Inne moje teksty o Bruno Gröningu:
BHP czarnego maga – ku przestrodze!
Bruno Gröning
Bruno Gröning jeszcze raz
Bruno Gröning – życie i działalność
Dodaj do ulubionych:
Bądź pierwszą osobą, która doda ten wpis do listy ulubionych.