Przeniesione ze starego bloga (2006-11-24; 13:08:22)
Poczytuję sobie ostatnio bloga pewnej feministki i smutno mi się robi na duszy…
Smutno mi, bo sądziłam, że młodsze pokolenie niż moje zdołało obalić przynajmniej niektóre stereotypy. A tu się okazuje, że nic się nie zmieniło. W każdym razie – nie w naszym kartoflanym kraju.
My niby jesteśmy w tej Unii Europejskiej, ale jakby wciąż za miedzą. I u nas wciąż panują jakieś bliskowschodnie obyczaje.
W sierpniu otrzymałam list od jakiegoś faceta, który zdziwił się bezgranicznie, a przy tym do bólu szczerze, że kobieta (czyli niby ja) potrafi myśleć i posiada jakąś duchowość. Jak to możliwe, żeby kobieta takie coś mogła… wprost niepojęte.
W pierwszym odruchu chciałam się nawet oburzyć i zapłonąć słusznym gniewem, ale nie dałam rady, bo wszystko mi opadło, nie tylko szczęka.
Socjopatyczna malkontentka dziwi się wielce, że faceci zawsze, ale to zawsze (e, chyba przesada z tym “zawsze”?), zupełnie bez żadnego związku ze swoją rzeczywistą inteligencją, stanowiskiem i urodą (a raczej jej brakiem) czują się wspaniali, bosko piękni i niedoścignieni.
A kobiety jakby wręcz przeciwnie. Nawet te, które odniosły sukces czują się niczym, puchem marnym, istotą bez wartości.
Ja nie za bardzo rozumiem ten problem… kurde, właściwie nie wiem, skąd mi się wzięło to nieprzystosowanie. Może to skutek braku katolicyzmu w moim wychowaniu… A może to z tego, że ja jestem z pokolenia, któremu za wzór do naśladowania stawiano traktorzystki, dójki i przodownice pracy?
W podstawówce uczono mnie rozbierać i skręcać żelazka, lampy i inne przedmioty codziennego użytku, a moich kolegów piec ciasta i smażyć frytki. To były czasy!
Tu mi się przypomina śmieszna anegdotka z czasów, gdy pracowałam w małej drukarni jako specjalistka od DTP. Zakład był mały, prawdę mówiąc mieścił się w byłym garażu, tylko ja jedna miałam zaszczyt pracować w specjalnie wynajętym pokoju, w którym oprócz komputera stał stół do montażu. W piwnicy z kolei była naświetlarnia i podręczny warsztat introligatorski. W takim zakładzie z reguły jest tak, że każdy musi umieć robić wszystko. Jak trzeba, to wstaje się od kompa i wytrawia się blachy offsetowe, naświetla, montuje, zszywa, klei pudełka i co tam jeszcze trzeba. No więc czasem zamiast w swoim „biurze” przesiadywałam w piwnicy, a żeby mi się nie nudziło włączałam sobie radio. No i przychodzę któregoś dnia, a radio nie gra. A dlaczego? A bo mu się kabelek wyrwał z takiej wtyczki starego typu (radio było dość muzealne, w końcu to tylko piwnica). Wchodzą po kolei chłopy z garażu (o, przepraszam, z drukarni), żeby trochę porobić w piwnicznym warsztacie, podchodzą do radia – „o, nie gra, zepsuło się”… i tak każdy po kolei. Stwierdzają smutny fakt i biorą się w ciszy do pracy. No to co ja, kobieta zauroczona przykładem traktorzystek robię? Ano idę po śrubokręt i rozkręcam wtyczkę. Jak już ją rozkręciłam, powtykałam kabelki gdzie należy, przymocowałam je śrubkami i zabrałam się do końcowego skręcenia wtyczki, do mojej piwnicy wkroczył pan Mirek, maszynista offsetowy. Spojrzał na mnie z wyrazem bezgranicznego zdumienia na twarzy i wykrzyknął ze strasznym zgorszeniem: „kobieta ze śrubokrętem, a kto to widział?!” po czym wyrwał mi wtyczkę z rąk i szybkim ruchem dokręcił ostatnią śrubkę, jaka pozostała. Z triumfem włożył wtyczkę do kontaktu i włączył radio, ciesząc się jak dziecko, że wreszcie zagrało.
Przedtem radio „było zepsute” chyba co najmniej przez tydzień i żaden facet nie umiał na to nic poradzić. W zakładzie same chłopy, poza mną jedną kobietą i nikt nie wiedział, co zrobić. Ale wystarczyło, żebym wzięła śrubokręt, a zaraz stali się strasznie zaradni.
Rzecz jasna nie wątpię, że pan Mirek potem chwalił się na prawo i lewo, opowiadając, że to on naprawił radio i teraz pani Marii przyjemniej się pracuje.
Ech…
Na pocieszenie powiem, że to jednak nie jest wyłącznie nasz, polski kompleks.
Oglądałam kiedyś na Planete program o tym, jak dwie francuskie policjantki rozszyfrowały trudną zagadkę kryminalną. Cyniczny drań zamordował kobietę i jej dwoje (a może troje?) małych dzieci, ale z prawnego punktu widzenia rodzina została uznana za zaginioną, bo nie było zwłok. Krewni niepokoili się, że nie mają z zaginionymi żadnego kontaktu, więc zaczęli wywierać presję na policję, żeby wreszcie się ruszyła i coś zrobiła.
Dom rzekomo zaginionej kobiety zajmował jakiś facet, który miał dokumenty poświadczające jego prawo własności, a zniknięcie rodziny tłumaczył zmianą miejsca ich zamieszkania. Jako właściciel posesji nie wyrażał zgody na wkroczenie policji ani innych osób postronnych na „swój” teren. Nie było podstaw do przeszukania, ale policjantki, którym przydzielono tę sprawę zawzięły się i w końcu doprowadziły do tego, że teren posiadłości został przeszukany, a w końcu rozkopany, dzięki czemu ujawniono zwłoki, a to pozwoliło udowodnić morderstwo i skazać winnego zbrodni.
Był to wielki sukces, wszyscy się cieszyli, a dziennikarze wypytywali policjantów z komisariatu, co sądzą o swoich koleżankach. Panowie byli pod wrażeniem, a jeden z nich powiedział mniej więcej coś takiego: „i kto by pomyślał, że potrafią dokonać czegoś takiego, przecież to TYLKO kobiety”!
Tylko kobiety…
I aż mężczyźni.
Dziwny jest ten świat…
Zastanawiałam się nad tym, co jest przyczyną, a co skutkiem takiego myślenia.
Może kobiety naprawdę „mają taką naturę”, że lubią być niższe, przydeptane, wykorzystywane?
Ale zaraz potem pomyślałam sobie, że nie lubią. Ja w każdym razie nie znoszę, wręcz nienawidzę i zawsze taka byłam. Nie dawałam się obmacywać, wręcz waliłam w mordę (za co mało nie wyleciałam ze szkoły – tak, tak, nikt nie pytał obmacującego, dlaczego to zrobił, to ja byłam winna, bo dziewczynka ma być cicha i pokorna). Nie uważałam też, wręcz do głowy by mi nie przyszło, że muszę usługiwać męskiemu trutniowi. Ma dwie ręce, więc niech się sam obsłuży.
Ale jak sobie popatrzyłam na moich rówieśników i ich rodzinne relacje, to widziałam coś zupełnie innego, niż to, co sama robiłam.
Szwagier i jego brat to byli prawdziwi mężczyźni!
Szwagrostwo, oboje, pracowali jako nauczyciele w tej samej szkole. Ale po powrocie do domu ona pędziła do kuchni, a on do swojego studia muzycznego, gdzie brzdąkał sobie radośnie aż do chwili, gdy został zawołany na posiłek (od razu wyjaśniam, że żaden z niego gwiazdor polskiej sceny). Czasem jechał na ryby lub inne grzyby – sam, oczywiście. A baba do garów.
Jego starszy brat był jeszcze bardziej męski – nawet nie wiedział, gdzie jest kuchnia. Mój mąż spytał go kiedyś, czemu przed świętami nie pomaga żonie piec ciasteczek ani ubierać choinki, tylko snuje się bezczynnie po kątach i ziewa z nudów, a on się oburzył. Od tego jest kobieta i dzieci, a nie on, pan i władca.
I tu ciekawostka – jego żona jest moją rówieśnicą, między nami jest tylko 1 dzień różnicy, a więc obie jesteśmy silnymi Skorpionicami i obie mamy Księżyc w Lwie. Ja harda, samowolna, buntowniczka, a ona cicha, pokorna i godząca się na rolę matki-Polki-katoliczki i panny służącej swojego księcia-małżonka.
Jest to dowód na to, czego można dokonać dzięki odpowiedniemu wychowaniu i rygorystycznemu treningowi. Jak się psa regularnie bije, to zawsze będzie się czołgał pokornie u stóp swojego pana. A jak się go nie bije, to bezczelne zwierzę będzie radośnie merdać ogonem i patrzeć bez lęku prosto w oczy.